Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Arkadiusz Aulich - wiersze
Osobliwy I Wreszcie dostąpiłem zaszczytu katharsis Arystoteles opisał go w periodykach rozweselającym atramentem Wybucham kpiącą czkawką tracąc pamięć (absolutną?) aż po noc nieprzespaną i dzień wymazany z życiorysu II Wreszcie dostąpiłem zaszczytu bycia poetą przeklętym Wojaczek opisał to w periodykach atramentem rozweselającym Wybuchając kpiącą czkawką tracę pamięć (absolutną?) aż po noc nieprzespaną i dzień z życiorysu wymazany III Wreszcie dostąpiłem zaszczytu apostazji Proboszcz opisał mnie w periodykach atramentem rozweselającym Wybucham kpiącą czkawką tracę pamięć (absolutną?) w nieprzespaną noc aż po dzień wymazany z życiorysu Profanum Zakonnica w negliżu modliła się do Boga pogrzebanego w krypcie Okiem drapieżcy spoglądałem na jej nieskazitelne ciało Krwiste usta szeptały „Ojcze nasz...” w otchłań nieskończoności Ukryty przed wzrokiem naiwnie wypowiadanych słów tworzyłem własną religię ze szczątków upadłego Boga Anonimowy akrobata Mit słonecznego chłopca towarzyszy mi niezmiennie od zawsze W stanie bezwzględnej sprzeczności z światłości w ciemność splunąłem na szczęście Za siebie biorę pełną odpowiedzialność bez ukrytych kosztów Martwa perspektywa Zostałem rzucony na szafot literackiej perspektywy bez tożsamości opisu wszelkich stosunków interpersonalnych Statystycznie zalegałem tak z pół wieku aż cisną się na usta z wyraźnym osłupieniem słowa Myśli Wielka Biała Polska Zmierzch nastał błyskawicznie W takim razie może by tak złapać oddech? Choć prawdę mówiąc mógłbym ten wóz ciągnąć bez końca Ale koni żal a trzoda chlewna (której u nas pod dostatkiem) strasznie leniwa Arkadiusz Aulich (ur. 1979) - poeta, dramatopisarz, malarz abstrakcjonista. Outsider. Samouk. Wyznaje swobodę artystyczną i życiową. Wydał cztery tomy wierszy: Dom czystych myśli (2018), Odmienne stany świadomości (2019). Skądinąd (2021), Za siebie (2023). Publikował w antologiach oraz czasopismach literackich. Jest zafascynowany kaskaderami literatury, poetami przeklętymi, literaturą beat generation, postmodernizmem w literaturze, a także malarstwem (abstrakcjonizm, surrealizm, ekspresjonizm), rockową muzyką klasyczną i kontrkulturą lat 60. fot. BM Studio
- Rafał Różewicz – O czym śpiewają manaty? (recenzja)
O czym jest druga książka poetycka Tomasza Smogóra pt. Dziwniej nie będzie, zwycięzcy konkursu wydawnictwa Kwadratura na tom poetycki? Tego niestety nie dowiemy się z okładkowego blurba, pod którym podpisali się jurorzy konkursu: Joanna Chachuła, Przemysław Dakowicz i Krzysztof Kleszcz. Piszą co prawda o niepokoju, sugestywności, jazzie i niemym manacie (!), ale wspomniany blurb czyta się raczej tak, jakby sami wobec tych wierszy pozostawali bezradni. Nasuwa się pytanie: dlaczego postanowili nagrodzić ten właśnie projekt? Co ich przekonało do świata Smogóra? Zwięzłość? Konsekwencja w stosowaniu skrótów myślowych? Pozorna niedostępność treści i obrazów, które sprawiają, że tę książkę można czytać zarówno bardzo szybko, jak i bardzo wolno? Z pewnością to „coś” zaważyło na decyzji jurorów. Coś, co pozwoliło wyróżnić te wiersze spośród wielu innych nadesłanych. Jednak czym jest to „coś” i dlaczego akurat te utwory - o tym członkowie kapituły niestety już nie napisali. Dlatego od samego początku czytelnik ma do czynienia z jakimś rodzajem tajemnicy i w znalezieniu odpowiedniego klucza do tego tomu jest zdany wyłącznie na siebie. Długo musieliśmy czekać na drugą książkę Smogóra, który debiutował tomem Ujścia w 2014 roku. Wtedy również wydanie książki wiązało się ze zwycięstwem w konkursie, tyle że tamtejszy konkurs organizowała Fundacja Duży Format. Ówczesna edycja miała zresztą dwóch laureatów, drugim został Radosław Sobotka. Co znamienne: po opublikowaniu swoich książek, zarówno Smogór, jak i Sobotka dość szybko zniknęli. Choć trzeba uczciwie odnotować, że nazwisko Smogóra, rzadko, bo rzadko, ale jednak nadal przewijało się w światku poetyckim. A to wśród laureatów jakiegoś kolejnego konkursu, a to kilka jego wierszy można było przeczytać w jakimś czasopiśmie. Sporadycznie, ale autor wciąż, w przeciwieństwie do Sobotki, „bywał” i tylko kwestią czasu pozostawało, aż wróci na dobre z kolejną propozycją książkową. I tak też się stało. Po dziewięciu latach otrzymaliśmy tom wierszy, którego już sam tytuł sugeruje zajęcie przez autora dość jednoznacznej pozycji względem świata przedstawionego. Czy Dziwniej nie będzie możemy uznać za deklarację, próbę powiedzenia czegoś o kondycji współczesnej poezji, rodzaj autorskiej manifestacji? Przypomina się tytuł najnowszej książki Katarzyny Fetlińskiej nie ma nic o piłce nożnej (Fundacja Duży Format, 2022), który już sam w sobie jest ironicznym komentarzem odnośnie do pozycji kobiet w literaturze i postrzegania przez ogół czytelników treści przez nie poruszanych, więcej: tematów rzekomo zarezerwowanych tylko dla nich. Dość prowokacyjny tytuł Smogóra uznaję więc za celowy. Świat stał się już na tyle dziwny i absurdalny, że jako społeczeństwo doszliśmy do przysłowiowej ściany. Za którą nie ma już Nic: żadnej hierarchii, myśli, możliwości oceny. Jest to Nic znoszące wszystkie sądy. Nic Różewiczowskie? W tym sensie doszliśmy już do granic absurdu. W zawiłych wierszach kłodzkiego poety gdzieniegdzie przebija się jednak klarowny głos Tadeusza Różewicza, który już w latach 60., między innymi w znakomitym utworze „Spadanie”, dał wyraz swojego negatywnego stosunku do kondycji ludzkiej, popkultury i kultury Zachodu; pisał wprost, że człowiek zaczął spadać we wszystkich kierunkach. Tym bardziej ten absurd wynikający z chaosu współczesności i niemożliwości uzyskania stabilności światopoglądowej należy teraz opisać, żeby go poznać, uwypuklić, przeciwstawić rzekomej normalności. Tylko co to jest normalność, jak odróżnić ją od absurdu? Jakie dziś mamy możliwości funkcjonowania w świecie? Smogór dochodzi do wniosku, że o absurdzie (w tomie nierzadko sytuacyjnym, wywodzącym się od absurdu systemowego, absurdu, który cechuje system kapitalistyczny) można mówić li tylko językiem absurdu i zestawiając ze sobą tego typu obrazy. Szansa, że w tej interesującej zbitce dziwności dostrzeżemy smutny obraz siebie u kłodzkiego poety jest bardzo duża. chwytam się w pół słowa za wytrych z imprezy firmowej nagrobek leży na końcu przełyku tańczę na ringu i czekam aż zabrzmi języczek podniebienny i zniknę jak przystawka („escape room”, s. 40) Jednak przyznaję, nie do końca rozumiem niektóre frazy z tej książki. Wydają mi się zbyt udziwnione. Jednak zaraz łapię się na tym, że nie o zrozumienie w tych wierszach przecież chodzi. Lecz o współodczuwanie rzeczywistości, dzielenie się podobnym rodzajem wrażliwości. Jeśli jestem w stanie ten wiersz choćby poczuć, nawet nie do końca łącząc wszystkie jego elementy, to znaczy, że poczucie absurdu, leżące u podstaw tej twórczości, również jest mi znane. Czy to co czytam ma sens? Ale czy sens nie objawia się sporadycznie? Twierdzenie Sartre’a o przypadkowości sensu, który w życiu człowieka jest obecny tylko czasem, bo egzystencja przeważnie jest pozbawiona sensu, wydaje się kluczem do tej poezji. Poezji, w której najprawdopodobnej chodzi o to, że uchwycenie sensu całości zależy jedynie od nas. To my jesteśmy twórcami sensu i nadajemy go swoim przeżyciom, chwilom radości i rozpaczy, pracy czy relacjom. Tymczasem dziś - sami się tego sensu i znaczenia pozbawiamy, wikłając się niekiedy w bezsensowne i ślepe poszukiwania nowych dróg rozwoju dla nas samych. Kiedy pod słowem rozwój niejednokrotnie kryje się powrót do tego, co już było: do czasów wyzysku i zniewolenia, utraty godności, znaczenia, do tego co niezbyt udanie skrywa pamięć. śnisz o pieniądzach ukrytych w dziuplach jak dusze żałujesz że nie urodziłeś się bezkręgowcem („dopisek do awansu”, s. 38) Bo jest to również, jak mniemam, książka o pamięci. Pamięci jednostki raz po raz zestawianej z pamięcią ogółu. Smogór sięga do swoich przeżyć, żeby ponownie je przeżyć, poczuć sens tamtych chwil i przeciwstawić je współczesnemu absurdowi i bezsensowi istnienia. jeszcze jej kształt w pościeli zarys pleców wygięty w sierp pola kukurydzy trop przeciągnięty po włosach do świtu palące się chaty pocięte historie kolaże ze zdartych afiszów filmowych ciało niewymowne i sztywne zostawione na żer sierpnia („najkrótsza słomka”, s. 20) Jednak wiersze w książce są ułożone w ten sposób, że naiwny sentymentalizm i powrót do przeszłości, dzieciństwa i młodości, nie wchodzą tutaj w grę. Obrazy minionego są niczym okolicznościowy, przypadkowy sens. Pojawiają się i znikają, żeby wciąż ustępować temu, co jest teraz, choćby kolejnemu wierszowi poświęconemu szklanym wieżowcom, biurowcom, wreszcie halom produkcyjnym. Temu, co powraca w różnych odsłonach i niezbyt dobrze świadczy o kondycji naszej cywilizacji. Wiersze Smogóra nie dają nadziei. Mimo pozornego oderwania, są silnie zakorzenione w rzeczywistości. Tylko jak ją opisać? Kłodzki poeta podpowiada, że inaczej już się chyba nie da. Choć jednak jest w tym pewna, ciekawa wątpliwość. jakbyś nie wytężył uszu i tak nie usłyszysz śpiewu manatów („oceanarium”, s. 16) Tomasz Smogór: Dziwniej nie będzie. Wydawnictwo Kwadratura. Łódź 2023. Rafał Różewicz (ur. 1990) - autor trzech książek poetyckich m.in. Po mrok (2019), Podwójna ciągła (2022) oraz powieści Land (2022). Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius i dwukrotnie do Nagrody Kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, ukraiński i rosyjski. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.
- Tomasz Smogór – pięć wierszy
chmara garnki pokrywki i kubły orkiestra niedobitków pejzaż wsiąknięty w hałdy kiedy ktoś wyrzuca pamiętnik szukasz straty w walkach ulicznych piszczel przyświeca jak instrument chmara wyobrażeń wznosi się na głos Toma Waitsa połów podobno gdzieś w niebie jest przerębel przez który łowi się ludzi jak agentów świeża krew potrzebna od zaraz krzyczą umarli zsyłając karawan podobno mają haka na ławicę ludzi uciekających jak korposzczury acid jazz pogłos przechodzi w jazgot na widok owadzich oczu gatunki łączą się pod gzymsem kamienicy żuwaczka wszystko chwyta od miejskiej legendy po partię skrzypiec odwłok kołysze się w rytm muzyki cierpki smak trąbki to syk pod językiem powietrze jest jak strzał bez tłumika rejestr śpiew zaczyna schodzić w nieludzki rejestr śmierć powleka wszystko trzeba się podczołgać by zobaczyć jak kwitną ofiary pierwszej wiosny proces już przetacza beczki król pleśni ma wszędzie blisko ze spiżarni w pędzie zarzucony projekt osiedla wygląda jak zwieżowiec który wchłonął wszystkie fikcje pod każdym numerem inna piosenka w pustostanach odzywa się Billy Corgan jak przewodnik opowieści nie mogą znaleźć puenty na blokach słychać przester Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Dziwniej nie będzie (Wydawnictwo Kwadratura, 2023). Tomasz Smogór – poeta i prozaik. Wydał książki poetyckie Ujścia (2014) oraz Dziwniej nie będzie (2023). Obie ukazały się jako nagrody w konkursach poetyckich. Publikował w „Akcencie”, „Czasie Kultury”, „Tyglu Kultury”, „Tlenie Literackim”, „Afroncie”. Laureat konkursów poetyckich. Obecnie pracuje nad powieścią. Mieszka w Kłodzku.
- Agnieszka August-Zarębska – pięć wierszy
Dlatego nie sprzątam pajęczyn pod sufitem w pachwinach ciało odpoczywa po skwarze w przecięciach torowisk miasto odsypia witanie po rozłące żłobią je podrdzewiałe koła dłuży się droga hamowania zazdrośnie Godzina? Prawie szósta Wpija się słowem w opuszkę. Nie daje rozmasować. Wszczyna bieg w rześkość skroplonej wilgoci, byle dalej od źródła, od dźwięku, ścieńczonej skóry, wtartych w asfalt liści. Pod skrzydłem jest, gdzie ukłucie najdotkliwiej boli. Przystanek, szkło pancerne, światło reflektora. Światłoczułość Biała wilgoć osiada na srebrnych oprawkach żywionych woskowiną. W uszach wiszą porosty. W kieszeni kamień, muszla, folia po cukierku – tymiankowym, bez przerwy od kaszlu. Gulgot głosów w tunelu wciąga mimochodem. W soczewce łuszczy się plakat na słupie. Wchodzi tam jak po swoje. Z kwitem na odbitki z prześwietlonej kliszy. Dyskont w przelocie Rachunek stałego klienta został aktywowany weszły tamaryszki ciężkie, deszcz. Był grad, lawendy pochylone po nocy. Dzień 3 pies wąchał kreta długo nie odejdzie smutek Agnieszka August-Zarębska jest filolożką hiszpańską. Zajmuje się współczesną literaturą w ladino – zagrożonym języku Żydów sefardyjskich. Jest autorką zbioru Po jej wewnętrznej stronie nagrodzonego w konkursie im. AnnyŚwirszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki 2021. Publikowała wiersze m.in. w "Toposie", "Czasie Literatury", "Zakładzie" i "Odrze". W czasopismach "Aki Yerushalayim" (Izrael) i "Licencia Poética" (Hiszpania) opublikowała kilkanaście wierszy w ladino, które powstały z pobudki włączenia się w ruch rewitalizacyjny języka sefardyjskiego.
- Anna Sendor – Prowincjusz
Wszechświat całkiem dobrze radzi sobie bez nas. Zresztą wkradliśmy się dopiero do jego czterech wymiarów, a i to nie na pewno, a i to nie do końca. Droga Mleczna nie wykipi, gdy spuścimy z niej nasz stróżujący wzrok. Muzyka burzy na Jowiszu nie dla naszych uszu. Co więcej, jesteśmy zbędni księżycom Saturna, piękne same w sobie i same dla siebie, bez naszych wieczornych wzdychań, bez łaski. Wycie do księżyca i księżycowe sonaty – nie, to nie dla nich. Nawet tutejsze dno Rowu Mariańskiego też, póki co, nie ma nas w planach. A ja - to dopiero. A mnie nie miały w planach nawet co bardziej folderowe miasta rodzimego globu. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. No to dobrze jest w Paryżu. To miasto nie powstało dla mnie. Tam mnie nie przewidziano. Tam mnie nie było, nie ma, nie będzie. Bo co? Bo nie ma kasy, bo mama wolała nad polskie morze albo w polskie góry, trzeciej możliwości nigdy nie dawała. A i z dwóch pierwszych zazwyczaj w końcu rezygnowaliśmy. Bo co? Bo jednak naprawdę nie ma tej kasy. Także… wieża Eiffla, Luwr, katedra Notre Dame, Łuk Triumfalny i Pola Elizejskie – tyle je widziałem, ile wyguglowałem. - Może skosztuje pan świeżutkiego croissanta? - nie zapytał mnie nigdy paryski kelner. - Chętnie i jeszcze proszę expresso – nie odpowiadałem. - A czy próbował pan naszej café crème? – nie dodawał. Po poranku niespędzonym w paryskiej kawiarni, nie udawałem się następnie na przechadzkę do Centrum Pompidou, aby pooglądać sobie sztukę przewróconą na lewą stronę, nie wpadałem później do francuskiego Disneylandu, a potem nie wygaszałem kreskówkowego nastroju na Cmentarzu Pere-Lachaise. Do mojej polskiej biało-czerwonej głowy Francja nie miała szans doszyć swojego niebieskiego kuszącego paska. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. No to dobrze jest w Londynie. Do Londynu? Nie! Polskie morze, polskie góry – i nikt nie obiecywał, że co roku. Czerwone autobusy masz też od biedy w Rzeszowie, a nie te ich jakieś double-decker buses (i jak to się do cholery poprawnie wymawia). Pod kolor do tych ich czerwonych budek. Że o piętro niższe? Czepiasz się pięter. Chcesz pięter, jedź do Wrocławia i popatrz sobie na Sky Tower. Jak ci nie wystarczy – wejdź sobie i zejdź. Na te piętra, z tych pięter. I tym sposobem na niedoszłych wakacjach w Londynie nie spotkałem mojej pierwszej dziewczyny Charlotte, z którą się potem nie pokłóciłem, w wyniku czego z nią nie zerwałem. Mama zresztą ostrzega przed związkami na odległość. – Szukaj żony między polskim morzem a polskimi górami – mawiała. Nie natrzaskałem selfiaków na tle Big Bena i Buckhingam Palace, nie zmieniłem po powrocie profilówki na FB, bo na co miałem zmieniać... Na łazienkowe selfie albo selfie w windzie mojego bloku? Bo w tym roku nie było selfie nawet na tle polskiego morza ani polskich gór. Tak wypadło. Bo co? Bo ciągle nie ma kasy. Było za to w te wakacje trochę Ameryki. Gdzie? A w McDonald’s – pierwsza dorywcza praca, czas najwyższy. I tym sposobem do moich biało-czerwonych barw Anglia również nie dodała swojego niebieskiego nęcącego tła. Za to amerykański McDonald’s uplamił je nieco ketchupem. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, więc w Pradze również jest z pewnością dobrze. Z Mostu Karola przynajmniej nie spadłem, Zamku na Hradczanach nie przeludniałem, Złotej Uliczki nie zadeptałem. Niepotrzebne są nam niebieskie trójkąty z czeskich flag. Żadnych kosmopolitycznych aplikacji na biało-czerwonej. Moja mama o ograniczonym górami i morzem zasięgu, moja mama sprawdzająca nerwowo co rano w lustrze, czy jeszcze nadaje się na kobietę, moja mama zdobywająca kolejne levele w chorobach, tłumacząca się ze swoich naciąganych happy-endów. Moja mama wolała mieć mnie zawsze na oku. I skończyło się na tym, że nie wierzę w te wszystkie folderowe miasta, tak jak nie wierzę w kosmitów. Istnieją tylko na pocztówkach, broszurach, w relacjach świadków, którym raczej bym nie ufał, choć zaklinają się, że byli, widzieli. Znam takich, którzy zarzekają się, że widzieli duchy i kosmitów. Paryż, Atlantyda, dla mnie jeden pies - jedno i drugie równie niedotknięte i niepotwierdzone. Folderowe miasta dzielą, różnią nas. Łączą nas za to księżyce Saturna, burze na Jowiszu, dno Rowu Mariańskiego – sprawiedliwie za dalekie, za głębokie dla nas wszystkich. Na pewnej głębokości, z pewnej odległości wszyscy jesteśmy prowincjonalni, małomiasteczkowi do imentu, jednakowo lokalni. Ziemia swoją grawitacją oswoiła nas. I jak nadopiekuńcza matka dała szlaban na resztę wszechświata. Anna Sendor – absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru. Nauczycielka języka polskiego. Jej wiersze zostały opublikowane w internetowym wydaniu „Odry” i "Helikoptera". Laureatka konkursu prozatorskiego "Małe życie po wielkiej zmianie" przeprowadzonego pod patronatem Fundacji Olgi Tokarczuk (publikacja pod tym samym tytułem w 2023 r.), wyróżniona w I Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim "O Lwi Pazur", finalistka I Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "debiutJana".
- Michał Piechutowski – pięć wierszy
Adolf Hitler w Argentynie (Lata sześćdziesiąte) Skromny dom nieopodal wybrzeża W nim stary człowiek Obecnie Alois Buchenwald Nazwisko z sentymentu Do lat świetności Ewa rozwiodła się z nim Niedługo po wojnie Wyemigrowała do Brazylii Pokochała bossa novę Została kelnerką A on patrzy smutno przez okno Albo na brzegu oceanu Krzyczy piskliwe do fal żywo gestykulując A jego żydowscy przodkowie Uśmiechają się pobłażliwie Żyje z landszaftów Wyrobił się Choć nadal nie ma na nich ludzi Zapuścił brodę i siwe włosy Sąsiedzi traktują go z rezerwą Prawo karmy Świńskie tusze o bezmyślnych mordach Ostemplowane na całych ciałach Jakby przeszły kontrolę weterynaryjną Ulubione motywy pajęczyna czaszka Skorpion imiona miotu barwy klubu Polska Walcząca i Mały Powstaniec Żrą golonkę z grilla chleją litry piwa Drą ryje w galeriach handlowych Ich polszczyzna to chuj kurwa cwel Zajebiście spierdalaj i zasrane Związkami frazeologicznymi z powyższych Potrafią wyrazić cały wachlarz uczuć Od zachwytu po dezaprobatę Zawsze głośno zawsze agresywnie Kiedyś mój znajomy wierzący w reinkarnację Stwierdził że tacy wśród ludzi są od niedawna Ciekawe jakie mieli zasługi w chlewach Że awansowali aż do obecnej postaci Mówi się do was! Ruby Tuesday ma coś koło osiemdziesiątki Sweet Jane niewiele młodsza Lorelei idzie szósty krzyżyk Ty skończyłaś niedawno pięćdziesiąt Co tu dużo mówić jesteście stare A nadal mącicie w głowach bo już tak macie Wiecznie w centrum uwagi Lubicie być adorowane choć nami gardzicie Kwiaty od nas gniją w waszych kompostownikach Wiersze wyśmiewacie w swoim gronie Ale uważajcie nie jesteście wieczne Śmiertelne choć boginie A może tylko harpie syreny czy inne szkodniki Wasza koleżanka ta z serca ogrodu Prześliczna nimfa Kopnęła w kalendarz trzy lata temu Róbcie rachunek sumienia Zmiana leków Lekarz przepisał mi nowe tabletki Stare wyczerpały swoje możliwości Teraz jestem całkowicie zdrowy Nie słyszę już głosów w głowie I nastąpiła kompletna dezorientacja Dobrze doradzały Właściwie to kierowały całym moim życiem Pomagały wybrać krawat Podpowiadały tematy rozmów Z ładnymi kobietami w kolejce do kasy Najczęściej podrzucały mi Jakiś pieprzny dowcip Komplemencik nieco może na wyrost Celny i żartobliwy komentarz Wszyscy mówili że mam gadane A teraz muszę udawać Milczącego intelektualistę Wsiadam do niewłaściwego autobusu Trzymając w ręku poważną książkę Której zupełnie nie rozumiem Dziewczyny z warkoczami pamięci Zbigniewa Wodeckiego Nie chodźcie nigdy pod znajome drzwi Na pewno nigdy nie staną w nich Te dziewczyny z warkoczami One ich nigdy nie otworzą I nie mają już warkoczy Zmieniły adres zameldowania A mieszkanie po śmierci rodziców Wynajmują studentom z Nigerii Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.
- Kuba Kapral – trzy opowiadania
Pan Tadeusz Synalek do mnie przyszedł i mówi sprawę mam, ojciec, jaką ty możesz mieć sprawę, myślę, bo widzę, że przyniósł reklamówkę ze szkłem, ale idę. Poszliśmy za garaże, a on wyciąga z siatki Pana Tadeusza ze szklaneczką w gratisie, oho, myślę, grubsza to będzie sprawa. Walnął z łokcia w dno butelki, jak tradycja każe, nalał do pełna, podał mi, a gdzie zagrycha już miałem mu grzmotnąć, ale on wyciąga słoik z korniszonem i mi podsuwa otwarty. To się dopiero wkurwiłem, co ty myślisz, że małego ogórka mam wyjąć, jak? Tymi rękami? Nie zdążyłem mu jebnąć, bo szybko wyłowił korniszonka w sam raz, nie za grubego, nie za małego, wypiłem, zagryzłem. Nalał sobie, wypił, myślałem, że bez zakąszania, ale nie, pizduś. Nalał mi, podał ogóra, średnich już nie było, chuj, wypiłem. Nalał sobie, wypił, zakąsił, zachmurzyło się trochę, nalał mi, ogóra sam wyłowiłem, wypiłem, zagryzłem, będzie padać? Nalał sobie, wypił, nalał mi, zrobiłem przerwę, wypiłem, nalał sobie, ale pół, bo flaszka się skończyła. No i chuj, koniec imprezy, pomyślałem, ale nie, on z siatki wyciąga jeszcze jedną. Luksusowa w dupę jebana, przyoszczędził. Odbił, nalał, wyciągam rękę, że stop, muszę się odlać. Idę w kąt, jebany rozporek, trochę poleciało, może nie zauważy. Wracam, biorę szklaneczkę, wypijam, zagryzam, muszę usiąść, nie ma gdzie, srać to, walę się w krzaki. Wyciąga rękę, odtrącam, chcę leżeć, to leżę. Nalewa sobie, wypija, patrzy pytająco, a, co kurwa, zmarnuje się? Nalewa mi, podsuwa ogóra, spierdalaj, po czwartym nie zagryzam. Wypijam, zaczyna padać, podnosi mnie, prowadzi na chatę. Niby duży a słaby, wypierdalamy się raz, dwa, jucha kapie z nosa, na schodach musimy odsapnąć, idzie sąsiad, patrzę, czy się ukłoni. Synalek wciąga mnie do mieszkania, rzuca na kanapę, słyszę, że rzyga w kiblu, cienias, wraca, otwieram oko, zbiera się do wyjścia, jaką sprawę miałeś? A, tak pogadać chciałem, mówi i idzie w pizdu. Pieczeniowy Znudziła mi się ta impreza. Właściwie nudziło mi się od początku. Znalazłem wreszcie Laurę i zaciągnąłem ją na zapadniętą kanapę w ciemnym kącie. Od razu wiedziała, o co mi biega. – Pachnę sosem – powiedziała, odwracając głowę. – Jakim? – zapytałem, choć było mi to obojętne. Chciałem ją całować. – Pieczeniowym. Kazali mi wypić. Wciąż na mnie nie patrzyła. Kilka ciał podrygiwało jeszcze na parkiecie, ale dj musiał załapać krzywego tripa, bo grał muzę wywleczoną prosto w rozprutych żył. – Kazali ci wypić sos pieczeniowy? Dlaczego? – Powiedziałam, że nie jem mięsa… Chcieli mi chyba coś udowodnić. – I tak chcę cię pocałować. – Wiem, ale nie mam nastroju. – Laura… – Co? – Daj buziaka. Nie słuchała mnie, nadal była myślami w tamtej kuchni. – To był sos z paczki. Zrobili cały kubek i postawili przede mną. – Cipeczko, popatrz na mnie – jej opór podkręcał mnie. – Pij, powiedzieli, pij, dziwko. Nie chciałam. Na górze zrobił się taki kożuch. Chwyciłem jej dłoń i położyłem na swoich jeansach. – Powiedzieli, że spuszczą ci wpierdol, jeśli nie wypiję i wypiłam. Bezwiednie zaciskała dłoń na mojej pale. Szczyl, który spał oparty o przeciwległą ścianę jednak nie spał, przyglądał się nam. To mnie jeszcze bardziej podkręcało. – Uwielbiam cię, chodź tu – próbowałem ją przyciągnąć. Opierała się. – Jeden z nich, ten w tatuażach, wiesz który? – Wiem… wiem… – Przeczytał skład i spadł z krzesła. Rozpiąłem dwa guziczki jej bluzki. Wsunąłem tam dłoń i chwyciłem mały cycuszek. – Niezła historia – powiedziałem, ruszając biodrami. Mocniej chwyciła chuja, nadal jednak wydawała się roztargniona. – Okazało się, że w składzie tego sosu nie ma mięsa. Ani tłuszczu zwierzęcego. Miętosiłem jej pierś, kutas prawie rozsadził rozporek. – Był tam nawet napis „odpowiednie dla wegan” – wreszcie na mnie spojrzała i włączyła się w zabawę. Patrzyła mi w oczy sprawnie masując fujarę. Przyspieszyła, uśmiechając się kącikiem ust. – Pocałuj mnie – poprosiłem. Zacisnęła usta. Dochodziłem. – Był całkiem niezły. Kupię go jutro i zrobię nam po kubku. Głodni – Otwierać! Policja! – słychać z korytarza. Mieszko przyskakuje do drzwi, Bożenka zrywa się z kanapy, patrzy na chłopaka szeroko przerażonymi oczami. Mieszko stara się zachować twarz, myśli też, jak jej dać znać, by ogarnęła pokój, ale to bystra dziewczyna, rozumie go bez słów. Zaczyna zgarniać ze stołu strzykawki i pigułki. – Otwierać! Policja!!! – w głosie z korytarza słychać zniecierpliwienie. Dlaczego w tych przeklętych drzwiach nie ma judasza? Łomot w drzwi. Na skórze Mieszka pojawia się zimny, bardzo zimny pot. – Policja! Otwierać! – Kłamiesz! – Mieszko gra va banque. Za drzwiami trwa gorączkowa narada. – Otwierać! Listonosz! Mieszko parska, Bożenka zastyga z osmaloną fajką wodną w dłoni. Patrzy na Mieszka, nie rozumiejąc. – Teraz, to tym bardziej ci nie wierzę! – z Mieszka schodzi stres i z rozkoszą myśli o tym, jak i co za chwilę walnie. Za drzwiami kolejna gorączkowa narada. – Otwierać! Pizza! Bożenka podchodzi do drzwi, patrzy pytająco na Mieszka. Ten wzrusza ramionami, uśmiecha się do dziewczyny. Jakaż ona jest piękna, w tym przyćmionym brudnymi zasłonami świetle późnego poranka! Nawet cienie pod jej oczami, nawet przetłuszczone włosy, spękane usta wydają się jakieś takie… niesamowicie… realne… Mieszko orientuje się, że nigdy jeszcze nie widział kogoś tak prawdziwego. Jak urzeczony sięga do klamki. Bożenka kręci głową otwierając usta, ale nie zdąży powiedzieć choćby słowa, bo oto drzwi stają otworem. Na korytarzu tłoczą się Bóg Ojciec, Duch Święty i Syn Boży, niesamowicie jaśni. I niesamowicie głodni. Kuba Kapral (ur. 1979) - poznański dramatopisarz, autor opowiadań, słuchowisk, offowy twórca teatralny. fot. Grzegorz Dembiński
- Katarzyna Juchimiuk – trzy wiersze
Na mieście nie chce mi się z wami łapać na mieście po prostu nie chce tych siedmiu minut nad kawą chcę osiemnastu godzin i wywiadu rzeki chcę treści nie chcę tych światłowodów chcę tkanki żywej na moim ciele twojej ręki *** wytargał mnie świat za uszy jak pruska belferka dziękuję świecie teraz mam uszy jak budda sięgam nimi do ziemi i słucham jej tętna siedzę patrzę w podłogę spod półprzymkniętych powiek oddycham wdech człowiek wydech człowiek on mówi taki bije od ciebie spokój i taka jesteś w tym piękna a we mnie tysiąc ptaków o skrzydłach roztrzepotanych a każdy rwie w inną stronę świergot chór improwizacja wielka KCKK kosmiczne centrum kontroli koincydencji czuwa i choć nadal pusto w portfelu nie wiem dziwnie znak zapytania jednak jakby może trochę bliżej celu oko byka nie strzelam Katarzyna Juchimiuk – dużo się rusza, śpiewa, pisze, rozmawia. Lubi życie, chociaż jest raczej niełatwe. Dotychczas publikowała w "Helikopterze".
- Anna Jachim – trzy wiersze
Matka i syn, w obawie Po raz kolejny znika jej z oczu Nogi niosą go szybciej niż niepokój matki Elastyczna nić dzieciństwa niepostrzeżenie wydłuża się centymetr po centymetrze miesiąc po miesiącu Obawa rozkładana na czynniki pierwsze miętoszona wyciskana rozciągana przelewa się przez palce i wsiąka w ziemię brunatną mazią kiedy w podskokach powraca z oczami starszymi o nowe pewności Pewnego dnia odejdzie rozchylać gałęzie życia a ona nic na to nie poradzi wprost przeciwnie – zachęci go do złamania jej serca. Chair à canon? Latarka, trzydzieści baterii, dwie kiełbasy, cztery konserwy starannie ułożone i zapakowane w pudełku po butach Na poczcie przyjęto jedynie szynkę konserwową resztę odrzucono Wysyłajcie szynkę na wojnę coraz częściej brakuje mięsa konserwowego? świeżego? ludzkiego? Podwójnie ukarana Dwunastoletnia kobieta wyrwana z dzieciństwa z coraz większym brzuchem Rozerwali na strzępki życie pijany wujek rozdartą spódniczką Sąd Najwyższy podartym rozwiązaniem Już nic nie będzie jak miało powinno być Cofamy się głową w mur 24 czerwca 2022 Anna Jachim (ur. 1981) – warszawianka z urodzenia, paryżanka z wyboru. Chęć zrozumienia praw rządzących współczesnym światem starała się zaspokoić studiami nauk politycznych. Na co dzień wspiera wielojęzyczne rodziny w przekazywaniu dzieciom ich drugiego języka i kultury mniejszościowej. Zadebiutowała w 2022 na stronie Wydawnictwa J i w kwartalniku „Przypływ”. Jej utwory zostały także opublikowane w magazynie literackim „Migotania”. Tego samego roku wydała, w języku francuskim, książkę z opowiadaniami dla dzieci na temat dwukulturowości i poszukiwania własnych korzeni. Od ponad dwudziestu lat mieszka we Francji. Autorka bloga: https://bilingual-kid.com
- Grzegorz Chlebny – dwa opowiadania
Niebieskie anioły Janek Stokłosa lubił marzyć. Siadał w oknie i patrzył na świat. Na wielkie podwórze, oborę z dwoma krowami, świnią i koniem, na kaczki taplające się w kałuży i chodzące gęsiego, jakby chciały się dokądś wyprowadzić — może do lepszych miejsc, gdzie będzie pod dostatkiem ziaren owsa czy choćby jęczmienia, których dziadek tak im skąpił. Kury także grzebały w poszukiwaniu ziaren, lecz były mniej wybredne. Zadawalały się obierkami z jabłek, sałatą czy czymkolwiek, co lądowało na podwórzu, wyrzucane przez gospodynię. W wielkim ogrodzie słychać było, jak spadają jabłka i trzeszczą stare drzewa pod naporem wiatru. Wszystko to utrzymywało go przy złudnej nadziei, że to wszystko tak już pozostanie. Powolne życie wsi, dokąd lubił uciekać, kusiło go tajemnie. Budził się, wygrzebując spod wielkich oceanów pierzyn, wyplątywał nogi spośród fal pierza i czuł się szczęśliwy. Jedyne co nie dawało mu spokoju, to dziadek. Za każdym razem, gdy się tu zjawiał, obserwował jak starość robi swoje. Skradała się jak kot, przysiadała obok i rozpoczynała rzeźbienie głębokich bruzd na twarzy, dobierała coraz bielszy odcień siwizny, aż dziadek stał się bieluteńkim starcem. Janka martwiły te zmiany. Zdawał sobie sprawę, że coś przemija. Poczuł to wyraźnie tamtej nocy, gdy obudziły go głosy dobiegające z podwórza. Wstał, wyszedł do kuchni i usiadł przy oknie, spoglądając na to, co się tam działo. Między starą jabłonią a studnią, leżała klacz o imieniu Baśka i kończyła swoje długie życie. Na jabłoni wisiała lampa naftowa, a stary weterynarz robił zastrzyk, który i tak już nic nie mógł zmienić. Ze łzami w oczach widział jak zaniepokojony hałasem sąsiad Jasnota, przybiegł, zastąpił zmęczonego dziadka i dalej pomagał weterynarzowi w walce, o której wszyscy wiedzieli, że jest już przegrana. Babcia, która również się przebudziła, stała z drugiej strony stołu oparta o parapet i równie bezsilna, jak on, patrzyła na to smutne wydarzenia. Przyglądał jej się przez chwilę i kiedy dojrzał spływającą łzę po policzku wiedział, że to koniec. Ścienny zegar wybił trzecią godzinę. Odeszła Baśka, która woziła go na sianokosy, potem ciągnęła wóz wypełniony sianem, które układali w stodole, by wraz z rodzeństwem skakać z najwyższej belki, wprost w ten zapach, który pamięta się już zawsze. Dziadek sadzał ich czasem na grzbiet konia, na jutowym worku i woził po podwórzu, do czasu, aż razem z bratem i kuzynką nie spadli na ziemię, niczym ulęgałki, tłukąc sobie różne miejsca z naciskiem na te miękkie, służące do siedzenia. Później babcia wprowadziła absolutny zakaz takich przejażdżek, dzieciakom musiało wystarczyć powożenie pustą furmanką pod czujnym okiem ojca i dziadka. Czasem nawet pozwolono mu zasiąść na starą, pordzewiałą przetrząsarkę do siana, która trzęsła niemiłosiernie na każdej nierówności. - Idź spać synu – głos babci wyrwał go z tych rozmyślań. Nie wiedzieć czemu, jedna i druga babcia mówiły do niego synu, ale nie protestował. Któregoś ranka wszedł do kuchni a tam pełno dymu, nie tylko z pieca, w którym babcia rozpalała właśnie ogień. Przy stole siedział dziadek z nogą założoną na nogę i palił papierosa, który kopcił i śmierdział, drażniąc nozdrza. Przez okno wlewały się słoneczne promienie, tworząc spektakl, jaki czasem widywał rano na łąkach, gdzie słońce jakby walczyło i siłowało się z mgłą. Na białej ścianie, pod którą stała misa do mycia, rozlewało się żółte światło, a gałęzie starej jabłoni poruszane wiatrem, tworzyły teatr cieni. Babcia przez cały dzień krzątała się po gospodarstwie. Rano robiła śniadanie. Potem w letniej kuchni parowała ziemniaki, dla świni, kur, a i kaczki czasem coś dziobnęły, chowając honor do kieszeni. W ogóle wydawało mu się, że ta białowłosa, starsza kobieta wciąż coś robi: gotuję obiad, zbiera owoce w ogrodzie, by zrobić z nich przepyszne kompoty, dżemy czy powidła, doi krowy, przecedza mleko, robi sery i wyglądało to tak, jakby cały wszechświat gospodarstwa kręcił się wokół niej, a nie była już przecież młoda. Czasem zmęczona siadała przy stole, popatrzyła za okno na dziadka krzątającego się po podwórzu coraz wolniej, podpierającego się łaską i zapewne martwiła się, co to będzie, kiedy go zabraknie. Po chwili, jakby zbudzona z jakiegoś letargu, stuknęła palcami zaciśniętej pięść w stół, wstała niezgrabnie, ociężale i znów wróciła do pracy, zupełnie jak kolejka elektryczna, którą po wypadnięciu z torów, stawiało się na nich z powrotem. Była osobą, która podtrzymywała w nich otuchę, wiarę w jutro i pielęgnująca wiarę w dobro, choć nie była wykształcona. Ot, cztery klasy ukończone, ślub w wieku siedemnastu lat, czwórka dzieci, które wyfrunęły z gniazd, pozostawiając ojcowiznę na głowie starzejących się rodziców. W tym domu szczęście budziło się wraz z Jankiem każdego dnia. Skrzypiały stare drewniane podłogi, trzaskało drzewo w piecu, do którego babcia dokładała właśnie drzewa i zamykała starannie żeliwne drzwiczki, by broń Boże jakaś iskra nie spadła na podłogę. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżał, wydawało mu się, że domem opiekowały się niebieskie anioły. Dlaczego właśnie niebieskie, zapytał go kiedyś zdziwiony dziadek. - Jak to dlaczego? – odparł równie zdziwiony – Przecież ja się urodziłem w maju, niebieskim miesiącu, pełnym tajemnic i czegoś nieuchwytnego, co wisi w powietrzu i nigdy nie wiadomo, czy to jest dobre, czy złe. One po prostu chodzą za mną i się mną opiekują. - Fiu, fiu – gwizdnął dziadek, poprawiając czapkę i drapiąc się po głowie – Skąd ty takie rzeczy wiesz, o tych niebieskich aniołach i tych tajemnicach. - Jak to skąd? Sami mi mówią, kiedy się modlę wieczorem. - No dobrze, a teraz opowiem ci, jak byłem mały i jeździłem z rodzicami na jarmark do pobliskiego miasta – ciągnął dziadek, idąc w kierunku obórki, by narąbać nieco drew. Przysiadał na pniaku i opowiadał o wielkim świecie w niewielkim miasteczku, o cyrkowych namiotach, do których udawało mu się czasem wślizgnąć, o tańczących niedźwiedziach, klaunach, siłaczach łamiących w rękach podkowy, tygrysach ryczących na treserów, czy choćby o linoskoczkach, za których modlił się żarliwie, by nic im się nie stało. - Tego świata już nie ma, niestety, ale dopóki nosisz go w sobie, jest częścią ciebie, pamiętaj o tym – wstawał, spluwał w dłonie i brał się za rąbanie. Wieczorami, szczególnie tymi długimi, jesiennymi, po wysłuchaniu wieczornych wiadomości i krótkich, zbyt krótkich jak dla chłopca, słuchowisk radiowych z bajkami i baśniami na dobranoc, dziadek wstawał, wyłączał radio i włączał, chyba równie stary, jak on gramofon, nakręcany korbką z boku. Zakładał jedną z pięciu płyt, jakie posiadał i po pokoju roznosiły się dźwięki walca, jeśli dziadek akurat miał dobry humor, poprawiony kieliszeczkiem czystej, na który babcia dawała przyzwolenia a po drugim kieliszku, bywało, że wstawał i zapominając o lasce, podchodził do babci, kłaniał się szarmancko jak na starego kawalerzystę przystało i prosił ją do tańca. Tak sobie wirowali: szczupły, wysoki, były kawalerzysta i niska, pękata, była praczka. Natomiast, kiedy w pokoju rozlegały się pierwsze dźwięki marsza, należało wówczas wstać i wyjść, zostawiając dziadka samego ze swoimi czarnymi myślami. Czasami przychodził do domu bogaty sąsiad, Stefan Jasnota i zagadywał dziadka o sprzedaż ogrodu, w którym rosły owe stare jabłonie, grusze, śliwy, mirabelki. Rósł też agrest — najlepszy jaki Janek kiedykolwiek jadł — ten świecący w słońcu żółty, no i oczywiście czerwony, któremu mogła dorównać jedynie słodka gruszka, którą przed nim odkryły już pszczoły. Jednak najlepsza w całym tym owocowym królestwie, była czarna porzeczka, szczególnie po deszczu, błyszcząca w słonecznych promieniach, ukryta na końcu ogrodu, tuż przy polu Jasnoty. Sąsiad przychodził zawsze z butelką wódki. Witał się słowami: - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – żegnał się, zanim przestąpił próg i musiał się nieco pochylać, by nie uderzyć głową o futrynę. Jankowi wydawało się, że to jakiś olbrzym wchodzi do domu, szczególnie, kiedy nie było prądu i siedzieli za stołem, przy kopcącej lampie naftowej, przy której dziadek co rusz coś grzebał, lub świecach, gdy zabrakło nafty. Cień sąsiada wydawał się chłopcu groźny i tajemniczy, więc na czas pobytu, by nie stało się nic złego i aby zło, które być może sąsiad przyniósł ze sobą, nie rozgościło się w domu, próbował bronić go modlitwami, wzywając na pomoc niebieskie anioły. - To jak będzie drogi sąsiedzie? – zaczynał rozmowę Jasnota, odbijając butelkę wódki i rozlewając ją do dwóch kieliszków. Babcia nigdy z nimi nie piła, chociaż czasem, przy dobrym humorze wypijała kieliszek z dziadkiem lub przy okazji imienin, gdy w domu, zazwyczaj cichym i spokojnym, roiło się od śmiechu dorosłych, rozgrzanych wódką oraz dzieci, ganiających się i buszujących w każdym zakamarku, w poszukiwaniu ukrytych tam skarbów. Kobieta na czas nieprzyjemnych dla niej rozmów, kręciła się przy piecu, szykując coś na jutro, zajmowała się darciem pierza, lub łataniem dziur w spodniach męża i wnuka. - Sprzedacie sąsiedzie ogród? – dopytywał zainteresowany po pierwszym kieliszku, biorąc w dłoń chleb i wąchając go, choć na stole była naszykowana przez babcię wędlina: kiełbasa, kaszanka, pasztetowa, boczek, wszystko wyrobu własnego, bo jakże inaczej. Wszytko to, co wiele, wiele lat potem wspominał Jan Stokłosa, z niesmakiem jedząc marketowe, zafoliowane, niby wędliny. Jasnota powtarzał za każdym razem ten sam rytuał: wódka, obtarcie wierzchem dłoni ust i wąsów, powąchanie chleba i to samo co zawsze pytanie: - Dobry chleb, żytni, czuć, że nie ze sklepu. Samiście piekli kumo? - Od dawna już chleba nie piekę – gderliwie odpowiadała kobieta. – Wnuk przywiózł. Z piekarni jego dziadka. A, że dobry, to dobry, nie kupicie takiego w geesie. - Tu macie racje, kumo. Wróćmy jednak sąsiedzie do tematu – zwracał się do starego Stokłosy, znów nalewając wódki – To jak będzie? Sprzedacie, panie sąsiedzie? Stary Stokłosa wypijał wódkę, resztę jaka pozostała w kieliszku, te kilka kropel strząsał na podłogę i odpowiadał to, co odpowiadał zawsze: - Ano, nie sprzedam, miły sąsiedzie. Póki sił w piersiach i pary w rękach, nie sprzedam! - Spójrzcie, kochany kumie. Zostaliście sami. Dzieci daleko, wam, za przeproszeniem sił brak, by o to wszystko dbać, a do tego koń wam padł. Sprzedajcie chociaż łąkę, tą za torami, pod lasem. - Nie sprzedam!!! – pięść starego rąbnęła w stół, aż zabrzęczało szkło, a chłopiec począł jeszcze gorliwiej się modlić i prosić niebieskie anioły o pomoc, by sąsiad sobie już poszedł, dziadek się nie złościł i znów w domu było tylko słychać tykanie ściennego zegara. - Nie denerwujcie się sąsiedzie. Nie, to nie. Kłócić się nie będziemy. Tylko was proszę, gdybyście kiedy mieli sprzedawać, pamiętajcie, że ja jestem pierwszy. Wstawał wówczas od stołu, nieco chwiejnym krokiem, wypita wódka i ciepło zrobiły już swoje i podchodził do starego, by go wyściskać. - Na mnie, sąsiedzie możesz zawsze liczyć. Trza będzie koni pożyczyć, pożyczę, a i skosić pomogę, jak mi Bóg miły, że pomogę i to bez piniędzy – prostował się, rzucając ogromny cień na sufit oraz ścianę i wielką pięścią bił się w pierś. – Na Jasnotę zawsze możecie liczyć, drodzy sąsiedzi. Pamiętajcie o tym – siadał z powrotem na swoje miejsca, rozlewał wódkę już nie koniecznie do kieliszków i wiadomo było, że temat sprzedaży został na jakiś czas zakończony. Stokłosowa odkładała wówczas robotę na bok i mówiła do mężczyzn: - Jak przyjdzie czas, że trzeba będzie sprzedawać, dowiecie się o tym Jasnota pierwszy, ale zapamiętaj sobie moje słowa: ogród po mojej śmierci! Dopóki żyję, nie pozwolę! Powycinasz drzewa, zaorasz i obsiejesz. Póki żyję, chcę słyszeć jak spadają jabłka i grusze, jak pachnie wszystko po deszczu i budzi się do życia wiosną, rozumiesz?! - Co mam nie rozumieć, dobrodziejko – szurało odsuwane krzesło i Jasnota przypadał do spracowanych rąk kobiety, by je ucałować, a ta ze śmiechem, chowała je za siebie, wołając: - A idź że, pijanico jeden – i dziadek również zaczynał się śmiać, wkładając Sporta w fifkę i zapalając go zapałką, która jeszcze przez chwilę płonęła, dodając nieco blasku kuchni. - Usmażę wam kaszanki na cebulce, tak jak stary lubi – rzuciła babcia już weselszym głosem. Tak kończyły się próby kupna ogrodu czy też łąki pod lasem, przez sąsiada Jasnotę. Była złość, gniew, modlitwy, a i radość na końcu, jak słońce po deszczu, co z rozrzewnieniem wspominał Jan Stokłosa, siedząc w pustym mieszkaniu na dwunastym piętrze i spoglądając na miasto skąpane w letnim deszczu. Głośny dźwięk starego, ściennego zegara wyrwał go z rozmyślań. Zapach śmierci Jaskółki zwiastowały, że coś nadchodzi, coś nieuchwytnego, coś, co tylko nieliczni potrafili przeczuć. Promienie słoneczne odbijały się w taflach szyb, niebo wdzierało się do środka przez otwarte okna i spoczywało na twardych, drewnianych podłogach, wyszorowanych dłońmi zmęczonych gospodyń. Ciche westchnienia wiatru, niespokojne zwierzęta i dalekie, dalekie, ledwo dosłyszalne odgłosy burzy, to wszystko, co można było dojrzeć i usłyszeć, a wciąż pozostawało jeszcze nieodgadnione. Mariaż nieba i ziemi, może nieco burzliwy, ale jakże trwały. Coś, czemu srebrnoskrzydłe anioły przyglądały się z zachwytem, ale i niepokojem. Z nieba spadały rozedrgane promienie słoneczne, letni gorąc, gęsty i lepki unosił się ponad ziemią, drażniąc płuca. Senna wioska, zatopiona w południowej ciszy, wchłaniała w siebie zapach okolicznych pól i sadów. Na polnej drodze prowadzącej do wioski, pojawił się tuman kurzu, który powoli zaczął przemieniać się w wir, tańczący, kołujący, niczym derwisz. Wojna, rozłożysta i groźna, omijała wioskę. Przycupnięta na krawędzi jawy i snu, wiła swe spokojne dni, przeplatane sąsiedzkimi pogaduchami. Daniel siedział na drewnianych schodkach ganku, zajadał ze smakiem truskawki i czuł, jak ten słodki smak wypełnia najpierw usta, by po chwili wybuchnąć w mózgu, paletą barwnych kolorów. Przedwcześnie dorosły, z nutą dojrzałości przebrzmiewającą czasem w jego wypowiedziach, a przez dorosłych odbieranych jako nieudolne ich naśladowanie. Mały Daniel, który nadawał gwiazdom imiona, i mówił, że rozumie wiatr, nasłuchiwał czegoś, co tylko on mógł usłyszeć. Tak śpiewał wiatr, kiedy przynosił złe wieści. Jęczał, uwięziony w koronach drzew, szarpał się i wił, by potem wzbić się wysoko, wysoko w górę i runąć w dół, jakby chciał się roztrzaskać o polne kamienie, jakby nie chciał być nosicielem złych wieści. Daniel znał ten jego śpiew. Pierwszy raz usłyszał go kiedy miał trzy lata. Bawił się, nieświadomy niczego, ganiając po podwórzu za młodymi kaczkami, kiedy usłyszał ten śpiew. Przystanął, otworzył usta i zadarł głowę do góry, spodziewając się, że ujrzy tam coś niezwykłego, lecz tylko niebo na chwilę zmieniło swój kolor, przybierają barwę nieco ciemniejszą. Tego dnia, jakiś obcy mężczyzna przyszedł i powiedział ojcu, że jego brat, zginął w kopalni kamienia. Ojciec zaprzągł konia do furmanki i ruszył z kopyta w kierunku pobliskiego lasu, gdzie znajdowała się kopalnia, a gdzie rano wybrał się jego młodszy brat, by przywieźć kamień na budowę letniej kuchni. Pamiętał, jak stał na furze i poganiał konia, strzelając batem, a matka płakała, trzymając go w ramionach. Czasem budziły go gwiazdy nocą, grzechocząc i przesypując się z miejsca na miejsce. Bo gwiazdy nie stoją w miejscu, one są jak ludzie, wciąż dokądś się śpieszą. Mówił kiedyś o tym babci, ale odpowiedziała mu, że ma bujną wyobraźnię i jak będzie tak zmyślał, to trzeba będzie go zaprowadzić do doktora, więc przestał mówić dorosłym o tych dziwnych rzeczach, które mu się przydarzały. Dojadł ostatnią truskawkę, wstał i ruszył przed siebie, nie wiedząc zupełnie dokąd prowadzą go nogi. Rodzice byli w polu, a babcia gotowała obiad, który razem mieli im zanieść. Ziemia lekko spękana od słońca, nagle zaczęła jakby drżeć i jego bose stopy najpierw powoli, potem coraz szybciej, jak gdyby chciały wyprzedzić jedna drugą, poczęły biec, szybciej i szybciej. Biegł na skróty, przez wąwóz, gdzie drzewa rozkładały swe ramiona i przez chwilę można było odpocząć w ich cieniu. W głowie słyszał warkot, i dalekie odgłosy burzy. Potem był ten dziwny dźwięk, jakby ktoś rzucił żwirem o blachę. Odgłos, którego jeszcze nie znał. Po chwili wąwóz znów zamienił się w łąki i był już blisko ich pola, gdzie powinni pracować przy sianokosach, ojciec, matka i wynajęci ludzie, ale nie widział nikogo, jedynie na tle nieba majaczyła sylwetka samolotu. To jego warkot słyszał. Nagle się zatrzymał. Samolot zniknął za horyzontem i cisza wypełniła powietrze. Czuł jakby ktoś wlewał w niego niepokój i wiedział już, że znów stało się coś złego. Wiatr zaszeleścił mu u stóp, zaśpiewał żałosnym głosem zaplątanym w korony pobliskich drzew i wzbił się wysoko, a pieśń o przemijaniu uleciała razem z nim. Niebo pociemniało i pojawiła się pierwsza błyskawica. Wiatr przyniósł metaliczny zapach. Zapach śmierci. Grzegorz Chlebny – ur. w 1971 w Ostrowcu Świętokrzyskim poeta i prozaik. Wydał dwa tomiki poezji: Katharsis i Kroniki wspomnień. Pisze pod pseudonimem Manuel del Kiro










