top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (21)

    Zatrzymaj się na chwilę. Pooddychaj. Albo po prostu przysiądź w spokoju. Będzie wiersz. Zabrzmiało trochę jak groźba, prawda? Ale ten poetycki  odcinek podcastu – stworzyłam dla każdego, kto szuka naprawdę małej dawki uważności, czułości i inspiracji w codzienności. W conocności też. To nie jest jakieś kolejny tutorial. To audio-wiersz – specyficzna medytacja o ciszy, tańcu i źródle każdej siły. Prześledź ten subteln y ruch w sobie, wsłuchaj się w rytm miasta i pozwól, by słowa ukoiły głowę oraz ciało. Miłka O. Malzahn   – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Arkadiusz Aulich – Kontrkultura w Stanach Zjednoczonych

    Nie wznieciliśmy ognia On płonął zawsze Odkąd świat się kręcił  Nie wznieciliśmy ognia Nie, nie wznieciliśmy go Ale próbowaliśmy z tym walczyć […] Nie wznieciliśmy ognia  Ale kiedy odejdziemy Czy będzie nadal płonąć…. ?                                                          Billy Joel Dałem ci wszystko Ameryko i teraz jestem niczym.                      Allen Ginsberg Dziki zachód       Schyłek lat sześćdziesiątych definitywnie pogrzebał nadzieję na wolność. Przez kraj przetoczyła się fala zabójstw i skandali obyczajowo – politycznych.         Zabójstwo Martina Luthera Kinga  Jr. przyczyniło się do masowych protestów społeczeństwa afroamerykańskiego. Kilka lat wcześniej został zamordowany Malcolm X,  Afroamerykanin, który także walczył o równouprawnienie dla czarnoskórej społeczności. Kolejnym zamordowanym politykiem był Robert Francis Kennedy, młodszy brat wcześniej zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Na tym nie koniec. Wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, to morderstwa dokonane przez członków sekty Charlesa Mansona na czwórce przyjaciół. Jedną z ofiar była Sharon Tate żona Romana Polańskiego.        To był także okres wielkich muzycznych pożegnań. Śmierć wirtuoza gitary Jamesa Marshalla Hendrixa, nie mniej utalentowanego gitarzysty The Rolling Stones Briana Jonesa, charyzmatycznej wokalistki Janis Joplin i rebelianta na miarę swoich czasów – Jamesa Douglasa Morrisona. Ta plejada wielkich muzyków rockowych odeszła w zaświaty z własnej nieprzymuszonej winy. Po latach zostaną umieszczeni w wiekopomnej trumnie o wdzięcznej nazwie klub 27. Powód? Wszyscy w momencie śmierci mieli po dwadzieścia siedem lat.        Początek lat sześćdziesiątych rozpoczął się od manifestów organizowanych przez studentów –  aktywistów. Koniec tej „barwnej” dekady zakończył się w podobny sposób. Manifestujący studenci na jednym z kampusów bostońskich zostali stłumieni przez gwardzistów, w wyniku czego czwórka z nich poniosła śmierć (wielu było rannych).                                           Wojna w Wietnamie rozkręcała się w najlepsze, pochłaniając rzesze młodych ludzi. Znany bokser wagi ciężkiej Muhammed Ali na znak protestu wobec wojny w Wietnamie i po odmowie odbycia służby wojskowej został zawieszony w prawach obywatelskich i pozbawiony możliwości pracy w zawodzie na pięć lat.       Kolejnym krwawym ciosem dla części Amerykanów był nowy prezydent Richard Nixon, który zabił wszelkie nadzieje na zmiany. Nie obyło się bez skandalu z jego udziałem, tzw. afery Watergate.        Wszystkie marzenia o wolności zostały pogrzebane. Manson nie doznał oświecenia przez LSD, tylko przez szaleństwo. Utwór ,,The End” zespołu The Doors jak nigdy dotąd brzmiał wymownie w stacjach  radiowych. To był koniec pewnej epoki, która zostawiła po sobie spustoszenie, ale… czy na pewno tylko tę negatywną stronę? Zależy, jak na to spojrzymy. Ameryko, kiedy będziesz anielska? Kiedy ściągniesz z siebie ubranie?                              Allen Ginsberg Zrzucanie ubrań, wyznaczanie granic           Lata sześćdziesiąte były niesamowitym zjawiskiem w dziejach całego świata, swoje wywody ograniczę tylko do Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli współcześnie zakłamuje się te lub je lekceważy, to trzeba pamiętać, że wydarzenia z tamtego okresu po części zmieniły świat. Warto nieustannie wracać do tamtego czasu i czerpać z niego jak najwięcej w kontekście dążenia do wolności w szerokim tego słowa znaczeniu.        U podstaw tych wydarzeń leżały: bunt, gniew, niezgoda na niesprawiedliwy porządek świata. Kontrkultura przyczyniła się do zmian politycznych, obyczajowych, społecznych, artystycznych, kulturowych, w sztuce, w literaturze, w muzyce, w dziedzinach nauki, a także w postrzeganiu wolności, wiary – religijności i w wyrażaniu swoich osobistych potrzeb.        Zaczęło się od strajków studentów, którzy nie godzili się na ograniczanie ich praw. Według  konstytucji mieli możliwość wypowiedzi – obowiązywała przecież wolność słowa. Przez kilka miesięcy walczyli z administracją uniwersytecką oraz z siłami porządkowymi Kalifornii. Można powiedzieć, że te walkę wygrali, dając wzorzec przyszłym pokoleniom. W późniejszych latach na ich podobieństwo tworzono różne grupy – aktywistów, artystów, studentów, którzy walczyli o swoje prawa.     Kontrkultura przyczyniła się do rewolucji komputerowej. Jej twórcy wywodzili się ze społeczności hipisowskiej. Nosili długie włosy, kolorowe ubrania, słuchali tej samej muzyki, brali kwas, żyli w komunach hipisowskich, uprawiali wolną miłość. Kontrkultura miała wkład w przemiany obyczajowe. Osoby o odmiennej orientacji seksualnej mieli dość ukrywania się przed amerykańskim systemem i tą częścią społeczeństwa, która ich nie akceptowała. Wyszły na ulicę, zaczęły domagać się swoich praw, które były zapisane w konstytucji.        Jednym z ciekawych wydarzeń tamtego okresu była historia sprinterki – Kathrine Switzer, która podjęła walkę o równouprawnienie. Wystartowała w maratonie przeznaczonym wyłącznie dla mężczyzn, czym wywołała niemałe oburzenie ze strony organizatorów.         Mniej znane wydarzenia z tamtej dekady, lub mało przytaczane, to historia dwóch psychiatrów – Franco Basaglia i Ronalda Davida Lainga, którzy mieli duży wkład w rozwój tej dziedziny. Nie godzili się na przetrzymywanie pacjentów w szpitalach udręki i dręczenie ich, traktowanie jak więźniów lub zwierzęta. Wtedy wydawało się to nierealne, niemożliwe, a jednak w jakiejś części dokonała się reforma.          Jaźń niech będzie twoją latarnią  Jaźń niech będzie twoim przewodnikiem […] Ostrzegając przed radiami  Które pojawią się  Pewnego dnia  I zmuszą ludzi  Do słuchania automatycznych słów innych…                          Jack Kerouac                      Bunt wyrażany poprzez sztukę          Człowiek bunt ma w naturze. W każdej epoce była jakaś jednostka lub grupa rebeliantów walczących ze skostniałym systemem. Można stwierdzić, że obie strony wzajemnie się uzupełniają. Nie byłoby buntu bez kajdan ograniczających wolność, i nie byłoby kajdan, gdyby ludzie się nie buntowali.         Jednym z narzędzi do walki z amerykańskim systemem była muzyka. Oczywiście nie tylko, także kinematografia, literatura, poezja, malarstwo, sztuki innowacyjne, jak performance – twórczość Yoko Ono, pop - art – twórczość Andy Warhola, i inne artystyczne formy. Mógłbym wymieniać tak w nieskończoność, ale chcę skupić się w tym momencie na samej muzyce, która była najistotniejszym sprzymierzeńcem i „motorem napędowym” dla  kontrkultury w tamtym okresie.          Muzyka tamtych lat była jak automatyczny karabin, wypełniona buntem, gniewem skierowanymi w kierunku establishmentu. Teksty utworów były nasycone ponadczasowymi hasłami: Make love not war, Get the hell out of Vietnam, Give peace a chance. Flower power.           Zaczęto tworzyć wielkie festiwale muzyczne. Jednym z największych i zarazem najważniejszych był festiwal w Monterey w Kalifornii. Wydarzenie odbyło się w dniach 16 – 17 czerwca 1967 roku. Festiwal zgromadził aż 200 tysięcy młodzieży i był zapowiedzią Woodstock. Przeszedł do historii z powodu oszałamiającego występu Hendrixa oraz Joplin. Miał też swoją drugą stronę medalu. Mianowicie organizatorzy mieli problem z porozumieniem się w kwestii finansowej. Zaznaczę, że wejście na festiwal było zupełnie darmowe. Prawdopodobnie spór dotyczył  pieniędzy od sponsorów na samą organizację wydarzenia. Podobno dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, a tym bardziej rebelianci. Jak widać człowiek jednak bywa istotą niedoskonałą, wówczas dążącą do doskonałości.        Festiwal w Monterey miał za zadanie zjednoczyć młode społeczeństwo amerykańskie i uświadomić mu istotę wolności. Pogrzebać konserwatywny, oschły system i otworzyć „drzwi do percepcji” do nowego wymiaru. Był manifestem młodych ludzi. Z pewnością po części spełnił swoją rolę.         Festiwal w Woodstock, który odbył się 15 – 18 sierpnia 1969 roku na farmie Maxa Yasgura w miejscowości Bethel, miał wymiar głównie muzyczny. Wydarzenie to skupiło aż 400 tysięcy młodzieży i było już schyłkiem kontrkultury. Osobiście nazwałbym to podsumowaniem lat sześćdziesiątych. Najdobitniej widać to w momencie, gdy Hendrix odgrywa hymn Stanów Zjednoczonych przy prawie opustoszałej widowni, a po zadeptanym polu fruwa pełno śmieci.    A kto nie umiał zasnąć, nim nie wymyślił granic?                                               Leszek A. Moczulski                       Amerykański (sen) zmierzch      Ameryka kojarzy nam się z dobrobytem z krajem, w którym dolary lecą z nieba jak przysłowiowa manna. Jednak jak się zderzymy z rzeczywistością, to amerykański sen staje się mitem. Jednakże nie jest tak do końca. Istnieje takie pojęcie jak amerykański sen i przekłada się ono na rzeczywistość, lecz  jest on dany wyłącznie ludziom przedsiębiorczym, twardym, odpornym na porażki, tzw. Rekinom, czyli osobom, które nie przejmują się losem innych i dążą do wyznaczonego celu. Kłania się tu makiawelizm – cel uświęca środki.        Po drugiej wojnie światowej Ameryka była globalnym mocarstwem (militarnym), a obywatele dość zamożnym społeczeństwem. Czy naprawdę tak było? Właśnie nie do końca. Były to tylko pozory. Wielka Ameryka borykała się z wewnętrznymi problemami gospodarczo - ekonomicznymi. Z pewnością wszyscy wiedzą, co to jest pożyczka, a niektórzy może mieli przyjemność z niej z korzystać. Rząd Amerykański z ówczesnym prezydentem Harrym Trumanem na czele wpadli na pomysł pożyczki dla obywateli, bo aby uspokoić społeczeństwo, wystarczy dać mu pieniądze. Nieważne, że pieniądze były z kieszeni właśnie tychże obywateli.          Kolejnym pomysłem było wprowadzenie programu dwudziestu jeden punktów, które zakładały większy socjal, podniesienie płacy minimalnej oraz likwidację slamsów. Plan częściowo odniósł sukces, albo inaczej to ujmę, oddalił tylko Amerykę od bankructwa. Na problemach finansowych Stanów Zjednoczonych jednak poprzestanę. Skupię się na amerykańskiej kulturze, społeczeństwie i obyczajach.         Stany Zjednoczone po drugiej wojny światowej były krajem bardzo konserwatywnym, żeby nie powiedzieć purytańskim.        Stany Zjednoczone mają olbrzymią  powierzchnię. Co za tym idzie – także wielokulturowość, wynikającą z historii tego dość młodego państwa. Problemy z którymi się borykały i nadal borykają są dość niezrozumiałe dla mnie. Ponieważ kraj, który został złożony z wielokulturowości, niszczy się od wewnątrz przez różnice kulturowo – obyczajowo – społeczne. Gdzie w takim razie jest miejsce na wolność, akceptację? Właśnie tu leży pies pogrzebany, i to dużych rozmiarów. Brak było właśnie akceptacji ze strony ówczesnego rządu (republikanie) i części obywateli. Przypomnę, że w tamtym okresie wyznawano tradycje rodzinne takie, jak: biały dom z ogródkiem, co najmniej dwójka dzieci, pies, kot, auto, pobożność. Wszystko po bożemu. Pewnie i w alkowie zero fantazji. Osoby z odmiennymi poglądami obyczajowymi – społecznymi i kulturowymi, byliby zagrożeniem dla takiego konsumpcyjnego stylu życia. Ogólnie panowała dyskryminacja rasowa, płciowa i klasowa, seksizm, ksenofobia itp...      Cofnijmy się do lat pięćdziesiątych z racji tego, że już wtedy dochodziło do  manifestów, głównie artystycznych, scenicznych. Artystom było łatwiej zamanifestować swoją „inność”  lub o niej mówić poprzez sztukę. Moim zdaniem były to początki kontrkultury.         Więc podwaliny do rewolucji lat sześćdziesiątych miała masa artystów z lat pięćdziesiątych: literatów, muzyków, plastyków.          Zatrzymajmy się więc w tym miejscu przy literaturze. Wśród czołowych postaci byli beatnicy. Był to ruch awangardowo – kulturowo – literacko – anarchistyczny. Głównymi jego przedstawicielami byli Allen Ginsberg, Jack Kerouac, Neal Cassady i William S. Burroughs. Odrzucali oni konsumpcyjny styl życia, rozczarowani wartościami pokolenia rodziców, drugą wojną światową, wojnę koreańską i zimną wojnę. Poszukiwali sensu życia w używkach i w podróżach. Jako autorzy stworzyli dzieła literackie, które przeszły do historii światowej literatury, a ich twórczość i zachowanie przyczyniły się do przemian, które zaszły dekadę później, i do powstania subkultury hipisowskiej. Wymienię trzy najważniejsze dzieła w dorobku bitników: Skowyt Allena Ginsberga, W drodze  Jacka Kerouaca oraz Nagi Lunch Williama S. Burroughsa.        W branży muzycznej także byli buntownicy, którzy wpłynęli na przemiany w USA. W latach pięćdziesiątych popularny był rock and roll. Tacy artyści, jak Elvis Presley, Chuck Berry, Little Richard, Buddy Holly czy Jerry Lee Lewis swoją obyczajowością i ekspresją muzyczną gorszyli konsumpcyjne społeczeństwo, a z kolei James Brown śpiewał, że jest sex maszyną. Moim zdaniem kontrkultura była zjawiskiem ewolucyjnym o tysiącach twarzy.      Bardzo ważnym, a nawet kluczowym czynnikiem w walce z amerykańskim systemem, paradoksalnie byli amerykańscy żołnierze. Miliony obywateli patrzyli z pogardą na powracających weteranów. (Próbuję sobie wyobrazić siebie powracającego z wojny do kraju bez perspektyw, do kraju w którym jestem niemile widziany, pomimo że przelewałem krew za swoją ojczyznę.) Ten gorzki obraz Ameryki był wielokrotnie przedstawiany w kinematografii.           Amerykański żołnierz, był jednym z pierwszych buntowników, który uświadomił sobie zakłamanie kraju, w którym się urodził. Nie godząc się z tym obrazem, wielu z nich świadomie przystało do hipisów. Żyli w komunach hipisowskich, eksperymentując ze środkami  psychoaktywnymi. To także i oni byli jednymi z pierwszych prowodyrów, buntowników.    Zamienianie gówna w róże.                              Allen Ginsberg Przejaskrawione lata sześćdziesiąte     Dzień, w którym przerwano Amerykański sen, dla wielu konserwatywnych obywateli przeistoczył się w koszmar na jawie.        Na skraju parku Golden Gate w San Francisco na jednym z trawników trwała integracja poznawcza, czyli tzw. wolna miłość, a mówiąc dosadniej – orgia. W drugim końcu tegoż parku grupa młodych ludzi przyodziana w kwiaty, kołysała się w rytm muzyki folkowej, głosząc hasła: ,,równość, wolność, braterstwo”. Obok nich grupa hipisów zaciągała się jointami myśląc, że jakoś to będzie.       W tym momencie pozwoliłem sobie na dygresję, lecz nie jest to wynikiem niechęci do kontrkultury. Moim zdaniem wszystko zostało zaprzepaszczone przez zachowanie wymienionych przeze mnie środowisk. Nie piętnuję ich, ponieważ sam wyznaje swobodę i wolność, lecz to nie była droga do zwycięstwa.  Chyba że się mylę, i właśnie to było istotą kontrkultury. Jeśli tak, to nie miała ona szans na zupełne powodzenie.         Prawie wszyscy ludzie z ówczesnego środowiska sprzeciwiający się systemowi zażywali środki psychoaktywne: kwas, LSD, peyotl itp... W dodatku wzrosła przestępczość wśród wymienionych subkultur. Pojawiły się sekty na skalę ogólnokrajową. Komuny hipisowskie przyciągały przestępców, osoby z różnymi zaburzeniami psychicznymi, psychopatów, szarlatanów czy seksoholików, którzy na wieść o wolnej miłości czuli się jak ryby w wodzie.  Przecież nie każdy chciał kopulować z każdym, kto tylko się nawinął. W dodatku panowała hierarchia w komunach, która psuła całą ideę wolności i równości.        Młodzi ludzie odrzucając wartości rodziców, szukali nowych ideałów. Niestety było to wpadanie w skrajności. Granice między dobrem i złem się zacierały. Młodzi nie byli gotowi na szeroko idące zmiany. Przecież świat sam się nie ułoży.      Wszystkie niepowodzenia kontrkultury zweryfikowała rzeczywistość. Obnażyła słabe punkty wielkiego kolosa na glinianych nogach.    …i czekam  na powtórne narodziny cudu  i czekam na kogoś żeby naprawdę odkrył Amerykę  […] i czekam  żeby Amerykański orzeł  naprawdę rozpostarł skrzydła….                     Lawrence Ferlinghetti                      Wyjście alternatywne         Większość rebeliantów z tamtych czasów nie doczekała się odrodzenia kontrkultury, ponieważ życie jest zbyt krótkie i ma za dużo zakrętów, a „drzwi percepcji” nie zawsze prowadzą do oświecenia.          Kończąc swoje wywody na temat kontrkultury przytoczę słowa polskiego publicysty Stefana Kisielewskiego: To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.      Arkadiusz Aulich (ur. 1979) – dramatopisarz, poeta, postmodernista. Autor czterech tomów wierszy oraz dramatu: Dom czystych myśli (2018), Odmienne stany świadomości  (2019). Skądinąd  (2021), Za siebie (2023), W formie  (2025). Publikował w antologiach oraz czasopismach literackich: „Czas Literatury”, „Afront”, ,,Post Scriptum”, ,,Suburbia”, ,,Odra”, „Akant”, ,,eleWator”, ,,Format Literacki” , ,,Protokół Kulturalny”, ,,Moja przestrzeń kultury”, „Wydawnictwo J”, „Epea”, ,,Zeszyty Poetyckie”, ,,Wytrych”. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

  • Rafał  Kasprzyk – Przester (vol. 1)

    Gdzieś pomiędzy ciszą nieistnienia a szumem słów.  Od dawna już obserwuję literackie poczynania Tomasza Hrynacza, którego twórczość stanowi fascynujący przykład poezji, balansującej na granicy ciszy i słowa, porządku i chaosu, życia i śmierci oraz zrozumienia z jednoczesnym poczuciem jakiegoś dziwnego podskórnego lęku, wzrastającego wprost proporcjonalnie do wzrostu świadomości, zarówno czytelnika tych książek, jak i samego autora. Jego wiersze, pełne nieoczywistych skojarzeń, zaskakujących metafor i niejednoznacznych obrazów, stają się przestrzenią, w której nie tylko język zyskuje nowe znaczenia, a forma zostaje wyzwolona z tradycyjnych schematów, ale także sam czytelnik podążający śladami jego tomów, ulega pewnej ewolucyjnej transformacji. Pewnemu metafizycznemu przewartościowaniu. Niczym w teorii Pierre'a Teilharda de Chardin, francuskiego jezuity, filozofa i paleontologa, który wierzył, że cały wszechświat rozwija się i ewoluuje w sposób celowy i zorganizowany. Zaczyna się od kosmicznego chaosu, z którego powstaje porządek, a ewolucja jest procesem, który prowadzi do coraz większej złożoności i świadomości. Uważał on, że wszechświat jest dynamiczny (według mnie, podobnie jak poetycki wszechświat Corto muso ), a jego rozwój nie jest przypadkowy (tak samo jak u Hrynacza), lecz podąża w kierunku pewnego celu, którym jest pełna realizacja duchowego potencjału (istota poezji Hrynacza). I kiedy wracam teraz myślami do wcześniejszych książek autora, takich jak choćby Pies gończy (FORMA 2021),  Emotywny zip (FORMA 2021), czy Lallen  ( Instytut Mikołowski 2024), to śmiem twierdzić, że echa teorii de Chardina jakoś pobrzmiewają w każdej z nich. Oczywiście teoria francuskiego jezuity jest tylko pewną metaforą, którą chciałbym się jakoś wspomóc, poddając się refleksji dotyczącej najnowszego tomu Tomasza Hrynacza, Corto muso (FORMA 2025), ale doszedłem do wniosku, że elementy, skądinąd bardzo ciekawej teorii, w której pojawia się coś takiego jak pojęcie noosfery jako warstwy myśli, inteligencji i świadomości, stanowiącej przestrzeń, w której idee i myśli mogą się rozwijać, a ludzka świadomość ewoluuje w kierunku coraz większej jedności i zrozumienia są - może nie na pierwszy rzut oka, ale jednak -  jakoś wkomponowane w najgłębszą warstwę tej poezji. Wszakże Hrynacz jest uważany za poetę metafizycznego, a Transcendencja (celowo piszę z dużej litery) w jego poezji nie jest, li tylko prostym wyborem religijnym czy metafizycznym. To raczej przestrzeń poszukiwania odpowiedzi na pytania o istotę istnienia, o to, co pozostaje po nas i co możemy po sobie zostawić.  Przecież w swoich wierszach stawia on źródłowe pytania o to, jak można wypełnić życie sensem w obliczu jego nieuchronnego końca. Jednocześnie w jego poezji znikanie, rozpad, i zacieranie się śladów życia, stają się sposobem opowiadania o tej transcendencji właśnie, a więc o tej części istnienia, która nie jest materialna, ale bez wątpienia wyczuwa się ją w słowach, w symbolach, czy w samym poetyckim obrazowaniu. W poezji Hrynacza - biorąc pod uwagę kontekst śmierci i przemijania - wyraźnie widać to właśnie ciągłe napięcie pomiędzy tym trwaniem a zanikaniem. Paradoks frazy świdnickiego poety polega jednak na tym, że przedstawia on ten proces jako coś, co nie jest ani całkowicie zakończone, ani też permanentnie obecne. Zdaje się, że bardziej chodzi o pewne cykliczne, fragmentaryczne trwanie, które wiąże życie ze śmiercią w sposób nieoczywisty i wielowymiarowy. Owo znikanie, ubywanie rzeczywistości na naszych oczach,  staje się więc nie tylko definitywnym końcem, ale także, a może przede wszystkim, początkiem czegoś nowego – przejściem w inną przestrzeń, która pozostawia po sobie ślady, obrazy, pamięć. W ten oto sposób, w jego poezji cała ta tanatyczna perspektywa jest nieustannie obecna w procesie bycia, ale pozostaje jednocześnie wciąż nieuchwytna, zacierająca się i przekształcająca, co zresztą wybrzmiewa już na początku tomu: „to się zaczyna co się zacząć nie miało/ to się kończy co się skończyć miało ( [to] )”. Od samego początku więc mamy  wgląd w tę dialektykę trwania i znikania, w której śmierć nie jest końcem, ale formą transformacji, nie tylko w procesie doświadczania ludzkiej egzystencji, ale też w samym języku i formie, które próbują jakoś oddać ten stan zawieszenia między tym, co już było, a tym, co nadchodzi. A co nadchodzi? Ano choćby to, co w wierszu En passant : „Zaborczy świat, wieczne rozkołysanie na planszy pomnych proroctw, w wizjerze wstecz idąca zona”. Nic więc dziwnego, że Hrynacz zdaje się twierdzić, że język nie jest wystarczający, by oddać pełnię doświadczenia. Jest on niedoskonały, ale z drugiej strony także pełen mocy, która tworzy świat pełen luki i wątpliwości. Pewnie dlatego jego zmaganie się z granicami wyrazu, z granicami języka nie jest tylko narzędziem do przedstawiania świata, bo w pewnym momencie sam język jako taki staje się w tomie przedmiotem refleksji. Bardzo wiele jego tekstów to eksperymenty lingwistyczne, które prowokują formą, łamaniem struktury i dekonstruowaniem konwencjonalnego porządku słów. Poezja staje się więc u niego miejscem, w którym to, co zrozumiałe i pewne, zostaje zburzone przez nieoczywiste zestawienia słów, różnego rodzaju neologizmów i metafor. Z pewnością to co przykuwa uwagę, powodując bliżej nieokreślony wewnętrzny dysonans w czytelniku to to, że w jego wierszach język jest często pozbawiony jednoznacznych definicji, a znaczenie słów zmienia się w zależności od kontekstu. W ten oto sposób poeta w osobie Hrynacza prowadzi grę z czytelnikiem. Zmusza go do szukania sensu - niejako na własną rękę - w tym, co pozornie jest nieuchwytne i niejasne. Zatem wprowadzenie tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów jawi się jako droga ku wyjściu poza ograniczenia tradycyjnej semantyki i umożliwia tworzenie się nowych, wieloznacznych przestrzeni. Koniec końców to, co w kontekście tradycyjnego języka wydaje się być jasne i klarowne, w jego poezji staje się niestabilne. Rozczłonkowane. Słowa zaś rozsypują się, zacierają w sensach. Nie dają się łatwo określić, doprecyzować, przez co zaczynają pełnić rolę zaproszenia do odkrywania tego, co nieoczywiste. Poezja Hrynacza staje się w ten sposób narzędziem, które nie tyle komunikuje gotowe prawdy, co zmusza nas do wchodzenia w przestrzeń zawieszenia i niedopowiedzenia. A to cholernie trudne jest, bo w najmniej odpowiednim momencie lektury pojawia się poczucie, że tradycyjny język nie jest w stanie uchwycić całości  doświadczenia. Na szczęście z pomocą przychodzi semantyczne koło ratunkowe Hrynacza, który wprowadza do swojego słownictwa nowe konstrukcje, słowa wyjęte z kontekstu, które wymuszają na czytelniku konieczność przedefiniowania pojęć, które dotychczas wydawały się oczywiste. Tworzenie nowych słów i łamanie istniejących schematów językowych jest w tym przypadku sposobem na uzyskanie dostępu do rzeczywistości, która nie jest dosłownie wyrażalna. Poetyka Hrynacza pełna tych wszystkich lingwistycznych eksperymentów, ukazuje także istotną cechę jego twórczości, z którą niejeden czytelnik pewnie będzie miał trudność – niejednoznaczność. Chaos językowy w jego wierszach, który na początku może wywoływać pewne trudności nie jest przypadkowym zabiegiem, ale świadomą metodą, która pozwala na odzwierciedlenie stanu świata i egzystencji jako całości. Co prawda język w jego poezji jest nieuporządkowany, pełen sprzeczności i niedopowiedzeń, co de facto konstytuuje filozofię życia w niepewności i chaosie, jak to ma miejsce w przypadku podmiotu lirycznego w Corto muso. Ale… No właśnie! Jest jedno ale...Ten tworzony z premedytacją przez Hrynacza chaos jest punktem wyjścia do głębszej refleksji i ponad wszelką wątpliwość stanowi pole, na którym może pojawić się nowe znaczenie. Nowe przeczucie. Nowa myśl. Nowa idea. Krótko mówiąc, wspominane już pobrzmiewające w jego poezji echo teorii de Chardina. Natomiast to co jest wielką siłą wierszy świdnickiego poety i to co mnie najbardziej przekonuje, powodując, że ciągle do niego wracam to to, że Hrynacz nie szuka definitywnych, ostatecznych odpowiedzi, ale pokazuje, że proces poszukiwania sensu w perspektywie egzystencjalnej czy metafizycznej oraz zmaganie się z granicami języka to centralne tematy ludzkiego istnienia. Śmierć i życie tworzą przestrzeń, w której każdy z nas może próbować odnaleźć swoje miejsce, na nowo konfrontując się z pytaniem o to, co tak naprawdę oznacza istnieć? Tomasz Hrynacz, Corto muso , FORMA, Szczecin 2025, str. 74. Rafał  Kasprzyk  – poeta i krytyk literacki, laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 roku tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu) ,. Następnie wydał Dychotomię  (2020), Igliwie, czyli niespieszne rozmowy nie tylko o literaturze (2025). Publikował wiersze w "Odrze", "Przekroju", "eleWatorze", "Afroncie" i "Helikopterze", a jego teksty krytyczne ukazywały się w "ArtPapierze" i "Nowym Kozirynku". Jest także autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene . Na marginesie lektur  na stronie www.kozirynek.online .

  • Tomasz Hrynacz – pięć wierszy

    Zmierzcha Akrylowa krew Akrylowe niebo Akrylowy skrzek  Powtórz Do składu Wystarczy haust Haptyka starczego lata Chudy bilon w fontannie ku ozdobie. Mówią, że na powrót. Chwilowo tak zostań. Chwilowo tutaj pobądź. Po latach z litości przyśni się lunapark, crossfit i cukrowa chmurka na patyku. Niebo jak płuco, i to ukłucie, różana duszyczko. Tweet Kres dnia, wyszparuj. Błyszcz mrozu, odprowadź. Zrost ran, przesmaruj. Impet śnieżycy, pożegnaj. Bezlik opadu, odnotuj. Żerdź migu, przekopiuj. Samopas żaru, uwolnij. Rys nocy, przywitaj. Zygzak blizn, zamaluj. Zapałka, draska, dwa kije Podpalasz?  Popalam. Nastały czasy  na pobożne  życzenia. Co co kto co pod  co smartfon  co urodzajne ziemie co ochędóstwo co karta debetowa  co Lidl  co pokrewieństwo  co śmierć  ( do końca rzecz po rzeczy rzecz do rzeczy ) połączenie jest niestabilne fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz  (ur. w 1971 r.) – autor tomów wierszy: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych  (1999), Rebelia  (2001), Enzym  (2004), Dni widzenia (2005), Praski raj  (2009), Prędka przędza  (2010), Przedmowa do 5 smaków  (2013), Noc czerwi   (2016), Dobór dóbr  (2019), Pies gończy  (2021), Emotywny zip  (2021), Lallen  (2023), Corto muso  (2025). Tłumaczony na język angielski, bośniacki, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niemiecki, serbski, słowacki, rosyjski, rumuński i ukraiński. Mieszka w Świdnicy Śląskiej.

  • Sonia Pohl – Kret

    Procedura zachowania Idealnej Linii Zieleni i ratowania godności Obywatela Drugiego Progu Podatkowego, Posiadacza Wspaniałego Trawnika (w skrócie PWT). Czerwiec. Kraj zmaga się z upałami. W miastach zakazano napełniania basenów, co spotyka się z niezadowoleniem tych, którzy za ciężko zaciągnięte kredyty wybudowali sobie podmiejskie wille w czasach, gdy metr ziemi kosztował tyle, co worek ziemniaków. Ograniczenie zużycia wody bezsprzecznie narusza bowiem podstawowe prawo do kąpieli we własnym ogrodzie oraz podważa przywilej posiadania cudownie zielonego trawnika. Ale jak cierpieć, to równo. Co „porządniejsi” mieszkańcy podmiejskich osiedli nasłuchują więc szumu wody, sprawdzając, czy basen sąsiada nie napełnia się przypadkiem zakazaną cieczą lub czy nie słychać syczenia węży ogrodowych. Jeżeli zaś padnie podejrzenie, natychmiast wykonują telefon do straży miejskiej. Jak można się domyślić, straż ma pełne ręce roboty. Brak dostępu do prywatnego kąpieliska nie jest jedyną kwestią spędzającą klimatyzowany sen z powiek Obywatela Drugiego Progu. Martwi się on przede wszystkim o swój trawnik, a dokładniej o zachowanie Idealnej Linii Zieleni na swojej posesji. O taką Polskę przecież walczył – równą, dobrze napowietrzoną i zieloną jak okiem sięgnąć, to znaczy do ogrodzenia obsadzonego murem tuj, ponieważ uznanym standardem jest osłonięcie Wspaniałego Trawnika gęstym, wysokim na przynajmniej półtora metra murem iglaków, który osłania przed niechcianym wzrokiem sąsiada. Tuje bez wody sobie poradzą. Trawnik może tego nie przeżyć. Posiadacz Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, budzi się w środku nocy i nerwowo przelicza, ile rolek trawnika musiałby zamówić, żeby zakryć ubytki i w panice wysyła wiadomość do księgowej z zapytaniem, czy można wliczyć to w koszty. Nie, to nie byłoby jeszcze najgorsze. Dałoby się z tego wybrnąć. Ale PWT czuje, że coś nadciąga, że jego spokój jest zagrożony przez siły zupełnie od niego niezależne, które trudno mu kontrolować, a czego nie może znieść najbardziej, to własna bezsilność i przeciwnik, którego nie widać. Z tegoż względu największym wrogiem każdego Posiadacza Wspaniałego Trawnika jest kret. Przy najlepszym napowietrzeniu ziemi krety budują korytarze podziemne w tempie 13m/h, a to oznacza, że w ciągu dnia mogą usypać nawet siedemdziesiąt kopców i to zaledwie w celach naprawczych, w wyniku uzdatniania podziemnych nor i tuneli. Pierwszorzędne nawodnienie ogrodu Posiadacza Wspaniałego Trawnika, w skrócie PWT, który ukradkiem łamie zakaz i podlewa trawnik nocą sprawia, że w okresie suszy jego murawa staje się atrakcyjnym żerowiskiem. Krety, nieodporne na wysokie temperatury, szukają wilgotnych terenów, gdyż trudniej im przekopać suchą, zbitą grudę ziemi niż chłodne mokradła. Wszelkie zabezpieczenia, to znaczy biologiczne strachy w postaci krzewów bazylii lub kęp aksamitek, repelenty wlewane bezpośrednio do kopców, urządzenia wydające piski, a nawet bardzo kosztowne siatki podziemne, które Posiadacz Wspaniałego Trawnika zainstalował w celach obronnych zostają sforsowane i nie sprawdzają się przy masowym najeździe kreta. Dzieje się więc to, czego PWT obawia się bardziej niż suszy – szkodnik powraca, a to oznacza koniec Idealnej Linii Zieleni. Sfrustrowany PWT jest zmuszony podjąć ważką decyzję, która może łączyć się z prawnymi konsekwencjami i społecznym ostracyzmem. Wreszcie, rozważywszy swoje szanse i wysokie prawdopodobieństwo zatajenia całej sprawy, po cichu wypowiada wojnę kretom. Z półki nad łóżkiem ściąga poczytną w korpusach amerykańskiej armii "Sztukę Wojny" Sun Tzu, aby przypomnieć sobie metodę na zwycięstwo. Przed przystąpieniem do bitwy – czyta – należy rozważyć wszelkie okoliczności i dobrać odpowiednią strategię . PWT rozważa "taktykę na chemika", ale szybko dochodzi do wniosku, że w trakcie suszy będzie nieskuteczna, bo spragniona cieczy ziemia pochłonie większość środka kretobójczego. Blitzkrieg’u więc nie będzie. Tu potrzeba cierpliwości. Należy w tym miejscu wspomnieć, o czym PWT wie doskonale, że kret europejski (talpa europaea) jest objęty częściową ochroną, co oznacza, że umyślne zabijanie, okaleczanie, chwytanie, a także niszczenie siedlisk, gniazd i uniemożliwianie dostępu do schronień tego stworzenia jest zakazane i grozi karą grzywny lub, w skrajnych przypadkach (jak dotąd nieodnotowanych), nawet aresztem. Doprowadzony do skraju wytrzymałości PWT stwierdza jednak, że okoliczności są nadzwyczajne, a sytuacja wymaga drastycznych środków. Podparty na duchu myślą, że brak poszlak wyklucza udowodnienie zbrodni, bierze sprawy w swoje ręce. Jest piąta rano. Dzwoni budzik. PWT wstaje i parzy kawę. Jest opanowany, a jego ruchy płynne. Przelewa kawę do filiżanki i w klapkach oraz szlafroku wychodzi na taras, aby ocenić straty w ogrodzie. Kawa paruje. O 5:10 temperatura wciąż pozwala na racjonalną analizę sytuacji. PWT codziennie wieczorem przydeptuje klapkiem i oznacza stare kopce, żeby rano dopatrzyć się świeżych hałd ziemi. PWT, a raczej ex-PWT wpatruje się teraz w Niedoskonałą Linię Zieleni i szuka nowego kretowiska. Odstawia filiżankę. Znalazł. Schodzi z podestu, schyla się (musi ugiąć nogi), by z czułością pogłaskać zielone źdźbła. Szlafrok rozchyla się, spomiędzy materiału na chwilunię wyłażą szare, wżynające się w pachwinę slipki i kawałek owłosionego pępka. Prostuje plecy, poprawia klapki i przemierza trawnik, kierując się w stronę świeżego kopca. O 5:15 poranna mgła jeszcze nie opada, ale eks-PWT uważa, że ostrożności nigdy dość. Podejmuje działania od razu. Swoją broń ukrył między tujami. Wygrzebuje ją właśnie z miejsca, w którym ją schował. Rękaw szlafroka pokrywa się mleczną pajęczyną. Wraz z łopatą opieszale pociąga nogami, by dowlec się do Ostatecznego Celu Swojej Wędrówki, to znaczy staje z łopatą nad Nową Bazą Wroga. Podwija rękawy. Chwyta łopatę oburącz. Podnosi ramiona. Nasłuchuje. Kto się zawczasu stawi na pole bitwy, ten może spokojnie czekać na wroga; a kto się zjawi poniewczasie i będzie zmuszony do pośpiechu, ten się tylko zmęczy. Tak więc dobry wojskowy komenderuje wrogiem i nie daje mu się wodzić za nos . )* Dochodzi wpół do szóstej. Sąsiad wyprowadzi psa dopiero za jakieś czterdzieści minut, a garaż po prawej otworzy się za niecałe pół godziny. Ma jeszcze dużo czasu. Mgła opada, zaczyna robić się cieplej. Mięśnie są napięte. Eks-PWT rozważa, czy powinien zrezygnować z bawełnianej froty, ale to by oznaczało, że na moment straci czujność. Szacuje ryzyko. Po kolejnej minucie decyduje się zrzucić odzienie i zostaje tak, jak go namalowała współczesna cywilizacja – w szarych slipkach opinających owłosione krocze i japonkach z miękkiej gumy. Kropelki potu spływają mu po czole, opierają się o brwi. Ramiona zaczynają się lekko trząść. Eks-PWT przywołuje na myśl swój niegdyś piękny trawnik, co motywuje go do utrzymania pozycji. Naraz słyszy szmer w ziemi. Poziom adrenaliny skacze, ramiona unoszą się, mięśnie napinają. Ex-PWT bierze zamach dokładnie w momencie, gdy na jego stopy wysypuje się grudka ziemi. Napiera całym ciałem na łopatę i wbija ją w kopiec. Słychać cichy pisk. Oto Dzień Zwycięstwa. Podnosi z trawy szlafrok, nakłada go na siebie, z kieszeni wyjmuje pojemnik z workami na odchody psa i odrywa sztukę. Przez chwilę rozważa, czy nie powinien zostawić kreta w dole jako przestroga dla reszty kreciej rodziny, ale nie jest przecież barbarzyńcą. Z grymasem wyławia truchło z kretowiska, trzymając go przez reklamówkę. W drodze powrotnej na taras obmywa łopatę odrobiną wody (pod niskim ciśnieniem, żeby sąsiad nie usłyszał), a zwłoki kreta wyrzuca (wciąż w woreczku, no bez przesady) do pojemnika na odpady biodegradowalne. Zasypuje go kilkoma chwastami. Na szczęście wywóz śmieci jest jutro, w kuble nie zdąży porządnie zaśmierdzieć. )* cytat z „Sztuki Wojny” autorstwa Sun Tzu, a w zasadzie kopiuj-wklej z Wikicytatów, do których PWT zajrzał, nie mając czasu na lekturę całości. Sonia Pohl – absolwentka prawa. Współautorka książki Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii. Debiutowała na łamach "Tygodnika Powszechnego" reportażem Lato bez domu. Publikowała w "Odrze", "Kontencie" i "Stronie Czynnej". Wyróżniona w ramach Szkoły Pisania Powieści KMLU 2022/23. Członkini kolektywu pisarskiego  Sfinga Girls . Mieszka w Krakowie. Regularnie bywa nad morzem.

  • Hubert Czarnocki – pięć wierszy 

    Czy Skarpety, zęby, krojenie, zarabianie, powracanie, kupowanie, podgrzewanie, odpoczywanie, spłukiwanie, skarpety, zęby, że włożyć, że szybko, że chleb, że przeżyć, że taka kolej, że podtrzymać, że odetchnąć, że ulga, że zdjąć, że wypluć, że co znowu, że po co, że jak długo tak, że to boli, że to uwiera, że to głupie, że czy jest coś więcej, że czy jest coś, że czy jest, że czy, rzeczy, rzeczy? Nie, to niemożliwe. Skreśl ostatni wyraz, a nawet dwa. *** Jan wyszedł tylko na chwilę. Chciał załatwić jedną sprawę. Ale już nigdy nie wrócił. Śliska nawierzchnia, zbyt duża prędkość. Na pogrzebie wyrywały się ludziom pytania w niebo. Ale niebo milczało. Milczały lasy, milczały rzeki, milczały jeziora. Mówił tylko Bóg, a właściwie szeptał. Ale ten szept rozumiał tylko Jan. Wszyscy inni myśleli, że to wieje wiatr. *** Nawet jego pokój był urządzony tak, żeby żył jakby w przelocie. Jak dotąd nigdzie się na dłużej nie zagnieździł. Czasem przysiadał na ławce, na murze. Przemykał między wami z oddechem przemyconym za pazuchą. Był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, dźwięków, zapachów? Nie. Był po to, żeby przełamać się sobą z kimś kto obok. *** We mnie od wschodu do zachodu wojna. Pędzę w niewidzialnym pociągu każdego dnia, mimo że nigdy do niego nie wsiadałem i nie kupowałem biletu. Nie ruszając się z miejsca wyruszam w dalekie podróże. Fotografuję własne podpalone dłonie, żeby ich nie zapomnieć. Rozpaczliwie zawracam dymiące się statki płynące z nurtem rzeki. Mocuję się z mechanizmem, który uparcie przewija ten film do przodu. Wspominam dzień, w którym ostatni raz bawiłem się w chowanego. Co stało się później nie wiem. Pisanie, zatrzymywanie Prześwietlone zdjęcia, kulawe zapiski, udane i nieudane role. To cała reszta. I jest ona o tyle o ile. O ile służy podtrzymywaniu,  podszeptywaniu, podprowadzaniu, podświetlaniu. Miłości. Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę na KUL-u i Akademię Fotografii. Wiersze publikował m.in . w ,,Toposie”, ,,artPapierze”, ,,Kresach”,  ,,Portrecie”, ,,Cogito”, ,,Czasie Literatury”, ,,Perspektywach”, ,,Dwutygodniku”, ,,Arkadii”, "Frazie”, ,,Helikopterze”, ,,Migotaniach”, ,,Wyspie”, ,,Elewatorze”, ,,Odrze”. Autor e-booka Jasność (2008) oraz tomów Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018).

  • David Caño – cztery wiersze 

    Bejrut Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, wśród czerwieni i zapachów, z dala od liryki, z kolanami ściekającymi na brudną ziemię, z uderzeniami o mur, z Daily Express , pod naporem ataków. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj, w tym bunkrze-pożeraczu, pochłaniając lęk nagim ciałem, makabryczny taniec życia, które nam ciąży, i mamy gdzieś bombardowanie, i krew w morzu, i pierdoloną AIDS. Jeśli mamy umrzeć, to niech stanie się to tutaj: poezja może płakać, jeśli będzie chcieć. Przedmiejski Wziąłbym cię za rękę, ukoił twój oddech, osłodził morfinę, wszystko, by temu zapobiec, żeby zdusić twoje niekończące się „nigdy już nie wrócę”, z tymi wszystkimi głosikami wciąż brzmiącymi w mojej głowie, aż po drżenie, wszędzie, wokół, każdej nocy. I byle tylko okaleczyć ból, przegnać szaleństwo. Pomiędzy Safoną a Germainem Bretonem Piszę do ciebie z naszych pogryzionych warg, aż po rozdarcie, z niepowstrzymanego języka bękarta, wyplutego na język, który go przyjmuje. Rozpruta wściekłość, amputuję wszystkie litery twojego imienia i planuję zamachy, bombardowania, maski gazowe, które oddzielą nas, z dziećmi-zbawicielami skaczącymi z najwyższych budynków i z ogniem twoich kochanek burzącym, jeden po drugim, wszystkie kościoły Rzymu. Mogłaś mnie zabić i w ten sposób spełnić pierwsze z wszystkich przeczuć. Tyle fatalności mogło nas tylko pchnąć do rozpaczy, do obłędu… Ale ty nie jesteś Nadją, tylko boginią getta, i uśmiechasz się, gdy chwast uciska ci serce, a kotka ozdabia rów przy przedmieściu. Cała jesteś porzuceniem. Upalnym powietrzem. Suchą krwią. Majakiem i pożądaniem. Czystym rozkładem. *** Barcelona to miasto najniebezpieczniejsze! Francisco Casavella Barcelona to ty - tak, jak seks jest nocą, strachem, naszym pragnieniem, niepokojem i plastikiem - wszędzie, papierami, kwasem na języku. Ssiesz mnie, a ja cię połykam, świta. Łysa Góra, Montjuïc przegląda się w morzu, strzykawki pod stopami, światełka... To resztki miasta w płomieniach, na niebie: BŁYSKI. Wszystko wraca, wszystko. Ciemność z oddali mnie woła, ale ty jesteś tutaj: Czego chcesz? Kto mówi?  Nie wiem, kim jesteś, rajstopy są już zsunięte, one jęczą. Przyszłość nie istnieje. Zapomnienie to matka. Ni fabryka, ani latarnia. Dotykam twojego tatuażu, nie dowierzając, niepewny - pocę się i przywieram do ciebie. Ale ty, ty tylko podciągasz majtki, odchodzisz. przełożył Krzysztof Katkowski David Caño (ur. 1980) – poeta, muzyk, działacz partii Candidatura d'Unitat Popular (CUP), łączącej tradycje marksistowskie i niepodległościowe w Katalonii. Opublikował osiem tomów poezji i wystąpił na setkach recitalów na całym obszarze Katalonii.

  • Jorge Dioni López – trzy wiersze

    Miasto innego Widzę rany i pęknięcia, ptaki i meduzy, drzwi i schody, szczeliny i mrówki. Przestrzenie, w których istnieje przyjemność innego, szczęście innego, miłość innego, ból innego. Tworzę mapę własnymi krokami i odnajduję wszystkich, którymi nie byłem zanim zostałem zauważony, przestrzenie, w których byłem, nie wiedząc, że jestem. To to, to  jest właśnie to. Jak psy Zostawiamy swój ślad w mieście, gramatykę mrówek, niebo meduz, konstelację szczyn, którą tylko my potrafimy dostrzec kiedy zapada noc. Zoom Z jakiej odległości rozpuszcza się zaimek? Z jakiej odległości znika ciało i skóra staje się piaskiem, pustynią i labiryntem? Z jakiej odległości ciała przestają do nas należeć? Czy istnieje jednostka miary, wskaźnik rozpuszczania się „ja”? Kiedy się zbliżasz, przestaję być rozpoznawalny. Szczegół przestaje być częścią całości. Jakich ran nie znam, jakiej chwili zapomniałem? Czyja to skóra?, kim jestem?, kim byłem wcześniej?, czy nadal nim jestem?, a teraz?, a teraz?, a teraz? przełożył Krzysztof Katkowski fot. Berta Delgado Jorge Dioni López  (ur. 1974) – ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie, a jego kariera zawodowa obejmuje pracę w gazetach, radiu, czasopismach oraz w komunikacji instytucjonalnej. Pracował również jako korektor i redaktor.

  • Weronika Romańska – Wytrzymałość

    Jaskrawy upał wchłania letnie popołudnie i tnie policzki strużkami przykurzonego potu.  Turystyczny rynek upycha coraz więcej krzykliwych ludzi pomiędzy kamienicami zabytkowych uliczek. Któregoś dnia parujący żarem i ilością kroków bruk zapadnie się, a ci sami ludzie przecierający się teraz z goframi użyją papierowych tacek i wzbiją się w powietrze, jak na paralotni, aby odlecieć do nieba. Każda wytrzymałość ma swoje granice. Ma ją to miasto zgubione w bezsensie.      W pół drogi do sklepu to, co nie przylgnęło mokre z mojej koszuli, zostało przyklepane do skóry przez ludzi szturchających mnie z każdym krokiem. Jakiś mężczyzna, który swojej koszuli nie miał, nadepnął mi na mały palec. Podejrzewam pęknięcie kości, ale jeśli teraz schylę się, lub kucnę aby go obejrzeć, może stać się coś o wiele gorszego. Będąc już w sklepie od razu ustawiam się w kolejce. Przede mną jakieś dwanaście osób. Nie jest najgorzej. Za mną jakaś kobieta krzyczy do ekspedientki: - Przepraszam, czy mnie też obowiązuje kolejka, bo ja jestem z Warszawy. O ja pierdolę. Myślę, że gdyby ta pani przyjechała z Ciechocinka, to już co innego i być może. Ból małego palca zaczyna promieniować, rozchodzi się aż do łydki.  Nie osiadł jeszcze na języku, ale niedługo może. Kupuję kilka paczek papierosów, zapalniczkę i wychodzę. Przez chwilę rozmyślam nad grzechem sprzedawczyni, bo jaką zbrodnię trzeba było popełnić, żeby w ramach zadośćuczynienia pracować w tym miejscu. Z zamyślenia wyrywa mnie głos z dobiegający z poziomu chodnika, zerkam, widzę znajomą twarz: - Popilnujesz mi chwilę rzeczy? Nie chcę z tym iść do sklepu. Wskazuje dłonią zalaminowaną kartkę z napisem "zbieram na piwo", wytarty i znoszony ortalionowy plecak i jakąś bluzę pewnie trzymaną na wypadek, gdyby wieczór okazał się chłodniejszy.   - Popilnuję, ale jak cię znam to nie będzie chwila. Jak ty tu wytrzymujesz? – zagaduję, jednocześnie widząc, że zwracam się do człowieka który już jakiś czas temu niczego nie wytrzymał.   - Jakoś – odpowiada.   - Kurczę zapomniałam czegoś do picia, a mam tylko kartę i nie chcę już tam wracać. - mówię bardziej do siebie, niż niego.  - To nic. Ja ci kupię. Patrz ile dzisiaj zarobiłem. - wyjmuje z kieszeni pomięte banknoty przemieszane z drobnymi. Ich liczba podzielona przez godziny, które tu spędził jest dość imponująca.    - Co chcesz?   - Colę. Po czym ginie za drzwiami, a ja siadam na wysokim parapecie sklepu na jego miejscu. Palec piecze mnie, gdy próbuję nim poruszać, więc ściągam buta. Nie wygląda źle, jest tylko trochę opuchnięty.  - Dzień dobry! Dziś ma pani wolne i odpoczywa? Podnoszę głowę pod światło i próbuję poznać, kto do mnie mówi. Przez jaskrawe promienie przedzierają się twarze małżeństwa, które wczoraj meldowałam w hotelu. pamiętam, bo zapach jej perfum wypełnił całą recepcję.  - Dzień dobry. Tak odpoczywam. - odpowiadam, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy.  Nie widzę również potrzeby, aby w tej aranżacji i podczas dnia wolnego dłużej niż trzeba ten dialog ciągnąć. Chyba jakiekolwiek tłumaczenia w jednym bucie i w obecności ładnie wydrukowanej kartki nie mają sensu. Ze sklepu wychodzi właściciel bagażu z dodatkową ciężką siatkę najtańszego piwa. Wolną ręką wyciąga z torby puszkę i mi podaje. - Trzymaj – mówi i bez słowa siada obok mnie. Wyciąga pozostałą zawartość torby, ustawia kilka puszek koło swoich nóg oraz odwróconego kaszkietu do którego przechodnie wrzucają mu pieniądze. - Dzięki – odpowiadam bez namysłu. – Widzisz, gdybyś przestał pić, to byś sobie coś odłożył, ubrania kupił, dziewczynę znalazł. – Nie chcę się pakować w aż takie bagno. – O, kurwa. Przez chwilę oboje milczymy. Wybił mnie z rytmu gadania. Po chwili jednak dodaję: – Zawsze to zdrowiej –  sama śmieję się z tego, co powiedziałam. On też.     - Słuchaj czy ja mogłabym spróbować napić się łyka? - pokazuję mu dłonią piwo stojące na chodniku.  - Pewnie. Zawsze wystawiam je dla tych którzy dziś nic nie zarobili – otwiera mi puszkę. Próbuję, lekki smak spirytusu i chmielu rozchodzi się w rozpalonej buzi. Smakuje okropnie, ale w ogóle mi to dziś nie przeszkadza. Rozmawiamy o teorii Kanta nie przytaczając jego nazwiska, a ilość wypitego piwa przewyższa możliwości mojego pęcherza. - Gdzie sikacie? - pytam. - Właściwie, to wszędzie ale tobie może być ciężej. - No ja niestety mam pewne ograniczenia. - próbuję wstać, ale trunek zmieszany ze słońcem przeważa mnie ze strony lewej na prawą i siadam z powrotem. – A teraz to już jest bezwzględna siła grawitacji i Kantowi nic do tego. Dzwoni telefon. Wyciągam i czytam rozmazany napis Szef dzwoni . Odbieram:  - Słucham? - Czy ty może potrzebujesz jakiejś zaliczki? Nasi goście mówią, że zbierasz pieniądze pod sklepem.     Patrzę na ilość piw, które stoją wokół na chodniku, jest ich chyba z dziesięć, włączając te, które są w torbie. W każdej kieszeni upchałam po paczce papierosów, więc odpowiadam: - Nie potrzebuję. - A wszystko dobrze? - pyta rozbawiony. Przez tłum widzę niebiesko-żółte światła zbliżającego się radiowozu. - No, może będę potrzebować więcej wolnego - mówię. - Ile? -  Czterdzieści osiem godzin. Weronika Romańska  (ur. 1987) –debiutancki tom jej wierszy dziwczynienie ukazał się w 2019 roku. Publikowała na stronie pisarze.pl  oraz w paru antologiach. Od zawsze mieszka w Kazimierzu Dolnym.

  • Bogdan Nowicki – Glosy do Franza Kafki

    1. Pan doktor Franz Kafka wcale nie jest takim smutasem, jak go opisują. Wczoraj bawiliśmy się w kotka i myszkę. Przyciskałam go do podłogi lakierowanym pantofelkiem, a on wołał: „Mocniej, mocniej, Józefinko!”. Z samego rana ma kompleks krótkości, więc zaraz po sadzonym jajku, naciągam go na stolarskim stole –  aż piszczy z rozkoszy, gdy napinając do oporu grube sznury, udaje mi się wydłużyć go o parę centymetrów. Lubi też młotek i dłuto, na sam ich widok podskakuje z radością, jak piesek na widok kości; na spacerze pukam go w melonik, wtedy pobrzękuje kruchymi ząbkami i ma wytrzeszcz oczu. Kiedy urządzamy bal gałganiarzy, udaje adoratora mysiej dziury, a ja czeszę drucianą miotełką jego czarny frak wstydem, skuteczniej niż nóż rzezaka. 2. Matka pana Franza Kafki zwierzyła się pewnego zimowego wieczoru służącej, że jej syn wyrażał się oniemieniem rzeczy niezahaczonych o nic. Pomiędzy głowami matki i dziecka myśl nie miała się w co wtulić. Ciało bolało, nie znikało. I jeszcze coś więcej. Wrzeszczała przy porodzie: „Ciągnij to za czuprynę, przez zakleszczone wargi, aż wypchniesz!”. 3. Pan Franz Kafka medytuje w altanie w kształcie chińskiej pagody:  Kwiat jest piękny, ale piękno samo w sobie jest zaledwie abstrakcją. Umrzyk ma większe doświadczenie niż jego poprzednik. Komary wpuszczają jad do żył. Krzak gorejący ma postać pyłu. Ból między łopatkami. Blaga czy kulka kwitnącej myśli w krwioobiegu. 4. Pan Franz Kafka słyszy jak pod zaryglowane sklepy podjeżdżają wozy z towarem, koła zaryte w śniegowym błocie długo buksują. W czasie wojny słucha pieśni Mahlera, z akompaniamentem mundurowych komunikatów. Chloruje wodę, wypija buteleczki z ciemnofioletowym jodem. Po ostatnim liście do Felicji kupił dużą igłę do cerowania, tak zwaną „groszówkę”, żeby obdziergać zielonym ściegiem kikuty ogołoconych drzew. 5. Zima leży w obierkach. Synoptycy od dawna zapowiadali odwilż. Z mapą pogody nie można dojść do miejsc zapiętych na ostatnią agrafkę. Mieszkania wchłaniają siwe włosy brzydko wyglądających staruszek. W suterenach czuć woń mokrego tynku. Okna nadymają policzki – szyby zaraz pękną. Dymi podwórze z pałąkiem trzepaku. Kondukt żałobny wychodzi ze zmurszałej sieni. Z rynny zwisa sopel porośnięty zgniłym mchem. Pan Franz Kafka w drodze do zamtuza rozmawia z synem handlarza ryb. Zamawia jesiotra. Chwilę patrzy na gumowe rękawice zrudziałego młodzieńca. - Niech będą dwa – mówi, myśląc o swoim ojcu jak o kleszczu. 6. Pan Franz Kafka słuchając śpiewu syren boi się: obcinania paznokci, mszaków w dolinie pąków, pustej duszy papieru, zaspy chleba, opornych liter abecadła, wizji w muskułach oczu, ruchomej głowy sowy, gnijących sandałów, bzików jawy, spleśniałego włosia pędzla, ciasnego węzła krawatu pod szyją, szczeliny w inicjale K., tafli aury na mszarach, gęsiej skórki drzwi, pryszczów na nosie, fatalności złamanego widelca, zatłuszczonej ceraty, skroplonego z obłoków tlenu, lepkich tapicerek, kłaków w odmętach umywalki, gazy chwastów w głoskach, woni naftaliny w oderwanych guzikach. 7. Żył skromnie, zupełnie płasko i umarł na tuberkulozę. Zaskoczył jednak prażan jego pogrzeb, choć oszczędny, a nawet w zgodzie z charakterem rodziny skąpy – zgromadził tłumy. To one wołały przez łzy: „Kafka! Kafka! Kafka!”. Bo to był w dechę gość i tak wiele zrobił dla urzędu. Bogdan Nowicki o sobie:  Urodziłem się w Bielszowicach, dzielnicy Rudy Śląskiej, która pomiędzy hałdami oraz dymiącymi kopalniami była oazą zieleni. Dominowały w niej rustykalne klimaty: orano ziemię, uprawiano warzywa, dbano o sady owocowe, krzaki agrestu, jeżyn i malin. Wiejski pejzaż odbija się echem w mojej twórczości, przefiltrowane przez późniejsze doświadczenia egzystencjalne. Organicznym filarem mojej twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Bruno Schulz, Bolesław Leśmian, Franz Kafka, Samuel Beckett i inni). Poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego to źródła mojej inspiracji i początki pytań o tożsamość, sens istnienia, stosunek do innych, koegzystencję tego, co ludzkie z naturą. Wiersze, prozę i eseje publikowałem w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page