top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Hubert Czarnocki – trzy wiersze

    *** Byłem cały z powietrza i cały odwiązałem się od rzeczy. Wypuściłem szklankę, łyżkę, siekierę, wszystkie dokumenty, listy, pióro, klamkę i wszystkie pomysły. Odbijałem się od obłoków. Początek zimy, pierwsza bajka Śnieg padał na dobrych i złych i zamieniał ich w postacie z bajek. Nie poznawałem ich ani miasta, nie umiałem wrócić do domu. Przyjaciel cały w przemianach wydawał się kimś nieznajomym. Po ulicach biegali krasnale obrzucając się śniegiem, krasnale budziły się w ludziach. Prezydent porzucił swoje zajęcia, by ulepić wielkiego bałwana. Znany spiker radiowy zaczął seplenić jak dawniej, kiedy był małym chłopcem. Dorośli zgubili przebrania, poczuli jak otwiera się coś w nich szeroko. Pół kancelarii premiera zamiast do pracy poszło na łyżwy. *** Kto będzie kiedyś pamiętał, że był taki rok, taki miesiąc i dzień. Nawet my sami pomyślimy, że to wszystko spotkało jakby nie nas. I gotowi bylibyśmy w to uwierzyć, gdyby nie niezbite dowody. Zdjęcia, które z rozczuleniem przeglądamy, notatki z wykładów, wycięte prognozy pogody. Zapiski wynieść śmieci, zrobić zakupy, napisać wiersz i niezdarnie, nieporadnie, koślawym pismem przeżyć następny dzień. Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę na KUL-u i Akademię Fotografii. Wiersze publikował w „Toposie” „artPapierze”, „Kresach”, ,,Arkadii”, „Frazie”, „Dwutygodniku”, „Helikopterze”, „Odrze”. Autor kilku indywidualnych wystaw fotograficznych, e-booka Jasność (2008), tomów z wierszami: Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018). Pracował jako nauczyciel, fotograf, dziennikarz radiowy i prezenter. Wykonuje działalność lektorską.

  • Mariusz Sambor – pięć wierszy

    głowa znałem typa który głowę odciął musiał kogoś odjebać później powiedział twoja książka była pierwszą którą przeczytałem w życiu ale żałował straszniej poznałem też gościa siedział szesnaście lat za głowę też odjebał typa i nie mów mi kurwa że kogoś tam znałeś znałem tamtych innych zabili się sami może z pomocą innych nie mówię że akurat innych odstępstwa a kiedy panie Milošu z daszkiem lub jak pan woli bez pańskie migi latają i tamte piękne aktorki czas przemija może już nie takie krążą nad głowami siedzimy we czworo u mnie na trzecim piętrze pytasz co wolisz nie mam przecież pojęcia że napiszesz pan o tym wiersz /czy to nie były jednak migi/phantomy Pietrali?/ a ja dowiem się o tym w deszczowy dzień Krzysztof Śliwka go opublikuje wtedy pada deszcz katar i trochę boli gardło nie będę dziś biegał i głowa i tak wygrywam kolejny poziom w Candy Crush Saga 4704 mówi to panu coś? o przepraszam to poziom 4726 jak ten czas szybko leci tak! dzisiejsze bieganko to nie byłby dobry pomysł na południu Zakaz chodzenia po ruchomych schodach wszedł w życie ma zapobiegać wypadkom Tak dziś od rana w mieście Nagoja na południu wyspy Honsiu Japończycy biegną po schodach przewracają i potrącają innych jestem zupełnie niedostosowany do codzienności w mieście Nagoja na południu wyspy Honsiu Za złamanie zakazu nie przewidziano kar Zatrzymajmy się i wejdźmy tak na prawą jak i lewą stronę głosiła kampania reklamowa i ja tak wciąż myślę w mieście Nagoja na południu wyspy Honsiu rozwieszono kiedyś plakaty promujące stanie nieruchomo podczas jazdy nie przynosiły żadnych rezultatów to jak się mam pozbierać? w mieście Nagoja na południu wyspy Honsiu Nagoja jako drugie japońskie miasto zdecydowało się wprowadzić zakaz Saitama podobne regulacje wprowadziła już dawno powinienem odpocząć na południu wyspy Honsiu całkowicie dziś całkowicie niedostosowany I błogosławię wszelkie wytchnienia. pytania pytania pytania bez odwołania w końcu wszyscy wir sind die Roboter czy jak to mówią skoro otwarcie niektórych drzwi może cię zranić lepiej zostawić je jednak zamknięte zaślubiny? niebo dla tych którzy chcą energia jest Wieczną Rozkoszą no to już jasne jesteśmy w dupie i błogosławić wszelkie wytchnienia a słońce dość przekornie pojawia się dopiero wczesnym popołudniem i to bez Miltona [jak pisze Petr Hruška z Ostrawy...] byliśmy młodzi nie potrafiliśmy wyobrazić sobie niektórych spraw chyba nawet nie próbowaliśmy nie tylko oglądając amerykański serial Kosmos 1999 nasze umysły nie ogarniały co może zdarzyć się za dwadzieścia lat i nie chodziło wcale o politykę cóż to jest dwadzieścia lat? nie wyobrażaliśmy sobie jak będzie wyglądało późniejsze życie z ówczesnymi dziewczynami czy chłopakami wszystko jednak potoczyło się całkowicie inaczej perspektywa raczej nie jest już tak szeroka wciąż nie jest tak jak mówi Petr Hruška z Ostrawy – Jutro jest obgadane Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (2021) oraz zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022). Wkrótce ukaże się jego nowa książka Pani Kołodziej. Kawki i gołębie. Publikował w czasopismach literackich oraz w antologiach: Strefa wolna. Wiersze przeciwko nienawiści i homofobii (2019), Wiersze i opowiadania doraźne 2020 (2020), Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych (2020) oraz Kosmonauci Nośnych Haseł (2022). Mieszka w Krakowie.

  • Ewa Brzoza Birk – wiersze

    Paskuda Nic w jej twarzy do siebie nic pasowało ani nos do oczu, ani usta do nosa. A kiedy podrosła, założyli jej na nogi aparaty ortopedyczne. Przez chorobę Heinego-Medina, szlag trafił fikołki na trzepaku i grę w gumę. Na pierwszej spowiedzi wyznała, że klnie — ale bez pewności, czy to grzech ciężki. Ksiądz udzielił jej rozgrzeszenia, dodając, że powinna nieść swój krzyż jak Pan Jezus. Nie mogła pojąć: czemu? Przecież on nie jest brzydki na żadnym obrazku. Odbitki Konik polny, konik bujany - dynda krótsza nóżka. Twarz roześmiana do pierwszej komunii. Siostry zakonne przyglądały się jej, potakując: wzorowa z Pater noster, kulawa i nieomal święta. Francuskie loki tamtej spłonęłyby od jednej zapałki, ale ona, przejęta, że poparzy rodzoną siostrę, której zazdrościła długich włosów, zamykała się w kiblu, pielęgnując plany na przyszłość, znienawidzoną, przyciętą „pod garnek” fryzurę i wspomnienia dwóch słoików malin ze szpitalnej szafki. Spójrz, ta dziewczynka, to ja: za duża piżama, za duże oczy. Powroty Pierwsza za dużo pali. To moja siostra. Druga młoda, uwielbia ciuchy, maluje czarnym lakierem paznokcie — nie mówi zbyt wiele. To moja córka. Trzecia zawsze wie najlepiej, to moja matka. Czwarta ma w sobie kamień — nie w nerce, ale jak twierdzi, znalazła go. Na emigracji. To ja. Babcia Jej łokieć jak gałązka z Drzewa Mądrości szturchał, gdy szeptała rodzinne sekrety. Puszczała oko i zbierała szyszki do kąpieli: „Lekarze nie wiedzą, nie mają prawa kroić twojej nogi.” Z każdym rokiem coraz mniejsza piekła chleb, zasypiając przy piecu. Wykrzywione palce splatały warkocz, który wydłużał się cieniem na ścianie. Portret rodzinny Na zdjęciu uśmiechnięte twarze, pod odświętnym ubraniami nie widać żadnych śladów czy znaków szczególnych. Pospieszne powroty do domu, przez klatkę schodową, zawsze mroczną, z obślizgłymi ścianami. W drzwiach ojciec szafarz nagród i kar. Musisz się tłumaczyć na podwórku, pod otwartą puszką nieba. Potem na balkonie szybki papieros z gruchającym gołębiem, który stuka skrzydłem w metalowe pręty. Dziecka Dzień Na podwórku cisza. Żadnego śladu po domowej zadymie. Może nie warto było uciekać przez okno? Zapach łąk i dróg pozostał, jak wspomnienia zgubionej rękawiczki —  wciąż cholernie tajemniczy. Przewijają się kadry, ale nie kojarzę tytułu filmu. który mi się urwał. Nie pamiętam rozkładu wynajmowanych mieszkań, gdzie żyłam pośród poronionych myśli, pomysłów i płodów. Dobrze pamiętam dzień, gdy zobaczyłam swoje wewnętrzne dziecko, które — odkąd przestałam się bać —  przybiegło do mnie, żeby się uczyć miłości. Od nowa. A Bóg jest miłością Lizol, wspomnienie szpitalnych sal. Ściany tak zimne jak rozmowy, że Bóg mnie pokochał, dlatego pokarał. Zrzucałam skórę po zmianie każdego gipsu, łasiłam się do obcych. Siostry zakonne uwodziły świętymi obrazkami. W rytmie szczęku nożyc opadały bandaże jak zeschnięte płatki róż — szybciej niż wiara w Boga, przepełniona lękiem. Myliłam wcielenia Jezusa z panem B., nie polubiłam Matki Boleściwej, a Duch Święty we mnie nie wniknął. Chociaż szukałam miejsca na czternastu stacjach krzyżowych, mój pociąg nie nadjechał. Po latach znalazłam w sobie drogę do Boga. Potykam się, zbieram siły i moje kule, wstaję. Idę. Danse Macabre W domu dzieci, które miały połamaną żuchwę nie mówi się o niedoczulicy dolnej wargi. Nie wspomina ilości wypitych puszek piwa, brakach w uzębieniu i tęsknocie za miłością. Te, które umarły, stoją w drzwiach, bez bólu poruszają szczęką: skąd siniaki, czy moje? W małym ciałku zdziwienie, kto tę grę wymyślił? Zziajane cienie bawią się w chowanego. Przybiegają. I nikną pomału. Spotkanie Jako niemowlę byłam niemożliwa — gryzłam do krwi jej sutki. Potem zachorowałam na Heinego-Medina. Miała popękane palce od skrobania ziemniaków i stukania na maszynie do pisania. Malowałam jej powieki na niebiesko, lubiła brokatową suknię: wyjściową, choć tak rzadko wychodziła z domu. Poświęcała się: dla mnie, dla sióstr, dla ojca — przystojniaczka, którego garnitury cuchnęły tytoniem i koniakiem. Przez kilka lat robił karierę, wracał z pracy wkurwiony, kiedy ona właśnie klękała do pacierza. Jako zbuntowana dwudziestolatka wyniosłam się z domu. A ona załamywała ręce, gdy nie potrafiłam odpowiedzieć, dlaczego oddałam się tamtemu za kawałek kąta, własną kuchnię, później nie chciałam zauważać jego kochanek. Dziś wiem: nie umiejąc kochać, wymyśliłam miłość. Żeby zasłużyć na dobre słowo, zgodziłam się na ślub kościelny i niedzielne obiady z mężem, którego matka nie znosiła, wieszcząc zatroskanym głosem koniec małżeństwa; wolałam umrzeć, niż wrócić do wypastowanych podłóg w mieszkaniu na trzecim piętrze, bez windy. We śnie matka prosi, żebym zrozumiała: kochała mnie, jak potrafiła. Umowa Opowiem ci, jak to ze mną było: nie jadłam, zanikałam albo inaczej — uważałam, że musi mnie być mniej. Tak mało, żeby ukryć się przed kłamstwem. Teraz, każdego ranka, wypluwam wodę, namaszczając ciało, nie mam ochoty osądzać, nie wszystko, co mnie dotyka, dzieje się naprawdę. Nie wszyscy się urodzili, żeby mnie zniszczyć. Żyłam w więzieniu, tam nie ma niczego własnego. Kiedy wyrywam się do nowego mężczyzny, znajduję trochę czułości. Chcę zgłębić tajemnicę — dlaczego rzeczy tracą połysk, a ludzie serce. Wiersze z przygotowywanego do publikacji tomu Flamingi na śniegu Ewa Brzoza Birk – poetka, w latach osiemdziesiątych wyjechała do Danii, gdzie mieszka do dziś. W roku 2009 zadebiutowała tomem wierszy Krajobraz po meblach. Była nominowana do nagrody im. Jacka Berezina i ogólnopolskiego konkursu poetyckiego „O Granitową Strzałę”. Poezję publikowała w „Odrze”, „Cegle”, Szafie, Babińcu Literackim, magazynie „European Literature Network”, emigracyjnych pismach w Massachusetts i Bostonie. Jej wiersze były tłumaczone na język angielski.

  • Sara Komaiszko – cztery wiersze

    Bez tytułu Nie ma o czym gadać Zaburzyłeś mi feng shui Astrolog powiedział, że to przez położenie świateł (jesteś takim dupkiem) Ale jak można winić księżyc Za przemianę wilkołaka. Czuję się oszukana Prowadziłeś mnie pod rękę galerią swoich zalet i talentów Raczyłeś szampańskimi anegdotami A po bzykaniu to już szast prast Tylko (cyce i pierdy) Bolesny rechot: diabełek z pudełeczka Dlatego Skasuj mnie Zapraszam cię do zmiany współrzędnych Wyrywam cię z cebulką Metodologia focha mnie nie interesna A na poczet gorzko-słonych strat moralnych, które poniosłam Nie oddam ci kasy Za te obcasy Imię nazwisko data miejsce urodzenia Na skrawku papieru Wkładam do słoika chowam W zimowej szufladzie podświadomości I pyk, już po tobie Na wieki wieków amen Nie zasługujesz nawet na Tytuł Pan od polskiego Niestety, żonaty. Ile razy można stracić godność Kiedy spadasz na samo dno znów czujesz się jak ostatni bambik trzęsą ci się zęby i łapska i nie masz odwagi spojrzeć w lustro Zastanów się Ile razy można stracić godność Człowieku Właściwie Można to wyguglować i tak Artykuł trzydziesty rozdziału drugiego Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej może cię uskrzydlić. Deklaracje Twoje deklaracje Są jak origami Zgrabnie to wygląda na pierwszy rzut oka, ale co ja niby mam z tym zrobić jebnąć haiku? Sara Komaiszko – dzisiaj akurat jestem poetką. A co, nie wolno?

  • Mateusz Melanowski – wiersze (vol. 2)

    cricetus cricetus Podobno są tu żołny. Podobno także kraski. A ja nie posiadam jeszcze takich obserwacji. To jest sprawdzona informacja od kolegi. Bywają zimorodki. Bywają również wilgi. I bocian czarny nawet. I krętodziób świerkowy. Ach, prawie bym zapomniał - do tego wszystkiego krętodziób sosnowy. I tak sobie stoję z tym całym moim sprzętem. Mając już przed sobą to magiczne miejsce. (A naprzeciwko na dwóch tylnich łapach cricetus cricetus charczy w moją stronę i nie ma możliwości, żeby go ominąć. Jakiego trzeba więc mieć pecha, bo jest prawdziwą rzadkością. Z samego szczytu listy gatunków zagrożonych i przed 2050 ma w ogóle wyginąć.) Bo ja jeszcze nie posiadam takich obserwacji. Podobno są tu żołny. Bywają również kraski. Późnym południem późnym popołudniem na leśnej polanie w ciszę wsłuchany nie w ciszę właściwie – tinnitus auris późnym popołudniem na leśnej polanie bezludnie bezwietrznie i cicho zupełnie no niezupełnie – tinnitus auris tinnitus auris szum i brzęczenie na leśnej polanie wieczorem właściwie bezwietrznie samotnie z milionem żyjątek tinnitus auris Motolotnia Kilka miesięcy temu kupili motolotnię. Jechali po nią aż na wybrzeże. Stan igła. Wystarczyło wymienić łącznik gaźnika i uszczelki na wale, a na boku pociągnąć żółtą błyskawicę. Dzieci odchowane, więc dlaczego nie - mówię do żony. Podobno rozpędzają się z górki - odpowiada - ale boją się poderwać. I tak za każdym razem. A tą błyskawicę, to sobie wymyśliłeś, kochanie. Nie rozumiemy się bez słów W historii ludzkości istniało 13 tysięcy języków i co 2 tygodnie bezpowrotnie znika jeden z nich. Wygląda więc na to, że nasz język jest jednym spośród tych 500 na około 7 tysięcy, którymi posługuje się już mało kto. Bo mało kto rozumie się tak jak my. Koncert na wolnym powietrzu W pewnym momencie zorientowałem się, że stoję obok NIEGO. Nie zagaić to byłby grzech. Wszak to jego książka w latach dziewięćdziesiątych zrobiła na mnie największe wrażenie. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy okazało się, że nie pamiętam tytułu. Po chwili coś zaczęło mi świtać. „Wybór większości”! „Wybór mniejszości”? Chyba jednak „większości”. Nie byłem pewien. Oba tytuły brzmiały nieźle. Zacząłem się denerwować. Czułem jak się pocę, jak krew napływa mi do twarzy. W końcu nie wytrzymałem i odwróciłem się na pięcie. Jeszcze nigdy żaden poeta mnie tak nie wkurzył. Noc megaperseków w skończonej prędkości, o długość promienia w jednostajnym blasku gwiazd uzupełniających ciągną ku czerwieni odwieczne ekspansje i we wszystkich obszarach są ślady istnienia ekosfera słońc, materii fraktalnych zachowanie pędu i złożonych związków zdolni do kontaktu, do zapewnienia ciepła w translacyjno-obrotowym ruchu to pchanie przestrzeni w grawitacyjne wnyki i oddalanie gromad w noc megaperseków krzywa interpretacji, paradoks znaczenia cyklu w ciągłym, oceanicznym braku tchu jaki będzie kolaps w tej osobliwości? każdy kolejny mniej uporządkowany kontrast fermionów i egzotyczny hadron w horyzont cząstek włókno rozszczepienia niczym odruchy zobojętnienia klaps w genezie czasoprzestrzeni materia, energia i oddziaływania napięcie, aż czas nam się rozprzestrzeni w obrębie układu ewolucja w masie w polu skalarnym i pasie perseid plazma elektronów i atomowych jąder pod wiatr słoneczny, w księżycowy regolit oto z trzech kwarków złożone bariony i liczba lewarów w tonicznym balansie w nowym układzie cóż nam się przyśni? że nie ma leptonów w tej samej chwili bo w nowym miejscu, tej pierwszej nocy pośród lewarów w balansie tonicznym zapamiętajmy, że nam się przyśnił brak dwóch leptonów w tej samej chwili więc w nowym miejscu, tej pierwszej nocy pośród lewarów w balansie tonicznym zapamiętajmy, że nam się przyśnił brak dwóch leptonów w tej samej chwili Pogo Pogo nagle się zatrzymał. Usiadł i nie chciał dalej iść. Zorientowałem się, że intensywnie się wpatruje w księżyc. Co mnie zaskoczyło, bo to już starszy pies i dotychczas nie przejawiał podobnych zachowań. Nawet gdy parę metrów nad głową przeleciał mu kiedyś bocian, to nie wiedział, w którą stronę patrzeć. Jego najwyższy możliwy pułap to nasze oczy. Choć fakt faktem księżyc był akurat wyjątkowo wielki. I przypomniał mi się film z internetu (footage, 26.03.20), gdzie widać wyraźnie, w doskonałym przybliżeniu, jak trzy obiekty kręcą się nad jego powierzchnią, by zniknąć w ciemnościach. Film nie posiadał żadnego wyjaśnienia, a w komentarzach natrafiłem jedynie na informację, że: This was almost 3 years ago and he hasn’t posted since. All his other videos are related to his music. Very strange. He’s an australian musician and it looks he still goes on tour. So i guess he’s been to busy to follow up on this video.* Jak widać facet już długo koncertuje. Ciekawe czy jest znany i jaką tworzy muzykę. Czy wypełnia stadiony? A może woli klimat klubów? Trasa po Stanach? Europie? Pewnie też Japonii, bo wszyscy grają w Japonii. Tamtejszy rynek miał zawsze duży potencjał. A może Malezja i Singapur - kto wie? - w Malezji i Singapurze mamy renesans punk rocka. Ale wracając do naszego naturalnego satelity: Lądownik Vikram wylądował na południowym biegunie Księżyca, podała w środę Indyjska Agencja Kosmiczna. To historyczna chwila. Indie pierwszym krajem, który dotknął najbardziej zasobnego w wodę obszaru księżyca. Czy znam kogoś kto występował w Indiach? * Już prawie od trzech lat nic nie zamieścił. Pozostałe jego posty dotyczą muzyki. Bardzo dziwne. Jest australijskim muzykiem i najwyraźniej wciąż jest w trasie. Zgaduję więc, że nie ma czasu, żeby tu zaglądać. Wiersze ufologiczne Zresztą to już nie UFO a UAP (niezidentyfikowane zjawiska anomalne). Zmieniła się bowiem terminologia i każdy szanujący się badacz powie ci, że to niekoniecznie kosmici, że taka jest tylko narracja popkultury, że to być może emanacja jakiejś energii stąd bądź też projekcja naszych umysłów. Black Knight na przykład okazał się kosmicznym śmieciem, kocem termicznym zgubionym przez astronautów, a Cydonia (współrzędne: Mars, 40,75°N 9,46°W) też już dawno straciła twarz. Zatem nie rozumiem, ale doświadczam. I jakoś na co dzień krępuje mnie mówienie o nich. O wierszach. To przez popkulturę. „Wiersze ufologiczne” - taki tytuł powinna nosić moja następna książka. Mateusz Melanowski  (ur. 1977) - publikował w czasopismach. Laureat licznych konkursów. Otrzymywał, między innymi, nagrody główne w konkursie imienia Anny Kamieńskiej na najlepszą książkę poetycką województwa lubelskiego wydaną w latach 2016 i 2017 oraz 2020. Autor czterech tomów wierszy. Ostatni to Pierwsi napotkani (2020). Perkusista heavy metalowy, przewodnik dla amstaffki i boksera. Mieszka na wsi pod Krasnymstawem.

  • Rafał Derda – Paraliż przysenny

    mróz jego rozdwojony język liże i trawnik i krawężnik przy trawniku kobieta wybiera tabletki z dwóch listków diazepamu wchodzi do kuchni do matki po problemie mówi idzie się położyć nie wzywają karetki czekają na krew nie ma krwi są wymioty jest życie z za ciemnej zasłony przedziera się dziecko dziecko będzie się uśmiechać na pogrzebach będzie embrionem z tytułem magistra będzie cierpiało na paraliż przysenny co noc i co noc i co noc aria we śnie potrafiła go wybudzić z jedynego nawiedzającego go koszmaru matka ciśnie całą siłą na kręgosłup dziecko ma dwa lata pierwsza rzecz którą pamięta nie wie czy to prawda potrafi zapomnieć wszystko potrafi dużo dopisać oprócz tych słów z mozarta Alles fühlt der Liebe Freuden Schnäbelt, tändelt, herzet, küsst recytuję powietrzu wiersz o chomikach z krasnodaru miał być o dziecku ten wiersz o innym dziecku a jest o urojeniu o innym urojeniu powiedzieliśmy to samo dwóm nieznającym się osobom to nie moje dziecko jeszcze nie moje to nie mój przyszywany tata ale już niedługo na razie całuję w czoło żeby bolało mniej gdy dorośniesz przeczytasz wszystko będzie bolało więcej w porządku jest nawet na brudnym dworcu w rydze gdzie lądowałem co roku trzy dni przed świętami druga w nocy rozdaję fajki pijanym i trzeźwym mnożę wagony oni mnożą wagony przyjeżdża po mnie w tym zaraz po piątej rozstajemy się jeszcze przed sylwestrem do dziś jestem jej wdzięczny że zdążyła się uratować nie potrafiła odróżnić chopina od szymanowskiego była w tym piękna moja choroba jest ważniejsza od twojej powiedziała a przecież obydwie są śmiertelne nawet spocona nie miała zapachu albo zwyczajnie nie czułem być może do końca nie rozumiem czym jest ciało w domu było zimno i brakowało pieniędzy to był dom który codziennie budowałem i burzyłem chodziliśmy na ulubiony cmentarz ulubione pole kukurydzy jedno mieściło się dwieście metrów od drugiego spędziliśmy razem dekadę z której niewiele pamiętam mam nadzieję że będzie miała radośniejsze rocznice latarnia przed moim oknem co listopad wysiada w niej lampa mimo że listopad widzę wtedy gwiazdy wy tak nie macie osiem kilometrów to w przybliżeniu pięć mil tyle się przechodzi żeby się przestać odpalać zostawiłeś w lesie miejsce gdzie powinni cię znaleźć wiadomix jest to oczywista fantazja najprawdopodobniej znajdą cię w przedpokoju przykrytego płaszczem którego nie zdążyłeś ubrać wiem i rozumiem wolałbyś żeby to były paprocie Rafał Derda (ur. 1978) - autor kilkudziesięciu publikacji poetyckich, prozatorskich oraz krytyczno-literackich (m.in. „Odra”, „Czas kultury”, ”Akcent”, „Topos”, „Kresy”, ‘Impart”, „Arterie”, „Chaos w Mojej Głowie”) oraz dwóch książek poetyckich: Piątę (2014), polskie obozy życia (papierwdole, 2022). Wokalista-tekściarz zespołu WSTYD. fot. Alicja Kochanowicz

  • Grzegorz Tomicki – Zdania i uwagi

    Wydaje mi się, że to ostatnie pytanie chyba za bardzo burzy powagę, którą staram się jednak przemycać. Tak, chodzi o ten wiersz z Bachem, Schollem i Klarą. No ale właśnie w tym rzecz, czy ja naprawdę przemycam. Przepraszam, niech Pan wykreśli słowo „naprawdę”, a wstawi „w ogóle”. Bo przecież ja wszystko to piszę śmiertelną – że tak to ujmę – powagą. A z drugiej strony, drugim okiem widziane wygląda na to, że kpię. Ale czyja to strona i czyje oko? Tak, chodzi o ten właśnie fragment. Przepraszam, niech Pan wykreśli słowo „fragment”, a wstawi „moment”, bo nie mówimy teraz o kawałku ciastka z kremem, dziurką czy wróżbą ani podobnych abstrakcjach, ale o czasie. No więc chodzi o ten moment, kiedy padają słowa – niech Pan zanotuje słowo „padają”, bo jest akurat na miejscu – słowa o arii Erbarme dich Mein Gott z Pasji wg Św. Mateusza BWV 244, a na końcu jest ta wątpliwość, że może jednak źle się do tego zabieram – słowo „zabieram” też chyba oddaje sporą cząstkę tej Rzeczy, która tam jest – i wtedy jest ta powaga, to znaczy wyraźnie się ją wyczuwa, w każdym razie ja wyczuwam ją bardzo wyraźnie, bo mogę mówić tylko za siebie, ale przecież także do kogoś i o czymś, niech Pan nie zapomina. A to już zupełnie inna, powiedziałbym, interakcyjna, a nie tylko moja prywatna czy wsobna sprawa. Ale proszę sobie wyobrazić, że po słowach „sam nie wiem, może źle się do tego zabieram?” pierwotnie było jeszcze jedno pytanie: „Przepraszam, mówi się BWV czy BMW?”, bo mnie to się zawsze nieświadomie myliło, choć świadomie rzecz jasna wiem, co jest czym. Przepraszam, a Pan wie co to jest BWV? Bach Werke Verzeichnis, kompletny katalog dzieł Johanna Sebastiana Bacha stworzony przez Wolfganga Schmiedera, wydany w 1950 r. w Lipsku, drugie, rozszerzone wydanie ukazało się w 1990 r. w Wiesbaden, w tym samym wydawnictwie Breitkopf & Härtel, śmieszna nazwa, prawda? Bo może się nieświadomie kojarzyć z hotelem i właśnie w tym problem, gdzie powaga miesza się ze śmiesznością a świadomość z nieświadomością? Niech Pan zauważy, że to są wszystko właściwie proste zdania od serca, a w jakiś tajemniczy dla wszystkich osób sposób zmieniają się nagle, w pewnym momencie, w jakąś wielopiętrową, intelektualną, a równocześnie emocjonalną zagadkę: kto, z czym, do kogo i jak? Proszę zwrócić uwagę, jak w poprzednim zdaniu działają słowa „osób sposób”. Czy nie zaburzają prymarnej, poważnej, świadomej narracji? Przepraszam, proszę wykreślić słowo „prymarnej” i wstawić „wtórnej”, bo ta prymarna jest właśnie, tak mi się zdaje, stroną zaburzającą, a nie zaburzaną. Zupełnie tak samo jest z BWV i BMW: prymarne i wtórne, poważne i śmieszne, Św i Nśw, co jest mianowicie czym, i gdzie się w tym wszystkim podziali Sholl, Bach, Mein Gott i Klara, o którą się przede wszystkim prymarnie rozchodziło, a ostatecznie rozeszło? Z Bożą mocą użyte słowo „ostatecznie” robi tutaj dobrą robotę, ale ja bym je może zastąpił słowem „Słowo”. Czyż Słowo nie było najpierw? Ostatecznie mamy więc takie formacje składniowe jak „przede wszystkim”, „ode grzechu”, „zstąpiło Słowo”, „sąd ostateczny”, „pomoc Boża” etc., czyli jednak wyrażenia jakoś tam eschatologiczne, że tak to ujmę, a nie przaśne wierszyki o muzyce dawnej granej na instrumentach historycznych w strojach z epoki. Ale czy według Pana jest to dostatecznie ostateczne? Grzegorz Tomicki – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów ( 1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy ( 2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości ( 2023).

  • Wojciech Brzoska – dwa wiersze

    *** - o, jakie gorące krzesło, kto tu siedział? – pyta dziewczyna przed trampoliną. przyszła poćwiczyć przeszłość, jak najmocniej odbić się od wczoraj jak dziecko z niewolnego wychowu. z niewyraźnej wiosny i chłodnego przez lata wybiegu w klatce. aż pod sufit skacze, po twardym spadając na miękkie wzbija się w powietrze. *** niebieski ekran obłędu w najkrótszym dniu roku. co boli bardziej, święta łez czy halny między naszymi planetami? błędy tym razem miały nie ranić aż tak, tymczasem trzeba je przyjąć na język zamiast świątecznego karpia. to jego otwartymi ustami wydaję niemy krzyk. staram się przyjąć końce jak nowe początki, ale to one przejmują mnie. a jednak są przedświąteczne porządki, o które niedawno zapytany odpowiadałem z przekorą, że nigdy nie robię. w mojej głowie, w stajence chwilowego lęku truchleje noc. nie rodzi się żaden bóg. Wojciech Brzoska (ur. 1978) – autor książek poetyckich, m.in. Niebo nad Sosnowcem (2001), Przez judasza (2008), Drugi koniec wszystkiego (2010), Plejady (2021) oraz Senny ofsajd (2022). Jego utwory były tłumaczone na: angielski, niemiecki, czeski, słoweński, serbski, hiszpański i ukraiński. Jest wokalistą w zespołach: Brzoska i Gawroński oraz Piksele. Zawodowo był związany z więziennictwem. Obecnie major w stanie spoczynku. Organizator wielu spotkań literackich oraz koncertów dla osadzonych. Pomysłodawca adresowanego do więźniów Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jeana Geneta. www.wojciechbrzoska.pl

  • Wioletta Grzegorzewska – dziewięć wierszy

    Zwijanie Zwozimy z pola dojrzałe makówki. Tyle fioletów w rękach. Szeleszczące klepsydry przesiewają nas pod koniec lata. Wózek znika za kopcem. Pędzi z górki na zbity pysk szosy, którą remontują od miesiąca, nie pozwalając zasnąć. Psy rozwłóczą kości po ostatnich ubojach. Obwąchują piszczele korzeni. Tylko dąb za rzeką jeszcze się trzyma skarpy. W kamionkach pękają wielokomorowe serca ostrężyn. Mrówki zlizują słońce z wapiennego gruntu. Dym przegania kawki. Winniczki płoną w tajemnych kręgach. Zwijają się podziemne rzeki. Nic tu po mnie, mówi dziadek. Zabawa obręczami Jak prędko toczy się ta obręcz, dzieci! Tak samo pędzi czas i wasze życie. Klemens Janicki Do dzieci bawiących się obręczą Wieczorem zrzucamy ze wzgórza obręcze skradzione dzień wcześniej z wysypiska. Koła prują trawę. Koniec zjada początek. Okolica zwija się w szprychach, uwalniając fetor dzikich sadzawek i dołów z wapnem. My, nastoletni, z plamkami owocówek na umorusanych policzkach, biegniemy na bosaka za świstem obręczy prosto na pola rzepaku, gdzie podzielimy się w pocałunkach gorzkimi pyłkami lebiody. Raz, dwa, trzy – król patrzy mojej siostrze Gosi Dzieci, które bawiły się z nami na łące, po latach nabrały ciała albo się go pozbyły. Chłopak, który na serio zaciągnął się skrętem, zaczadził się w garażu. Tleniona Aga bierze insulinę. Jeśli ktoś tam pozostał, skręca z igelitu choinki. Ty jesteś teraz panią od polskiego. Ja za kanałem la Manche jak za zieloną milą zamieniam świat na Worda. W tle piasek traci moc formowania. Wino nabiera mocy. Król bawi się dalej, przerzedza nam pamięć, krążąc coraz bliżej jak cień spadochroniarza. Nad Bożym Stokiem w lipcu Słońce przypina nad wodą tęczowe broszki ważek. Między kamieniami ślizgają się srebrne znaki nieskończoności. Dzieci budują tamę z błota, szukają w mule skarbów, rozdrapują strupy po komarach, wypowiadając wojnę na rzepy. Na brzegu piegowaty Charon bawi się papierowymi łódkami. Wykopki Pole przypominało stół złotnika: plamy kwasów wżarte w grządki, odpryski rubinu w krzakach głogu. Facet, który nas wtedy wynajął za kilka banknotów z Waryńskim, siedział na brudnym prochowcu i popijał kompot z metalowego kubka. Był półmrok, wilgoć. Dzikie oczy podglądały nas z kłębów perzu. Zanurzałam ręce w miękką ziemię, jak rzeźnik w jeszcze ciepłą wątrobę i wrzucałam do kosza aksamitne bulwy. Gwiezdne wrota Wapno kruszy się ze starego pnia jabłonki, która zasłonił widok na dom. Znowu śpimy na dworze. Dwa piżmaki wyszły ze stawu. W mokrej sierści jak w zgniecionych bombkach tli się dziwny ogień. Leżę w pustej rynnie jak w gwiezdnych wrotach, a ty podajesz mi do ust owocową landrynkę. Aksamitka Dla Macieja Stać się tym pajączkiem, gdy nadejdzie lato, ozdabiać czerwienią szary pień topoli, płynąć po trawniku na liściu jaśminu, wpaść w futerko kota i zwiedzać z nim dachy. A gdy noc zapadnie, przesłać się za morze, na tę rajską jabłoń przy twoim balkonie. Narzeczeni nas zatoką Solent Pijani rozkładają sprzęt na molo. Dziewczyna nabija robaka na haczyk, pomagając sobie przekleństwami. Chłopak bawi się kołowrotkiem: powoli podnosi i opuszcza kabłąk. Przystań pachnie węglem drzewnym. Niebieskie żyłki pulsują. Już prawie noc, a ja wciąż widzę ich błystki kołyszące się w toni. Bezsenność w Ryde Plamka na tęczówce - rudy kot na framudze, lśniące futro na krawędzi powietrza - wyłazi z siebie, aby dogonić dmuchawca. Z wiktoriańskiej kamienicy wypływa Angielka. Niech jej ściany wybaczą codzienne przekleństwa. W nocy otwiera się próżnia, pęka w skroniach, nabitym płaczem dziecka i gwizdem promów. Coraz więcej krawędzi. Coraz mniej słów. Wioletta Grzegorzewska – prozaiczka i poetka, której dwujęzyczny tom wierszy Wzory skończoności i teorie przypadku (Arc Publication, UK) znalazł się w finale międzynarodowej nagrody poetyckiej im. Scotta Griffina w Kanadzie. W roku 2007 była za swój debiut prozatorski w przekładzie Elizy Marciniak nominowana do nagrody Bookera i amerykańskiej nagrody The American Pen Award oraz wielu innych. Jej utwory były przekładane na kilkanaście języków. W maju 2024 roku nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jej nowa powieść Tajni dyrygenci chmur. Mieszka w Lewes nad rzeką Ouse.

  • Mariusz Grzebalski – sześć wierszy

    Na grobie dziadka Janka sztuczne kwiaty Matka przywiązała je drutem do wazonu tak pomysłowo, że zanim je odczepiłem, pokaleczyłem sobie dłonie. Grób dziadka dobrze wygląda, ale pomnik pradziadków zarósł trawą, przechylił się i zapadł. Z boku dziura dla Tadeusza, którego dokooptowano tu chyłkiem dziesięć lat temu. Wymyka się tamtędy po nocach, żeby grać na Łagiewnickiej na klarnecie albo na tym, co akurat wpadnie mu ręce, bo umiał grać na wszystkim. Tamtego roku dla Bartosza Jezierskiego (1969-2020) Tamtego roku łąki szarzały, wschodził pierwszy szron i zapomniane sarny biegły w ciszy przez pola. Dziś dużo słońca, światło pomiędzy liśćmi magnolii i deskami zadaszenia. Tak, nie ma nic pewniejszego, niż nieobecność. Tylko czasami wracają przegadane godziny, kiedy wszystko w nas rwało się do życia. Tak ochocza głupota, że aż niepowtarzalna. Brama, ławka, koń Kiedy myślę o dziadku Józku, zwykle staje mi przed oczami żółta brama wjazdowa na podwórko przed jego domem. I ławka przed bramą, na której przysiadywał. I jeszcze koń, który brodzi po pęciny w wodzie, we mgle, po nocy, kiedy wylała Wisła. Poczet bohaterów narodowych Jego kraciasta koszula zawsze jest wyprasowana, spodnie robocze są czyste, a on ogolony i uśmiechnięty. W ogrodzie przy wydawnictwie trawa jest równo przystrzyżona, suche liście uprzątnięte, opadłe owoce zebrane. Czuję radość, widząc, jak sprawnie operuje traktorkiem, nad którym powiewa flaga „Solidarności”. Trzy Ukrainki Siedzą na kocu w cieniu drzew, na pagórku nad plażą – popijają wódkę, zagryzają ją węgierkami. To proste kobiety, około czterdziestki, w zwykłych biustonoszach, nieopalone, ale na ich zmęczonych twarzach maluje się radość i spokój. Wczoraj rano widziałem ich rodaczki zajmujące się roślinami przy autostradzie. Pracowały tam jak każdego dnia od pół roku. Zjawiły się znikąd jak sprzedawcy firanek, których na parkingu przy zjeździe na autostradę nie ma już od dawna. W każdym razie W pewnym momencie przestało mu się chcieć być tym, kim był. Wziętym dziennikarzem, oddanym mężem, ojcem dzieciom. Woli kupować używane rowery i jeździć na nich po okolicy. Raz na jakiś czas zamienia je na wypasione fury na obcych blachach. W miejscu, które miało być osadą leśną, a stało się siłą miastotwórczą, uchylamy sobie czapek. Mariusz Grzebalski (ur. 1969) – poeta, redaktor, wydawca. Opublikował siedem zbiorów wierszy, ostatnio W innych okolicznościach (2013), a także wiersze zebrane w tomie Kronika zakłóceń (2010), zbiór opowiadań Człowiek, który biegnie przez las (2006), oraz wybór wierszy Dziennik pokładowy (2016). Laureat nagród Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998, 2007), Huberta Burdy (2002), Silesius (2014), Fundacji Kultury (2014). Nominowany do nagrody im. W. Szymborskiej (2014). Prezentowane wiersze pochodzą z książki Tylko kanarek widział, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Warstwy. Fotografia autora Marcin Ostrychacz.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page