Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Anna Maria Wierzchucka – mixes are playlists youtube makes for you. rozsypane ptaki. cyfryzowane. jesień
solanka. where the wild mushrooms grow zaraz deszcz matka maluje paznokcie po kłykieć po łokcie wyschnięty lakier trze ręcznikiem do płytek krwi dynamika darów świętej depresji niebywale odpornej na promieniowanie jonizujące na grzyby w zalewie na ocet zaraz deszcz matka marynata stany zapalne. stygnąc. dancing queen matka zawinięta w liść odeszła z pierwszym podmuchem wiatru wcześniej papieros za papierosem prucie cekinów spinki we włosach z włosów rozmazany pluty tusz my bez butów prosto w błoto i cień ojca matka zawinięta w kołdrę odchodziła na naszych rekach razy wcześniej kluski lane pełne skorupek w tłuste oka zupy my wdychamy wilgoć chorobę i ciężkie pięści ojca gdzieś obok smołują dach smród nie do wytrzymania makaroniki. a cup of the tea before bed. bad przesiewam mąkę matka wiązała supły na czerwonych tasiemkach potem upychała nam po kieszeniach przed złym okiem a my na wietrze robiliśmy z nich babie lato dowiązywaliśmy do szprych do zerwanych sznurowadeł dolewam wody czekam aż wytraci gluten (czy tam zwiąże) przedmieścia jak z amerykańskiego filmu obsypane czerwonym liściem złe oczy dyń gdzieniegdzie czaszka matka zaplątana w supły robię tasiemki z czerwonego lukru (taka niby krew) oswajam śmierć listopadowa walentyna. and the papers want to know whose shirts you wear rogalu rogaliku księżycu z piekarni w kolorze dyni sypią ci się pestki regolit teorie spiskowe martwe podmalowane chrobotki i tony liści do zgrabienia zgarbienia zgrubienia gruzełki guziki zgubione latem w trawie marsz. marsz. back to back chmury jak wata cukrowa gdzieś na granicy pamiętania pańska skórka lepi zęby matka kradła pomarańcze chowa duszę za oczami dlatego tak często nimi przewraca gubi nitki włosów zapada w koronki pachnie świętami naftaliną a miał być wiersz patriotyczny patryjotyczny z maryją rotą a może nawet mazurkiem i rogalem biało-czerwonym muchomorem pianka termoplastyczne. bitter sweet symphony matka smaży rybę sypie groch w klęcznik wciera krew i smarki w łokieć wzdycha kłos zarodnionośny z osi liści i igieł kruchość osteoporoza łomot łój rozmycia mięciutkie jak błoto żeby nie powiedzieć błotko złotko pod materacem strupy kołysane śpiewem szeptanką usypaną z piachu żwiru kamieni bąbelków łupin grochowin(y) nożyce. cut the world albo mleko na schodach albo wieczór, bezludny, na statku na głowie pstrąg na pstrągu jajko na jajku chleb na chlebie wróbel w zębach fajka z fajki mydlane banie popiół zagnieździł się pod powieką matka składa się z niecierpliwości o byle drżą jej ręce głos serduszko wycięte z krepiny i blizna jak nacięcie w korze zostawia wtedy za sobą kuchnię i nas za stołem ucieka w śnieg ale chyba nie poleży cytat Tomasz Pułka – Paralaksa w weekend (II) wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, larwa, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.
- Michał Borkowski – teksty różne
marzenie listopadowe mam akurat wolnych 8 eurostówek idę na dublińskie doki, zjeść burgera ze szczupaka z sosem truflowym, przy barze Brytyjka po temacie, która roztańczona robi kółeczka i mnie szturcha wyobrażam sobie, że nawet nieumalowana w piżamie wygląda jak skrupulatny zarządca kolonii pacyficznej. Musi być z prawniczej rodziny ma strasznie wieśniacką różową kieckę; wita się ze mną jak Londynka, „fuck off wanker” odpowiadam jej równie zawadiacko „what a bitch”. z miejsca nabiera szacunku, zaczyna grać ze mną w kulki. Bulę za niedojedzonego kotleta kelnerowi, który żegna mnie na rzęsach, bo dałem mu 17,20EUR napiwku. Nie minęła minuta pińć, a już bujamy się pod depo. Śmiejemy się z pomnika Oscara Wilde`a, Oscara „pysiu”. Jest tak niedopracowany, jak tłumaczenie Vulgaty bawimy się w zgadule: mówi, że to może być Churchill a ja że zaczes jak Matka Teresa i wygrałem. Notabene zachciało jej się rzygać, zobaczywszy cuchnącego bezdomnego z D1 przytrzymuję więc jej włosy, bo wydała 200 funtów na farbowanie i nie chce sobie zniszczyć końcówek. Za zwycięstwo pozwala się zabrać do mojej chambers. Pomiędzy słonikami na regale jest książka Sloterdijka „Pogarda mas”. Uśmiecha się, że przypomina jej dzieciństwo, szczęście, pierwsze zakupione nieruchomości na Earl`s Court. Chcę jej przetłumaczyć fragment Naborowskiego „Smaczny kąsek”, do którego w ogóle nie można się przyczepić, ale chwyta mnie za tyłek i tańczymy jakbyśmy oddawali cześć Hefajstosowi za zamknięte dla nieuków bramy Świata. Spoceni podbiegamy do mojego świeżo wykaflowanego tarasu z gresów serii „Lux Rainforest Limited". Szafirowa noc, fajnie nam się dłuży, dobrze widać jak sąsiad skacze i ugniata w koszu na kartony, by nie przepłacać za śmieci. Lily pokazuje mi palcem na kosmosie punkcik o barwie moczu między globulą Boka a Megrezem aż do Merak; rzecze nonszalancko wylewając pół drogiego drinka z mojego najlepszego alkoholu: „tam nas jeszcze nie było”. jak się patrzy w Calineczkarium myślisz, że bym tu z tobą siedział gdyby deweloper nie spóźnił się z kluczami pierdolił o hermeneutyce vademecum pierdoła saska powściągliwego Vattimo, który marzył podstawy bo odwagi mu starczało na max coming out w dzielni klasy średniej z wielką automatyczną wjazdową przesłaniem piorunującym: miłość zwycięży tak, na bank, gdybym już dostał sms z instrukcją wejścia do mojego gniazdka z loggią w kierunku północnym gdzie widać eleganckie kortenowe elewacje i zawistne spojrzenia tych, których nigdy na taki widok nie będzie stać i uśmiecha się z 178 m n.p.m przebudzona rudziulka bo jesteśmy dokładnie na tym samym poziomie o aksamitnej jędrnej skórze, z wydepilowanym siodłem łatwo poznać że dbana dopiero co zjadła szakszułkę z pomidorków z san marzano ale najpierw idę na siłownię, jesteś w stanie sobie to wyobrazić?! nie łudź się, że te drobiazgowe konsekwentne Eliotowskie wierszyki subtelna prawie niezauważalna ironia i trafność oceny sytuacji są cokolwiek warte jego wyszukane moralizatorstwo oczernianie królów życia, semantyka odkupienia i wał z życia na gorąco gdy wystawiasz głowę i plujesz rzadką na co najmniej dwie klasy niżej szampan się chłodzi codziennie od święta ale twoja madam przypomina ci, że to marnowanie energii: lepiej zrobić coś dla ducha np. wolałbym postawić aniołkowi pałę niż czekać na królestwo niebieskie z marzeń hipochondryka co śmierć przewidział wszystkich gdy rośnie kartofelek dorodny na działeczce, którą kupiłeś za inwestycje, bo zamiast słuchać nowoczesnego płaczka na wieczorku literackim wyciągnąłeś w porę swoje akcje, a to już coś; szkatułeczki procentów składanych przekładają się w porządną michę bobu – a to przynajmniej już coś; a już najbardziej to inteligentne głębokie kino à la Uczta Babette, nie daje mi spać, szczególnie jak zdejmuję kremowe stringi Mulatce pani od greki bo mówię do niej, że do mojego łóżka nie ma ładowania się w spoconych po całym dniu rzeczach(!) ach, no jak pięknie film mnie kładzie – weźmy takiego Bergmana nad którego produkcjami podniecają się zazwyczaj okularnicy po zmarnowanym momentum życia na dobry start którzy nawet cukierka przez papierek nie widziałem jeszcze jak Zeusa kocham miłośnika eschatologii w pięciogwiazdkowym hotelu! (chyba, że liczymy tych, którzy podają ręczniki w saunie). Lecz nie przyszedłem tu krytykę nieść a w koszuli nocnej za 2 wypłaty płytkarza i choć kocham bardzo delikatność Dickinsonowej albo Keatsowe odwalanie kity na stojąco i Kerouacowe śliczne nawilżone łzami oczęta to jeszcze milsza mi lekko słonawa polewa truflowa najlepiej jak mi przystojny italski kelner przyniesie na „porcelance” na konkretną godzinkę i zapyta: czy polać panu po pieczeni? i jak pomara mnie za boczki przed wykładem moja nowa studentka pochodząca z jakiegoś wesołego miasteczka na Suwalszczyźnie tak, że nie będę czuł już kompleksu szerokości gotowa zawalić dla mnie egzamin z semiotyki bo wie, że i tak do niczego się jej to nie przyda a jak dobrze wieczorem się porobimy to może uda nam się przespać poranek nie widzieć zabieganych o 8 rano ludzi. jeszcze 10 minut temu wierzyła w stały związek z przysięgą wierności ale mówię, że wyjeżdżam pojutrze do mojego chambers w Éire i lądujemy w wyrze, które kazałem jej pościelić przed seksem cholernie ją dziwi, że śpię na pieniądzach, ale przeszkadza jej to tylko gdy rulon stówek wrzyna jej się tam, gdzie nie powinien mówi, że najważniejsze, że się „odnaleźliśmy” choć na chwilę i że nigdy nie spotkała tak dobrego człowieka jak ja na co odpowiadam takim pizdowatym głosikiem z poważną miną jakbym nic słodkiego od miesiąca nie jadł narzucając na siebie prześcieradło robiąc długie włosy z brudnej ściery: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko Filet Mignon Medium Rare”. Esej 92937 leżakowanie, czyli generatio spontanea Tak bardzo pragnę żyć, marząc, że nie skończy mi się czas. Nie chcę zawijać się z miejsc, w których zostawiłam tyle serca. Uroda napotykanego oparła się komentarzom, „piorunom wojny”, dobrom powszechnym i powadze familia urbana. A żegnać się z tymi, których umiłowałam i wybrałam, napawa mnie obrzydzeniem, takim, jakie mam do zadzierzystych senexów, których nie stać na porządny aparat słuchowy. To, co stworzyliśmy, było powzięte w ufności do Świata, z wdziękiem Inhaltsscepticismus… pośród gąszczy sensów, konotacji, desygnatów, paciorków, wartości i innych kurosów, które mają straszyć twórcę… odwodzić go od stanów, z których zakompleksiony pisarczyk zrobiłby sobie aktorską afektację. Chcieliśmy ładnie się urządzić… nie cofnąć się przed Życiem z powodu zniechęconych plusjojów, zapobiegających temu, co ma się zaraz wydarzyć. Za dużo wspaniałego było, bym ot tak mogła zniknąć. Oj nie, nie. Nie potrzebuję do tego śladu. Bo co ja im powiem na do widzenia? Że "warto było" po grecku jak Augustyn wyznający, że grekę „umie bardzo mało, a właściwie nic”?! Odi profanum vulgus et arcero zagrane dla niepoznaki na bałałajce? Ciao… śmiało, śmiało, śmiało… Cokolwiek znaczy odchodzenie, czy umieranie, ja strasznie tego nie chcę! Wyduszę z siebie moje wcześniaki-słowa dla zmyły, że „jestem sama/O kwiat jeden życia biedniejsza”, by nakarmić ciekawość, jeśli taka byłaby cena odrobinę dłuższego pożycia. I z chęcią przyjmę do siebie niechciane życia! Dlatego kibicuję rozwojowi transplantologii. By nawywijać sobie trochę na czyjś koszt. Tętniące żywiołami dzieło sztuki, jakże wspaniałe obcowanie, które mnie inspiruje do coraz to wnikliwszego zwiedzania komnat swobody, siedliska twórczego miłowania, religijnej ekonomii samonagradzania; moja buzia coraz bardziej rozdziawiona, moje ręce wyciągnięte po więcej w geście wdzięczności, że dostałam szansę zdumienia. Niepowtarzalną, jak makijaż Dionizosa, który stroił się za babę. Dla brachylogii res nullius unieważniłam znaki i przerobiłam na słowo honoru, słowo co się rzekło i echo. Współżycie w takim trójkącie powoduje, że gdy usłyszę to samo słowo kilka razy, to zaczynam czuć lingwistyczną prowizorkę na Świecie. Nawet najbardziej poważny i prawdziwy zwrot mnie bawi… Proszę sobie przeczytać non omnis moriar 20 razy w tempie prestissimo z poważną miną. Tak bardzo dbam o pracę przepony. Zaspokojona nieustannie solidną repetą wrażeń mam same problemy bogactwa. Nie mogę się zdecydować, co najbardziej lubię z dnia… poranki z rześkim przebudzeniem, które czekało całą noc na ten właściwy moment "wyjęcia mi tego z ust", czy popołudnie, które jest eleganckim sprzętem do łaskotek… a może wieczór, gdy milczenie poleruje moje struny głosowe. boję się domu wycelowanego oknami na Świat domu, który jest bezpiecznym schronieniem pojęciem unieruchamiającym zapowiedzią doświadczania różnicy my oni boję się takiego domu miejsca skąd bym pochodził gdzie katastrofa jest odkładana w czasie data odmierza święto nie mamy przed sobą tajemnic sprawy stają się nasze boję się wielkiego domu który byłby całym moim Światem Artysta przed osiągnięciem sukcesu jest socjalistą, pełną gębą. Michał Borkowski (ur. 1987) – poeta, filozof, informatyk. Obecnie doktorant filozofii. Od 2018-2022 pracownik Ambasady Polskiej w Dublinie. Publikował m. in. w: „WydawnictwieJ”, „Polu” i „Helikopterze”. Wydał tomy poetyckie: Wielkopoliska (2017), Dublinopolis (2020), halo halo (2022), Autor kilku artykułów naukowych, 6-krotny maratończyk, ostatnio w Maladze (2023).
- Maria Czekańska – sześć wierszy
jeśli jeśli moje ślady na twoim ciele mogłyby kiedyś zniknąć, to tylko wtedy, kiedy sama zrobisz sobie nowe. rogucki na ekranie, ty śpiewasz, ja udaję, że to dreszcze od potu (bo się narobiłam, wiesz, że się kurewnie narobiłam). jeśli kiedyś fotel z przodu w twoim kabriolecie ma być pusty, to tylko wtedy, kiedy będziesz po mnie jechać. światła, flesz, wiemy, że po zmroku najlepiej jechać bez błysków. (już się naśpiewałyśmy, teraz możemy potańczyć). jeśli kiedyś zęby mają przestać odciskać się na szyjach, to tylko wtedy, kiedy będziemy mieć długie paznokcie. jeśli kiedyś masz powiedzieć, że jesteś gotowa, to tylko wtedy, kiedy będę się miała w co wpakować. Ja bardzo, bardzo Prinie Twój dred po dredzie spłukać z pieczonych akwareli, co zdrapują przypalone kawałki jeżyn. Iść do holu wąskiego to iść do kamieni dłubiących oczy meduzy. Moje nogi są napęczniałe, kolana przykryją dredy. Usta są wilgotne, usta to wargi mielizn. Ona do niej, łokcie do nogi, biel do popieli. Ja bardzo, bardzo. Ty bardzo, bardzo. Zdrapujemy zapalenia mieszków i wyciągamy włoski mewy. Dziś rozczochrana bielizna na płacie deski. Bo hol jest głęboki, hol jest giętki. Kochana idzie dzielnie pod prąd Kiedy piszę ci wiersze, powiedz mamie. I buldogom. Zaprzęgnij kotki drewniane butami, ugotuj marzannę i jedz. Kiedy na ciebie patrzę, powiedz dziewczynie. Wwierca się przez ciebie stado pszennych żołnierzyków ze wszystkimi kończynami. Nie mówię ci kochana , mówię, że czasem palce są jak wosk a głowa z żelaznego pistoletu. Na koniec zapalimy sobie wąsy. Jak esmeralda tańcząca w ogniu Nie bój się, pomiędzy tymi udami nie ma ośmiu apostołów, jest tylko ewa, a jabłko spadło do popiołów. Kiedy kobieta kobietę gładzi, wyrastają nowe lasy z opuszczonymi liśćmi, tworzą się ołtarze z napisami: tam jest wejście. Tworzą się modlitwy, ze słowami: jeśli cię dotknę, pękną te pieprzone pomniki, do których zwykłyśmy się modlić. Jeśli wejść, to nabić butelkę. Lesbish fiesta Miała dość romantyzmu do porzygu, czerwonych róż, pajęczych komplementów. Uszy miała na uszach, zawrócić do tafli rozdeptanych jarzębin na sok. Splot warkoczy to viva la toscana, viva la żołądki. Wypuszcza motyle do gardeł tych, co nie dadzą obrączek. Miała dość romantyzmu do porzygu, była pragmatyczna: papier i dzieci, które może nazwać “nasze”. Czuję meandry, tworzę głaski Musiałam zostać opluta tysiąc razy, a moje mięśnie stać się twarde bez wycisku, by ją poznać. Musiałam przejść przez miliony dotyków jak po gorących kamieniach, żeby ją zobaczyć. Moja skóra z brudem jak mielizna, a twarz z niezagojonymi bliznami. Hej, bokserze, pamiętasz to? Upadłam kiedyś na kamienie, byś mnie kopnął. Dziś skóra goi się, wlano w nią mydło. Marnuję wodę, by mi nie poszło w krew. Moje uda są wreszcie okryte, czuję jej ciepłą głowę. Jeśli obudzę się w śnie, to tylko gdy uderzę o podłogę. Musiałam przejść po obciętych paznokciach, aby powiedzieć jej: kiedy się kąpiesz, umyję cię też. Maria Czekańska (ur. 1995) – wiersze publikowała m. in. w „Stonerze”, „Odrze”, „Wizjach”, "Liberté!", “Przekroju” i „Babińcu Literackim”. Jej pasją jest chodzenie na skrajach. Jest autorką kilku wywiadów, które przeprowadziła z Elką Łapczyńską, Zofią Bałdygą, Iją Kiwą czy Piotrem Janickim. Mieszka na Śląsku.
- Adam Lizakowski – dwa krótkie opowiadania
Historia medalu noblowskiego Trzymałem ten medal noblowski w swoich rękach wiele razy, oglądałem, robiłem zdjęcia. Medal leżał na stoliku obok kamiennego kominka po prawej stronie w salonie na wprost kanapy i stolika na krótkich nóżkach. Nad kominkiem wisiał portret właściciela domu pędzla Czapskiego. Nawet myślałem, aby medal po prostu wrzucić do torby z książkami z wierszami i z nim jak gdyby nigdy nic wyjść. Poecie chyba był niepotrzebny, użył go, jako dekoracja wnętrza, coś w rodzaju muszli przywiezionej z wakacji znad morza, albo kawałka kamienia z wyprawy w góry. Był na wierzchu po prostu leżał i kusił, ciekawiło mnie ile jest w nim prawdziwego złota. Brałem w dłonie i ważyłem, był ciężki można nim orzechy było tłuc. Rozważałem, co będzie można kupić za te złoto. Wahałem się schować go do torby, czy nie chować, więc go nie brałem. Poza tym nie chciałem rozczarować pana Czesława tym, że wpuścił do domu, pod własny dach Polaka, który go okradł. A był uczulony na Polaków, to wiedziałem. Byłby to wielki skandal a dla poety nóż w samo serce. Polak go okradł, gorzej nie mogło być. Wiedziałem, jak bardzo poecie podobało się to, co robiłem dla polskości w San Francisco Bay Area. Gdy się zdecydowałem kupić nowe auto postanowiłem zabrać medal, " niech się dzieje wola nieba nowe auto kupić trzeba". Gdy mnie aresztują powiem policji, (jako prośba o łagodny wyrok kary), że nie miałem, czym do pracy dojeżdżać, głód zaglądał mi do oczu, a tu leży tyle złota, kurz i muchy na nim załatwiają swoje sprawy, nawet nie ma, komu go przetrzeć od czasu do czasu. Umówiłem się z poetą na spotkanie, kupiłem dobrą butelkę szwedzkiej wódki i pojechałem z bijącym sercem. Ale on chyba mnie wyczuł, medalu nie było na stoliku. Niechętnie wyjąłem flaszkę z torby wypiliśmy ją do połowy rozmawiając o poezji i życiu na emigracji. Przebiegła Carol musiała schować medal gdzieś do szafy. Dobrze, że zdjęcia zrobiłem wcześniej, bo już nigdy potem go nie widziałem. Pieszyce i Czesław Miłosz* Nie mogę nic powiedzieć o swojej znajomości z poetą Czesławem Miłoszem zanim nie powiem co mnie do niego doprowadziło, jak zapamiętałem jego nazwisko. Było to nazwisko tłumacza poezji amerykańskiej a nie poety, emigranta mieszkającego na drugim końcu świata, do którego dotarłem pięć lat później. Pieszycka Biblioteka miejska mieściła się w tym samym poniemiecki dwu-piętrowym budynku, co magiel, do którego od czasu do czasu zabierała mnie mama, gdy trzeba było wymaglować pościel. W budynku mieszkali ludzie, a nawet mój kolega ze szkolnej ławki Czesiu Paczkowski. Biblioteka mieściła się ściana w ścianę z Urzędem Miasteczka, które dekadę wcześniej otrzymało prawa miejskie. Do budynku wchodziło się po kilku stopniach kamiennych do ciemnego korytarza, w którym z lewej strony znajdował się magiel, a z prawej drzwi do biblioteki. Po śmierci matki nie zaglądałem do biblioteki ani do magla przez kilka lat. Po maglu nie było już śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało, prawdopodobnie się zepsuł, nikt nie umiał go naprawić, więc lokatorzy prawdopodobnie spalili go w piecach, bo był drewniany. W korytarzu pozostała pustka, która męczyła moją pamięć o tym miejscu, tym bardziej, że zapamiętałem je poprzez matkę gładzącą czule prześcieradła i poszwy, nieżyjącą już wtedy od kilku lat. Do biblioteki trafiłem za poezją, którą wtedy bardzo „namiętnie” czytałem. Była to poezja przede wszystkim polska XIX i XX wieku. Niektórych wierszy Staffa, Tuwima, Norwida, Asnyka, Gałczyńskiego, Mickiewicza czy Leśmiana uczyłem się na pamięć. Tak dla siebie, ale też chytrze je wykorzystywałem podczas rozmów z przyjaciółmi, a przede wszystkim z koleżankami. Poezja wtedy była dla mnie pomostem pomiędzy mną, a osobą, na której mi bardzo zależało. Oczywiście nie zawsze informowałem te osoby, że „przemawiam” nie swoimi słowami. Nie było to popisywanie się, ani świadome wykorzystywanie sytuacji, w której należało powiedzieć coś, co wzrusza. Dzisiaj „taki numer” wśród nastolatków prawdopodobnie by nie przeszedł, ale wtedy w moim środowisku, w którym dorastałem, poezja, wiersze, książki były tym czym dzisiaj są gry komputerowe, czy iPhone. Do pisania własnych wierszy jeszcze nie „dorosłem”. Wtedy byłem dystrybutorem czyichś pięknych słów i myśli, czasem łącząc dwa wiersze dwóch poetów w jeden własny, bo była taka potrzeba chwili. Gorzej było, gdy trafiłem na dziewczynę, która akurat dany wiersz znała i mrużąc oczy zapytała: „czyje to słowa? Chyba nie twoje?” Poezja była także narkotykiem, tak na mnie działała i na niektórych moich znajomych. Dostarczała potężnych dawek wzruszeń i doznań. Słowa powoli je uwalniały, najpierw docierały do mózgu, później do serca. Osób potrzebujących realnego doznania przeżyć wyższego rzędu było niewiele, ale były. Poezja, słowa trafiają tylko do właściwych odbiorców, wcześnie już to odkryłem i nie przed każdym można było recytować Norwida, bo można było narazić się na kpinę. Pewnego dnia w bibliotece trafiłem na książkę obłożoną w celofanową okładkę, grubą, prawie „cegłę” pt. Poeci języka angielskiego , wydaną przez PIW. Książka leżała na małym stoliku, przy którym czytałem prasę literacką. Dzisiaj mam wrażenie, że czekała na mnie, innego wyjaśnienia nie znajduję. Od tego dnia polska poezja z każdym rokiem schodziła na plan dalszy. Trafiłem w niej na wiersze Walta Whitmana właśnie w tłumaczeniu Czesława Miłosza. Wiele lat później o tym zdarzeniu powiedziałem poecie w jego domu w Berkeley. Ucieszył się i nie zdziwił. Nie byłby Miłoszem, gdyby mnie nie ostrzegł, zmarszczył czoło i powiedział: „proszę wracać do poezji polskiej, do Gałczyńskiego i Iwaszkiewicza, zostawić amerykańską na boku, proszę opisywać Amerykę polską poezją, nie dać się zamerykanizować. W dzisiejszych czasach – dodał – Ameryka podbiła cały kulturalny świat, młodzi ludzie w Polsce nie piszą już polską poezję, tylko amerykańską. Ameryka wchodzi do Polski nie tylko komputerami, ale i poezją. Poezja tych młodych jest wtórna, nijaka, ta »szkoła nowojorska« sprzed trzydziestu, a nawet czterdziestu lat w Polsce podcięła skrzydła polskiej poezji, dzisiejszym poetom, stali się siódmą wodą po kisielu. W Polsce nikt już poza Adamem Zagajewskim nie pisze polskich wierszy. Proszę czytać jego wiersze, on przez to, że tak pięknie pisze po polsku, ci młodzi atakują go, zwalczają. Proszę czytać wiersze Zagajewskiego po angielsku, brzmią wspaniale, bo są napisane po polsku. Wiersze tych młodych w języku angielskim to katastrofa, banał goni banał, tego nie da się i nie wolno tłumaczyć na angielski. Rozumie pan”. Skończył, brwi jego wróciły na swoje miejsce, bo gdy mówił unosiły się wraz ze słowami. Zapadłem się w sobie. Zapadła cisza. Prawdę mówiąc niewiele rozumiałem z tego, co powiedział, nie miałem odwagi zapytać go, co miał na myśli mówiąc: „młodzi w Polsce piszą poezję amerykańską”. Wtedy jeszcze nie znałem ani poetów z Nowego Jorku, ani poetów znad Wisły piszących à la Frank O’Hara czy John Ashbery. Nie znałem powiedzenia, że Tadeusz Różewicz otworzył drzwi poezji dla grafomanów, a Piotr Sommer dla poetów wtórnych. Nie chciałem się odzywać, bo żadnych nazwisk nie znałem, a Noblista dyskretnie nikogo nie wymienił. Wcześniej, gdy wręczyłem mu moje tomiki poezji napisane w języku angielskim poprosił o wiersze w języku polskim. Gdy je mu dałem bez słowa wybrał kilka z nich i wysłał do Giedroycia do Paryża. Sam to zrobił, bo ja nigdy nie zdobyłby się na odwagę poprosić go o to. Wciąż byłem tym młodym człowiekiem z prowincji gdy czytałem jego przekłady, wiersze publikowane w „Literaturze na świecie”, przed i po Nagrodzie Nobla. Właściwie nikt nic o Miłoszu u nas u podnóża Gór Sowich nie wiedział. W czasach, gdy o dolarach i Ameryce, i audycji radiowej Głos Ameryki raczej nie wypadało głośno mówić ja już miałem swoich dwóch amerykańskich poetów, jeden pisał po angielsku, drugi po polsku. Czesław Miłosz lubił czytać wiersze innych poetów, a także je tłumaczyć na język polski, tych oczywiście, którzy według niego powinni być obecni także w kulturze polskiej. W tym momencie można byłoby się zapytać, czy poeta był dobrym tłumaczem? Czy na tyle znał język angielski, aby tłumaczyć poezję? Zdecydowanie należy odpowiedzieć, że poeta świetnie znał język angielski, a czy był dobrym tłumaczem – tutaj można dyskutować. Bo są dwa rodzaje tłumaczenia poezji. W jednym z nich poeta oddaje ducha poezji przekładanej. a drugi przypadek: poeta tak przekłada wiersz, aby czytelnik go czytający miał wrażenie, że został on napisany w jego języku. Jako gospodarz poezji polskiej autor Wypisów z ksiąg użytecznych dbał o polskiego miłośnika szeroko pojętej kultury, uważał, że światy poezji, choć nieprzetłumaczalne z jednego języka na drugi, powinny jednak przenikać się, nawet oświetlać drogi mroku jednego i drugiego języka nawzajem. Nie rozważał zbytnio trudności przekładu poezji z jednego końca świata na język poezji z drugiego końca świata. Tłumaczył tych, których lubił, tych poetów, których cenił. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kiedykolwiek poznam osobiście tłumacza Whitmana i że kiedykolwiek sam zacznę tłumaczyć jego poezję na język polski. Dużo wtedy rzeczy nie wiedziałem, nawet tego, że ukochana poezja z czasem nie tylko dla mnie, ale i w moim środowisku, i w XXI wieku straci swoją moc, nie będzie miała już siły legalnego narkotyku, przestanie być źródłem mojej wrażliwości na świat. Z czasem stanie się lekiem na ból, samotność, ucieczką od realnego świata. Nie ma tutaj winnego, to nie jest wina poezji, ale dorastania i stawania się dorosłym, wchodzenia w świat ludzi dorosłych. Książka staje się symbolem, poezja amerykańska słusznie lub nie zdominowała lirykę polską, tłumacze w komputerach przetłumaczą wszystko, lepiej lub gorzej, ale przetłumaczą. Postęp cywilizacyjny w tym przypadku okazał się strzałem w serce, jeszcze tak do końca nie wiadomo czyje to jest serce. *Powyższe fragmenty pochodzą z książki pt. Czesław Miłosz w Ameryce, wydanej przez Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku, 2024. Adam Lizakowski (ur. 1956) – poeta, tłumacz, fotograf. Debiutował w 1980 roku w „Tygodniku Kulturalnym”. Od 1981 roku przebywał poza granicami kraju. Studiował na Columbia College Chicago (BA) i Uniwersytecie Northwestern w Chicago (MA). Tłumacz poezji amerykańskiej m.in . Walta Whitmana, W.C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Roberta Pińskiego i Boba Dylana. Przekładał wiersze chińskiego filozofa i poety Lao Tse, oraz perskiego poety Rumiego. Wielokrotnie publikował wiersze w paryskiej „Kulturze”. Jest autorem ponad tuzina książek m. in. Złodzieje czereśni, Jak zdobyto Dziki Zachód i Pieszycka księga umarłych .
- Małgorzata Południak – Silience*
Wyjedźmy z tego miejsca, ucieknijmy Jak wtedy, z raju, gdzie już nie ma drzwi. Nadzy, a przed nami tylko droga – ledwo widoczna z drona. Na prześcieradle czaszka, malowana błękitnymi kwiatami, jakby śmierć mogła być łagodna, jakby coś mogła znaczyć, gdy patrzymy prosto w jej puste oczy. Nie pytaj, skąd jestem, bo nie ma już domu, który by nas zatrzymał. Jesteśmy tylko dwojgiem ciał – wyślizgnęły się z raju, a wszystko, co nam pozostaje, to rzucić się na wiatr i patrzeć, jak się oddalamy. Akt "Words are all we have" – odpowiedziałeś, gdy dwie kobiety w czekoladowych tutus wirują w zamazanych ruchach na tle sceny, nic nieznaczącej. Obok stoi mężczyzna, w znajomym ciele, z zamkniętą dłonią, jakby chował ostatni wiersz, ostatni gest. Patrzymy, a wszystko niknie w śladach oddechu na zimnym szkle – obietnica śniegu, który nigdy nie spadnie, dom, który budowaliśmy od początku, rzeczy, już nie do dotknięcia. Kiedyś był dzieckiem w body z napisem „my baby” Teraz stoi na progu – senny, odrobinę zagubiony, jakby nigdy nie widział muszli, kruszących się w dłoniach jak suche strupy. Na ramieniu haftowana skaza: dom, do którego wraca – pamięć ledwie tkwiąca pod skórą. Śnię wiktoriańską dziewczynę w czerwieni, kroplę krwi w nurcie migrującej pamięci. Przypomina o odległych miejscach, gdzie piekąca sól odpływa z pierwszym krzykiem. „Płyń” – szepcze, gładząc szorstką skórę, jakby to były kamienie w rzece. Kula spleciona z dwojga, przyciągniętych migotaniem latarni, co drżą w ciemności jak nadzieja, której nie widać. Dostaję pocztówkę z napisem „twoje miejsce tutaj.” Odkładam ją na później – gdy wrócisz i zapomnisz, jak pachnie zimna woda. Czekamy, spokojnie unoszeni pomiędzy naszym początkiem a końcem. * Silience is the unnoticed brilliance woven into the fabric of everyday life – the hidden talents, the fleeting expressions, the unrecognised creations that pass under the veil. It is the whispered elegance of things not yet appraised, the quiet works of art that could be masterpieces, if only seen through a different lens, beyond the boundaries of popular taste. Brilliance is not always rare; it can be found in the unnoticed, the imperfect, yet somehow complete. Małgorzata Południak – graficzka, fotografka i felietonistka “eleWatora”. Przynależy tu i tam.
- Marcin Ostrychacz – kilka krótkich utworów
1 Brzuch, z którego coś kiełkuje i pnie się niby głodny bożodrzew, ma cechy ziemi. Dlatego kobiety są telluryczne. 2 Po raz tysiąc czterysta któryś, miłorząb zrzucił liście. Tak stary, że już święty. Drzewa! Po waszych ramionach małpy schodzą na ziemię. 3 Oddaj drzewom stres, jak miejskie powietrze oddaje toksyny. Kiedy będziesz wśród nich weź wolny oddech. 4 Mantis religiosa modli się w bezruchu przy poidełku dla kolibrów. A ja jestem kolibrem spragnionym po locie. 5 Dookoła energia mieni się jak zorza. Nie widzimy jej, pewni, że do widzenia służą tylko oczy. 6 W ogrodzie komicznego imperatora, psy-roboty bez zębów, ale z karabinami, bez oczu, ale z kamerami, bez uszu, ale z czujnikami. fot. Michał Kowalczuk Marcin Ostrychacz – autor czterech książek poetyckich: Zamiatając pod wiatr, Ruje i wyciszenia, Cielenie lodowca, Lirogon . Wszystkie książki ukazały się w wydawnictwie WBPiCAK w Poznaniu. Laureat konkursu im. Klemensa Janickiego. Mieszka w Poznaniu.
- Joanna Roszak – angles morts
martwe pola kolega powiedział że wiersze o wierszach nie są ciekawe dla czytelników bo co ich interesuje skąd się bierze i jak powstaje wiersz i pomyślałam że ma rację wtedy koleżanka zaczęła ich bronić bo każdy może pod wiersz – nieudany na przykład – podstawić własne zajęcie taki choćby lekarz więc może lepiej nie lufty najpiękniejsze są domy które wyglądają jakby nikt w nich nie mieszkał z przedmiotami na właściwych miejscach z połyskującymi blatami podłogą bez włosów gładko ułożonymi poduszkami nieskazitelnie czystą ścianą za zagłówkiem łóżka trzymające się zimnej podłogi bez pofałdowanych okryć sierści na wycieraczce bez wycieraczki i okryć powtarzamy sobie zamęt pocieszamy się wieloma małymi literami ryzą niezadrukowanego papieru deszczem w zaduszki złapani na gorącym wierszu na nadmiarze na jutrze usypujemy domy jak mrówki angles morts najpiękniejsze są wiersze które wyglądają jakby nikt ich nie napisał sadhana ryby do góry brzuchami i koty i kobiety od czego oddzielają nas nasze tajemnice między łąką a wiecznością rozplatamy koszyk splatamy z witek kamienie uczciwie piszemy o tym wszystkim co ludzie robią z miłości uczciwie piszemy o tym wszystkim co ludzie robią ze śmierci jak byśmy byli zwierzętami gdybyśmy byli zwierzętami opowiedz mi o zwierzętach i językach niezagrożonych wyginięciem przestronne baśnie i pleśń brokat napisać długi wiersz żeby nie marnować papieru czy napisać krótki wiersz żeby nie marnować papieru tam gdzie nas nie ma pada deszcz tkamy i prujemy w nieskończoność Joanna Roszak – poetka, profesorka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W bieżącym roku wydała książki: Krall. Tkanie oraz Poezja w odcinkach. Wiersze w czasach Netflixa.
- Robert Frost – wiersz
Mój listopadowy gość Mój smutek, kiedy ona jest tu ze mną, Myśli, że te mroczne dni z jesiennym deszczem Są tak piękne, jak tylko być chcą; Ona kocha uschniętego drzewa postać nagą: Idzie ścieżką, idzie podmokłym pastwiskiem. Przyjemność z bycia z nią zatrzymać się nie pozwala. Ona mówi, a me słowo się do tego przychyla: Jest zadowolona, że gromada ptaków odlecieć musiała, Cieszy się, że jej prosta szarość wełniana Jest teraz jak srebrna przylegającą mgła. Opuszczone, samotne drzewa, Wyblakła ziemia i ciężkie niebo, Piękno, które ona tak naprawdę spostrzega, Myśli, że nie mam na nie widzenia, Dręczy mnie i nie powie dlaczego. Nie od wczoraj to wiem, Że kocham nagie dni listopada, Przed pierwszym śniegu opadem, Lecz teraz jej tego nie powiem, Bo one są lepsze niż pochwała dana. z tomu A Boy’s Will (1913) przełożył David Magen Robert Frost (1874-1963) – amerykański poeta. Czterokrotny laureat nagrody Pulitzera. Jego poezja, cechująca się prostotą formalną, ma głównie charakter refleksyjno-filozoficzny, a zasadza się często na motywach związanych z krajobrazem, wiejskim życiem oraz obyczajami Nowej Anglii.
- Langston Hughes – trzy wiersze
Ballada o Gin Mary Wzięli mnie wozem do sądu, Sędzia już siedział na sali. Wszyscy ludzie dookoła Krzywo mi się przyglądali. Sędzia Pierce powiedział, Mary, Do Mary Jane, Stary Sędzia, Znowu cię muszę oglądać, Nie będę tu tyle siedział. O, Boziu! Boziu, kochana! O, Boziu, kochana nad życie! Chyba mi Sędzia, Pan Sędzia, Nie zrobi nic złego za picie. Martwię się, boś pijanica – Odparł Sędzia – Szkoda życia. Spędzisz rok i sześć miesięcy Bez lenistwa i bez picia. – Rok i sześć miesięcy w pace! Tyle miesięcy pod kluczem! Nie zjedzą mnie w pace, ale Gardła ginem nie przepłuczę. O, panie Sędzio, miej litość! Proszę, tylko nie do kicia! – Cisza, rok i sześć miesięcy Bez lenistwa i bez picia. Krzyż Moim ojcem był biały człowiek, Zaś moja matka była czarna. Jeśli kiedyś przekląłem białego ojca, To cofam przekleństwa od zaraz. Jeśli kiedyś przekląłem swoją czarną matkę, Życząc jej ognia piekielnego, To teraz żałuję, że jej złorzeczyłem, I życzę wszystkiego dobrego. Mój ojciec umarł w pięknym, dużym domu. A mama w chałupie tak marnej, Że pytam sam siebie, gdzie legniesz i zemrzesz O skórze ni białej, ni czarnej? Murzyńska Matka Dzieci, do was dziś przychodzę Opowiedzieć wam o długiej, mrocznej drodze, Jak się przebijałam, jakie rzeczy zniosłam, Żeby moja rasa przeżyła i rosła. Przypatrzcie się twarzy – czarnej jak mrok nocy – Rozjaśnia ją słońce: miłość pełna mocy. Mnie trzysta lat temu rodzicom ukradli, W Afryce na piasku gonili, dopadli. Ja, czarna dziewczyna, przez wielki ocean Z ziarenkiem wolności pod sercem płynęłam. Ja, czarna kobieta, zniosłam z pola pełno Worków z kukurydzą i koszy z bawełną. Bili mnie, męczyli, swoją niewolnicę. To była zapłata za moją krwawicę. Dzieci mi sprzedali, męża też sprzedali, Grozili, gnębili i nie szanowali. To trzysta lat temu, pośrodku Południa, Bóg włożył mi pieśni i modlitwę w usta. Bóg duszę ugodził marzeniem, jak nożem. Spełni się przez dzieci, które w sobie noszę. Ich młodość i wolność, i siła ich głosu – To dla mnie największa nagroda od losu. Nie umiałam pisać. Nie umiałam czytać. Nie miałam nic, spałam niczym nieokryta. Dolina się czasem zalewała łzami, A jednak szłam dalej samotnie latami. Czasem droga była gorąca od słońca, Ale mi kazali pracować do końca. Ja, ziarno wolności, musiałam iść dalej I bez przerwy, żeby wreszcie mogła nadejść. Żyłam tym marzeniem, nic go nie zdusiło. Bo w Murzyńskiej Matce zbyt głęboko tkwiło. Tylko jedno mogłam – wierzyć całą duszą, Że się dzięki moim wnukom spełnić muszą. Czarne dzieci, pot mój, ból i rozpacz czarną, Zapiszcie gdzieś, żeby nie były na darmo. Opiszcie te lata tak ciężkie od smutku. Pochodnię z nich zróbcie ku lepszemu jutru I drogę do światła z tej mrocznej przełęczy, Na której mnie biały pan gonił i dręczył. Podnieście mój sztandar z prochu, stańcie wokół, Jako wolni ludzie u mojego boku. Wierzcie i nikomu stłamsić się nie dajcie. O pręgach na plecach zawsze pamiętajcie, O tych, którzy kładli – słowem głodem biciem – Wam kłody pod nogi, niszczyli wam życie. Idźcie dalej razem, łamiąc kraty, każdy Z was niech z wiarą patrzy na słońce i gwiazdy. Moje czarne dzieci, moje sny i modły Będą pchały was na coraz wyższe schody, Póki z ręki białych braci z nich nie zleci Już żadne, najsłabsze z was, murzyńskie dzieci. przełożył Jacek Świerk Langston Hughes (1902–1967) – amerykański poeta, pisarz, dramaturg. Jego dziadek był ważną postacią w ruchu walczącym z niewolnictwem, a babcia, która jako pierwsza kobieta uczyła się w Oberlin College, wpoiła mu poczucie sprawiedliwości rasowej. Studiował na Uniwersytecie Kolumbia, musiał jednak przerwać edukację z powodu rasistowskich prześladowań. W latach 20. zaciągnął się na statek, popłynął do Europy i na pewien czas osiadł w Anglii. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych osiadł w Harlemie. Stał się czołową postacią ruchu Harlem Renaissance.
- Francisco Ferrer Lerín – dwa wiersze
Laura Jestem tutaj, z dala od tamtych lat, gdy ceniłem Saroyana, a nocami potrząsałem buteleczką toniku. Teraz jawnie przybliżam się do możliwości trwania w bezczynności i zadawania pytania o sens mego durnego życia. Rzeczywiście wiele się zmieniło, nie wiem jednak, czy w sposób świadomy. Palce me unurzane w dymie, który ponownie napełnia śmiechem szklankę pełną podłej hiszpańskiej whisky i śpiewam, by być punktem odniesienia w całym tym zgiełku szturmów wspaniałych i ballad weselnych. (Mogliśmy byli być gigantami wojny dwóch róż, a także samą różą wypadłą z flakonu niezrównanego przyjaciela złożonego z blizn z zepsutym zębem och, ileż ich i jakie są urodziwe wybryki mej pięknej Clary z Herstad noc jest blisko a ja jej nie dostrzegam.) Każdy żywy pirat Każdy żywy pirat nosi w sobie martwego rycerza w swej najbardziej diabolicznej otchłani lub, co na jedno wychodzi, długie przebywanie wśród kanibali kończy się, często, w grotach, w których jakiś hałas, nieznanego pochodzenia, wyrywa z naskalnych rysunków, grube skóry bizonów łagodzące wieczny chłód ciał starców. Próbuje wstać z krzesła i rozpada się na kawałki na podłodze powleczonej linoleum, podczas gdy głosy, niczym więzienne kuchciki, wyśmiewają się z niego i przychodzi jakaś dziwka nazywają ją Cień. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Francisco Ferrer Lerín (ur. 1942) – hiszpański literat, prawdopodobnie najznakomitszy poeta wśród ornitologów i najlepszy ornitolog wśród poetów.










