top of page

Igor Frender – pięć wierszy



Centrala 1984 Lampy uliczne rzucają na sufit ruchome cienie drzew targanych wiatrem. Burza szaleje także w domu. Nigdzie nie ma ciszy. Deszcz bębni o szyby a z nim palce o blat kuchennego stołu. Zaczynamy. Zaciągam zasłony. Idą identyczni ludzie. Noszą niebieskie mundury i sztuczną inteligencję. Emocje pojawiają się tylko na monitorze. Kontrola uczuć w kamerze, trzeba kupić bilet na kolejne chwile. Życie zaczyna awanturę od szafy. Trzęsą się wieszaki, wyprasowany garnitur ściera się z bluzą od dresu. Krawat zachowuje stoicki spokój. Biorę klucze. Jest pierwszy sukces ‒ ruszamy. Przepisy i regulaminy właśnie dostały po mordach na rogu nieoświetlonej ulicy. Nareszcie. Mogę powiedzieć, że. Ale wolę się ugryźć w język.

Grzyb Gaszę zło z wczorajszego dnia jak papierosa w popielniczce. Wypijam dobro ze wspomnienia jak szklankę soku jabłkowego. Z apetytem spożywam psylocybinę w każdej postaci i od razu mam wyłożoną iluzoryczność, która idzie boso po rozbitym szkle. Moje myśli cudownie plączą się na prostej linie. Jestem w obrazie namalowanego czasu razem z powietrzem, nie odchodzę zbyt daleko. W mojej głowie nie ma już wczoraj ani jutro, jest tylko dzisiaj. System przykryły liście zmieszane z plastikiem. Potem lecę w przyszłość statkiem kosmicznym. Robot mówi do mnie Bądź ludzki. O nie, tylko nie to, kochany robocie.

Oddech Na ulicy pozostawiono śmierć pijaną od szarego dymu spalin. Skrzyżowanie. Tramwaj zadzwonił niecierpliwie. Ktoś włączył klakson. Z okna bloku wyjrzała kobieta ubrana na czarno. To nie jest jej pora, choć jej twarz mówi, że to już. Prezentuję nowy garnitur na wystawie sklepowej. Z wyglądu nie jestem podobny do nikogo. Po drugiej stronie moja ukochana wystawia białą suknię. Z wyglądu też nie jest podobna do nikogo Żadne z nas nie musi oddychać.

Północ Droga. Piasek i kamienie, za lasem woda. Płonie ognisko. Śmiech i śpiew. Ktoś gra na gitarze. Jeszcze nie wybiła północ. Młodość klei się do ciał jak sok z pomarańczy. Miasto za dnia bywa szorstkie od kurzu, w nocy śliskie od deszczu. Światła w oknach wykreślają prostokątną przestrzeń. Samotność jest teraz psem piszczącym w domu. Nikt nie przyszedł. Nie będzie spaceru. Starość pamięcią zasypuje swoje kroki.

Odwołanie Prawda jest taka, że chciałem zmienić swoje życie, więc wyruszyłem w podroż. Każdej nocy śniło mi się, że zapomniałem butów, a przecież nie wziąłem kurtki.
Droga wiedzie przez zaciśnięte usta i zmrużone oczy. Rozjaśnia się dopiero w nocy.
W końcu zatrudniłem obwoływacza snów. Prawda jest taka, że – o, przepraszam‒ ziewnąłem. Prawda jest taka, że obwoływacz snów się nie spisał i znowu siedzę w domu, w butach z klamką w dłoni.
I nie wiem, gdzie jest moja kurtka.
Już nie mogę zasnąć.


Igor Frender
- z wykształcenia animator społeczno-kulturalny, doktor nauk medycznych. Pracownik Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Z zamiłowania pisarz, filmowiec amator. Od wielu lat jest aktywistą i promotorem kultury niezależnej. W 2023 r. założył grupę poetycką Ventyl. B. Autor pierwszej polskiej powieści z nurtu Giallo pt. Człowiek Jatka, która ukazała się w 2018 roku. Kolejne dwa kryminały Mordercza proteza z 2020 r. i Upiór w masce z 2022 r. zostały wydane przez Wydawnictwo CM w serii „nowy polski kryminał”. Jest także autorem książki poetyckiej Idziemy, jest stromo (2022). W 2023 roku rozpoczął serię wydawniczą Literatura Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Dramat tom 1, dramatem pt. Jak obalić człowieka. Mieszka w Poznaniu.

Commenti


bottom of page