Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Piotr Maur – kilka drobnych kawałków
Łańcuch Najpierw przeszedł jakiś spóźniony przechodzień. Na odgłos jego kroków zaszczekał pies. Na to leniwe, niezbyt głośne szczekanie, zareagował inny pies dokładając do tego pobrzękiwanie łańcucha. Po chwili dołączył następny pies. Potem kolejny. Wkrótce wszystkie psy w sąsiedztwie szczekały już zawzięcie. To obudziło wielu mieszkańców. Niektórzy spośród nich postanowili dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Inni odpowiedzieli im wyrafinowaną grzecznością. No i teraz cała okolica wściekle ujada. Z obawy przed pozwami o mowę nienawiści, kierując jazgot w stronę księżyca. Taniec Mężczyzna patrzy z podziwem na tańczącą kobietę. Kobieta widząc jego zachwyt wiruje szybciej i szybciej. Mężczyzna nie może oderwać wzroku od tańczącej kobiety. Kobieta nie potrafi przestać tańczyć. Tańczy jak w transie, ledwie dotykając stopami podłoża. Mężczyzna patrząc unosi się w powietrze. Leci niesiony podmuchami wiatru pomiędzy antenami i wieżami kościołów, pomiędzy fabrycznymi kominami i liniami wysokiego napięcia aż znika wśród chmur skąd śle kobiecie miłosne wyznanie; „Nawet, jeśli w żadną życiową czynność nigdy dotąd nie włożyłaś tyle radości i wysiłku, ile w ten taniec i nawet, jeśli nigdy w przyszłości tego nie zrobisz, i tak będę cię kochał”. Co do kobiety wszystko potwierdziło się w stu procentach. Mężczyzna zaś okazał się być zwykłym blagierem. Skład znalezionych rzeczy i zagubionych ludzi Mężczyzna przez całe życie próbował odnaleźć siebie. I choć nie bardzo wiedział po co nie ustawał jednak w tych wysiłkach. „Człowiek musi poza potrzebą mieć coś więcej; hart ducha lub choćby krztynę wiary, inaczej niczego, nigdy nie znajdzie.” tak mówił napis na wyblakłym plakacie, na którym ubrany w elegancki mundur oficer służb celnych z fantazyjnie podkręconym wąsem stał nad wybebeszoną walizką pełną forsy, narkotyków, gorzały i kiełbasy. Plakat ten wisiał od niepamiętnych czasów na drzwiach do pokoju, w którym mężczyzna mieszkał. Był mu ważniejszą częścią edukacji niż szkoła czy kościół. Mężczyzna patrzył na ten plakat tuż przed zaśnięciem, patrzył na niego zaraz po przebudzeniu i szukał, szukał, szukał. Kilka dni temu poczuł, coś co sprawiło, że uwierzył, iż jest już blisko osiągnięcia swego celu. Był wręcz pewien, że to już wkrótce się stanie, że już niedługo odnajdzie siebie. A dziś ktoś nagle, choć przecież bardzo cicho, ledwie dosłyszalnie, zastukał do jego drzwi. Mężczyzna otworzył. Ujrzał w progu starego człowieka w szarym ortalionie z poplamioną gazetą w dłoni i gustownie zaplecionym sznurem na szyi. W czasie, gdy przybysz stał w progu patrząc poprzez twarz mężczyzny w dal, mężczyzna próbował odgadnąć, studiując bruzdy w twarzy starego człowieka, czy uzna go za kogoś znajomego, czy raczej za obcą mu osobę. Po krótkiej chwili wszystko stało się jasne. Mężczyzna pojął, że może już zarzucić swoje poszukiwania. Skoro ten stary człowiek go znalazł więc każdy będzie potrafi to zrobić; glistonosz, miłość, śmierć a nawet najgłupszy policjant. A zatem nie ma znaczenia kim się jest, ani gdzie i przed czym się ukrywa, skoro można pójść razem z nieznajomym wisielcem w noc i zgubić coś znacznie bardziej ważnego niż to co się znalazło; może nawet ważniejszego niż wszystkie ważne rzeczy razem wzięte, te rzeczy, których poszukują inni; ci którzy z niejasnych powodów tak bardzo pragną czegoś, czegokolwiek, byle czego; aby tylko błyszczało się, brzęczało lub tliło. Dlaczego niby nie? W chwili, gdy półnaga, a półłysa śpiewaczka wyrzuca z siebie radosne kawałki o miłości, na tajnym spotkaniu w gabinecie rządowym premier, zaufane grono działaczy partyjnych, prawnicy i inne kanalie przygotowują akty bezprawia, które upchnięte pomiędzy różnego rodzaju zestawy rozporządzeń, przepchnięte następnie przez sprzedajne lub szantażowane ciało ustawodawcze pozbawią obywateli resztek ich praw raz na zawsze. Opłacane ze wspólnie wypracowanych pieniędzy (które zaraz potem też zostaną wszystkim odebrane) zbiry w mundurach staną na wysokości zadania i nie zadając pytań wykonają każdy rozkaz; zwłaszcza rozkaz z ministerstwa. Posłuszeństwo to ich moralność. Szczycą się tym, obwieszają medalami, klepią po łopatkach, w kulcie posłuszeństwa hodują swe psie potomstwo. Na koniec spektaklu piosenkarka zdejmuje stanik, a mężczyzna wpatrując się z podziwem w jej olbrzymie, silikonowe cycki zadaje sobie, leżące u podstaw wszelkiej filozofii, pytanie; dlaczego niby nie? Dlaczego nie miałby zamienić swojego M3 na całkiem miły, wyłożony pluszem, w pełni umeblowany pokoik w kolorowym baraku któregoś z wielu przyjaznych dla planety obozów koncentracyjnych? Prawie każdy z nich ma basen, siłownię, boiska do tenisa. Jest też bieżnia, kino, spalarnia zwłok i dom kultury ze skrzynką na donosy i oknem śmierci. Dlaczego niby nie? Na pierwszych ochotników czeka darmowy karnet do zoo, gdzie można będzie do woli oglądać prawdziwe mięso dostojnie chodzące po wybiegu. A zatem, myśli mężczyzna, dlaczego niby nie? Drobna, niekoniecznie prawdziwa, uwaga w sprawie prawdy To, że telewizja łże wiemy od dawna – pisano o tym w gazetach. To, że prasa kłamie też wiemy – mówiono o tym w telewizji. I nawet w radio, choć nikt już nie słucha radia, też kłamią; a przecież, skoro nikt nie słucha już radia, mogliby zupełnie bezkarnie mówić tam prawdę i tak nikt by tego nie zauważył. To, że politycy nas oszukują jest aż nadto pewne, i to pewnie dlatego, nie wspomina się o tym w prasie, czy w telewizji, a nawet w radio, mimo iż nikt już nie słucha radia. To, że księża są kłamcami w płomiennych kazaniach wyjaśnili nam działacze partyjni zarówno ci z lewej jak i z prawej strony ambony. O tym, że nauczyciele kłamią wiedzą wszystkie dzieci. A, że sędziowie i lekarze, urzędnicy, komornicy, artyści i śmieciarze, tajni agenci i banksterzy, policjanci i złodzieje też kłamią jasne jest nawet dla idiotów. Kłamią też hydraulicy, ale oni robią to inaczej niż kelnerzy, którym na ogół wystarczy jeden rzut oka, by wiedzieć, który z klientów właśnie zdradza żonę i jednocześnie okłamuje kochankę, a który jest robiony w druta przez żonę, kochankę, barmana, szatniarza a nawet klozetową babcię. To, czy żona okłamuje męża mówiąc, że bardzo go kocha, pomimo piętnastu lat pożycia, nie jest takie pewne w świetle najnowszych doniesień amerykańskich, a może rosyjskich badaczy, na temat syndromu sztokholmskiego. A i ty mój drogi przyjacielu też jesteś kłamcą. Zwłaszcza, gdy wchodząc na stół krzyczysz, że prawda jest nam do życia niezbędna jak salceson a każdy wie, że brzydzisz się salcesonem i gardzisz ludźmi, którzy go jadają. Ale i ja nie jestem bez winy, kiedy wdeptywany w bruk udaję, że wierzę tym wszystkim kłamcom w szlachetność ich poczynań, w ich poczucie odpowiedzialności, w ich dobre intencje, w ich gorące pragnienie uwolnienia nas od tyranii prawdy, i że to w obronie wszystkich mniejszości, że to dla dobra każdej większości otępiałej od ciężkiej pracy, przytłoczonej długami, przewlekłymi chorobami i codziennymi troskami, śledzonej nieustannie i starannie, nieodwołalnie upośledzonej ludzkości. Albowiem prawda jest czymś strasznym. Albowiem prawda jest czymś nie do zniesienia. Albowiem prawda szkodzi, kaleczy, zabija. Albowiem prawda to bełkot szaleńców. Albowiem prawda to nieprawda. Albowiem prawda to kłamstwo; to najrzadziej, najmniej chętnie wypowiadane. Łóżko Pewnego dnia kobieta odkryła, że znajduje się w łóżku nie z tym mężczyzną, z którym chciałaby tam być. Z początku poczuła silne zażenowanie i żal; tyle lat a nagle odkrywa się takie rzeczy. Po bliższych oględzinach i dłuższych wyjaśnieniach okazało się, że i ona nie była tym kimś, z kim chciałby być w łóżku mężczyzna, i że on też czuł się tym faktem mocno skrępowany. Pomimo wahania kobieta ruszyła mu na ratunek i rozplątała go. Zaraz po tym oboje zrozumieli, że nie znajdują się w tak rozpaczliwej sytuacji jak z początku myśleli. W gruncie rzeczy nie było tak źle, a może nawet było całkiem dobrze. On był przystojny i troskliwy, ona piękna i namiętna. Poza tym znajdowali się tam, gdzie chcieli być. A to już coś, i to nie byle co. Jakby się czuli, każde z nich, gdyby byli z tą osobą, z którą chcieliby być, ale nie mieliby łóżka? Te wszystkie rozważania popchnęły ich do ponowienia zaprzestanych czynności. Tym razem kobieta, ku wielkiej radości mężczyzny, pozwoliła się skrępować. Sen Mężczyzna spał. Bez względu na to, co działo się wokół niego czy wewnątrz niego nie przestawał spać. Spał, gdy prowadził samochód. Spał, gdy wykonywał związane z zawodowymi obowiązkami czynności. Spał, gdy spacerował. Spał, gdy jadł. Spał, gdy kochał się. Raz żona próbowała upomnieć się o odrobinę więcej czułości, ale mężczyzna wybudzony nagle jej pretensjami o mało co by ją udusił. Na całe szczęście w połowie tego zasnął. Po tym incydencie, żona w obawie o zdrowie i życie swoje i dzieci wyprowadziła się. Jakiś czas po odejściu żony, mężczyzna z nową partnerką poleciał na wakacyjne safari. Tam rozszarpały go dzikie zwierzęta, ale nawet wówczas mężczyzna nie obudził się. Sen jego silniejszy był niż głód dzikich bestii, głębszy niż oceaniczne rowy, twardszy niż diament, dłuższy niż równik największej planety, starszy niż akt stworzenia. A jeśli kiedykolwiek napotkacie w swoim życiu takie śpiące istoty nie próbujcie ich budzić. Nie myślcie, że posiadacie siłę, talent, wiedzę czy cokolwiek, co potrafiłoby wyrwać ich ze snu. A jeśli jednak zechcecie spróbować, łudząc się, że właśnie wam ta sztuka się uda, będzie to znak, że to właśnie wy pogrążeni jesteście we śnie i że już pora przewrócić się na drugi bok. Piotr Maur (ur. 1963) – poeta, prozaik. Opublikował książki: siedemdziesiąt sześć (1996), 28 i 5 (2002), Bezmiar miłości (2006), Pogrzebowe obrzędy, miłosne ceremonie (2010), Po papierosy i z powrotem (2015). Obecnie mieszka w USA.
- Ilona Witkowska – corridos / psie czary Agaty
corridos myślałam, że chcę, by pisano dla mnie wiersze. nie chcę. chcę, by pisano dla mnie corridos, bandyckie ballady o zuchwałych czynach. czasem budzę się po prostu z nienawiścią w sercu i tylko ciebie chcę mieć w drużynie, chociaż ciebie też nienawidzę, prawie najbardziej. pokochaliśmy się bez powodu i wbrew, a powodów, żeby się nawzajem nienawidzić, dostarczyliśmy sobie natychmiast potem; mnóstwo. byłam tak zaślepiona, że kopnęłam psa, byłam tak zaślepiona, że nie zauważyłam sarny, kawałka, żeby być całkiem uczciwą: kręgosłupa z nogą, które Agata jadła, chociaż przecież widziałam sierść. nauczyłam się, że naprawdę białe w lesie są tylko pierwsze kwiaty i śmieci, kości mają kolor kości i nie rzucają się w oczy, widziałam tylko śnieżyce i kubki po jogurtach i butelki, co za miejsce, żeby umrzeć – wśród śmieci, jak w mieście. teraz, jak się przyglądam tej nodze, to widzę: skóra zdjęta nie przez zwierzęta. no i powinna gdzieś być czaszka a nie ma, więc pewnie głowa odcięta na ścianę: koziołek, myśliwi. chuje. myślałam tylko o tym, że trafiłam na potężniejszą od siebie czarownicę, chociaż nie – wybrałam złe zaklęcia i ona ściąga mnie, ściąga wciąż w kierunku magii śmierci. ty mnie ściągasz. kiedyś cię zabiję. mój pies już pachnie śmiercią. świeżą śmiercią. muszę powiedzieć, że mimo dwudziestu przeszło lat palenia papierosów – od czternastego roku życia – nie tylko udało mi się rzucić ot, tak, ale też nie straciłam wybornego węchu – natychmiast czuję grzyby, trupa, seks i strach i odróżniam jeden rodzaj gnicia od drugiego: żywe od martwego, naturalne od ludzkiego. psie czary Agaty Miałam dziwny sen: o zasypianiu i budzeniu się: Górniak, doktoraty, festiwal filmowy, pałac – oczywiście. Budziłam się we śnie i budziłam się rzeczywiście. Kiedy obudziłam się w końcu naprawdę i ostatecznie, Agata stała z podniesionym pionowo w górę ogonem i patrzyła w okno. Obróciła się do mnie bardzo powoli, bardzo powoli opuściła ogon – ewidentnie jeszcze kończyła coś. Przyłapałam ją na robieniu psich czarów. To nie pierwszy zresztą raz, bo ona też codziennie wywąchuje zło ze schodków. Nasze schody są takie: jedenaście stopni, podest, potem pięć. Agata zatrzymuje się najczęściej gdzieś tak w połowie pierwszej kondygnacji, w okolicach piątego – siódmego schodka i węszy, aż wywącha stamtąd całe zło. Kiedy skończy, spokojnie idziemy na górę. Codzienny rytuał. Kiedy kilka razy węszyła między drugim a trzecim schodkiem drugiej kondygnacji, czułam się poważnie zaniepokojona, jak wtedy, gdy wydzwaniałam duchy dzwonkami od Mario de Vegi i coś uciekło z westchnieniem i świstem przez tylne drzwi klatki. Że większe jest, niż myślałam. Że wysoko zło zaszło. Agata, ale mamy szczęście, żeśmy się znalazły. Agata, kocham twoje łokcie. Kocham twoje dłonie i to, jak je układasz. Jaka ty jesteś urodziwa. Masz szczęście, że jesteś taka urodziwa. Obie mamy szczęście, że jesteśmy takie urodziwe (suki). Gdybyśmy były brzydkie, byłoby trudniej. Gdybyśmy były brzydkie, miałybyśmy przejebane. Ciebie zabiliby w schronisku a mnie mieliby za zwykłą wariatkę. Ilona Witkowska – poetka. Autorka książek splendida realta (2012), Lucyfer zwycięża (2017) i gdzie są moje dzieci? (2021). Współautorka scenariusza do etiudy Jeśli będziesz długo siedzieć w ciszy, przyjdą do ciebie inne zwierzęta w reżyserii Jagody Szelc ( Erotica 2022 , Netflix, 2020) i jedna z autorek projektu Nieswojość (2019). Mieszka w Sokołowsku.
- Tomasz Bąk – pięć wierszy
2024/25 Pianino tylko przeszkadza mi w śpiewie. Opowieści snute przez rówieśników, którzy błyskawicznie się starzeją, zawierają pozaszywane pomiędzy zdaniami wskazówki ułatwiające odnalezienie zdziadziałych w miejscach, w których przeszczepia się włosy i dekonstruuje twarze. Siedemdziesiąt tysięcy białych zębów nie może się mylić, ale jeden z 593 101 sprzedanych we Włoszech fiatów panda już mógłby, tak sądzę. Laweta, pojazd do przewozu pojazdów, nawet nie kryje inspiracji naszą ciężarną koleżanką. Postanowiłem, że częściej będę sięgał po przekąski ruchowe, ale nawyk pytania o złożone kwestie wciąż prowadzi mnie do miejsc, w których można w spokoju posiedzieć. Cholewka ze skóry syntetycznej w miarę noszenia nabiera miękkości i zyskuje charakter vintage. Jak my wszyscy, jak każdy z nas. Can we Uber Eats McDonald’s for dinner? Kliknąłem w link w bio, jakby był 2016 rok, i skorzystałem z trzydniowej aktywacji, dzięki czemu w stary rok wchodzę jako innowator i pogromca. Śpij spokojnie, dopóki to czytasz, do odhaczenia mam znacznie pilniejsze nazwiska. Mój przewodnik po doświadczeniach analogowych opowiada nowy słoweński dowcip, który okazuje się starym dowcipem irlandzkim, i nikomu nie jest do śmiechu w wyraźnie wieloetnicznej przestrzeni. Skromnych rozmiarów beanie podkreśla wysoki status społeczny osoby nakrytej czapką Nie myślimy o tym zbyt często, ale broń palna zabija nawet dwanaście miliardów ludzi rocznie, jeśli uwzględnimy w obliczeniach zgony w grach wideo. Jak zwykle to, co miało być śpiewem, było biciem w bęben. Trwa drugi, ostatni dzień zimy, nieśmiało wspominamy, jak gdzieś pomiędzy udarem słonecznym a hipotermią piliśmy kawę w parku i było przyjemnie. Nie martw się, po ciebie też przyjdzie Nie wierzę w dobre intencje ludzi, którym łatwo powiedzieć, że można się było tego spodziewać, że to w końcu tylko czytanie i pisanie, absolutnie elementarne kompetencje, którzy mówią to samo aż do wyczerpania umiejętności ludzkości, połykając zdobywane z wysiłkiem cudze dyplomy niby powietrze. To zwykle ci sami ludzie, którzy machając ze szczebla wyżej, z dobroci serca oferują mi bezstopniową drabinę, dzięki której zdołam wspiąć się na półpiętro, omijając malowniczo wyburzaną klatkę schodową: za każdym razem, kiedy mówią makao , mają o jedną kartę za dużo, i ta karta to palec, który składają w ofierze maszynie, lądując tuż przed przecinkiem w zdaniu złożonym, którego druga część jest im znana i co następuje. One hit wonder W świecie, który za pomocą głośnego powiadomienia push w trzydziestosekundowych odstępach próbuje mi wcisnąć możliwie najmniej uczęszczaną Kardashiankę lub nagranie z zabawnymi psami, które – w zależności od lokalnych uwarunkowań – są w stanie dupami robić różnorodne, wielowątkowe, charakteryzujące się wysokim poziomem złożoności rzeczy, wzdycham do starych, dobrych czasów, tak starych, że nie ma już nikogo dość starego, by sięgać tak daleko, babciu. Myślę o godnych warunkach pracy dwunastowiecznego angielskiego flatulisty z Hemingstone w Suffolk, który otrzymał od Henryka II trzydziestoakrową posiadłość w zamian za zasługi na polu krzewienia kultury farcjalnej. Roland Pierdzigrzmot, zobligowany przez władcę do wykonania popisowego Saltum, siffletum, pettum na dworze króla w każde Boże Narodzenie, nie musiał martwić się humorami algorytmów i przecinającymi feed jak gwiazda Betlejemska niebo trendami – wystarczyło, że raz w roku zjadł fasolkę i zaprezentował swój evergreen content. Dwanaście hektarów ziemi, wikt i opierunek, a także notka w Wikipedii i osiemnaście linijek tekstu za odkrycie, że perystaltyka to mimika jelit, za jeden jedyny przebój, który mógłby grać na wszystkich juwenaliach na wszystkich politechnikach świata, ale nie musiał. Stare, dobre czasy! Martin Luther King Day vs. Blue Monday (2025) Niebieskie światło emitowane przez ekrany z każdego dnia gotowe jest zrobić poniedziałek, najczęściej błękitny w skutkach. Cały znany mi obraz świata opiera się na wysiłkach stażystek agencji PR, które pudrują cynaderki i płucka na kwaśno, żeby ktoś głodny dostrzegł w nich zupę pomidorową. Świat nie jest sernikiem, z którego wydziobuję rodzynki, o nie. Wiedziałaś, że zarówno urzędnicy Świętego oficjum, jak i „weryfikatorzy faktów” Facebooka kierowali się analogicznymi pobudkami? Różniła ich jedynie stawka, podlegająca ciągłym negocjacjom w gratowniku imieniem przestrzeń wspólna. Myślenie życzeniowe i rzeczowa analiza bez okularów wyglądają jak odbicia lustrzane; także po to nosimy okulary. Nie wiem, Ameryko, może masz rację, może przyszłość będzie należeć do tych, którzy potrafią myśleć nieszablonowo, ale następnym razem nie pozwól, proszę, żeby reklama piwa wybrała ci prezydenta. Pomyśl o naszych dzieciach, o okrojonej podstawie programowej z fizyki, która jest w stanie uziemić samoloty, o legendarnych maszynach, które odmieniły twoje rolnictwo, uśmiechniętych osłonach chłodnic Johna Deere’a i Masseya Fergusona, o wszystkich smutnych nie od święta i nie od parady, którzy nie wiedzieć czemu właśnie w tobie pokładają nadzieję. fot. Kinga Wójcik Tomasz Bąk (ur. 1991) – kolektyw schizofreniczny, autor ośmiu książek z wierszami, jednoaktówki Katedra (2019) i zbioru paraesejów Fiszki (2023). Laureat Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii debiut za tom Kanada (2011), Poznańskiej Nagrody Literackiej – Stypendium im. Stanisława Barańczaka za tom Utylizacja. Pęta miast (2018), Nagrody Literackiej Gdynia za poemat Bailout (2019) i Nagrody Literackiej m. st. Warszawy za tom O, tu jestem (2021). Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim.
- César Aira - Wózek sklepowy
Jeden z wózków sklepowych w dużym supermarkecie w okolicy, w której mieszkałem, toczył się sam, bez niczyjej pomocy. Był to wózek jak każdy inny: wykonany z grubego drutu, z czterema gumowymi kółkami (przednie nieco bliżej siebie niż tylne, co nadawało mu charakterystyczny kształt) i poprzecznym drążkiem pokrytym jaskrawoczerwonym plastikiem, dzięki któremu można było nim kierować. Tak podobny do innych wokół, że nie sposób było go odróżnić. Był to ogromny supermarket, największy w okolicy, znajdowało się w nim ponad dwieście wózków. Lecz ten, o którym mówię, jako jedyny był w stanie sam się poruszać. Czynił to z nieustępującą dyskrecją: w zgiełku, jaki panował w sklepie od jego otwarcia aż do zamknięcia, nie wspominając nawet o godzinach szczytu, jego ruch przechodził niezauważony. Używano go jak wszystkich innych wózków, wypełniano jedzeniem, napojami i środkami czystości, wyładowywano przy kasach, w pośpiechu przepychano z jednej alejki do drugiej, i nawet jeśli w danej chwili zostawiano go i widziano, jak przesuwa się o milimetr czy dwa, składano to na karb siły bezwładności. Dopiero nocą, w dziwnym spokoju tego ruchliwego zazwyczaj miejsca, można było dostrzec cud, lecz wtedy akurat nie było nikogo, kto mógłby go podziwiać. Czasami tylko jakiś magazynier, z tych, co rozpoczynali pracę o świcie, ze zdumieniem odnajdował go zagubionego z tyłu, obok lodówki z mrożonkami lub pośród ciemnych regałów z winem. I zakładał, rzecz jasna, że zostawiono go tam przez nieuwagę poprzedniej nocy. Supermarket był wielki i wił się siecią labiryntów, przeoczenie tego typu nie wzbudzało więc zdziwienia. Jeśli zaś przy tej okazji, to jest kiedy go odnaleźli, dostrzegli niewielki ruch, nieznaczny jak przemieszczenie wskazówki zegara, tłumaczyli to nierównością podłogi bądź przeciągiem. Tak naprawdę wózek spędził całą noc krążąc wokół, przemierzając sklepowe alejki, powolny i cichy niczym gwiazda, nigdy o nic nie wadząc ani się nie zatrzymując. Okrążał swój obszar, tajemniczy, niewytłumaczalny, jego cudowna esencja zamknięta w banalności sklepowego wózka takiego, jak wszystkie inne. Zarówno pracownicy, jak i klienci byli zbyt zajęci, by podziwiać tajemnicze zjawisko, które na nikogo ani na nic nie miało przecież wpływu. Wydaje mi się, że byłem jedynym, które je odkrył. Właściwie to jestem pewien: spostrzegawczość jest cechą rzadko występującą wśród ludzi, a w tym wypadku potrzeba jej było całkiem sporo. Nikomu się nie zwierzyłem ze swojego odkrycia, ponieważ wydawało się ono doskonale wpisywać w ten rodzaj wymysłów, które mnie zazwyczaj nawiedzają i dzięki którym zyskałem reputację wariata. Przez tyle lat robienia zakupów w tym właśnie miejscu nauczyłem się rozpoznawać go, mój wózek, po niewielkim nacięciu na czerwonym drążku; Bogiem a prawdą, nie musiałem nawet patrzyć na nacięcie, ponieważ już z daleka coś mi mówiło, że to właśnie on. Kiedy go rozpoznałem, przechodził mnie dreszcz radości i rozkoszy. Uważałem go za swego rodzaju przyjaciela, przyjacielski przedmiot, być może z tego prostego powodu, iż w wypadku mojego wózka w naturalny bezwład rzeczy wcielone zostało to minimalne drżenie życia, dzięki któremu możliwe stawały się wszelkie wymysły. Być może w głębi podświadomości byłem mu wdzięczny za to, że jest inny niż wszystkie inne wózki sklepowe w całym cywilizowanym świecie oraz że ujawnił swój sekret mnie i nikomu innemu. Lubiłem wyobrażać go sobie, pośród samotności i ciszy północy, jak toczy się powolutku w ciemności niczym nieszczelna łódka wyruszająca w poszukiwaniu przygody, wiedzy i (czemu nie?) miłości. Ale co niby miał odnaleźć w całym tym banalnym krajobrazie produktów mlecznych, warzyw, makaronów, napojów gazowanych i zielonego groszku w puszce, krajobrazie, który był całym jego światem? A jednak nie utracił nadziei i podejmował wyprawy na nowo, bądź raczej nigdy ich tak naprawdę nie przerwał, jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę z próżności starań, lecz nadal upiera się przy swoim. Trwa w swym postanowieniu, ponieważ ufa w przekształcenie wulgarnej codzienności w marzenie i cud. Myślę, że identyfikowałem się z nim i że to właśnie poprzez tę identyfikację udało mi się go odkryć. To paradoksalne, ale ja, który czułem się tak odległy i tak odmienny od kolegów pisarzy, odczuwałem bliskość z wózkiem z supermarketu. Nawet nasze strategie były podobne: niezauważalny postęp, prowadzący do rzeczy wielkich, nieprzekraczanie ograniczonego horyzontu, miejska tematyka. On zrobił to lepiej: był bardziej tajemniczy, bardziej radykalny oraz mniej interesowny. Mając to wszystko na uwadze, można wyobrazić sobie moje zdumienie, gdy usłyszałem go, jak mówi lub też, by być bardziej precyzyjnym, gdy usłyszałem, co mówi. Spodziewałbym się wszystkiego, lecz nie deklaracji tego typu. Jego słowa przebiły mnie niczym lodowa włócznia i sprawiły, że musiałem zrewidować całą sytuację, począwszy od sympatii, która łączyła mnie z wózkiem, aż po sympatię, która łączyła mnie z samym sobą, a nawet po ogólną sympatię dla cudu. Fakt, że mówił, nie zaskoczył mnie sam w sobie, ponieważ tego się spodziewałem. Nagle poczułem, że nasza relacja dojrzała do poziomu znaku językowego. Zrozumiałem, że nadszedł moment, by mi coś powiedział (na przykład, że mnie podziwia i kocha i że jest po mojej stronie), więc ukucnąłem przy nim, udając, że zawiązuję sznurowadła, przykładając przy tym ucho do drucianej kraty jednego z boków, i wówczas usłyszałem jego głos, szept dobiegający z zaświatów, a mimo to brzmiący absolutnie czysto i wyraźnie: — Ja jestem Złem. Opowiadanie pochodzi z tomu Relatos reunidos z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak César Aira (ur. 1949) – argentyński prozaik, tłumacz i eseista, jeden z najciekawszych i najbardziej frenetycznych, a zarazem ekstrawaganckich współczesnych pisarzy hispanoamerykańskich. Po polsku ukazały się jego trzy powieści, zebrane w tomie Trzy opowieści (przeł. Tomasz Pindel). Laureat m. in. Prix Formentor.
- Julio Ramón Ribeyro – Nocna przygoda
W wieku czterdziestu lat Arístides mógł z całą pewnością uważać się za człowieka „wykluczonego z uczty życia”. Nie miał żony ani kochanki, pracował w piwnicach urzędu, spisując akty stanu cywilnego, i mieszkał w maleńkim mieszkaniu przy alei Larco, pełnym brudnych ubrań, zniszczonych mebli oraz fotografii artystów, przypiętych szpilkami do ścian. Jego dawni przyjaciele, obecnie żonaci i zamożni, mijali go w swych samochodach, podczas gdy on czekał w kolejce do autobusu, a jeśli przypadkiem spotkali go w jakimś miejscu publicznym, ograniczali się do szybkiego ścisku dłoni, w którym znać było pewną dozę odrazy. Bo Arístides był nie tylko moralnym obrazem porażki, ale też fizycznym symbolem opuszczenia: chodził nędznie ubrany, niedbale się golił i roztaczał woń taniego jedzenia, obskurnej jadłodajni. Tak więc, bez związków i bez wspomnień, Arystydes był obowiązkowym klientem okolicznych kin i idealnym użytkownikiem publicznych ławek. W kinowych salach, osłonięty od światła, czuł się ukryty, a jednocześnie towarzyszył mu legion cieni, które śmiały się lub płakały wokół niego. W parkach mógł wdawać się w rozmowy ze starcami, kalekami lub żebrakami, czując się w ten sposób częścią ogromnej rodziny ludzi, którzy tak jak on nosili wpięte w klapy niewidzialne odznaki samotności. Pewnej nocy, rezygnując z ulubionych miejsc, Arístides zaczął włóczyć się bez celu po ulicach Miraflores. Przeszedł całą aleję Pardo, dotarł do bulwaru, szedł dalej wzdłuż nabrzeża, okrążył koszary San Martín, zapuszczając się w coraz bardziej wyludnione ulice, w dzielnice, które dopiero co powstały i być może nie widziały jeszcze ani jednego pogrzebu. Minął kościół, kino w budowie, ponownie kościół, i w końcu się zgubił. Zaraz po północy błąkał się po nieznanej dzielnicy, gdzie zaczynały wyrastać pierwsze apartamentowce nadmorskiego kurortu. Jego uwagę przyciągnęła pewna kawiarnia, której ogromny taras, choć pełen stolików, był opustoszały. Przysunąwszy się bliżej, przycisnął nos do szyby i zajrzał do środka. Zegar wskazywał pierwszą w nocy. Nie było widać ani jednego klienta. Jedynie za ladą, obok kasy, dostrzegł grubą kobietę w futrze, palącą papierosa i w roztargnieniu przeglądającą gazetę. Kobieta podniosła wzrok i spojrzała na niego z wyrazem umiarkowanego zadowolenia. Arystydes, zupełnie zmieszany, kontynuował swój marsz. Sto kroków dalej zatrzymał się i rozejrzał dookoła: nowoczesne budynki spały snem głębokim, bezczasowym. Arístides miał wrażenie, że stąpa po dziewiczej ziemi, że ubiera się w nowy krajobraz, który poruszył jego serce i rozpalał w nim niewytłumiony żar. Wracając po swoich śladach, ostrożnie zbliżył się do kawiarni. Kobieta nadal siedziała i dostrzegłszy go, powtórzyła swój gest delikatnego ukontentowania. Arístides oddalił się pospiesznie, zatrzymał w połowie drogi, zawahał się, zawrócił, ponownie zerknął, i pchnąwszy w końcu szklane drzwi, wszedł do środka i zajął czerwony stolik, gdzie pozostał nieruchomy, nie podnosząc wzroku. Tam czekał przez chwilę, samemu nie wiedząc na co, obserwując niespokojną muchę, która żałośnie pełzła w stronę otchłani. Potem, nie mogąc opanować drżenia nóg, nieśmiało podniósł wzrok: kobieta obserwowała go znad gazety. Powstrzymując ziewnięcie, odezwała się grubym, nieco męskim głosem. — Kelnerzy już wyszli, proszę pana. Arístides pochwycił to zdanie i zamknął je w sobie, ogarnięty gwałtowną radością: oto nieznajoma odezwała się do niego w nocy. Jednakże od razu pojął, że zdanie to było zaproszeniem do odejścia. Nagle zdezorientowany, wstał. — Ale ja mogę coś podać. Czego pan sobie życzy? — Kobieta zbliżała się do niego powolnym krokiem, któremu nie można było odmówić pewnej majestatyczności. Arístides ponownie usiadł. — Kawę. Tylko kawę. Kobieta podeszła do stolika i oparła na jego krawędzi pulchną dłoń obciążoną biżuterią: — Już wyłączyłam maszynkę. Mogę podać likier. — W takim razie piwo. Kobieta udała się za bar. Arístides skorzystał z okazji, by ją obserwować. Nie było wątpliwości, że to właśnie ona była właścicielką. Sądząc po lokalu, musiała mieć sporo pieniędzy. Szybkim ruchem poprawił stary krawat i przygładził włosy. Kobieta wróciła. Oprócz piwa przyniosła butelkę koniaku i kieliszek. — Dołączę do pana — powiedziała, siadając obok niego. Mam zwyczaj zawsze pić drinka z ostatnim klientem. Arístides podziękował jej skinieniem głowy. Kobieta zapaliła papierosa. — Piękna noc — powiedziała — lubi pan spacerować? Sama jestem trochę nocnym markiem. Ale w tej okolicy ludzie chodzą spać wcześnie i po północy jestem sama. — To trochę smutne — wyjąkał Arístides. — Mieszkam na górze, nad barem. — Jej ręka wskazała na jakieś zapomniane drzwi na końcu lokalu. — O drugiej zasuwam rolety i idę spać. Arístides odważył się spojrzeć jej w twarz. Kobieta elegancko wydmuchała dym i patrzyła na niego z uśmiechem. Sytuacja wydała mu się ekscytująca. Z przyjemnością zapłaciłby za swoje zamówienie, wyszedł na ulicę, złapał pierwszego napotkanego przechodnia i opowiedział mu tę wspaniałą historię o kobiecie, która w środku nocy czyniła mu takie niepokojące propozycje. Ale ona już wstała: — Ma pan jednego sola? Chcę puścić płytę. Arístides pospiesznie wyciągnął monetę. Kobieta włączyła łagodną muzykę i powróciła. Arístides spojrzał w stronę ulicy: nie było widać ani cienia. Zachęcony tym szczegółem, w przypływie nagłej odwagi, poprosił ją do tańca. — Z przyjemnością — powiedziała, zostawiając papierosa na krawędzi stołu i zrzucając futrzany szal, odsłaniając tym samym zwiotczałe, pokryte piegami ramiona. Dopiero kiedy objął ją w talii — sztywnej i ściśniętej pod jego nieporadną dłonią — Arístides nabrał przekonania, że oto realizuje jedno ze swoich dawnych marzeń biednego kawalera: mieć romans z kobietą. To, że była stara albo gruba, nie miało znaczenia. Już jego wyobraźnia pozbawiłaby ją wszystkich wad. Patrząc na półki z butelkami wirującymi wokół niego, Arístides godził się z życiem i, rozdwoiwszy się, drwił z tamtego innego Arístidesa, teraz odległego i zapomnianego, który drżał z radości przez cały tydzień tylko dlatego, że jakiś nieznajomy podszedł do niego, by zapytać o godzinę. Kiedy skończyli tańczyć, wrócili do stołu. Tam przez chwilę rozmawiali. Kobieta postawiła mu kieliszek koniaku. Arístides przyjął nawet papierosa. — Nigdy nie palę — rzekł — Ale teraz to robię, nie wiem dlaczego. Zdanie wydało mu się banalne. Kobieta wybuchnęła śmiechem. Arístides zaproponował kolejny taniec. — Najpierw zasunę rolety — odparła, zmierzając w stronę tarasu. Znów tańczyli. Arístides zauważył, że zegar ścienny wybił drugą. Mimo to kobieta nie zamierzała jeszcze iść spać. Uznał to za dobry znak i teraz to on z kolei postawił jej koniak. Zaczął czuć się nieco pewniejszy siebie. Zadawał niedyskretne pytania, aby stworzyć atmosferę intymności. Dowiedział się, że mieszka sama, że jest w separacji z mężem. Wziął ją za rękę. — No dobrze — powiedziała kobieta, wstając. — Pora zamykać bar. Tłumiąc ziewnięcie, ruszyła w stronę drzwi. — Zostanę — oznajmił Arístides stanowczym tonem, który samego go zaskoczył. W połowie drogi kobieta odwróciła się: — Jasne. Zgoda. — Po czym na nowo podjęła marsz. Arístides pociągnął mankiety koszuli, schował je ponownie, ponieważ były postrzępione, nalał sobie kolejną szklankę, zapalił papierosa, zgasił go, zapalił ponownie. Od stolika obserwował kobietę, a powolność jej ruchów sprawiała, że się niecierpliwił. Patrzył, jak podnosi szklankę i niesie ją na ladę. Potem zrobiła to samo z popielniczką i filiżanką. Kiedy wszystkie stoliki były już posprzątane, poczuł ogromną ulgę. Kobieta podeszła do drzwi i zamiast je zamknąć, oparła się o framugę, nieruchomo patrząc na ulicę. — O co chodzi? — spytał Arístides. — Trzeba złożyć stoliki na tarasie. Arístides wstał, mrucząc pod nosem przekleństwa. Dla efektu ruszył w stronę drzwi, mówiąc: — To robota dla mężczyzny. Kiedy dotarł na taras, aż podskoczył z zaskoczenia: stało tam około trzydziestu stolików, każdy z kompletem krzeseł i popielniczek. W myślach oszacował, że uprzątnięcie tego zajmie mu kwadrans. — Jeśli zostawimy je na zewnątrz, ukradną — zauważyła właścicielka. Arístides zabrał się do pracy. Najpierw zebrał wszystkie popielniczki. Następnie wziął się za krzesła. — Ale nie byle jak! — zaprotestowała kobieta. — Trzeba je porządnie poukładać, żeby kelner mógł jutro posprzątać. Arístides usłuchał. W połowie pracy oblał się potem. Schował stoliki, które były z żelaza i swoje ważyły. Właścicielka, ciągle stojąc w drzwiach, obserwowała jego pracę z czułym spojrzeniem. Kilka razy, gdy sapiąc przechodził obok, wyciągała rękę i głaskała go po włosach. Ten gest ostatecznie dodał Arístidesowi sił, dając mu złudzenie, że jest mężem wypełniającym swoje małżeńskie obowiązki, by później móc skorzystać ze swych praw. — Już nie mogę — poskarżył się, widząc, że taras wciąż jest pełen stolików, jakby rozmnożyły się za sprawą jakiegoś zaklęcia. — Myślałam, że jesteś bardziej wytrzymały — odparła ironicznie kobieta. Arístides spojrzał jej w oczy. — Odwagi, dużo nie zostało — dodała, puszczając do niego oko. Po pół godzinie Arístides posprzątał cały taras. Wyciągnął chusteczkę i otarł pot. Zastanawiał się, czy taki wysiłek nie zaszkodzi jego męskości. Na szczęście cały bar był do jego dyspozycji i mógł się zregenerować dobrym drinkiem. Kiedy zamierzał wejść do baru, kobieta go zatrzymała: — A donica? Zostawisz ją na zewnątrz? Została jeszcze donica. Arístides spojrzał na gigantyczny obiekt przy wejściu na taras, w którym jakieś dychawiczne geranium traciło liście. Zebrawszy się na odwagę, podszedł i podniósł ją. Zgarbiony pod ciężarem ruszył w stronę drzwi i kiedy uniósł głowę, zauważył, że kobieta właśnie je zamknęła. Patrzyła na niego przez szybę, nie tracąc uśmiechu. — Otwórz! — wymamrotał Arístides. Właścicielka wykonała zabawny, odmowny gest palcem. — Otwórz! Nie widzisz, że aż mnie zgięło wpół? Kobieta ponownie odmówiła. — Otwórz, nie jestem w nastroju do żartów! Kobieta przekręciła rygiel, ukłoniła się z szacunkiem i odwróciła do niego plecami. Arístides, nie wypuszczając donicy z rąk, patrzył, jak oddala się znużona, gasząc światła, zbierając kieliszki, aż zniknęła za tylnymi drzwiami. Kiedy wszystko pogrążyło się w ciemności i ciszy, Arístides uniósł donicę nad głowę i roztrzaskał ją o podłogę. Hałas rozbitej terakoty otrzeźwił go: w każdym kawałku dostrzegł cząstkę swojej rozbitej iluzji. Ogarnęło go uczucie przejmującego wstydu, jakby obsikał go pies. Opowiadanie pochodzi ze zbioru Las botellas y los hombres (1964) z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Julio Ramón Ribeyro (1929–1994) – peruwiański pisarz i dyplomata, autor opowiadań, ale też powieści, esejów, dzienników oraz aforyzmów. W roku 1960 wyemigrował do Paryża, gdzie pracował jako dziennikarz Agence France Presse. W latach 1986–1990 był delegatem Peru przy UNESCO. Otrzymał m. in. Premio de Literatura Latinoamericana y del Caribe Juan Rulfo (obecnie Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances). Po polsku ukazały się Kronika z San Gabriel (przeł. Beata Babad-Gellusseau) oraz Słowo niemowy. Wybór opowiadań (przeł. Tomasz Pindel i Nina Pluta).
- Luis Chaves Campos – pięć wierszy
W innej kolejności Szczury zjadły pokarm ptaków. Zmuszasz mnie, bym znów powiedział: „a nie mówiłem”. Ledwo słońce wstaje już myślimy o trzech posiłkach dziennie. Każdy poniedziałek rozpoczyna nowe życie żyję więc minionym tygodniem bez godności. W gorących dyskusjach wyobrażonych minął nam już rok. A nie mówiłem. Pamięć i/lub gwiazdy to światło, które się zestarzało. Oświetlają, ledwo co, to miejsce, gdzie ktoś woła swoich od progu i kończy się wieczór, a talerz nigdy nie stygnie. Jednakże w tej kolejności: Szczury Pokarm Ptaki Inni San José było niczym więcej jak tylko światłami w oddali: metropolitalny gwiazdozbiór nocą maskujący zacofanie. Reszta, puste puszki po piwie, którym gardzili jako letnim; niewystarczająca żarówka w samochodzie z otwartymi drzwiami; uczucie, które, zdewaluowane, nazywamy afektem. Morski To, co dobre w morzu, to gdy nikt się nie topi. Zdarzyło się wczoraj, ale opowiadam dzisiaj, podczas gdy one piszą imię w piasku patykiem, który przydryfował unosząc się wśród worków i liści i łupin. Piszą dziś to, co mówiłem wczoraj, monotonia ma gumkę którą nazywamy falami. To one łaskoczą cię w stopy, a potem znikają. To one zacierają ślady stóp lub czegokolwiek dosięgną. To, czego dotknie morze, należy do morza. Analgezja Katafenac jest moim drugim pilotem, nawet jeśli rtęć mówi co innego. Chcieliśmy być prostą piosenką, ale się nie udało. Jeśli wszystko jest muzyką i matematyką, to do czego to należy? Wiadomość Przybyłem wcześniej niż wiadomość do baru po drugiej stronie Atocha lub Alexanderplatz. Złoty wieczór / wieczór w płomieniach zabijając czas, pamięć pełna fragmentów innych układanek. Ciało tam, umysł gdzie indziej: gdy do kuchni wpełzł wąż koralowy i opróżniliśmy akwarium, by go złapać lata nieruchomych chmur, poza grawitacją kolorowy wosk na lukrze urodzinowego tortu i wszystko co skrzypiało, ale w dobrym znaczeniu, jako przeciwieństwo złego. Zabijałem czas i zjadłem twoje ciasteczko z wróżbą, było napisane, że dziś twoja kolej podać mamie morfinę. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Luis Chaves Campos (ur. 1969) – kostarykański poeta, laureat Premio Nacional Aquileo Echeverría w dziedzinie poezji.
- Mariusz Ropczyński – pięć wierszy
Z przestrachem Siedzi samotnie przy stole, patrzy z przestrachem na córkę; widzi, jak bardzo staje się do niej podobna. Zgubi ją kiedyś zbytnia wrażliwość, brak wiary w siebie, uległość. Chcę wierzyć Dziewczynka, na oko dziesięcioletnia, bawi się z psem na podwórku. Biega i klaszcze, nagle upada: leży tak chwilę bez ruchu, wreszcie na powrót rzuca się w wir zabawy. Chcę wierzyć, że szczęście dane jej będzie na zawsze. W gorączce Dwaj chłopcy bawią się w wojnę na plaży. Jeden z nich chwyta się nagle za serce, pada na piasek, nieruchomieje. „Trzeba mieć pecha, by umrzeć tak młodo”, śmieje się głupio ten drugi”. Czuję, jak włosy jeżą mi się nagle na karku. I chociaż to lato, gorąco jak w piekle, trzęsę się cały niczym w gorączce. Juhas Świąteczne zakupy w nowo powstałej galerii. Dawniej mieścił się tutaj bar „Juhas”. Nigdzie już później nie jadłem tak dobrych pierogów. Dlatego teraz oddałbym zaraz nowiutką konsolę za talerz firmowych z kapustą. Czuję ich smak na języku. Biały sad Nad ranem spadł śnieg, przykrył deski werandy. Rodzice kłócą się głośno o sweter. Matka wciska go ojcu do ręki, chce, by go dzisiaj założył: „Żebyś mi później nie kaszlał po nocach”. Będzie go niańczyć niemal do śmierci. Mariusz Ropczyński (ur. 1976) – laureat konkursów poetyckich im. Georga Trakla i Kazimierza Ratonia. Autor czterech zbiorów wierszy: Bez rezerwacji (2015), Kwestia wyboru (2017), Obfitość traw (2020), Lato w hamakach (2023). Publikował w czasopismach papierowych i wirtualnych, m. in. w „Odrze”, „Wyspie”, „Frazie”, „Akcencie”, „Wydawnictwie J”.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
miłosierdzie nie wypalajcie traw żyją w nich małe stworzenia godne każdego waszego wzdęcia i orgazmu spójrzcie jak pędzą na swoją szychtę do mikro fabryk gonią ich brak czasu i nieterminowe spłaty kredytu być może kiedyś stanowiły ważny składnik ekosystemu ale coś się popierdoliło moje zaimki: ja ty stałem nad łóżkiem szpitalnym i patrzyłem ci w oczy cała sala słyszała bicie twojego serca bo swoje stłumiłem cienkim splotem chińskich włókien i może nawet przez chwilę pomyślałem o tym potwornie dalekim i obcym kraju z tęsknotą lecz na szczęście okłamałem cię że muszę do toalety po czym wcisnąłem twarz w jakieś drzwi na korytarzu i płakałem szukając tam ciebie i mnie szlaczki zazdroszczę wam serca w pikselach tej wersji świata w której plama krwi jest plamą krwi tylko z daleka jak z daleka ostry widać nóż człowiek porusza się w prawo lub w lewo a każdy krok łatwo przewidzieć najstraszniejsze potwory ważą kilka bitów i mają kwadratowe kły chcę żeby tak zostało bo tylko wtedy zapominam o szlaczkach warunek gdyby pijane myśli ojca zniekształcały mój widok perfidną tłustą plamą a blada smuga tuż obok objawiła się w nimbie choroby matki zrobiłbym to gdyby w przykurzonym rogu wisiał stolik utkany rutyną opasłych pielęgniarek oiom-u a one same zapijałyby kawą wołanie pana z trójki zrobiłbym to gdyby ślady ptasich odchodów układały się w krótkie znajome słowo a cała ta szpetna mozaika zmieniła kierunek widzenia zrobiłbym to umyłbym okno jeszcze raz Over the counter Nie czuję zimna, stary Jelcz kołysze moim strachem, który przesącza się przez zaparowaną szybę. Brunatne grudy pól i szare sześciany domów, umyślnie powielane w chronicznym, niepojętym szaleństwie. Mężczyzna na wózku na tle omszałego płotu, ma obcięte nogi i twarz jak dno popielniczki. Odpycham próby zrozumienia poza czas, poza to nieruchome miejsce. Docieram do celu. funkcja wiem tylko tyle że kosztele mają miodowy smak a kamienie porastają mchem gdy leżą w cieniu znam swoje dzieci bardziej niż siebie bo ani wewnątrz ani na zewnątrz ani tu i teraz chodzę w te miejsca gdzie czas zwalnia i zatrzymuje się lecz nigdy na tyle by go złapać ugryźć schować do kieszeni dlatego wiem aż tyle Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023) i Brama (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mieszka pod Nałęczowem.
- Radosław Biniek – cztery wiersze
Pokalane poczęcie Maria przychodzi do Józefa jest naga i drżąca rób to cicho dopiero co zasnął szepcze do ucha świat wypuszcza powietrze i oddycha teraz miarowo nogi są szeroko języki są głęboko paznokcie cierniem orają brudne plecy cieśli ręce starca heblują nastoletnie kształty madonny Józef myśli o kołach tylko to ma sens tak uważa chociaż krzyże sprzedają się teraz jak świeże bułeczki Maria ma już w głowie wiosnę dzieci kwiaty szerokie lniane sukienki uśmiech tego spod dwunastki kiedy zapalają papierosa z kołyski dobiega cichy śmiech dziecka Śmierciuszki ona mówi posłuchaj przyłóż ucho do brzucha ono kopie sobie grób tupią po macicy małe nóżki z sutków sypie się piach ona mówi posłuchaj mam tu w komodzie takie trupie ciuszki trupie ciuszki śmieciuszki Krem na noc krem na dzień rano wypłynęło mi oko na bezmyślną wyspę dostało imię po psie i konto w banku pozostałe oczy mrugały do mnie morsem z gotowanej owsianki w południe zdarzyła mi się miłość po trzykroć odliczona do rytmu pozostałe puszczały całusy mokre z ciał napęczniałych w rosole wieczorem stopy wylizał mi pies miodem przylepiły się do mnie dzieci zostały mi w głowie segregatory i spinacze pożółkłe skorupy żółwich szaleństw Swobodnie jechać zakamarkami miast leśnymi ścieżkami drogami przez pola wioski zaspane przecinać to wszystko na pięć na trzy na pół przez sam środek sklejać z resztek aż pustka w głowie napęcznieje zapachem szosy po deszczu jechać i być linią prostą wznosić się i spadać z zakrętów wychodzić cało zatrzymać się w przydrożnym sklepiku wypić piwo porozmawiać z miejscowymi o dinozaurach co wyginęły razem z pracą i parkiem co stoi pusty i straszy jechać i wciągać w nozdrza pył kurz wcierać w dziąsła oblec się w piach łapczywie połykać wiatr swobodnie splunięciem zawieszać ślinę w powietrzu jak pieczęć na liście do wrogów jechać jechać jechać i nigdy nie wracać Radosław Biniek (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w „thefragmentach”, „Helikopterze”, „Toposie”, „wydawnictwie j”. Autor tomów: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze. (Publikowane wiersze zostały nagrodzone w konkursach poetyckich).
- Maksymilian Tchoń – siedem utworów
Zwaśnione rody Postaraj się unieść niebo na barkach niczym Atlas Zrzeknij się grzechu za huragan na morzu, gdzie statek widoku czyta skargę dusz narodów Powierz mi tajemnicę we wnętrzu spojówki Zetrzyj z policzka zmazę pierwotnej północy kiedy to potajemnie spotkaliśmy się za dnia mimo, iż wolałbym nocą przeciw ziemi ognistej kiedy to potajemnie kochaliśmy się w paradoksie testamentu kiedy to budowaliśmy na skale nasz dom z komend rozgromu muzyki myśli docierającej się z taktyczną głuszą kiedy to odkrywaliśmy się w sobie aliterycznie jako mężczyzna i kobieta zrodzeni, nie stworzeni kiedy to planowaliśmy zamach na burzę w szklane whiskey kiedy to zerwaliśmy czystość z pościeli błękitu jako Adam i Ewa odgrywając rajskie role w teatrum bez kurtyny i kiedy to zrozumiałem, że medycyna się pomyliła i będziemy żyli wiecznie będziemy żyli wiecznie w Mieście bez imienia w kraju bez rady w domu bez fundamentu nie znam człowieka, któremu warto byłoby zazdrościć stawiam pokera z kości słoniowej matko i rachuję myśli, by ułożyć je w dywan z róż czerwonych, bo tak i drzewa, które nie daje cienia, bo nie rzeki, która nie gasi pragnienia bo nie może góry, która nie zmęczy… rozkoszy, która jest doskonała bo pozaziemska historii, która nie zatacza koła bo mitem jest zapas pamięci byś idąc pokłuła się jedynie o mój magnetyzm dłoni i ust, szlifierze naszego uczucia szlifierze naszego uczucia stoją na baczność a celem naszym zbawienie i dom rodzinny, gdyż tam gdzie my, tam granice naszej Ojczyzny *** Porwij karty codzienności zdemobilizuj wspomnienia ubierz się w trzepot głuszca zatańcz na wietrze i nie pytaj o żelazny dowód U źródła życia Czytajcie wiersze przyjaciele milczenia Mówcie prawdę obrońcy honoru Słuchajcie ludu aniołowie stróże Sądu najwyższego radcy nie słowo przeciwko słowu lecz uczynek dla chluby Nie łamcie chleba sami ojcowie Gabinetu Pokoju Zostawcie nam Raj nieświęci niebłogosławieni nie słudzy boży i ten tłum niezliczony obarczając sławą zbawczej myśli Krzewisz pocieszenie naruszony mirem Wspólnego powietrza u źródła życia Epoka bez epoki dłonie pełne ucieczki w spokój redagowana cisza według modelu jakości olśnienia Demiurga porwani pisarze w kryminał własnoręcznie napisany eseiści dobrego paktu ananke mojry się buntują – każda swym rodzajem literackim bądźmy wierni śladom milczenia zbiegowie okoliczności łagodzącej czwarty wymiar nagrody w imperatyw kategoryczny spisany na sklepieniu niebieskim ułaskawieni prawdą nader młodzi protoplaści alegorii cienia w bólu odchodzących pór roku i aksjologicznym ujęciu chwil dojrzałych, a już wiecznie starych jak owoc zdrady róża to twoja wierność rosa na niej to wybaczenie kolor kocha chwalebne tajemnice skrzynie z dytyrambami pozbawione ram czasowych i patosu zakopane w melancholii antropocenu zdrada stanu – ponawiam choć jakaż to zdrada, kiedy owoc miłości wydaje Ruch oporu Państwa rozbite wojnami domowymi złamane serca ukontentowaniem stracony rozum myślą nieczystą pomieszane zmysły darem juchy bite dowody utracone westchnienia a choćbym zaczął na wspak rozniecać płomień Feniks i tak się odrodzi Odys dopłynie do swej Itaki Ewa zwabi Adama i tak spalą na stosie Joannę i spadnie z wieży głowa Tomasza Romeo ujmie Julię przeżyję trzy wojny, w tym dwie światowe ona napisze wiersz i ja spiszę listy na niebie niewysłane do słońca wytoczę mu proces za codzienne docieranie duch się we mnie trzyma mocno co tam panie w polityce? pojemne formy z treścią nieprzystające pakty łask elementarnie danych obywatelom rzeki żalu nieuzbrojone w nadzieję i wiarę wersety Wysoka cena wyładowanie atmosferyczne krzepi ziemię operuje grunt powietrze wzywa metrum podczas wybijania którego zaczynam istnieć wedle lat świetlnych dni porzuconych drozdów na gałęzi, które są tylko drozdami na gałęzi świętych konających w strofach pór roku i czasu siewu oraz zbierania plonu moim marzeniem jest urodzaj w miejscu pustki tego wiersza nie wypełni banicja ani też powrót ni marazm spowiadam się Wszechmogącemu i wam bracia i siostry, że jestem czysty w fuzji surowca umysłu i materii ciała dostępuję Nieba horrendalnie wysokie ceny bez apelacji trawestuję szczęście Wspomnienia z frontu – Byłem młodym oficerem, w mieście po radzieckiej stronie wpływów. Pewnego dnia spacerując chodnikiem postanowiłem przejść przez ulicę. Po drugiej stronie była kobieta, widywałem ją każdego dnia. Nie wiedziałem jak ma na imię, wiedziałem tylko, że pracuje w Ministerstwie Obrony. ~ Tego dnia, było słoneczne, niemal bezchmurne, gorące południe. Jeśli kobieta miała by zmienić echo bicia mego serca w stronę bardziej ludzką, i którędy wiedzie droga nie na zatracenie – czyli wolną postanowiłem: zaryzykuję. – Idąc aleją chciałem przejść przez przejście, zauważył mnie pułkownik rosyjski, mówi: idź. Samo spojrzenie jego budziło grozę i słowa wypowiadane wraz z zamaszystymi ruchami dłoni. ~ Przeszedłem kilkanaście metrów w głowie mając jedną, jedyną nieśmiałą myśl, by być w niej i śmiać się i kląć, jak to robią zwykli amerykańscy żołnierze. Zszedłem z chodnika, idąc wzdłuż Alei, doszedłem do skrzyżowania i zobaczyłem maszerujący oddział wojsk alianckich. Postanowiłem, że przejdę koło nich, w pobliżu nie było patrolu radzieckiego. ~ Wszedłem na przejście, przed oczami stanął mi cały Zachód w moim sercu, wszystkie moje wyobrażenia, to o czym marzyłem. To, co miałem i to, co mogłem bezpowrotnie utracić czyli swoje życie. ~ Przeszedłem przez ulicę i w mgnieniu oka postanowiłem: biegnę. Zacząłem biec. Ten rosyjski oficer skręcił w moją stronę, zobaczył to. Natychmiast wyciągnął pistolet z rakietą w kolorze czerwonej flary oznaczającą wystrzelenie jej: mamy zbiega, mamy dezercję. ~ Biegnę ile sił w nogach w głowie mając kolor oczu kobiety z Departamentu Obrony. – Chciałem przekroczyć granicę. Słyszę głos, to Amerykanie, jeden przy szlabanie mówi do drugiego ile ma czasu? ~ Odpowiada: 30 sekund. Nie zdąży. Ludzie dokoła zamarli - tylko patrzą, ja w tym mundurze młodego oficera czuję się trochę skrępowany, jeszcze rozwiązała się sznurówka, rosyjski patrol zbliża się na motocyklu. ~ Jestem już blisko. Wyciągają broń. Zielona Granica otwiera się przede mną. Jednemu zaciął się karabin. Słyszę głos Amerykanów: mamy go. (Przez głowę przeszła mi jedna myśl, że zostanę zdegradowany, jakby to miało już jakiekolwiek znaczenie?) – Biegnąc ile sił w nogach miałem tylko nadzieję, że będę w nowym, lepszym świecie. ~ Ten Rosjanin musiał się bardzo wkurzyć. Kolejny stracony człowiek przeszedł na stronę wroga. Po chwili witają mnie wszyscy, a ja widzę uśmiech tej kobiety na twarzy. Jej imię to: Janah. ~ W oczach kobiety zobaczyłem zwierciadło swojej duszy oraz studnię bez dna. A także: „las wiodący sarnim rytmem w świat, gdzie zamyślone ryby gwiazd nad nawałnicą lat. W kręgi pieśni zasłuchane niemo – Serca jak obłok.” – Młoda, czarująca Portorykanka z podwójnym obywatelstwem. Wiedziałem, że będzie moja. Zamyka się granica. Po stronie radzieckiej milkną głosy, rozpoczyna się długo wojna. – Byłem już chyba bezpieczny. Maksymilian Tchoń – poeta, eseista. Absolwent Filologii Polskiej na UJ. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) w Krakowie. Autor 24 tomów poezji oraz książki eseistycznej Rezerwat znaków przestankowych (2018). Publikował w wielu pismach literackich oraz za granicą. Pasjonuje się muzyką, sportem, szeroko rozumianą kulturą oraz konkretnie dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski, włoski, rosyjski, hiszpański, portugalski i ukraiński. Wiersze autora były wyświetlane na ul. Brackiej 1 w Krakowie w ramach projektu "Wiersze na murach".










