Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Dawid Majer – sześć wierszy
Wcielenia Dla Teda Hughes'a Szczur nie może zostać motylem dopóki nie stanie się krukiem, ostatecznie nie można być wszystkożernym nie mając skrzydeł. Dla wybrednego picia kwiatowego nektaru konieczne jest najpierw zasmakowanie wszystkiego, co przynależy życiu i śmierci. Motyl umiera po tym jak złapiesz go za skrzydła – wcale nie dlatego, że traci kolorową maź, ale dlatego że musi pozostać nietykalny, by być zbawionym. Nie zrozumie tego biolog, ani żadna Maria Magdalena. Bo kruk jest święty – szczur skrzydlaty, motyl śmierci. Niektórzy leśniczy powiadają, że można go nauczyć kilku słów, nigdy jednak nie przedrzeźnia. Leniwy, lecz nie bezczynny. Z natury nietowarzyski, ale zachłanny wobec żywych i umarłych kruk często mylony jest z gawronem albo wroną. Doprawdy nie wiem kiedy kruk zmienia się w motyla, nie pytajcie mnie o to. Zatrzymali się na stacji benzynowej kupić papierosy. Ojciec odszedł kilkanaście metrów dalej zapalić. Dzieci złapały na łące motyla i wrzuciły go do mrowiska. Za nimi, w głębi pobocza, stał przydrożny krzyż – pośrednik modlitw, adresat pęcherza. Kiedy odjechali na gwoździu lewego ramienia samotnie usiadł kruk. 9 VII 2007 Rzeczywistość a system monitoringu Zapomniałaś szczoteczki do zębów – zauważyłem nad ranem. Tabletkę kodeiny popiłem tanim piwem. W lewej ręce róże, w prawej siekiera. W serce użądliła mnie pszczoła i pszczoła nie umarła. Żądło jej odrośnie jak rozgwieździe ramię. Zbrodnie prawdziwe nie mają świadków. Prawdziwi świadkowie nie są powołani – nie powołuje się prawdziwych świadków. 18 IX 2007 Czwarta piosenka dworcowa serce niegramatyczne, serce amoralne, buddyjskie serce, wulgarne serce, serce chrystusowe, serce free-jazzowe, serce pełnokrwiste, pełne promili serce, chamskie i łaski pełne, jasne i pełne serce, kruche, serce głuche, nieme, niespokojne, dynamo serce, serce bez biletu, arytmiczne i trzeźwe, niepalące w przedziale dla palących, palące w przedziale dla niepalących, pogodnie wściekłe serce, sprzedajne i niezłomnne, niepunktualne, donośne jak dzwon kościelny, serce zakneblowane wodą jak usta topielca, rock’n’rollowe serce albinosów z włosami lśniącymi od brylantyny las vegas, serce kofeinowe i oczytane, zrogowaciałe, zwietrzałe i łatwopalne, ekshumowane i niemodne, moje przeszczepione z powrotem serce, serce złamane – odpierdol się. 21 IX 2007 Dwadzieścia pięć minut po czwartej, osobno kobiece sposoby – ciało, makijaż, ciało, humor, troska, sposoby męskie – pięść, pieniądze, pięść, żart, alkohol, nijakie – łzy, poezja albo muzyka, łzy, dziecko, czas, nie ma nic smutniejszego, niż z zabawek dziecka wycierać kurz, od zawsze żyliśmy w pobliżu morza, radia, stacjonarnych telefonów i telewizji, od lat kilkunastu w pobliżu komputerów, w pobliżu telefonów komórkowych od lat kilku, zapomniałem się – zapytałem głośno o godzinę, chwilę potem podszedłem do zegara, bo nie odpowiedział mi nikt, czas ma na to tylko jeden sposób – milczenie, milczenie obejmuje wszystkie sposoby 26 IX 2007 W półśnie Najszybciej zasypiam twarzą do ściany. Jeśli miłość wybacza, bo nie wie co czyni, a bezpańskie psy nigdy nie aportują, to żadne zmartwychwstanie nie obywa się bez ofiar i bez zabijania miłości nie ma. Mój cień mi mówi, abym nosił przy sobie nóż. Mój cień to bezpański pies - kiedy zasypiam przynosi mi w pysku nóż. 18 IX 2007, 2 II 2008 Cafe Strych jeżeli poezja jest rzeczywiście potrzebna to przecież i tak nikt nie pozna jej tajemnicy Antoni Pawlak (* * * nie odtrącajcie nas) Franc wygrał konkurs jednego wiersza wierszem o miłości. Przewodniczący jury uzasadnił werdykt tym, iż wiersz porusza aktualny problem wejścia Polski do Unii Europejskiej. Ja przegrałem konkurs jednego wiersza wierszem o sumieniu. Przewodniczący jury, decyzję uzasadnił tym, iż wiersz porusza wtedy jak się go słucha, ale nie jak się go czyta. Opróżniam butelkę wina, którą wniosłem tutaj za pazuchą i myślę powoli o zakupie kolejnej. Przepraszając za brak kieliszków częstuję cię abyś pomogła mi w całym tym myśleniu i opróżnianiu. Smak ust, który zostawiasz na szyjce mieszam z kolejnym łykiem. Jeszcze kwadrans, a każesz się odprowadzić tam, gdzie przegrasz albo wygrasz przez nieporozumienie. 2002 Dawid Majer (ur. w 1981 roku w Gdyni) - ukończył filozofię na UG. Poeta, publicysta, performer, autor piosenek, event manager. Wydal tom poezji Księga grawitacji (2009), za który otrzymał nagrodę Złoty Środek Poezji za najlepszy debiut. Następnie ukazał się jego audiobook Popielniczka (2010). Od 2011 roku współpracuje z Włodzimierzem Kiniorskim (m.in. Izrael, Brygada Kryzys, Tie Break), łącząc na scenie muzykę, performance i sztukę spoken word (występy m.in. w Teatrze w Oknie, Mózgu, na festiwalach literackich i teatralnych). Na przestrzeni lat pracował m.in. jako budowlaniec, kurier, agent muzyczny, dziennikarz, event manager, agent nieruchomości, radiowiec, korektor, barman, pracownik fizyczny w stoczni, operator wózka widłowego, magazynier, pilarz, hutnik piecowy, farmer, model czy aktor. Niezależny publicysta i copywriter. Mieszka w UK.
- Maciej Melecki – cztery wiersze
Półistnienia Nocne osuwisko, gdzieś między godziną pierwszą a drugą, kiedy cała kubatura mieszkania zaczyna stawać się coraz bardziej plamistym majakiem, pośród kanciastych sprzętów, rzeczy będących przedłużeniem uciętych szpadlem wymiarów, gdzie zjawiacie się w spierzchłym migocie, zawsze obok przedramienia, wzdłuż krawędzi przechodzenia z pokoju do kuchni, wszystko jest bowiem ogłuszone, szumiąca cisza zatyka kanały, tamuje dopływ dźwięków, które rozwierałyby inną przepustowość, lecz uwięźnięcia są półistnieniem coraz bardziej trwałym, jak łacha piasku w rogu przybudówki do śmietnika, stąd zawężony tor, klepisko wgłębionej na środku podłogi, widniejsze niż za dnia widma, które zaszczepiają grążenie strachem przed tym, co być może będzie lub nie będzie już nigdy dane, nie wiadomo, tym samym, co dalej, skoro nieustannie jest się na progu wrażonym w krtań, nie można wytrząść z siebie resztek czerwi, wywlec sparciałego podłoża na inną stronę, której zawsze brakuje skrawka, rozpostarcie nie może być więc realnym domknięciem, dlatego mieścisz się cały w narastającym ubytku, owej przeponie zwłoki, zawiesisty głos roznieca pierwsze prątki burzy, poza tą gardą, drenowane rozbłyskami echa, i ponad oparem cienistego przystąpienia, kopce tutejszych sczeźnięć, szybko, lecz niepionowo, nawarstwiane w każdym odchyleniu, jakby szukało się tylko ostatniej smugi, która mogłaby pomieścić ten zszarzały rumor, transmisyjny pas dookoła, parterowe poddasze wygięte niczym dysza, stróżka wody wycieka spod lodowej muldy, wypychającej drzwiczki w kierunku czarnego kąta, stamtąd przyjdzie sygnał, nie będziemy mogli nijak gdzie indziej wyjść, zatarasowani w skrzyżowanej matni, karbowane kłódki, ostatni raz w swym zgrzycie, wykręcane mokre szmaty nad zlewem, podkładane z powrotem, po dwu dniach wyciągane ponownie, taki przerób, przemiał biegunów w zamachu kłody, chciałoby się tylko ustać w tej szaradzie skłonu, rozszczepiany półkulami nurtu muł, opadła krata, chrypiące dno u końca pochylni. Pochylnie Wszelkie uroczyska wyparowanego w kryształ tchu bezwiednie wyjawiają Ziarnisty ciąg wielosinych spadków, przynosząc jednocześnie kolejną Odkrywkę zbłądzenia w luku ościstego wejrzenia w swój ruchomy spód, Który, niczym niema zapadnia, pozwala na przejście w momentalną Zatratę odchodzenia, byś mógł ostatecznie już tylko widnie wracać w pustą Kadź, przesiewany przez rzeszoto progu, aż po twardniejącą pryzmę rdzawego Prochu. Puchnące dno naszego weń przepadania cierpnie w każdym skurczu Czy zagięciu horyzontalnego załamania, kiedy jesteśmy tylko wyłowioną Lub niknącą sondą, w chyboczącym kręgu pierwszych i ostatnich umiejscowień, Nicowani cieniem jak krawędź równi, poza którą zionie kolejnym przewyższeniem Odmęt tych stratowanych lat, nieustannie na obrzeżu tego zwałowiska, W sekundowym odlocie i pospiesznym przyszpileniu ciągiem gwałtownych Zwrotów, bez przerwy, bez podania powodu, więc zawsze jest się tylko na końcu Łańcucha, prowadzonym nań w dowolną stronę danych szarpnięć, będąc Zależnym od łaskawej jałmużny czyjegoś wyroku. Kubatura tych doznań jest Nie większa od przesuszonej łupiny. Nieustanny krach to tylko rezonujący w Środku strach, samoczynność wychylenia w próżnię tego osierdzia narastających Podsumowań, prognoz większych od najdłuższego spaczenia wiekuistych wiek, Które odmyka nam pospolity gwar przeistaczania się octu w szlam, kiedy na przednówku Azymutu jesteśmy zasysani przez podziemne wiewy i porastamy parą z odbicia Migotliwych krat wyboru. Bezkresne momenty przebijania się na drugą stronę Tutejszej flanki skutkują tylko zgrzebnym oporem, taksonomią mnożący się zer W następnym mirażu pętli zwisających z kikutów byłych drzew, kiedy jesteśmy razem W tym przysadzistym okrążeniu, na bezwietrznym rżysku, jedynym, dostępnym Jeszcze, miejscu ostatecznego utkwienia, gdyż represyjne ograbianie trwa w najlepsze, Ażeby mogli się zabezpieczyć na wszelki ich wypadek, zmuszeni do katapultowania Z klatki swoich rozpostarć, wszechstronnie otamowani wariantami możliwych Rozstrzygnięć. Ołowiana kula na transzei odstępowania od muru tylko na krótko, W ułamku ślepej strony, przenikalnej jak łut łoju na tej krętej pochylni, mylącej ci Wschód z północą ciała tego kokonu, ściernego podłoża, jakim jest wyściełany Każdy sufit odsłoniętego wtargnięciem przemieszczenia poza limes razowego Przyparcia kątami seryjnych przywidzeń, w których wyraźnieje pozór odbieranych Komunikatów, sprzecznych sfer łopoczących sztywnymi sercami, wyrabianymi Za cenę ziszczenia komfortu stanowiskami względem jawnych zjawisk, nie poddających Się ze swej natury innej ocenie, a jednak względnych w ich przedstawianiu. W tym Zawsze trzynastym miesiącu trzynastego roku, w dziesiątą i piątą rocznice waszego Odejścia w odór grobostanu sięgającego aż po górne szczeble tej dwuczęściowej drabiny, Którą się poruszamy, siedząc nań okrakiem, by z jej wierzchołka wypatrywać kolejnych Wydm naszego zaciemnienia, widmowych pięter zamieszkałych przez chyże odmiany Losu, dowolnie żonglowane kuglarskimi sztuczkami, separowani przedzierzgnięciami W kukły mechanicznych pochodów, które osaczają każdy bezwiedny gest, wymuszając Na tobie coraz ciaśniejszy tok samousprawiedliwienia najdrobniejszych decyzji, Jakby tylko takie korowody były już ostateczną formą czeźnięcia na tym zesztywniałym Cyplu dozgonnego trwania po nic, poprzez płaskość wypiętrzenia, surowość Obezwładnienia narzutem jedno stanowienia o najbliższym kwarku przyszłej roli Przechylonego na wpół w pojemniku na odpady, i wygrzebującego z niego Niestrawione resztki czyjegoś nadmiaru. Widnokrąg nadjadany marskością odwłoków Pory rośnie niczym oset w zakątkach wejrzenia poza osinową dal, jest przeto Rozgrzanym kablem, zamiast progu przeciągniętym, między jedną a tak samo nijaką, Drugą odsłoną piekącego spadku, w skłębionym odmarszu, z pełnymi urnami w dłoniach, Pomiędzy gęstymi nitkami lawy, co to wypływa z wyrwy zatrzymania, pełgającymi Polnymi ścieżkami, osiadającymi niczym asfalt na alejkach, by śmielszym mógł być Ruch świadomego przekroczenia tej pozostałej już niedaleko zaspy, tarasującej dostęp Zanikowi, łowiącej wszelki szmer zbudzenia się na nowo, ażeby wytłumione zostało Ostatnie sedno i zniesione były pozostałe zapory. Nie będziemy już nigdy manewrować Drążkami swobodnych przesunięć. Morowy pas mety ostatnie się granicznym zakresem Dla wszelkiej emanacji, skupiającym jony naszych przeżyć w błotną błonę, jaką Powlecze się, niczym impregnatem, żerdź ustania, byśmy już do końca wiedzieli, jak Gorzko rozkwita każdy cierń wewnątrz krótkiego uchylenia, w oczekiwaniu na żrący Przesył piołunowych gwiazd, w docisku kanciastością pojedynczych mar, karnym Rozwidleniu każdego krążka smugi, jaka spowija ci chód, byś nie odbierał niczego Innego, co tylko pęta i zgina ci kark, niż właśnie tak – raz na zawsze, inaczej już nie. Byłość Sinoościstość w przechyle nikłego przechodzenia. Zakręt długi jak Równoległa prosta do obumarłej półkuli. Żyzne dukty danych momentów Mimowiednie prowadzą w kompostowy głąb, rozpartą zatokę bez dna, Skąd można dojrzeć zawężony wylot, jakby spłaszczenia nie miały Żadnych przerw, kiedy każdy skurcz emocji będzie rozkładany przez Gnilne mikroby przepadku w tej wyłupionej brei, którą jesteśmy od Wewnątrz powleczeni od początku tej miotaniny z niczym, zamaszyście Obnażani przez tak właśnie poziomujący aż do szutru świat, ostateczny Włok mieszczący całą, dotkliwie odłamkową gamę sinusoidalnych Daremności, raz po raz przedzierzganych przez ich chromych zawiadowców W konkretne koryta sztywnych poruszeń, galwanizujących ścięgna oraz Krtanie, owego niepochodnego rzutu przez zagęszczenie rozmokłych drzazg U brzegowych wyrw, wobec czego ślad jest kościstym przedawnieniem, Rozrysem kolejnego zwarcia z kanciastym nawałem gruchoczących spraw, Które będzie się jarzyć wewnątrz chyboczącego nami nieustannie splotu. Znikomość przedziera daną stronę na mniej więcej pół, ażeby środek był Tylko tektonicznym kierunkiem, zwieńczonym końcem załomu. Szóstka to Odwrócony hak. Dziewiątka to stygmatyzujący brak. Potna plama wyschła Solnym obrzeżem. Zacięty tryb rozdzielnego odstawania od tężejącego krańca, W polu przeoczonego sygnału, modusu poszczególnego pochłonięcia Przez wirującą nad tą byłością ciemnooką sieć. Spawy nawarstwione na Złącza ramy utrzymują ją w permanentnym obrocie, dzięki czemu staje się Nie do zerwania obrożą. Wtedy zmieniałem połączenia z wolniejszych na Szybsze, już bezpośrednio sam na sam z twoim zrakowaceniem, równo rok Przed ścięciem obrzynu, w poprzecznym rozwarstwieniu, nieopodal swoich Rozrytych spodów, by teraz zwalniać wszelki przesył, opóźniać karbowanie Cienia w tej przegrodzie wyściełanej wysiękiem zmielonego śrutu. Piąte Zaciemnienie holujące w zniweczenie, bagienny przedział skarlałych wizgów. Pęta traceń Ciągi obietnic zapychające niczym knebel rozdziawione wrzaskiem Usta oczadzonych zmór, rozszerzają skalę ich roszczeniowych postaw, Chyboczących na swych przydrożnych krawędziach, dzięki czemu Wielokierunkowo ukazują się kloaczne doły, przesieki naszych Znijaczonych dni. Serce bez podówzki pozbawione jest przydechu, W tej mgielnej kryzie ciasno nakładanej przez osiem lat zmarnienia Aż do szczętu ruchomego gruntu, na skutek czego poruszamy się Po twardniejącym grzęzawisku, w kagańcu naprzemianległych chybień Lub utrafień, oskórowani przez ich żrącą nicość. Garbate rozwidlenia Rozchodzą się poza wietrzną magmę zbijanych ram, każda sekwencja Jest przygwożdżoną łupiną, płynącą w poprzek nurtu wodnej żyły, ażeby Z zatoru iskrzył się wyhamowany pęd niestrawionych resztek chromego Osadzenia między pętlą a rowem. Dokądkolwiek będzie kamieniał ten Zew, poprzez zanikową hegemonię odłowień wszelkiego szczęku, tam Będzie przerastał każdą kłodę perz danego końca. Szabrujące prądy Nastawiają azymuty na niecki błędnych powrotów, nie przestają więc Prządź zębatki otumaniających jarzmień. Zacieranie śladów przynosi Kolejne wzrosty mimowiednych pęt strat, kiełzanie zaś przechodzi w stały Stan wirującego zatrzymania w przechyle. Ostatnia runda tego stałego Wirażu jest kołataniem przystawek okamgnienia, w którym rozpościera Się śrubowana namiastka poziomu godzenia się z niczym, ogłupiającego Czeźnięcia w dziurach, wykrotach oraz przelotach, albowiem kolejne Dostawienie krat grodzi te doczesne rozlewiska mazi na coraz bardziej Prostopadłe pola wtrąceń. Odliczanie nie przybliża żadnej z rozkołysanych Burt, wskaźnik przeniesienia zgina wszelki pion, zostają tylko kopne miejsca, Gdzie lęgnie się samobieżny czerw, pokryty osadami rojonych mniemań o stałej Wypadkowej, kiedy zmienia się jej oścień w graniczny cios, i wierzeja pustki Duje siarczystym pyłem, narzynając kresem skurczone przeguby ostałych gard. Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu– wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2023) oraz prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie. fot. Paweł Dąbrowski
- Louise Glück – wiersze
Louise Glück - amerykańska poetka i eseistka, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 2020 roku, zmarła 13 października 2023 roku. Nieszpory Kiedyś wierzyłem w ciebie. Posadziłam drzewo figowe. Tutaj, w Vermont, na wsi Gdzie nie ma ciepłego lata. To był test: jeśli drzewo przyjmie się, to by znaczyło, że istniejesz. Zgodnie z tą logiką nie istniejesz. Albo istniejesz wyłącznie w cieplejszym klimacie, na gorącej Sycylii, Meksyku lub w Kalifornii, gdzie rosną niewyobrażalne morele i delikatne brzoskwinie. Być może widują twoją twarz na Sycylii; tutaj ledwo widzę rąbek twojej odzieży. Muszę podzielić się zbiorem pomidorów z Johnem i Noem. Jeśli jest sprawiedliwość na drugim świecie, ci tacy jak ja, na których natura wymusza życiowe rezygnacje, powinni dostać lwią część wszystkich rzeczy, wszystkie postacie głodu, formy chciwości chwalić ciebie. I nikt nie chwali cię bardziej niż ja, z więcej bolesne powstrzymane pragnienie, czy bardziej zasługuje aby siedzieć po twojej prawej ręce, jeśli to istnieje, i jeść łatwo się psującą, nieśmiertelną figę, która nie podróżuje. Życzenie Pamiętasz, kiedy powiedziałeś życzenie? Mam wiele życzeń. Kiedyś okłamałam cię o motylu. Zawsze się zastanawiałam o czym są twoje życzenia. Jak myślisz, czego sobie życzyłam? Nie wiem, że wrócę, że kiedyś będziemy razem w końcu. Marzyłam o tym, czego zawsze pragnęłam. Marzyłam o kolejnym wierszu. Itaka Ukochany nie musi żyć. Ukochany żyje w głowie. Krosno jest dla zalotników, naciągniętą harfą z białą nitką całunu. Był dwojgiem ludzi. Był ciałem i głosem, atrakcyjny pociągający żywy mężczyzna, a potem rozwijającym się snem lub obrazem uformowanym przez kobietę pracującą na krośnie, siedzącej w wypełnionej sali z prostolinijnymi mężczyznami. Skoro szkoda ci oszukańczego morze, ono próbowało zabrać go na zawsze i zabrało tylko najlepszych, prawdziwy mąż, musisz żałować tych mężczyzn: oni nie wiedzą na co patrzą; nie wiedzą tego, kiedy się kocha w ten sposób całun staje się suknią ślubną. Dziki irys Na końcu mojego cierpienia były drzwi. Wysłuchaj mnie: to, co nazywasz śmiercią Wspominam. Nad głową, hałasy, poruszają się gałęzie sosny. Potem nic. Wyblakłe słońce drży na wyschniętym polu. To jest straszne ocaleć jako świadomość zakopana w ciemnej ziemi. Wtedy to się skończyło: to, czego się boisz, będąc duszą i niezdolny aby mówić, urywasz niespodziewanie, sztywna ziemia trochę się zapada. I wzięłam to za ptaki buszujące w krzakach. Ty, który nie pamiętasz przejście z innego świata, mówię ci, że mogę mówić znowu: cokolwiek powraca z niepamięci powrotów aby odnaleźć swój głos: z środka mojego życia wytryska wielka fontanna, ciemnoniebieskie cienie na lazurowej wodzie morskiej. Syrena Zostałam kryminalistką, kiedy się zakochałam. Wcześniej byłam kelnerką. Nie chciałam jechać z tobą do Chicago. Chciałam cię poślubić, chciałam Aby twoja żona cierpiała. Chciałam, żeby jej życie było sztuką W której wszystkie akty są smutnymi aktami. Czy dobry człowiek Myśli w ten sposób? Zasługuję na Uznanie za odwagę – Siedziałam w ciemnościach na twojej werandzie. Wszystko było dla mnie jasne: Jeśli twoja żona nie pozwoli ci odejść To udowodni, że cię nie kochała. Gdyby cię kochała Czy nie chciałaby, abyś był szczęśliwy? Myślę teraz Gdybym była niej wrażliwa, byłabym Lepszą osobą. Byłam Dobrą kelnerką. Serwowałam osiem drinków na raz. Opowiadałam ci swoje sny. Ostatniej nocy widziałem kobietę siedzącą w ciemnym autobusie- W tym śnie ona płacze, autobus Odjeżdża. Jedną ręką Macha; drugą uderza w Pudełko z jajkami pełne niemowląt. Sen nie uratuje dziewczyny Czerwony mak Wspaniała rzecz nie mieć mózgu. Uczucia: och, mam je; one rządzą mną. Mam pana boga w niebie zwanym słońcem i otwarta jestem na niego, pokazuję mu ogień mego własnego serca, ogień jak jego obecność. Jaka może być to chwała jeśli nie serca? Och, moi bracia i siostry, czy byliście kiedyś podobnymi do mnie, dawno temu, zanim zostaliście ludźmi? Czy wy kiedyś pozwoliłyście sobie otworzyć się, kto nigdy się nie otworzy ponownie? Ponieważ tak naprawdę mówię teraz tak jak wy. Mówię ponieważ jestem zdruzgotana. Mit poświęcenia Gdy Hades zdecydował, że pokocha tę dziewczynę zbudował dla niej kopię ziemi, wszystko takie same, aż po łąkę, na niej postawił. Wszystko było takie same, łącznie ze światłem słonecznym, ponieważ byłoby ciężko młodej dziewczynie przywyknąć do całkowitej ciemności. Pomyślał, że stopniowo wprowadzi noc, najpierw jako cienie trzepoczących liści. Raz księżyc, raz gwiazdy. Raz bez księżyca i gwiazd. Niech Persefona powoli się przyzwyczaja. W końcu pomyślał, że to ją uraduje. Kopia ziemi poza tym, była na niej miłość. Czyż nie wszyscy chcą miłości? Wiele lat czekał, budował świat, oglądał Persefonę na łące. Persefonę wąchającą. smakującą. Jeśli jeden smak ci się spodoba, pomyślał: polubisz wszystkie. Czyż nie chcemy przytulić się w nocy do ukochanego ciała, objąć je mocno, usłyszeć cichy oddech, mówiący żyję, to znaczy też żyjesz, bo mnie słyszysz, jesteś tu ze mną. A kiedy jedno się obraca, z boku na bok drugie też. To właśnie czuł pan ciemności, gdy patrzył na świat, zbudowany dla Persefony. Nigdy nie przyszło mu to do głowy że nie będzie w nim zapachów, a na pewno jedzenia. Wina? Trwoga? Strach przed miłością? Tych rzeczy nie mógł sobie wyobrazić; żaden kochanek nigdy ich sobie nie wyobraża. Marzy, zastanawia się, jak nazwać to miejsce. Pierwsza myśl: Nowe piekło. Następnie: Ogród. W końcu postanawia nazwie je Dzieciństwo Persefony. Za łóżkiem delikatne światło wznosi się ponad płaską łąką. Bierze ukochaną w ramiona. Chce powiedzieć jej, kocham cię, nie może dziać ci się krzywda. Gryzie się w język to kłamstwo, więc w końcu mówi jesteś martwa, nic nie może cię skrzywdzić co mu się wydaje bardziej obiecującym początkiem, bardziej prawdziwym. przełożył Adam Lizakowski Louise Elisabeth Glück – urodziła się w Nowym Yorku, 22 kwietnia 1943 r., a dorastała na Long Island. Ukończyła Columbia University. Uważana przez wielu za jedną z najbardziej utalentowanych współczesnych poetek w Ameryce. Jej wiersze były zazwyczaj zwięzłe i często zajmowały mniej niż jedną stronę. Louise Glück została szesnastą kobietą uhonorowaną literacką Nagrodą Nobla. Zdobyła wiele innych nagród literackich, w tym Nagrodę Pulitzera, Narodowy Medal Humanistyczny, National Book Award, National Book Critics Circle Award. W 2020 roku otrzymała Literacką Nagrodę Nobla „za swój niepowtarzalny poetycki głos, który surowym pięknem czyni indywidualną egzystencję uniwersalną”. Znana jest znana ze swojej technicznej precyzji, opisywania ludzkiej duszy i wglądu w samotność, relacje rodzinne, rozwody i śmierć. Jej poezja jest bardzo zróżnicowana, ale można wyodrębnić kilka tematów. Głównym tematem jest trauma: pisze dużo o śmierci, odrzuceniu, braku akceptacji przez ukochane osoby, niepowodzeniach, o próbach samoleczenia i uzdrowienia. Innym tematem jest pragnienie uwagi drugiej osoby, ciepła ludzkiego, pragnienia bycia kochaną i pożądaną. Jeszcze innym tematem jest przyroda począwszy od roślin, kwiatów poprzez zwierzęta, konie, drzewa. Jej poezja stała się znana ze szczerych wyrażeń smutku i izolacji. Glück jest zwolenniczką prostego języka, który skupiały się na bolesnej rzeczywistości bycia człowiekiem, poruszając takie tematy, jak śmierć, dzieciństwo i życie rodzinne. Inspirację czerpała także z mitologii greckiej. Poeta ma być osobą, która nie ma dość słów takich jak „wcielenie”. Odkąd w wieku czterech, pięciu lub sześciu lat zaczęłam czytać wiersze, najpierw myślałam o poetach, których czytałam, jako o moich towarzyszach, moich poprzednikach – od początku wolałam najprostsze słownictwo. Fascynowały mnie możliwości kontekstu. To, na co opowiadam na kartce, to sposób, w jaki wiersz może wyzwolić się za pomocą ustawienia słów, subtelności czasu, tempa, pełnego i zaskakującego zakresu znaczenia słowa. Wydawało mi się, że prosty język najlepiej pasuje do tego przedsięwzięcia; taki język, będący pospolitym, prawdopodobnie będzie zawierał największą i najbardziej dramatyczną różnorodność znaczeń poszczególnych słów. Lubiłam zakres języka, ale podobała mi się jego niewidzialność. Uwielbiałam wiersze, które wydawały się tak małe na kartce, ale które rosły w pamięci – mówiła. Dokonując porównań z innymi pisarzami, Noblowska Akademia podkreśliła, że Louise Glück przypominała XIX-wieczną amerykańską poetkę Emily Dickinson w jej „surowości i niechęci do przyjęcia prostych zasad wiary”. W ciągu swojego życia Louise Glück opublikowała łącznie 12 zbiorów poezji i esejów.
- Andrzej Sosnowski – jedna mała proza
„Kropla Beskidu” już zaraz na powierzchni ziemi. Winda nieczynna, schody wyłączone; może to było już ostatnie metro. Schody więc; nie podnoś wzroku, patrz na sznurowadła i przystawaj. Jeszcze jeden mały krok. Udało się. Daj głos, raz. Hej! Dobrze, że nikt tego nie usłyszał. Teraz łyk tej wody. Dalej powolutku. Stary pająk wodny na powierzchni martwego bajora. Choć poruszam się jak duch, nogi mam ciężkie, zimne, ciężkie, chłodna lignina od kolan po kostki stóp. Moje szare płuca od razu są zmęczone. Lecz poderwij się, złap tamten rytm, nie jest szybki, rozkołysz lekko stopy, ciut lewa, ciut prawa, nikt nie patrzy, i zanuć, jak najciszej: Nightclubbing we’re nightclubbing We walk like a ghost Śmiech na sali. O tej porze już tylko stacja benzynowa, jeszcze dwieście metrów. Ale spokojnie, bez przejść przez ulice, żadnych świateł – zdradliwe zielone, ulga przed czerwonym. Stacja benzynowa… lecz jak to szło, nie pamiętam. Na pewno ESSO–SO–SO–SO. Adekwatnie. Stacja benzynowa w Mikołowie! Mówiliśmy: „Wszystko mamy w promieniu kilkuset metrów. Motel, stację benzynową, na której można kupić alkohol, a tam, za skrzyżowaniem, jest Beskid Żywiecki”. Śpiewaj coś, byle raźniej. Bright white clubbing Oh, isn’t it wild Im płytsze płuca, im krótszy oddech, im słabsze serce, tym więcej koniecznych przystanków. A nie umiem powiązać momentów zaparcia tchu ze wzmożonym parciem na pęcherz. Zagadka. No i jak ta krew hałasuje. Polineuro polineuro. Trzeba usiąść, ciągle trzeba siadać, gdzie się da. W najbliższej okolicy mam teraz coraz więcej ładnych, nowych i wygodnych ławek. W mieście są też niezłe przystanki autobusowe z ławeczkami, na których jednak nie wolno palić. Zwłaszcza jedna nowiutka ławka wydaje się naprawdę miła, częściowo schowana w zaroślach pod akacją, lecz z widokiem na chodnik. Tak niedaleko domu. Mniej niż sto metrów. Jeśli będzie ładna pogoda, jutro znowu przyjdę tu posiedzieć trochę dłużej, w ciągu dnia. A może wieczorem zaśpiewam, z ukrycia lub z wysokiego stanowiska? Im gorszy wzrok, tym więcej przyjemnych domniemań co do urody przechodzących dziewcząt.
- Igor Frender – pięć wierszy
Centrala 1984 Lampy uliczne rzucają na sufit ruchome cienie drzew targanych wiatrem. Burza szaleje także w domu. Nigdzie nie ma ciszy. Deszcz bębni o szyby a z nim palce o blat kuchennego stołu. Zaczynamy. Zaciągam zasłony. Idą identyczni ludzie. Noszą niebieskie mundury i sztuczną inteligencję. Emocje pojawiają się tylko na monitorze. Kontrola uczuć w kamerze, trzeba kupić bilet na kolejne chwile. Życie zaczyna awanturę od szafy. Trzęsą się wieszaki, wyprasowany garnitur ściera się z bluzą od dresu. Krawat zachowuje stoicki spokój. Biorę klucze. Jest pierwszy sukces ‒ ruszamy. Przepisy i regulaminy właśnie dostały po mordach na rogu nieoświetlonej ulicy. Nareszcie. Mogę powiedzieć, że. Ale wolę się ugryźć w język. Grzyb Gaszę zło z wczorajszego dnia jak papierosa w popielniczce. Wypijam dobro ze wspomnienia jak szklankę soku jabłkowego. Z apetytem spożywam psylocybinę w każdej postaci i od razu mam wyłożoną iluzoryczność, która idzie boso po rozbitym szkle. Moje myśli cudownie plączą się na prostej linie. Jestem w obrazie namalowanego czasu razem z powietrzem, nie odchodzę zbyt daleko. W mojej głowie nie ma już wczoraj ani jutro, jest tylko dzisiaj. System przykryły liście zmieszane z plastikiem. Potem lecę w przyszłość statkiem kosmicznym. Robot mówi do mnie Bądź ludzki. O nie, tylko nie to, kochany robocie. Oddech Na ulicy pozostawiono śmierć pijaną od szarego dymu spalin. Skrzyżowanie. Tramwaj zadzwonił niecierpliwie. Ktoś włączył klakson. Z okna bloku wyjrzała kobieta ubrana na czarno. To nie jest jej pora, choć jej twarz mówi, że to już. Prezentuję nowy garnitur na wystawie sklepowej. Z wyglądu nie jestem podobny do nikogo. Po drugiej stronie moja ukochana wystawia białą suknię. Z wyglądu też nie jest podobna do nikogo Żadne z nas nie musi oddychać. Północ Droga. Piasek i kamienie, za lasem woda. Płonie ognisko. Śmiech i śpiew. Ktoś gra na gitarze. Jeszcze nie wybiła północ. Młodość klei się do ciał jak sok z pomarańczy. Miasto za dnia bywa szorstkie od kurzu, w nocy śliskie od deszczu. Światła w oknach wykreślają prostokątną przestrzeń. Samotność jest teraz psem piszczącym w domu. Nikt nie przyszedł. Nie będzie spaceru. Starość pamięcią zasypuje swoje kroki. Odwołanie Prawda jest taka, że chciałem zmienić swoje życie, więc wyruszyłem w podroż. Każdej nocy śniło mi się, że zapomniałem butów, a przecież nie wziąłem kurtki. Droga wiedzie przez zaciśnięte usta i zmrużone oczy. Rozjaśnia się dopiero w nocy. W końcu zatrudniłem obwoływacza snów. Prawda jest taka, że – o, przepraszam‒ ziewnąłem. Prawda jest taka, że obwoływacz snów się nie spisał i znowu siedzę w domu, w butach z klamką w dłoni. I nie wiem, gdzie jest moja kurtka. Już nie mogę zasnąć. Igor Frender - z wykształcenia animator społeczno-kulturalny, doktor nauk medycznych. Pracownik Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Z zamiłowania pisarz, filmowiec amator. Od wielu lat jest aktywistą i promotorem kultury niezależnej. W 2023 r. założył grupę poetycką Ventyl. B. Autor pierwszej polskiej powieści z nurtu Giallo pt. Człowiek Jatka, która ukazała się w 2018 roku. Kolejne dwa kryminały Mordercza proteza z 2020 r. i Upiór w masce z 2022 r. zostały wydane przez Wydawnictwo CM w serii „nowy polski kryminał”. Jest także autorem książki poetyckiej Idziemy, jest stromo (2022). W 2023 roku rozpoczął serię wydawniczą Literatura Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Dramat tom 1, dramatem pt. Jak obalić człowieka. Mieszka w Poznaniu.
- Przemysław Znojek – Doktor Kawka
Nie pamiętam dokładnie tego dnia, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Dziadek siedział w salonie, otoczony wielkimi atlasami świata, starszymi i nowymi wydaniami, niektóre ząb czasu nadgryzł tak, że rozpadały się w jego niedźwiedzich dłoniach. Palcem poszukiwał usilnie francuskich wybrzeży, tylko po to, by snuć opowieści o swoich zagranicznych wyjazdach. Zapadałem się wtedy w jasnobrązowym, skórzanym fotelu w oczekiwaniu na opisy lazurowego morza, ławic rybnych oraz szerokich, równych dróg, po których można rozpędzić dwutonowe auto, w przeciwieństwie do szos Miasteczka. Miasteczka przezroczystego, niczym kropla letniego deszczu. Zapadając się coraz bardziej w głąb fotela, wbijając się w szarą ścianę, przekraczając tym samym umowne granice pokoju, usłyszałem krzątanie w długim, aczkolwiek wąskim korytarzu. Dochodził do mnie dźwięk kartkowania książek, czułem resztki kurzu ulatniającego się z pożółkłych stronic. Ktoś nerwowo wyciągał kolejne pozycje, szukając zagubionego zdania bądź słowa klucza. Ten ktoś przypominał filmowego wampira: ubranego w czarny płaszcz, przestarzały i znoszony, fikuśny kapelusz poprawiał co rusz lewą dłonią, ponieważ rondel spadał mu na spiczasty nos. „Co Pan tu do cholery robisz?”, wykrzyknął dziadek, szybko zbliżając się do przybysza. „Szukam książki, gdzieś tu powinna stać, ta o historii Miasteczka…”, usłyszał w odpowiedzi. Dziadek stał jak zamurowany, nie wiedział, co odpowiedzieć, w nerwach zacisnął niedźwiedzie pięści. „Jak Pan się tu dostał, przecież drzwi były zamknięte?”, dopytywał czerwony ze złości. „Miałem klucz, dziwne, żebym go nie posiadał, w końcu wynajmuję tu pokój”, odpowiedział nieznajomy. „Nic mi o tym nie wiadomo”, rzekł oschle dziadek. „Mieszkanie posiada aż cztery osobne pokoje, a ja zajmuje tylko jeden”, ripostował przychodzień. Nie pamiętam dokładnie tego dnia, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Nie mogę sobie przypomnieć nawet ówczesnej pory roku, ponieważ w Miasteczku bywa tak, że nie wiadomo, czy niebo wiosną jaśnieje, czy też ciemnieje, wydaje się, jak gdyby mrok opanował to miejsce, a Miasteczko pogrążone jest w wiecznej melancholijnej żałobie. Nasze ścieżki prowadzące przez kręte korytarze mieszkania rzadko się krzyżowały. Doktor Kawka zajmował najmniejszy z czterech pokoi. Pomieszczenie znajdowało się naprzeciwko kuchni, jego jedyne, niewielkie okno wychodziło prosto na szeroki balkon. Pokój wyglądał eklektycznie: poza miniaturową wersalka, starą meblościanką ze sklejki i ogromnej, drewnianej szafy nie posiadał niczego. Wydawało się, że gdyby zaprosić golema, tego z chełmskich legend, mógłby przenieść ową szafę gdzie indziej, nikt inny nie był w stanie tego dokonać. W pomieszczeniu doktora Kawki panował wieczny mrok i zaduch. Lokator rzadko włączał światło, zdecydowanie wolał pozostawać pod wpływem blasku jednej, woskowej świecy. Zaczytywał się wtedy w zgromadzonych książkach, które skrupulatnie znosił do pokoju Bóg wie skąd, niektóre zapewne znajdując na osiedlowym śmietniku. Przynajmniej tak wyglądały. Staram się przypomnieć sobie ten dzień, kiedy doktor Kawka z nami zamieszkał. Lokatorem pozostawał wręcz niezauważalnym. Nigdy nie słyszałem, żeby hałasował krzątając się po pokoju, kuchni czy łazience. Jego kroki, jak gdyby niesłyszalne, nie wybudzały mnie ze świata zabaw. Dzieciństwa odmierzanego każdym kolejnym centymetrem dodawanym do mojego wzrostu, kreślonym niezgrabnie ołówkiem na białej witrynie drzwi, wzbudzało to we mnie pewien rodzaj niepokoju. Niepokoju wynikającego z przeświadczenia, że kiedyś nadejdzie ten dzień, gdy wszystkie zabawki wylądują w kilku wielkich, papierowych pudłach, upchane zostaną niedbale w piwnicy, gdzie dosięgnie je mrok przeznaczenia. Próbuję sobie przypomnieć dzień, w którym doktor Kawka zamieszkał z nami. W myślach zakradam się teraz do wynajmowanego przez niego pokoju. Delikatnie chwytam za metalową, zimną klamkę, pociągam ją w dół, a drzwi powoli uchylają przede mną ciemne wnętrze. Nie panuje tutaj istny mrok, wchodząc ostrożnie zauważam słaby płomień woskowej, cienkiej świecy, palącej się na środku meblościanki. Z jego pomocą na ścianie tworzą się cienie, przypominające dym z kominów ulatniający się wprost do nieba. Zastygam na dłuższą chwilę, wpatrzony w teatr cieni, wybudza mnie dźwięk dochodzący z wnętrza ogromnej szafy. Nie jest domknięta, w jej środku czai się mrok. Powoli sięgam jej drzwi i uchylam coraz bardziej, aż znajduje w jej wnętrzu leżącą postać, podpierającą się o jedną z bocznych ścian. Sylwetka zdaje mi się znajoma, nie mogę zidentyfikować jej twarzy, ponieważ przesłania ją zbyt duży kapelusz, zatrzymujący się na spiczastym nosie. Tymczasem nieznajomy-znajomy gość budzi się, spogląda na mnie jeszcze zaspanym, a już przerażonym wzrokiem. Teraz poznaję go, to doktor Kawka. „Co tu robisz chłopcze?”, pyta dociekliwie. „Ja, szukam, szukam, słoik…, słoiki…, słoików… na przetwory”, wolno i nieskładnie odpowiadam. „W szafie?”, dopytuje. „W szafie, w szafie, kiedyś, dawno temu, były tutaj”, żałośnie przekonuję. Nastaje cisza, długa i przeszywająca. Decyduje się ją przerwać, zadać pytanie, które mnie nurtuje: „Dlaczego pan śpi w szafie doktorze?”, przełykam ślinę nerwowo, zbyt głośno. „Widzisz, niektórzy ludzie boją się ciemności, a ja czuje strach przed światłem i tymi ludźmi. Ci sami, którzy odczuwają strach przed ciemnością i innymi, przyszli pewnego dnia do nas, nie w odwiedziny, nie byli zapowiadanymi gośćmi. Przyszli wraz z blaskiem lipcowego słońca, niosąc ze sobą krzyk, agresję, bestialstwo. Kierowani uprzedzeniami i plotkami na nasz temat, zamieniali się w ten wakacyjny dzień w pomioty o diabelskich oczach. Strzelali, kłuli, rąbali. Pamiętam ten szum w głowie, odgłosy niesione przez wiatr, świst kul mieszał się ze spokojem płynącej nieopodal rzeczki. Trwało to cały dzień, ten dzień spędziłem właśnie we wnętrzu szafy, próbowałem po prostu zasnąć, by obudzić się potem z tego koszmaru, uznać go za zły sen. Ale to nie był sen. Zakurzony, głodny, z drzazgami w ciele wymknąłem się następnego dnia, szum w głowie towarzyszył mi wtedy niczym cień. Zresztą tak jest do dziś. „Co było potem?", zapytałem. „Ukrywałem się u przypadkowej rodziny na obrzeżach Miasteczka, mieli trójkę dzieci, więc powiedzieli, że czwarte znaleźli po wojnie w lesie. Opiekowali się mną, a potem postanowiłem studiować historię, żeby kiedyś móc opisać te wydarzenia zgodnie z prawdą. Chciałbym, żeby o tym pamiętano, aby nigdy więcej się nie powtórzyło”, urwał. Staram się przypomnieć sobie dzień, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Pamiętam tylko, że pewnego dnia znikł i nikt w Miasteczku nie wiedział, co się z nim stało. Zapadł się w melancholię, zasypała go ciężka, czarna ziemia, którą z czasem pokryła nierównomierna trawa. Odcięty od źródła światła, ulokowany we wnętrzu ogromnej szafy, pogrążał się w snach o szczęśliwym dzieciństwie, wypierając z pamięci traumatyczne reminiscencje. Oby już nikt mu nigdy w tym nie przeszkadzał. Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Interesuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek-inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Akancie”, „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.
- Jakub Parada – trzy wiersze
16 (Pamiętam jak) modliłem się do szatana, między innymi, o dziesięć tysięcy złotych miesięcznie. Wyobraźnia podsuwała mi wyłaniające się z najciemniejszych zakątków. Ale nie było cyrografu. Ktokolwiek spotęgował chłód w spojrzeniu, na który jeszcze czasem się zdobywam, upomni się. Czego zażąda, nie mogę przewidzieć. 17 (Ruchy frykcyjne) Zostawiłem spokój na środku pomieszczenia. Omijam wzrokiem, potykam się. Wnętrze ust jak u psa, nie myłem zębów od tygodni, upewniam zakażenie. Gryzę i rwę. Nieznana twarz, widuję we śnie. Możliwe, że pomyłka. Wybacz, tak łapczywie; czarnobiały wzrok, ja waham się w kolorze. Jestem czego chciałaś, nawet kiedy gryzę i rwę. 18 (Priapizm) Podoba mi się twoja szczęka, głos wysoki i pełny. Mieszka ze mną taniec ciebie; spojrzenie pozornie pewne, wytężenie zdradza strach. Inne duchy nawiedzają mnie tak samo. Chyba nie ma nic złego w przyjemności, pożądaniu, dopóki ci nie uświadomię. Pojawiają się zawsze nazajutrz po śnie, w którym się wieszam. Nie jesteś pierwsza i to nie twoja ostatnia twarz. Jakub Parada – gotuje na emigracji, żeby zachować resztki godności. Za wiersze wygrał kiedyś 200 złotych. W wolnych chwilach uczęszcza na terapię i udziela lekcji z bycia rozczarowaniem.
- Gabriel Korbus – Złoty Mitra
I Mitra stoi przed tobą, Złote włosy wychodzą z jego głowy, Nie widzisz jego twarzy, Nie wiesz kim on jest, To ja. *** Wilgoć to życie, Woda skapuje po kamiennej ścianie Wieży stojącej pod czarno-złotym niebem, Siedzę na krześle i czekam aż popłynę z wodą w boskość. Za martwym ptakiem, którego poniosła czarno-złota woda, W mieście, w którym moc przewaliła się na drugą stronę Plenię się ja w wilgotnym drewnianym pokoju, Moje złote włosy falują. *** To ja jestem Mitrą, Decyduję czy love story zakończy się happy endem, Czy złoto-czarne fale cyberpunkowego morza pochłoną zakochanych. *** Woda opływa całą kulę ziemską, Pozwala mi przepływać z boskości w człowieczeństwo, Przeistacza się ze złoto-czarnej z powrotem w przezroczystą. *** „Możesz pójść za klimatem” Mówi mi woda, Zmieniam się z człowieka w rybę, A z ryby w boga. *** Mam ocean w ustach I morze nad głową, Wszystkim rządzi woda, Taki jest już świat. *** Siedzę w czarno-złotej elektrycznej piramidzie, Ci wszyscy ludzie są ze mną połączeni nitkami, Jak woda ze światem. *** Zapędziłem się w kozi róg, Trzeba będzie pęknąć I polecieć na białych piórach W złoto-czarne niebo. II Odpowiedzi na złotych kartach, Jak język gwiazd, Wypluwasz życie, A ja jestem u końca. *** Na złotych kartach są wszystkie światy, Które przewalają się w macierzy pustki, W zielonych oceanach niewyobrażalnej przestrzeni, Jestem błyszczącym kluczem całej tej wiedzy. *** Niezmiernie rozciągła glista wyrywa się z głębi, Na jej głowie jesteśmy my, A ja otaczam ją złotymi skrzydłami. *** Jestem złotym światłem, Które prowadzi anioły otoczone w pustce przez czarne wilki, Anioły odłamują się od wielkiej jedni w wielkie indywiduum. *** W czarnej macierzy świecę złotym światłem, Aniołowie zlatują się do mnie jak ważki, Roztaczam złote skrzydła i daję im odpowiedzi. *** Robacza chuć, Plenią się złote ludzkie robaki, Wyrastam z tego, Złoty Mitra, Wtapiam się w podnieconą tkankę świata. *** Złote karty i złote światy, Ja nadaję im znaczenie, Rozpadają się złote światy, Gdy składam karty. *** Pytasz mnie, A ja daję ci odpowiedzi ze złotych kart, Tworzę przyszłość, Gdy ty zadajesz mi pytanie. *** Maluję złote karty, Maluję światy, Wyrastam z czerni, Dotykam złotymi włosami. *** Stoję w czarnej otchłani, Moje złote włosy błyszczą, Przeszłość i przyszłość na złotych kartach, Spike stoczył walkę na kamiennych schodach, Zastrzelił siwowłosego lecz sam został ranny, Padł bez ruchu i spadła jego gwiazda, Ale przeżył. *** Jestem złotym piaskiem, Lecę wiatrem poza świat, Zdejmuję kapelusz I staje się świat. *** Wszechświat zmierza do nieuchronnego rozpadu, Topi się kostka lodu, Matka wrona prowadzi dziecko wronę, Kosmiczne kule rodzą się i rozpychają w nieskończonych przestrzeniach. Gabriel Korbus (ur. 1998) – ukończył studia na filologii klasycznej na KUL. Czyta poetów takich jak: Blake, Lautreamont czy Baczyński, inspiruje go literatura amerykańska. Poza tym interesuje się filozofią indyjską i dziełami Mistrza Eckharta.
- Maciej Krotke – sześć wierszy
Hurtz Nawiedza mnie ciasto kiwi Kupione w dziewięćdziesiątych Na 5th Avenue w Nowym Jorku Kupione w Agricoopie przy Towarowej Do którego na tylnym kole motocykla typu cross Wjechał przez szybę I wrzuciwszy skrzynkę wódki na plecy Drugą szybą wyjechał Jeden z tych osiedlowych błędnych fantastów O rozmachu Spielbergów Wypełniających sobą siatkę lokalnego świata Rozpiętą między ramionami Matek wieszających pranie Na sznurach od gruszek do antonówek Które istnieją Nigdy nie byłem w Nowym Jorku Zawsze byłem słuchaczem tych Historii z pogranicza Opowieści z tygla światów Gaszę papierosa w kawiarnianej popielniczce I myślę że on wtedy wyjeżdżając z tego sklepu Wjechał prosto w paradygmat samotności w jądro ciemności Kwestia osoby zblazowane myśli skupione i czujne na chwilę przed szturmem jedna za drugą gęsto jak oddział AT pod drzwiami Czysto! - nienie, - ia, - enie, skuty leniem na glebie spełniam się w tym samym w czym spełniali się moi przodkowie mówi do kamery po łokcie w glinie słowa z tyłu za plecami setki książek „na grzbietach – ktoś sprejem – STARFUCKER” w czyichś spełnieniach zamkniętych w calach przegląda się między wierszami pikseli w nieruchomym nie - chceniu garncarz lepi wyrazy „ta kurtka z wężowej skóry jest symbolem mojej indywidualności” odbija się łuską w matrycy telewizora wieszak w przedpokoju jest pusty Ewolucja (przepoczwarczenie) w teledysku powtarza się kilka tych samych ujęć kobieta wynurza się spod wody mrugając oczyma cięcie i od nowa przekształca się w siebie /ktoś w komentarzach zauważa docięcie kafelka do zaokrąglenia wanny i wyraża uznanie dla pracy glazurnika/ dotarło do mnie niedawno że musiałem być głównym świadkiem wszystkich momentów własnych przeistoczeń jednak nic z tego nie pamiętam a wiem przecież że były bo jestem kimś zupełnie innym ale wciąż tym samym a przede mną jeszcze zwierzoczłekoupiór stoi w pierwszym rzędzie od tych wszystkich lat jest naocznym świadkiem nie komentuje Za każdym razem (21 gramów) Nowo wypowiedziany budynek Wkupuje się w łaski przestrzeni. Nieoswojenie ścian jeszcze z okolicznym powietrzem. Niewpasowanie w pustą formę po tamtym. Robotnicy grzebiący feralnego dnia Przy tonach gruzu twierdzą, Że ubyło dwadzieścia jeden gramów - Tak jest za każdym razem – mówi jeden spod kasku. Deweloper zaciera przestrzeń i dolewa oliwy. Ciekawe, czy do wyburzania zastosowano Wrecking ball z Miley Cyrus w natarciu? I czy jej usta zjadły szminkę? I czy oczy to weneckie lustra? Zależy, z której strony na to spojrzeć. Do dziś nie wiem, czy wtedy, lata temu z tobą, To, co leżało przy rondzie na chodniku, To był kamień, czy gumka do ścierania Szara jak dzień? A może tego w ogóle nie było? Był śnieg, to mam w głowie na pewno. Ale czy wtedy? I will always want you... Kamienica, której odebrano głos. Widzę ją w telefonie. Mam ten przywilej półwieczny, że mogę Grzebać w coraz głębszej studni I zawsze coś wynajdę. Tak jest za każdym razem – mówi jeden z podcastu. Świeżo rozżuta guma do żucia wypluta na zwłoki majora Grossa …pi ękn ie program liczył piętnaście minut z czego czołówka siedem trzy minuty napisów końcowych ruszyły o czasie trwały do końca po czym wjechały na stację w La Ciotat cedząc Maurerem „wypierdalać” małymi literami ktoś napisał coś czego nikt nie przeczytał przypisami ktoś przypisał coś do czegoś i otarłoby się o pominięcie gdyby nie sucha nitka w porze deszczowej wystająca z włóczkowego kapcia w przededniu wszystkich śniętych ryb słodkowodnych o tajemniczo brzmiących pseudonimach Sander Lucioperca albo Perca Fluviatilis wiedzących ale nic nikomu nie mówiących że człowieka można zniszczyć ale nie można pokonać odkręć to w końcu żeby stało otwarte żeby było jak było strzepnij bakterie wraz z meniskiem wypukłym kompotu z truskawek w butelce po mleku połowę ubyło rozlało się mleko rozlazło się Kurw a a mi ał o być t ak… Życie (a potem było jak dawniej) ktoś wlokował zaczętego hot doga w balustradę przy sąsiednim budynku i tkwił tak w papierowej torebce zobaczyłem to chwilę potem jak utraciłem dwuwers myśli i próbując go przywołać wyjrzałem przez okno kierowca przed czerwonym światłem palił papierosa i wypuszczał dym ponad opuszczoną szybą nie czułem zapachu ale wiedziałem że jest widziałem go szarym przejrzystym jak chwilę został gdy tamten odjechał a potem było jak dawniej /ciekawe jak doszło dziś do pewnego zdarzenia przejedzony prozą leżałem na wersalce oglądając coś na kanale poetyckim odłożyłem na chwilę telefon chcąc napić się wody butelka wyślizgnęła mi się z rąk uderzając w ekran tak dodało subskrypcję/ ten dwuwers odszedł nie odnalazłem znaczenia ale wiedziałem że jest widziałem je szarym przejrzystym jak chwilę zostało gdy ja odjechałem a potem było jak dawniej Maciej Krotke (ur. 1976) – absolwent filologii polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, laureat XXXIII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. J. I. Kraszewskiego (Biała Podlaska 2017, kategoria proza). Teksty publikował w piśmie literackim „Epea”, gazecie literackiej „Migotania”, e-dwutygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl”, magazynie „Latarnia Morska”, miesięczniku literackim „Akant”. Mieszka w Białymstoku.
- Magdalena Rak-Suska – trzy wiersze
Smutek zalewa mnie powoli drży lekko i sączy się jak z rany mam go w oczach i koniuszkach placów zupełnie jakby kreślił moje kontury jest silniejszy gdy widzę jak ludzie odchodząc zwracają sobie poduszkę czy koc bo po co mi poduszka na której leżałaś albo kubek na zimową herbatę lepiej go potłuc na kawałki aby nikomu nie powiedział że kiedykolwiek byliśmy razem Przeprowadzka …na nowo odkryć swoje małe miejsca lokalną piekarnię drogę do biblioteki po książki o stratach i dobrym życiu i sklep gdzie sprzedają zielone długopisy by lepiej zapamiętać wszystko co przeczytam przyjrzeć się czule kruchym częściom siebie zawiesić nowe wspomnienia na pustej ścianie określić co nienazwane i trwać… mam przecież kota który przeżywa ten sam koniec świata co ja Moja terapeutka ona mówi „potwory z szafy już wyszły” (pewnie jest jednym z nich) barwy zmieniły odcienie a czas nie przystanął z głową pod poduszką (nigdy tam nie zaglądała) pyta „gdzie jestem” gdy włóczę się między myślami sprytna jest czyta z moich oczu i nie wierzy w zapewnienia rozbiera mnie do prawdy jak krzyczę „nie dotykaj” i wystawia na paniczny atak bezbronności ona w fantazjach uczy mnie umiaru ja jej na to „kim będzie Alicja bez swojej Krainy Czarów?” Magdalena Rak-Suska – pasjonatka nauki, w szczególności dziedzin nauk społecznych. Psycholożka i socjolożka. Czasem pisze wiersze, przeważnie o tym, co jest człowiekowi najbliższe – o przeżywaniu i doświadczaniu samego siebie. Publikowała na łamach „Helikoptera” i krakowskiej „Miniatury”.









