Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Jean Toomer – dwa wiersze
Portret w Georgii Włosy – kasztany splecione, skręcone jak sznur linczownika, Oczy – wiązki, Wargi – stare blizny, bądź pierwsze pęcherze, Oddech – trzciny woń słodka ostatnia, I gibkie ciało, białe jak popiół skóry czarnej po przejściu płomieni. Ujrzyj serce Tym, co przestają kochać Nie kończy się żądza, Tym, co dbać przestają, Nie goi się ból; Nie waż na słowa, co niepytają; umysły, które nie szukają nawet, twarze obce - lecz ujrzyj serce. przełożył Krzysztof Katkowski Jean Toomer (1894–1967) – amerykański poeta i prozaik, związany z renesansem harlemskim. Najbardziej znany jest z modernistycznej książki Cane (1923), hybrydy prozy, poezji i dramatu, która przedstawia życie Afroamerykanów na Południu oraz w miastach Północy. Dzieło to uznawane jest za jedno z najważniejszych osiągnięć literatury afroamerykańskiej XX wieku. Z czasem wycofał się z życia literackiego, skupiając na duchowości.
- Oskar Pastior – trzy wiersze
wciąż wiersz to nie wers. bo czy ty wiesz co to wiersz wiersz to wieszcz wieszczący wieść wobec wszem wierzgająca wierzba świerk wiersz to sierść węszący świerszcz wzdłuż i wciąż tylko wiersz wertujący ciebie wszerz nawet gdyby ten tu wiersz nie wertował ciebie wszerz gdyby wieszcz nie wieścił wszem gdyby świerszcz to tylko wesz to wciąż wiersz przewierci wskroś wręczy świerzop świeży (co?!) choćby cię nie było wciąż postępujący metabolizm w sestynie tu sześć się da no tak tak tu sześć się da no się da no tak tu sześć no tak tu sześć się da da no tak tu sześć się sześć się da no tak tu sześć już da no tak tu tak tu sześć już da no da no tak tu sześć już tak tu sześć już da no no tak tu sześć już da już da no tak tu sześć już precz no tak tu sześć sześć już precz no tak tu no tak tu sześć już precz tu sześć już precz no tak tak tu sześć już precz no precz no tak tu sześć już precz nie tak tu sześć już już precz nie tak tu sześć tak tu sześć już precz nie sześć już precz nie tak tu tu sześć już precz nie tak nie tak tu sześć już precz nie tak dość sześć już precz precz nie tak dość sześć już dość sześć już precz nie tak już precz nie tak dość sześć sześć już precz nie tak dość tak dość sześć już precz nie chwyt dość sześć już precz nie nie chwyt dość sześć już precz sześć już precz nie chwyt dość precz nie chwyt dość sześć już już precz nie chwyt dość sześć dość sześć już precz nie chwyt sześć się da no tu tak tak tu sześć już precz no sześć już precz nie dość chwyt Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Któż to przychodzi tak pięknie o świcie? Kto świszczy o pięknie przechodnie? Kto pięknieje świetliście? Komu świta odejście? Kto dochodzi piękniejąc? Kto uchodzi ze świtą? Kto świtem upiększa? Tak piękny kto? Chodzi kto przy? Któż to? Świt z niemieckiego przełożył bądź spolszczył (choć oba słowa wydają się na wyrost) Adrian Krysiak Oskar Pastior (1927–2006) – rumuńsko-niemiecki poeta i tłumacz. Jedyny niemieckojęzyczny członek OuLiPo (L'Ouvroir de littérature potentielle, Warsztat literatury potencjalnej).
- Amelia Pudzianowska – cztery wiersze
Pokorni paliatywni w mięśniach mają sól zlizaną z ziemi skakali nad drewnem wrodzonym w kamień kłaniali się bogom niemodnym w tym kraju i chyba chcieli mówić rzeczy najważniejsze a zapamiętano ich zabawne gesty rzucone ogniem w tanie świętości podparte wiatrem rozgrzeszone rosą Mantra otworzą się oczy jak drzwi na sprawy na ostatni paciorek elipsę w kark kopniętą nieskończone amen kategorycznie śmieszne spasione desperacko niewymówione i niewymowne solą tej ziemi a łzy też przecież ramię w ramię też przecież się plączą sypią się jak gołębie z dzwonnicy w najjaśniejsze południe lata Kocham. Odlot o ósmej z nas zdjęto skrzydła i dobrze: innych nie trzeba nas wyśmiano ponad pociągami nam z gardła wyjęto nas straszono głodem idę za tobą jak za wygnaniem gonię przez sen gonię siłą ramion błogosławi nas mgła z ciemności opasła daje nam chleb ze wzdętym brzuchem a my dwa jelonki zanurzone w świcie czymś innym jesteśmy niż błyskawicą w nas lepi się kula po której chodzą ptaki to czy anioły nie wiadomo jeszcze nie latać a być ziemią w stopniu miłości: parterem Spazmy jego ślina na moich ustach trwa niewzruszona buntowniczka gdyby jej ktoś powiedział że krzepnie na przekór byłaby uciętym drganiem odjętym słowem które wprawiło nas w miarowe odwracanie na plecy Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka wielu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda.
- Marcin Bies – Ziemia Cotarda
Gdy Słońce wybuchnie, zostanie nam 8 minut TVN Meteo * ale jeszcze przy kasie jeszcze z paragonem w ręku biegnę do bramek otwierają się pola jeszcze się zawiodę na sąsiednich literach usłana gównami jest droga od słowa do słowa gdybym mógł być znakiem, byłbym twardą spacją odłogiem ośmiu minut niedopowiedzenia wszedłem na twoje pole jak zwierzę na zwierzę rzut cienia potwierdził uczestnictwo w grze * może jeszcze raz: wylosowało płeć biegnę do bramek, otwierają się pola dopalasz papierosa, mówisz idzie wiosna pauzo, moja matko, jak ona to przeszła antycypując gówno w świetle stroboskopu w kolorze wiernie odbita, fakultatywnie obecna może jeszcze raz podaj jakiś przykład jeszcze jestem martwa, chociaż ożywiona a pretekstem jest wiatr wpadający w usta rzucam jeszcze raz: teraz jestem polem Starlinki spadną mi tej wiosny na pierś i nie będzie już pola ani dziury po nim * potwierdzenie płatności, jeszcze znak dźwiękowy może jeszcze raz: jestem światłem w wersie oraz cieniem w zdaniu kładę się na polu i oddycham gnojem, jestem onomatopeją echem wrzenia słońca, czasem dokonanym, gasnącym sygnałem śnieżącą telewizją, słabym internetem, kadrem w telefonie zastygłym w pornosie: usta mam pełne nasienia * palisz dwa papierosy, spoglądasz na zegarek: nie ma chuja we wsi, że coś z tego będzie ~ może nie zaraz człowiek, ale jakieś zwierzę z jakiegoś schroniska, może chociaż dziara malutki wspólny tatuaż w niewidocznym miejscu jakieś wspólne miejsce, choćby nieobsiane pole może zrobimy sobie coś i coś z tego będzie w ferworze stwarzania nazwiemy to kształtem śnieżysz, otwierasz klatki, wypuszczasz piksele nie łzawisz, ty zaledwie formułujesz płacz * dam przykład: kładziemy się cieniem do cienia, aż się ucieleśnia formuła jednego ciała na przekątnej pola czy my nikniemy? Nie, czy tracimy kontrast? Czy posiadasz pewność, że kiedyś go miałaś? Może jeszcze raz: usta mam pełne morza między słowami pulsuje dioda LED jest, pauza, nie ma * podobno wszechświat istnieje tylko wtedy, gdy patrzymy podobno bóg widzi, co robimy przed lustrem w łazience podobno przed śmiercią widzimy światełko, a po śmierci pan bóg zapala nam słońce, mówiąc patrzcie oto jestem, a oto mnie nie ma. Kosi kosi łapci KL Bergen Belsen, plamka na spojrzeniu wreszcie ziemia Marcin Bies (ur. 1982) – autor zbiorów wierszy: Funkcje faktyczne (2010), Renowacja zbytków (2015), Wybór drozdów (2017), Żale Matki Boskiej pod słupem wysokiego napięcia (2020), Mimo Boga (2022). Mieszka w Mikołowie.
- Mariusz Sambor – trzy wiersze
DJ Vance Największa góra lodowa świata utyka u wybrzeży Georgii dwadzieścia jeden stopni w marcu larum na świecie biją kotlety piętro wyżej typ z falującą fryzurą i jego przydupas tak nie powinno się mówić o głowach państwa a to właśnie niedziela ślady tajemniczych sygnałów z kosmosu w eterze co dwie godziny docierają do Ziemi ach to stąd nietypowe oddziaływania gdy biały karzeł i czerwony karzeł znajdują się tak blisko za blisko żeby były dobrze rozbite proszę państwa co we mnie czasami nie wiem co we mnie wstępuje Du bist schön wie ein Diamant część pierwsza — porozumiewamy się jak pismem obrazkowym oczywiście wiem tak nam się wydaje cześć druga — próbujemy piękna dziewczyna w kaszkiecie / podziwiam prezentuje swoje stylowe stroje a ja myślę / czy już czas niezasłużone nienależne niezasłużone nienależne myślę o serniku i pudle pełnym sałatki obdarowany w nie moje święta i chyba wolałbym być tapirem nie nie fakirem dorosłym tapirem ci wytrawni pływacy wykorzystują elastyczne nosy jak naturalne rurki do nurkowania chciałbym być dorosłym tapirem mieć na wszystkie przytopienia wyjebane Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021), zbioru krótkich form Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022), epistemologicznego komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W marcu 2025 roku ukazał się jego tom poetycki Rzeka / Taniec (2025). Mieszka w Krakowie.
- Marcin Mielcarek – Wino, klasyka i chuć
Maria zwykle zaczynała słuchać radia, kiedy za oknem robiło się już ciemno. Zasiadała w welurowym fotelu z kieliszkiem białego wina w dłoni i zatapiała się w muzyce koncertów symfonicznych. Zamykała oczy i pozwalała sobie odpłynąć, odciąć się nie tylko od zewnętrznych bodźców, a także własnego ciała, nawet myśli. Nie czuła się samotna, to znaczy przyzwyczaiła się do tego, że jest na ogół sama, a przykre uczucie z tym związane, było w niej głęboko uśpione. Nie miała bliższych znajomości, prawdziwych przyjaciół. Tylko kilka koleżanek, które rzadko składały jej życzenia w urodziny. Maria miała czterdzieści dwa lata, a jej mąż zmarł przed pięcioma. Nie musiała pracować, ponieważ zostawił jej całkiem pokaźny spadek, prowadził kancelarię adwokacką, poza tym był ubezpieczony i miał nosa do inwestycji na giełdzie, dzięki czemu Maria zapewniony miała stały dochód. Mieszkanie miała na własność, większość wydatków szło na wino, książki i kwiaty. Lubiła kwiaty. Lubiła patrzeć jak rozkwitają i jak więdną. Od jakiegoś czasu jednak potrzebowała mężczyzny. Chodziło o kwestie czysto seksualne, nie rozumiała tego, po prostu któregoś dnia ogarnęło ją pożądanie i dotychczasowe sposoby, którymi sobie radziła nie wystarczyły. Długo zastanawiała się czy to odpowiednie. Z początku chciała poznać kogoś w swoim wieku, ale uznała, że może skoro i tak robi już coś szalonego, to powinna dać się ponieść. Postanowiła spotkać się z kimś dużo młodszym, pełnym energii, wigoru. Nie miała w planach relacji długotrwałej, raczej chciała przeżyć krótką przygodę, jedną, może dwie. Oczywiście nie miała żadnego doświadczenia w tego typu sprawach, nie miała pojęcia jak w ogóle zacząć poszukiwania. Swojego męża poznała naście lat temu, na studiach, w czasach kiedy wszystko było prostsze i prawdziwsze. Poczytała trochę w sieci, wahając się czy to na pewno dobry pomysł, to znaczy czy da się dzisiaj poznać bezpiecznie mężczyznę. O płaceniu jakiemuś żigolakowi nie było nawet mowy. Biła się z myślami, zastanawiała czy jej wypada – wdowie, która w całym swoim życiu miała tylko dwóch kochanków. Postanowiła wybrać się na początek do baru, uznała, że może tam spotka kogoś ciekawego i chociaż w to nie wierzyła dała szansę stereotypom. Ubrała się w taki sposób, żeby wyglądać na młodszą, a na pewno bardziej wyluzowaną. Włożyła błękitne jeansy z rozdarciami, koszulkę rockowego zespołu, czarną marynarkę i wzuła trampki. Dawno nie chodziła trampkach. Mimo swojego wieku wciąż posiadała figurę – przytyło jej się w kilku miejscach, ale nieznacznie, właściwie jej ciało nabrało przez lata krągłości tam gdzie powinno. Jej twarz wciąż była gładka i zdrowa – zmarszczki jeszcze nie zaczęły brać szturmem jej skóry. Wyprostowała włosy, pomalowała się, użyła czerwonej szminki i wyszła na miasto. Bar do którego weszła miał dobre opinie, ale i tak mrok mieszał się tutaj z szarością papierosowego dymu, z neonowym światłem szyldów za barem i ciepłą łuną bijącą z żarówek. Ludzie przychodzili i wybywali, a ona siedziała przy barze, pijąc niewiele i rozglądając się swoimi ciemnymi, błyszczącymi oczyma. Mężczyźni spoglądali na nią zaciekawieni, ale tylko jeden postanowił postawić jej piwo. Nie był w ogóle ciekawy. Wysoki, fakt, ale utyty, garbiący się, z tłustą cerą i tłustymi włosami. Musiał być niewiele młodszy od niej. Rozmowa wcale im się nie kleiła, właściwie Maria nie miała ochoty z nim gadać. – Oglądałaś Gwiezdne Wojny ? – zapytał. Pachniał piwem, cebulowymi chipsami, kwaśnym potem i tanią wodą toaletową. – Tylko trochę – odparła. – Ja jestem wielkim fanem. A Gwiezdne Wrota ? – Nie znam. – To może Obcy ? Któraś z części? Terminator ? – Niestety nie. Zmyła się z tego baru bardzo, bardzo szybko. Mijały kolejne dni, ale chuć, która w niej nagle zapłonęła, wcale nie miała zamiaru samoistnie zgasnąć. Wciąż nie pomagało to, co zwykle robiła sobie sama. Palce, słuchawka w wannie. Nie była przekonana do gadżetów, które tak szeroko reklamowały feministyczne środowiska, więc ich nie spróbowała. Potrzebowała mężczyzny. Po prostu. W końcu postanowiła się z jednym umówić. Weszła na jakiś popularny portal i zaczęła rozmawiać z różnymi facetami. Byli ohydni, okropni. W większości. Mówili o tych sprawach jakby wyrwali się z rynsztoka. Opowiadali co chcą jej zrobić i to tylko napawało ją strachem. Szybko zablokowała kilku użytkowników, przede wszystkim tych, którzy bez ogródek wysłali jej swoje nagie zdjęcia na zachętę. Następne dni upłynęły jej na poszukiwaniach. Trafiła po czasie na kogoś. Młody, fizycznie wydawał się interesujący, miał w sobie energię i epatował siłą. Nie był typem intelektualisty, ale pomyślała, że może taki mężczyzna z krwi i kości da jej to, czego potrzebowała. Uznała, że może dać mu szansę. Na początek chciała umówić się z nim na neutralnym gruncie, właściwie poznać go w realu, zanim przejdą do następnego kroku. Uparł się jednak, że po nią przyjedzie – błędnie uznała ten fakt za przejaw dobrego wychowania. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie było to zbyt rozsądne z jej strony – to, że podała mu swój adres. Tego dnia pojawił się na pół godziny przed umówionym czasem. Wahała się, ale koniec końców nie miała wyjścia jak tylko go wpuścić. Nie chciała wyjść na niegrzeczną. Czuła się zakłopotana, bo właściwie dopiero zaczęła się szykować. Była ubrana po domowemu – niezbyt elegancko. Włosy związane ciasno na głowie. Brak makijażu. Otworzyła mu, a on wpadł do środka jakby znali się od lat. Na dzień dobry objął ją i spróbował pocałować. Odepchnęła go lekko. – Co jest słoneczko? – zapytał. – Myślałem, że na mnie lecisz. Oczywiście widziała jego zdjęcia wcześniej – ona wysłała mu tylko jedno, jakieś z wakacji, w dużym kapeluszu – ale nie oddawały one tego jak wyglądał w rzeczywistości. – Na zdjęciach wyglądałeś trochę inaczej – powiedziała słabo. – A co? Nie podobają ci się moje dziary? – zapytał, prężąc prawy biceps. – Nie wiem. – Hej, hej, ty też wyglądasz inaczej. To znaczy nie myślałem, że będziesz taką sunią. – Sunią? – No, przepraszam za to, co zaraz powiem, ale nie mogę się opanować. Nie sądziłem, że będziesz takim ostrym towarem. Właściwie nie byłem pewien tego spotkania, bo myślę sobie, że kolejna znudzona mamuśka szuka młodego bolca, ale teraz widzę, że warto było do ciebie przyjechać. – Warto? – No masz niezłe ciałko, apetyczny tyłeczek. Nie mogę się doczekać, aż go wypieszczę. Jego słowa ją zamurowały. Nie była gotowa na taką rozmowę. Kiedy ze sobą pisali, nawet przez telefon, wydawał się bardziej szarmancki, prosty, ale szczery. Rozmawiali w kuchni, bo była w trakcie wyciągania talerzy i sztućców ze zmywarki. – Możesz mi pomóc? – spytała niepewnie. – Ale, że co? – Ze zmywarką. Pomożesz mi powyciągać naczynia? – Żartujesz sobie? Słuchaj, to jakiś rodzaj gry wstępnej? Grasz teraz napaloną kurę domową? Westchnęła i dokończyła sama, oznajmiając mu, że musi się jeszcze przygotować na wyjście. On siedział na krześle, z szeroko rozstawionymi nogami. Wpatrywał się w nią, pochłaniał ją wzrokiem i wcale jej się to nie podobało. Czuła się niekomfortowo, właściwie żałowała, że zgodziła się z nim wyjść. Chciała go wyrzucić, ale obawiała się jego reakcji. Wyglądał na groźnego. Przecież kompletnie go nie znała. Co też przyszło jej do głowy, aby zapraszać go do środka? – Ładne masz mieszkanko – powiedział. – Sporo warte, co? – Myślę, że tak – odparła zmieszana. Wydawało jej się, że podrapał się w kroku, kiedy tylko odwróciła na moment głowę. – Słuchaj mała, wcale nie musimy nigdzie wychodzić – oznajmił, wstając. – Możemy zostać tutaj i dobrze się zabawić. Jak dla mnie nie musisz się malować ani stroić. Przecież i tak zaraz cię rozbiorę, nie? Jak chcesz to mogę ci najpierw wylizać, żebyś się rozluźniła. Zwykle tak nie zaczynam, zwykle to daje wam pole do popisu, ale dla ciebie mogę zrobić wyjątek. No to co powiesz? Zbliżył się do niej i spróbował ją objąć. W przypływie paniki zapytała go czy ma przy sobie badania, o którego go prosiła. Wyczytała w necie, że to podstawowy punkt takich przelotnych spotkań. – Słońce, pojedziemy w gumie i będzie bezpiecznie – zaśmiał się, starając się ja pocałować. – Nic się nie bój. – Wyjdź – powiedziała słabo. – A co to? Lubisz grać niedostępną? – Wyjdź mówię. – No dalej, suczko... – Nie żartuję. Złapał za jej rękę. – Wyjdź! Facet cofnął się, popatrzył na nią, potem parsknął, odwrócił i wyszedł, trzaskając drzwiami. Maria długo siedziała w kuchni, na podłodze. Mimo, że do niczego nie doszło, czuła się zbrukana. Sądziła, że ta przygoda wyleczy ją z chęci obcowania z jakimkolwiek mężczyzną. Myliła się. Przez następny miesiąc z mniejszą lub większą intensywnością szukała partnera. Bogatsza o ostatnie doświadczenie, wiedziała już co powinna zrobić. Kilku kandydatów odrzuciła po pierwszej randce na mieście. Tamten neandertalczyk wydzwaniał do niej co jakiś czas. Nie odbierała oczywiście. W końcu umówiła się z młodszym o piętnaście lat blondynem o imieniu Łukasz. Zaintrygował ją swoim sposobem bycia. Nie wydawał się napalony jak większość, posługiwał się nienaganną polszczyzną, na zdjęciach prezentował się dobrze, ale skromnie. Właściwie odnosiła wrażenie, że jest trochę obojętny na całe to spotkanie. Pracował jako dziennikarz, podobno pisał reportaż o ludziach zatrudnianych na czarno. Chciał wydać to z jakimś poważnym wydawcą. Znał się trochę na muzyce klasycznej, pił tylko dla towarzystwa. Uprawiał też sport, głównie pływał. Zanim spotkali się po raz pierwszy uznała, że może coś z tego być. Miała przeczucie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w kawiarni, całkiem niedaleko jej mieszkania. Przyniósł jej kwiaty i sprzedał kilka komplementów. Wydawał się lekko denerwować, ale wrażenie to z czasem zniknęło. Rozmawiali głównie o literaturze, oboje mieli na ten temat szersze pojęcie. – Dlaczego jesteś sam? – zapytała, od dłuższego czasu się nad tym zastanawiając. – O ile to nie jest zbyt intymne pytanie i mogę o to zapytać. – Jeszcze pół roku temu byłem zaręczony – odparł. – Co się stało? Zdradziłeś ją? – Nie, to nie to. – Powiesz mi? – Po prostu ludzie się zmieniają. To wszystko. Rozstaliśmy się w zgodzie. – I teraz postanowiłeś umawiać się z przypadkowymi kobietami? – To nie tak jak myślisz. – A jak? Westchnął, a potem się lekko uśmiechnął. Podobał jej się ten uśmiech. Był szczery. – Chciałbym po prostu przeżyć romans z dojrzałą kobietą – oznajmił. – Masz na myśli starszą – poprawiła go. – Nie wydajesz się starsza ode mnie. – Ale jestem. – Wiek to tylko liczba. – Banał. Wszystkim to mówisz, tak? – Przecież pisałem ci, że jesteś pierwszą kobietą, z którą się w ten sposób spotykam. – Mam ci w to uwierzyć? – Nie musisz mi w nic wierzyć. Co zdziwiło ją najbardziej nie nalegał po spotkaniu na to, aby pojechali do niego albo do niej. Właściwie nie zająknął się o tym ani słowem. Zapytał natomiast czy może zaprosić ją któregoś wieczora do restauracji. Wydawał się nigdzie nie spieszyć. Zgodziła się z nim wyjść w sobotę. Lokal wybrał on. Ubrała się ładnie, pomalowała, wciągnęła na siebie prostą sukienkę sięgającą do kolan, wzuła buty na wysokim obcasie i dobrała biżuterię. Wybrała też bieliznę, koronkową, chociaż podświadomie czuła, że dzisiaj i tak do niczego nie dojdzie. – Nosisz obrączkę – stwierdził, podczas gdy czekali na zamówienie. – Mogę zapytać o twojego męża? – Możesz. – Pytam więc. – Jestem wdową. Tak w skrócie. – Bardzo mi przykro. – Już dawno nie noszę żałoby. – To dziwne. – Co jest dziwne? – Wiesz, że to bez sensu, ale gdybym ja był twoim zmarłym mężem nie chciałbym abyś się z kimś spotykała. – Naprawdę? – Tak. Jestem z natury zazdrosny. Zanim postanowiła zaprosić go do siebie, spotkali się jeszcze kilka razy. Nie potrafiła inaczej, zrozumiała to przy trzecim spotkaniu. Chociaż potrzebowała mężczyzny, nie potrafiła oddać się pierwszemu lepszemu. Zaczynała się zastanawiać o jaki rodzaj bliskości jej tak naprawdę chodziło. Udawali się w przeróżne miejsca. Spacery wieczorami po promenadzie czy parku. W końcu, po wizycie w kinie, zaprosiła go do siebie. Od wejścia pochwalił wystrój jej mieszkania. – Napijesz się wina? – zapytała, włączając muzykę z radia. – Chętnie. Poszła do kuchni, a on wszedł za nią. Otworzyła szafkę w poszukiwaniu czystych kieliszków, ale wszystkie znajdowały się w zmywarce. Zaczęła wykładać naczynia ze środka. Podszedł i bez słowa jej pomógł. Siedzieli w salonie, słuchając klasyki i prowadząc ożywioną dyskusję. Ona siedziała w swoim fotelu, on z brzegu kanapy. Jej pięta opierała się na jego udzie. Masował jej stopę, okrytą czarnym materiałem nylonu. – Teraz druga – powiedział, a ona zmieniła nogę. Podobało jej się to jak ją masuje. – Zgadniesz co to leci? – spytała, kiedy w radiu zagrał Fanelli'ego. – Nie jestem aż takim ekspertem – zaśmiał się. – W takim razie będziesz musiał sobie to samemu znaleźć. Napiła się wina i pomachała stopą, kiedy on ją łaskotał. Musiała przyznać, że od dawien dawna nie czuła się w ten sposób. To znaczy nie czuła się samotna. – Chcesz to dzisiaj zrobić? – wypaliła nagle, dziwiąc się swojej bezpośredniości. – Chyba to ja powinienem o to zapytać – odparł spokojnie. – Chcę – wypowiedziała niczym wyznanie wiary. – W takim razie zrobimy to. Przypatrywała mu się chwilę i dopiero teraz dostrzegła w nim coś podobnego, coś co posiadał jej mąż. Ten błysk w oczach. – Myślałeś o tym? – Zadała pytanie. – Myślę o tym przez cały czas. – Od jak dawna? – Od pierwszego spotkania. – To dlaczego nic nie mówiłeś? – Czekałem na ciebie. Już wcześniej dawali upust czułości, ale były to małe, niewinne całusy. I nigdy w usta. Nagle zapragnęła, aby ją pocałował. Powiedziała mu o tym. Zbliżył się do niej i spełnił jej prośbę. To był długi, namiętny pocałunek. Jego usta były przyjemnie ciepłe, smakował winem, które lubiła. – Mario czeka nas teraz najmniej romantyczna część wieczoru – oznajmił, kiedy oderwali się od siebie. – Tutaj jest wszystko. Tak jak prosiłaś. Nawet nie spojrzała na badania, które ze sobą przyniósł. Nie miało to dla niej znaczenia. Pragnęła go teraz, już. Kiedy do niej dopadł, niechcący strąciła lampkę wina. Wino rozlało się, wsiąknęło w dywan. Nie przejęli się tym. Całował jej usta, jej szyję. Całował jej piersi. Robił to powoli, zupełnie jakby modlił się do bogini, którą teraz dla niego była. Pozwalała mu na pieszczoty, łaknęła ich niczym spragniony człowiek wody. Uklęknął przed nią i ściągnął z niej rajstopy, ściągnął bieliznę. Łaskotał ją nosem i zarostem, chłonął jej zapach, a kiedy poczuła między nogami dotyk jego gorących warg, jęknęła w ekstazie. Jego język był zwinny i precyzyjny. Potrafił zadowolić kobietę. Szybko zaczęła szczytować. Potem w nią wszedł, objęła jego biodra nogami, przyjęła czule i robili to długo i powoli. Całowała go, pieściła wargami. Oddała mu się. Pozwoliła, aby w niej skończył. Spotykali się jeszcze przez dwa tygodnie, kochając wieczorami w jej łóżku, potem leżąc i rozmawiając, słuchając symfonii i znów się kochając. Lubiła z nim rozmawiać, kiedy w niej był. Po prostu tkwił w niej, leżeli spleceni i rozmawiali – podobnie jak kiedyś z mężem. Kiedy Maria uznała w końcu, że zaspokoiła swój głód, powiedziała mu o tym. Któregoś ranka doszła do wniosku, że powinna wyhamować. Nie miała zamiaru przypadkiem zakochać się w Łukaszu. To byłby błąd. Jej potrzeba mężczyzny została na jakiś czas zaspokojona i tylko to się liczyło. On przyjął to na spokojnie. Obojętność, która tak ją zafascynowała, teraz lekko wprawiała w irytację. Właściwie sama nie wiedziała czego oczekuje. Rozmawiali ze sobą, robili to najpierw często, coraz rzadziej, ich relacja wyraźnie słabła. Potem były już tylko rozmowy telefoniczne. Esemesy. Z każdym kolejnym dniem oddalali się od siebie. Ostatnią wiadomością, którą od niego otrzymała było to, że skończył pisać reportaż. Po dwóch miesiącach Maria, siedząc wieczorem w swoim welurowym fotelu z lampką wina, znów zapałała żądzą. Nie rozumiała mechanizmu, który nią powodował. Brało ją to nagle, znienacka. Chwilę nad tym myślała i postanowiła wybrać numer do Łukasza. Odebrał za drugim razem. – Mam ochotę się z tobą spotkać – powiedziała na powitanie. – Naprawdę? – spytał, lekko zaskoczonym tonem. – Tak. Jestem cholernie rozpalona. – Mario... W tle usłyszała kobiecy chichot, a przynajmniej tak jej się wydawało. Zignorowała to jednak. – Stęskniłam się za tobą, wiesz? – oznajmiła szeptem. – Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy? – Trzy tygodnie temu? Może cztery. Ale właściwie co to ma do rzeczy? – Posłuchaj, Mario... – Słucham. – Zszedłem się z moją narzeczoną. – Przecież mówiłeś, że jej nie kochasz. Pamiętasz, mówiłeś tak, kiedy leżałeś obok mnie. Nagi. Spełniony. – Wiem, że tak mówiłem. – Mówiłeś, że do niej nie wrócisz. Że nigdy do niej nie wrócisz. – Wróciłem. – Kochasz ją? – Mario... – Proste pytanie. Kochasz ją czy nie? – Kocham. Maria chwilę milczała, a potem rozłączyła się. Ze złością rzuciła telefonem, który przeleciał przez cały pokój. Spróbowała zająć się sobą tak jak dotychczas, ale nie potrafiła. Wypiła całą butelkę wina, do dna, nigdy wcześniej tego nie zrobiła. Upiła się, w głowie tańczyły dziwne, niebezpieczne myśli. Poddała się im. W końcu podniosła się z fotela, wzięła do ręki telefon i wybrała numer, który jeszcze kilka dni temu próbował się do niej dodzwonić. Cierpliwi posiądą ziemię, pomyślała. Odebrał niemal od razu. A potem pojawił się w przeciągu pół godziny. Otworzyła mu drzwi. – Słoneczko, w co ty pogrywasz? – zapytał. – Nie odzywasz się szmat czasu, a teraz nagle chcesz, żebym się tobą zajął? Wyglądał trochę gorzej niż wcześniej, gorzej pachniał, gorzej mówił. Miał za to więcej tatuaży, a na pewno nowy pojawił się na szyi. Błękitne oczy wydawały się przekrwione. Ogolony niemal na zero. Na głowie miał wyraźny szew. Był typem faceta, z którym w przeszłości nigdy nie poszłaby do łóżka. Neandertalczykiem. Nie mieszającym się w zdrowych warunkach z Homo Sapiens. Zdrowe warunki jednak rozpierzchły się w pył w czasach popkultury. – W nic nie pogrywam – powiedziała, wpuszczając go do środka. Objął ją i pocałował. Wyczuła zapach papierosów i smak przetrawionego alkoholu. Zemdliło ją, ale pozwoliła mu na to. Na to, aby ją całował. – Zajmę się tobą porządnie, suczko – wyszeptał jej do ucha. – Zobaczysz, że nie będziesz potrafiła się ode mnie odkleić. Jestem jak lep na muchy, wszystkie mi to mówią, poważnie. Raz spróbujesz mojego towaru, a nie będziesz chciała niczego innego. Jego dłonie ścisnęły brutalnie jej pośladki, poczuła ból, ale na to też mu pozwoliła. Miał wielkie, silne, szorstkie dłonie. Zwolnił w końcu uścisk i poklepał ją niczym klacz. Już czuła się zbrukana. Było jednak za późno, aby się wycofać. Złapała w końcu za jego rękę i poprowadziła go do sypialni. Chciała mieć to już za sobą. Marcin Mielcarek (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Debiutował w "Twórczości" opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki . Publikuje w wielu ogólnopolskich czasopismach. Wydał ponadto zbiór opowiadań Parada myśli nocnych oraz dwie powieści Sztuka latania i Skoczek . Mieszka w Zielonej Górze.
- Radek Wiśniewski – Bany Ukraińskie (19)
Dzień 100. Tutaj, na zafronciu Co to jest sto dni? To jest o 37 dni więcej niż dni 63. I o 64 dni więcej niż 36 dni. W sto dni podniósł się i upadł Napoleon w 1815 roku. Na przykład. Sto dni to są trzy miesiące z hakiem. Kiedy się zaczęło, niektórzy byli na nartach w górach, teraz planują letnie wycieczki. Nic w tym zdrożnego. Tutaj, na zafronciu, najważniejsze jest mierzyć siły na długi dystans, nie podpalać się zanadto, żeby zaś za szybko nie zagasnąć. Mieć siłę na to minimum. Jakiś jeden gest, ruch, działanie - dzień w dzień. Tak buduje się wytrwałość. Jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden krok. Kiedy mówił mi ojciec w górach, kiedy byłem małym chłopcem - Jak masz kłopot, kiedy patrzysz w górę na miejsce gdzie masz być, to o tym nie myśl, skup się na kolejnym kroku i tylko na tym kroku, żeby go zrobić. Wczoraj wieczorem zaparkowałem pod domem samochód pełen kartonów. Sama poezja. Serio. Tym się zajmuję po godzinach. Literatura. Nie wypakowywałem tych kartonów do domu, bo ledwo odgruzowałem garaż, uporządkowałem kwestię egzemplarzy autorskich (żeby mieć coś zawsze pod ręką), a to, co w bagażniku wiózł osiołek-ford, jęcząc amortyzatorami na każdym garbie spowalniającym - to wysyłki dzisiaj, jutro, w poniedziałek w różne miejsca. No i stanąłem na rogu naszej ulicy polnej, dziurawej, której od dziesięciu lat nie daje się zamienić w zwykłą, równą, chociażby i nadal polną. Zamykam samochód, zarzucam magiczny plecaczek na plecy i widzę somsiad w ogrodzie kwiatki podlewa, no to macham mu ręką: - Cze! - Czołem Radziu! Będę wiedział to dam znać – rzuca somsiad nie przerywając podlewania kwiatków. - ale ma być taki na hełm? - No, monokular, albo binokular... - Jasne, dam znaka - A wiesz, jakby co, to z taką przeciwwagą na tył głowy, bo to dla kozaka co prowadzi samochody tą drogą z Bachmutu do tam gdzieś, gdzie ty wiesz a ja nie muszę mówić... - Ooooo - podniósł brwi somsiad, podniósł wzrok znad rabatek a ja oparłem się o płot. - Z Bachmutu, mówisz, do... - No. Tam. To sobie reflektorami nie poświeci. - No, albo poświeci ale tylko raz... - No, właśnie, to miłego podlewania. - Cześć, dam znać dzisiaj albo jutro, dużo pytań, wiesz. - Jasne, jasne. I rozchodzimy się - ja do domu, a on podlać resztę kwiatków za rogiem domu. Kot prowadzi mnie z dumą do drzwi, bo wreszcie będzie ten moment kiedy stado w komplecie, dobry moment, także dla kota. Sto dni temu nikt by nie pomyślał, że sobie tak z somsiadem będziemy w czerwcowym zmierzchu gaworzyć o goglach noktowizyjnych ze spokojem człowieka wracającego z pracy i człowieka podlewającego kwiatki. Z pełną świadomością o czym mówimy i że to nie są żarty, chociaż brzmi, wygląda to wszystko jak scena z filmu z lekkim odcieniem surrealizmu. Ale to nie jest film. Jakiś kozak czeka na te gogle. I my je skołujemy. Bo dla nas pogwarka wieczorna, dla kozaka - życie albo śmierć, albo kalectwo. Nawet nie próbuję policzyć tych wszystkich współudziałów, bo jak to policzyć? Tu trzeba było kogoś z kimś poznać, tam podać dalej informację, numer telefonu, odebrać towar, podpisać papier, albo napisać papier, albo wydobyć papier, wysłać skan, ponegocjować z dostawcą, powtórzyć osiemsetny raz w post scriptum do postu, że trwa zbiórka. Albo zagadać do somsiada. Bo często niepotrzebny ci cały świat, dobry sąsiad wystarczy. Somsiad się zresztą czasem śmieje, że tak to się umawialiśmy na flaszkę trzy lata, w zasadzie czwarty rok leci, a tutaj proszę, wojna wybuchła i przegadaliśmy rzeczowo już kilka godzin, nawet kotem się zajmowaliśmy somsiada, jak somsiad wyjechał. Więcej tej bliskości niż przez te ostatnie kilka lat. Albo to, wydawca niszowej poezji, niszowy krytyk literacki, muzyk-amator, psycholog z wykształcenia, sprzedawca anten z zawodu badający cechy celowników kolimatorowych, rozkminiający co to jest MOA w opisie tychże, przerabiający w przyspieszonym tempie standardy odporności kamizelek kuloodpornych, typów mocowania celowników do broni, uczący w lot innych na czym polega różnica między termo-, a noktowizją, i jeszcze czym się różni w opisie urządzenia detekcja a rozpoznanie. Nie to, że jest śmiesznie, bo nie jest. Jest raczej absurdalne. Bywa, że w taki wieczór staniemy omawiając, a to hełm, a to termowizor a somsiadowi się wyrwie: - Kurwa Radziu, kto by pomyślał, że tak rok temu powiedzmy, takie rozmowy będziemy prowadzić? Co będzie za rok, powiedz? Była pandemia, są rządy głupków, trwa wojna, co jeszcze? - Może nic? Siekną w dwie strony atomówkami i w surwiwal będziemy się bawili, jakby co pamiętaj, zawsze Ciebie lubiłem. I śmiejemy się, chociaż to taki śmiech kolesi, którym się nie chce śmiać. W domach za nami kolekcje przedmiotów wrażliwych na ostrzał artyleryjski, po dwójce dzieci, żona szykująca kolację. Życie czasem naprawdę wygląda absurdalnie. Ściskam łapę, podążam za kotem, mijam brzózkę zasadzoną rok temu przed domem, żeby chłodziła trochę ściany, bo przecież jeszcze katastrofa klimatyczna za progiem i myślę o tym, że jeszcze niedawno Borys - dzisiaj z bronią w ręku w Lisiczańsku - też siedział w domu na wytchnieniowym i robił zdjęcia swoim kwiatkom, psom, zakwitłym krzewom, drzewom. Życie zatem, mimo wszystko życie. I życie ma swoje prawa i nie wolno ich odbierać życiu. Tymczasem tam walka trwa. Kolega z kanału „Gdzie zaczyna się wojsk” policzył dokładnie, a ja podaję skrótowo, że różne państwa - od Kanady i Australii po Polskę, Estonię, Słowację, Czechy dostarczyły Ukrainie m.in . ponad 270 czołgów rodziny T72, 435 bojowych wozów piechoty, głównie rodziny M113 (amerykańskie) i BWP-1. A do tego nie mniej niż 80 wozów minoodpronych różnych typów klasy MRAP. Tak takie wielkie wozy na wielki kołach, raczej jednak do patrolowania zagrożonych rejonów niż do ataku czy obrony. Do tego 75 lekkich wozów gąsienicowych rozpoznania typu Spartan, a w zasadzie tej rodziny bo tam kilka różnych typów wyspecjalizowanych było - te ostatnie wszystkie z UK. No i nie mniej niż 284 sztuki różnych systemów artyleryjskich. Tutaj oprócz amerykańskich M777 głównie słowackie, czeskie Dany, Zuzany, posowieckie Goździki i Grady od nas i oczywiście najnowsze "Kraby". To dla tych, którzy uważają, że zachód odmówił dostarczenia broni ciężkiej. Nie, nie odmówił. Nadal oczywiście w tym zestawieniu jest zawstydzająco mało sprzętu z Francji i Niemiec. Ileż to już były gadania? Szczególnie niemieckiego. A że wyślą "Leopardy 1", a to że zestawy p.lot "Gepard", a to, że zestawy p.lot IRIS-SL, ale potem się okazywało, że czołgi tak, ale w przyszłym roku, do "Gepardów" szwajcarski Oerlikon nie może sprzedać amunicji bo Szwajcaria ma neutralność wpisaną do konstytucji. No a IRIS-SL ma być ale w październiku. Do października więcej niż sto dni, losy się ważą. Zatem odnotujmy, że wśród tych setek jest 5 samobieżnych dział - bardzo dobrych Panzerhaubitze 2000 z Niemiec i 6 też dobrych samobieżnych haubic z Francji "Caesar". Na nie mniej 284 systemy artyleryjskie przekazane do tej pory. Wielka Francja i Wielkie Niemcy przekazały po 5 i 6 sztuk. Polska przekazała więcej "Krabów" 155mm niż Francja i Niemcy razem wzięte. Zapisuję. Nie wiem co robią w tym czasie zwłoki Napoleona Bonaparte, ale jakby podłączyć go do prądy to z tego jego obracania się w grobie pewnie można by zasilić kilka dzielnic Paryża. Ostatniej doby ukraińska arta zatopiła kolejne dwa kutry typu "raptor" w delcie Dniestru-Bohu. Palił się skład paliw w Witebsku na Białorusi, podobno ważny dla wysiłku zbrojnego Rosji, podobno przyczyną pożaru spięcie w starym czajniku. I pali się coś znowu w Moskwie – mówią, że od niedopałka. I w Bierdańsku coś wybuchło wczoraj, podobno przypadkowe zaprószenie ognia. A z kolei minister federacji mówi, że nie podają strat do wiadomości publicznej bo ich nie ponoszą, w ogóle, żadnych. Nie ma ciał, nie ma sprawy. Zapisuję. Acha, Nasze eks-polskie, sowieckiej konstrukcji, polskiej produkcji T-72 z polskim systemem łącznnści kierowania walką (oby) i czeskim pancerzem reaktywnym w ukraińskich rękach pojawiły się koło Bachmutu. Tego Bachmutu. Tam gdzie nasz kozak pruje nocami z zaopatrzeniem, może rannymi, dla którego musimy skołować noktowizor taki na hełm z somsiadem. Tak myślę kiedy naciskam klamkę i wchodzę do mojego domu, który jest ciągle cały, chociaż nie mogę się opędzić od myśli, że poddasze pełne książek tak dobrze by się paliło. Tak myślę o poranku, kiedy wychodzę do pracy, która cięgle jest, a z której witryna wychodzi na elektrociepłownię, która jakby co, byłaby pewnie jednym z pierwszych celów dla rakiet kierowanych, których zapasy wyczerpują się w Ukrainie. Dlatego siadam do komputera, piszę ten post i zaraz potem będę znowu dzwonił pisał, szukał tych gogli, kolimatorów, szyn, będę robił swoje, zwykły dzień szarego ogniwa czwartej cienkiej linii zaopatrywania. Zwykły dzień na zafronciu. Noc 101. Sen wojenny Jak to się stało, że w tym śnie znaleźliśmy się tylko we dwóch w Gruzji, nie mam pojęcia, sen tego nie wyjaśnia. Może coś się wydarzyło wcześniej, ale przecież to, co się pamięta ze snu to są strzępy tego, co naprawdę się we snach dzieje. I nikt nie wie dlaczego te akurat fragmenty się zachowuje, łączy z nimi w jakieś przeczucia, znaczenia. Zatem byliśmy we dwóch w marszrutce jadącej do Batumi. Chociaż dziwne, bo jechaliśmy skrajem piaszczystej plaży, a plaże Batumi są kamieniste. I jechaliśmy wyraźnie na północ tą plażą, bo morze mieliśmy po lewej, a nie po prawej, a przecież jadąc skrajem morza do Batumi, mielibyśmy je po prawej stronie. Chyba że jechalibyśmy z Turcji, ale wtedy nie jechalibyśmy gruzińską marszrutką. Miałem świadomość, że Małgosia i Wiktoria zostały w Lagodekhi, bezpieczne. Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że Lagodekhi było bezpieczne, skoro to zaraz nad granicą z Azerbejdżanem z jednej i niedaleko przez góry do granicy z Federacją. I dlaczego pomyślałem o bezpieczeństwie? Już wiem, bo zaraz prosto z tego morza w tumanie pyłu wodnego widzę – wyjeżdżają! Desant! Wyglądają trochę jak smokersi z "Waterworld", na skuterach w uniformach wojskowych, poobwieszani sprzętem, z oczami zasłoniętymi odblaskowymi okularami taktycznymi. Marszrutka pędzi plażą, a oni na tych skuterach prosto z wody wpadają z rozpędem na piach, gdzie już nie mogą jechać, ale wiadomo przecież, żen jak jeden czy dwa skutery dobrze wymierzą z rozpędu to uderzą w bok samochodu i zablokują nas, zatrzymają i co wtedy? No wiadomo, gdzieś gwiżdże kula, gdzieś słychać uderzenie pocisku w blachę, wszyscy chowają głowy między ramiona, chociaż to na nic bo w marszrutce jest jak zawsze tłok, jeden drugiemu siedzi na głowie, a facet pędzi jeszcze szybciej w stronę Batumi (chociaż jedzie na północ, a morze ma po lewej). Myślę, co za bezsens, przecież ci kolesie z giwerami na skuterach to odprysk większego działania. To część desantu na Batumi, część pełnej napaści na Gruzję. Po co ten gość gna do tego Batumi? Chyba tylko dlatego, że plaża nie daje możliwości ucieczki, więc jedyne co mu zostaje to gaz do dechy i liczyć na to, że żaden skuter nie da rady przeciąć nam drogi, że nigdzie plaża nie będzie tak wąska. Więc pędzi, pędzi coraz szybciej. Wreszcie centrum miasta, samochód staje koło wielkiego domu towarowego, kierowca każe wszystkim szybko wysiadać i się rozproszyć. Jeżeli tam widać było ruskich na plażach to zaraz będą tutaj. Nawet jeżeli jeszcze ich nie ma, to zaraz będą. Uciekać, kryć się, zakopać pod ziemię, wiadomo co oni robią z takimi jak my. Pytam się kolesia, co ja mam zrobić z dzieckiem, obaj mamy polskie paszporty, nie wiadomo czy to nie gorsze niż w ogóle nie mieć papierów, zwiozłeś mnie do centrum miasta, a ja tu nikogo nie znam, żona daleko w Kachetii. A on mówi - idź do granic miasta i za rogatkami łap stopa, może wam się uda, ale pamiętaj - unikaj ulic, podwórek, idź budynkami, korytarzami, piwnicami. Zobaczą, zadadzą dwa pytania i ubiją. No to ruszamy. Domy, blokowiska tak się nam układają, że rzeczywiście idziemy kilometrami przez jakieś korytarze i nie wychodzimy na zewnątrz. Co wyjrzę przez okno to miga mi hełm i trójkolorowa flaga na rękawie munduru. Trzymam syna mocno za rękę, nic nie mówimy. W jakimś momencie zaczynam widzieć postaci, które podążają za nami. Przypominają ludzi, a trochę upiory, nie są żołnierzami federacji. Idą za nami, krok w krok, patrzą wielkimi, podkrążonymi oczyma, szczerzą pożółkłe zęby. Ludzie, ale spotworniali. Są coraz bliżej, mimo że my prawie biegniemy a oni pełzną za nami. Już wyciągają swoje dziwnie, nienaturalnie długie ręce, a ja myślę gorączkowo, że nie mam ani noża, ani siekiery by te ręce wysunięte także po mojego chłopczyka jedną po drugiej odrąbać. I tak w przypływie złości, ale też chcąc chronić dziecko nagle odwracam się do tego tłumu dziwnych postaci, wyszczerzam swoje zęby i zaczynam warczeć, ale głośno, warkot na granicy ryku. Tamci zatrzymują się nagle jak wryci i jedna z postaci mówi: - Dobra, zostawcie go, to Ukrainiec. Tak jakby bycie Ukraińcem powodowało, że jest się ryzykownym łupem dla kogokolwiek. I jakby świadczyło o tym moje irracjonalne, a przez to zaskakujące zachowanie. Ma nóż, nie ma noża, widać, że będzie walczył, jak trzeba będzie gołymi rękami utłucze, własnymi zębami zagryzie. Nie podda się. Jak Ukrainiec. Więcej nic nie zapamiętałem. Opowiedziałem ten sen synowi i bardzo mu się podobało zwłaszcza ostatnie zdanie. I jak teraz wyjaśnić pani w przedszkolu dlaczego to pięciolatek, który niebawem stanie się sześciolatkiem wita swojego tatę z szelmowskim uśmiechem i okrzykiem: - Dobra, zostawcie go, to Ukrainiec! (mina pani bezcenna) Radek Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych. Od półtora roku publikuje tutaj kolejne odsłony relacji z wojny – Bany Ukraińskie .
- Roberto Bolaño – trzy wiersze (audio)
czyta Wojciech Masacz Romantyczne psy Miałem wtedy dwadzieścia lat i byłem szalony. Utraciłem kraj ale zdobyłem sen. A jako że miałem sen to reszta się nie liczyła. Ani praca ani modlitwa ani nauka o poranku pośród romantycznych psów. Sen żył w pustce mojego ducha. Pokój z drewna, zanurzony w ciemności, w jednym z płuc tropików. I czasami odwracałem się w głąb siebie i odwiedzałem mój sen: posąg uwieczniony w płynnych myślach, biały robak wijący się w miłości. Nieokiełznanej miłości. Sen śniony we śnie. I koszmar powiedział mi: dorośniesz. Pozostawisz za sobą obrazy bólu i labiryntu i zapomnisz. Ale dorastanie wtedy byłoby przestępstwem. Jestem tutaj, powiedziałem, z romantycznymi psami i tutaj mam zamiar pozostać. Duch Edny Lieberman Odwiedzają cię w najciemniejszej godzinie wszystkie twoje utracone miłości. Polna droga która prowadziła do domu wariatów znów się rozwija niczym oczy Edny Lieberman, jakby tylko jej oczy mogły wznieść się ponad miasta i błyszczeć. I znowu błyszczą dla ciebie oczy Edny za pierścieniem ognia który wcześniej był polną drogą, ścieżką którą kroczyłeś nocą, w tę i z powrotem, i jeszcze raz, szukając jej a może szukając swego cienia. I budzisz się w ciszy a oczy Edny tam są. Pomiędzy księżycem a pierścieniem ognia, czytając ulubionych poetów meksykańskich. a Gilberta Owena, czytałaś? mówią twoje usta bezdźwięcznie mówi twój oddech i twoja krew która krąży niczym światło na morskiej latarni. Ale to jej oczy są latarnią która przebija twą ciszę. Jej oczy niczym idealna książka geograficzna: mapy czystego koszmaru. A twoja krew rozświetla półki z książkami, krzesła z książkami, podłogę pełną stosów książek. Lecz oczy Edny szukają tylko ciebie. Jej oczy są książką najbardziej poszukiwaną. Zbyt późno to zrozumiałeś, ale to bez znaczenia. We śnie powracasz by uścisnąć jej dłonie, i o nic już nie pytasz. Godzilla w Meksyku Posłuchaj tego, mój synu: bomby spadały na miasto Meksyk ale nikt nie zauważył. Powietrze niosło truciznę ulicami i przez otwarte okna. Skończyłeś jeść i oglądałeś kreskówki w telewizji. Ja czytałem w pokoju obok gdy zrozumiałem, że czeka nas śmierć. Pomimo zawrotów głowy i nudności doczołgałem się do jadalni i znalazłem cię na podłodze. Przytuliliśmy się. Zapytałeś, co się dzieje a ja nie powiedziałem że jesteśmy w programie śmierci tylko że wybieramy się na wycieczkę jeszcze jedną, razem, i żebyś się nie bał. Kiedy odeszła, śmierć nawet nie zamknęła nam oczu. Czym jesteśmy?, zapytałeś tydzień czy rok później, mrówkami, pszczołami, złymi liczbami w wielkiej zgniłej zupie przypadku? Jesteśmy ludźmi, synu, prawie ptakami, bohaterami publicznie i w sekrecie. przełożył Adrian Krysiak Roberto Bolaño (1953–2003) – chilijski poeta i prozaik, jeden z najważniejszych południowoamerykańskich głosów swojego pokolenia. Po polsku ukazały się zarówno jego powieści Dzicy detektywi, 2666, Literatura faszystowska w obu Amerykach, Trzecia Rzesza , jak i zbiory opowiadań Rozmowy telefoniczne, Dziwki morderczynie .
- Marie Iljašenko – sześć wierszy
Zwierzęta przychodzą do miasta Przychodzimy do miast z płonącej krainy, z odwodnionych pól i całkiem bezpiecznych miejsc, prowadzone rozmaitymi zapachami i ciekawością, oszołomione dusznym miejskim powietrzem. Przeprowadzamy się na próbę, na stałe. Co będzie z naszą dzikością? Nie stawiamy tak tego pytania, bo czy dzikość nie jest ludzkim wymysłem? W odróżnieniu od głodu, ciepłych zimowisk, gościnnych świetlików i gzymsów. Przychodzimy z wylesionych miejsc, mamy swoje zwyczaje, ale umiemy je zmienić. Skracamy własne skrzydła, uczymy się głośniejszych piosenek. Nie chcemy, żebyście się nad nami rozpływali, wystarczy, że nie będziecie zastawiać pułapek. Nowożytna historia miast Pod każdym miastem leży inne miasto: miliony oczu, miliony łapek, podmokłe tunele, długie ogony, które latem klimatyzują, a przez resztę roku pomagają okazywać uczucia. Nowożytna historia miast jest też naszą historią: W 1722 roku osiedliłyśmy się w Dublinie, w 1730 roku w Londynie, Potem przyszły Praga i Wiedeń, Paryż i Madryt, rewolucja przemysłowa, która pędziła biednych do Ameryki pod podkładami parowców, a wreszcie: Nowy Jork, Nowy Jork! Kochamy wielkie miasta. Umiemy też być skromne, dlatego mieszkamy na sześciu kontynentach. Osiedliłyśmy większe terytorium niż człowiek. Ten powiedziałby „plaga”. Dlatego produkuje wyrafinowane trutki z tłuszczem utwardzanym i czekoladą, który rozpuszcza nam wnętrzności, a my potem gonimy za wodą, żeby ugasić ten pożar. Zajęłyśmy ziemię. Jemy wszystko, opiekujemy się swoimi rannymi i starymi, ze stresu wyczyniamy rzeczy straszne, ale nie gorsze niż człowiek. Przedłużyłyśmy życie ludzi, ale oni nie dali nam nawet imienia. Czekałyśmy na nie sto lat. Przyszło przez Węgry skądś znad Morza Czarnego. Rzekomo: mysz pontyjska. Kiedy usłyszałyśmy je po raz pierwszy, piszczałyśmy ze śmiechu i nie mogłyśmy przestać. Ludzie nas nie słyszeli, ponieważ słyszą bardzo ograniczoną skalę dźwięków. Życie bażanta Życie bażanta w środku wielkiego miasta: bardziej tajemniczy niż życie ludzkie? Czym się martwi bażant? Czy jego układ nerwowy rozpoznaje samotność, a może jego nerwy przypominają chochoły chwastów? Wygląda tak samotnie wśród budynków. Czy on też tęskni za powszedniością? Za nieznacznych drobnostkach, które można powtórzyć, ale nie można opisać powtórnie: pielęgnacja piór, pławienie się w plamach paprochów, miasto nieustannie nas z niej wyrywa. Widzę go z zawrotnej wysokości, perspektywa posłała ulicę obok do innej dzielnicy, łamie ją pałac wystaw, nieustawny jak Kaaba, szare pole inwersyjne przed nim jest puste jak nasze najbliższe dni. On też nie ma koloru, ale jednak go poznaję, być może po kolorze, a może po posturze: nóżki jak patyki mierzą działkę budowlaną, nie podejrzewając nawet, że działka, że budowlana, rusztowanie do prac na wysokościach leży kawałek dalej. On nie wie, co się szykuje, ale ja owszem. Bo obserwuję go z zawrotnej wysokości: w najbliższych tygodniach będzie żyć w cieniu, w najbliższych tygodniach będzie żyć z robotnikami, pod skrzydłami rusztowania systemowego Everest. Schowaj mnie pod swoje skrzydła Dziadkowi pomagała w umieraniu para bocianów, uwiła sobie gniazdo tuż u jego stóp. Między chrustem i gałązkami rosła odrobinka mchu, ptasi dom przerósł krawędź łóżka. Zasypiali razem o zmierzchu, razem się budzili, czekały na niego na monitorze bladym świtem. Przy pierwszym jajku tańczyły wzruszający taniec: kłapały dziobami i przyklękały w pogańskiej modlitwie. Gorliwie grzały lęg brzuchami, polowały na zmianę, nie znosiły burz, latały na wietrze długie trzydzieści dni. Między pierwszą dawką leków i popołudniową drzemką dziadek domagał się coraz silniejszych plastrów z morfiną. Bladł i się zmniejszał, a kiedy wylęgły się młode, miał drobne i przezroczyste dłonie, jakby spalone słońcem. Nie mógł już się sam wysikać, a wykarczowana upałem trawa przestała rodzić żaby, dawała tylko zaskrońce i węże. A on jadł bardzo niewiele i coraz bardziej skarżył się na bóle, z wielkiego człowieka została gromadka wełnianych koców. Kiedy ptaszęta nauczyły się latać, zrozumiał, że już nie wydobrzeje. Powiedział, że długo żył, kiedyś się to stać musi. Mech i gałązki nosiliśmy powoli z powrotem do lasu, w listopadzie bocian odniósł dziadka. Martwa natura z papużką falistą Osipowi Świętujemy moje pierwsze urodziny w obcym państwie w całkiem jeszcze pustym mieszkaniu. Chciałam potulną papużkę, ale zdaje się, że tu nie mieszkają. A jeśli nawet żyją, mówią obcym językiem. Wszystko pławi się w ciemności, bo jest grudzień. Stół zastępuje nam perski dywan, który jeszcze parę dni temu wisiał u prababci nad łóżkiem. Kryje w sobie słodki zapach dawnych dni i kulek z naftaliny. Poczęstunek składa się z kiełbasy szynkowej, sera i oliwek (już je zjedliśmy), bułek i dwóch cytrusów dla ozdoby. Rodzice piją szampana za moje zdrowie, ale ojciec jest ewidentnie nieobecny duchem. Inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Jakbym nagle znalazła się na starej holenderskiej martwej naturze, na której wszystko pławi się w ciemności. Od teraz trzeba będzie oszczędzać nawet przebłyski światła. Kawka w metrze To już pół roku, odkąd ratownicy wywabili z podziemi ptaka, który przeżył tam kilka tygodni. Przyjmował kanapki, drzemał na gzymsach, powoli zmieniał się z dziwadła w gwiazdę, a rozkład czerwonej linii metra miał już w małym palcu. Odleciał, a na stronie stacji ratunkowej pojawiło się zdanie, które wciąż chodzi mi po głowie: Mnie, kawki ze stacji Kobylisy, już tu nie ma. Najwięcej pytań wywołuje „nie ma“: jeśli definiuję się przez to, skąd jestem, co się stanie, kiedy opuszczę to miejsce? Przestanę być? Przestanę być sobą? A może odniosę swoją stację metra w sobie, w inne miejsca, na zawsze? Jak długo zostanę Irlandczykiem w Ameryce? Jak długo będę Turkiem w Berlinie? A czy to ma dziś jeszcze jakieś znaczenie? A jeszcze: w jakich okolicznościach mogę nazywać miejsce „tu”, będąc już gdzie indziej? Jak z „tu” robi się „tam”? Proces przemieszczania się jest bliższy czasowi czy przestrzeni? Gdzie jestem, skoro nie ma mnie w metrze? Pod niebem, w powietrzu, nad trakcją tramwajową? Ze stadem nad parkiem, nad rzeką. Jestem gdzieś indziej, jestem inaczej. Ratownicy poświęcili sprawie wiele dni, wykonali swoją pracę rzetelnie, nie chcieli nikogo urazić tym nierozważnym zdaniem. Kawki ze stacji Kobylisy już tu nie ma, ale zostało po niej tak wiele pytań. wiersze z tomu Zvířáta přichazejí do města przełożyła Zofia Bałdyga Marie Iljašenko (ur. 1983 w Kijowie) – czeska poetka o ukraińsko-czesko-polskich korzeniach. W dzieciństwie przeprowadziła się do Czech, gdzie później studiowała literaturoznawstwo porównawcze oraz studia wschodnioeuropejskie. Jej debiutancki tom Osip míří na jih (wyd. Host, 2015, w polskim przekładzie Zofii Bałdygi Osip podąża na południe , WBPiCAK, 2022) został nominowany do nagrody Magnesia Litera. Jej twórczość porusza wątki historyczne i kulturowe Europy Środkowo-Wschodniej. Poezja Marie Iljašenko została przetłumaczona na kilka języków. Autorka jest także felietonistką, redaktorką i tłumaczką, m.in . współczesnej poezji polskiej i ukraińskiej (Zajączkowska, Wolny-Hamkalo, Kruk, Kiva). Powyższe wiersze pochodzą z właśnie wydanego zbioru eko-urbanistycznego Zwierzęta przychodzą do miasta. www.marieiljasenko.com
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (18)
Dzień 91. O tym, że Rosja przegrywała nie raz Szybki przegląd spraw. Po pierwsze dalej się pali tu i tam, ale jakoś ciągle w rosji. Jedni mówią że Rosji to paliło się zawsze. A inni mówią, no tak, paliło się, ale machorką, a nie instytutami lotnictwa czy - ostatnio - cerkwiami. Na Łuku Donbasu niestety jest źle, kilka dni temu chwilowo się uspokoiło, ustabilizowało i od wczoraj popołudnia już nie punktowo, ale ze wszystkich stron naokoło Siewierodoniecka, Lisicziańska ruszyły orcze stada. I nie wygląda to dobrze. Bo jak idą i napierają ze wszystkich stron to ciężko zerwać kontakt bojowy i się wycofać. Zakładając, że ktoś chciałby się wycofać. A to dosyć niewielki obszar. U podstawy ten łuk, w zasadzie łuczek ma jakieś 25-30 kilometrów szerokości. Można powiedzieć, że w razie czego mała strata. Ale niezupełnie. Bo zagęszczenie wojska w tym miejscu jest spore, więc ten niewielki terytorialnie obszar może łatwo stać się pułapką dla kilkunastu tysięcy żołnierzy. Trochę jak Mariupol. A kolei strata wojska w tej ilości i w tym miejscu może uruchomić mechanizm domina albo inaczej "krótkiej kołdry". Nikt nie ma tyle wojska zazwyczaj, żeby w sposób ciągły obsadzić całą linię frontu, o ile w ogóle o liniach frontu, rozumianych tradycyjnie można tutaj mówić. To dlatego mowa jest o sztuce wojennej. Ta sztuka to umiejętność gospodarowania ograniczonymi aktywami, tak, żeby mimo wszystko osiągać globalną przewagę. To sztuka balansowania, manewrowania tak, żeby jednak mieć tam przewagę gdzie się chce, to sztuka znajdowania tego miejsca gdzie warto mieć przewagę. Schwerpunkt, jak to mówią. I wygląda na to, że strata w tym miejscu, nie terytorium, ale ludzi przede wszystkim, doświadczonego wojska - może mieć złe konsekwencje. Także moralne. Podobno też orkowie (bo tak powinno się odmieniać chyba orków - kto, co -orkowie) zbierają się do uderzenia na Zaporoże i Dnipro. Trzy batalionowe grupy bojowe. Niby niewiele, ale jeżeli tutaj w szczękach pod Siewierodnieckiem zniszczą dwie, trzy brygady, to może być ciężko gdzie indziej odeprzeć trzy grupy batalionowe. Tak to działa. I jakby bez względu na to, że te losy się ważą - wraca jak zaraźliwy intelektualny wirus myśl pana prezydenta Francji, żeby jednak negocjować pokój za ziemię. Oczywiście nie francuską ziemię, nie że pan Macron odda Rosji powiedzmy okręg Lille albo chociażby Gujanę Francuską. Co to - to nie. To Ukraina ma oddać część ziemi i ludzi, żeby mógł zapanować pokój. I wtedy Francja znowu będzie mogła pozwolić sprzedawać firmie Sagem i Thales na przykład sprzęt do rosyjskich czołgów, żeby znowu za kilka lat, kolejny prezydent Francji z zatroskaną miną mógł znowu... Zapędzam się? Może. Ale miłośnicy pokoju na zachodzie, począwszy od kluczącego jak zając wśród pogoni kanclerza Scholza, który robi co może, żeby jednak nie sprzedać Ukrainie nic pożytecznego, a na panu Macronie kończąc jakoś mają lekką rękę w oddawaniu ziem, na których nie żyją ich współobywatele. Ostatecznie to nie niemieckie dzieci na oczach matek gwałcą obcy żołnierze. Bo przecież opisy jakichś kompletnie odrealnionych zbrodni wciąż wypływają i są tak odrażające, że umysł broni się przed ich opisami mówiąc mi na ucho, nie to musi być jakaś propaganda, to nieprawda. Fejk krajm. Ale wiem, że owszem, bywało już w dziejach, że ktoś mówił uwierzcie w rzeczy nie do uwierzenia a ludzie mówili, to niemożliwe, naród o tak wielkiej kulturze, który wydał na świat tylu filozofów, muzyków, poetów, nie to niemożliwe, żeby reprezentanci takiej społeczności tak się zachowywali. A jednak tak było. Zatem zachód szuka pokoju wedle formuły - wasza krew, wasza ziemia - nasze dolary i euro, nasz święty spokój. Myślę, że tak zwany zachód trochę się boi i wierzy we własne lęki. Na przykład ten naczelny lęk, który jest wynikiem infekcji mentalnego wirusa wielorusa, który sprawia, że osobie zainfekowanej wydaje się jakoby Rosja nie mogła przegrać wojny. Ba! Takiej osobie zaczyna się wydawać, że wręcz nigdy Rosja żadnej wojny nie przegrała, z czego miała by mieć początek taka nauka, że Rosja nie przegrywa i graniczy z tym, z kim chce. Dla porządku zatem, zaznaczę tylko kilka przykładów, kiedy Rosja jednak zebrała wpierdol i została mniej lub bardziej upokorzona. Ze względu na to, że jestem delikatny i nie chcę razić niczyich uczuć nie napiszę o przegranych Rosji w czasach kiedy nie istniała. Zatem pominę wszystkie wojny wczesnego średniowiecza, tego późnego też, pominę też większość wojen szesnastego wieku, a i o siedemnastym pomilczę bo Moskwa już wtedy istniała, ale nie stanowiła jakiegoś bardzo ważnego państwa, chociaż już wtedy, jak każde państwo które się tylko broni, była wielka terytorialnie. Wojen toczyła sporo, losy były zmienne i na pewno nie była jeszcze wówczas mocarstwem. Także skupię się tylko na czasach nowożytnych, kiedy to odwieczna nasza moskwiczanka rzekomo tylko zwycięża. Acha. No to po kolei: – wojna z Napoleonem 1806-1807 roku z pokojem w Tylży. Oczywiście wynik całych wojen napoleońskich z wynikiem na plus dla Rosji, ale w czasie pokoju w Tylży nikt tego nie umiał przewidzieć, a fakty są takie, że Rosja postradała ileś tam armii i musiała ten pokój zawrzeć. - Wojna Krymska w latach 1853-56 z pokojem w Paryżu i powstanie w 1863 jako odległe skutki ciągnione. - Wojna z Japonią w latach 1904-1905 z pokojem w Portsmouth i rewolucja w kolejnych dwóch latach jako bonus. - I Wojna światowa 1914-1918 z pokojem w Brześciu i rewolucja oraz wojna domowa w kolejnych trzech latach jako bonus. - o przegranej wojnie z odradzającą się w ogniu walki II RP w latach 1919-1921 w sumie przez uprzejmość nie powinienem przypominać, ale - no fakt, przegrana. - Wojna Zimowa w latach 1939-40 uchodzi za zwycięską, ale dziwne to zwycięstwo, w ramach którego wielka armia czerwona nie podbija kraju, którego ludność była mniej liczna niż liczebność Armii Czerwonej - Wojna w Afganistanie w latach 1979-89 bez pokoju i rozpad ZSRR jako bonus. Oczywiście równie często, jak nie częściej Rosja wygrywała wojny, ale pogląd, że Rosja nie przegrywa wojen jest mocno przesadzony. Także i teraz, mimo nienajlepszych wieści z Łuku Donbaskiego może być różnie. Rozumiem że nie wszystkim może zależeć na tym, żeby było różnie, bo świat w którym Rosja wkracza w erę post- imperialną i trzeba dogadywać się z innymi narodami, które domagają sie poszanowania swojej podmiotowości, wrażliwości, doświadczenia historycznego, no cóż dla wielu zachodnich dyplomacji to byłoby trzęsienie ziemi i konieczność nauki, zamiast odruchu pouczania. No i to się francuskim i niemieckim dyplomatom rzeczywiście może nie podobać. Dzień 92. Zapisuję Zapisuję. Znajomy właśnie wrócił z drogi, zrobił 2500 kilometrów. Drugi - ciągle w drodze, bez snu, wykończony rozwozi to, na co udało się uzbierać. Trzeci wraca, po rozwiezieniu trzech busów z zaopatrzeniem. Sam przywiązany do swoich małych powinności tutaj - trochę podziwiam, trochę zazdroszczę, a trochę umacniam się w roli intendenta w czwartej linii. To też jakaś rola do odegrania. W ostatnich dniach było wiele sprzecznych informacji, albo informacji, które okazywały się inne po dni, dwóch. Powiadają, że ilość dostępnych do analizy źródeł informacji w porównaniu do lutego- marca spadła o 80%. Jest krwawy kurz na niewielkim wycinku frontu, gdzie postanowili się skupić wysłannicy władcy mordoru. Tam szukali przełomu. Przy takim nasyceniu terenu wojskiem rzeczywiście powoli parli naprzód, nie zważając na straty. Ale też bez szans przy takiej gęstości, żeby trafiała się możliwość zrobienia przypadkowego zdjęcia, filmu, nagrania. Trafiają się nadal, ale zdaje się że reżyserowane. Pozostaje analiza oficjalnych komunikatów a w tych obie strony kryją swoje straty, uwypuklają straty przeciwnika. Zatem zostaję przy tych informacjach, których można być bardziej pewnym. Nadal pali się w Rosji. I nadal pali się wieloma rzeczami. Na przykład fabrykami. Zapisuję. Na niewielkim obszarze kontrolowanego przez Ukrainę wybrzeża Morza Czarnego pojawiły się kolejne wyrzutnie przeciwokrętowych pocisków kierowanych, teraz są to AGM-84 Harpoon. Siły blokadowe muszą jeszcze bardziej sie odsunąć od wybrzeża. Ale transport morski nadal jest niemożliwy, bo nadal ta blokada istnieje i nie ma czym jej znieść. Znieść skutecznie blokadę poprzez eskortę statków handlowych może tylko marynarka wojenna, a tej Ukraina w zasadzie już nie ma. Tutaj naprawdę NATO lub NATO i ONZ mogłyby spróbować coś zrobić. I miały by dobry casus- prawie-belli - zagrożenie głodem w uboższych rejonach świata. Władek zaś powiedział, że okej on się zgodzi na eksport zboża z Ukrainy, jak świat zniesie sankcje na Rosję. Acha, po to żeby Władzio znowu mógł składać swoje zabaweczki ze stali i wrócić za jakiś czas do równania z ziemią kolejnych ukraińskich miast i żeby jego żołdactwo znowu mogło sobie postrzelać do cywilów. Skoro o zabawkach władzia siurkowicza mowa, na zdjęciach z Melitopola pojawiły się egzemplarze czołgów typu T-62, nie wiem której wersji. Wielu rozbawiło to, że takie rupiecie powyciągała trzecia armia świata do operacji specjalnej. Mnie to nie bawi. Trzecia armia świata nie liczy się ze zdrowiem i życiem swoich ludzi, bo uważa, całkiem słusznie, że ma ich więcej niż przeciwnik. Nie liczy się też ze stratami kiepskiego sprzętu bo ma go wiele. Chce zniszczenia przeciwnika, a nie negocjacji i to zniszczenia do spodu, do gołej ziemi, wynarodowienia, dewastacji. Ukraina ma być częścią Rosji albo ma jej nie być w ogóle. I w tym kontekście użycie jezdnych T-62 sprzed 50 lat wcale nie jest bez sensu. Czołg to czołg, jak wiele razy powtarzam. Ma wieżę ze stali, a w niej działo. Nie musi zaraz walczyć z równorzędnym przeciwnikiem, może ruszyć tam, gdzie tego przeciwnika nie ma, na lekką piechotę w polu, w otwartym stepie. Kamieniem go nie zniszczysz. Musisz użyć czegoś cięższego. Cennego Javelina, drogocennej Stugny. A tych starych T-62 można przecież użyć w formacjach mieszanych z nowszymi typami maszyn tylko po to, żeby rozproszyć siły i uważność przeciwnika. Utłuką sto, ale trzydzieści przejedzie. Używałem w postach kilka razy słowa "gęstość". To właśnie o to chodzi. Na rozległych frontach tej wojny tam gdzie uda się doprowadzić do odpowiedniej koncentracji przestaje się liczyć precyzja ognia artyleryjskiego, finezja manewru. Przewaga liczebna na niewielkim terenie wystarcza. Odpowiednio dużo luf strzelających na odpowiednio wąski skrawek terenu zawsze coś trafi, zniszczy, zabije. Dlatego nie śmieszą mnie zabytkowe T-62 bo są ich setki, jeżeli nie tysiące. Nie wiadomo ile sprawnych, czyli jezdnych, nawet nie muszą za bardzo strzelać. Muszą być. Odnotowuję dla potomności, albo siebie samego za rok czy dwa, że ostatnie dni mierzone były wyczekiwaniem na to co stanie się w kotle siewierodnieckim. Że ukraińskie wojsko kontratakowało pod Popasną, zmniejszając, krusząc trochę to ramię cęgów próbujące odciąć Siewierodnieck od południa. I kontrataki poszły też na tak zwany "występ Izjum" i też trochę ukruszyli tych cęgów wysuniętych od północy. Zapisuję, że ukraińska armia kontratakowała znowu na wysokości Charkowa i bodaj z największymi sukcesami na północ od Chersonia, na prawym brzegu Dniepru. Spodziewałem się, że jeżeli już uderzą to raczej na lewym brzegu, żeby przeciąć lądowy korytarz z Rostowa na Krym, zabrać te jedyną niepodważalną zdobycz władimira obrzydłowicza. Pewnie mieli dobry powód, żeby uderzać gdzie indziej. Zapisuję, że został zestrzelony na śmierć emerytowany generał major lotnictwa federacji kacapskiej. Ale nie wchodzi on do rozliczenia generałów federacji ubitych na wojnie. Kiedy leciał nie był już bowiem tym generałem co kiedyś. Podobno wcześniej po pijaku z kolegą chcieli się przelecieć Su-27 i go rozbili. Sąd wojskowy wydalił generała ze służby i orzekł drakońską karę finansową, więc generał zaciągnął się jako najemnik do służby w tzw. grupie Wagnera. Miał 62 lata, zginął pilotując Su-25, samolot szturmowy nad polem walki. Może nawet trafił go polski pocisk rakietowy "Piorun". Zapisuję po stronie zasług Polski, że bez rozgłosu do Ukrainy trafiły na pewno części do Migów 29, a podobno ktoś widział ukraińskie Migi w polskim kamuflażu, nie wiadomo czy dlatego, że tych części zamiennych było tak dużo, że złożyły się w samoloty czy to jakaś dezinformacja. Zapisuję też po tej stronie, że polskie T-72M1R dostały pancerze reaktywne, ale też, że trafiły tam samobieżne haubicoarmaty "Krab" w natowskim kalibrze 155mm. Oprócz tego że trafiły tam też francuskie samobieżne Ceasary, amerykańskie ciągnione M777 i natowskie FH70, ale też pojawiły się anonsowane wcześniej samobieżne M109 Palladin. I że Czesi przekazali też śmigłowce Mi-24. Jeszcze tylko dodam, że nie wiadomo ile tych samobieżnych haubic przekazała Francja, początkowo mówiło się że 12, potem że 10, potem że 7 a teraz że 4. Z dywizjonu zrobiła się bateria. Polska, mając mniejszy przemysł zbrojeniowy, mniejsza armię, mniejszą gospodarkę - przekazała haubic 18 i wyszkoliła obsady. Cały dywizjon. Tak dla porównania. O zestawieniu proporcjonalnym pomocy ze strony takich Czech nie powiem ani słowa. Tylko Węgry ciągle nic nie przekazały i są gotowe płacić rublami bo boli je ciągle w Trianon. Bywa. Nie ma co o Węgrach mówić. A Niemcy to już mało kto rozumie. Chyba nawet sami Niemcy mają z tym kłopot. Ale nie rzucam się, już uspakajam emocje, bo w sumie nie jest to aż tak istotne, wobec skali pomocy z innych stron świata. Historia zapamięta. Niemcy nie mają pomysłu - i Francja pewnie też - na świat w którym nie ma jednego telefonu na wschód. Wizja świata, w którym interesów ze wschodem nie załatwia się rozmowami z Kremlem, ale z wieloma stolicami wolnych narodów jest dla nich trudna do przełknięcia, tak to wygląda. Ale prawdopodobnie będą musieli się tego nauczyć. Jest taka scena w filmie Psy Wojny , w której zleceniodawca przewrotu w jakimś afrykańskim państwie przywozi śmigłowcem nowego władcę, wchodzi do pałacu prezydenckiego, gdzie czeka na niego szef najemników i zupełnie inny kandydat na prezydenta. "Spóźniłeś się!" mówi najemnik do barona naftowego i zabija jednym strzałem przywiezionego w śmigłowcu dyktatora. "Człowieku, nie wiesz za ile go kupiliśmy!" krzyczy w oburzeniu baron, a najemnik mówi – „to będziesz musiał go kupić jeszcze raz”. Jakoś mi się kojarzy to z dyplomacją niemiecką i francuską w ostatnich dniach. Finał może być podobny. Dzień 93. Ale Wyrwał wyrwał My leżelim, a pan major stojał ‒ opowiadał mi jeden z żołnierzy zaraz potem ‒ to pewno coś zobaczył. Każdemu ciekawość: czołgi nasze idą? Niemcy poddają się?… A pan major podniósł wysoko but i krzyczy: "Dobry znak, chłopcy! W gówno wdepłem! To my roześmiali się tylko i poszli. Kużden jeden pomyślał ‒ jak stary takie szpasy odwala, to pewno nie już taki ostatni koniec (Melchior Wańkowicz, "Monte Cassino") Od trzech dni karierę w moim otoczeniu robi artykuł pewnego dziennikarza z onetu i konkluzja, która została wybita na lead tego artykułu, że Ukraina przegrywa te wojnę i że lepsza jest zła prawda niż coś tam. Takie ustawienie języka sugeruje, że ten pan, Pan Wyrwał wie jaka jest prawda bo był, jest w Donbasie i teraz mówi to, czego nie mówią wszyscy inni eksperci, znawcy, komentatorzy. On wie to, czego nie powie wam generał, major, kapitan i w ogóle nikt. On wie i widzi, że Ukraina przegrywa. Myślałem, ciul tam, nie otworzę gęby, nie byłem w Donbasie, a w czasie wojny do Ukrainy wjechałem na kilka godzin zdać sanitarkę i zaraz wyjechałem. Ale przeczytałem tego Wyrwała. Opinia to opinia, jedna z wielu, jedne są takie, a drugie są inne, biorąc poprawkę na mgłę wojny - może mieć rację, ale nie musi. Widzę jednak, że mija dzień trzeci a opinia reportera Wyrwała zaczyna chadzać nie jako opinia ale prawda. No tak, w leadzie wybito bon mot, że lepsza zła prawda niż coś tam. Bo to się klika prawie tak dobrze, jak wyłącz telewizju włącz myśleniu. Każdy chce poznać prawdę. No i wychodzi - krok po kroku, że reporter Wyrwał jest depozytariuszem prawdy. Prawdę posiadł i rzecze jak jest albowiem on olśnienia, rewelacji i objawienia doznał zaprawdę. Tego to nie lubię – jak śpiewał Janerka. Nie mnie krytykować całość, ale na kilka przesunięć w tekście reportera Wyrwała jednak zwrócę państwa uwagę. Bo państwo może czytali. Na przykład napisał reporter Wyrwał, uzasadniając leadową konkluzję, że Rosja wygrywa a Ukraina przegrywa bo Rosja ma teraz, 31 maja więcej ukraińskiego terytorium we władaniu, niż miała 24 lutego 2022 roku. Niby patrzysz na mapę i się zgadza. Tylko ja zapytam - a gdzie była trzecia armia pierwszego świata w marcu? Czy aby nie pod Czernihowem, Kijowem, Sumami, Charkowem? I czy aby wtedy nie miała jeszcze więcej terytorium pod kontrolą? I czy teraz nie ma mniej niż wtedy? I czy to nie znaczy, że już przedupiła część kampanii, kilka bitew i musiała się cofnąć? Nie trzeba być mistrzem mapy, żeby widzieć, że Rosja miała więcej, przez chwilę, chciała więcej i musiała się cofnąć. Co więcej cofała się tak, że nie zacierała nawet śladów zbrodni. Nie miała czasu albo nikt o tym nie pomyślał. Jeżeli tak się przegrywa wojny, że zmusza się przeciwnika do wycofania, to szkoda, że mój kraj tak nie przegrał kilku bitew. Pomijam historyczne rozważania o tym, czy teren jest głównym czynnikiem decydującym o tym, czy ktoś wygrywa czy przegrywa wojny. Przykład? W 1809 roku Józef Poniatowski po krwawej bitwie pod Raszynem zdecydował żeby - uwaga - nie bronić za wszelką cenę Warszawy, ale zachować zdolność do manewru. I armia, chociaż moralnie to było wydawałoby się niemożliwe do dźwignięcia opuściła bez walki Warszawę żeby wygrywać gdzie indziej. I wygrała, nie wygrawszy zresztą zdaje się żadnej walnej bitwy. Jeden z wielu przykładów na to, że można na jakimś etapie wojny, kampanii tracić teren, a mimo tego wygrać. Innym przesunięciem w tekście Wyrwała, niemal tożsamym z przesunięciem narracyjnym rosyjskiej propagandy to jego opowieść o celach jakie Rosja sobie stawiała rzekomo w tej wojnie. Wyrwał nie napisze, że celem władimira wampirowicza było obalenie rządu w Kijowie i wchłonięcie Ukrainy. Nie. Wyrwał pisze o tamie na Dnieprze, o zasobach węglowodorowych Donbasu, bez których Ukraina nie da rady. Rzeczywiście, czytam o tej wojnie trzy miesiące, czytałem o zaporach na Dnieprze, ale nie wiedziałem oto że one były głównym celem wojsk rosyjskich i ich zajęcie wyczerpuje ambicje okupantów. Ogólnie mawiali u nas na psychologii, że podstawą sukcesu w psychoterapii jest udana redefinicja problemu. Innymi słowy jak ci pacjent w wieku 56 klat szcza do łóżka, można sprawić, żeby nie szczał do łóżka, ale można zredefiniować problem i sprawić, żeby pacjent był z tego dumny. I operacja narracyjna reportera Wyrwała przypomina taką redefinicję problemu. Jak znika z analizy pierwotny cel wysłanników mordoru, to rzeczywiście zaraz wyjdzie, że od początku chodziło o zajęcie Siwierdoniecka. Czyli Rosja nadal szcza do łóżka, ale teraz jest z tego dumna. Potem zaś reporter Wyrwał dostrzega, że Ukraina ma długie granice i pisze o zagrożeniu militarnym z Naddniestrza. I z Białorusi. I w ogóle zewsząd i dlatego dostawy z zachodu nie dadzą nigdy rady. Oczywiście zagrożenie zawsze jest, ale jak to pisało wielu - w tym tych, których próbuje unieważnić reporter Wyrwał, bo wojskowi, generałowie, majorowie, to co oni tam mogą wiedzieć - nie takie wielkie. Naddniestrze to wąski pas ziemi o powierzchni może dwóch-trzech powiatów i bazuje tam kilka tysięcy żołnierzy, którzy są archaicznie wyposażeni i nie palą się do walki. Może by sie zapalili, gdy wyszło poważne uderzenie na Odessę albo desant, ale do tego jakoś nie wydaje się blisko. Także dlatego, że obrona przeciwokrętowa Odessy się wzmocniła, a na odcinku między Mikołajowem a Chersoniem ostatnio atakującą stroną i wygrywającą jest Ukraina. Tak to tam, jest lotnisko Czronobajewka zmasakrowane dwadzieścia razy przez ukraińska artę. A wspominam o tym nie bez kozery, bo reporter Wyrwał pisze następnie w trybie oznajmującym że strona rosyjska ma zdecydowanie lepszą artylerię. A Wyrwał to wie, bo widział rannych w ukraińskich szpitalach po ostrzale arty. No i okej, gdyby to była opinia w stylu - widziałem rannych, arta naprawdę zbiera srogie żniwo - to nie byłoby się z czym kłócić. Ale kiedy opinia brzmi - rosjanie mają lepszą artylerię bo widziałem stu ukraińskich rannych, to jakoś nie widzę związku. Artyleria to paskudne narzędzie walki i rany od niej są rzeczywiście ciężkie i jak pocisk padnie w pole to bywa, że zmiecie kilka osób na raz, a jak idzie nawała, to nie wiem jak jest, bo nie przeżyłem, ale ludzie co przeżyli opowiadali mi, że naprawdę chce się wypierdalać z własnej skóry, a nie z miejsca gdzie się jest. Tylko, że to nic nie mówi o jakości działania artylerii. Jak się artylerię ustawi ciasno i zwali atak artyleryjski na wąski pas obrony to artyleria zawsze coś trafi. Schody zaczynają się wtedy gdy trzeba przeprowadzić manewr, poprowadzić ogień za swoimi siłami, zaskoczyć przeciwnika, trafić precyzyjnie w cel 20 i więcej kilometrów za swoimi liniami, wykonać atak kontrbateryjny. Mogę powiedzieć, że tak na sto procent to nie wiem kto a lepszą artylerię, ale nie ma żadnych dowodów na to, że są to Rosjanie. Powiem więcej - styl stosowania tej artylerii, jej komasowanie na wąskich odcinkach świadczy raczej o tym, że być może mimo przewagi ilościowej - nie jest z tą artą tak dobrze. I ostatnia rzecz, najważniejsza. Nad wszystkim unosi się taki duch, do którego trudno strzelić, ale się go wyczuwa. Że tej wojny nie da się wygrać bo to Rosja a Rosja jest przecież niepokonana. Acha. Dlatego przegrała wojnę krymską, wojnę z Japonią, pierwszą wojnę światową, wojnę z Polską w 1920 roku i wojnę w Afganistanie. Wojna ma to do siebie, że rozciąga się w czasie, strony próbują narzucać sobie styl rozgrywki, cele, metody. Nie zawsze jest tak, że od razu, po miesiącu, po dwóch, po trzech wiadomo kto wygrywa a nawet jak jedna strona zaczyna przegrywać - to zawsze los się może z nagła odmienić, bo wygrywający mają tendencję do popełniania błędów. Ale póki co - Ukraina walczy. Tam są moim znajomi, znajomi moich znajomych. Też są na pierwszej linii i też mają swoją opowieść. Nie ma w niej mowy o tym, że przegrywają. Nie mówią, do zobaczenia po wojnie, tylko "po zwycięstwie". I dopóki oni walczą nie ośmieliłbym się im powiedzieć – przegrywacie. Także co tam wyrwał Wyrwał to wyrwał. A tutaj równamy szereg i do boju. Dobrego dnia wszystkim, codziennie coś dla zwycięstwa, niech będzie dziesięć złotych, szer i klik. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.









