top of page

Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Igor Frender – pięć wierszy

    Centrala 1984 Lampy uliczne rzucają na sufit ruchome cienie drzew targanych wiatrem. Burza szaleje także w domu. Nigdzie nie ma ciszy. Deszcz bębni o szyby a z nim palce o blat kuchennego stołu. Zaczynamy. Zaciągam zasłony. Idą identyczni ludzie. Noszą niebieskie mundury i sztuczną inteligencję. Emocje pojawiają się tylko na monitorze. Kontrola uczuć w kamerze, trzeba kupić bilet na kolejne chwile. Życie zaczyna awanturę od szafy. Trzęsą się wieszaki, wyprasowany garnitur ściera się z bluzą od dresu. Krawat zachowuje stoicki spokój. Biorę klucze. Jest pierwszy sukces ‒ ruszamy. Przepisy i regulaminy właśnie dostały po mordach na rogu nieoświetlonej ulicy. Nareszcie. Mogę powiedzieć, że. Ale wolę się ugryźć w język. Grzyb Gaszę zło z wczorajszego dnia jak papierosa w popielniczce. Wypijam dobro ze wspomnienia jak szklankę soku jabłkowego. Z apetytem spożywam psylocybinę w każdej postaci i od razu mam wyłożoną iluzoryczność, która idzie boso po rozbitym szkle. Moje myśli cudownie plączą się na prostej linie. Jestem w obrazie namalowanego czasu razem z powietrzem, nie odchodzę zbyt daleko. W mojej głowie nie ma już wczoraj ani jutro, jest tylko dzisiaj. System przykryły liście zmieszane z plastikiem. Potem lecę w przyszłość statkiem kosmicznym. Robot mówi do mnie Bądź ludzki. O nie, tylko nie to, kochany robocie. Oddech Na ulicy pozostawiono śmierć pijaną od szarego dymu spalin. Skrzyżowanie. Tramwaj zadzwonił niecierpliwie. Ktoś włączył klakson. Z okna bloku wyjrzała kobieta ubrana na czarno. To nie jest jej pora, choć jej twarz mówi, że to już. Prezentuję nowy garnitur na wystawie sklepowej. Z wyglądu nie jestem podobny do nikogo. Po drugiej stronie moja ukochana wystawia białą suknię. Z wyglądu też nie jest podobna do nikogo Żadne z nas nie musi oddychać. Północ Droga. Piasek i kamienie, za lasem woda. Płonie ognisko. Śmiech i śpiew. Ktoś gra na gitarze. Jeszcze nie wybiła północ. Młodość klei się do ciał jak sok z pomarańczy. Miasto za dnia bywa szorstkie od kurzu, w nocy śliskie od deszczu. Światła w oknach wykreślają prostokątną przestrzeń. Samotność jest teraz psem piszczącym w domu. Nikt nie przyszedł. Nie będzie spaceru. Starość pamięcią zasypuje swoje kroki. Odwołanie Prawda jest taka, że chciałem zmienić swoje życie, więc wyruszyłem w podroż. Każdej nocy śniło mi się, że zapomniałem butów, a przecież nie wziąłem kurtki. Droga wiedzie przez zaciśnięte usta i zmrużone oczy. Rozjaśnia się dopiero w nocy. W końcu zatrudniłem obwoływacza snów. Prawda jest taka, że – o, przepraszam‒ ziewnąłem. Prawda jest taka, że obwoływacz snów się nie spisał i znowu siedzę w domu, w butach z klamką w dłoni. I nie wiem, gdzie jest moja kurtka. Już nie mogę zasnąć. Igor Frender - z wykształcenia animator społeczno-kulturalny, doktor nauk medycznych. Pracownik Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Z zamiłowania pisarz, filmowiec amator. Od wielu lat jest aktywistą i promotorem kultury niezależnej. W 2023 r. założył grupę poetycką Ventyl. B. Autor pierwszej polskiej powieści z nurtu Giallo pt. Człowiek Jatka, która ukazała się w 2018 roku. Kolejne dwa kryminały Mordercza proteza z 2020 r. i Upiór w masce z 2022 r. zostały wydane przez Wydawnictwo CM w serii „nowy polski kryminał”. Jest także autorem książki poetyckiej Idziemy, jest stromo (2022). W 2023 roku rozpoczął serię wydawniczą Literatura Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Dramat tom 1, dramatem pt. Jak obalić człowieka. Mieszka w Poznaniu.

  • Przemysław Znojek – Doktor Kawka

    Nie pamiętam dokładnie tego dnia, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Dziadek siedział w salonie, otoczony wielkimi atlasami świata, starszymi i nowymi wydaniami, niektóre ząb czasu nadgryzł tak, że rozpadały się w jego niedźwiedzich dłoniach. Palcem poszukiwał usilnie francuskich wybrzeży, tylko po to, by snuć opowieści o swoich zagranicznych wyjazdach. Zapadałem się wtedy w jasnobrązowym, skórzanym fotelu w oczekiwaniu na opisy lazurowego morza, ławic rybnych oraz szerokich, równych dróg, po których można rozpędzić dwutonowe auto, w przeciwieństwie do szos Miasteczka. Miasteczka przezroczystego, niczym kropla letniego deszczu. Zapadając się coraz bardziej w głąb fotela, wbijając się w szarą ścianę, przekraczając tym samym umowne granice pokoju, usłyszałem krzątanie w długim, aczkolwiek wąskim korytarzu. Dochodził do mnie dźwięk kartkowania książek, czułem resztki kurzu ulatniającego się z pożółkłych stronic. Ktoś nerwowo wyciągał kolejne pozycje, szukając zagubionego zdania bądź słowa klucza. Ten ktoś przypominał filmowego wampira: ubranego w czarny płaszcz, przestarzały i znoszony, fikuśny kapelusz poprawiał co rusz lewą dłonią, ponieważ rondel spadał mu na spiczasty nos. „Co Pan tu do cholery robisz?”, wykrzyknął dziadek, szybko zbliżając się do przybysza. „Szukam książki, gdzieś tu powinna stać, ta o historii Miasteczka…”, usłyszał w odpowiedzi. Dziadek stał jak zamurowany, nie wiedział, co odpowiedzieć, w nerwach zacisnął niedźwiedzie pięści. „Jak Pan się tu dostał, przecież drzwi były zamknięte?”, dopytywał czerwony ze złości. „Miałem klucz, dziwne, żebym go nie posiadał, w końcu wynajmuję tu pokój”, odpowiedział nieznajomy. „Nic mi o tym nie wiadomo”, rzekł oschle dziadek. „Mieszkanie posiada aż cztery osobne pokoje, a ja zajmuje tylko jeden”, ripostował przychodzień. Nie pamiętam dokładnie tego dnia, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Nie mogę sobie przypomnieć nawet ówczesnej pory roku, ponieważ w Miasteczku bywa tak, że nie wiadomo, czy niebo wiosną jaśnieje, czy też ciemnieje, wydaje się, jak gdyby mrok opanował to miejsce, a Miasteczko pogrążone jest w wiecznej melancholijnej żałobie. Nasze ścieżki prowadzące przez kręte korytarze mieszkania rzadko się krzyżowały. Doktor Kawka zajmował najmniejszy z czterech pokoi. Pomieszczenie znajdowało się naprzeciwko kuchni, jego jedyne, niewielkie okno wychodziło prosto na szeroki balkon. Pokój wyglądał eklektycznie: poza miniaturową wersalka, starą meblościanką ze sklejki i ogromnej, drewnianej szafy nie posiadał niczego. Wydawało się, że gdyby zaprosić golema, tego z chełmskich legend, mógłby przenieść ową szafę gdzie indziej, nikt inny nie był w stanie tego dokonać. W pomieszczeniu doktora Kawki panował wieczny mrok i zaduch. Lokator rzadko włączał światło, zdecydowanie wolał pozostawać pod wpływem blasku jednej, woskowej świecy. Zaczytywał się wtedy w zgromadzonych książkach, które skrupulatnie znosił do pokoju Bóg wie skąd, niektóre zapewne znajdując na osiedlowym śmietniku. Przynajmniej tak wyglądały. Staram się przypomnieć sobie ten dzień, kiedy doktor Kawka z nami zamieszkał. Lokatorem pozostawał wręcz niezauważalnym. Nigdy nie słyszałem, żeby hałasował krzątając się po pokoju, kuchni czy łazience. Jego kroki, jak gdyby niesłyszalne, nie wybudzały mnie ze świata zabaw. Dzieciństwa odmierzanego każdym kolejnym centymetrem dodawanym do mojego wzrostu, kreślonym niezgrabnie ołówkiem na białej witrynie drzwi, wzbudzało to we mnie pewien rodzaj niepokoju. Niepokoju wynikającego z przeświadczenia, że kiedyś nadejdzie ten dzień, gdy wszystkie zabawki wylądują w kilku wielkich, papierowych pudłach, upchane zostaną niedbale w piwnicy, gdzie dosięgnie je mrok przeznaczenia. Próbuję sobie przypomnieć dzień, w którym doktor Kawka zamieszkał z nami. W myślach zakradam się teraz do wynajmowanego przez niego pokoju. Delikatnie chwytam za metalową, zimną klamkę, pociągam ją w dół, a drzwi powoli uchylają przede mną ciemne wnętrze. Nie panuje tutaj istny mrok, wchodząc ostrożnie zauważam słaby płomień woskowej, cienkiej świecy, palącej się na środku meblościanki. Z jego pomocą na ścianie tworzą się cienie, przypominające dym z kominów ulatniający się wprost do nieba. Zastygam na dłuższą chwilę, wpatrzony w teatr cieni, wybudza mnie dźwięk dochodzący z wnętrza ogromnej szafy. Nie jest domknięta, w jej środku czai się mrok. Powoli sięgam jej drzwi i uchylam coraz bardziej, aż znajduje w jej wnętrzu leżącą postać, podpierającą się o jedną z bocznych ścian. Sylwetka zdaje mi się znajoma, nie mogę zidentyfikować jej twarzy, ponieważ przesłania ją zbyt duży kapelusz, zatrzymujący się na spiczastym nosie. Tymczasem nieznajomy-znajomy gość budzi się, spogląda na mnie jeszcze zaspanym, a już przerażonym wzrokiem. Teraz poznaję go, to doktor Kawka. „Co tu robisz chłopcze?”, pyta dociekliwie. „Ja, szukam, szukam, słoik…, słoiki…, słoików… na przetwory”, wolno i nieskładnie odpowiadam. „W szafie?”, dopytuje. „W szafie, w szafie, kiedyś, dawno temu, były tutaj”, żałośnie przekonuję. Nastaje cisza, długa i przeszywająca. Decyduje się ją przerwać, zadać pytanie, które mnie nurtuje: „Dlaczego pan śpi w szafie doktorze?”, przełykam ślinę nerwowo, zbyt głośno. „Widzisz, niektórzy ludzie boją się ciemności, a ja czuje strach przed światłem i tymi ludźmi. Ci sami, którzy odczuwają strach przed ciemnością i innymi, przyszli pewnego dnia do nas, nie w odwiedziny, nie byli zapowiadanymi gośćmi. Przyszli wraz z blaskiem lipcowego słońca, niosąc ze sobą krzyk, agresję, bestialstwo. Kierowani uprzedzeniami i plotkami na nasz temat, zamieniali się w ten wakacyjny dzień w pomioty o diabelskich oczach. Strzelali, kłuli, rąbali. Pamiętam ten szum w głowie, odgłosy niesione przez wiatr, świst kul mieszał się ze spokojem płynącej nieopodal rzeczki. Trwało to cały dzień, ten dzień spędziłem właśnie we wnętrzu szafy, próbowałem po prostu zasnąć, by obudzić się potem z tego koszmaru, uznać go za zły sen. Ale to nie był sen. Zakurzony, głodny, z drzazgami w ciele wymknąłem się następnego dnia, szum w głowie towarzyszył mi wtedy niczym cień. Zresztą tak jest do dziś. „Co było potem?", zapytałem. „Ukrywałem się u przypadkowej rodziny na obrzeżach Miasteczka, mieli trójkę dzieci, więc powiedzieli, że czwarte znaleźli po wojnie w lesie. Opiekowali się mną, a potem postanowiłem studiować historię, żeby kiedyś móc opisać te wydarzenia zgodnie z prawdą. Chciałbym, żeby o tym pamiętano, aby nigdy więcej się nie powtórzyło”, urwał. Staram się przypomnieć sobie dzień, kiedy doktor Kawka zamieszkał z nami. Pamiętam tylko, że pewnego dnia znikł i nikt w Miasteczku nie wiedział, co się z nim stało. Zapadł się w melancholię, zasypała go ciężka, czarna ziemia, którą z czasem pokryła nierównomierna trawa. Odcięty od źródła światła, ulokowany we wnętrzu ogromnej szafy, pogrążał się w snach o szczęśliwym dzieciństwie, wypierając z pamięci traumatyczne reminiscencje. Oby już nikt mu nigdy w tym nie przeszkadzał. Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Interesuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek-inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Akancie”, „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.

  • Jakub Parada – trzy wiersze

    16 (Pamiętam jak) modliłem się do szatana, między innymi, o dziesięć tysięcy złotych miesięcznie. Wyobraźnia podsuwała mi wyłaniające się z najciemniejszych zakątków. Ale nie było cyrografu. Ktokolwiek spotęgował chłód w spojrzeniu, na który jeszcze czasem się zdobywam, upomni się. Czego zażąda, nie mogę przewidzieć. 17 (Ruchy frykcyjne) Zostawiłem spokój na środku pomieszczenia. Omijam wzrokiem, potykam się. Wnętrze ust jak u psa, nie myłem zębów od tygodni, upewniam zakażenie. Gryzę i rwę. Nieznana twarz, widuję we śnie. Możliwe, że pomyłka. Wybacz, tak łapczywie; czarnobiały wzrok, ja waham się w kolorze. Jestem czego chciałaś, nawet kiedy gryzę i rwę. 18 (Priapizm) Podoba mi się twoja szczęka, głos wysoki i pełny. Mieszka ze mną taniec ciebie; spojrzenie pozornie pewne, wytężenie zdradza strach. Inne duchy nawiedzają mnie tak samo. Chyba nie ma nic złego w przyjemności, pożądaniu, dopóki ci nie uświadomię. Pojawiają się zawsze nazajutrz po śnie, w którym się wieszam. Nie jesteś pierwsza i to nie twoja ostatnia twarz. Jakub Parada – gotuje na emigracji, żeby zachować resztki godności. Za wiersze wygrał kiedyś 200 złotych. W wolnych chwilach uczęszcza na terapię i udziela lekcji z bycia rozczarowaniem.

  • Gabriel Korbus – Złoty Mitra

    I Mitra stoi przed tobą, Złote włosy wychodzą z jego głowy, Nie widzisz jego twarzy, Nie wiesz kim on jest, To ja. *** Wilgoć to życie, Woda skapuje po kamiennej ścianie Wieży stojącej pod czarno-złotym niebem, Siedzę na krześle i czekam aż popłynę z wodą w boskość. Za martwym ptakiem, którego poniosła czarno-złota woda, W mieście, w którym moc przewaliła się na drugą stronę Plenię się ja w wilgotnym drewnianym pokoju, Moje złote włosy falują. *** To ja jestem Mitrą, Decyduję czy love story zakończy się happy endem, Czy złoto-czarne fale cyberpunkowego morza pochłoną zakochanych. *** Woda opływa całą kulę ziemską, Pozwala mi przepływać z boskości w człowieczeństwo, Przeistacza się ze złoto-czarnej z powrotem w przezroczystą. *** „Możesz pójść za klimatem” Mówi mi woda, Zmieniam się z człowieka w rybę, A z ryby w boga. *** Mam ocean w ustach I morze nad głową, Wszystkim rządzi woda, Taki jest już świat. *** Siedzę w czarno-złotej elektrycznej piramidzie, Ci wszyscy ludzie są ze mną połączeni nitkami, Jak woda ze światem. *** Zapędziłem się w kozi róg, Trzeba będzie pęknąć I polecieć na białych piórach W złoto-czarne niebo. II Odpowiedzi na złotych kartach, Jak język gwiazd, Wypluwasz życie, A ja jestem u końca. *** Na złotych kartach są wszystkie światy, Które przewalają się w macierzy pustki, W zielonych oceanach niewyobrażalnej przestrzeni, Jestem błyszczącym kluczem całej tej wiedzy. *** Niezmiernie rozciągła glista wyrywa się z głębi, Na jej głowie jesteśmy my, A ja otaczam ją złotymi skrzydłami. *** Jestem złotym światłem, Które prowadzi anioły otoczone w pustce przez czarne wilki, Anioły odłamują się od wielkiej jedni w wielkie indywiduum. *** W czarnej macierzy świecę złotym światłem, Aniołowie zlatują się do mnie jak ważki, Roztaczam złote skrzydła i daję im odpowiedzi. *** Robacza chuć, Plenią się złote ludzkie robaki, Wyrastam z tego, Złoty Mitra, Wtapiam się w podnieconą tkankę świata. *** Złote karty i złote światy, Ja nadaję im znaczenie, Rozpadają się złote światy, Gdy składam karty. *** Pytasz mnie, A ja daję ci odpowiedzi ze złotych kart, Tworzę przyszłość, Gdy ty zadajesz mi pytanie. *** Maluję złote karty, Maluję światy, Wyrastam z czerni, Dotykam złotymi włosami. *** Stoję w czarnej otchłani, Moje złote włosy błyszczą, Przeszłość i przyszłość na złotych kartach, Spike stoczył walkę na kamiennych schodach, Zastrzelił siwowłosego lecz sam został ranny, Padł bez ruchu i spadła jego gwiazda, Ale przeżył. *** Jestem złotym piaskiem, Lecę wiatrem poza świat, Zdejmuję kapelusz I staje się świat. *** Wszechświat zmierza do nieuchronnego rozpadu, Topi się kostka lodu, Matka wrona prowadzi dziecko wronę, Kosmiczne kule rodzą się i rozpychają w nieskończonych przestrzeniach. Gabriel Korbus (ur. 1998) – ukończył studia na filologii klasycznej na KUL. Czyta poetów takich jak: Blake, Lautreamont czy Baczyński, inspiruje go literatura amerykańska. Poza tym interesuje się filozofią indyjską i dziełami Mistrza Eckharta.

  • Maciej Krotke – sześć wierszy

    Hurtz Nawiedza mnie ciasto kiwi Kupione w dziewięćdziesiątych Na 5th Avenue w Nowym Jorku Kupione w Agricoopie przy Towarowej Do którego na tylnym kole motocykla typu cross Wjechał przez szybę I wrzuciwszy skrzynkę wódki na plecy Drugą szybą wyjechał Jeden z tych osiedlowych błędnych fantastów O rozmachu Spielbergów Wypełniających sobą siatkę lokalnego świata Rozpiętą między ramionami Matek wieszających pranie Na sznurach od gruszek do antonówek Które istnieją Nigdy nie byłem w Nowym Jorku Zawsze byłem słuchaczem tych Historii z pogranicza Opowieści z tygla światów Gaszę papierosa w kawiarnianej popielniczce I myślę że on wtedy wyjeżdżając z tego sklepu Wjechał prosto w paradygmat samotności w jądro ciemności Kwestia osoby zblazowane myśli skupione i czujne na chwilę przed szturmem jedna za drugą gęsto jak oddział AT pod drzwiami Czysto! - nienie, - ia, - enie, skuty leniem na glebie spełniam się w tym samym w czym spełniali się moi przodkowie mówi do kamery po łokcie w glinie słowa z tyłu za plecami setki książek „na grzbietach – ktoś sprejem – STARFUCKER” w czyichś spełnieniach zamkniętych w calach przegląda się między wierszami pikseli w nieruchomym nie - chceniu garncarz lepi wyrazy „ta kurtka z wężowej skóry jest symbolem mojej indywidualności” odbija się łuską w matrycy telewizora wieszak w przedpokoju jest pusty Ewolucja (przepoczwarczenie) w teledysku powtarza się kilka tych samych ujęć kobieta wynurza się spod wody mrugając oczyma cięcie i od nowa przekształca się w siebie /ktoś w komentarzach zauważa docięcie kafelka do zaokrąglenia wanny i wyraża uznanie dla pracy glazurnika/ dotarło do mnie niedawno że musiałem być głównym świadkiem wszystkich momentów własnych przeistoczeń jednak nic z tego nie pamiętam a wiem przecież że były bo jestem kimś zupełnie innym ale wciąż tym samym a przede mną jeszcze zwierzoczłekoupiór stoi w pierwszym rzędzie od tych wszystkich lat jest naocznym świadkiem nie komentuje Za każdym razem (21 gramów) Nowo wypowiedziany budynek Wkupuje się w łaski przestrzeni. Nieoswojenie ścian jeszcze z okolicznym powietrzem. Niewpasowanie w pustą formę po tamtym. Robotnicy grzebiący feralnego dnia Przy tonach gruzu twierdzą, Że ubyło dwadzieścia jeden gramów - Tak jest za każdym razem – mówi jeden spod kasku. Deweloper zaciera przestrzeń i dolewa oliwy. Ciekawe, czy do wyburzania zastosowano Wrecking ball z Miley Cyrus w natarciu? I czy jej usta zjadły szminkę? I czy oczy to weneckie lustra? Zależy, z której strony na to spojrzeć. Do dziś nie wiem, czy wtedy, lata temu z tobą, To, co leżało przy rondzie na chodniku, To był kamień, czy gumka do ścierania Szara jak dzień? A może tego w ogóle nie było? Był śnieg, to mam w głowie na pewno. Ale czy wtedy? I will always want you... Kamienica, której odebrano głos. Widzę ją w telefonie. Mam ten przywilej półwieczny, że mogę Grzebać w coraz głębszej studni I zawsze coś wynajdę. Tak jest za każdym razem – mówi jeden z podcastu. Świeżo rozżuta guma do żucia wypluta na zwłoki majora Grossa …pi ękn ie program liczył piętnaście minut z czego czołówka siedem trzy minuty napisów końcowych ruszyły o czasie trwały do końca po czym wjechały na stację w La Ciotat cedząc Maurerem „wypierdalać” małymi literami ktoś napisał coś czego nikt nie przeczytał przypisami ktoś przypisał coś do czegoś i otarłoby się o pominięcie gdyby nie sucha nitka w porze deszczowej wystająca z włóczkowego kapcia w przededniu wszystkich śniętych ryb słodkowodnych o tajemniczo brzmiących pseudonimach Sander Lucioperca albo Perca Fluviatilis wiedzących ale nic nikomu nie mówiących że człowieka można zniszczyć ale nie można pokonać odkręć to w końcu żeby stało otwarte żeby było jak było strzepnij bakterie wraz z meniskiem wypukłym kompotu z truskawek w butelce po mleku połowę ubyło rozlało się mleko rozlazło się Kurw a a mi ał o być t ak… Życie (a potem było jak dawniej) ktoś wlokował zaczętego hot doga w balustradę przy sąsiednim budynku i tkwił tak w papierowej torebce zobaczyłem to chwilę potem jak utraciłem dwuwers myśli i próbując go przywołać wyjrzałem przez okno kierowca przed czerwonym światłem palił papierosa i wypuszczał dym ponad opuszczoną szybą nie czułem zapachu ale wiedziałem że jest widziałem go szarym przejrzystym jak chwilę został gdy tamten odjechał a potem było jak dawniej /ciekawe jak doszło dziś do pewnego zdarzenia przejedzony prozą leżałem na wersalce oglądając coś na kanale poetyckim odłożyłem na chwilę telefon chcąc napić się wody butelka wyślizgnęła mi się z rąk uderzając w ekran tak dodało subskrypcję/ ten dwuwers odszedł nie odnalazłem znaczenia ale wiedziałem że jest widziałem je szarym przejrzystym jak chwilę zostało gdy ja odjechałem a potem było jak dawniej Maciej Krotke (ur. 1976) – absolwent filologii polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, laureat XXXIII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. J. I. Kraszewskiego (Biała Podlaska 2017, kategoria proza). Teksty publikował w piśmie literackim „Epea”, gazecie literackiej „Migotania”, e-dwutygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl”, magazynie „Latarnia Morska”, miesięczniku literackim „Akant”. Mieszka w Białymstoku.

  • Magdalena Rak-Suska – trzy wiersze

    Smutek zalewa mnie powoli drży lekko i sączy się jak z rany mam go w oczach i koniuszkach placów zupełnie jakby kreślił moje kontury jest silniejszy gdy widzę jak ludzie odchodząc zwracają sobie poduszkę czy koc bo po co mi poduszka na której leżałaś albo kubek na zimową herbatę lepiej go potłuc na kawałki aby nikomu nie powiedział że kiedykolwiek byliśmy razem Przeprowadzka …na nowo odkryć swoje małe miejsca lokalną piekarnię drogę do biblioteki po książki o stratach i dobrym życiu i sklep gdzie sprzedają zielone długopisy by lepiej zapamiętać wszystko co przeczytam przyjrzeć się czule kruchym częściom siebie zawiesić nowe wspomnienia na pustej ścianie określić co nienazwane i trwać… mam przecież kota który przeżywa ten sam koniec świata co ja Moja terapeutka ona mówi „potwory z szafy już wyszły” (pewnie jest jednym z nich) barwy zmieniły odcienie a czas nie przystanął z głową pod poduszką (nigdy tam nie zaglądała) pyta „gdzie jestem” gdy włóczę się między myślami sprytna jest czyta z moich oczu i nie wierzy w zapewnienia rozbiera mnie do prawdy jak krzyczę „nie dotykaj” i wystawia na paniczny atak bezbronności ona w fantazjach uczy mnie umiaru ja jej na to „kim będzie Alicja bez swojej Krainy Czarów?” Magdalena Rak-Suska – pasjonatka nauki, w szczególności dziedzin nauk społecznych. Psycholożka i socjolożka. Czasem pisze wiersze, przeważnie o tym, co jest człowiekowi najbliższe – o przeżywaniu i doświadczaniu samego siebie. Publikowała na łamach „Helikoptera” i krakowskiej „Miniatury”.

  • Michał Kaczmarek – trzy wiersze

    Kawalerka nie miała w życiu łatwo zbudowana w latach osiemdziesiątych trzaskanie drzwiami płacz dziecka odwracała wzrok od wersalki którą mdli na widok plamy moczu co działo się w łazience nie chciały wiedzieć meble kuchenne ani przedpokojowe wystraszone odgłosami wymiotów wasze relacje ociepliły się kiedy zostałeś sam żona i syn odeszli piłeś rzadziej mniej drastycznie czyściłeś włosy z pająków ozdabiałeś do dzisiaj wspomina szachownicę z pionkami przyklejoną do ściany nowa właścicielka irytuje wyrywa zęby obdziera ze skóry kawalerka tęskni za wieczornym słuchowiskiem w radiu nieudolną publicystyką pisaną koniecznie piórem wiecznym na kartkach rozdzieranych drugiego dnia Data której nie pamiętam podmiot liryczny w tym wierszu po kilku wierszach o śmierci ojca pisze o narodzinach a narodziny miał szczęśliwe ominęła go wojna na osi czasu na tyle daleko od wkroczenia wojsk że chwalił Rosjan lata dziewięćdziesiąte niespełniona obietnica dobrobytu przekleństwa w kierunku prowadzącego główne wydanie Wiadomości napaści na Ukrainę nie doczekał bombardowanie Belgradu słyszał od czasu do czasu zmiana pracy z łaziennego na magazyniera zakup żaluzji rozbudowa osiedlowego parkingu nie miał w czyim imieniu ani o co walczyć wybrał kulturę wysoką zakrapianą alkoholem pamiętaj synu Nalepa był kurwa najlepszy ze wszystkich obiecałem że dam ci w mordę podmiot liryczny nigdy nie dostał w mordę dlatego umie wybaczyć wersalka krótka rozmowa tego brakuje najbardziej Prawie rozumiem dwudziestoletni chłopak na rosyjskiej prowincji gdyby chciał i próbował nikt by nie uwierzył w Ukraińców cierpiących pod ostrzałem płacz matek strach dzieci okrągła tempa twarz muskularne ramiona drewniana chata na chwałę wielkiej Rosji toaleta pod gołym niebem na chwałę wielkiej Rosji nieutwardzona droga na chwałę wielkiej Rosji powołany na front myśli o korzyściach skradzionych telewizorach zgwałconych kobietach dowódca mówi można używać nie przynieść robactwa one nie myją dopiero na chwilę przed dociera prawda o wilkach w czasie planu krwawej obrony zasadzka w lesie odzyskać terytorium obronić młode rozszarpane ścięgna nadjedzone jelita inaczej niż zwykle ciało nie wzbudza litości tylko niedowierzanie ma w sobie coś z czułych dotknięć palców które w tej jednej chwili gładzą tak samo skrawki skór Michał Kaczmarek (ur. 1986) - nauczyciel języka angielskiego. Publikował w pismach i na portalach, między innymi : „Śląsk”, „eleWator”, „Projektor”, „Polska Canada”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Migotania”, „Gazeta Kulturalna”, „Akant”, „Afront”, „Pisarze.pl”, „Helikopter”, „Tlen Literacki", „artPAPIER", „Szpol”, „Wytrych", „Wobec", „Szorty”, „Zupełnie Inny Świat”. Jego wierszy oraz ich interpretacji można posłuchać w „Poczcie Poetyckiej” PR Koszalin.

  • Dorota Kieras - Dusza wzlatująca, dusza spadająca

    Czy dusza wtedy wzlatuje, kiedy człowiek czuje się i zachowuje jakby był uskrzydlony? Z Jankiem było tak, że ciągnęło go do góry. A dokładniej, ciągnęło go w góry. Najpierw było chodzenie po Tatrach. Potem przyszła kolej na wspinaczkę skałkową. Jak mówił, pierwszy raz wspinał się jeszcze jako 12-latek, w harcerstwie. A potem jakoś to poszło. Pasja. Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, nieustająco się śmiał. I opowiadał oczywiście o górach „chcesz, pojedziemy razem, nic się nie bój, nauczę cię jeździć na nartach i wspinać po górach. Tylko jedźmy!” – powtarzał. Pojadę, myślałam. Pojadę, choćby nie wiem, co się działo. Któregoś dnia, po wykładach, odwiedziłam go w domu. Chwilę oglądałam jakieś zdjęcia, przekomarzałam się, jak łatwo rozwiązać równanie, z którym on sobie nie radził. Ha, byłam nawet dumna z siebie, że umiem rozwiązywać matematyczne łamigłówki. Tak mi się tylko wydawało. W sekundzie Jan pokazał mi, że obliczenia można zrobić prościej. I sto razy szybciej. I znowu się śmiał. Na chwilę wyszedł do kuchni i szeptał o czymś ze swoją mamą. Słychać było zamieszanie, ruch, przeszukiwanie szafek, odgłosy szeleszczących torebek, zasuwanych suwaków, jakby pakowania. Pakowania? Okazało się, że spakowali mi plecak na wyjazd. - Jedziesz ze mną w góry? - pytał Janek. - Kiedy? - Dzisiaj. Chcę sprawdzić jedno miejsce na sylwestra, jedź ze mną! – wołał, nie zważając na moja zaskoczona minę, dumny, że udała mu się niespodzianka. - Nie mogę – odparłam – Bardzo bym chciała, ale muszę wracać do domu. Na pierwszy wyjazd i naukę podstaw wspinaczki i zjazdów pojechaliśmy do podmiejskiego lasu. Zapisałam się na kurs wspinaczki skałkowej, bo Jan był jednym z instruktorów. Zrobiłam to dla niego, nie z jakiejś pasji do wspinaczki. Zupełnie nie miałam pojęcia, w co się pakuję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od tej z pozoru błahej decyzji zmienią się radykalnie dwa życia: moje i jego. Ale kto jest w stanie przewidzieć, że życiową decyzję podejmuje się właśnie teraz, właśnie tu. Że dziś odmieniasz wszystko albo zamieniasz wszystko. Otwierasz drzwi albo je zamykasz i nawet nie wiesz, jakie to ważne. - No, zjeżdżaj, śmiało, nie bój się! Zjeżdżaj! Uważaj, bo lina, jak się przesunie, odparzy ci ramię – wołał Jan, siedząc na drzewie i instruując kursantów, jak należy zjeżdżać w kluczu. Wystraszony chłopak, we flanelowej koszuli i dżinsach, patrzył ze szczytu wysokiego dębu, jakby zastanawiając się, czy aby na pewno nie ma tu innej drogi zejścia na ziemię. Tamtego dnia, podczas szkolenia w lesie, trzeba było umieć wyłapać spadający pień, który symulował spadającego wspinacza, wejść po przyrządach na drzewo i zjechać potem po linie, w kluczu, czyli bez przyrządów. Udało mi się wykonać zadanie, choć sukces był raczej połowiczny: zgodnie z przewidywaniami, odparzyłam ramię przy zjeździe. Lina podziałała niczym gorący pręt przyłożony do skóry. Rana zrobiła się natychmiast. Bolało. Zabolało tego dnia jeszcze raz, mocniej. Zobaczyłam nagle, że Jan, siedzący na drzewie, rozprawia wesoło z jakąś dziewczyną. Rzucała się od razu w oczy: miała na sobie żółtą koszulkę i żółte kalesonki, wyglądała jak kanarek: drobniutka i żółta. O tym, że roztaczała wokół siebie nieodparty urok Jan przekonał się pierwszy. Ja – niedługo potem. Uświadomiłam sobie, że nie patrzy już na mnie swym rozbawionym wzrokiem. Tak naprawdę to przestał w ogóle patrzeć w moją stronę. Dusza wzlatująca, poleciała w ramiona tamtej dziewczyny, na wiele lat. A ja, jak na rozkochaną w literaturze studentkę przystało, zaczęłam pisać wiersze. O tęsknocie, o tym, że jego dotyk jest największym szczęściem i o tym, że jesteśmy jak Tristan i Izolda: wtedy szczęśliwi, gdy żyjemy w rozłączeniu, w oddaleniu. Że najważniejsze to tęsknić i marzyć, wspominać i cierpieć, gdy ukochana osoba jest daleko. Te wierszyki podrzucałam mu czasem, wyobrażając sobie, że się zachwyci albo przynajmniej zrozumie moje intencje i wróci do mnie. Wieczorami chodziłam pod jego dom. Trzeba było przejść dróżką obok cmentarza, minąć ciąg garaży i wreszcie zadrzeć głowę i odliczać okna: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. „Świeci się, jest więc w domu” – myślałam, bojąc się wdrapać na to piąte piętro i zastukać do drzwi. Musiało wystarczyć, że jest. Potem wracałam do domu… Po wypadku zobaczyłam się z Janem tylko raz. Dowiedziałam się o tym niemal po roku od zdarzenia. Stało się to podczas malowania kominów. Jan, doświadczony już alpinista, pracami na wysokościach zarabiał na życie. Na całkiem wygodne życie. Tamtego dnia nie zauważył, że kabel, przez który płynął prąd, rozłączył się. Jan dotknął go nieopatrznie. Szarpnięcie i nagły upadek w dół. Kilka miesięcy przeleżał nieprzytomny w szpitalu. Gdy się obudził, nie pamiętał niczego, a najmniej ostatnie chwile przed wypadkiem. Pojechałam tamtego roku, już po wypadku, do jego miasta, gdzie akurat odbywał się Karnawał Sztukmistrzów. Spacerowaliśmy wśród kuglarzy i cyrkowców, podziwialiśmy magika, który zamknął się w wielkim balonie. Obserwowaliśmy spacerujących po linie, rozwieszonej pomiędzy lubelskimi kamieniczkami. Ale widziałam, że dusza Jana już nie ekscytowała się już podniebnymi wyczynami. Kiedyś i on mógłby być wśród tych śmiałków, co po linie, bez strachu, chodzą jak anioły po niebie. Tego dnia zobaczyłam człowieka zmarnowanego, smutnego. To nie był mój Jan! Jakby zupełnie ktoś inny. Z zapałem opowiadał o czymś, co wydawało mi się zupełnie pozbawione sensu. - To nie ten sam człowiek - powracała natrętna i smutna myśl - Gdzie się podziałeś Janie? Odnalazł się jeszcze tego samego dnia, kiedy przedstawił mi swojego syna, Kamila. Gdy ściskałam rękę młodego chłopca, zobaczyłam w nim właśnie owo „coś”. Ten sam szelmowski uśmiech, te same, jakby kocie ruchy i tembr głosu, kosmyk odsuwany z czoła takim samym, jak u jego ojca niegdyś, gestem. Dusza wzlatująca, zdaje się, beztrosko i zupełnie nie wiadomo jak, wpadła w ciało tego chłopca. Wraz z tą duszą, w tajemniczy sposób przeniesioną, przeszła na Kamila ojcowska miłość do gór, do wspinaczki, a jednocześnie także brak lęku i absolutne lekceważenie dużej wysokości. Kamil tak jak ojciec, był alpinistą. - Dusza spadająca przyszła tu coś dokończyć, co zostało niedokończone z poprzedniego życia. Nie udało się z Janem, udało się z Kamilem… - rzekła biała czarownica, którą poprosiłam, by mi wyjaśniła, jak to możliwe, że jeden człowiek zmienił się w drugiego, jeszcze za życia. Bo takie miałam wrażenie. Czy to ona kazała Kamilowi usiąść na parapecie, nogami na zewnątrz? Na jedenastym piętrze? - Ach, jaki Kraków piękny z wysoka - powtarzała dusza. - Nie bój się, patrz! – wołała. - Nie boisz się, bo widzisz, jak jest wspaniale! Pięknie było nawet wtedy, gdy Kamil poczuł, że ręka obsuwa się, że nie może już chwycić parapetu. Że niebo się oddala i że zmienia się w błyskawicznie zbliżające się, szare płyty chodnika. Dusza spadaaa… Jan osiwiał w jedną noc. Widzę go, bo znowu jestem w jego mieście. Nie, jeszcze nie podchodzę. Gdzie mój śliczny chłopiec, śmiały i radosny? Widzę starego człowieka, szarego na twarzy, w szarej kurtce, ze zwieszonymi ramionami. Jakby całą swoją postawą chciał powiedzieć: kazałaś mi czekać, no to czekam. A ja stoję po drugiej stronie placu jak wmurowana. Jakby widok Jana odebrał mi siły do zrobienia choćby kroku. Cóż teraz począć mam z tym smutnym Janem, który pozostał bez duszy? Oddał ją synowi, na próżno… Patrzę, jak stoi, przezroczysty w tej szarości. Jakby chciał zniknąć w jednej chwili. W całej postawie jest jedna, wielka rezygnacja. Nie, nie rezygnacja. To dojmujący smutek. Chciałam się z nim spotkać, tylko czy dam radę podejść do niego? Dorota Kieras (ur. w 1966) – publikowała wiersze i recenzje książkowe. Pisze też opowiadania i teksty piosenek. Dziennikarka i redaktorka. Autorka wywiadów z pisarzami, muzykami, ludźmi teatru. Pracowała w miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach. Śpiewa w chórze Camerata Varsovia. Ulubione miejsca: Beskid Wyspowy i Lazurowe Wybrzeże.

  • Mariusz Ropczyński – pięć wierszy

    Ziele Budynek starej nastawni, w ruinie od ponad ćwierć wieku, od dawna owiany był tajemnicą (miało w nim dojść do morderstwa). Dziś mało kto tędy przechodzi, wszędzie pleni się ziele. Na Boga, cóż więc tu robię w niedzielne południe? Raz w życiu Pobiłem się jeden jedyny raz w życiu: poszło o występ na akademii, rolę Feriego Acza (Nemeczek zupełnie nie wchodził w rachubę). Już wtedy ta męska chęć przewodzenia? Znój Słońce nad lasem już nie oślepia. Wsłuchuję się w słowa sąsiada: w nocy ktoś poprzewracał mu ule, przetrzebił całą hodowlę. Przykro mi teraz patrzeć jak płacze; oddał jej w końcu sporą część życia. Podniesie się z tego szybciej, niż myślę. Z okładki książki z wierszami Nagich ludzi uchwycił ktoś w biegu. Ileż się naraz rodzi skojarzeń! Wyłączyli latarnie Wyłączyli na noc latarnie. Wojna w ten sposób dotarła też tutaj. Skręcam więc trochę na pamięć, znosi mnie na pobocze (duszę mam na ramieniu). Gdyby się trafił nagle przechodzień, byłoby przecież za późno. Za późno. Całość Film kończy się happy endem. Zbieram puste naczynia, czytam raz jeszcze wiadomość: nie chce, by mówić do niej zdrobniale, zżyma się na tę poufałość. Zły biorę to wszystko na siebie: upór, strach, szorstką czułość. Przyjąć bym mógł znacznie więcej. Spytaj mnie, proszę, o serce. Mariusz Ropczyński (ur. 1976) - publikował w „Odrze”, „Akcencie”, „Frazie”, „Kwartalniku Literackim Wyspa”, „Helikopterze”, „Wydawnictwie J”. Autor trzech zbiorów wierszy: Bez rezerwacji (Nowa Ruda 2015), Kwestia wyboru (Nowa Ruda 2017), Obfitość traw (Kraków 2020). Laureat konkursów im. Georga Trakla i Kazimierza Ratonia. Mieszka w Nowym Sączu.

  • Marcin Mielcarek – Dom w spadku

    Martyna przyjechała na pogrzeb ciotki z Londynu. Bliska rodzina nie istniała, a z dalszej prawie nikt się nie pojawił. Nie wyprawiono stypy, a po uroczystości na cmentarzu pojechała prosto do domu, który przypadł jej w spadku. Nigdy wcześniej w nim nie była. Ciotki też właściwie za bardzo nie znała. Budynek miał dwa piętra nie licząc poddasza i przynależała do niego całkiem spora działka, ogrodzona drewnianym płotem. Dom znajdował się w dobrej dzielnicy pod miastem, w dzielnicy w większości zamieszkanej przez bogatych starców. Martyna usiadła na ganku, a potem nagle wstała i wzięła ogrodowy wąż. Zaczęła podlewać hortensje, nucąc jakąś radiową piosenkę zasłyszaną wcześniej w taksówce. Pomyślała, że tak właśnie powinno wyglądać jej życie, a nie jako kelnerki jednej z pubów za wodą. Pewna starsza para zatrzymała się pod jej furtką. – Jesteśmy znajomymi Agaty – powiedzieli. – Nasze szczere kondolencje. – Proszę, wejdźcie – zaprosiła ich Martyna. Weszli do domu i Martyna ugościła ich kawą. Jakiś czas nieznajoma kobieta opowiadała anegdoty o ciotce, które nie były ani zabawne ani ciekawe. W końcu podeszła do jednego z wazonów w chińskim stylu, w którym stały zwiędłe róże i powiedziała: – Zawsze mi się podobał ten wazon... – Może go sobie pani wziąć. – Naprawdę? – Tak. – Nie chcę pani okradać... – Proszę go przyjąć. – Pięknie dziękuję. Kobieta wyjęła suche badyle i wrzuciła je do kosza w kuchni. Wyglądało na to, że zna ten dom bardzo dobrze, na pewno lepiej niż Martyna. Porozmawiali jeszcze chwilę i sąsiedzi w końcu sobie poszli. Jakieś dziesięć minut później przyszła inna para staruszków. – Bardzo nam przykro z powodu Agaty – powiedzieli. – Dziękuję. Ci również opowiadali jakieś kiepskie historyjki. – Piękny jest ten obraz w korytarzu – skomentowała kobieta z plamami wątrobowymi na dłoniach. – Proszę go wziąć. – Nie mogłabym. – Nalegam. Zdjęli go ze ściany, a kiedy udali się w stronę wyjścia, ktoś inny zapukał do drzwi. – Dzień dobry, słyszeliśmy co spotkało Agatę, bardzo nam smutno – oznajmili od wejścia. – Zapraszam do środka. Rozejrzeli się po domu i skomplementowali dywan w korytarzu. – Bardzo bym chciała taki dywan – powiedziała sąsiadka z białymi jak śnieg włosami. – Idealnie pasowałby u mnie w domu. – Niech go pani sobie weźmie. – Mówi pani poważnie? – Tak. Pół godziny później dom pełen był znajomych Agaty, ludzi z okolicy i z daleka. Wszyscy wchodzili, mówili kilka słów o zmarłej, a potem rozglądali się i pytali czy mogą wziąć to albo to albo tamto. – Agata miała taki piękny słomiany kapelusz, zawsze wyglądała w nim bajecznie. Czy mogę go zabrać? – Proszę. – A to krzesło? Czy możemy wziąć to bujane krzesło? Agata lubiła na nim czytać powieści kryminalne. – Tak. – A ten stary czajnik z gwizdkiem? Herbata którą Agata z niego parzyła zawsze smakowała wybornie. – Śmiało. Potem już padały zwykłe, suche pytania. – Ten piękny obrus można zabrać? – Jest wasz. – Zestaw sztućców będzie potrzebny? – Możecie wziąć. – A co z tym kocem? – Proszę bardzo. – A wycieraczka pod drzwiami? – Śmiało. W domu zaczęli pojawiać się nagle ludzie, którzy po prostu wchodzili i zabierali co im pasowało, nie wymawiając przy tym żadnego słowa. Raczej nie byli to żadni znajomi Agaty. – Telewizor odłóżcie – powiedziała Martyna, do jakiejś młodej pary. – Jest stary, damy za niego pięć stów. – Dobra. – A kanapę możemy wziąć? – zapytali inni. – Nie. – Damy dwieście. – Okej. – A samochód? Samochód możemy zabrać? – rzucił jakiś facet. – Auto zostaje. – Tysiąc złotych dam. – Auto zostaje. – Dwa. – Auto zostaje. – No to trzy tysiące. – Nie ma mowy. Ktoś i tak znalazł kluczyki i chwilę później odjechał żółtym fiatem w siną dal. Dwóch facetów wynosiło lodówkę z całą jej zawartością. Zabierano meble, demontowano szafki w kuchni, ściągano lustra, rozkręcono wielkie łóżko z baldachimem. Ktoś nawet zgarnął starego, czarnego kota razem z kuwetą. Ludzie robili harmider, kłócili się między sobą o fanty, w ogóle nie przejmując się nową gospodynią. – Zabieram te buty. – A ja płaszcz. – Ja wezmę tę lampę. – Zaklepuję toster. – My bierzemy pralkę. – To ja wezmę suszarkę. Godzinę później wielki tłum po prostu się ulotnił i Martyna została w domu sama w towarzystwie nagich ścian i na wpół zerwanej podłogi z dębowych desek. Ktoś ośmielił się nawet pozabierać wszystkie drzwi wewnątrz domu. Plastikowe okna na szczęście pozostawiono. Martyna wyszła przed dom i usiadła na betonowych schodach, bo ławeczkę na ganku też wyniesiono. Chwilę później dwóch małych chłopców na hulajnogach zatrzymało się obok furtki. Jeden z nich pokazał na dom palcem i powiedział: – Tutaj kiedyś mieszkała taka stara głupia baba. Teraz nie żyje. Potem odjechali. Martyna wstała, złapała za wąż i wróciła do podlewania hortensji. Zaczęła nucić piosenkę z taksówki. Na razie nie zamierzała wracać do Londynu. Marcin Mielcarek (ur. 1996) - absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w "Twórczości". Autor zbioru opowiadań pod tytułem Parada myśli nocnych. W 2022 roku powieściowy debiut Sztuka latania – książka nominowana do nagrody Lubuskiego Wawrzynu za rok 2022 w kategorii "proza". Laureat 8 Konkursu literackiego o tematyce zielonogórskiej – pierwsze miejsce za opowiadanie Koty nie piją whisky. Stypendysta Miasta Zielona Góra na rok 2023 w dziedzinie literatury. Literacko – brudny realista. Mieszka w Zielonej Górze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page