Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Kuba Kapral – trzy opowiadania
Pan Tadeusz Synalek do mnie przyszedł i mówi sprawę mam, ojciec, jaką ty możesz mieć sprawę, myślę, bo widzę, że przyniósł reklamówkę ze szkłem, ale idę. Poszliśmy za garaże, a on wyciąga z siatki Pana Tadeusza ze szklaneczką w gratisie, oho, myślę, grubsza to będzie sprawa. Walnął z łokcia w dno butelki, jak tradycja każe, nalał do pełna, podał mi, a gdzie zagrycha już miałem mu grzmotnąć, ale on wyciąga słoik z korniszonem i mi podsuwa otwarty. To się dopiero wkurwiłem, co ty myślisz, że małego ogórka mam wyjąć, jak? Tymi rękami? Nie zdążyłem mu jebnąć, bo szybko wyłowił korniszonka w sam raz, nie za grubego, nie za małego, wypiłem, zagryzłem. Nalał sobie, wypił, myślałem, że bez zakąszania, ale nie, pizduś. Nalał mi, podał ogóra, średnich już nie było, chuj, wypiłem. Nalał sobie, wypił, zakąsił, zachmurzyło się trochę, nalał mi, ogóra sam wyłowiłem, wypiłem, zagryzłem, będzie padać? Nalał sobie, wypił, nalał mi, zrobiłem przerwę, wypiłem, nalał sobie, ale pół, bo flaszka się skończyła. No i chuj, koniec imprezy, pomyślałem, ale nie, on z siatki wyciąga jeszcze jedną. Luksusowa w dupę jebana, przyoszczędził. Odbił, nalał, wyciągam rękę, że stop, muszę się odlać. Idę w kąt, jebany rozporek, trochę poleciało, może nie zauważy. Wracam, biorę szklaneczkę, wypijam, zagryzam, muszę usiąść, nie ma gdzie, srać to, walę się w krzaki. Wyciąga rękę, odtrącam, chcę leżeć, to leżę. Nalewa sobie, wypija, patrzy pytająco, a, co kurwa, zmarnuje się? Nalewa mi, podsuwa ogóra, spierdalaj, po czwartym nie zagryzam. Wypijam, zaczyna padać, podnosi mnie, prowadzi na chatę. Niby duży a słaby, wypierdalamy się raz, dwa, jucha kapie z nosa, na schodach musimy odsapnąć, idzie sąsiad, patrzę, czy się ukłoni. Synalek wciąga mnie do mieszkania, rzuca na kanapę, słyszę, że rzyga w kiblu, cienias, wraca, otwieram oko, zbiera się do wyjścia, jaką sprawę miałeś? A, tak pogadać chciałem, mówi i idzie w pizdu. Pieczeniowy Znudziła mi się ta impreza. Właściwie nudziło mi się od początku. Znalazłem wreszcie Laurę i zaciągnąłem ją na zapadniętą kanapę w ciemnym kącie. Od razu wiedziała, o co mi biega. – Pachnę sosem – powiedziała, odwracając głowę. – Jakim? – zapytałem, choć było mi to obojętne. Chciałem ją całować. – Pieczeniowym. Kazali mi wypić. Wciąż na mnie nie patrzyła. Kilka ciał podrygiwało jeszcze na parkiecie, ale dj musiał załapać krzywego tripa, bo grał muzę wywleczoną prosto w rozprutych żył. – Kazali ci wypić sos pieczeniowy? Dlaczego? – Powiedziałam, że nie jem mięsa… Chcieli mi chyba coś udowodnić. – I tak chcę cię pocałować. – Wiem, ale nie mam nastroju. – Laura… – Co? – Daj buziaka. Nie słuchała mnie, nadal była myślami w tamtej kuchni. – To był sos z paczki. Zrobili cały kubek i postawili przede mną. – Cipeczko, popatrz na mnie – jej opór podkręcał mnie. – Pij, powiedzieli, pij, dziwko. Nie chciałam. Na górze zrobił się taki kożuch. Chwyciłem jej dłoń i położyłem na swoich jeansach. – Powiedzieli, że spuszczą ci wpierdol, jeśli nie wypiję i wypiłam. Bezwiednie zaciskała dłoń na mojej pale. Szczyl, który spał oparty o przeciwległą ścianę jednak nie spał, przyglądał się nam. To mnie jeszcze bardziej podkręcało. – Uwielbiam cię, chodź tu – próbowałem ją przyciągnąć. Opierała się. – Jeden z nich, ten w tatuażach, wiesz który? – Wiem… wiem… – Przeczytał skład i spadł z krzesła. Rozpiąłem dwa guziczki jej bluzki. Wsunąłem tam dłoń i chwyciłem mały cycuszek. – Niezła historia – powiedziałem, ruszając biodrami. Mocniej chwyciła chuja, nadal jednak wydawała się roztargniona. – Okazało się, że w składzie tego sosu nie ma mięsa. Ani tłuszczu zwierzęcego. Miętosiłem jej pierś, kutas prawie rozsadził rozporek. – Był tam nawet napis „odpowiednie dla wegan” – wreszcie na mnie spojrzała i włączyła się w zabawę. Patrzyła mi w oczy sprawnie masując fujarę. Przyspieszyła, uśmiechając się kącikiem ust. – Pocałuj mnie – poprosiłem. Zacisnęła usta. Dochodziłem. – Był całkiem niezły. Kupię go jutro i zrobię nam po kubku. Głodni – Otwierać! Policja! – słychać z korytarza. Mieszko przyskakuje do drzwi, Bożenka zrywa się z kanapy, patrzy na chłopaka szeroko przerażonymi oczami. Mieszko stara się zachować twarz, myśli też, jak jej dać znać, by ogarnęła pokój, ale to bystra dziewczyna, rozumie go bez słów. Zaczyna zgarniać ze stołu strzykawki i pigułki. – Otwierać! Policja!!! – w głosie z korytarza słychać zniecierpliwienie. Dlaczego w tych przeklętych drzwiach nie ma judasza? Łomot w drzwi. Na skórze Mieszka pojawia się zimny, bardzo zimny pot. – Policja! Otwierać! – Kłamiesz! – Mieszko gra va banque. Za drzwiami trwa gorączkowa narada. – Otwierać! Listonosz! Mieszko parska, Bożenka zastyga z osmaloną fajką wodną w dłoni. Patrzy na Mieszka, nie rozumiejąc. – Teraz, to tym bardziej ci nie wierzę! – z Mieszka schodzi stres i z rozkoszą myśli o tym, jak i co za chwilę walnie. Za drzwiami kolejna gorączkowa narada. – Otwierać! Pizza! Bożenka podchodzi do drzwi, patrzy pytająco na Mieszka. Ten wzrusza ramionami, uśmiecha się do dziewczyny. Jakaż ona jest piękna, w tym przyćmionym brudnymi zasłonami świetle późnego poranka! Nawet cienie pod jej oczami, nawet przetłuszczone włosy, spękane usta wydają się jakieś takie… niesamowicie… realne… Mieszko orientuje się, że nigdy jeszcze nie widział kogoś tak prawdziwego. Jak urzeczony sięga do klamki. Bożenka kręci głową otwierając usta, ale nie zdąży powiedzieć choćby słowa, bo oto drzwi stają otworem. Na korytarzu tłoczą się Bóg Ojciec, Duch Święty i Syn Boży, niesamowicie jaśni. I niesamowicie głodni. Kuba Kapral (ur. 1979) - poznański dramatopisarz, autor opowiadań, słuchowisk, offowy twórca teatralny. fot. Grzegorz Dembiński
- Katarzyna Juchimiuk – trzy wiersze
Na mieście nie chce mi się z wami łapać na mieście po prostu nie chce tych siedmiu minut nad kawą chcę osiemnastu godzin i wywiadu rzeki chcę treści nie chcę tych światłowodów chcę tkanki żywej na moim ciele twojej ręki *** wytargał mnie świat za uszy jak pruska belferka dziękuję świecie teraz mam uszy jak budda sięgam nimi do ziemi i słucham jej tętna siedzę patrzę w podłogę spod półprzymkniętych powiek oddycham wdech człowiek wydech człowiek on mówi taki bije od ciebie spokój i taka jesteś w tym piękna a we mnie tysiąc ptaków o skrzydłach roztrzepotanych a każdy rwie w inną stronę świergot chór improwizacja wielka KCKK kosmiczne centrum kontroli koincydencji czuwa i choć nadal pusto w portfelu nie wiem dziwnie znak zapytania jednak jakby może trochę bliżej celu oko byka nie strzelam Katarzyna Juchimiuk – dużo się rusza, śpiewa, pisze, rozmawia. Lubi życie, chociaż jest raczej niełatwe. Dotychczas publikowała w "Helikopterze".
- Anna Jachim – trzy wiersze
Matka i syn, w obawie Po raz kolejny znika jej z oczu Nogi niosą go szybciej niż niepokój matki Elastyczna nić dzieciństwa niepostrzeżenie wydłuża się centymetr po centymetrze miesiąc po miesiącu Obawa rozkładana na czynniki pierwsze miętoszona wyciskana rozciągana przelewa się przez palce i wsiąka w ziemię brunatną mazią kiedy w podskokach powraca z oczami starszymi o nowe pewności Pewnego dnia odejdzie rozchylać gałęzie życia a ona nic na to nie poradzi wprost przeciwnie – zachęci go do złamania jej serca. Chair à canon? Latarka, trzydzieści baterii, dwie kiełbasy, cztery konserwy starannie ułożone i zapakowane w pudełku po butach Na poczcie przyjęto jedynie szynkę konserwową resztę odrzucono Wysyłajcie szynkę na wojnę coraz częściej brakuje mięsa konserwowego? świeżego? ludzkiego? Podwójnie ukarana Dwunastoletnia kobieta wyrwana z dzieciństwa z coraz większym brzuchem Rozerwali na strzępki życie pijany wujek rozdartą spódniczką Sąd Najwyższy podartym rozwiązaniem Już nic nie będzie jak miało powinno być Cofamy się głową w mur 24 czerwca 2022 Anna Jachim (ur. 1981) – warszawianka z urodzenia, paryżanka z wyboru. Chęć zrozumienia praw rządzących współczesnym światem starała się zaspokoić studiami nauk politycznych. Na co dzień wspiera wielojęzyczne rodziny w przekazywaniu dzieciom ich drugiego języka i kultury mniejszościowej. Zadebiutowała w 2022 na stronie Wydawnictwa J i w kwartalniku „Przypływ”. Jej utwory zostały także opublikowane w magazynie literackim „Migotania”. Tego samego roku wydała, w języku francuskim, książkę z opowiadaniami dla dzieci na temat dwukulturowości i poszukiwania własnych korzeni. Od ponad dwudziestu lat mieszka we Francji. Autorka bloga: https://bilingual-kid.com
- Grzegorz Chlebny – dwa opowiadania
Niebieskie anioły Janek Stokłosa lubił marzyć. Siadał w oknie i patrzył na świat. Na wielkie podwórze, oborę z dwoma krowami, świnią i koniem, na kaczki taplające się w kałuży i chodzące gęsiego, jakby chciały się dokądś wyprowadzić — może do lepszych miejsc, gdzie będzie pod dostatkiem ziaren owsa czy choćby jęczmienia, których dziadek tak im skąpił. Kury także grzebały w poszukiwaniu ziaren, lecz były mniej wybredne. Zadawalały się obierkami z jabłek, sałatą czy czymkolwiek, co lądowało na podwórzu, wyrzucane przez gospodynię. W wielkim ogrodzie słychać było, jak spadają jabłka i trzeszczą stare drzewa pod naporem wiatru. Wszystko to utrzymywało go przy złudnej nadziei, że to wszystko tak już pozostanie. Powolne życie wsi, dokąd lubił uciekać, kusiło go tajemnie. Budził się, wygrzebując spod wielkich oceanów pierzyn, wyplątywał nogi spośród fal pierza i czuł się szczęśliwy. Jedyne co nie dawało mu spokoju, to dziadek. Za każdym razem, gdy się tu zjawiał, obserwował jak starość robi swoje. Skradała się jak kot, przysiadała obok i rozpoczynała rzeźbienie głębokich bruzd na twarzy, dobierała coraz bielszy odcień siwizny, aż dziadek stał się bieluteńkim starcem. Janka martwiły te zmiany. Zdawał sobie sprawę, że coś przemija. Poczuł to wyraźnie tamtej nocy, gdy obudziły go głosy dobiegające z podwórza. Wstał, wyszedł do kuchni i usiadł przy oknie, spoglądając na to, co się tam działo. Między starą jabłonią a studnią, leżała klacz o imieniu Baśka i kończyła swoje długie życie. Na jabłoni wisiała lampa naftowa, a stary weterynarz robił zastrzyk, który i tak już nic nie mógł zmienić. Ze łzami w oczach widział jak zaniepokojony hałasem sąsiad Jasnota, przybiegł, zastąpił zmęczonego dziadka i dalej pomagał weterynarzowi w walce, o której wszyscy wiedzieli, że jest już przegrana. Babcia, która również się przebudziła, stała z drugiej strony stołu oparta o parapet i równie bezsilna, jak on, patrzyła na to smutne wydarzenia. Przyglądał jej się przez chwilę i kiedy dojrzał spływającą łzę po policzku wiedział, że to koniec. Ścienny zegar wybił trzecią godzinę. Odeszła Baśka, która woziła go na sianokosy, potem ciągnęła wóz wypełniony sianem, które układali w stodole, by wraz z rodzeństwem skakać z najwyższej belki, wprost w ten zapach, który pamięta się już zawsze. Dziadek sadzał ich czasem na grzbiet konia, na jutowym worku i woził po podwórzu, do czasu, aż razem z bratem i kuzynką nie spadli na ziemię, niczym ulęgałki, tłukąc sobie różne miejsca z naciskiem na te miękkie, służące do siedzenia. Później babcia wprowadziła absolutny zakaz takich przejażdżek, dzieciakom musiało wystarczyć powożenie pustą furmanką pod czujnym okiem ojca i dziadka. Czasem nawet pozwolono mu zasiąść na starą, pordzewiałą przetrząsarkę do siana, która trzęsła niemiłosiernie na każdej nierówności. - Idź spać synu – głos babci wyrwał go z tych rozmyślań. Nie wiedzieć czemu, jedna i druga babcia mówiły do niego synu, ale nie protestował. Któregoś ranka wszedł do kuchni a tam pełno dymu, nie tylko z pieca, w którym babcia rozpalała właśnie ogień. Przy stole siedział dziadek z nogą założoną na nogę i palił papierosa, który kopcił i śmierdział, drażniąc nozdrza. Przez okno wlewały się słoneczne promienie, tworząc spektakl, jaki czasem widywał rano na łąkach, gdzie słońce jakby walczyło i siłowało się z mgłą. Na białej ścianie, pod którą stała misa do mycia, rozlewało się żółte światło, a gałęzie starej jabłoni poruszane wiatrem, tworzyły teatr cieni. Babcia przez cały dzień krzątała się po gospodarstwie. Rano robiła śniadanie. Potem w letniej kuchni parowała ziemniaki, dla świni, kur, a i kaczki czasem coś dziobnęły, chowając honor do kieszeni. W ogóle wydawało mu się, że ta białowłosa, starsza kobieta wciąż coś robi: gotuję obiad, zbiera owoce w ogrodzie, by zrobić z nich przepyszne kompoty, dżemy czy powidła, doi krowy, przecedza mleko, robi sery i wyglądało to tak, jakby cały wszechświat gospodarstwa kręcił się wokół niej, a nie była już przecież młoda. Czasem zmęczona siadała przy stole, popatrzyła za okno na dziadka krzątającego się po podwórzu coraz wolniej, podpierającego się łaską i zapewne martwiła się, co to będzie, kiedy go zabraknie. Po chwili, jakby zbudzona z jakiegoś letargu, stuknęła palcami zaciśniętej pięść w stół, wstała niezgrabnie, ociężale i znów wróciła do pracy, zupełnie jak kolejka elektryczna, którą po wypadnięciu z torów, stawiało się na nich z powrotem. Była osobą, która podtrzymywała w nich otuchę, wiarę w jutro i pielęgnująca wiarę w dobro, choć nie była wykształcona. Ot, cztery klasy ukończone, ślub w wieku siedemnastu lat, czwórka dzieci, które wyfrunęły z gniazd, pozostawiając ojcowiznę na głowie starzejących się rodziców. W tym domu szczęście budziło się wraz z Jankiem każdego dnia. Skrzypiały stare drewniane podłogi, trzaskało drzewo w piecu, do którego babcia dokładała właśnie drzewa i zamykała starannie żeliwne drzwiczki, by broń Boże jakaś iskra nie spadła na podłogę. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżał, wydawało mu się, że domem opiekowały się niebieskie anioły. Dlaczego właśnie niebieskie, zapytał go kiedyś zdziwiony dziadek. - Jak to dlaczego? – odparł równie zdziwiony – Przecież ja się urodziłem w maju, niebieskim miesiącu, pełnym tajemnic i czegoś nieuchwytnego, co wisi w powietrzu i nigdy nie wiadomo, czy to jest dobre, czy złe. One po prostu chodzą za mną i się mną opiekują. - Fiu, fiu – gwizdnął dziadek, poprawiając czapkę i drapiąc się po głowie – Skąd ty takie rzeczy wiesz, o tych niebieskich aniołach i tych tajemnicach. - Jak to skąd? Sami mi mówią, kiedy się modlę wieczorem. - No dobrze, a teraz opowiem ci, jak byłem mały i jeździłem z rodzicami na jarmark do pobliskiego miasta – ciągnął dziadek, idąc w kierunku obórki, by narąbać nieco drew. Przysiadał na pniaku i opowiadał o wielkim świecie w niewielkim miasteczku, o cyrkowych namiotach, do których udawało mu się czasem wślizgnąć, o tańczących niedźwiedziach, klaunach, siłaczach łamiących w rękach podkowy, tygrysach ryczących na treserów, czy choćby o linoskoczkach, za których modlił się żarliwie, by nic im się nie stało. - Tego świata już nie ma, niestety, ale dopóki nosisz go w sobie, jest częścią ciebie, pamiętaj o tym – wstawał, spluwał w dłonie i brał się za rąbanie. Wieczorami, szczególnie tymi długimi, jesiennymi, po wysłuchaniu wieczornych wiadomości i krótkich, zbyt krótkich jak dla chłopca, słuchowisk radiowych z bajkami i baśniami na dobranoc, dziadek wstawał, wyłączał radio i włączał, chyba równie stary, jak on gramofon, nakręcany korbką z boku. Zakładał jedną z pięciu płyt, jakie posiadał i po pokoju roznosiły się dźwięki walca, jeśli dziadek akurat miał dobry humor, poprawiony kieliszeczkiem czystej, na który babcia dawała przyzwolenia a po drugim kieliszku, bywało, że wstawał i zapominając o lasce, podchodził do babci, kłaniał się szarmancko jak na starego kawalerzystę przystało i prosił ją do tańca. Tak sobie wirowali: szczupły, wysoki, były kawalerzysta i niska, pękata, była praczka. Natomiast, kiedy w pokoju rozlegały się pierwsze dźwięki marsza, należało wówczas wstać i wyjść, zostawiając dziadka samego ze swoimi czarnymi myślami. Czasami przychodził do domu bogaty sąsiad, Stefan Jasnota i zagadywał dziadka o sprzedaż ogrodu, w którym rosły owe stare jabłonie, grusze, śliwy, mirabelki. Rósł też agrest — najlepszy jaki Janek kiedykolwiek jadł — ten świecący w słońcu żółty, no i oczywiście czerwony, któremu mogła dorównać jedynie słodka gruszka, którą przed nim odkryły już pszczoły. Jednak najlepsza w całym tym owocowym królestwie, była czarna porzeczka, szczególnie po deszczu, błyszcząca w słonecznych promieniach, ukryta na końcu ogrodu, tuż przy polu Jasnoty. Sąsiad przychodził zawsze z butelką wódki. Witał się słowami: - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – żegnał się, zanim przestąpił próg i musiał się nieco pochylać, by nie uderzyć głową o futrynę. Jankowi wydawało się, że to jakiś olbrzym wchodzi do domu, szczególnie, kiedy nie było prądu i siedzieli za stołem, przy kopcącej lampie naftowej, przy której dziadek co rusz coś grzebał, lub świecach, gdy zabrakło nafty. Cień sąsiada wydawał się chłopcu groźny i tajemniczy, więc na czas pobytu, by nie stało się nic złego i aby zło, które być może sąsiad przyniósł ze sobą, nie rozgościło się w domu, próbował bronić go modlitwami, wzywając na pomoc niebieskie anioły. - To jak będzie drogi sąsiedzie? – zaczynał rozmowę Jasnota, odbijając butelkę wódki i rozlewając ją do dwóch kieliszków. Babcia nigdy z nimi nie piła, chociaż czasem, przy dobrym humorze wypijała kieliszek z dziadkiem lub przy okazji imienin, gdy w domu, zazwyczaj cichym i spokojnym, roiło się od śmiechu dorosłych, rozgrzanych wódką oraz dzieci, ganiających się i buszujących w każdym zakamarku, w poszukiwaniu ukrytych tam skarbów. Kobieta na czas nieprzyjemnych dla niej rozmów, kręciła się przy piecu, szykując coś na jutro, zajmowała się darciem pierza, lub łataniem dziur w spodniach męża i wnuka. - Sprzedacie sąsiedzie ogród? – dopytywał zainteresowany po pierwszym kieliszku, biorąc w dłoń chleb i wąchając go, choć na stole była naszykowana przez babcię wędlina: kiełbasa, kaszanka, pasztetowa, boczek, wszystko wyrobu własnego, bo jakże inaczej. Wszytko to, co wiele, wiele lat potem wspominał Jan Stokłosa, z niesmakiem jedząc marketowe, zafoliowane, niby wędliny. Jasnota powtarzał za każdym razem ten sam rytuał: wódka, obtarcie wierzchem dłoni ust i wąsów, powąchanie chleba i to samo co zawsze pytanie: - Dobry chleb, żytni, czuć, że nie ze sklepu. Samiście piekli kumo? - Od dawna już chleba nie piekę – gderliwie odpowiadała kobieta. – Wnuk przywiózł. Z piekarni jego dziadka. A, że dobry, to dobry, nie kupicie takiego w geesie. - Tu macie racje, kumo. Wróćmy jednak sąsiedzie do tematu – zwracał się do starego Stokłosy, znów nalewając wódki – To jak będzie? Sprzedacie, panie sąsiedzie? Stary Stokłosa wypijał wódkę, resztę jaka pozostała w kieliszku, te kilka kropel strząsał na podłogę i odpowiadał to, co odpowiadał zawsze: - Ano, nie sprzedam, miły sąsiedzie. Póki sił w piersiach i pary w rękach, nie sprzedam! - Spójrzcie, kochany kumie. Zostaliście sami. Dzieci daleko, wam, za przeproszeniem sił brak, by o to wszystko dbać, a do tego koń wam padł. Sprzedajcie chociaż łąkę, tą za torami, pod lasem. - Nie sprzedam!!! – pięść starego rąbnęła w stół, aż zabrzęczało szkło, a chłopiec począł jeszcze gorliwiej się modlić i prosić niebieskie anioły o pomoc, by sąsiad sobie już poszedł, dziadek się nie złościł i znów w domu było tylko słychać tykanie ściennego zegara. - Nie denerwujcie się sąsiedzie. Nie, to nie. Kłócić się nie będziemy. Tylko was proszę, gdybyście kiedy mieli sprzedawać, pamiętajcie, że ja jestem pierwszy. Wstawał wówczas od stołu, nieco chwiejnym krokiem, wypita wódka i ciepło zrobiły już swoje i podchodził do starego, by go wyściskać. - Na mnie, sąsiedzie możesz zawsze liczyć. Trza będzie koni pożyczyć, pożyczę, a i skosić pomogę, jak mi Bóg miły, że pomogę i to bez piniędzy – prostował się, rzucając ogromny cień na sufit oraz ścianę i wielką pięścią bił się w pierś. – Na Jasnotę zawsze możecie liczyć, drodzy sąsiedzi. Pamiętajcie o tym – siadał z powrotem na swoje miejsca, rozlewał wódkę już nie koniecznie do kieliszków i wiadomo było, że temat sprzedaży został na jakiś czas zakończony. Stokłosowa odkładała wówczas robotę na bok i mówiła do mężczyzn: - Jak przyjdzie czas, że trzeba będzie sprzedawać, dowiecie się o tym Jasnota pierwszy, ale zapamiętaj sobie moje słowa: ogród po mojej śmierci! Dopóki żyję, nie pozwolę! Powycinasz drzewa, zaorasz i obsiejesz. Póki żyję, chcę słyszeć jak spadają jabłka i grusze, jak pachnie wszystko po deszczu i budzi się do życia wiosną, rozumiesz?! - Co mam nie rozumieć, dobrodziejko – szurało odsuwane krzesło i Jasnota przypadał do spracowanych rąk kobiety, by je ucałować, a ta ze śmiechem, chowała je za siebie, wołając: - A idź że, pijanico jeden – i dziadek również zaczynał się śmiać, wkładając Sporta w fifkę i zapalając go zapałką, która jeszcze przez chwilę płonęła, dodając nieco blasku kuchni. - Usmażę wam kaszanki na cebulce, tak jak stary lubi – rzuciła babcia już weselszym głosem. Tak kończyły się próby kupna ogrodu czy też łąki pod lasem, przez sąsiada Jasnotę. Była złość, gniew, modlitwy, a i radość na końcu, jak słońce po deszczu, co z rozrzewnieniem wspominał Jan Stokłosa, siedząc w pustym mieszkaniu na dwunastym piętrze i spoglądając na miasto skąpane w letnim deszczu. Głośny dźwięk starego, ściennego zegara wyrwał go z rozmyślań. Zapach śmierci Jaskółki zwiastowały, że coś nadchodzi, coś nieuchwytnego, coś, co tylko nieliczni potrafili przeczuć. Promienie słoneczne odbijały się w taflach szyb, niebo wdzierało się do środka przez otwarte okna i spoczywało na twardych, drewnianych podłogach, wyszorowanych dłońmi zmęczonych gospodyń. Ciche westchnienia wiatru, niespokojne zwierzęta i dalekie, dalekie, ledwo dosłyszalne odgłosy burzy, to wszystko, co można było dojrzeć i usłyszeć, a wciąż pozostawało jeszcze nieodgadnione. Mariaż nieba i ziemi, może nieco burzliwy, ale jakże trwały. Coś, czemu srebrnoskrzydłe anioły przyglądały się z zachwytem, ale i niepokojem. Z nieba spadały rozedrgane promienie słoneczne, letni gorąc, gęsty i lepki unosił się ponad ziemią, drażniąc płuca. Senna wioska, zatopiona w południowej ciszy, wchłaniała w siebie zapach okolicznych pól i sadów. Na polnej drodze prowadzącej do wioski, pojawił się tuman kurzu, który powoli zaczął przemieniać się w wir, tańczący, kołujący, niczym derwisz. Wojna, rozłożysta i groźna, omijała wioskę. Przycupnięta na krawędzi jawy i snu, wiła swe spokojne dni, przeplatane sąsiedzkimi pogaduchami. Daniel siedział na drewnianych schodkach ganku, zajadał ze smakiem truskawki i czuł, jak ten słodki smak wypełnia najpierw usta, by po chwili wybuchnąć w mózgu, paletą barwnych kolorów. Przedwcześnie dorosły, z nutą dojrzałości przebrzmiewającą czasem w jego wypowiedziach, a przez dorosłych odbieranych jako nieudolne ich naśladowanie. Mały Daniel, który nadawał gwiazdom imiona, i mówił, że rozumie wiatr, nasłuchiwał czegoś, co tylko on mógł usłyszeć. Tak śpiewał wiatr, kiedy przynosił złe wieści. Jęczał, uwięziony w koronach drzew, szarpał się i wił, by potem wzbić się wysoko, wysoko w górę i runąć w dół, jakby chciał się roztrzaskać o polne kamienie, jakby nie chciał być nosicielem złych wieści. Daniel znał ten jego śpiew. Pierwszy raz usłyszał go kiedy miał trzy lata. Bawił się, nieświadomy niczego, ganiając po podwórzu za młodymi kaczkami, kiedy usłyszał ten śpiew. Przystanął, otworzył usta i zadarł głowę do góry, spodziewając się, że ujrzy tam coś niezwykłego, lecz tylko niebo na chwilę zmieniło swój kolor, przybierają barwę nieco ciemniejszą. Tego dnia, jakiś obcy mężczyzna przyszedł i powiedział ojcu, że jego brat, zginął w kopalni kamienia. Ojciec zaprzągł konia do furmanki i ruszył z kopyta w kierunku pobliskiego lasu, gdzie znajdowała się kopalnia, a gdzie rano wybrał się jego młodszy brat, by przywieźć kamień na budowę letniej kuchni. Pamiętał, jak stał na furze i poganiał konia, strzelając batem, a matka płakała, trzymając go w ramionach. Czasem budziły go gwiazdy nocą, grzechocząc i przesypując się z miejsca na miejsce. Bo gwiazdy nie stoją w miejscu, one są jak ludzie, wciąż dokądś się śpieszą. Mówił kiedyś o tym babci, ale odpowiedziała mu, że ma bujną wyobraźnię i jak będzie tak zmyślał, to trzeba będzie go zaprowadzić do doktora, więc przestał mówić dorosłym o tych dziwnych rzeczach, które mu się przydarzały. Dojadł ostatnią truskawkę, wstał i ruszył przed siebie, nie wiedząc zupełnie dokąd prowadzą go nogi. Rodzice byli w polu, a babcia gotowała obiad, który razem mieli im zanieść. Ziemia lekko spękana od słońca, nagle zaczęła jakby drżeć i jego bose stopy najpierw powoli, potem coraz szybciej, jak gdyby chciały wyprzedzić jedna drugą, poczęły biec, szybciej i szybciej. Biegł na skróty, przez wąwóz, gdzie drzewa rozkładały swe ramiona i przez chwilę można było odpocząć w ich cieniu. W głowie słyszał warkot, i dalekie odgłosy burzy. Potem był ten dziwny dźwięk, jakby ktoś rzucił żwirem o blachę. Odgłos, którego jeszcze nie znał. Po chwili wąwóz znów zamienił się w łąki i był już blisko ich pola, gdzie powinni pracować przy sianokosach, ojciec, matka i wynajęci ludzie, ale nie widział nikogo, jedynie na tle nieba majaczyła sylwetka samolotu. To jego warkot słyszał. Nagle się zatrzymał. Samolot zniknął za horyzontem i cisza wypełniła powietrze. Czuł jakby ktoś wlewał w niego niepokój i wiedział już, że znów stało się coś złego. Wiatr zaszeleścił mu u stóp, zaśpiewał żałosnym głosem zaplątanym w korony pobliskich drzew i wzbił się wysoko, a pieśń o przemijaniu uleciała razem z nim. Niebo pociemniało i pojawiła się pierwsza błyskawica. Wiatr przyniósł metaliczny zapach. Zapach śmierci. Grzegorz Chlebny – ur. w 1971 w Ostrowcu Świętokrzyskim poeta i prozaik. Wydał dwa tomiki poezji: Katharsis i Kroniki wspomnień. Pisze pod pseudonimem Manuel del Kiro
- Marcin Balcerzak – Jemu i Jej
On. Zdarzyło się, powie szczerze, że za późno on z niej chuja wyciągnął i z powodu jego niedbałości urodziła się najpierw córka, której matka dała na imię Bożena. Jemu jest Grzegorz, gdyż przestaje się ukrywać pod tajemniczym on zaraz na początku. Nazwała ją tak Jemu zdecydowanie na złość. Ponieważ wolałby Patrycję, i od kiedy tylko zaczął się z nią/żoną spotykać, zastrzegł sobie, że jedynym damskim imieniem, którym się brzydzi jest imię wstrętne Bożena, nie bez zresztą przyczyny, gdyż dziewczyna o takim obrzydliwym imieniu Jemu obiecała, że przyjdzie się spotkać z nim, a nie przyszła. Ale, gdy już nie po jego myśli matka skrzywdziła córkę Bożeną, próbował obrzydzić sobie w miejsce Bożeny inne żeńskie imię, zastępując obrzydłą Bożenę bardziej obrzydłą Jolantą; nie mógł przecież wzdrygać się z obrzydzania za każdym razem, kiedy wołał córkę po imieniu. Jedyne co osiągnął to to, że Bożena tak samo go brzydziła jak imię Jolanta, które pewnie nie przypadkowo nosiła jego żona. Zamiast z jedną obrzydliwością ścierać się na co dzień, doszła druga nie mniej obrzydliwa. Drugim razem to ponoć Jolanta przespała, ale urodził się chłopak, bo Grzegorz nie zniósłby, gdyby miał obrzydzić sobie jeszcze jakieś trzecie żeńskie imię. Ale raczej to Jemu się wydaje bezsporne, że Jolanta wcale niczego nie przespała, tylko specjalnie długo i dodatkowo pieściła jego prącie, żeby w niej właśnie Jolancie ukończył bieg, a nie w trawie, w telewizorze lub na dalekich bezludnych wyspach, bo wtedy gówno by miała Jolanta z takiego pożycia i tu Jej pazerność zawiniła. Sprzymierzeńca drugiego swojego urodziła Jolant i Grzegorz pozostanie już do końca życia w miażdżącej mniejszości, na końcu łańcucha pokarmowego swojej rodziny. Jolanta i tym razem pokazała swoją wybitną chęć zagarniania wyłącznie łapami do siebie i nie ma Grzegorz na myśli tylko tych poczętych z przypadku dzieci, ale też i wszystko inne głównie materialne ale i nie tylko. Bartek z twarzy przypominał psa zaraz po urodzeniu o cofniętej mordzie, która postanowiła, że jeśli jest tak odrażająco brzydka, spróbuje schować się za nosem i uszami głęboko wciskając się w czaszkę, żeby później upodobnić się do twarzy Jolanty i Bożeny w jedną mordę u Bartka z wiekiem coraz bardziej wstrętną. Jak już niedługo miało się okazać, dzieci dla Grzegorza okazały się straszniejsze, niż gdyby obrzydził sobie wszystkie żeńskie imiona. Ale już, już wyrzygał z siebie to pierwsze, najgorsze obrzydzenie, przedstawiając tutaj państwu jednego brzydkiego psa wabiącego się obrzydliwe BożJolBart. Bożena jeszcze jak nie odrosła od podłogi na metr, pokazała Jemu prawdziwą swoją obłą twarz, bo ryczała przeraźliwie i pluła czym tam miała w gębie, gdy podchodził do jej nocnika, nie bynajmniej w celu wylania go na głowę krzyczącej Bożenie. Tylko pytając się Jolanty, czy nie zwiastuje ten krzyk Bożenki, że jej jelita są właśnie pożerane przez robaki wprost z jedzenia, którym Jolanta karmi Bożenkę? Bo jakże, od rozkrzyczanej Bożenki usłyszeć zrozumiałe słowo, tylko krzyk, którym też może zagłuszać niepokojące piski robaków rozpasanych ze środka Bożenki brzuszka? Chłopak przeciwnie niemowa. I kiedyś, gdy pochylił się Grzegorz nad milczącym synem, ten w tajemnicy przed dwoma podłymi babami właśnie, Jemu podał zapisaną kartkę kulfonami dziecka:” że z przyczyny krzyków Bożeny postanowiłem nic nie mówić. Żeby tylko przed matką moją Jolantą Grzegorz go nie zdradził, ale to przez głupią Jolantę mam teraz do czynienia z głupią Bożeną. Nie inaczej jak po głupiej Jolancie przejmie berło głupia Bożena. Ale też żebym nie myślał sobie, że jego, przecież ojca uważa na tym tle za mądrego, bardziej wydaje się głupi, dając się podejść jeszcze głupszej Jolancie i on dziedzicząc całe to gówno po obu głupich rodzicach i nic nie może z tym zrobić, jeszcze pozostaje w nim nadzieja, że być może Grzegorz nie jest jego biologicznym ojcem ”, tak jeden jedyny taki raz napisał Bartek dobrze o ojcu. Gdyby nie to, że Grzegorza syn okazał się też spadkobiercą po matce Jolancie nie urody, bo jej nie miała, nie mądrości dla tego samego powodu, ale zachłanności, którą Jolanta mogłaby obdarować w gratisie jeszcze niezliczone, oby nie, po niej nastające pokolenia. Dopiero jak Grzegorz pomachał dwudziestozłotówką Bartusiowi przed oczami, ten wreszcie zaczął coś mówić: „żeby następnym razem pomachał pięcioma dychami, bo tak się zatnie przy nauce pisania, że do szkoły specjalnej będzie musiał go wozić pięćdziesiąt kilometrów dziennie samochodem na benzynę”, powiedział tylko raz kochany Bartuś. Bożena, Grzegorza córka. A z pokoju, do którego kupił ten płaski telewizor, ten wypoczynek teraz staromodny, stół, krzesła i wszystko inne, nie wiedzieć czemu musi teraz uciekać przed Bożeną, której w wieku dziesięciu lat Jolanta zaczęła bezguśćnie malować paznokcie. Bez ostrzeżenia rzuca w niego Bożenka pilotem od telewizora, albo szklanką z nie wiadomo, czy nie z żrącym kwasem. By się dopiero zaczął bać, Jemu Bożena będąc przedszkolaczką zapowiedziała, że jak będzie starsza, bo gdy większa Bożena podniesie z podłogi ciężką sztangę, będzie on zdychał pod jej stu kilogramami nieruchomo cały dzień. Niech też raczej uważa na zupę, w której może Bożena pomyłkowo rozpuścić rtęć z termometru, a dla Grzegorza najlepiej byłoby, podpowie mu jeszcze, żeby lepiej, gdyby dojadał po matce resztki z obiadu, ale na pewno bez rtęci. Jak tylko będą chcieli z matką i Bartkiem dorosnąwszy, wypchną go nieprzypadkowo z balkonu, raczej później w trójkę mówiąc policji o depresji Grzegorza i chęci zabicia się poprzez rzucenie się z siódmego piętra bez nadziei na odratowanie. W dupę kopana Bożena, będzie za to powtarzał Grzegorz pod nosem do śmierci. Jolanta najchętniej rozsiadłaby się na jego koncie osobistym w pojedynkę, wyciągając z niego wiadrami życiodajną wodę aż do mulastego dna. Płaci Grzegorz przecież za wszystko od tylu lat, albo powie precyzyjniej, Jolancie, bywa że się zdarzy kupić za swoje jakieś ziemniaki, zawsze zgniłe albo przeterminowane konserwy o wydętych wiekach. Jolanta nie raz mówiła, że na ten lakier co nim córce maluje paznokcie od dziesięciu lat, musiała odkładać dwadzieścia lat pieniądze, z powodu, że Grzegorz zapomniał o piękniejącej co dzień Bożence. Wolał sobie nakupić niezdrowej kiełbasy żeby ją samemu zjadać. Niedługo będzie musiała gotować sobie i dzieciom zupę ze szczyn, gdyż, ponieważ pieniędzy, które Grzegorz jej daje, starcza tylko na jedzenie dla niego. Grzegorza delikatność nie pozwala mu przecież powiedzieć tego głośno, że kradnie mu z konta zachłanna Jolanta garściami, nienasycona Bożena i chciwy Bartosz, te mątwy, które tylko czarny atrament wypuszczają w stronę jego – ojca jak mantrę. Jakby ,mogłoby być inaczej, gdyby z jego resztek naskórka, wyprodukowali kogoś takiego jak on sam. By się Jolanta udławiła, gdyby zobaczyła , jak można żyć we dwie takie same osoby. Jak szczoteczki do zębów można używać jednej, a nie dwóch. Jak można we dwóch dzwonić z jednego telefonu, a pieniądze z dwóch kont można wpłacić na jedno. Już to widzi, jak Grzegorza bis-kopię Jolanta podstępnymi kopniakami wystawiałaby za drzwi machając przy tym nożami z lufami pistoletów. I żądałaby, żeby Grzegorz raz dwa się zdecydował, który z nich jest ten prawdziwy, bo będzie za późno , jak Jolanta wskaże policji jego prawdziwego zamiast bisa, jako gwałciciela roznoszącego choroby weneryczne i raki jajników, i przy każdym skłonie musząc oglądać się za siebie. I wielokrotnie podduszającego zarówno ją, jak też niepełnoletnią Bożenę, powodowany za pewnie przyjemnością niemalże seksualną, a małoletniemu Bartoszowi grożąc własnoręcznym obrzezaniem w męczarniach z tych samych powodów. On się ani nie spostrzeże, jak policja wyprowadzi jego zamiast jego podróby bis. Jej naprawdę nie dużo potrzeba, żeby Grzegorz skończył, albo wyrzucony z balkonu, albo dożywotnie umierający w strasznym więzieniu na Syberii. Grzegorz w kontrze za to poczeka trochę, jak wypadną Jolancie wszystkie zęby i osobiście będzie jej wlewał w gardło zupę ze szczyn, którą gotuje. A tylko w niedzielę z jej wypadłych włosów poskleja kotlety na wypadek, gdyby czuła się dalej Jolanta głodna i kazać będzie Jolancie za każdy taki obiad zapłacić ze swojej haniebnie niskiej emerytury. Wobec czego, niech by lepiej nie stawała pomiędzy może nim a jego przyszłym klonem? Już dziećmi takimi jak te, już właściwie by mogła Jolanta Grzegorza nie karać, chyba zrobiła to specjalnie, by tylko przypodobać się samemu diabłu z piekła, który tylko pod takim warunkiem zdecydował się, żeby Jolanta w ogóle z piekła wyszła na krótkie wakacje. Nie zrobił spryciula tego we wiekach średnich, bo zaraz by wyszło na jaw, że Jolanta obciąga wszystkim w piekle dorosłym diabłom i już nazajutrz w Jej popiołach po stosie grzebałby kury. Ale dzisiaj też Grzegorz widzi dużą szansę w ujawnieniu ciemnego pochodzenia Jolanty, bo wystarczyłoby, że pod kościołem rozpowie wśród ludzi wychodzących ze mszy, że Jolanta wcale nie zaprzestała praktyk w obciąganiu czarnej pały nawet po spaleniu na stosie. Może by w takim razie spróbowali utopić Jolantę w rzece za pomocą młyńskiego kamienia? A kto wie, może to spowolniło by niecne plany diabła na sto lat? Jej Jolancie nie pozostaje nic innego, jak wyjść z dziećmi na dwór jak najdalej od umysłowo chorego Grzegorza. To nic, że znają historię o spalonej Jolancie za czary na pamięć i dawno mają wyjaśniony termin obciąganie przez Jolantę i by mogły właściwie przejść obok tej historii obojętnie; Jolanta woli jednak zejść Grzegorzowi z oczu, a nóż opowieść swoją wzbogaci jeszcze o nieznany dotąd Bożence i Bartusiowi zwrot „ruchanie”, z objaśnieniem którego znaczenia mogłaby sobie nie poradzić, używając tylko kulturalnych słów. Jemu też świta możliwość alternatywna też druga. Bo udział Grzegorza w poczęciu przez Jolantę Bartosza nie koniecznie miał miejsce. Gdyby mu nie kradli pieniędzy z konta, dawno by porównał oba DNA ze sobą. Ale pewnie Jolanta ukrywa tajemnicę i dlatego celowo kradnie na potęgę pieniądze z jego konta żeby nie mógł dociec prawdy. Bartek jakby składał się z samych genów diabła i genów Jolanty, przecież też kochanicy pana z piekła. Gdyby choć odrobinę domieszał Grzegorz do Bartka, widać by było w nim refleksy jakieś, zajączki odbitego w lustrze światła, a tak, same tylko w oczach ma Bartek żyletki, a gęba jakby służyła mu tylko do plucia na ojca, bo nawet nie do mówienia. A wtedy, gdy Bartek otworzył usta po raz drugi, co powiedział? Żeby nie daj boże ojciec dostał udaru i przeżył. Wtedy by do hospicjum ojca nie oddał we wygody, czystą pościel, jedzeniem przez kroplówkę i zastrzykami przeciwko bólowi i przywracającymi pamięć. Z takich wygód nic nie maiłby Grzegorz na pewno pod sparaliżowaną ręką w domu, prócz uciekającego w piździec pulsu. Z rozrywek tylko smarowanie twarzy miałby zjełczałymi jajami, wbijanie w gałki oczów kolce wyrwane z kaktusów i aż odbicia swojego w lustrze będzie śmiał się, gdy zobaczy dwa małe jerzyki zamiast oczu. No nie, przecież zje sobie coś raz na tydzień w paście wyciskanej z tub, które niech ojciec zgadnie tylko czym będą napełniane? Do picia tylko ślina, którą sobie zgromadzi sam w zamkniętych ustach przez noc. Zaraz też zacznie też Bartuś uczyć się grać na żebrach starego, uderzając w nie pałkami od cymbałów grając „Taniec z szablami” z zamkniętymi oczami. Powodów ma Bartuś tysiące, za które będzie się wówczas mścił na ojcu, ale gdyby był Grzegorz bardzo ciekaw, będzie mu sparaliżowanemu czytał swój pamiętnik, gdzie tylko w pierwszym rozdziale napisze, jak na przykład kopał Bartusia po głowie, gdy ten jednak nie mógł zasnąć. Na pierwszy ogień pójdzie kopanie, ale zobaczy Grzegorz jak przejdą wspólnie przez początek przedszkola i szkołę spacerkiem, jak później akcja nabierze tempa w środku z truchtu przejdzie w cwał i jak razem zaczną galopować pisząc zakończenie pamiętników w jego chorobie na bieżąco. Lepiej dla Grzegorza byłoby, niechby na ten udar umarł od razu na miejscu, żeby już nie pomyślał sobie Grzegorz, że nie miał Bartek dla niego serca. Bożena przyłącza się do Bartusia do duetu, tylko by do udaru dokooptowała nowotwór trzustki bolesny, jakby pewnie zabijający w rezultacie ale nie bezboleśnie. Żeby przyglądał się „tatuś” jak Bożena wylewa za okno litrami z wiadra morfinę. Popatrzy z wdzięcznością jak Grzegorz z oczu wylewa chujnię, którą gromadził przez wszystkie wspólne lata. Nie, jakiegoś tam sobie nie przypomina kopania po głowie Bożena. Albo być może nie pamięta już nic od tego kopania, którego nie pamięta, bo jak z niesprawną bo pokopaną nogami przez Grzegorza głową? Sobie, pamięta jedynie dobrze, jak kupiła sobie cukierków słodkich, a Grzegorz utopił je na jej oczach w kiblu. Po to, żeby Bożena nie przypominała później grubej jak teraz Jolanty. I kto wie, czy nie byłaby teraz jota w jotę gruba jak gruba matka. Daleko więc Bożena nie ma co patrzeć poza horyzont. Zarówno matka Jolanta jak i brat Bartek by nie wmawiali Bożenie na siłę żadnych kłamstw jakiś, o tym, że niby Jemu wyżarł serce parch złośliwy, którego Jolanta widziała na własne oczy, jak nie chciał ze starego wyjść, tylko zapierał się jeszcze rękami i nogami, chcąc jak najdłużej męczyć ją, Bożenkę i braciszka. Na pewno było tak, że z małą dziewczynką obchodził się nie drakońsko, tylko na pół gwizdka jej dokuczał, ale jak już by osiemnaście lat skończyła nie wiadomo, czy nie kazałby jej chodzić wokół siebie na kolanach? Jolanta też ją ostrzegała, żeby nie wychodziła ze swojego pokoju nieubrana, bo stary zrobi jej zdjęcie, które będzie pokazywał kolegom, jaka jest Bożenka brzydka i nieproporcjonalna. Do tego przestrzeże ich, żeby nie dopuszczali do Bożeny swoich synów, którzy ogłuchną prędzej od wrzasku z jakim wykrzyczy ich imię. Do tego by chłopców Grzegorz straszył, że drze ryja jak zobaczy Bożena ładną jakaś dziewczynę z zazdrości aż że spadają z nieba muchy. Nie tylko jednak wrzaskiem Bożeny Grzegorz straszył naokoło, ale też opowieścią, jak Jolanta rozdarła ryj do nieba, gdy pierwszy raz zobaczyła Bożenę w betach. Czy takie słowa, gdyby je Bożena usłyszała z ust Grzegorza mogłaby kiedykolwiek wybaczyć? Naprawdę nie umiałaby Bożena nienawidzić za nic. Grzegorz pewnie Bożenie połamałby wszystkie nogi, żeby nie mogła nigdzie wychodzić. Obśmiewałby wtedy i to że siedzi po pachy w gipsie i to, że zostanie wybrana na najbrzydszą nastolatkę Tik-Toka wszechczasów. Nie musi Bożenie przecież Jolanta mówić, Bożena sama widzi, kiedy Grzegorz włącza na jej widok bruździacz na głębokość poza skalą. Dokładnie też zapisuje sobie w telefonie kiedy mógłby być Grzegorz dla niej wredny, albo też na czerwono, kiedy by mógł ją zabić, wmawiając później wszystkim, że sama Bożena o to się bezustannie prosiła. Dokładnie jak tylko po śmierci Grzegorza na udar i raka ktoś zapyta Bożenę o ojca, jemu odpowie, że wykarczowała już dawno las po ojcu, a w tym samym miejscu posadziła dla matki łąkę, którą w ogóle nie kosi i pozwala tym samym rosnąć na niej kwiatom polnym przez cały rok. Jej Jolancie się bardziej podoba, jak Jemu Bartek w twarz powie o skurwysyństwie, za które odpowie zaraz po swoim udarze. I już wie Jolanta, jaki przyjdzie na niego koniec być może z rakiem i na pewno po udarze. Już Jolanta widziała na gębie Grzegorza strach, który wziął go pod swoje krucze skrzydła. A nawet pytał się w czasie porady telefonicznej lekarza, od czego można dostać udaru i raka trzustki, i żeby lekarz przepisał Jemu lekarstwa na jedno i drugie, najlepiej w jednej małej tabletce. I może gdyby wyjechał do swojej matki pomieszkać, czy by wtedy nie odsunął na trochę od siebie tych chorób? Bożenka powinna mocniej tupnąć nóżką, podpowiada tylko Jolanta. Najgłębsze rany Bożenka nosi od Grzegorza, czego może jeszcze nie pamiętać, bo krótko jeszcze żyje. A to naśmiewanie się z niej, gdy po urodzeniu Bożenki przypominała Jemu liniejącą hienę nie pamięta? A patrząc na Bartka powiedział łagodniej, tylko, że ma mordę psa. A i tak Jolanta ma najgorzej, bo maila, który do niej wysłał przeczyta Bożenie: „przypominasz mi Jolanto zdechłą mysz, która ani za życia, ani po tym jak zdechła, nie wyglądała nigdy dobrze.” Może gdyby Bożena sobie przypomniała, jak kiedyś patrzył na nią ojciec bez umiaru, chcąc, żeby może goła chodziła przed nim. Czy dotykał ją wtedy łapami albo żeby może żądał żeby ona jego łapała za mosznie, czy pamięta? Jolanta sobie przypomni od razu, jak tylko wróci pamięć Bożenie. Być może wyparła te straszne wspomnienia z Grzegorzem precz, dzięki temu, że Jolanta otaczała ją szczególną atencją, że prawie w objęciach Jolanty non stop dorastała. Kupowała jej Jolanta różne piękne sukienki i zabawki, które same nauczyły Bożenę chodzić szybciej od innych dzieci. Lego klocki, które Bożenie kupowała i na ich widok zaczęła mówić i głośno krzyczeć Och i Ach? A być może gdyby nie to, milczałaby jak Bartuś, którego opuścił głos ze strachu przed despotycznym Grzegorzem, kto wie. Głos miał gdzie uciec, nie to co mały Bartuś. Ale Bożena osobiście raczej nie pamięta tego, że matka kupowała jej klocki i piękne sukienki. Niech się Bożena przestanie o to martwić, Jolanta jej napisze jej wspomnienia z dzieciństwa i późniejsze ze szkoły. Tylko Bożena będzie musiała się nauczyć tego na pamięć, żeby później na policji opowiedzieć, co jej Jolanta napisze słowo w słowo. Można też udowodnić, że od traum mało co Bożena mówi jak Bartuś i dlatego, że wystarczy że mamusi ona tu tylko podpisze. Jolanta już Jemu zapowiedziała, żeby nie spodziewał się, że Jej umrze się pierwszej przed nim. Marcin Balcerzak (ur. 1967) – drukował w kwartalniku „Red” oraz w miesięczniku krótkich form prozatorskich Opowieści. Pracuje w magazynie. Mieszka w Sieradzu.
- Tadeusz Zawadowski – wiersze
dziecięce zabawy dziecko z gruzów próbuje zbudować dom. klocki które kiedyś układały się w ściany dzisiaj nie pasują do siebie. szafka z zabawkami założyła czapkę niewidkę. rodzice bawią się z siostrą w chowanego. nigdzie nie można ich znaleźć. dziecko dokłada kawałek cegły do rozbitej szyby. próbuje przez nią ujrzeć to co utracone. mundur II ojciec wraca do domu. rozgląda się po pokoju. zdejmuje mundur. liczy dziury po kulach. przeżył. jednak przeżył. musiał. obiecał synowi że powróci. wpatruje się w wyrwę po drzwiach. gdzie się żegnali. nad ranem nie sądziłem że historia potrafi tak szybko kręcić kołem i wciągać do środka. nie przypuszczałem że po nocach będę mi się śnić porozrzucane martwe ciała. blisko. na wyciągnięcie samotnej ręki bezskutecznie poszukującej drugiej. jeszcze budzę się gdy tymczasem innym narzucono sen na oczy. barbarzyńcy zawsze przychodzą nad ranem aby nie przerywać koszmarów. niepewność II przez miesiąc mieszkała w piwnicy sąsiada. z jej domu pozostał tylko przerwany w połowie sen. nocą wymykała się po wodę. ukradkiem żeby nie skrzyżować drogi ze śmiercią. uciekła. nie chce pamiętać kilkudniowej pieszej tułaczki. nie wie czy jest bezpieczna. czy i tutaj zamiast deszczu nie zaczną spadać bomby. nowe stary świat schodzi do podziemia. krok po kroku. ostrożnie ważąc każde stąpnięcie. wciąż śnią mu się po nocach dobre zakończenia. jednak z nastaniem dnia coraz bardziej zapadają się w przeszłość. nowe wylewa się na wierzch. ma zapach palonych migdałów i piołunu. powitanie miasta odsunięto głaz ale za nim nie było już miasta tylko przestrzenie pełne nieobecności. domy zniebowstąpiły w stosy gruzów i leje po bombach. tak jak głosiła przepowiednia. zbiorowa mogiła. żołnierze patrzą w głąb miasta. wypadają im karabiny. z grobu wstają ich synowie. podnoszą je z ziemi i ponownie wkładają im do rąk. powrót do domu powoli. już blisko. najpierw drogą obok kapliczki w której kiedyś ukrzyżowano Boga. później w prawo gdzie zarys domu przebija niebo. teraz po schodach trzymając się poręczy. tylko nie ma już domu. tylko nie ma już Boga i powrotu. widok z okna III stoję na ósmym piętrze otwartego na przestrzał bloku. tu było moje mieszkanie. na prawo sypialnia w której nie obudzi się już dwójka małych dzieci. w kuchni żona zasnęła przy robieniu śniadania. to moja rodzina. i ja w miejscu okna patrzący na sunące ulicą czołgi żałując że nie jestem koktajlem mołotowa. wyzwolenie miasto przypomina stertę rozrzuconych klocków. trzeba na nowo je poskładać. pokruszone rozdeptane butem lub rozjechane przez czołgi tak jak ciała najbliższych. na ulicach bezdomne psy wyją do swoich szczeniąt. daremnie. ludziom zabrakło łez. wyszli ze swoich jaskiń i już nie potrafią płakać. przyglądają się ruinom. patrzę w ich martwe oczy. żołnierz z karabinem. bezradny jak dziecko. zabawy z czasem świat się kurczy. to co było dalekie stało się na wyciągnięcie ręki. właściwie na długość lufy karabinu lub zasięg rozprysku bomby kasetonowej. nigdy nie przypuszczałem że stare demony mogą ponownie wejść w nasze sny. ciągle nie potrafię uwierzyć że można bawić się czasem jak zepsutym zegarkiem i przenikać przez jego tarczę w stare rany i blizny. Tadeusz Zawadowski (ur. 1956) – poeta, redaktor, krytyk literacki. Członek Związku Literatów Polskich. Tłumaczony na rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski i angielski. Wydał 17 tomów poetyckich. Mieszka w Zduńskiej Woli. fot. Andrzej Walter
- Grażyna Wojcieszko – dwa wiersze
…. kiedy wyciskasz pastę do zębów z tubki, czy masz wątpliwości, że pasta jest, że była tubce zanim się z niej wydostała? czy nie uważasz, że aby coś z czegoś mogło wyjść, musi w tym czymś być, zanim z niego wyjdzie? ... to przesąd. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie kwantowym. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie poezji. ten przesąd traci wszelką ważność w świecie myśli. niektóre radioaktywne atomy emitują cząstki, których nie zawierały przed ich wyemitowaniem. nie było żadnej myśli o tobie, nie było ciebie w mojej głowie. i jesteś. myśli zataczając kółka, wychodzą słowami. między przeszłością a przyszłością jedna litera. w ruchu szłości jedna litera, przy a może prze, kto wie z jaką literą pomyślę o tobie. ….. chmara plazmy prosto ze słońca wpadła w nasze serca, teraz są jak plastelina, teraz od byle słowa robią się wyżłobienia, jakieś wzory, raz śmiech, raz strach raz łzy. potem spadł pył słoneczny i nas ozłocił. spadł i nas zauroczył, nas już nie ma. teraz są tylko te ozłocone istoty. świecące istoty. wytwarzają silne pole magnetyczne, wytwarzają wiatry miłości, a na powierzchni ziemi są zachwiania i zmiany pogody. wiatry miłości potrafią nieść zagrożenia. od wiatrów miłości niektórzy źle się czują. dla życia są niegroźnie ale mogą powodować zwarcia. zwarcia w zasilaniu. na szczęście jest słońce. osiem minut i światło jest w sercu a pogoda łagodnieje, aż do wybuchu na słońcu. na szczęście mocne wybuchy zdarzają się tylko co jedenaście lat. na szczęście, bo kto by tyle wytrzymał. Grażyna Wojcieszko – poetka, tłumaczka, autorka sześciu tomów poetyckich oraz opowiadań. Wiersze publikowała w wielu ważnych pismach literackich w kraju, a także za granicą. Należy do najczęściej tłumaczonych współczesnych poetek polskich (francuski, angielski, hiszpański, szwedzki, czeski, chiński, włoski, słoweński). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Absolwentka Studium Literacko-Artystycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, a wcześniej francuskich uniwersytetów: Orsay i Jussieu. Prezes Fundacji czAR(T) Krzywogońca – miejsca międzynarodowych spotkań twórczych.
- Marcin Jurzysta – pięć wierszy
Przekroczyć próg niedzieli Niedzielny poranek, i przepadam "Sunday Morning" Nico & The Velvet Underground ciemność i jej palce zawierają w sobie światło mocniejsze od nadziei ćma ślizga się prosto po jej tępej krawędzi znikając w jasnej plamie czy coś się stanie innego niż działo się zawsze odkąd sięgamy snem dnem od którego odbijamy się miotając w pościeli jak bezwodne ryby gdyby umieranie powidoków rozłożone na układankę z szybkich kroków dało się oglądać jak kolejny powtarzany odcinek jak wyimek z narkozy jaki słodki kompocik dziś złożył cię w kosteczkę na parkowej ławeczce tam siedź tam jest twoja dystrofia wcześniej nie zapomnij nakarmić kota szlocha już wczesny świt wszystkie ulice którymi kroczyłeś zanim pogubiłeś ten jeden ratunkowy plan pan tu nie stał pan tu zawsze trwał jak przypowieść o marnotrawnym czasie który wpada w objęcia wskazówek lepi się do cyferblatu antydatuj te wypisy z siódmego dnia bo podobno szafa gra nawet jeśli cię nie rusza sound który wzrusza jak moneta to są na to środki małe kolorowe psotki śmieszki ścieżki których nie da się wytrzeć podeszwą zresztą dzwony już wieczór wieszczą Palpitacje Bo twoja kryształowa kula nie jest tak krystalicznie czysta Więc kiedy sobie siedzisz i się zastanawiasz Ja mam ten pierdolony cierń w sobie O mój Boże, to iluzja Mówię wam wszystkim, to sabotaż " Sabotage" Beastie Boys dawno skończyły się wakacje dojrzewają krągłe trepanowane sny taki czerstwy czas chłopcze chleb jaki miałeś w zaciśniętych ustach już nie karmi tylko mami obiecuje sytość a skurcze galopują falami salwami wybuchają neurony gazowe palniki baloniki pełne sztormów nie mów że jeszcze urodzą się słowa owinął ślad jak smutną gazetę kawał mięsa przecieka krwią przez papier złość puściła soki i kapie złapie cię za ciszę i wyciśnie dorodny dojrzały wrzask oniryczny sabotaż marzenia i gościnne wizje ze ścięgnami podciętymi na wysokości szeptu kości z odciskami ust preparują już pracowite mrówki i zaspane muzea by nie zabrakło sterylnych trofeów dowodów że oto był jednak pijany czas urabiał się po łokcie w nas poprawiał poduszkę jak zmarłemu w trumnie tłumnie biegliśmy przez miasto a może przez ogromne rozwarte oko głęboko pączkowała pewność że nie dostajesz tego co widzisz niecnoto spiskujesz nad czymś co jest iluzją próbuję ci powiedzieć to sabotaż to błoto Zgubiłem tętno świata Serce, zapchane jak wysypisko " No Suprises" Radiohead droga jest po to żeby przelewać się z kąta w kąt skąd przychodzisz kurzu niepoprawny zlepku ciemnych słów do głów nie przyszło nic policzalnego nie będzie nic z tego tak jak nie było wczoraj i nie będzie gdy wyłysieje zdanie codzienne szukanie pulsu przykładanie palca do murów strupów i skrzepów przemów kardiotokografie podsłuchiwany w przelocie powrocie do początku zanim umyjemy dzisiejsze zmory we wrzątku rozkołysz rozkołysz jeszcze raz dwa trzy cztery odliczamy do cholery z hałasem z atlasem miejsc gdzie nigdy nie będziemy odejdziemy stąd by odejść wiele razy nie pozbędziesz się skazy jej korzeń jest w języku lufciku przez który stukają serca i macice nie zliczę ile już życzeń przetłuszczało twoje oko matko którą przytulają macki pelotów by upewnić że bije w jedynym słusznym rytmie przyjdzie minuta gdy krzyknie jak kaftan przykazał byś wydała owoc na pastwę czułości mdłości przecież ustępują szybciej niż ślad kwiat więdnie prędzej niż paruje nasza wilgoć ilość palpitacji jest policzona a ścieżka naznaczona jest zimnymi skurczami kamieniami weź jeden chwyć mocno i połóż obok pozostałych niech śpi i śni o ciosach niezadanych Głos prowadzącego Będę świecić światłem prosto w twoje oczy Ty prawdopodobnie też zaświecisz na mnie "The Narcissist" Blur tak to państwo poukładali tak to państwo urządzili są spadki są skoki są nowości i propozycje w poczekalni nieznani sprawcy i globtroterzy ślizgający się po pamięci petenci przejęci kolejką do ust skąd ósmy smród świata wymiata nam ktoś rytm spod oka oczekuje na aplauz angaż na kompaktowych płytach nawet w featuringach zaszywa się płytko podprogową instrukcję dla klakiera wybieraj brak bo przecież zawsze masz go pod dostatkiem tak to państwo poukładali tak to państwo urządzili coraz mniej miejsca na milczenie bierność swobodny rozkład rozgłośnia reanimuje głosy wciąż pulsują wrzask kiełkuje czekamy na wasze listy z hałasu pocztówki z barykad jak nas słychać w wąskim gardle przez które posuwa się manifestacja jak piekący refluks jak przebudzony żal O mały głos okaże się czy propozycje przypadną państwu do gustu w gąszczu singli łaskoczących membrany głaszczących sny w miąższu bitu snującego się po eterze po słowach co są sączą się w płytowych wkładkach po wybojach słojach drzew tymczasem mleczna opowieść rośnie jak źrenice tętnice tańczą tańczy też płomień na ziemi w gardle na granicach jak falach faza startu jest inicjowana oko widzi więcej więcej słyszy ucho świat kadr po kadrze zapada się głucho w ziemi w błocie w hałasie czy czujesz jak odrywasz się od siebie zrzucasz ciężar światła świecą już tylko perseidy a może to świeci pamięć jej odyseja wybieraj kurs pod księżycem nie liczę godzin i strat to życie mija przelatuje jak sierpniowy szerzeń który wleciał w środek mgnienia nie szukaj tłumaczenia dla tej dialektyki spalone już bezpieczniki lepiej wyjdźmy i zróbmy mu miejsce zanim użądli nas prosto w serce Marcin Jurzysta (ur. 1983) – literaturoznawca, poeta, krytyk literacki. Autor tomów poetyckich: ciuciubabka (2011), Abrakadabra (2014), Chatamorgana (2018) oraz Spin-off (2021). Laureat Konkursu im. Haliny Poświatowskiej w Częstochowie, Rafała Wojaczka w Mikołowie oraz Konkursu „OFF Magazine” w Londynie. fot. Monika Axel
- Mirosław Drabczyk – Tatuaż NN
Poznałem go, kiedy pracowałem u tapicera, trochę nawiedzonego gościa, który miał ambicje bycia najlepszym tapicerem w kosmosie. Jurek był tam głównym projektantem i facetem od zarządzania. Robiliśmy ogromne sofy z marszczonymi oparciami, pufy i fotele wyściełane delikatną skórą, w sam raz dla paniuś, które od zakochiwały się w tych meblach od pierwszego wejrzenia, wyobrażając sobie, jak sadzają swoje kształtne dupy w zagłębieniach białych, beżowych albo bordowych foteli z cielęcej skórki. Jurek świetnie rysował, miał dobre noty na Akademii, podjął się roboty przy meblach, żeby mieć na życie, drugą jego pasją był tatuaż. Mieliśmy rok 1986, moda na tatuaże artystyczne jeszcze nie przyszła, tatuażyści nie mieli dobrego sprzętu, ani nie mogli liczyć na wielkie zyski, zresztą chętnych nie było wielu, nie każdy miał odwagę poddać się nakłuwaniu skóry ostrymi igłami chirurgicznymi, związywało się kilka takich igieł nitką, maczało w zwykłym tuszu i nakłuwało skórę, punkt po punkcie, krew bryzgała. Nie bez powodu tatuaże nazywano ostrym słowem “dziary”, kto miał dziarę, ten był git, teraz co druga dziewczyna ma tatuaż. Wtedy laski się nie tatuowały tak masowo, tatuaże to była męska rzecz, popularna wśród kryminalistów albo w subkulturach. Dziewczyny wyszywały wieszane w kuchniach nad stołem makatki z napisami “Gdzie miłość i zgoda panuje, tam szczęście swe gniazdko buduje”, albo “Zimna woda zdrowia doda”. Musiało wystarczyć, że nitka do wyszywanek była ciemnoniebieska, jak tusz do tatuażu. Zakolegowałem się z Jurkiem, nieraz spotkaliśmy się u mnie po pracy i pijąc tanie wino rozmawialiśmy o sztuce – przecież mieliśmy ambicje artystyczne, wcale nie było tak, że chcieliśmy spędzić resztę życia moszcząc krzesełka dla nowobogackich. Zagadnąłem Jurka o tatuaż, “ale co tatuaż?” A zwyczajnie, chcę, żebyś mi zrobił dziarę, nic wielkiego, minimalizm wręcz, żadne tam poplątane liście agawy, żadne gotyckie, celtyckie motywy, o syrenkach, serduszkach i motylach zapomnij, to nie nasze rewiry. Po długich dyskusjach stanęło na tym, że na moim lewym ramieniu, tuż powyżej bicepsu, powstanie kwadrat Malewicza wypełniony mgłą, po prostu, mocno obrysowany kwadrat 5 na 5 centymetrów a w środku coś nieokreślonego, jakby kawałek Drogi Mlecznej. Podczas nakłuwania, przyznam się, z bólu leciały mi łzy, a Jurek z papierosem w ustach, mozolnie maczając koniuszki igieł w słoiczku z tuszem mówił, że obraz, który się z tego wyłania przypomina mu Niedokończone Niebo. Nazwa okazała się prorocza, bo po zapełnieniu tuszem jakichś trzech czwartych kwadratu Jurek trafił do szpitala z rozpoznaniem ostrego zapalenia nerek i nigdy z tego szpitala nie wyszedł. Zostałem z niedokończonym tatuażem. W ciagu paru miesięcy skóra wchłonęła część tuszu, a to co zostało, mocno kojarzyło się z konturem Związku Radzieckiego, który wtedy jeszcze istniał. Na Kremlu urzędował już Gorbaczow. Bez Jurka to już nie było to samo, rzuciłem robotę u tapicera, zacząłem projektować szyldy. W miejsce siermiężnego socjalizmu wkraczał do Polski siermiężny kapitalizm, zlecenia na tablice, loga i druki reklamowe waliły drzwiami i oknami. Zaczynała się epoka komputerów, musiałem siedzieć po nocach, żeby poznać ich możliwości. Kiedy opanowałem obsługę programu CorelDraw 4 wydawało mi się, że złapałem pana diabła za rogi, tymczasem zawalił się Związek Radziecki, od którego odłączyły się niektóre republiki, jedyna mapa Związku Radzieckiego została na moim ramieniu. Zapomniałem o niej na 35 lat, roboty miałem tyle, że nie było czasu chodzić na basen, rzadko wyjeżdżałem na kąpieliska, nie dawałem nikomu okazji do zadawania pytań o moje Niedokończone Niebo. Mamy już rok 2020, jesteśmy w innej w epoce, nowinki ze świata przyswajamy z prędkością Pendolino pędzącego przez Otwock. Polskie studia tatuażu jadą pełną parą, miliony osób obojga płci zdążyło odwiedzić nadwiślańskie tatoo shops i uzyskać tam osobistą pieczęć, mniej lub bardziej uświadomiony znak tożsamości i przynależności. Wybór jest nieskończony, fantastyczne zawijasy, zębate bestie, gotyckie miecze, piłki futbolowe i wielobarwne pnącza roślinne zrodzone w głowach projektantów zapełniły ramiona, uda, pośladki, plecy a nawet szyje i czaszki miłośników swojskiej dziary. Studia tatuażu to współczesne przybytki sztuki. Nie więcej jak rok temu uznałem, że wypada coś zrobić ze swoim wydziaranym potworkiem. On od początku nie przypominał nieba, kojarzył się raczej z potwornościami. Funkcjonowanie państwa pod nazwą Związek Radziecki nie aspirowało do niebiańskości. Znalazłem w internecie studio tatuażu i kazałem zamazać nieszczęsny kontur upadłego imperium. Zamieniłem go na regularny pasek o szerokości 5 centymetrów okalający całe ramię, pod spodem dodałem węższy pasek. Taki wzór występuje w tradycji Nowej Zelandii – układ dwóch pasków ma, wg Maorysów, znaczenie magiczne, choć to pewnie jakaś bzdura rozpowszechniana przez miłośników Harrego Pottera latającego na miotle. Przez trzy tygodnie we wtorki i piątki chodziłem na męczące nasiadówki, ale nic dobrego z tej przeróbki tatuażu nie wyszło. Po ostatniej sesji trafiłem do szpitala. Najpierw straciłem smak i węch, potem zauważyłem, że oddaję mętny mocz i pocę się jak diabli, zasłabłem w poczekalni, konieczna była reanimacja, potem seria badań, pobrano krew, bez krwi nie ma szpitala, bez szpitala nie ma życia. Żyję, ale białych krwinek mam za dużo, czerwonych za mało, mówi doktor, że nie bilansuje się, a równowaga jest potrzebna, inaczej stan zapalny i tu mamy do czynienia ze stanem zapalnym proszę pana. Oby nie zapalenie nerek, panie doktorze, Jurek na to umarł, a nie, on chorował na ostrą niewydolność nerek. Zapalenie to nie to samo, człowiek łatwo traci zdrowie, późno sięga po rozum. Czekam na wyniki, dziwnie długo to trwa, może coś im się nie zgadza, pytałem pielęgniarek, zdziwione, że nie rozumiem procedur. A co mnie wasze procedury, od procedur to można się nabawić odleżyn, ja bym wolał już wiedzieć, co mi jest i czy Jurek ma coś wspólnego z moją chorobą, to żaden przypadek, że rozchorowałem się równo trzy godziny po ostatniej sesji. Nie mówił nigdy Jurek, że ma coś do Maorysów i ich sztuki. Przez tyle lat nosiłem na skórze to Niedokończone Niebo, mogłem je cholera zostawić, co mnie podkusiło, żeby zamalować. Nigdy nie wierzyłem w życie pozagrobowe, ale widocznie musiało jakoś do Jurka dotrzeć, że profan w tatoo shop zaczernił jego dzieło, a ja jeszcze za to zapłaciłem. Pewnie się Jurek wściekł, też bym się wściekł, ale czy bym tak ekspresowo na kogoś klątwę sprowadził, to nie wiem. Człowieku poznaj samego siebie, najlepiej w ekstremalnych okolicznościach. Nie wymądrzaj się Sokratesie, podobno ta moja wersja nieudolności… tfu, niewydolności nerek jest uleczalna, właściwie to wcale nie niewydolność, tylko zwykłe zapalenie, ale kto wie, jakie będą następstwa. Jurek też miał się leczyć, a nie zdążył. Co mnie z tym tatuażem podkusiło. Łażę po korytarzach oddziału, oglądam wielkie tablice z przekrojami nerek, wyglądają jak przekrojone pomidory malinowe, próbuję się czegoś dowiedzieć, zaczepiam lekarzy, pielęgniarki opędzają się ode mnie jak od muchy, każą czekać, czekam, znowu gapię się na tablice z nerkami i opisami chorób. Na obiad sałatka pomidorowa, jeść mi się odechciało, wracam do sali, facet z sąsiedniego łóżka, który strasznie chrapał, gdzieś poszedł, sam zostałem, ściemnia się, kołdra ciepła, diody migają, jutro może coś lekarz powie, może się przyzna do pomyłki lekarskiej, wręczy papiery i wypisze do domu. Śnił mi się Jurek, siedział w jakiejś kanciapie, biurko zawalone papierami, kartonami i szablonami, na ścianie makatka z napisem “Nie klękajcie się”. Przed Jurkiem kineskopowy monitor, klawiatura zakurzona, obok popielniczka. Jurek z tą swoją bujną czupryną wpatruje się w jakieś hieroglify na ekranie, wcale się nie wita, ledwo coś tam mruknął, żebym zrozumiał, że wie o mojej obecności. Poklikał trochę, hieroglify się wyostrzyły, wskazał na psa labradora. Ma na imię Staropramen, tak jak to czeskie piwo. Wiem, wtedy nie mogliśmy go w Polsce kupować, ale przecież to sen, czas się zatracił, zobacz jaki mam komputer: ekran zasłonięty filtrem, kineskop jak szafa, kto na takich teraz pracuje? Dłubię fuchę dla Towarzystwa Nefrologicznego, siedemnaście obrazków ma być, jak siedemnaście mgnień wiosny, każdy z nich ma pokazać nerki w różnych stadiach choroby. Od cholery roboty z przekrojami, ten mi najlepiej wyszedł, przypomina dwa poprzecznie przecięte pomidory malinowe, poprawki zajmą mi całą noc, nie wiem czy mi papierosów wystarczy, ale do rzeczy: z chorobą, która cię dopadła nie mam nic wspólnego. Myślisz, że złośliwie ci ją zesłałem, za to, że zniszczyłeś mój tatuaż, no tak, prawda, jedyną pamiątkę po mnie pozwoliłeś sobie zamazać. No trudno, stało się, nie obwiniaj mnie o nic, nawet nie wiem, jak mógłbym cię za to ukarać, tu takich rzeczy nie uczą, a ja i tak mam sporo niedokończonych projektów, nic nie trwa wiecznie. Chodź tu Staropramen, pan cię pogłaszcze, fajnie, że wpadłeś, no, dobry pies. Obudziłem się o trzeciej i do rana nie zasnąłem. Jurkowi uwierzyłem, jak mógłbym nie wierzyć staremu kumplowi. Jego udział w moim chorowaniu odfajkowałem, ale choroby nie biorą się z niczego, zapalenie nerek musi mieć coś wspólnego z tatuażem. Zmianę konturu ZSRR na maoryskie pasy ktoś musiał odnotować, a nie każdy będzie tak wyrozumiały jak Jurek. W końcu to był jakiś symbol, pamietam te banery w salach, gdzie odbywały się zjazdy partii komunistycznej, młodzi tego nie wiedzą, ale w tamtym orwellowskim świecie symbole były ważniejsze od zwyczajnego biegu rzeczy. ZSRR wręcz torturowało ludzi symbolami, nie lepiej jest w obecnej Rosji, obecna Rosja jest taka sama jak ZSRR, też zero wyrozumiałości. Wielkoruska żądza zemsty i odegrania się za zmyślone krzywdy chyba nawet teraz większa. Kurwa, że też wcześniej nie pomyślałem o Putinie, czy ja ostatnio piłem u kogoś herbatę, może gdzieś łyknąłem zatrutej kawy? Był taki nawrócony oficer Litwinienko, który przekazał Brytyjczykom tajemnice rosyjskiego wywiadu, agent FSB zaprosił go do restauracji i tam podał mu kroplę trucizny do herbaty. Wykończyli chłopa, bo ich zdradził, ale moja zbrodnia była niezamierzona, co prawda kazałem zaczernić mapę dawnego imperium, ale przecież mają w archiwach swoje stare mapy, nowe też pewnie mają. Czy polon atakuje tylko nerki czy cały organizm? Zła wola obecnego władcy imperium przekracza wszystko, co znamy, Putin z pewnością byłby zdolny, żeby mnie ukarać, do łagru nie może mnie zesłać, bo mieszkam na terenie Unii Europejskiej, ale mógł, na przykład, kazać zatruć moje biedne nerki. Jakbym dostał dawkę Noviczoka, to bym miał takie objawy jak Skripal i jego córka. Kremlowscy agenci udający gejów na wycieczce otruli ich w Salisbury. Piana z ust, omdlenia, wymioty i tak dalej. Udało im się ujść z życiem, brytyjska służba zdrowia wzięła ich w porę pod opiekę. Trucizna, którą agenci posmarowali klamkę mieszkania Skripalów nazywała się Noviczok, niewinna nazwa, kojarzy się z tańcem kazaczokiem. Staremu satrapie na Kremlu zachciało się tańca na stosie trupów, zachciało mu się odbudowywać imperium. Mogłem nie zwlekać z tym zaczernieniem tatuażu, szkoda, że nie zrobiłem tego za rządów Jelcyna, on nie był taki mściwy, dobrotliwy alkoholik. Nie leżałbym teraz w szpitalu. O dziewiątej rozpoczął sie obchód, myślałem że lekarz tylko zajrzy do sali, zerknie na kartę choroby i pójdzie, a on przystanął i zaczął wykład. O szkodliwych substancjach, niezdrowym odżywianiu, braku minerałów, o tym że endorfiny rządzą naszym zachowaniem. Przerywam mu, bo mam swoją wersję, panie doktorze, choroby nie biorą się z niczego, Jurek się wymawia od udziału, ale tym Ruskim przecież nie można wierzyć, oni mają do nas, Polaków bardzo negatywne nastawienie, gdyby Roosvelt postawił się w Teheranie… Lekarz machnął ręką i wyszedł z sali, nie zdążyłem mu powiedzieć o konsekwencjach słabości prezydenta USA oraz niemocy Churchila, których Stalin ograł jak dzieci i zagarnął cały blok państw Europy wschodniej i środkowej, czego konsekwencje ponosimy do dziś. Łatwiej zmienić ustrój i sojusze militarne, niż ludzką mentalność. Po godzinie lekarz wrócił, stanowczo nakazał, żebym się nie odzywał i zaczął wykład, prawdziwy wykład, jakby zamiast mnie i tego drugiego gościa pokornie siedzących na szpitalnych łóżkach znajdowała się w sali cała klasa studentów w białych fartuchach. Proszę nie szerzyć teorii spiskowych i oprzeć się na odkryciach naukowych, proszę przez szacunek dla wysiłku rzeszy naukowców badających jak funkcjonuje ludzki organizm, zawierzyć stwierdzeniom, że stan zdrowia zależy od czynników biologicznych a nie politycznych. Bieżący stan zdrowia jest każdorazowo wypadkową uwarunkowań genetycznych i efektów odżywiania, czy ujmując to szerzej, efektu stylu życia. Taki płyn mózgowy: jego funkcjonowanie zależne jest od nasycenia witaminami, tłuszczami, białkami, wapniem, żelazem, magnezem i tak dalej. Organizmy są ściśle powiązane z przyrodą i do właściwego funkcjonowania potrzebują całej tablicy Mendelejewa. O, i tu się z panem doktorem zgadzam, Ruscy od zawsze mieszali się w nasze życie, w egzystencję znaczy, a teraz dobierają się do naszych organizmów, ten Mendelejew musiał być jednym z nich. Lekarz, jakby nie usłyszał, ciągnął dygresję o genetycznej podatności na choroby. Genu nie wydłubiesz, jaki dostałeś po przodkach, z takim żyjesz, DNA to rodzaj nieodwracalnej kombinacji: albo pan dostaje wysokie IQ i radosne usposobienie albo chorobę dwubiegunową, skłonność do depresji, czy inne cholerstwo. Jak ktoś ma kiepskie DNA i opresyjnych rodziców, to tak jakby trafił negatywną kumulację w totka. Albo jeśli ktoś jest łatwo zakochującym się pracoholikiem, od rana do wieczora zapieprza, żeby spełnić zachcianki swojej paniusi, która zakochuje się w kolejnych fotelach z cielęcej skóry, albo w drogich zabawkach z Amazona. DNA jest jak szatan w postaci spiralnie skręconego węża, podpowiada ci żebyś zrobił to lub tamto, i ty robisz. Zamiast żyć w raju, zaharowujesz się jak górnik, bo inaczej opadnie ci poziom dopaminy i wpadniesz do piekła, czyli w depresyjną dziurę. Tego było już za wiele, co ja mam wspólnego z jego dziurami i mutacjami? Lekarz znowu swoje, proszę trzymać się wyjaśnień naukowych, pan jest inteligentnym człowiekiem, trzeba porzucić teorie spiskowe i senne wizje. Wiedza medyczna podpowiada, że najbardziej pomocna będzie zmiana diety, musi pan prowadzić taki tryb życia, który zapewni panu równowagę minerałów, cukrów, białek, odpowiednie dawki insuliny, serotoniny i endorfin. Zagadał się ten lekarz, niedługo obiad, nie mam siły dyskutować, przytakuję, niech mi wypisze receptę na te pierwiastki, suplementy, mogę chrupać magnez jak koń, lit mogę litrami przyjmować, mogę nawet pić tłuszcz stuletniego wieloryba, niech mi tylko pozwoli iść na obiad. Wreszcie skończył gadać, wydał dyspozycje pielęgniarkom, rozchodzimy się w zgodzie, idę do stołówki, po paru krokach jeszcze się do niego odwracam: ale ten Putin to jest jednak chuj, co? Mirosław Drabczyk (ur. 1962) – pisze wiersze, opowiadania, artykuły, tłumaczy z języka angielskiego, redaguje. Kiedyś zdobył II nagrodę w konkursie literackim a za otrzymane pieniądze pojechał na wycieczkę do NRD. Nie przestaje podróżować.
- Ewa Jarocka – cztery wiersze
bardzo przepraszam za tę zemstę ale musiałam się zabić. czy pomogłoby ci oświadczenie, że jestem zła albo wyciąganie szkła z mięsa? czy tam, gdzie jesteś, umiałbyś dalej robić ze mną głupie rzeczy - kłaść się obok i udawać, że nie jesteś zły, szkło bierze się z piasku i nie jest w stanie zaszkodzić mięsu? czy mógłbyś udawać, że jesteś zły jak coś, co nie istnieje, ale każdy czuje to w sobie, że jest z mięsa i pachnie życiem? rządzi mną sprawiedliwie strach jest zamordystą, ale myślę o nim jak o sprawiedliwym królu. czasem idę z nim do łóżka, bo lubię seks, a lęk ma wpływy. niby ma władzę tylko nade mną, ale niekiedy to wiele. bywa, że tyle musi mi wystarczyć. gdyby strach miał władzę nad innymi, chyba nie byłby w moich oczach seksi, nie byłby sprawiedliwy i każdy by go miał. miałbyś go ty w swoim ciele, które byłoby zamordystą, trzymałoby króla w szachu. nierzadko strach wchodzi mi na głowę, więc liżę jego narządy płciowe i on mi dziękuje. bywa słodki jak cukierki, generalnie jednak jest zamordystą. czasem strach liże mi sutki, a potem je ssie i gryzie, aż zaczynają boleć, jakby zaprosił do naszej relacji trzecią osobę. ból gryzie mi sutki, a strach patrzy i czerpie z tego dziką przyjemność. jak to jest być ruchaną na oczach lęku przez ból? jak to jest obciągać bólowi na oczach strachu? mam w tym praktykę, bo rządzą mną sprawiedliwie jak królowie. jeden w nocy, drugi za dnia, tak bym nie miała wytchnienia, bym się zastanawiała, czy w świecie jest miłość, czy tylko ból. nie zastanawiam się jednak, bo lubię to. umiem się cieszyć nawet zamordyzmem. koleżanka przyniosła mi martwego kotka kot otworzył jedno oko i z martwego kotka zrobił się żywy zwierzak, który mógłby jednym okiem patrzeć na świat. ale wolał dwoma. zatem w ruch poszło drugie oko i pupil wstał czterema łapami z ziemi, wyprężył się, po czym zwiał. marzyłyśmy, że wrócił bezpiecznie do domu, że więcej nie umrze. kocia śmierć to jednak jest rewolucja. trzeba wtedy nosić truchło kota w gości, przecież nie zakopie się go w rowie, gdzie położony jest cały cmentarz. z ziemi wystają tam kocie języki, kocie pazury i koniuszki ogonów, którymi sierściuchy balansują upadek na drugą stronę. zatem nie płakałyśmy, będąc po dobrej stronie. wiedziałyśmy, że on też jest po dobrej stronie, nawet gdy na chwilę umarł. moja łza czuwa pod powiekami jest jedną wielką świętą. kłaniam się jej, a ona spływa policzkiem w dół, jakby była martwa. jednak jest żywa życiem, które pachnie ciałem i włosami. wzięła się z marzeń, może z trosk? biegnę za nią i niszczę najnowsze buty za pięć stów. od podeszw nie odkleja się błoto. ja się odklejam od błota i teraz moja łza zupełnie się rozpływa, już nie jest łzą, już jej nie ma, jest tylko koryto w skórze policzka, które wyżłobił płacz. za chwilę nie będzie w nim błota, będę ja przyklejona. Ewa Jarocka (ur. 1980) – absolwentka podyplomowego Studium Literacko-Artystycznego w Krakowie. Autorka czterech książek poetyckich i czterech prozatorskich. Nominowana m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii poezja i w kategorii proza. Stypendystka Prezydenta Miasta Wrocławia w dziedzinie literatury. Maluje.










