top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Sylwia Jaworska – wiersze

    Kiedy zobaczysz mnie znowu, to nie będę ja Teraz przychodzę jako ktoś inny. Zamiast mnie ptaki nocą wydają odgłosy. Nikt nie jest winny. Nie budź mnie. Śni mi się, kto zabił. Więc już wiem. Kto nie kocha łatwo, ten kocha za bardzo. W wodospadzie mieszkają duchy dawnych czasów. Nigdy tak bardzo nie byłam ginącym gatunkiem dzikiego stworzenia. Migrujące roje pszczół W ciężarówkach jadą podróżne pszczoły. Rój nie popełni samobójstwa w drodze. Żółty neuron wie, że to jest dobre. Woda z cukrem. Nikt nie wydaje rozkazów. Każdy wie, co ma robić w stadzie. Zmartwienia Mój boże, gronostaj złapał małego bobra. To znaczy, myślę, że to gronostaj. Drapieżna bestia. Jednak pomyłka – gronostaj ma czarny ogonek. Jak gronostaja odróżnić od łasicy? W zimie. Bociany Te bociany, które nie odleciały, potrzebują znacznie więcej mięsa. Teraz to mnie potrafi zmartwić, kiedy już nie mam miejsca – na inne problemy. Pogrzeby Kupuję łopatkę. Zbieram na autostradzie ciała dzikich zwierząt. Blokuję ruch jednostronny – z łopatki do piasku. * * * Nocą dzikie zwierzęta podgryzają brzozy. Chciałabym być teraz jednym z nich i w ciebie się wgryźć. Nie wychodzę, obserwuję z nory. Nie podniesie mnie żaden błysk i głośny pisk dobiegający z ziemi. Ćma Teraz sypiasz z ćmą, nie z mojej skóry. Mówisz, że kładzie się na brzegu łóżka. Po trzech dniach odmawiasz jej noclegu i ze mnie próbujesz wydrapać owada. Safari Nicole już tu jest. Wieczór nabiera barw. Może mi się uda, Madame. Przy stoliku po prawej Natasza. Dziwka z Moskwy. Musi uśmiechać się ostrożnie, Żeby nie pękły jej usta. Teraz wchodzi pantera w skórze, ale nie swojej. I wielka cętkowana puma. Sobotnie safari. Wolność kota Wieczorem poruszyła mnie historia różowego królika, którego ukradł Hitler. W tym czasie mój syn ucieszył się, że sam znalazł spodenki na wuef, a ja zaczęłam się martwić, że jestem złą matką. Nie ma już dylematu z wyprowadzką. Znowu poczułam się jak Żydówka. Mój syn nadal jest uchodźcą. Moja córka opowiada nasze rodzinne historie obcej babie. Kot – największy artysta w naszym domu. To dla niego tutaj zostaniemy, żeby mógł swobodnie biegać. Sylwia Jaworska – pisze wiersze i prozę, publikowała w magazynach literackich: "Fabularie", "Pismo", "Afront", "Bliza", "eleWator", „Fraza”; "Odra" oraz Magazynie Materiałów Literackich „Cegła”. Autorka arkusza poetyckiego Ustawienia (2019) oraz tomów poetyckich Mistrzowskie Trójki (2020), Echo serca (2021),  Pustynia (2022) oraz Love Crimes (2024).

  • Karol Maliszewski – Kaczątko i jego lwica

    – Najbardziej boję się mutacji i tego przykrego, zbędnego owłosienia – odezwało się nagle kaczątko. – Czy mogłobym po prostu zostać na zawsze kaczątkiem? – Dobra. Może być – odburknęła lwica. – Ale od jutra sprzątasz po sobie. – Dzisiaj w przedszkolu jedna kaczuszka zaczęła mówić w jidysz. – I co? – zapytała lwica. – Nic. Dla nikogo nie było to problemem. – I tak trzymać – wyszeptała, zasypiając, lwica.  – Co to znaczy chodzić w glorii, przybrana matko? – zapytało kaczątko. – Nie podkreślaj tego, jeśli mogę prosić, że jestem przybrana. – Co to znaczy, matko? – Ludzie mówiąc tak, coś na pewno mają na myśli. – Ale co? – Nie mam pojęcia. – Bo u nas w grupie jest taka jedna Gloria, ale chodzić w niej byłoby trudno. Zresztą nie wiem, czy by sobie tego życzyła. – Samo widzisz – odparła lwica.   – Czy my żyjemy w jakimś międzywojniu? – zapytało kaczątko. Stara lwica mruknęła: – Nie interesuj się tym. I nie wiedzieć czemu, tym razem nie podjęła wątku. – Po co dzwonisz, skoro w tym pudełku nie ma baterii? – zapytała lwica. – Dla zabawy, mamo – odrzekło kaczątko. – Co zabawnego w braku baterii? – A to, że można zmyślać odpowiedzi tego, do którego się dzwoni. – To znaczy być nim zastępczo? – Właśnie tak! – A do kogo dzwonisz? – Dzisiaj do tatusia. – Boże, ty znowu swoje. – Do Boga na razie nie dzwonię. – Mówiłam ci, że tatuś był bohaterem, oddał życie za inne zwierzęta. – No i dla mnie tego życia zabrakło. – Tęsknisz? – zapytała lwica. – Bawię się. Ale kiedyś dodzwonię się naprawdę. – „Czymże zbroiłem w królestwie waszym” – zamruczało kaczątko, wychodząc z łazienki. – Powtarzasz to od rana. Co to ma być? – zapytała lwica. – Rola w przedstawieniu. – Kim w nim będziesz? – Rycerzem szukającym nowej ojczyzny. – Wydaje mi się, że w tym tłumaczeniu z estońskiego jest błąd. Powinno być „Czymże zgrzeszyłem w królestwie waszym” – orzekła lwica. – Ja tam nie wiem. Powtarzam tekst, wczuwam się – odparło kaczątko. –  Co z tymi dziadami? – zapytało kaczątko. – To obrzęd taki, tutejsi ludzie kiedyś go odgrywali – wyjaśniła lwica. –  A to teraz rozumiem. –  Co rozumiesz? –  Dlaczego pan konserwator powiedział, że grają jak dziady. – A dokładniej... –  Sprawdzał kanały w telewizorze i zatrzymał się na meczu. Wtedy to powiedział. –  To znaczy, że słabo grali. – Jak ci w tym obrzędzie? – Mylisz się. W nim grali na całego, nikt się nie oszczędzał. –  Teraz się już oszczędzają? – Nie wiem, całe wieki nie byłam w teatrze – odparła lwica. – Kafka na wynos coś tam, coś tam – zanuciła nagle lwica. – Że co?! –  zdumione kaczątko tylko sapnęło, porzuciwszy trzymany w ręku włochaty sznurek, którym miało zamiar coś obwiązać, by zaznaczyć granicę. – A śpiewa taka jedna pani w tivi. Franz Kafka na wynos... A ja wolałabym na miejscu, w czytelni – dodała. – O, tak, w czytelni jest czadowo –  odezwało się kaczątko. – Te kręte schody, po których można skakać. –  Co ty mówisz? Tam obowiązuje cisza i skupienie. – Toteż ja skaczę sobie cichutko i bardzo się przy tym skupiam. – Interesują mnie te wszystkie kaczątka po śmierci – zagadnęło kaczątko. – Tylko nie utnij, mamo, rozmowy tym swoim „nie interesuj się”. – Po czyjej śmierci? – spytała lwica. – Własnej. – I co z nimi? – No właśnie o to pytam. – Śpią sobie. Matka Ziemia je delikatnie kołysze. – Aż do ostatniej kosteczki? – Tak mocno to nie kołysze. – Jak to nie kołysze? A w wykopaliskach co się znajduje? – O rany, to są starsze pokolenia – żachnęła się lwica. – Już wykołysane? – Przeszły sobie spokojnie na drugą stronę. – Gubiąc po drodze kości? –  dopytywało kaczątko. – Ależ ty dzisiaj, kaczątko, jesteś narwane. Co z tymi kośćmi? – Już dobrze, dobrze, może być bez kości. A o drugiej stronie pogadamy sobie innym razem. Kaczątko jednak nie chciało być zabierane na imprezy literackie. Zaś lwica nie patrząc na nic, dziwnie w nich gustowała. – Pożerać, czy nie pożerać, oto jest... – hamletycznie rozdarte kaczątko kręciło się po mieszkaniu. – Pytanie! Ale kto pyta? – podchwyciła lwica. – W moim przedszkolu coraz więcej wegetarian. – Wiesz, skarbie, że ja bez mięsa długo nie pociągnę, więc może zmieńmy temat. – Nie mam innego w zanadrzu, bo tym teraz żyję. Trzeba się określić. – Ale już w przedszkolu? – Nooo, pani kucharka prosiła. – Po co to? – Bo inaczej to jej bajzel w jadłospisie robi. – Już nie wie biedna, co ma gotować? – Ależ dobrze wie co, tylko nie wie dla kogo. – Odwieczny kłopot z odbiorcą. Skąd ja to znam... – A dobra, powiem, że nie wiem. – Zatem będzie w menu trzecia rubryka. – Dla tych, co nie wiedzą... – Ale też jedzą – wpadła w słowo lwica niczym bohaterka jakiejś lekkiej francuskiej komedii. – Co tam rysujesz? – zapytała lwica. – Mandolinę. – Mogę spojrzeć? – Pewnie. – Ej, to chyba miała być mandala?! – Jakoś tak. – Skąd ten pomysł? – Z przedszkola. Ta nowa pani pokazywała nam magiczne kółka. – Twoje przypomina właz kanalizacyjny. – Bo to jest właz. Mamy taki na podwórku. – A co to ma wspólnego z mandalą? – Jest okrągły i ma tajemnicze wzory. I litery. – Dlaczego akurat to przyszło ci do głowy? – Bo lubię tam przykładać ucho. – Co słyszysz? – I tu właśnie mam problem. – Jaki? – Jedni uważają, że szczury sobie podjadły i głośno śpiewają. – A ci drudzy? – Pukają się w czoło, przecież wyjaśnienie jest proste. – Tak mówią? – Tak. I dodają, że to małe ścieki z przedszkola łączą się z wielkimi ściekami dorosłych. – Hmmm –  mruknęła lwica. – I że to wszystko tam bulgocze. – A ty co słyszysz? – Którą wersję mam wybrać? – Swoją. – O rany, to ja mam taką? – Każdy ma. – To ja pomyślę – powiedziało kaczątko i pobiegło zobaczyć, kto puka do drzwi. Tego ranka kaczątko podśpiewywało z zapałem, więc pytanie, z jakim wystrzeliło, zupełnie zbiło lwicę z tropu. – A kwestia tatusia? – Nie wracajmy do tego. – Wiem, wiem, nie jesteś gotowa do tej rozmowy. A jak to jest być gotową? – To się czuje w środku. Tak, jak wtedy gdy cię adoptowałam. Czułam to bardzo mocno. – Właśnie tam? – Tak , w środku. – Czyli żaden tatuś nie istnieje? – Na pewno jakiś tatuś był. – Jakiś? – To znaczy ten twój. – Ale w papierach było zamazane i nie pamiętasz, jak się nazywa, tak? – Po co ci wiedzieć, który to konkretnie? – Po prostu jakiś tam kaczor... – Tak. – Taki, jakich pokazują w programach przyrodniczych. – O, właśnie, zaistniałoś w pewnym programie. Nazwijmy go przyrodniczym. – I jestem? – No pewnie. Całe, kochane kaczątko. Mnie do szczęścia więcej nie potrzeba. – Jestem! – Powtarzaj to sobie, kochanie, jeśli masz taką potrzebę. – Jestem, jestem, jestem – to podśpiewując, kaczątko opuściło pomieszczenie. – To nic, że bez tatusia – dośpiewało sobie triumfalnie na podwórku. Tego wieczoru kaczątko snuło się po kuchni, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W pewnym momencie powiedziało: – To, co kupiłaś w zeszłym tygodniu, nie nadawało się do jedzenia. – Skusiła mnie nazwa „babeczki dla kaczątek”. – Kogoś poniosła fantazja. – Co masz na myśli? – Bo to ani babeczki, ani też dla kaczątek. – Bez przesady, ktoś to jednak je. – Chyba dżdżownice. –  A choćby i one. Ty się, kaczątko, nie unoś, bo w życiu przyjdzie ci jeszcze nieraz wbić dziób w ścianę. – I trzeba się będzie przy tym uśmiechać? – Jeśli tak umiesz, to czemu nie. A na razie skocz po mąkę i migdałowy zapach. Ale tak na jednej nodze! – Na jednej łapce to będę skakać do wieczora. – Zatem prawdziwe babeczki... – Dla prawdziwego kaczątka! – ...będą dopiero na jutro. – To wezmę hulajnogę, będzie szybciej i rzeczywiście na jednej nodze. – Ta koszykówka nudna jak cholera. Nie wiem, kto to wymyślił – marudziło tego dnia kaczątko. – Tylko bez wyrazów, proszę – rzekła wówczas lwica. – Bez wyrazów nie ma komunikacji – odrzekło wyniośle kaczątko. – O, widzę, a raczej słyszę, nową panią... – A i owszem, znów mamy nową panią. I dowiadujemy się wielu mądrych rzeczy. – Wiesz co, skarbie, na tym świecie mądrych rzeczy jest raczej niewiele. – Mamo, please, nie podcinaj mi skrzydeł. – Samo sobie podcinasz, mówiąc coś o nudzie. To choroba powstająca w mózgu. – Nuda jest w tym, co jest nudne, a nie w mózgu. –  Taak? To posłuchaj... Zarówno warcaby jak i koszykówka są porywające, wszak doskonalą, każde na swój sposób, naszego ducha. – Ładnie brzmi, ale jest sztuczne. – No właśnie, sztuczne, czyli wymyślone. Nie tkwi w tej rzeczy ani czynności. I to nie ma niczego wspólnego z podcinaniem skrzydeł. – A mnie się wydaje, że coś ucinamy... Kończymy tę rozmowę zupełnie niczym. – Nieraz tak trzeba –  odrzekła lwica i wyszła do ogrodu, by odetchnąć świeżym powietrzem.           Zaczął padać deszcz. – Zachowujesz się jak autor niepoczytnych książek. – To znaczy jak? – Dalej niepoczytnie! – Chyba niepoczytalnie! – Eeech...             Lwica i kaczątko, przechodząc w parku obok tych panów, wzruszyły ramionami. Potem lwica jednak to skomentowała. – Nie lubię, gdy autorzy literatury niszowej zanadto się skarżą. – Co tam dzisiaj w parku? – lwica tym pytaniem wyrwała kaczątko z jakiejś dziwnej zadumy. – To samo, co zawsze. Wiewiórki i czarne ptaki, te no... – Kruki? – Takie te głupsze. – Wrony. – Właśnie one. Chciały nas zakrakać, ale pawianek Damianek nie pozwolił. – A jak im wyperswadował? – Wbiegał w sam środek ich zebrania i rozpędzał towarzystwo. Potem wszystkie wisiały na drzewach jak bombki na choinkach. – A co pani na to? – Wołała, żeby przestał. – I przestał? – Na chwilę. – A ten Damianek to jakiś nowy kolega? – Niedawno się z mamą tu przeprowadził. – Obawiam się złego wpływu, kaczątko. Trzeba będzie coś z tym zrobić. – Oj, nie rób nic, nie rób. Z kim będę chodzić w parze? – To ty z nim chodzisz? – Ale tylko w parze. – Ładna mi para! – Może nie ładna, ale zgrana. Odpowiada mi jego zdecydowanie, a on lubi moją kruchość. – Powiedział ci to? – On mało mówi, ale wiele wyraża. – Jak? – Całym ciałem. – Żeby mi z tego nieszczęścia nie było. – Jak to? – Znałam takiego jednego. On też całym ciałem wyrażał. – Opowiesz mi kiedyś? – Dorośnij trochę, a wszystkiego się dowiesz.              I na tym rozmowa się urwała, bowiem lwica zatopiła się w lekturze ulubionego czasopisma dla samotnie wychowujących. – Ten grysik z nieba... Całkiem to ładne – kaczątko skomentowało to, co zobaczyło za oknem. – Tylko odśnieżać nie ma komu – odburknęła lwica. – Oj, nie, nie... Już się tam kręci pan z taką wielką żółtą łopatą. – Zadzwoniłam po niego. – Zabierze cały ten śnieg? – Nie martw się, trochę zostanie. Pokażę ci, jak się robi bałwana. – A co to jest? – Kto, a nie co. Postać... – Powstanie postać? A gdzie ją postawisz? – Tam, gdzie jest dużo śniegu. Tam mu będzie najlepiej. – Będzie z nami mieszkać? – Na podwórku. Przez jakiś czas. – A potem wyjedzie? –  Tak. Pożyczy od nas walizkę, trochę ubrań i damy mu też na bilet. Żartuję... – To co z nim będzie? – Z nim będzie wesoło. Lżej się zimę znosi. – Zimę się znosi? – Jeszcze jak! To jest twoja pierwsza zima, patrz i się ucz. – Czego? – Wszystkiego. Przede wszystkim, jak znosić zimę. – I ten gruby szalik z wełny jest do tego potrzebny? – Między innymi. – Ahaa... No i bałwan za oknem. – Tak. Daje mu się garnek na głowę, dwa węgielki i marchewkę. – I co? Ma to mu wystarczyć na całą zimę? – Zazwyczaj wystarcza. – Dziwne to wszystko. – No to możesz mu jeszcze coś dać. – Jak przebrnę przez zaspy, to będę mu śpiewać. – O, to jest pomysł! Jeszcze nikt bałwanowi nie śpiewał. – Codziennie inną piosenkę. – A znasz tyle? – O, bez przerwy uczę się nowych. A co ty myślisz, że ja w przedszkolu próżnuję? – Tego nie pomyślałam, ja o czym... – Hurra! Pomogę bałwanowi przetrwać zimę. Hurra! – Tylko że na koniec czeka cię rozczarowanie – mruknęła lwica do siebie.            Na szczęście kaczątko tego nie usłyszało. Karol Maliszewski (ur. 1960) – dr hab., profesor UWr., pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. Opublikował kilkanaście zbiorów wierszy i książek prozatorskich, m.in .: Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach, Nowa poezja polska 1989–1999. Rozważania i uwagi, Rozproszone głosy. Notatki krytyka, Po debiucie, Pociąg do literatury.  Ostatnio wydał: Piosenka o przymierzaniu  (2019), Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet  (2020), Czarownica nad Włodzicą. Baśnie  i legendy z Nowej Rudy i okolic  (2021) oraz Diabeł z Wilkowca. Baśnie z i legendy z okolic Nowej Rudy  (2023). Mieszka w Nowej Rudzie.

  • To biedne ciało i krew

    Zacząć należy od oczywistego stwierdzenia, że człowiek wcale nie jest przyjacielem zwierząt. Nie jest też ich największym wrogiem, bo najgroźniejszym wrogiem człowieka jest on sam. Człowiek zwierzęta eksploatuje zjadając ich ciała, odziewając się w ich futra, wysysając szpik ich kości. Zaprzęga zwierzęta do ciężkiej pracy, wciela do służby wojskowej albo poddaje je torturom w imię eksperymentów naukowych. Ostatecznie zabija je dla własnej rozrywki i wątpliwej chwały.  Człowiek wyłącznie ze zwierząt korzysta i dotyczy to także literatury, choć jest to chyba najmniej opresyjna forma eksploatacji. W literaturze (lub szerzej w kulturze) zwierzęta zostały sprowadzone do czytelnego kodu, za pomocą którego nauczyliśmy się porozumiewać.  Powstałe na przestrzeni dziejów ważniejsze utwory literackie, których głównym lub pobocznym bohaterem były zwierzęta, są w gruncie rzeczy opowieściami o człowieku. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Kubuś Puchatek nie jest w żadnym stopniu zwierzęciem, lecz typem sympatycznie naiwnego człowieka. Podobnie jego mniej rozgarnięty kompan Prosiaczek. W literackim procederze pokazywania psychicznej, emocjonalnej i społecznej kondycji ludzkiej na przykładzie zwierząt najlepiej sprawdziły się bajki. Niezliczeni ich bohaterowie patrzą na świat jak ludzie, po ludzku przeżywają rozterki, poddawane są społecznej presji i tak dalej. Słynna satyra polityczna Orwella, “Folwark zwierzęcy” – mimo swego demaskatorskiego charakteru – nadal jest utworem, w którym ludzie “przebrani są “za zwierzęta. Przebiegły lis, głupi osioł, wierny pies, miłujący wolność kot oraz wulgarna świnia to postacie bajkowe. W bazujących na antropomorfizmie opowieściach zwierzęta traktowane są jak symbole, fetysze lub rekwizyty.  Oprócz typowo bajkowego używania zwierząt, pojawiają się w literaturze obserwacje wzajemnych więzi między ludźmi a zwierzętami. Czasami te więzi przybierają postać obsesji jak w słynnym “Moby Dicku” albo wskazują silną rolę terapeutyczną konkretnych zwierząt “Zaklinacz koni”. Nie zawsze są to przykłady budujące, choć trzeba przyznać autorom, że zwierzęta nie ubierane w żaden kostium, lecz opisywane realistycznie zazwyczaj okazują się istotami szlachetnymi i odważnymi. To one mogą być etycznym wzorem dla ludzi.  Znamy z lektur szkolnych kilka opowieści o ukochanym zwierzęciu domowym (pies Lassie) albo fascynującej dzikiej bestii (”Biały kieł” Jacka Londona). Innym przykładem jest wprowadzenie do literatury realistycznej zwierzęcia o zdolnościach ponadnaturalnych. To wyjątkowy zabieg, ale nie sposób w tej wyliczance pominąć kota Behemota z powieści “Mistrz i Małgorzata”.     Znajdujemy też w literaturze przykłady dociekań o niedostępną dla nas tajemnicę zwierzęcości. Wiele prób pisania próbującego wyjść poza zakorzeniony w nas antropocentryzm niebezpiecznie zbliża się do czułostkowości lub fałszywie wywyższa zwierzęta. Na szczęście zdarzają się utwory, które przyjemnie zaskakują. Odnajdujemy w nich własne refleksje dotyczące sekretnego życia zwierząt. I zastanawiamy się, na ile życie zwierząt różni się od naszego. Ciepło psów i esencja, niepoznana, psiości. A jednak czujemy ją. W wywieszeniu mokrego języka, W melancholijnym aksamicie oczu, W zapachu sierści, innym niż nasz, a pokrewnym. Człowieczość nasza wtedy wyraźnieje, Wspólna, pulsująca, liżąca, włochata, Choć dla psów to my jesteśmy jak bogowie Znikający w kryształowych pałacach rozumu, Niezrozumiałym działaniem zajęci. Chcę wierzyć, że siły, które są nad nami, Oddając się operacjom dla nas niedostępnym, Dotykają czasami naszych policzków i włosów l czują wtedy w sobie to biedne ciało i krew. (…) Czesław Miłosz                                        Przy okazji powstaje pytanie, czy jest możliwe takie pisanie o zwierzętach, które nadawałoby im większą podmiotowość? Czy w literaturze sprawdzi się takie podejście do zwierząt, które zdjęłoby z nich stereotypowe kostiumy a jednocześnie nie byłoby quasi-naukowym wykładem na ich temat?  A co z manifestami obliczonym na uwrażliwienie czytelników na los zwierząt doznających przemocy ze strony człowieka? Czy one mają rację bytu w literaturze, czy raczej należą do gatunków wstydliwych, które autorzy konsekwentnie omijają, żeby nie narazić się na tani zarzut uprawiania “eko-terroryzmu”? Napędzające rzeźnicki proceder konsumenckie potrzeby to temat śliski. Być może pisarska kalkulacja podpowiada, by w ogóle nie wspominać o masowej eksterminacji zwierząt w ubojniach. Autor łatwo może stać się ofiarą medialnej nagonki ze strony ludzi lubujących się w zwalczaniu wszelkiej inności, wrażliwości i wreszcie czułości. Przykładem choćby Olga Tokarczuk, która książką “Prowadząc swój pług…” wzbudziła nienawiść u ludzi niezdolnych wybaczyć jej pokazania osobistego punktu widzenia na los zwierząt.  Współczucie ludzi jest wybiórcze. Łatwo w mediach wywołać głosy oburzenia donosząc np. o cierpieniu koni zaprzęgowych lub (planowanym) odstrzale bobrów niszczących tamy przeciwpowodziowe, (a tym samym stwarzających zagrożenia dla dobytku i życia ludzi). Trudniej natomiast o tak żarliwe współczucie, gdy idzie o los innych zwierząt. Co więcej, gdy pośród medialnego wrzasku “w obronie bobrów” pozwoli sobie ktoś na upomnienie, że nasza troska należy się zwierzętom, których mięso ląduje na talerzu – wówczas cała nienawiść komentatorów przenosi się na autora “bluźnierczych” uwag. Człowiek głaszcze małe kotki, pieski, świnki morskie a nawet kurczaki, jeśli ta czynność sprawia mu przyjemność. Emocjonalne przywiązanie do wybranych “własnych” zwierząt jest autentyczne i taki człowiek gotów jest oburzyć się na propozycję zabicia jego zwierzęcia i skorzystania z jego mięsa, skóry, kłów, pazurów, włosia, piór. Te zwierzęta człowiek włącza do swojego kręgu rodzinnego, plemiennego, dobrowolnie przyjmuje rolę opiekuna i jednocześnie godzi się, by cierpiały zwierzęta spoza tego kręgu. Hemingway ma mnóstwo zdjęć z kotami, które w późnych lata jego życia naznaczonego alkoholizmem gromadami mieszkały w jego domu na Key West. Widzimy jak pisarz kotka głaszcze, karmi go kolbą kukurydzy, spogląda nań czule znad butelki wina. Jest kot spacerujący po biurku i zaglądający na kartkę papieru wysuniętą z maszyny do pisania. Czułe obrazy. Pozostały po Hemingway’u także zdjęcia z lwem i rogatą antylopą, jednak migawka aparatu trzaskała w zupełnie innych okolicznościach. Hemingway siedzi na truchłach zwierząt, które sam zastrzelił podczas afrykańskiego safari w roku 1933. (Znamienne, że akurat tego samego roku w Niemczech zaczęło się coś, co doprowadziło do o wiele większego strzelania.) W życiu praktycznym zwierzęta są dla człowieka mięsem, środkiem transportu, rozrywką albo siłą pociągową. jest to relacja zaburzona. Literatura to na szczęście ta lepsza strefa: mało jest tu świadomego przyznawania się do popierania okrucieństwa i nieczułości wobec nich. Jeśli tego typu opisy pojawiają się w przestrzeni publicznej, są one raczej przestrogą i wyrzutem sumienia. Decyduje o tym stopień wrażliwości i świadomości - o ile wśród myśliwych przyjęte jest wieszanie na ścianach poroży zabitych jeleni, to jednak żaden poważny pisarz nie opisze swojego bestialstwa, Owszem, Hemingway pozwalał się fotografować ze strzelbą podczas polowań, ale to było niemal 100 lat temu. Obecnie zabijaniem chwalą się tylko ludzie o małym stopniu świadomości społecznej i ekologicznej (myśliwych cieszących się ochroną populistycznych partii politycznych nie posądzam o jej posiadanie).  Pisarz, czy szerzej, artysta raczej nie pozwoliłby sobie na publikowanie świadectw takiego prymitywizmu. W każdym razie specjaliści od wizerunku by mu to odradzali. Inicjując wydanie specjalnego numeru Suburbii chcieliśmy przekonać się, czy w utworach powstających współcześnie będą rezonować postawione pytania. O tym przekonacie się Czytelnicy sami, a jest w czym wybierać: różnorodność form i stylistyk literackich jest zaskakująco bogata. Nie ma mowy o schematycznym, płaskim postrzeganiu zwierząt, które żyją po to, żeby nam ludziom dostarczać przyjemności.  Wszystkim Autorkom i Autorom bardzo dziękujemy za nadesłane teksty.                                                                                                   Redakcja

  • Katarzyna Zając – trzy wiersze

    Wędrowcy Ta opowieść zaczyna się na brzegu rzeki, gdzie paliliśmy ogniska i pływaliśmy każdego lata. Na srebrzystej wodzie żeglują cienie papierowych statków i podartych żagli. Prądy i fale porwały nas w przeciwne strony. W poświacie błyszczy zjeżona sierść i kły. Noc jest skrzydłem ptaka – płomykówka śpiewa pieśń o samotnym wilku i rannej od strzału wilczycy. Byliśmy nierozłączni – rzeka przechowuje w pamięci obraz złączonych ciał, na piasku zostały wspólne ślady. Niezauważalnie zaczęliśmy się oddalać. Kto pierwszy wyprawił się do obcego lasu, zmylił tropy i zatarł ślady? Aż przyszedł czas warczenia, ostrych jak brzytwa pazurów i kłów zatopionych w gardle. Patrzysz w oczy. Znowu jesteśmy oddechem przy oddechu, skórą przy skórze, kroplą krwi przy kropli krwi, kiedy jęzor dotyka rany. Przez wiele nocy czuwasz, ogrzewając rozpalone gorączką ciało. Ścielisz posłanie z mchów i gałązek. Polujesz i karmisz. Księżyc rośnie w siłę, gdy nastaje Wilcza Pełnia. Noc jest skrzydłem ptaka – płomykówka śpiewa pieśń o przeznaczeniu, o cieniach idących razem wzdłuż rzeki. Kraina dzieciństwa Wszystko przeminie – śpiewają srebrzyste wody. Wycięto grądy i trzy siostry-brzozy. Odleciały ptaki. Przy drodze porzucona wylinka. Przechodniu, zniknęły jaszczurki, które kryły się przy murze. W oknach obce firanki i światła. Ktoś inny chodzi po drewnianej podłodze. Zapisuje nowe historie – przez śmiech i łzy. Nie ma listwy, na której zaznaczano, ile urosłam. Rozlewam się – rzeka we mnie nie ma początku i końca. Łzy oczyszczają, śmiech uzdrawia. Czy byliśmy szczęśliwi? Unosimy się na obłoku – złotej łasze. Jest lipiec, mamy opalone ciała. Młody ojciec uczy mnie pływać, matka śmieje się i zanurza w wodzie. Leżymy na kocu, jemy łazanki. Nagle zrywa się wiatr, ciemnieją chmury. Wszystko przeminie – śpiewają srebrzyste wody: czapla biała, rybołów, cyranka, troć wędrowna, jazgarz, traszka grzebieniasta, rak rzeczny, perłoródka, łątka zielona, paź żeglarz, niepylak apollo, wilk szary i koszatka leśna. My przeminiemy – nie zostaną kręgi na wodzie. Rajski ogród. Pierwszy grzech Dziewczynko, wezwie cię śpiew kukułki. Zbiegniesz ze schodów w poniemieckim domu. Na podwórzu przywita gdakanie kurnika i miękkość króliczych futer. Zatrzymasz się na granicy – w cieniu lasu przed kładką. Woda kusi. Wejdziesz na spróchniałe deski. Uważaj na wąskie przejścia. Będziesz wracać, poszczękując zębami. Nad ogrodem chmury, mrok okryje dom, wiatr rozwiąże kokardy. Krople krwi i czarne pióra zaprowadzą cię do kuchni. Łuski spadną z oczu – na stole zakrwawiony nóż, na fartuchu babki plamy, w garnku ciało. Będziesz szukać czarnopiórej, która była najpiękniejsza, wybrana z wielu. Będziesz płakać, aż usłyszysz prawdę. Już wiesz, czym jest mięso – to ciało, pióra i futro. Wilgotne chrapy i miękki pysk. Już wiesz, że ręce babki opatrują kolana. Zręcznie ucinają głowy ptakom, patroszą i wyrywają bijące serca. Nie zjesz rosołu. Mięso – będziesz smakować to słowo na języku: aż podrapie pazurami, udziobie do krwi. Katarzyna Zając (ur. 1977) – wydała dwa tomy wierszy: Pęknięcia (2011) oraz Starodrzew (2024). Publikowała w prasie literackiej, m.in. "Latarni Morskiej", "Frazie", "Migotaniach" „Okolicy Poetów”, „Babińcu Literackim”, oraz w antologiach poetyckich. Laureatka licznych konkursów poetyckich, pasjonatka przyrody i fotografii przyrodniczej. Mieszka w Ozimku na Opolszczyźnie.

  • Mirosław Drabczyk – Sieneńskie zwierzęta

    Zacząć od wilczycy czy od jaszczurki? Chronologia wskazywałaby na jaszczurkę, bo podczas spacerów po zaułkach Sieny łatwo natknąć się na małe jaszczurki wygrzewające się na kamiennych lub ceglanych murkach. Z powodów historycznych pierwszeństwo należy się jednak wilczycy karmiącej parę ludzkich niemowląt. Odlana w brązie, rzeźbiona lub malowana zdobi ważniejsze punkty w miejskiej topografii, nie wyłączając Piazza del Campo i schodów katedry. Ona jest najważniejsza wśród sieneńskich zwierząt. La Lupa – tak brzmi włoska nazwa Wilczycy ma swoje miejsce w herbie miasta. Według legendy, miasto założyli synowie Remusa uciekający przed drugim z rzymskich bliźniaków – Remulusem. Zwierząt jest w Sienie zadziwiająco dużo, choć nie wszystkie są realne. Żeby zrozumieć ich obecność, trzeba cofnąć się do średniowiecza. Wtedy zaczęła się rywalizacja poszczególnych dzielnic miasta – contrad, które dla identyfikacji obrały sobie własne kolory i symbolikę. Każda contrada ma w herbie symbol zwierzęcy. Nawet jeśli nazwa nie oznacza bezpośrednio nazwy zwierzęcia (np. Fala, Las lub Wieża) graficznym jej symbolem będzie zwierzę lub ptak (jedynym wyjątkiem jest Muszla). Dlatego Falę reprezentuje radosny delfin, Las nosorożec, a Wieżę umieszczono na grzbiecie słonia. Kolejne symbole to Jeż, Ślimak,  Nosorożec, Żyrafa… W zoologicznej wyliczance nie może oczywiście zabraknąć szlachetnych koni biorących udział w Palio, czyli kilkuminutowej gonitwie wokół głównego placu Sieny. Zapoczątkowana w średniowieczu rywalizacja siedemnastu sieneńskich dzielnic trwa nadal, a miarą fanatyzmu ich członków niech będzie fakt, że na dzień przed gonitwą wierzchowce wprowadza się do kościoła po specjalne błogosławieństwo. Intrygujące są wizerunki zwierząt umieszczone wśród ornamentów fasady sieneńskiej katedry. Lwy, smoki, gargulce, orły i skrzydlate krówki. Czym tłumaczyć ich obecność w towarzystwie gotyckich świętych? Muszą to być symbole, ale co o nich wiemy? Pomocne w odpowiedzi może być przypomnienie, kiedy powstawała katedra i kiedy ukończono prace nad fasadą. Była to druga połowa czternastego wieku, w tamtych latach wielką popularnością cieszyły się bestiariusze, czyli ilustrowane przewodniki po średniowiecznej symbolice zwierzęcej. Brak pewności, czy to jest właściwy trop poszukiwań: poczciwa skrzydlata krówka żadnej bestii nie przypomina. Tylko kontekst historyczny wskazuje, że krówki, jelonki, orły i lwy najpierw pojawiły się na kartach bestiariuszy a potem wspięły na fasadę katedry. Szerzenie treści religijnych nie mogło obywać się bez symboliki zwierzęcej. Wzrok orła jest niezwykle przenikliwy, ludzkie oko takich zdolności nie ma. Kołując wysoko orzeł może wypatrzeć rybę pływającą w głębinach. Gdy ją ujrzy, spada z wysokości, nurkuje, chwyta swą ofiarę w szpony i ulatuje z nią na brzeg. Kiedy orzeł się starzeje, jego skrzydła stają się ciężkie a wzrok zachodzi mgłą. Wtedy rozumny ptak szuka fontanny i wzbija się w górę jak najbliżej słońca. W górnych warstwach atmosfery jego skrzydła zaczynają się przypiekać a ciemność jego oczu zostaje wypalona promieniami słońca. Wówczas orzeł jak piorun spada do fontanny i nurkuje trzy razy. Skrzydła odzyskują swoją moc a oczy na powrót stają się czyste i przenikliwe. Tak więc Ty człecze, którego powłoka się starzeje, oczy zachodzą mgłą a serce pogrąża się w mroku, Ty też powinieneś szukać duchowej fontanny Naszego Pana, ku Niemu wznieść swój wzrok i swoje myśli, bo On jest fontanną sprawiedliwości. W ten sposób staniesz się na powrót młody i silny jak orzeł. Ponieważ autorzy bestiariuszy opierali swoją wiedzę na zapiskach starożytnych oraz własnej fantazji, opisy pokazywanych zwierząt nie miały nic wspólnego z rzetelnością naukową, prawdopodobnie nie nikt nie widział potrzeby oddzielenia faktów od zmyśleń. Bestiariusze nie służyły popularyzacji wiedzy zoologicznej, były jedynie narzędziem religijnej propagandy. Podobno były wtedy w Europie lekturą równie popularną jak teksty Starego i Nowego Testamentu. Objaśniana przez kaznodziejów symbolika pozwalała lepiej zrozumieć prawdy wiary, niż zawiła, pełna metafor literatura biblijna. Pelikan żyje w Egipcie, na brzegach rzeki Nil. Przykład pelikana pozwala się przekonać, jak niezmierzona może być miłość rodziców do potomstwa. Kiedy młode pelikany trochę urosną, uderzają swoich rodziców ostrymi dziobami. Dorosłe pelikany im oddają i tak młode zostają zabite. Jednak po trzech dniach matka rozdziobuje sobie pierś, kładzie się na zwłokach piskląt i własną krwią polewa ich martwe ciała. Wtedy młode wracają do życia. Tak nasz Pan Jezus Chrystus, który nas do życia powołał, został przez nas w twarz uderzony i zabity a jego krew popłynęła dla naszego zbawienia i dała nam życie wieczne. Również panterę uznawano za symbol Jezusa. Przypisywano jej właściwość, która mieszkańców brudnych średniowiecznych miast a także wieśniaków żyjących w jednej izbie z prosiakami, kurami i krowami musiała przekonać o boskim powinowactwie pantery. Czarny lśniący kot miał bowiem wydzielać miłą woń z pyska, która to woń miała przyciągać pozostałe zwierzęta. Nieczuły na jej zapachowy powab pozostawał jedynie smok, którego wcale wtedy nie kojarzono z jaszczurką. Uważano, że jest samcem żmiji. A żmija, jak wiadomo, to wcielone zło dysponujące diabelską mocą. Na miniaturach w średniowiecznych kodeksach pantera pojawia się w towarzystwie jelenia, który był wrogiem diabła i tak jak ona miał zdolność wydzielania bardzo miłej woni z pyska. W naturze służyło to zwabianiu potencjalnych ofiar, ale w porządku symbolicznym liczył się głównie sens pozytywny, bo jeleń był symbolem prawego chrześcijanina, który idąc za Chrystusem odrzuca diabelskie pokusy. Potrafi też szybko uciec przed myśliwymi, czyli złymi duchami. Z kolei symbol lwa mógł być odczytywany dwojako: jako król zwierząt i pradawny symbol Słońca. Lew mógł być figurą samego Chrystusa, obdarzonego boską naturą. W innych przedstawieniach lew bywał symbolem diabła, a było to bezpośrednie nawiązanie do cytatu z biblii diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć . Niejednoznaczna jest postać gryfa, którego od starożytności wyobrażano sobie jako połączenie szlachetnego lwa i drapieżnego orła. Obu tym zwierzętom przypisywane są atrybuty królewskie, dlatego w wielu kulturach gryf uważany był za władcę wszystkich stworzeń i jednocześnie strażnika praw boskich. W średniowieczu wierzono, iż szponem gryfa można leczyć ślepotę. Handlarze cudownościami sprzedawali naczynia wykonane rzekomo z jego pazurów (w rzeczywistości rogi antylop) oraz domniemane jaja gryfów (czyli strusie jaja). Ludzie średniowiecza nie mogli oglądać egzotycznych zwierząt ani w naturze ani w zoo, ani w internecie. Swoją wiarę w istnienie antylop, hien, pelikanów, ale także bazyliszków, mantykor i smoków opierali na wiedzy czerpanej od wędrownych kaznodziejów. Mimo całego ograniczenia musieli zdawać sobie sprawę z ogromu świata niepoznanego. Czasem do bogatych miast europejskich przywożono wielbłądy, lwy i żyrafy, łatwo więc było wmówić ludowi, że w krainach dalekich i niedostępnych, do których zagląda tylko Wiedźmin z wiedźmińskim mieczem, żyją stwory posiadające lwie łapy, upierzenie kruka i głowę orła. Albo zębatą paszczę szakala, skrzydła nietoperza i błoniaste łapy gigantycznej kaczki. Nie wszystkie zwierzęta bestiariusza musiały biegać po okolicznych lasach, łąkach i zagajnikach. Dzięki opowiadaczom i artystom gryfy, smoki i skrzydlate krowy uzyskały kształty i zawładnęły wyobraźnią powszechną. Podszyta tęsknotą do grozy i egzotyki wiara w lecznicze właściwości pazurów bazyliszka i „bardzo miłą woń z pyska pantery” brała się z niewiedzy. W dwunastym, trzynastym i czternastym wieku nie było wielkich szans na naukową weryfikację propagandowych bajdurzeń. Po 650 latach jakie minęły od umieszczenia skrzydlatych krówek na fasadzie sieneńskiej katedry, zapotrzebowanie na obcowanie z mitologicznymi bytami zmalało tylko nieznacznie. Popularność powieści i filmów z gatunku fantasy zdaje się potwierdzać potrzebę wiary w bajki. W XXI wieku mamy większe możliwości zdobywania wiedzy empirycznej, ale społeczeństwa chętniej wierzą w zabobony i nachalną propagandę niż w potwierdzone naukowo fakty. Najbardziej niewinnym wyrazem tęsknot za światem mitów jest popularność gier komputerowych. Potyczki wirtualnych bohaterów (często wzorowanych na postaciach z bestiariusza) zawładnęły umysłami milionów ludzi na świecie. Można się pokusić o tezę, że dla użytkowników gier wirtualny Wiedźmin, Skyrim lub Thor są tak samo realni jak dla ludzi średniowiecza realne były skrzydlate monstra obdarzone nadnaturalnymi mocami. Co ostatecznie dowodzi, że jako pokolenie, które umiało zaprząc do pracy sztuczną inteligencję niewiele różnimy się od nabywców sproszkowanych smoczych zębów mających leczyć bóle zębów, czyraki, katar i bezpłodność. Mirosław Drabczyk  – redaguje magazyn "Suburbia", przed laty wy­dał dwa zbiory poezji. W pra­sie li­te­rac­kiej i w antologiach pu­bli­ko­wał opo­wia­da­nia, ese­je i wier­sze. Kil­ka jego prze­kła­dów poezji Ga­ry­’e­go Sny­de­ra we­szło do jedynej w języku polskim książki Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen (Znak, 2013). W tym roku ukazał się zbiór jego opowiadań Szopka ruchoma . Miesz­ka w Du­bli­nie.

  • Weronika Romańska – Proces oczyszczania 

    Po jaskrawym upale chłód nocy jest tym dotkliwszy. Pierwsze zimno z zewnątrz dotyka kostek i skroni. Drugie wychodzi spod żeber i ściska przełyk. Najpierw do domu przyjdą wszystkie koty i takiej nocy nie trzeba dawać im jeść, a i tak żaden nie wyściubi nosa za futrynę. Zaczyna się od powietrza, a staje się ono tak gęste, że nie przyjmuje wydychanego dymu, który zostaje w płucach. Pod naporem ciężkości taras staje się malejącą klatką.   Gdzieś za granicą wzroku i percepcji ona zaciekawiona dźwiękiem powoli opuszczanego spustu podnosi łeb znad zielonej równiny, wzdryga uszami i patrzy w oczy ciemności. Ułamki sekund, gdy ich spojrzenia się spotkają. Niewinność w kontrze z doświadczeniem. Odbicie precyzji w zwierzęcej delikatności.   Wokół domu szeleści las z każdej strony. Pierwszy strzał i płacz rozrywający przestrzeń. Krzyk postrzelonej łani. Jeszcze jeden strzał. Już ostatni. Dobry myśliwy wie, że odległość jednego od drugiego kruszy mięso i nadaje mu delikatności. Tak działa ból i strach u zwierząt. Na podobieństwo człowieka. Podchodzi do celu i być może najpierw położy strzelbę obok ciepłego ciała. Zrobi zdjęcie i wyśle kolegom. Z łani nie ma trofeum. Trzeba ułożyć jej głowę nad resztę. Pozwolić krwi spłynąć póki nie stężeje. Zapach ciepłej jest słodki i kwaśny jednocześnie, gdy wchłania się w ziemię. Nożem trzeba przeciąć giętką skórę pomiędzy żebrami, aż do pachwiny i oddzielić wnętrzności jadalne od tych nieużytecznych. Czasem przecina się również tętnice, by przyśpieszyć proces oczyszczania.  Na moment powstaje bezwietrzna cisza. Tak niebo odbiera ziemi sarnią duszę. Bezpowietrze. Kilka ptaków jeszcze zerwie się do lotu, by ją podprowadzić, ale niebo zatoczy coraz szersze kręgi i zgubią ją, żeby do gniazda wrócić. Koniec lata to czas rytuałów. Zbieramy i palimy, bo być może bez tego jesień miałaby nie nadejść. Porządkujemy w tylko sobie znanym rzędzie. Jesteśmy matką zachodzącej ziemi.   Kiedyś duch lasu zemści się na widowni i biada tym, których wyczuje na swej drodze. Przebije się przez cienkie faktury ścian, wybije szyby domostw i pożre. Zęby będzie miał żółte i ostre, a język gruby, chropowaty i zachłanny.   Weronika Romańska (ur. 1987) – jej debiutancki tom wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.

  • Grażyna Wojcieszko – trzy wiersze

    Lamenty kornika I czasami słyszę lamenty kornika a zaraz potem dzięcioła trójpalczastego obaj głodni coraz bardziej głodni słabną w oczach ale ważne są hasła las dla pieniędzy wystąpił o zwiększenie etatu cięć oczywiście wszystko pod hasłem obrony puszczy II czasami słyszę lamenty kornika a zaraz potem dzięcioła trójpalczastego niech wam drzewa a raczej deski nie przysłonią lasu ale ważne są hasła las przekabaca świerki na dechy zanim kornik przerobi je na posusz oczywiście wszystko pod hasłem ochrony przyrody III czasami słyszę lamenty kornika a zaraz potem dzięcioła trójpalczastego las z martwymi drzewami żyje życiem robactwa ale ważne są hasła las nawet nie udaje że żałuje kiedy kornik idzie na szubienicę oczywiście wszystko pod hasłem dobroci dla dzięcioła Grafomania łosia kiedy tylko przejmiemy władzę a tak będzie to tylko kwesta czasu już całkiem niedługo niebawem Jurku tak zaczyna się mail wysłany przez jakiegoś dzikiego łosia z lasu (jak wiesz my tutaj wszytko czytamy wszystko przechodzi przez nasze ręce) po pierwsze po pierwsze nie będzie więzień więzień co nazywają się zoo lub stajnie chlewiki kurniki obory lub cyrk Jurku czy ty widzisz co one mają we łbach nie wiem kiedy łosie nauczyły się pisać (czy u was ta dziczyzna też zaczęła chodzić do szkół i wzięła się za pisanie) więzień z łańcuchami na szyi na nogach krok do przodu można też obrócić się lub zrobić dwa kroki do tyłu i cały dzień kołysać głową przestawać z nogi na nogę z drugiej na trzecią na czwartą i do pierwszej i tak dalej i tak dalej …Jurku czy nie myślisz że ktoś im pomaga czy to nie jest styl radców (mamy tutaj tylu obrońców zwierząt pokręceni grafomani co szkodzą całości) dowolnie długo można patrzeć na ściany albo przed siebie tylko oczy oczy nie mają ograniczeń żadnych ograniczeń przecież oczy nie mają ograniczeń żadnych ograniczeń Jurku ten kawałek świadczy o ich ambicji chyba powinniśmy przygotować się na atak ( na szczęście mamy tu wyszkolone anioły które bronią nas przed głupizną z lasu) Dzień chandry Jurku morze jest dziś gadatliwe ma gadatliwy dzień chandry a fale naniosły sztormowej gawiedzi na plaży śledź zaskoczony zaskoczony że mu nie idzie nie wychodzi mu w ogóle pływanie gęba mu się nie zamyka nie zamyka ust a wargi łopoczą na wietrze i coś wspominają ogon zapisuje na piasku na piasku pisze o brzuchu o wyjedzonych jelitach o wątrobie łypie zdziwionym okiem okiem coraz bledszym ogląda zamglony świat i niebo niebo jest dziś lazurowe ma lazurowy dzień wahań nie wie co zrobić co uczynić ze wspomnieniami Grażyna Wojcieszko – poetka, tłumaczka, autorka sześciu tomów poetyckich oraz opowiadań. Wiersze publikowała w pismach literackich w kraju i za granicą. Należy do najczęściej tłumaczonych współczesnych poetek polskich (francuski, chiński, angielski, hiszpański, szwedzki, czeski, włoski). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Absolwentka Studium Literacko-Artystycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, a wcześniej francuskich uniwersytetów: Orsay i Jussieu. Prezes Fundacji czAR(T) Krzywogońca – miejsca międzynarodowych spotkań twórczych.

  • Paweł Ciach – Pies

    Brysiowi Od lat, od kiedy jedyny towarzysz jakiego miał, zmarł na jego rękach, powtarzał co rano tę samą czynność. Pił kawę, zakładał buty, płaszcz, jeśli wymagała tego pogoda, zdejmował z wieszaka smycz i ruszał w dookoła budynków, wzdłuż ścieżki, po której omijał rowery tak, jak wówczas, gdy zagubiony był na niej jego ślepy przyjaciel. Nerwowo odwracał się, by sprawdzić, czy nie idzie, czy się nie zgubił, czy nie wszedł komuś pod rower. Nikt jednak za nim nie podążał. Wracał do domu, odwieszał smycz bez obroży, którą jego syn zabrał ze sobą. Tak się podzielili – on smycz, syn obrożę. Zmieniał wodę w misce, dosypywał jedzenia do stojącej obok. Wpatrywał się w ogród, pił herbatę, jadł śniadanie, zabierał się do pracy. Opanowywał strach przed ciszą, omijał miejsca, gdzie zawsze mógł go spotkać. Odwracał od nich wzrok, by nie widzieć jego braku – kanapy, posłania na piętrze. Czynność powtarzał dwa, trzy razy dziennie, częściej niż wówczas, gdy tamten żył. Kiedy żył, ich wspólne spacery nie były tak częste. Raczej wypuszczał go do ogrodu, by ten załatwił pilne potrzeby. Szukał wymówek, by z nim nie wychodzić, mimo jego popiskiwań i próśb wyrażanych pyskiem złożonym na kolanach i głębokim spojrzeniem w oczy. Przeszkadzało mu jego głośne szczekanie i ciągła obecność w kuchni. Teraz nikt już nie plątał się pod nogami, a w domu zaległa kompletna cisza. Tykał zegar, zza uchylonych okien dochodziło szczekanie psów sąsiadów. Zamykał je szczelnie. Wstawał coraz wcześniej. Dzień mylił mu się z nocą. Wychodził na te nieme spacery w samym środku nocy lub w samo południe. W swoim rytuale stawał się coraz bardziej zasadniczy. Kupował coraz więcej jedzenia w torbach, saszetkach, specjalnych smakołyków i psich łakoci. Niezjedzone wyrzucał. Regularnie prał posłanie, które zrobiło się wiotkie i straciło swój kształt. Smycz się wytarła od ciągłego owijania jej wokół dłoni. Coraz mniej pamiętał z ich wspólnej przyjaźni. Szczenięce zabawy, gdy z zaciekłością chwytał i usiłował ugryźć stopy ukryte pod kołdrą. Bieganie się za piłką kopaną pomiędzy nim a synem, za którą uganiał się i chwytał ją zębami, szarpiąc we wszystkie strony i dziurawiąc. Wreszcie radosne powitania, ilekroć powracał z częstych podróży, a które z latami wyglądały coraz zabawniej aż przemieniły się w smutne poszukiwanie po całym przedpokoju na dwóch łapach i dwóch wyciągniętych w przestrzeń, gdy już zupełnie stracił wzrok. Zapominał  miękkiego dotyku jego sierści, jej zapachu, drapania i gładzenia po głowie i wielkich uszach. Dłonie zawieszały się w pustce, nie wyczuwały ciepła jego ciała, delikatnej skóry na brzuchu, lekkich uderzeń serca, które kiedyś przestało bić właśnie pod jego palcami. Jakby wraz z tymi ostatnimi słabnącymi drgnięciami jego psia dusza wyniosła się poza ciało i złączyła z innymi. Nie budziło go już szczekanie, gdy syn późno wracał do domu z nocnych imprez. Wejścia i wyjścia z domu stały ciche, wręcz nieme. Budził się w nocy, nasłuchiwał czy nie słyszy jego charczenia z ostatnich dni życia, popiskiwania, uderzeń pazurów wolno stawianych łap na kolejnych stopniach  schodów, gdy zwlekał się z posłania i schodził na dół, zatrzymując się w połowie schodów w oczekiwaniu, aż podniesie się i wypuści go na dwór. Mimo tej ciszy, nasłuchiwał. Jak gdyby gdzieś w domu mogło odezwać się szczekanie albo znajome kroki na schodach. Radosne bieganie i tarzanie się po kąpielach, których nie lubił. Przeglądał zdjęcia w telefonie, oglądał filmiki, jak pies leżąc na kanapie, wyje smutno, słysząc muzykę graną na małym dziecięcym akordeonie. To oglądanie zazwyczaj kończyło się płaczem. Wydrukował sobie jego zdjęcia, oprawił je i powiesił w pokoju, po czym, bojąc się na nie patrzeć, zdejmował je i przenosił w inne miejsce. W końcu schował na strychu. Krótko po jego śmierci, wszędzie pełno było jego białej sztywnej sierści. Gdy zaczęła znikać, zebrał pojedyncze włosy i umieścił w szklanym słoiczku. Żałował, że nie skremował jego ciała tak, by zachować prochy w niewielkiej urnie, ale z miejsca, gdzie pochował go w ogrodzie, zrobił małe lapidarium. Pamiętał jego nieporadność, gdy powoli tracił wzrok, aż zupełnie oślepł i uderzał pyskiem o wszystkie przedmioty i sprzęty niepozostawione na swoich miejscach, aż w końcu, gdy tracił świadomość, zaczął obijać się boleśnie o wszystko. Dlatego pilnował stałego układu rzeczy – krzeseł, butów, deski do prasowania, stolika na czasopisma, plecaków rzucanych zazwyczaj po powrocie na podłogę. Zbierał je, układał, precyzyjnie ustawiał sprzęty na ich właściwych od dawna ustalonych miejscach. Zegar nieustająco tykał, choć zatrzymał kuranty, by nie biły, wiecznie skrzypiały podłogi, w spiżarce chrobotały myszy, czasem włączał się mruczący silnik lodówki.  Ta  głęboka, przerażająca go coraz bardziej cisza, zmuszała go do ucieczek z domu, bo tutaj najbardziej odczuwał stratę. Wędrował po okolicy, odtwarzał wszystkie ich wspólne trasy, ścieżki, zarośla, chodniki. Węszył, stroszył sierść, gdy wyczuwał niebezpieczeństwo lub nieznane zapachy i głosy. Zapuścił siwą brodę, tak podobną do psiego siwego pyska z ostatnich lat, nie obcinał paznokci. Gdy przychodziła wiosna i lato, zabierał koc i sypiał na wielkiej łące, którą razem pokonywali na dłuższych spacerach. Patrzył wówczas na świat z jego perspektywy, wyobrażając sobie jak pies patrzy na człowieka. Ale nie chciał być już człowiekiem. Chciał być psem. Jego własnym psem. Skoro nie mógł go odzyskać, postanowił nim zostać. Brak snu, dziwne zwyczaje, którym zaczął hołdować, zmieniły go nie do poznania. Nie kupował ubrań, chodził w starych zniszczonych ciuchach. Z domu wychodził najczęściej w nocy, gdy nie widzieli go sąsiedzi. Coraz częściej przesiadywał lub włóczył się po wielkiej łące. Wiedział, że przyjaciel lubił to miejsce, choć miejsce było też świadkiem jego panicznej szczenięcej ucieczki podczas noworocznych fajerwerków i wielogodzinnych poszukiwań całego zaproszonego na sylwestra towarzystwa. To tutaj bawili się piłką, tutaj spotykały ich przygody przez dziesięć ostatnich lat. Chodził na spacery do lasu, gdzie kiedyś odbywali zbyt długie, jak się okazało, okrążenia.  Na łące nie było ludzi. Trawa, zarośla, krzaki rozciągały się na wielkiej połaci. Po jakimś czasie zgubił klucz do domu i nie miał już jak wrócić do siebie. Nie bardzo chciał wracać do miejsca, które było puste i przerażało go swoją ciszą. Wykopał sobie norę, by deszcze nie padały mu na głowę. Wpatrywał się w księżyc i gwiazdy. Czasem ruszał się gdzieś, by zdobyć jedzenie. W końcu przestał jeść, tak jak przestał spać. Szwendał się ze smyczą owiniętą wokół dłoni. Wiernie i uporczywie czekał na powrót swojego pana. Tracił siły. Ostatni raz pokuśtykał tylko przez chwilę i wrócił. Pił już tylko wodę. Nie podnosił się prawie wcale. Czuł się coraz gorzej. Chciał już umrzeć tak samo jak chciał jeszcze żyć. Sam nie wybrał śmierci, to ona wybrała i nie zamierzała zwlekać. Położył się, wyciągnął łapy jak jego najlepszy przyjaciel, zrozumiał wreszcie, że to była przyjaźń i miłość, których zawsze szukał. Z ulgą pozwolił, by serce zwolniło i przestało bić. Paweł Ciach – autor opowiadań publikowanych w „Nowej Orgii Myśli”, esejów w „Chestnuthill Press”, magazynie „Pole” oraz „Odrze”. Tłumaczył literaturę i filozofię (Pascal Quignard, Eduard von Keyserling, Jean-Luc Marion). Pisze krótkie formy prozą i utwory na scenę m. in. Gościnność .  Autor podcastu Filozofia na wesoło .

  • Anna Paszkiewicz – trzy zwierzęce

    *** noc pręży się jak kot wąsami strąca gwiazdy wpadają do jeziora w którym jeszcze wczoraj tańczyły dla mnie czaple dziś mogę tylko wyłowić ich kryształowe ptasie odbicia miękko otulić je wierszem nakarmić okruchami snów *** pies pyta mnie spojrzeniem dlaczego za każdym razem gdy wychodzę z domu jego neurotransmitery przenoszą między synapsami tęsknotę nie dziwię się jego irytacji nikt by nie chciał tyle razy umierać *** zaginam czasoprzestrzeń tafla lustra marszczy się wypręża grzbiet delikatnie burzę wątłą strukturę atomów myślami szukam wyjścia z zielonym napisem EXIT po drugiej stronie uśmiecha się kot z cheshire Anna Paszkiewicz (ur. 1979) – debiutowała zbiorem wierszy Lepidoptera . Publikowała w czasopismach „Artis”, „Ypsilon”, „Bezkres”, „Helikopter”, na portalach „Poezja na każdy dzień”, „Babiniec Literacki” i „Tomikovo”. Jej wiersze gościły w antologiach, niektóre przetłumaczono na hiszpański, francuski, angielski, włoski i grecki. Jest autorką ponad 100 książek dla dzieci (w tym Coś i Nic , które ogłoszono Międzynarodowym Białym Krukiem 2021); prawa do niektórych tytułów nabyły wydawnictwa z Chin, Korei, Hiszpanii, Francji, Tajwanu, Czech, Włoch, Kanady, Turcji, Węgier, Chorwacji i Rosji. Przetłumaczyła z angielskiego ponad 30 książek dla najmłodszych.

  • Anna Dwojnych – pięć wierszy

    Złudzenia a cóż to za śliczny słonowodny hipopotam! ten pokaźny kanciasty pyszczek i wielkie rozmarzone oczy są własnością niejakiej kostery gruzełkowatej osiągającej czterdzieści pięć centymetrów            ( Pytania po śmierci i nurkowaniu, 2024) Żółw mnie oszukał feat. przetwarzanie dźwięku spotkanie trzeciego stopnia gadzina stoi tyłem nie obejrzy się. tylko tyle? tyle wysiłku, transfer na lotnisko lot dojazd rejs przeciskanie ciała zasuwanie, wsuwanie płetwy, włosy z czoła plus dwadzieścia pięć kilo woda w dół, w bok, jeszcze głębiej, dale ja on tylko trącił pyszczkiem skałę jakby usterka butli uszkodzony zawór ( Pytania po śmierci i nurkowaniu, 2024) Kolejny kot, którego znałaś przez pokolenia nie zdążymy przepalić drzew ani wiader, więc teraz snujmy się i tańcz mi las jak  Włóczykij, zgodnie z prądem rzeki. wtedy formatio  reticularis  wplata mnie w historię z rodzaju: kiszki,  kaszanki, kotki. zwierzątka piękne, a jak sen to podstęp więc patrzę jak cierpią, rozglądają się (za mną? ze mną?) w pudełku po zapałkach, coraz mniej żywe, tyci tycie tymczasem poza bobrem i psem koty, które znam  odchodzą, łapka za łapką, bez pyszczka na dobranoc;  tamto w lesie było prorocze – przemijanie ma futerko. *** to nie jest kotek koteczek kociak kiciuś żadna kizia-mizia tamto jest nie milusie nie ładniusie nie słodziusie nie do kochania do nie dotykania kot zdechł ot co ot to                        (gadu gadu, 2011) Władca much Hodowanie pająka po raz drugi  byłoby przesadą tup tup tup zrób to i tamto bo jak nie zrobisz to pójdę po inną muchę (gadu gadu, 2011) Anna Dwojnych – pisze wiersze, opowiadania i dramaty. Jest absolwentką socjologii i filozofii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Publikowała m.in . na łamach „Lampy”, „Dwutygodnika”, „biBLioteki” Biura Literackiego, „Blizy”, „Frazy”, „Pola”, „Strony Czynnej”  i „zakład.magazyn” oraz w kilku antologiach. Autorka książek poetyckich gadu gadu  (2011), Wypadki z przypadkami  (2019), Nocne zabawy w dużych miastach  (2022), Pytania po śmierci i nurkowaniu  (2024). Związana z Płockiem, Toruniem i Warszawą.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page