top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Paweł Słójkowski – Za ścianą

    Zakup roomby był wisienką na torcie noworocznych zmian, które Patryk wprowadzał w życie. Obudził się na lekkim kacu we własnym mieszkaniu. Otworzył oczy ze świadomością, że zaczął się nowy etap jego życia. I jak to często bywa u odczuwających upływ czasu mężczyzn, motywacją zmian była kobieta. Ada Nowak może i miała zwyczajne nazwisko, ale cała reszta była nie z tego świata. Na pewno nie ze świata, w którym żył Patryk. Dwa uniwersa przez długi czas przecinały się tylko w pracy - z jednym wyjątkiem, który zamieszkał w głowie mężczyzny i zaczął się urządzać jak irytujący współlokator. Tym wyjątkiem była randka i to, co nastąpiło po niej. Poszli razem na przegląd filmów górskich, a po dwóch dokumentach, widząc Adę zerkającą w telefon, Patryk zdecydował się zagrać va banque. - Boże, ale przynudzają. Wyjdziemy stąd? - Myślałam, że nigdy nie zapytasz. Kiedy znaleźli się u niego, Patryk nie wierzył, że wszystko tak pięknie się rozwijało. Niestety, wymarzony scenariusz szybko dobiegł końca. Ada posiedziała pół godziny i nagle stwierdziła, że musi iść. Na odchodne cmoknęła go w policzek. O tym, co stało za ucieczką, dowiedział się następnego dnia, który był jednocześnie ostatnim dniem roku. - Słyszałem, że spotkałeś się z Adą. Rysiek wiedział o wszystkim, co działo się w pracy. Nie było to trudne. To była mała firma, a ludzie gadali. - Mhm - mruknął Patryk, starając się zachować obojętność. - Chcesz mojej rady? - Raczej nie, ale pewnie nie mam wyboru. - Jeśli taka dziewczyna ma traktować cię poważnie, to weź się za siebie, chłopie. Zacznij ćwiczyć czy coś, ale przede wszystkim… Jezu, powiem to od razu, bo znamy się już długo - sprzątnij syf w mieszkaniu. Rysiek pociągnął łyk coli, poklepał go po ramieniu. - Wiem, jak jest. Jak się ma dwadzieścia kilka lat, to człowiek się nie przejmuje, w jakich warunkach żyje. Ale dziewczyny tego nie lubią. Jak taka zobaczy, że jesteś syfiarzem, to pozamiatane - stwierdził. Rysiek złapał tę nieświadomą grę słów i w śmiechu zatrząsł kolczykiem w nosie. Patryk uważał to duże, złote septum za obleśne, choć może bardziej chodziło o właściciela. Rysiek był najstarszy z całej ekipy, zawsze miał dużo rad, ale nic nie wskazywało na to, by sam się do nich stosował. Coś jednak było na rzeczy: Ada ewidentnie zaczęła unikać Patryka. Uwierało go te kilka zdań, które usłyszał. Po powrocie do domu zobaczył niedomyte naczynia, kamień w kiblu, kurz na półkach. Zasypiając, miał w głowie tylko jedną myśl. Paczka z roombą przyszła dwa dni po nowym roku, kiedy Patryk zdążył już wprowadzić w życie część zmian. Kupił karnet na siłownię, zaliczył pierwszy trening boksu. Pozbył się nieużywanych mebli, rozebrał starą meblościankę, zagracającą największy pokój. Latał ze szmatą, szorował podłogi, zamówił nowego mopa i myjki do okien, ale to roomba miała być kluczem do czystości. Sprzedający opisał ją jako nietrafiony prezent. Patryk ustawił stację dokującą w kącie, zainstalował aplikację. Chwilę później maszyna poznawała zakamarki mieszkania. Patrzył, jak podjeżdża do jego stóp, zatrzymuje się i jedzie naokoło. Przez noc krążyła i tworzyła mapę pomieszczeń. Wyglądało to na początek udanej współpracy. - I co, teraz jeździ sobie sama i odkurza? Zajebista sprawa - Rysiek patrzył na ekran telefonu Patryka. - Nowy rok, nowy ja. - A jak z Adą? Rozmawiałeś z nią w ogóle? - Nie bardzo. Dam jej trochę czasu. - Dobrze, ale jak to się mówi, trzeba kuć żelazo, póki gorące. Ona długo nie zagrzeje tu miejsca. Zobacz tylko. Aż żałuję, że nie jestem kilka lat młodszy… - kiwnął głową w kierunku Ady, która na drabinie zdejmowała z wysokiej półki przenośną kuchenkę. Patryk miał dużą tolerancję na jego komentarze - pracowali razem już długo. - Daj spokój, Rysiek - rzucił i zajął się kolejnym tego dnia poprawianiem butów na półkach. Sprzedawali sprzęt turystyczny i poza sezonem nie było wiele do roboty. W kieszeni Patryka zawibrował telefon. Niedawno odpalił roombę, żeby wrócić do posprzątanego mieszkania. Z mapą, którą stworzył robot, było coś nie tak. Wyłączył i włączył smartfona, ale nic się nie zmieniło. - Moje mieszkanie się powiększa - powiedział. - Co? - zainteresował się Rysiek. - Zobacz. To mapa mieszkania. A to coś, czego nie było wcześniej - Patryk pokazał na kawałek szarej przestrzeni, który odbiegał od zielonej części, przedstawiającej salon. - Odkurzacz tam wjechał? - Tak pokazuje, ale tam nic nie ma. To pięćdziesiąt pięć metrów, dwa pokoje, kuchnia, łazienka. - Tyle dla siebie? Szczęściarz. Patryk nie mógł narzekać - niecałe pół roku wcześniej przeprowadził się z wynajmowanej kawalerki. Mieszkanie należało do jego zmarłej babci i wiedział, że powinien je sprzedać, ale na razie nie chciał tego robić. Nie można zmieniać wszystkiego naraz. - To pewnie zwykły błąd. Blok, w którym mieszkała jego babcia, był ostatnim bastionem w środku nowych osiedli, w ten szary i ponury jesienny dzień wyglądał jak spróchniały ząb w zdrowych ustach. Tak też patrzyli na niego inwestorzy, poszukujący miejsca na kolejne apartamenty. Najchętniej wymazaliby go z mapy. „Nikt go nie chce, a tu proszę, jest go więcej. Przynajmniej według roomby” - pomyślał Patryk i sam pomysł rozrastającego się peerelowskiego bloku go rozbawił. Wjechał na piąte piętro i wszedł do środka. Rzeczywiście było czysto, roomba ładowała się w stacji dokującej, migając światełkiem. Włączył aplikację i popatrzył na mapę. Stanął przodem do ściany, za którą na ekranie rozciągała się szara przestrzeń - skojarzyła mu się z mgłą wojny z gier. Na podłodze zobaczył kupkę białego proszku. Kilkanaście centymetrów wyżej odkrył odprysk w ścianie i skrzywił się. Przed wyjściem na trening przeinstalował aplikację i odpalił robota, by jeszcze raz zrobił mapę mieszkania. Wrócił tak zmęczony, że padł na łóżko i zasnął. Mapę sprawdził dopiero w tramwaju, kiedy jechał do pracy. Szary obszar wciąż tam był. I wydawał się większy - przynajmniej było jasne, dlaczego oszczędził na robocie parę stów. Tego wieczora roomba przyniosła pierwszy prezent. Kiedy wrócił do domu, czekała na niego w przedpokoju, świecąc czerwoną lampką. Odwrócił ją i przyjrzał się szczotkom. Zwolnił mechanizm, coś stuknęło o podłogę. Srebrny pierścionek. Rzeczy po babci mieściły się w jednym, zalegającym w szafie kartonie. Może zawieruszył się gdzieś przypadkiem, ale Patryk ostatnio tam nie zaglądał. Rzadko miewał przeczucia, ale tutaj… patrzył na ten przedmiot, a wszystko w nim krzyczało. I zaczęło krzyczeć mocniej, kiedy zobaczył minę faceta w lombardzie. - Mogę dać dziewięć stów - rzucił po krótkich oględzinach, ale Patryk przejrzał tę grę. Jubiler, do którego zaniósł pierścionek, oszacował, że jest wart dziesięć razy tyle. Wrócił do domu, podłączył roombę do stacji dokującej, sprzątnął rozsypany kurz. W pokoju znów natknął się na kupkę tynku i niewielką dziurę w ścianie. Stwierdził, że zajmie się tym podczas malowania. To już w najbliższy weekend. Znalazł nawet pomocnika. Rysiek nie należał do osób szczególnie pracowitych, ale wcześniej Patryk powiedział mu o pierścionku. Pominął cenę, ale pokazał koledze coś innego - monetę, którą robot przyniósł kolejnego dnia. Była ciężka, w kilku miejscach krawędź się wyszczerbiła. Na awersie litera S oplatała A, rozdzielając datę 1564, a rewers zdobiło kilka herbów. - To może być dużo warte - powiedział Rysiek w zamyśleniu. Wyglądał jakby coś liczył. Stawiając na podłodze czteropak puszkowego piwa zapytał niby od niechcenia: - Co dziś znalazła? - Nic. Mówiłem, że przynosi rzeczy tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma. - Aha. Wstydliwy robot. Nie mogę przestać o tym myśleć. Odkurzacz, który zbiera skarby. Włącz, może się uda. - Zwariowałeś? Wszędzie jest folia. - Dobra, dobra. Jak chcesz. Pokażesz mi, ją jak skończymy. Robota szła dobrze w i końcu dotarli do ściany, za którą na mapie robota rozciągała się “mgła wojny”. Patrykowi podobało się to określenie. - Tutaj nie pomalujemy - Rysiek stuknął kilka razy, a na folię posypał się tynk. - Jak to? - Wszystko odpadnie. Położymy gładź i potem pomalujemy. - Nie mam gładzi. - Nie narzekaj. Skocz do sklepu, ja sobie wypiję piwko i przygotuję ścianę. Patryk zebrał się szybko. Godzinę później był z powrotem, zlany potem targał dwa wielkie kubły. Było cicho, kiedy wchodził do środka. Drzwi do kanciapy były otwarte, kilka rzeczy leżało na ziemi i raczej nie był to sprzęt potrzebny do malowania. Powinien się domyślić. Ten wzrok, którym Rysiek patrzył na monetę. To liczenie… Otworzył drzwi do pokoju, w którym zostawił kolegę. Na podłodze walały się zgniecione puszki po piwie. Po Ryśku nie było śladu. Stacja dokująca stała pusta. Wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił. Sygnał się powtarzał, po czym zamilkł, Patryk zauważył w ścianie dziurę, mniej więcej w tym miejscu, z którego wcześniej sypał się tynk. Podszedł bliżej. Była średnicy piłki do ping ponga. Kiedy przyłożył do niej dłoń, poczuł powiew powietrza. Uklęknął, włączył latarkę w telefonie, próbując zobaczyć cokolwiek po drugiej stronie. Nie udało się, więc słuchał. W bloku jechała winda, ktoś czymś uderzał, może wbijał gwoździe albo składał meble, gdzieś głośno grał telewizor. Nic specjalnego. Miał jednak dziwne wrażenie, że za ścianą coś jest. Nie było to możliwe z prostego powodu - mieszkanie Patryka było ostatnie w poziomie i za tą ścianą kończył się blok. Włączył aplikację roomby, zerknął na szarą część mapy. Zakładając, że to nie błąd, a robot rzeczywiście tam pojechał, to przebył jakieś… Kiedy zadzwonił jego telefon, prawie dostał zawału. Upuścił go na ziemię i odsunął się od ściany. Na wyświetlaczu zobaczył, że dzwoni Rysiek. Podniósł smartfona do ucha i zamierzał rzucić parę niezbyt miłych słów, ale szybko zrozumiał, że te nie trafiają one tam, gdzie powinny. Z głośnika popłynęła struga szelestów, szurnięć i trzasków. Usłyszał kroki, a potem coś jak krzyk, gdzieś z bardzo daleka. Ojciec Patryka powtarzał jak mantrę to, że mężczyzna powinien sobie radzić - cokolwiek miało to znaczyć, bo mijały lata, a jego syn nie wiedział, czego to radzenie sobie mogło dotyczyć. A później ojciec poszedł radzić sobie gdzieś indziej, zostawiając to zdanie wyryte w głowie swojego dziecka. Zajęło to wiele lat, ale Patryk postanowił zrobić z niego użytek. Pojechał jeszcze raz do sklepu i kupił sprzęt, którym mógł przebić ścianę. Kiedy wrócił, na środku pokoju, między puszkami, czekała na niego roomba. Czerwone światełko wzywało pomocy. Spomiędzy szczotek wystawało coś okrągłego. Złoty, okrągły kolczyk. Septum. *** Ada mogła mieć pretensje tylko do siebie. Od dziecka najpierw coś robiła, a dopiero potem zastanawiała się nad konsekwencjami, licząc na to, że rozejdą się po kościach albo przejdą bokiem. Tak jak bokiem miała przejść ta burza, która szalała nad miastem. Deszcz ją przemoczył, było jej zimno, miała serdecznie dość tego dnia. Po co powiedziała, że może pójść sprawdzić, co działo się z Patrykiem i Ryśkiem? Nawet nie wiedziała, że dzień wcześniej nie było ich w pracy, tak samo jak nie miała pojęcia, że razem malowali mieszkanie Patryka. Nie obchodziło jej to za bardzo, ale kiedy Dawid, ich szef, zebrał ich i zapytał, czy coś o nich wiedzą, zrobiła, a nie pomyślała. Po co w ogóle się z nim umówiła? Ta myśl złapała ją przy domofonie. Wyglądał na chłopaka, któremu zależało. Trochę za późno zorientowała się, że nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Po kilku sygnałach drzwi otworzyły się. Miała nadzieję, że po prostu przyjdzie, wciśnie guzik i nic się nie stanie. Zadzwoni do Dawida, a on na policję albo sam tam pojedzie. Popyta sąsiadów, cokolwiek. Chciała mieć to z głowy. - Wejdź! - krzyknął ze środka. Weszła. Wszystko wyglądało inaczej, prawie sterylnie. Z pokoju, w którym niedawno siedzieli, dobiegał jakiś hałas, rytmiczne uderzanie. W momencie, w którym stanęła w drzwiach, odwrócił się. - Prawie skończyłem - powiedział, wskazując dziurę, którą wybił w ścianie. Nie wiedziała, jak to skomentować. Przeszła do rzeczy. - Nie było cię w pracy i chciałam… chcieliśmy sprawdzić… Rysiek jest z tobą? - Gdzieś go wcięło - odparł i parsknął śmiechem. - Patryk, to nie jest śmieszne. Nie wiadomo, co się z wami dzieje. Dawid prosił mnie, żebym sprawdziła. Gdzie jest Rysiek? - Jest tam, za ścianą - pokazał ręką na dziurę i zrobił krok w jej stronę - Martwiłaś się? Chciałem z tobą porozmawiać. Wiesz, po tamtym. Ada bardzo nie chciała tu być, czuła to wyraźniej z każdym słowem, które mówiła. - To nie jest dobry moment. Zadzwoń do Dawida, okej? - Mój telefon nie działa. Mogę z twojego? Za tym pytaniem coś stało, tak samo jak za czarną plamą na ścianie. Nie widziała, co jest dalej, jak gdyby światło nie mogło dostać się do środka. - Przecież go nie ukradnę - wyciągnął do niej rękę. Na białej, brudnej dłoni widać było popękane odciski. Dotychczas nie zwrócił na nie uwagi. - O rany. Umyję ręce. Poczekaj chwilę. Tylko chwilę, proszę. Minął ją, poczuła zapach potu, stęchlizny i zaduchu, jak w pomieszczeniu, które nie było wietrzone przez długi czas. Przeszedł przez przedpokój, ale nie skierował się do łazienki. Wyszedł, zamknął drzwi i usiadł na wycieraczce. Na klatce było cicho i spokojnie. Ten, kto sprzedał mu robota, nie odpisywał na wiadomości. Patryk chciał mu po prostu podziękować, może nawet osobiście, gdyby ten ktoś chciał go odwiedzić. Sam pomysł wydał mu się naprawdę dobry - na tyle dobry, że Patryk uśmiechnął się sam do siebie. Z Adą nie wyszło i najwyraźniej tak miało być. Pozbył się żalu i pretensji. Szkoda, że nie została mu po niej żadna pamiątka. Nic nie zostało też po sąsiedzie, którego denerwowały hałasy. Ani po Dawidzie, który w końcu sam pofatygował się, żeby sprawdzić, co się stało. Po policjancie, który zjawił się kilka dni później. Patryk wiedział, że w końcu zjawi się więcej gości, ale nie przejmował się. Mapa, którą tworzyła roomba, rozrastała się każdego dnia, podobnie jak lista rzeczy, które znajdował w odkurzaczu. Dziura w ścianie była na tyle duża, że zmieści się bez problemu, a wszystko mówiło mu, że po drugiej stronie czeka na niego całkiem nowy świat. Paweł Słójkowski (ur. 1986) – absolwent slawistyki, uwielbia Bałkany i dobre historie, raczej te smutne. Z wykształcenia kulturoznawca, pracuje w redakcji sportowej. Zadebiutował w 2025 roku w magazynie ‘Pro Libris’ – może i niezbyt wcześnie, ale podobno lepiej późno niż później. Pracuje nad powieścią w ramach "Pracowni przed debiutem prozą" Biura Literackiego. Mieszka w Warszawie.

  • Szarlot Ka – trzy wiersze

    *** Półtora kilograma materii Każde uwarunkowanie zbiera wodę niczym wiadro i to jest nie do przełknięcia zakładają kałuże twój fizis by szarzy panowie umywali w nich stopy a teraz ich zalejemy Uświadomienie Nad ranem wzrok jak narwany gdy widzę te ramy czwórkami sufit to strup – rozrywamy a pod nim płat naderwany zwisa nogami do ściany i tyle mi z tego wokoło gdy rozum sponiewierany że pod kopułą schowany że wzrok bez przerwy kąsany zasadza język przez ucho i szeptem że teraz to my wyrzygamy wiesz o tym że myśli to szramy mówisz niepokonany w znaczeniu że czyje rany umysł podatny na stany z rodzaju niepożądanych po czterech kątach miotany patrz jak odklejam się od ściany Jawnie i namacalnie Przenikasz mnie przy okazji starcia naszego języka i wgryzasz się w wargę jak w komunikat gdy pytam Czyja liryka? nie wierzę że w żyłach wciąż płynie mi ślina przebiega ściegami po grzbietach jak siniak a w ryzach w ryzach trzyma mnie adrenalina Szarlot Ka – pisze prozę i wiersze, publikowała w "Kontencie". Nie lubi siebie rozdrabniać.

  • Michał Pindel – trzy wiersze

    American blend jest tu ławka z miejscem na papierosa odblask słońca odpal iskierko Twoje oczy usta czerwone i biała bluzka *** Gdy tylko nie skupiam wzroku do wnętrza mogę uciekać. Obserwować zamiast mówić przez się. Samo napływa i podbiega krwią. Jest jak siniak a przecież też błękitne. Wystarczy, że wyjrzę a za mną sznur ludzi odkłada się na potem. Nie o tym lecz w tej samej formie. Jest nauka niepatrzenia, odpuszczania skupienia. Spójrz w dal a zawsze coś z horyzontu przecieka. Na marginesie I Mam zdjęcia gwiazd, w notesie kurz. Samozwańczy łowca burz. Zakładka do książki Two jego życia. Nikt więcej. Michał Pindel (ur. 1996) - studiował antropologię i etnografię. Czyta, pisze i wędruje.

  • Maciej Skomorowski – trzy wiersze

    Zapis z końca listopada Wiersz jako podsumowanie? Gdy schyłek mówimy o wszystkim co przydarza się nam naprawdę: te szybkie serie zdarzeń, jeśli arbitralnie przyjąć cezury pór roku - zamknąć można w stylach miesięcy, opowiadać w miejscach marginalnych opowieści, niezupełnie jasno, tym bardziej, że realiści mojego pokroju współdzielą znany defekt organicznego zaniku szczegółu, jedynie gruby zarys, kontury, więc jeśli dla najbliższych napisać miałbym jakiś skrót, streszczenie, abstrakt, dokument sprawozdawczy dla najdalszych z tegorocznych zdarzeń jesiennych na moim podwórzu (ulica Czumy) - napotykam ubytki zawodnej pamięci, z której nastrój - ten obiektyw na jesień i jej pozłacana substancja jednocześnie - ulatnia się najszybciej! Niemożliwe. I cóż z tego, że spacerując radośnie po zwycięstwie demokratów Warszawą w białych butach i niebieskim krawacie doznaję tych leibnitziańskich drobnych poruszeń duszy , mijając miejsca letnich pocałunków kobiet udowadniających wszystko i więcej, każdego mnie, mój i każdy ich wers? Tak. Spaceruję, przechodzę obok domów i bloków, gdzie na boomerskich prywatkach zabiegałem nie tak dawno o więcej jeszcze pocałunków, urzędów państwa ukrytego przed ludźmi, instytucji odwiedzanych jako obywatel, pracownik, niezależny badacz, wścibski dziennikarz, nade wszystko parki tak pełne mojej poezji mówionej, bowiem śpiewać nie potrafię... Cierpienie nie naruszyło mojej istoty tej jesieni, listopad był niemalże bezsenny, lecz uczynił mnie silniejszym, być może jedynie zbyt rozrzutne życie towarzyskie, zatrata w wierszach, odwiodły mnie od pracy, więc teraz w listopadzie do drzwi puka bieda... Być może zbyt wielu wrogów, przyjaciół, zaczepianych przeze mnie na ulicy nieznajomych - bo tak w zwyczaju miałem tej jesieni - teraz mnie pamięta bez wzajemności. - Niskie słońce i zastanawiam się nad głosami tych młodocianych kogucików czy to od filozofii modnej ostatnio w czasie moich studiów dwie dekady temu (niespełniona jest nadal nadchodząca potęga nowego realizmu miłości i rozumu), czy od pustej poezji - zdają się myśleć, że powiedzieć można wszystko, i nie mylą się, jedynie ludzie giną, dzieci, boże, niepotrzebnie giną ludzie, niechże więc ludzie pióra odpowiedzialnie mówią prawdę: byliśmy zatruci tyranią, a przecież rozważaliśmy, kochaliśmy, myśleliśmy o dotykaniu się, dotykaliśmy się bez słowa, mówiliśmy o tym, co myślimy - ale ta jesień już nie zdoła określić się jako nastrój, pogoda, sławetna melancholia pośniedziałego złota, która niegdyś posłała mnie za okno zakratowane... - Dziś pomyślałem, że chcę nowego płaszcza na zimę, i jeśli coś z tej jesieni ma się przechować, to proszę zabrać jej wszystkie fotografie - do wielu mówię - na strych, do piwnicy wynieść, innego wyznaczyć zarządcę sezonu, on jest już poza mną, obiektywna definitywność wbrew pamięci lata i kropka. - Nie zabijesz mnie. Ja nie zabiję ciebie. Niemalże bezlistne już drzewa milczą. Są żółte, nieruchome dziś, nieporuszone - inaczej niż ja. listopad 2023, Warszawa Jesień Demokratów W sierpniu zaledwie dwa wiersze, niewiele, wrzesień pełen milczenia, a teraz barwny październik szmuglowany po omacku w nadchodzący zza rogu, z wilgotnego nieba listopad - z zasady unikam pisania wierszy: skromne żniwa sierpnia zawdzięczam nowoczesnej farmakologii, a o fotografie niezapisanych wzlotów września poproszę przyjaciół, więc być może to właśnie październik wyróżnia się teraz jako czas wypowiedzi, teraz tu, choć świadomość czasu listopad już wprowadza do gry i nie wiemy, nie wie nikt jak wypadnie ostatni tegoroczny liść, liście tej jesieni lekkie jak prosta amnezja przy najwyższym wzmożeniu intensywności chwili, bowiem wzrastanie, rozwój biegną ad infinitum i każdy osiągnięty szczyt dla takich starych lisów jak ja (nie mów nigdy: moja skromna osoba...) już jest dystansem i oddaleniem, prowadzi w sen śmiertelny, zwykły literalnie, bez snów i bez wybudzenia przygotowanego przez system etatowym pracownikom, gdy moje późne, szlachetne pobudki października, znów około południa, nakładają na spierzchnięte, wyraziste usta jednomyślnie doceniane przez kobiety poznane jeszcze latem witaminową pomadkę Nivea od Iwo, wiele słów wartościujących silnie z intencją błogosławieństwa, lecz poza zamiarem opowiedzenia summy ostatnich miesięcy z lata już przedzierzgniętych w jesień pełną jak kosz papierówek i być może cały ten kosmiczny czas przyrody, ten przerost wyrażę nie przerywając milczenia: wrzesień pełen kobiet, sierpień jak pływanie w basenie na Oławskiej, październik był wielkim uspokojeniem: ust, miłości, czasu, ostatecznym odrzuceniem przemocy - złota jesień demokratów przeciwko wojnie. listopad 2023, Warszawa Notatka z sezonu Zaprzestałem już układania opowieści, nie żyję w nich, nimi, tamto wielkie rozgadane w mojej uniwersalnej wyobraźni Bizancjum ostatniego lata - większość tych przeżyć już znalazła wyraz: rzeczywistość jest jak kant mebla, kurz na nowym dywanie zakupionym na kredyt. Kobiety dotykane odeszłego lata mówią do mnie także tej jesieni, nadal czule, jasno, lecz teraz to jedynie ich telefony, kłopoty z czasem, praca zawodowa, prywatne fantazje wyznawane przeze mnie jako liberalnego demokratę - przynoszą zaledwie chłód jak zza otwartego okna po kąpieli, więc tak, tęsknię za latem, choć gdy w listopadzie spaceruję po śliskich liściach (dziś na Emilii Plater), to satysfakcję przynoszą jednak: pojednanie z ojcem, zejście do polskim prawem przepisanych dawek medikinetu, jako taki porządek w domu, klerkowskie i tajne inicjatywy filozoficzne (opracowuję teorię przedmiotu), powrót do odręcznego zapisu poezji, aktywne zadośćuczynienie nowym zainteresowaniom politycznym po zwycięstwie demokratów - ale prawdziwa radość została w lecie, na zdjęciach, w pamięci ust, w końcu w tych opowieściach sierpnia, których po części zapomniałem, po części powtarzać, roztrwaniać nie chcę - niech nieme ogrzeją mi zimę. październik 2023, Warszawa Maciej Skomorowski - poeta i filozof (UW). Laureat konkursów poetyckich oraz autor tekstów publikowanych w prasie literackiej. Wiersze tu publikowane już się nie powtórzą.

  • Grzegorz Chlebny – Skoczek

    Lubię chodzić na plażę, zanim jeszcze wstanie słońce i zanim plaża zamieni się w targowisko ludzkiej próżności – bikini od Armaniego, ręczniki od Dolce Gabana, okulary od Versace do tego przekleństwa i głośna muzyka. Mam swoje miejsce nieopodal skał, z których skaczą odważni: jakieś dwanaście metrów dla mniej wprawnych skaczących na bombę i ci najlepsi, najodważniejsi skaczący z ponad dwudziestu metrów. Tego ranka zauważyłem ich po raz pierwszy: wysokiego, szczupłego mężczyznę z krótko przyciętymi szpakowatymi włosami i charyzmą wypisaną na opalonej twarzy oraz kobietę, która z nim przyszła z mrocznym pięknem w sobie.  Usiedli obok mnie. Rozebrali się: ona w czarnym bikini wyglądała, jakby przybyła z innego świata, jak wysłanniczka tajemnych bogów, a on w błękitnych spodenkach, którymi, jakby chciał odwrócić uwagę od muskularnego torsu. Oboje piękni i w doskonałej formie, choć mężczyzna był już po pięćdziesiątce, a kobieta mogłaby być jego córką, ale z całą pewnością nią nie była. Widać to było w ich spojrzeniach. Rozłożyli ręczniki, kobieta podała krem, by mężczyzna wysmarował jej plecy. Potem on wyjął z plecaka lekkie buty do wspinaczki czarno–pomarańczowe Scarpa Instinct, tak dobrze mi znane, wstał i ruszył w kierunku skał. - Anton, co robisz?! - Przecież wiesz kochanie. Obserwowałem, jak wspina się po stromych skałach, czym wzbudził podziw grupy młodych ludzi. Gwizdali i klaskali, chcąc go zmotywować. Większość skaczących korzysta z łagodnego wejścia od strony drogi przebiegającej kilkadziesiąt metrów od plaży, ale mężczyzna wybrał najtrudniejszą trasę i widać było, że zna się na wspinaczce. Huk motorów ścigających się na niebezpiecznej drodze pełnej zakrętów na chwilę zagłuszył młodych ludzi. Kiedy mężczyzna już wspiął się na półkę skalną znajdującą się na wysokości dwudziestu trzech metrów przez chwilę stał nieruchomo spoglądając w dół na spokojne morze, leniwym ruchem rozbijające fale o skały. Kobieta wstała, zrobiła daszek z dłoni nad oczami, by lepiej widzieć i z uwagą obserwowała przyjaciela. Widać było, że się niepokoi.  Mężczyzna spojrzał w niebo, uniósł prawą rękę do góry, jakby chciał pozdrowić gapiów, przygiął się lekko w przód i skoczył. Zrobił trzy salta i zanim dotknął tafli wody, wyprostował się, po czym pięknie, czysto wsunął się do wody i tylko rozchodzące się okręgi w tym miejscu świadczyły o jego skoku. Z przyjemnością obserwowałem, jak jego długie ciało w locie w dół wydawało się, jeszcze dłuższe. Jest naprawdę dobry. Skok z ponad dwudziestu metrów, był zarezerwowany tylko dla najodważniejszych i najlepszych skoczków, a mimo to zdarzało się, że ktoś źle obliczył lot i lądował w szpitalu z uszkodzonym kręgosłupem. Kiedy mężczyzna wyszedł z wody, młodzi nagrodzili go oklaskami. - Anton czy ty zawsze musisz się popisywać przed innymi? – kobieta podała mężczyźnie ręcznik.  - Ja się przed nikim nie popisuję Miriam. Po prostu potrzebowałem zastrzyku adrenaliny – pocałował kobietę w głowę, usiadł i zdjął buty. - Już zapomniałeś, jak dwa lata temu jeden z tych skoków o mało nie zakończył się tragedią? - Wtedy rozproszył mnie czyjś gwizd, ale teraz już nic nie jest w stanie mnie zdekoncentrować – wyjął z uszu korki i poprosił, żeby kobieta wytarła mu plecy.  - Zniszczyłeś drogie buty.  - Nie nadają się już do wspinaczki, więc w ten sposób się z nimi pożegnałem. Równo dwa lata temu ja miałem tu taki nieudany skok, dlatego tu jestem. - Złamał pan kark – mówił lekarz, kiedy obudziłem się po operacji. – Ma pan odłamek kości, którego nie mogliśmy ruszyć, bo moglibyśmy uszkodzić rdzeń kręgowy. Niestety ten odłamek będzie powodował silne bóle kręgosłupa szyjnego oraz głowy.  Pomyślałem wtedy, że ludzie żyją latami z bólem, więc ja też będę mógł z nim żyć, oswoję go, zaczaruję i stanie się częścią mnie, ale nie zdawałem sobie sprawy, że są bóle długotrwałe, jak wojna i bóle piorunujące, przeszywające mózg oraz ciało i sprawiające, że człowiekowi wydaje się, iż umiera, ale tak naprawdę to tylko preludium, bo nocą ciało obsiadają całe watahy bólu. Pokój wiruje i staje się helikopterem w ogniu, a obok śpi spokojnie nieświadoma niczego kolejna miłostka, przed którą gram, zakładam maskę, aż pewnego dnia się to się zmieniło, bo pojawiła się ona. Była inna i za każdym razem wyglądała inaczej. Była jak dzieło sztuki; przy każdym spotkaniu dostrzegałem w niej coś nowego – jakbym oglądał ten sam obraz na wiele różnych sposobów. Chwilę zajęło mi zrozumienie jej ostrego jak brzytwa intelektu.   Miała też poczucie humoru i świetnie się dogadywaliśmy. Włóczyliśmy się nocą po mieście: kino, tańce, koncerty, lokale, w których siedzieliśmy, popijając drinki i patrząc sobie w oczy i wydawało się, że tak już zostanie, aż pewnego dnia rano wyszła, zostawiając kartkę na stole. - Było pięknie, ale nie szukaj mnie – i zniknęła. To tego dnia skoczyłem do wody. Nie z myślą skończenia z sobą, ale by zmyć z siebie cały smutek, jednak nie tak łatwo jest zapomnieć o kimś, kto odcisnął ślad w naszym sercu. Mówi się, że czasem ci, którzy pozwalają nam odejść, kochają bardziej niż ci, którzy nas zatrzymują, ale gdybym tylko mógł nie pozwoliłbym jej odejść.   Nic nie zapowiadało katastrofy. Wieczorem udaliśmy się na plażę, by podziwiać zachód słońca, a rano obudziłem się w pustym mieszkaniu. W powietrzu było jeszcze czuć zapach jej perfum, więc wybiegłem, nie za bardzo wiedząc, w którą stronę się udać. Dziś mija dwa lata. Żadnej pocztówki, żadnej wiadomości i tylko raz, kilka miesięcy temu, ktoś zadzwonił o drugiej w nocy z nieznanego numeru i mimo że nikt się nie odezwał, wiedziałem, że to Elen. Żałuję, że nie usłyszałem jej głosu, bo ta cisza, tylko pogłębiła we mnie pustkę. Przez pierwsze miesiące chodziłem w miejsca, w które chodziliśmy razem, choć powodowało to ból i zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będę potrafił o niej zapomnieć? Dziś jest ten dobry dzień bez ogłupiających leków i mam za sobą przespaną noc. Jest ta czystość patrzenia na świat, żadnej fatamorgany, lęków, obaw, że wataha wilków znów zaatakuje, więc w rozgrzany letni wieczór, gdy senne marzenia miasta ożywają, przemierzam ulicę, a w ulubionym lokalu witają mnie znajome twarze. Przy jednym ze stolików widzę parę z plaży. Siadam nieopodal i zamawiam whisky z lodem. Z głośników leci  Supergirl . Odpowiednia piosenka do mojego nastroju, pomyślałem i przypomniałem sobie, jak robiliśmy sobie czarno-białe zdjęcia, a potem wieszaliśmy je na ścianie w sypialni.  - Dziś jest pełnia i doskonała pogoda może więc wybierzemy się na plażę? – zapytał mężczyzna.  - Niezła myśl. Mam aparat, więc zrobię trochę zdjęć  Niezła myśl – podchwyciłem zamawiając podwójną whisky. Skok z ponad dwudziestu metrów w pełni księżyca, to jest coś.   Godzinę później wspinałem się po stromej skale, tam na samą górę, skąd nie skakał jeszcze nikt. Ten skok, albo mnie oczyści, albo sprawi, że stanę się doskonały. Do skoków przygotowujesz się latami, a kiedy nadejdzie już ta chwila trwa ona zaledwie kilka sekund. W tych kilku sekundach mieści się całe nasze życie, tysiące godzin treningów, wyjazdy, nieprzespane noce i tłum gapiów czekających, aż coś się wydarzy.  Tamten skok sprzed dwóch lat złamał moją karierę. Cliff diving  to moja pasja i moje życie, ale teraz to tylko senne marzenie, mgliste i dalekie.  *  Kobieta oglądająca wystawę przystanęła przed serią dużych zdjęć na których wprawnym okiem fotografa został uchwycony mężczyzn skaczący do wody w blasku księżyca.  - To niesamowite, że udało mi się uchwycić skok. Miałam ogromne szczęście, że byliśmy na plaży i miałam ze sobą swój sprzęt. Ten mężczyzna skoczył z ponad trzydziestu metrów i mój przyjaciel widząc go tam na górze powiedział, że musi być albo tak dobry, albo tak głupi.  To zdjęcie jest najlepsze w całej mojej karierze – artystka wskazała na zdjęcie, na którym mężczyzna wykonywał śrubę. – Powiększyłam go i rozjaśniłam tak, że widać twarz skaczącego. To było niewiarygodne przeżycie: pełnia księżyca, spokojne morze i skaczący mężczyzna. Wygląda tu, jakby o niczym innym nie marzył, tylko o tym skoku.  - Co się z nim stało?  - Nic. Wyszedł z wody i poszedł sobie, chociaż chcieliśmy go zatrzymać, porozmawiać z nim. Tak fascynujących ludzi nie spotyka się na co dzień.  - To jeden z najlepszych zawodników cliff divingu .  - Nie rozumiem.  - To Mark Artem, jeden z najlepszych zawodników skaczących z dużych wysokości do wody.  - Witaj Elen – położyłem dłoń na jej ramieniu.  Byłem tuż obok za jej plecami i czułem, jak drży.  - Mark.  Grzegorz Chlebny (ur. w 1971) Poeta i prozaik. Wydał dwa zbiory wierszy: Katharsis (2017) oraz Kroniki Wspomnień (2019) Publikował w prasie literackiej i Antologii Poetów Polskich 2016/2018. Mieszka w Grudziądzu.

  • Radosław Biniek – pięć wierszy

    Tomek Mazowiecki mówi mi przed supermarketem w Świdnicy lubię jak przejeżdża czerwonym językiem po moich kreskach różnej grubości czarnych kreskach i rozbrzmiewa to trochę płochę pi jakby była jedną z doskonałości koła perwersyjnie dotyka każdej nowej rzeczy dłonie ma rozbiegane i zniszczone wciąż mówi dzień dobry powtarza to w nieskończoność aż opuchlizna spod makijażu odbarwi się w niepamięć i wtedy zawsze robię ten sam błąd głośno z nią wymawiam magiczne zaklęcie zielony pin zielony wtedy mnie zauważa staję się nachalny złośliwy i dzień dobry przestaje być dobry środkowym palcem wskazuje mi napis na opakowaniu baterii alkalicznych nie wkładać z niewłaściwą polaryzacją Autobus linii słodko-gorzki rankiem na końcu autobusu poeta pęcznieją mu wiersze wychodzą robakiem przez skórę autobus cały w świeżych bułeczkach poranna dostawa do liceum imienia wieszcza tłum przechodzony skarpetkami wyrzuty gumą balonową wylewa się na skrzyżowaniu razem z poetą po którym przebiegają żale małe tchórze straconych szans te co mógł skusić na paczkę orzeszków pistacjowych i te odległe co same ściągały bluzki w pokoju na poddaszu nawet te nie odpieczętowane wiśniowe bombonierki co przecież same pulchniały zlęknione acz ochocze późnym popołudniem po środku autobusu poeta wiersze przychodzą mu jak zawał wylew krwi utajonej w smutku autobus zmienia się z przystanku na przystanek pojedynczo przemykają z modlitewnikami smartfonów ciasteczka kruche na twarzach grubo pokryte lukrem miętowe pastylki wpadają i wypadają razem z poetą na którym gorzknieją żale kruszy się ciasto czerstwiej życie ostatnim autobusem jedzie Margaret Qualley w buzi obraca lizaka z myśli robi zakalec poeta w przejedzeniu nic już nie odbija się w jego oczach Pewna P. przejmuje się sprawą rodzinną Teraz zadzwoniła Jak umiera To zadzwoniła A mogła wcześniej Jak miałam wolne W sobotę mogła Miałam wolne To mogła umierać To ona teraz I co ja Odparty odruchy odpływy oddechy biegł aż wszyło z niego całe zło w parze uniosło się i opadło w samotność odczyn miał ujemny na końcu korytarza pierwsze drzwi po lewo lekko uchylone usta Pogrzeb dobrze że garnitur jak na miarę wosk oplata ręce trzeba zamknąć już trumnę dobranoc jeszcze kilka minut i łopaty poklepują na wieczne odpoczywanie a ja nie mogę pozbyć się myśli że niebo pełne jest ludzi w niewygodnych butach Radosław Biniek – (ur. 1973) poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w "thefragmentach", "Helikopterze", "Toposie", "wydawnictwie j." Autor tomów: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze.

  • Jacek Sadkowski – trzy wiersze 

    Na huśtawce  co mi się widziało a co mi się śniło? co zapamiętało a co wymyśliło? co widziałem a co widzieć chciałem? znalazłem? zgubiłem. i chyba płakałem. Mgnienia Rozproszenia i Zespolenia ; Des z Marienwerder wszystko zaczyna się w raju. a ten raj w rajskim ogrodzie rozrzuconym wokół starego domu o rzeźbionych drzwiach mosiężnych klamkach słodkich wielobarwach mozaiki na podłodze za progiem pod kobaltem szybek. dom jest ogrodem ogród jest domem ciepłą gęstwą przeplecioną szumem łagodnych traw i gwarem motylich ptaków ptasich motyli. no i - ach! - piękne aż strach! ciemnolśniące węgierki lśniące korale dzikiej róży. refren starej pieśni. papierówki renety krople złotej żywicy na ciepłej korze czereśni. kosarze skorki stonogi porzeczkowe kolczyki i stara studnia z okiem zasłoniętym przez dominika cynkową balią. wchodzę do niej i tupię śpiewam śmieję się a dominik i ojciec wystraszeni biegną do mnie a ja zrywam płatki bratków i wołam stokrotki stokrotki! - to bratki synku. - wiem wiem! kłamię tak żeby je oszukać niech nie wiedzą kim są!  na polanie na krańcach raju drewniana szopa i huśtawka wplątana w gałęzie jabłoni wkopany grubą nogą w ziemię stół i krzesła. a na krzesłach wokół stołu aleksandra i domink miłka i edek i ludzie których nie znam i też tam jestem. radosny głośny gwar. nikt się nie dziwi że jestem stary. starszy od nich wszystkich. mówię -  hej! no cześć! no jak się macie!  aleksandra w zakłopotanym żalu pyta -  dlaczego nie przeczytałeś moich listów? przed śmiercią zdążyłam schować się na chwilę i pisałam do ciebie a ty to lekceważysz. wstyd mi bardzo. listy leżą w papierach po miłce.  przeczytam olu  mówię gdy już będę stary. - ależ jesteś jesteś stary  wszyscy się śmieją i jest dobrze. muszę już iść macham ręką wychodzę. drobna kostka bruku zieleń kasztanowców wielkie tuje przy drzwiach kurnik gdaczący nioskami. za plecami furtka do raju. początek i koniec. zardzewiały skrzypiący. When The Saints  ciemność. byłem przed chwilą wróciłem skądś do niedomu i nawet nie zdążyłem ściągnąć butów. /rano wzułem je z lekkim niepokojem z niepewnością bo nie wiedziałem jak będzie ale było dobrze/ raptem ciemność. przed chwilą byłem i /przed chwilą wróciłem/ śpiewały ptaki  czyk czyk  mówił jakiś mały schowany w krzakach gruchały gołębie nawet odzywał się nienocnie  fijuuu fiiit  zdezorientowany kos. /nie/jest dobrze. ciemność. -  wymodlona majowa burza. jest dobrze - pomyślałem a świat obrócił się kilka razy i wrócił na swoje miejsce. zawsze powinno być ciemno. ciemność bez krzty światła bez janowego światło zaś świeci w ciemności i ciemność go nie ogarnęła. ciemność ogarnęła wszystko. wszystkość. zasnąłem w półśnie słyszałem że z daleka - niedaleka ściągnęli umarli i było jak powinno być. słyszałem brzęk talerzy szklanek i ruch nieumarłe głosy umarłych wszystkich. spałem ale słyszałem i nawet /we śnie? nie/ byłem widziałem ojca i matkę bardziej realnych niż Bóg dotykalnych. błysk głuchy ostry strzał kilka razy ciemna błyskawica pełna ciemnych piór zaśpiewała trzaskiem w ciemności gęste powietrze roiło się gęstwą ciemnych aniołów. byłem widziałem ciemność. widzę wyraźnie przez ciemność. jest dobrze. w ciemności ciemny błysk i głuchy trzask. żałowałem /we śnie? nie/ że nie palę już papierosów. papieros ciemny ognik rosnący nad palnikiem zapalniczki co chwila raz za razem to byłoby dobre drapiący w gardle dym i smak ciemnej ciemności. wszystko. jest wszystko. miękkie poukładane. każdy ciemny krok znajomymi ścieżkami nałogu. chwilę potem skończyła się burza jasny wiatr od wschodu połknął to co miało sen(s) i było dobre. zzułem drogo wygodne buty za oknem śpiewały bezsensownie blaszane ptaki zaczęło się bezsensownie jasne popołudnie. nie ma tu niczego w niczym i zamknięte wieko czekanie na pukanie Wszystkie konie świata  teraz nie ma czasów a kiedyś były. i w ogóle nic nie ma. sensu brak najogólniej rzecz biorąc we wszystkim które jest niczym. kiedyś chodziłem do szkoły. a gdy szedłem ulicą kamienną i starozamkową i generała karola to każda rzecz była na miejscu logicznie wyjaśniona. na kamiennej leżał kamień z okien domu na starozamkowej było widać wieże starego zamku na dodatek w ogrodowych grządkach nasturcji kosmosów floksów trafiało się wiosną na kruszejące ceglane resztki po jeszcze starszym zamku. a generał to był świerczewski i nawet kiedyś wziął mnie na kolana i opowiadał mi o frankistowskich faszystach siwiutki staruszek jego dobry kolega. każda rzecz była tam gdzie być powinna. myślę sobie że te braki teraz spowodowane są brakiem koni. pamiętam doskonale że kiedyś gdy były konie to były i czasy. ulicą kamienną i starozamkową i generała karola spacerowało mnóstwo koni ciągnących wozy z zazwyczaj pijanymi woźnicami kapustą i kartoflami węglem i czym tylko chcesz wszystkim potrzebnym do przetrwania srogiej zimy. i ja też miałem konia. co prawda na biegunach ale jednak. miał na imię ed. mister ed zupełnie tak jak koń który mówił w serialu w telewizorze. i miałem tatę który miał na imię edek bardzo podobnie jak ten koń. i to było dobre. konie zaczęły znikać dokładnie wtedy gdy w słodkiej dziurce tuż obok szkoły zaczęli sprzedawać amerykańską gumę do żucia z historyjkami o kaczorze donaldzie. teraz miesza mi się wszystko. zamki bez kluczy klucze bez zamków konie i główki kapusty i wędrówki ulicami bez nazw. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Piotr Makowski – Otarcia (fragmenty – remiks)

    Pam. Pam, pam. Pam, pam, Bam. Lewy. Dwa lewe. Dwa lewe, prawy. Pam, pam, bam – cyk – Bach, Pum. Dwa lewe, prawy, zejście z unikiem w prawo, prawy hak, lewy sierp! Tabela ciosów, tabela kombinacji Lewy prosty: Pam (małą literą – lekki cios, dużą – mocny). Prawy prosty: Bam. Lewy sierpowy: Pum. Prawy sierpowy: Bum. Lewy hak (cios pod łokieć na wątrobę): Pach. Prawy hak: Bach. Lewy podbródkowy: Łup. Prawy podbródkowy: Trach. Lewy prosty na dół: Pyk. Prawy prosty na dół: Pyk! Lewy na lewy: Jeb. Prawy na prawy: Jeb! Lewy prosty, prawy prosty: Pam-Bam. Dwa lewe, prawy: Pam, pam, Bam. Lewy, prawy, lewy sierpowy: Pam-Bam-Pum. Lewy, prawy, lewy dół: Pam-Bam-Pach. Lewy, prawy dół: Pam-Pyk! Dwa lewe, prawy dół, lewy sierp: Pam, pam-Pyk!-Pum. Lewy, odejście/unik, prawy: Pam-cyk-Bam. Dodatkowo: tss to dźwięk wypuszczanego przez usta powietrza podczas zadawania ciosu, wykonywania bloku lub uniku. Ciosy na jedno tempo: Pam-Pam-Bam. Ciosy na tempo rwane, z przyspieszeniem: Pam, Pam-Bam. Cyk to unik lub blok. U leworęcznych wszystko jest na odwrót. 73 Andrzej przygotowuje sobie rzeczy, bierze nawet suspensorium. Szykuje się jak Leon, zbroi się jak Arnold w Commando. Układa przedmioty na tapczanie, zwija bandaże, jest na siebie zły, że nie zrobił tego wcześniej. Przeciera wilgotną szmatką kask, do bidonu nalewa wody. Sprawdza zegarek. Zjada pół serka wiejskiego, dwie kromki chleba, banana. Sprawdza zegarek. Jest gotowy i skoncentrowany jak zawiązujący na czole opaskę Rambo. Sprawdza zegarek. Połyka dwie kapsułki kofeiny, sprawdza zegarek. Jest dokładny jak ekipa planująca napad na bank. Sprawdza zegarek. Spłukuje metaliczny posmak kapsułek wodą, wychodzi. 33/99 Jadą na sparing do innego klubu, dostali zaproszenie. Andrzej patrzy na zegarek i widzi, że już ma wysokie tętno, a nie zrobił jeszcze nawet rozgrzewki. Stres go trochę zjada, z drugiej strony ten stres też motywuje. Organizator pyta ich, czy mają ważne badania. Mówią, że tak, nikt tego nie sprawdza. Dobierają ich wagowo, Andrzej idzie do półciężkiego na ring. Łysy będzie mu podpowiadał z narożnika, Niedźwiedź nie mógł z nimi pojechać. W pierwszej rundzie od razu mocno na siebie idą, ale Andrzej jest dziś lotny na nogach. Tamten leci z potrójnym prostym, ale jest sztywny, Andrzej z łatwością schodzi z linii ciosu, robi trzy kroki w lewo, trzy kroki w prawo, ucieka spod lin i od razu przejmuje środek ringu. Wali szybkim lewym, rozluźnia się, bo tym lewym trafia. Potem ciśnie kombinację na lewy tamtego: schodzi, bije prawy, lewy, prawy, bam, pam, bam, znów unik przed lewym i poprawia prawym na dół, Bach! Później to powtórzy i dorzuci jeszcze lewy sierpowy. Na razie jednak potrzebuje chwili na złapanie oddechu, więc wydłuża dystans i chodzi na boki, nie, on lata nad ringiem. Tamten znów wpada za lewym, a Andrzej tylko na to czeka: bam. Pam. Pam. Pam, bam. Pam, bam, pam. Pam, pam, bam, pam. Pam-bach. Pam, buch. Pam, pam. Pam, pyk. Pam-cyk-bam. Łapie gościa na linach, schodzi niżej na nogach i bije, pach-bach. Robi dwa uniki rotacyjne, a następnie: pach, bach, pum, bum. Z gongiem bije jeszcze bach-trach, prawy hak, prawy podbródek. W przerwie Andrzej oddycha: dwie sekundy na wdech, dwie sekundy z zatrzymanym w płucach powietrzem, dwie sekundy na wydech, dwie sekundy z pustymi płucami. Łysy mu mówi, że zajebiście. Andrzej potakuje, stoi oparty tyłem o narożnik, ręce ma przewieszone przez liny – nawet nie siada. Gong. Od razu jest na środku ringu, tego środka będzie od teraz pilnował. Siada bardziej na zakrocznej nodze, pilnuje gardy, robi małe kroki, chodzi na boki. Tamten bardziej wyprostowany chodzi na boki i do przodu, wysuwa w przód lewą rękę. Andrzej jest cały czas w ruchu, kroki, kroczki, na boki, do tyłu, jeden do przodu i bije lewy – pam – to cios, którym sprawdza i koryguje dystans. Tamten oddaje lewy – pam, głośne tss – ten cios też nie dochodzi celu. Obaj co jakiś czas wyrzucają taki lewy, Andrzej na zakrocznej bije lewy z dołu, to akurat dochodzi, tamten się zagapił. Andrzej trochę przejmuje inicjatywę, idzie bardziej do przodu. Tamten obniża pozycję, szuka sobie miejsca pod kombinację. Andrzej jest czujny i nie oddaje pola, bije dwa lewe – pam, pam – z dwoma krokami do przodu, oba ciosy trafiają prosto na szczelną gardę. Tamten schodzi na bok, wysuwa znów lewą bardziej do przodu, poluje na prawy prosty, ale Andrzej to widzi, Andrzej czeka, aż będzie mógł zejść z unikiem w lewo, aby uderzyć lewy hak na dół albo lewy sierp. Tamten to czyta, wypuszcza lewy na korpus. Obaj są za podwójną gardą, to jest szczelność level master, ciosy od brody i rękawice od razu wracają do brody. Chodzą do przodu i do tyłu, chodzą na boki, robią zwody, dużo ruchów głową. Tamten bije lewy, prawy, lewy – pam, bam, pam – Andrzej zbiera na gardę dwa pierwsze ciosy, a przed trzecim robi unik, tylko trochę spóźniony, ten lewy dochodzi, ale nie robi żadnej krzywdy. Andrzej przyspiesza dwadzieścia procent, idzie za lewym – Pam – dobiera stopy, miękko, na palcach, pilnuje środka ringu, ustawia sobie tamtego pod kombinację i w końcu bije szybki lewy, a po nim prawy mocny jak sam skurwysyn – prosto na szczękę. Sędzia tamtego liczy na stojąco i kiedy dopuszcza go do dalszej walki, wybrzmiewa gong. Do trzeciej rundy tamten nie wychodzi, tłumaczy się bólem łokcia. Mówi przez szczękę, strasznie pluje. Jego trener chłodzi go lodem w spreju. Andrzej czuje satysfakcję, ale nie daje jej po sobie poznać: chłodny profesjonalizm. Podchodzi do tamtego, Andrzej mówi: Andrzej. Od tamtego słyszy najpierw, że Maciek, a potem, że dzięki. Andrzej też dziękuje. Przybija rękawicą żółwia trenerowi. Schodzi z ringu, bo kolej na następną parę, Łysy mówi, że zajebiście, Kuzyn dalej rozgrzewa się, czeka. Andrzej ściąga rękawice. Łysy i Kuzyn swoje sparingi też wygrywają, Kuzyn przez RSC. Andrzej podchodzi później do Maćka i chwilę gadają. Andrzej w żartach rzuca, że z takimi zawodnikami mogliby w mieście ustanowić własne porządki. Maciek mówi, że u nich w klubie też o tym myśleli, trzeba może będzie się zgadać i faktycznie zacząć rządzić. YouTube Party – repryza Po ostrym sparingu w ciepły dzień ciało potrafi pocić się jeszcze ze dwie godziny. Trudno jest wtedy coś zjeść, choć czuje się taki głód, że aż skręca. Trudno jest zasnąć, choć odczuwa się już nawet nie zmęczenie, tylko ból. Andrzej rozluźnia się wtedy piwem, odpala komp. Za każdym razem w ten sam sposób bierze ciało na przeczekanie. Sweet science or the cruelest sport of all? Andrzej klika w ten link, to zapowiedź kolejnej walki Keitha Thurmana. Pięć gramów kreatyny rozpuścił w wodzie i wypił od razu po przyjściu. Pogadał chwilę z Piotrkiem – to jego współlokator – wkładając puszki do lodówki. Po kreatynie zawsze czeka pół godziny z pierwszym piwem. Teraz bierze łyk i klika dalej: Floyd Mayweather. Następnie: Bernard Hopkins. Następnie: Arturo Gatti i Micky Ward. YouTube Party. Dziewiąta runda pierwszej z trzech walk Gatti vs. Ward. Runda roku. Walka roku. Cios za cios. Proste, sierpy, haki, krew. Gatti: urwać głowę Wardowi. Ward: urwać głowę Gattiemu. Ciosy na górę, ciosy na dół, ciosy na górę. Lewy, prawy, lewy. Gatti na deskach! Gatti wstaje na osiem, Gatti w tarapatach. Ward naciera, chce to skończyć, ale – chce za bardzo. To go wyczerpuje, staje w miejscu. Gatti oddaje – ciosy na górę, ciosy na dół, krew, więcej krwi, teraz to Ward ma problemy. Jednak nie długo, łapie drugi oddech. Ward znów naciera, trzydzieści sekund do końca rundy, Ward i Gatti stają na środku ringu, Ward i Gatti wymieniają ciosy, cios za cios, cios za cios, cios za cios. Sieczka. Młócka. Napierdalanka. Runda się kończy, obaj do narożników trafiają o własnych siłach – kurwa, jak? Klika i ogląda dalej: Ricky Hatton. There’s only one Ricky Hatton! Gołowkin, Chávez (senior), druga walka Warda z Gattim, trzecia runda Warda z Gattim. Andrzej bierze ze sobą piwo na balkon, szóste piętro wystarczy, by miasto było teraz u jego stóp. Bierze łyk, odpala papierosa, jest teraz na HBO i Showtime, jest w Vegas, jest w MGM Grand. Wybiera numer Natalii, chce jej streścić przyjaźń Warda z Gattim aż do finału, gdy tego drugiego odstrzeli w Brazylii żona. Natalia nie odbiera, Andrzej wraca przed komp. Andrzej Gołota. To musiało się tak skończyć. Wideo Highlights and lowlights. Powinno być highlights and lowblows – Andrzej śmieje się z tego. Kiedy idzie po piwo, myśli o walce z Bowem numer jeden, a kiedy wraca – o walce numer dwa. Myśli o zamieszkach w Madison Square Garden, trener Gołoty oberwał wtedy komórką. Kiedyś to były telefony! Odpala filmik. Bowe potem już nie był tak sam. Łyk i klik. Nie myśl, czuj. Bruce Lee mówi Andrzejowi, że nie można spuszczać przeciwnika z oczu. Chuck Norris mówi Andrzejowi, że zaraz dostanie tyle prawych, że aż będzie błagał o lewy. Rocky mówi Andrzejowi, że world ain’t all sunshine and rainbows. Hillary Swank głosem Morgana Freemana opowiada Andrzejowi o marzeniach, których nikt poza nim nie będzie w stanie zrozumieć. Brandon Lee mówi, że wszyscy jesteśmy ofiarami. Dostaje kulkę i film będą musieli skończyć dubler i grafik. Andrzej klika w filmik obok – specjalnie nie domyka drzwi na balkon, żeby słyszeć Nine Inch Nails z głośników. Ojciec kazał mu oglądać Rocky’ego i Krwawy sport , ale też Pluton  i  Łowcę jeleni . Przewijał trzy czwarte aż do rosyjskiej ruletki, huta i wesele to była nuda. Na podwórku to był jego pomysł, żeby grać w ruletkę. Wyrywał pojedynczy kapiszon z okręgu, wkładał do magazynka, kręcił i po kolei przystawiał kolegom plastikowy rewolwer do głowy. Mike Tyson Każdy Mike trafi w końcu na swojego Evandera. Piotr Makowski  – autor tomu  Soundtrack  (2011). Publikował m.in . w „Twórczości”, „Wakacie” i „Wyspie”. Otarcia , z którego pochodzi publikowany fragment, będą jego debiutem powieściowym.

  • Mirosław Gabryś – pięć wierszy

    Royal Raymond Rife wysiada z auta na prąd Pierwszy samochód elektryczny skonstruowano w latach 30. XIX wieku. I to właśnie EV po raz pierwszy przekroczył prędkość 100 km/h, i to w roku 1899. W 1934 Royal Raymond Rife wymyślił generator, którym całkowicie wyleczył z raka złośliwego 14 osób, za co błyskawicznie zniszczono mu laboratorium i zakazano dalszych badań. 65 lat później moja mama zmarła na raka kości po przerzutach z raka jajnika, choć jeździliśmy po lekarzach, zielarkach, bioenergoterapeutach, magach i czarownicach, lecz autem na benzynę. Księżyc Podobno Księżyc jest w środku pusty jak moja głowa, gdy czytam o kosmosie. Podobno w Księżycu żyła cywilizacja daleko bardziej rozwinięta od nas. Według „Prawdziwej historii” Lukiana mieszkaniec Księżyca, umierając, rozpływa się w powietrzu. Ja też rozpływam się nad Księżycem. „Upaniszady” podają, że Księżyc jest poczekalnią dla dusz przed kolejnym wcieleniem. Podobno Księżyc magazynuje stracony czas i niespełnione marzenia, czyli mnie niemal w całości. Podobno jasna strona została podzielona na działki i można sobie kupić nawet za 50 dolarów trochę straconego czasu i niespełnionych marzeń. Podobno tajna misja Apollo 20 miała na celu zbadanie statku kosmicznego, znajdującego się po ciemnej stronie. Podobno nie ma ciemnej strony Księżyca, bo słynna płyta Pink Floyd mówi, że cały Księżyc jest ciemny. Podobno ten statek ma długość 3 km i rozbił się tam 1,5 mld lat temu. Podobno jest skonstruowany z nieznanego ludziom materiału, którego nie dało się pobrać w celach badawczych, lecz misja była udana: podobno astronauci znaleźli Monę Lisę – świetnie zachowaną kosmitkę o kształcie humanoidalnym i sześciu palcach, a także drobne żyjątka i ślady roślinności. Druga Ziemia Podobno pod koniec XXII wieku z powodu przeludnienia połowa populacji ludzkiej zostanie przetransportowana na inną planetę. Podobno ta planeta to nic rewelacyjnego, podobno podobna do Ziemi, też na najniższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, może trochę przyjaźniejsza, jeśli chodzi o warunki atmosferyczne, lecz i tak podobno wszyscy będę chcieli wydostać się stąd z nadzieją na lepsze jutro. Podobno jeszcze nie wiadomo, jak będzie wyglądać transport, choć można się domyślać, znając historię i ludzi ją tworzących. Nie wiadomo też, kto znajdzie się w gronie szczęśliwców i zacznie od nowa niszczyć i zabijać. Ewolucja Być może za kilka milionów lat obudzę się w zoo obok szympansa, mojego najbliższego krewnego, bo wyewoluuje ze mnie inteligentniejszy gatunek i jego inteligencja każe mu zamknąć mnie w klatce, choć będę jego najbliższym krewnym. Teraz, kiedy Teraz, kiedy wreszcie wiem, co i jak, powinienem chodzić po tej planecie jak po domu, a jednak ciągle jestem w urzędzie, chodzę od okienka do okienka, ćwiczę podpis, ale ogólnie chowam się w kąt z kotem i miauczę. Jeszcze nie zdążyłem się rozgościć w chwilowym ciele, dopiero co zdjąłem buty i znalazłem kąt z kotem, a już mam numerek, wstaję i tracę oddech. Wkrótce wyjdę, już, już, lecz teraz proszę, zamrucz mi coś ładnego. Mirosław Gabryś – urodził się i mieszka w Cieszynie. Opublikował książkę podróżniczo-emigracyjną Islandzkie zabawki  (2010), powieść Zwłoki monterów idą w miasto  (2011), zbiór opowiadań i 5 tomów poetyckich, ostatni to Mglista glista  (2023). Założyciel, kompozytor i gitarzysta zespołów MIASTO 102 oraz Ucho van Gogha.

  • Ewelina Płonka – trzy wiersze

    nurkowanie Tamtego dnia nie dało się przewidzieć pamiętam szelest traw spacery w słońcu zaschniętą krew na kolanie dziecka potem sen przychodził nagle gasło w nas lato jak światło w pustym pokoju zapach farby z okien obserwowałyśmy ptaki ich obecność uspokajała przed burzą trzepot skrzydeł przecinał myśli pamiętam niepokój we mnie rozdarcie między napięciami z przeszłości w zderzeniu z przyszłością budziłam się do lotu w kierunku sobie znanym w stronę morza między nami rzeka jest spokojna Trzęsie się świat od wewnątrz w tobie zawsze było tyle wolności mówiła mi matka na drogę w biegu zrzucałam z siebie kolce jak róże rosnące pod jej oknem widziałam że trzyma lato w dłoni mój grzebień i czesze się po karku spływa krew wycieram ją jak wodę ze skórki jabłka krzyczy w nocy znów piszę wiersze między nami rzeka jest spokojna tylko zostaw uchylone okna Czytałam w twoich oczach jak w dziurawym maku mamo chciałam spróbować wiatru w drzwiach do mnie miałaś za daleko teraz uważam na siebie w snach otwieram wszystkie myśli dla ciebie na szczęście sierpień mija powoli pamiętam co mówiłaś wyciągam wnioski za nami zostawiam przygaszone światło Ewelina Płonka – poetka, autorka dramatów teatralnych, aktywistka równościowa ,feministyczna i wegańska. Wiersze publikowała w "Helikopterze". Pracowała przy produkcjach teatralnych (Teatr Nowy w Krakowie, Niezależna Scena Teatralna). Jej kolaże ukazały się w książce Feminatywy w Akademii. Słowniczek . We współpracy z Centrum Praw Kobiet w Krakowie prowadziła warsztaty literackie dla kobiet. Czyta, śpiewa i spaceruje wśród przyrody. Mieszka w Krakowie.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page