Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Beata Kołodziejczyk – Konserwa
Ranek okazał się pochmurny. Wolała takie, wkomponowane w jej melancholię, kiedy nadchodził lęk i świadomość własnej śmiertelności. Koło dziewiątej przytachała torbę podróżną na izbę przyjęć. Ostatni raz wykorzystaną do przeprowadzki dwa lata wcześniej, nigdy jeszcze do wczasowych wojaży. Przyjęcia planowe załatwiano szybko, aż niezręcznie było Renacie patrzeć w oczy wyczekującym od nie wiadomo ilu godzin wpuszczenia na SOR. Grzecznie podreptała za pozostałymi skazańcami do depozytu. Tam przebierka w piżamkę i długa droga, ponownie przez pełną cierpienia izbę przyjęć, ku oddziałowi. W przeciągach, obok rzucających kurwami, pożerających wzrokiem monterami wind. Renata czuła się upokorzona. Ale czekał ją zabieg w znieczuleniu ogólnym, na docelowym piętrze wrócił strach. Załatwiała go śmiechem, żartami, sprawdzającymi się doskonale w takich okolicznościach. Zdały egzamin w rejestracji, przy wjeździe na salę numer pięć, podczas wywiadu i pobierania krwi. Jednak wkrótce została zawołana na kwalifikację do laparoskopii, a obserwując narastającą z minuty na minutę nerwowość personelu, coraz bardziej traciła rezon. W końcu pojawił się. Sunął korytarzem niczym taran, każdy schodził mu z drogi. Renacie zajęło chwilę, zanim go rozpoznała. Wpadli na siebie w administracji, kiedy kilka tygodni wcześniej przywiozła skierowanie. Bagiński, lekko podenerwowany, wystrzelił wówczas ze swojego gabinetu. – Jest dobrze, panie profesorze, jest bardzo dobrze! – zapewniała siedząca za biurkiem kobieta. Mężczyzna wymamrotał coś pod nosem i, naprędce poprawiając kołnierzyk, wypadł na korytarz. – Rozpoczęcie roku akademickiego – próbowała tłumaczyć zachowanie Bagińskiego dbająca tak sumiennie o jego dobre samopoczucie administratorka. – Pan profesor przed chwilą dowiedział się, że je otwiera. Nie był przygotowany… – Yhm… – przytaknęła bez przekonania Renata. Poraziło ją zachowanie mężczyzny, miała nadzieję nigdy więcej nie spotkać go już na swojej drodze. Faceta, który nie czuje potrzeby zaszczycenia płci przeciwnej chociażby spojrzeniem. Teraz kroczył wysoki, dobrze zbudowany i cały na biało prosto do gabinetu, nie witając się nawet z wyczekującymi pod ścianą pacjentkami. – Na kwalifikację? – Krótko ostrzyżona, ciemnowłosa kobieta wytrąciła Renatę z zamyślenia. – Ja już drugi raz… Za pierwszym zaczęłam krwawić i cofnęli mnie z operacyjnej. Dalej krwawię, ale trochę mniej. Dziwne, dopiero co skończył mi się okres… – Z nerwów pewnie – zauważyła Renata, czując, jak jej żołądek podchodzi do gardła w oczekiwaniu na wezwanie Bagińskiego. – Pewnie tak… – Westchnęła krótkowłosa. – Już mam dość, od poniedziałku tu leżę. – Pani Liszewska… – Głowa pielęgniarki wychyliła się z gabinetu. – To ja. – Kroki Renaty były niespieszne, zupełnie niepodobne do szybkich, zdecydowanych, które na co dzień przenosiły ją z miejsca na miejsce. Duży, surowy gabinet, z samolotem pośrodku i siedmioma sztukami personelu zgromadzonymi wokół, zdecydowanie nie pomagał w opanowaniu nerwów. Nikt nie odwzajemnił jej uśmiechu, z którym przywitała się, próbując dodać sobie otuchy, mało kto odpowiedział. Szerokie plecy Bagińskiego, dyskutującego o czymś z innym lekarzem i zdawałoby się nie zauważającego obecności pacjentki, towarzyszyły Renacie przez kilka dobrych minut. Zdążyła podać pielęgniarce dane do wywiadu, zauważyć jej pełne współczucia, speszone spojrzenie, zdjąć gacie, wdrapać się na fotel i, upokorzona jak jeszcze nigdy podczas badania ginekologicznego, rozłożyć nogi przed pełnym dystansu zespołem kwalifikacyjnym oraz stojącymi na jego czele plecami Bagińskiego. Wreszcie mężczyzna odwrócił się, podszedł energicznie do łona Renaty. – Więc chce się pani poddać operacji…? – Zawiesił teatralnie głos, czekając na odpowiedź. – No, jeśli muszę… – próbowała żartować kobieta, ale jej uśmiech znów pozostał nieodwzajemniony. – Czyli nie chce pani? – To po co pani przyszła?! – Pochylił się nad wzgórkiem kobiety kolejny lekarz. – Chcę… – wymamrotała Renata, przełykając ślinę. – Nikt pani nie zmusza, to pani decyzja. – Nie odpuszczał Bagiński. Oczy pacjentki rozpaczliwie zaczęły szukać wsparcia u pozostałych. Nikt się nie odezwał, wszyscy wstrzymali powietrze, czekając na rozwój wydarzeń. – Tak, chcę się poddać operacji! – Renata wiedziała już, że na polu bitwy jest sama. Wkurzyło ją to. Bagiński, nie ostrzegając, wcisnął wielką dłoń w jej pochwę. Kobieta podskoczyła z bólu, a on nie przestawał napierać. Jakby ukaranie pacjentki za złe zachowanie było dla niego teraz kwestią honoru. – Jakie hormony pani przyjmuje? – Mężczyzna załadował kolejny magazynek. – Syndi… – wystękała Renata, zaciskając zęby z bólu. – Od jak dawna? – Od kilku miesięcy. – To nie jest lek, który można przyjmować długotrwale. – Ja wiem, ale na nim bóle są trochę mniej… – Pani zrobi, co będzie chciała – przerwał Bagiński. – Ja tylko informuję, że to nie jest lek, który można przyjmować długotrwale. – Uważając temat za zakończony, wycofał dłoń z narządów rodnych pacjentki. – Można się ubrać. Renata, skulona i nadużyta, pod obstrzałem spojrzeń dzielnie trzymającego wodę w ustach personelu, ześlizgnęła się z fotela. – Musimy coś wyjaśnić. – Profesor szybko przechodził do kolejnego ataku, nie czekając, aż nogi podenerwowanej pacjentki znajdą w majtkach odpowiednie otwory. – Bo nam zupełnie nie w smak operować na darmo. Dlaczego chce się pani poddać zabiegowi? Renata była zdezorientowana. Jakby żaden wywiad, przyjęcie na oddział ani gwałtowna rozmowa sprzed chwili nigdy się nie wydarzyły. – Ponieważ od roku mam silne bóle, leki nie pomagają i bez przerwy krwawię. Trzy tygodnie krwawienia, tydzień przerwy, a ból nie do zniesie… – Więc powinna mieć pani założoną wkładkę domaciczną i problem rozwiązany! – przerwał znów Bagiński. – Przedłużające się krwawienia nie są wskazaniem do laparoskopii. Kobieta, coraz bardziej poirytowana, wzięła głęboki oddech, posyłając gniewne spojrzenie zgromadzonym gapiom. – A czy ból niewiadomego pochodzenia również nie jest wskazaniem? – rzuciła wyzywająco. – Owszem – przyznał mężczyzna. – Zespół bólowy miednicy mniejszej, który wpisał endokrynolog do skierowania, jest wskazaniem do wykonania laparoskopii. Natomiast pani mówi o przedłużającym się krwawieniu. – Mówię o krwawieniu, ale też o bólach, które utrudniają codzienne funkcjonowanie! – uniosła się Renata, nie wytrzymując dłużej despotycznego tonu rozmówcy. – W trakcie krwawienia? – Nie dawał za wygraną Bagiński. – W trakcie krwawienia i… – No więc ma pani problem hormonalny, laparoskopia nic tu nie rozwiąże! – …i również wtedy, gdy krwawienia nie ma – dokończyła myśl kobieta. – I chcę znaleźć tych bólów przyczynę. Mój endokrynolog próbował już wszystkie… – Pani lekarzowi po prostu nie chce się pani leczyć i dlatego wystawił skierowanie – przekonywał profesor. – A jeśli to, na przykład, endometrioza? – Wściekłość pomagała Renacie w obronie. – Czy mój lekarz mógł to stwierdzić przy pomocy USG? – Ma pani bóle podczas krwawienia. Endometrioza, nawet jeśli faktycznie znajdziemy jej ogniska, nie ma nic do tego. Powtarzam, zabieg nie rozwiąże problemu! – Bóle podczas krwawienia oraz utrzymujące się między krwawieniami! – sprostowała pacjentka dosadnie, dając do zrozumienia, że będzie walczyć do końca. – Dobrze, według mnie szkoda naszego czasu, laparoskopia jest zbędna. Ale ma pani w rozpoznaniu zespół bólowy, który stanowi wskazanie do operacji. Czy chce się pani poddać zabiegowi? – Zgasił zapał Renaty Bagiński, stawiając ją pod ścianą. Znów próbowała znaleźć odpowiedź w oczach reszty zespołu. Wsparcie nie przyszło. Perspektywa powrotu do domu i spędzenia najbliższych dni z dala od szpitalnych wózków, niekończących się opowieści o wycinanych macicach oraz profesorów o nadmiernie rozbuchanym ego zaczęła kusić Renatę. – Tak, chcę sprawdzić, co tam się dzieje – usłyszała własne słowa, które rozum kazał jej wypowiedzieć, zanim z ulgą postanowiłaby podążyć za sercem i czmychnąć z oddziału. – A więc jutro rano będzie pani zoperowana – odpowiedział najspokojniej w świecie Bagiński, znów odwracając się do pacjentki plecami. Nie pamiętała drogi powrotnej na salę, wybudził ją dopiero głos czekającej na wypis kobiety z sąsiedniego łóżka: – Już po wszystkim? – Tak, po wszystkim… – wydusiła z siebie Renata, czując, że zaczyna pękać. Łzy popłynęły, gniew szybko ustępował miejsca rozpaczy. Nie mogąc zatrzymać dłużej tłumionego miesiącami, zasilanego przez permanentny ból żalu, chlipała dyskretnie ze wzrokiem wlepionym w okno. W obawie o niezrozumienie ze strony pozostałych pacjentek i kolejnym ciosie, który mógłby ostatecznie ją pozamiatać. – Pani jeszcze czeka? – usłyszała za sobą głos pielęgniarki. – No nie chcą mnie wypuścić… – Zawodzenie kobiety z sąsiedniego łóżka nie pomagało Renacie. – Tą małą dawno wypisali, a o mnie nikt nie pamięta! – Spokojnie, wszyscy o pani pamiętamy. – A pani jeszcze czeka? – Głośne niedowierzanie wracających na salę dwóch rekonwalescentek nie pomagało z kolei zawodzącej. Ale trochę rozbawiło Renatę. Coraz większy ruch i hałas również przywracały do równowagi. Sięgając do torby po laptopa, kątem oka zauważyła grymas bólu na twarzy jednej z kobiet. Zmroziło ją na myśl o długiej hospitalizacji. Ze wszystkich niedogodności, jakie Renatę spotykały, przedłużający się pobyt w szpitalu przerażał najbardziej. Zwłaszcza że z każdą godziną uciekały sprzed nosa kolejne złotówki z porzuconej chwilowo ze względów zdrowotnych pracy na akord. – Pani Liszewska… – Kolejna pielęgniarka wzywała na kolejne przesłuchanie. – Wywiad z anestezjologiem, gabinet dwunasty. – A co to za katar? – Pociągający nos pacjentki zaniepokoił lekarkę, gdy ta siedziała już na wprost niej. – To nic, profesor Bagiński trochę mnie zdenerwował… – I płakała pani… Cieniutka nitka, którą udało się utkać Renacie, pękła i łzy znów popłynęły po policzkach. – Sorry, zaraz mi przejdzie… – przekonywała, szczerze wątpiąc we własne słowa. – Nie szkodzi, proszę się wypłakać. O co tam poszło? – Oj, bo ten facet to straszny cham! – Kobiecie puściły hamulce, zaczęła szlochać, wyrzucając z siebie wszystko, co leżało na wątrobie. – Przerywa, poniża, oskarża mojego endokrynologa o umywanie rąk i stwarzanie mną problemu całemu oddziałowi! Lekarka pozwalała Renacie się wygadać, podając w międzyczasie kawałek ligniny do wytarcia pociągającego teraz porządnie nosa. Jej troska dobrze robiła pacjentce, gniew pomału puszczał. – Okej, możemy… – Na pewno? – dopytywała anestezjolożka. – Nie potrzebuje pani jeszcze chwili? – Na pewno, już jest lepiej… – W porządku. Jak zapewne się pani domyśla, będę przygotowywać panią do jutrzejszego zabiegu. Potrzebuję kilku informacji. Jakieś uczulenia na leki? – Żadnych. – O rany… – Lekarka zajrzała w wypełnioną przez Renatę ankietę. – Pani się nie pomyliła w zaznaczaniu okienek? Zakreślone pani dotyczą? – Ja mam spory bałagan… – Głos pacjentki załamał się. – Ale jestem w terapii i pod okiem psychiatry. – Pewnie stąd taka emocjonalna reakcja… – Lekarka posłała jej pełne zrozumienia spojrzenie. Oczy Renaty znów napłynęły łzami. Tym razem ze wzruszenia wywołanego ciepłem bijącym od rozmówczyni, wypełniającym po brzegi niewielki gabinet. – Tak, pewnie stąd… Na salę wróciła już ukojona, nawet utyskiwania wciąż oczekującej wypisu z sąsiedniego łóżka nie działały na nerwy jak wcześniej. Sięgając po laptopa, wymieniła porozumiewawcze uśmiechy z pozostałymi. – O, proszę, teraz tylko komputery, telefony, nic innego ci młodzi teraz nie widzą! – Obszar pretensji zawodzącej ewoluował błyskawicznie. – Ktoś musi pracować – rzuciła zaczepnie Renata, chcąc trochę rozładować pielęgnowane przez kompankę napięcie. – Nie ma lekko, nawet w szpitalu. Swoją drogą, dobre warunki… – Przekierowała uwagę swoją i pozostałych na czyste ściany. – W zeszłym roku miałam robione żylaki na Banacha. Bez porównania. – Ja widziałam lepsze. – Rozgniewana aktualnie na Wojskowy Instytut Medyczny przy Szaserów utyskująca nie miała najmniejszego zamiaru dołączyć do pochwał. – W ogóle ta służba zdrowia… – No, jak państwo rozdaje gdzie indziej… – zauważyła Renata, wiedząc, że być może wkłada kij w mrowisko, zważywszy na wiek emerytalny rozmówczyni. Ta nabrała wody w usta. I to wystarczyło, żeby wszelkie żale ucichły, a salę wypełniła serdeczna rozmowa pozostałej trójki, owych nie interesujących się niczym poza ekranami telefonów młodych. Renata nie chciała wspominać o incydencie przy kwalifikacji, ale gdy kobiety z każdą minutą otwierały się coraz bardziej, a temat nieuchronnie zszedł na wytykanie przywar personelowi, jej szczelna skorupa zaczęła luzować. – Bagiński to straszny łobuz. Tak mi dał przed chwilą popalić, że się poryczałam… – On tak do wszystkich – zauważyła, ochrzczona małą, którą już dawno wypisali, czekająca na transport najmłodsza na sali. – Tutaj sporo ludzi przez niego poodchodziło. Do mnie też kilka razy się przyczepił, ale za którymś razem mu odpysknęłam i teraz mam spokój. – Czyli nie jestem histeryczką! – Odetchnęła z ulgą Renata. – Bo już myślałam, że przesadzam. – A skąd! Niech pani sobie poczyta opinie w Internecie. Pełno negatywnych! Pozostałe rekonwalescentki wyraźnie się ożywiły. – Ojej, nie wiedziałam! – Niewiele mówiąca dotychczas kobieta, której grymas bólu co i raz wykrzywiał twarz, nie mogła uwierzyć najnowszym doniesieniom. – Dla mnie był całkiem miły… – Może miał lepszy dzień – szydziła Renata, po czym, na prośbę pozostałych, opowiedziała przebieg zdarzeń sprzed kilku chwil. – Ale trzeba przyznać, że przy takim stopniu wrogości wobec kobiet, profesję wybrał doskonałą. Codziennie ma pod ręką dziesiątki obiektów do upokorzeń. – Na szczęście ja już po operacji… – chlapnęła zawodząca, zapominając o planowanym na dzień następny zabiegu Renaty. – Mnie na szczęście kroił kto inny… – Kobieta z grymasem bólu na twarzy podążyła śladem sąsiadki. – A ja nawet nie wiem, czy to on mnie jutro bierze pod nóż… Nastała niezręczna cisza. Wzrok Renaty, wlepiony w ekran laptopa, zatrzymał się na komentarzu jednej z wyjątkowo oburzonych zachowaniem Bagińskiego pacjentek. – I chyba wolę nie wiedzieć… – Proszę. – Wytrąciła kobiety z zamyślenia stojąca w drzwiach lekarka. – Pani wypis, z zaleceniami. – No nareszcie! – rozległo się znajome już całemu oddziałowi zawodzenie. – Myślałam, żeście o mnie zapomnieli! – Spokojnie, wszyscy o pani pamiętamy. – Trzymajcie się, dziewczynki… – Utyskująca zaczęła ściskać po kolei towarzyszki niedoli. – Co mi tam, tobie też dam buziaka! – Objęła Renatę mocno, a tej zrobiło się ciepło i przyjemnie. Chociaż spędziły wspólnie w czterech ścianach zaledwie chwilę, stojąc wyraźnie po przeciwnych stronach politycznego sporu. Chwilę za zawodzącą transportu doczekała się mała. Po długich życzeniach zdrowia – bo czegóż innego można sobie życzyć w obliczu tak czy inaczej zaatakowanych przez chorobę dróg rodnych – sala opustoszała i było w tym dla Renaty coś przygnębiającego. Zwłaszcza, że łóżko naprzeciw niej zajmowała kobieta z grymasem bólu na twarzy, który nieustannie przywoływał dręczącą myśl o długiej hospitalizacji. – Długo pani leży? – Trzeci dzień… – jęknęła pacjentka. – Chcieli mnie dzisiaj wypisać, ale wolę zostać do jutra. Źle się czuję, a w domu dwójka dzieci… Chociaż wyleżeć nie mogę, spać też nie bardzo… – To wstawała, drepcząc kilka kroków w tę i z powrotem, to znów próbowała znaleźć wygodną pozycję na pryczy. – Nie myślałam, że będzie tak boleć. Z drugiej strony, ma prawo, wszystko wycięli… Renatę zmroziło. Nie mogąc wyczuć, co sąsiadkę trapi w związku ze stratą, chwilę zastanawiała się, jakich słów użyć, żeby nie spotęgować jej cierpienia. – Przykro mi… Jak pani sobie z tym radzi? – A nie, to nieważne! – Rekonwalescentka szybko zanegowała swoje prawo do przeżywania żałoby po własnej macicy. – Najważniejsze, żeby żyć, żeby przerzutów nie było. Zresztą, tutaj podobno tak jest. Nie cackają się, tylko do kosza… Chociaż na wszelkie sposoby przekonywała o słuszności podjętej w czasie operacji decyzji, ostatnie zdanie i wzrok kobiety wpatrzony w zapadający za oknem zmierzch pokazywały wyraźnie, że mechanizmy broniące dostępu do uczuć rozwinięte ma świetnie. Może nawet równie dobrze, jak Renata. Noc dla wyczekującej zabiegu była trudna. Kotłujące się w głowie myśli nie pozwalały zasnąć, na przekór składowi sprezentowanej przez pielęgniarkę tabletki. Koiło ją trochę ciche pochrapywanie kobiety z wyciętą macicą, zwiastujące zażegnanie bezsenności, i na tej krzepiącej myśli starała się Renata skupiać, gdy nerwy brały górę. – Ale pospałam… – Westchnęła po przebudzeniu sąsiadka, już bez grymasu bólu na twarzy. – Oj tak, sen musiał być głęboki… – O matko, chrapałam? – Troszkę… – Zaśmiała się Renata. – Zresztą nieważne. Wróci pani do domu wypoczęta, to najważniejsze. – Zdenerwowana? – Jak cholera. W ogóle nie mogłam zasnąć. – Wszystko będzie dobrze… Poranny obchód przerwał kobietom poranną wymianę uprzejmości. – Pani na zabieg – przedstawił Renatę sznureczkowi studentów lekarz. – Można przygotowywać. Chwilę później łóżko wyjechało na pooperacyjną, zostawiając puste miejsce pod oknem, a pacjentka grzecznie podreptała na blok. Personel, widząc, że dygocze z zimna i nerwów, rzucił na stół materac, którego ciepło przyjemnie rozluźniło układającą się nań kobietę. Troska całego zespołu i podany dożylnie anestetyk zrobiły resztę, tak, że Renata odleciała, zanim lekarz mający wykonać cięcie wkroczył na salę. Obudził ją ból w podbrzuszu. Sala pooperacyjna była przyjemnie zaciemniona i prawie pusta, nie licząc krótkowłosej, która przy poprzedniej próbie generalnej dostała miesiączki na widok skalpela. – Nareszcie… – wychrypiała sąsiadka z ulgą . – Jak się pani czuje? – Strasznie boli… – I mnie… – Zaraz przejdzie – zapewniła pielęgniarka, przygotowując dwie kroplówki z metamizolem. Sen zmorzył Renatę. Było dla niej coś niepokojąco przyjemnego w tym stanie, gdy odlatywała zaraz po przymknięciu powiek, ale i coraz bardziej frustrującego w głośnych rozmowach dobiegających z sąsiadującej z pooperacyjną dyżurki pielęgniarek, brutalnie wyrywających ją z zanurzenia. Tak upłynęło popołudnie, wieczór i noc, a świt obie rekonwalescentki przywitały niemniej zmęczone niż dnia poprzedniego. – Jak się czujemy? – zagaiła rozmowę uzupełniająca dokumentację na koniec zmiany lekarka. – Lepiej… – wystękała bez przekonania krótkowłosa. – …nie mówić. – Nawrót ochoty do żartów wydał się Renacie dobrym objawem. – Pani doktor, możemy sprawdzić, co mi wycięli…? – Lewy jajnik z przydatkami. – A u mnie, pani doktor, coś znaleźli? – Koagulacja dwóch ognisk endometriozy i przecięcie dwóch zrostów. – Mogło to być przyczyną tych cholernych bóli? – dopytywała Renata z nadzieją na ulgę po niemal rocznej wegetacji w towarzystwie ketoprofenu i tramadolu. – Wie pani co, obstawiałabym zrosty… – Czyli dobrze, że otworzyli! A profesor Bagiński wmawiał mi, że szkoda jego czasu! – …ale nie ma gwarancji. – Dokończyła myśl lekarka. – Wyjdzie w praniu. No i po zabiegu mogą się pojawić kolejne… – Ale jest szansa? – Zapewnienie było Renacie potrzebne jak powietrze. – Że bóle ustąpią? – Tak, jeśli ma to pani trochę ulżyć, jest szansa. – Hej, podobno czarno na dole – zagaiła rozpoczynająca dzienną zmianę pielęgniarka. – Daj spokój! – Lekarce wyraźnie nie było do śmiechu. – Słyszałaś o tej dziewczynie z gumą? – Nie… – Pękła jej w trakcie stosunku i została w środku. – Rany boskie! – Głos krótkowłosej poniósł się echem po oddziale. – I z takimi pierdołami ludzie przychodzą na SOR? – Takich najwięcej i najgłośniej tacy krzyczą. Ci, co naprawdę potrzebują pomocy, ale siedzą cicho, często się jej nie doczekują. – Westchnęła lekarka, wstając od biurka. – Z moją babcią właśnie tak było… Idę sobie, odpoczywajcie. – Pani doktor, a kiedy wypis? – A chce pani wyjść dzisiaj? – No jasne! – zapewniła krótkowłosa. – Dłużej nie wyleżę. – Ja też! – Chociaż samopoczucie Renaty pozostawiało wiele do życzenia, zew wolności wziął górę. – To wyjdziecie, tylko już z ogólnej. Przyjdzie dzienna zmiana i was wypisze. – Kto mnie obgaduje? – Odwijająca długi szal lekarka stanęła w drzwiach. – Obiecałam paniom, że pójdą dzisiaj do domu. – Nadają się? – Zmarszczone czoło przeglądającej papiery kobiety lekko podniosło rekonwalescentkom ciśnienie. – No dobra… – Jej uśmiech uwolnił wstrzymane w przykutych do łóżek płucach powietrze. – Niech idą… Na sali numer pięć, gdzie wjechały, nie było już nikogo ze starego składu. Jedno z łóżek przydzielono pacjentce w podeszłym wieku, skierowanej z innego oddziału z tyloma schorzeniami i tak zmęczoną życiem, że Renata poczuła litość na myśl o kolejnych cierpieniach zlecanych przez lekarzy w trosce o utrzymanie kobiety przy nim. – Dzisiaj wychodzę – oznajmiła dzieciom przez telefon krótkowłosa. – Po południu, bo średnio się czuję i jeszcze chcę pole… – Jęki potomstwa przerwały jej wpół zdania. – Ale wypisali mnie dzisiaj! – dodała podniesionym głosem, rozłączając połączenie. – Gnojki jedne… – Niezadowoleni? – Renacie szybko minął żal związany z nieobecnością w domu nikogo, kto mógłby się czuć rozczarowany zbyt szybkim powrotem schorowanej szyi rodziny. – Mieli nadzieję, że chata wolna do jutra. – Proszę. – Stanęła w drzwiach lekarka z wypisami w ręku. – Zalecenia na odwrocie. Oszczędny tryb życia i dieta lekkostrawna. Żadnej surowizny przez dwa tygodnie. Wózek ze śniadaniowym przydziałem zaparkował pod salą chwilę po niej i okazało się, że jedyny atrakcyjny element składu w postaci dwóch plasterków pomidora – obok miski cienkiej manny na mleku oraz trzech kromek bułki z konserwą – jest dla rekonwalescentek nieosiągalny. Ze ściśniętymi z głodu od przeszło doby żołądkami rzuciły się na jedzenie, zapominając zupełnie o schorowanej pacjentce w podeszłym wieku, poszczącej od poprzedniego popołudnia w oczekiwaniu na zabieg. Renata też czuła się słabo, o wiele gorzej niż po wcześniejszych narkozach. A jednak podreptała pod prysznic, chcąc jak najszybciej odzyskać wpływ na własne życie. Oddawanie go w cudze ręce było najtrudniejszym wyzwaniem. Kręciło jej się w głowie, żołądek podchodził do gardła, ale już weszła w dobrze znany sobie tryb, maska ze sztucznym uśmiechem przylgnęła mocno do twarzy. Szybki makijaż, jeszcze szybsze pożegnanie z towarzyszkami niedoli i mozolna droga pomiędzy piętrami z torbą podróżną na ramieniu. Po zbyt długim jak na pooperacyjne okoliczności błądzeniu szpitalnymi korytarzami, depozyt otworzył przed Renatą swoje podwoje. Ubierała się z dużym wysiłkiem, nerwowo łapiąc oddech. – Niech pani usiądzie – rozbrzmiał zaniepokojony głos stojącej na warcie kobiety. – Powoli… Ale tego irracjonalnego pędu chorej ku wolności w żaden sposób nie można już było zatrzymać. Zwolniła dopiero przy okienku aptecznym, dobywając z kieszeni receptę na serię przeciwzakrzepowych zastrzyków. – Chce pani tańszy zamiennik? – zapytał farmaceuta. – A duża różnica w cenie? – Prawie trzydzieści złotych… – Nieźle! – Parsknęła Renata. – Tak, zdecydowanie poproszę ten tańszy. Oburzenie na chwilę odwróciło jej uwagę od zmęczenia, ból w podbrzuszu stał się mniej uciążliwy. Opłacając śmiesznie niski rachunek, kobieta przypomniała sobie o dwóch dniówkach straconych przez szpitalną przygodę i to jeszcze szybciej pognało dopiero co zwolnioną z sali pooperacyjnej rekonwalescentkę ku wyjściu. Łykając mroźne grudniowe powietrze, sunęła dzielnie między kolejnymi budynkami w kierunku tylnej bramy WIM-u, ale w połowie drogi znów ogarnęło ją zmęczenie. I rozpacz, gdy – wychodząc zza kolejnego zakrętu – znalazła się na początku ulicy, którą wieńczyło zabarykadowane żelaznym płotem przejście. Zrezygnowana, chwyciwszy się nikłej nadziei na obecność żywej duszy w budce wartowniczej albo przynajmniej dziury w chroniącej dostępu do obiektu siatce, powoli ruszyła przed siebie. Ponowne okrążenie rozległego kompleksu budynków w celu odszukania przeciwległej bramy było ponad jej siły. – Kurwa go mać! – Dochodzący z kanciapy rozzłoszczony głos ochroniarza skutecznie wybił Renacie z głowy pukanie w okienko. Zacisnąwszy zęby, czekała na kolejną wiąchę od otwierającego skrzypiące drzwiczki mężczyzny. Zaskoczony jej osobą, opanował się nieco, skinieniem głowy wskazując oczekujące otwarcia wrót auto. – Sobota, do jasnej cholery, wjazd tylko głównym! – Warknął pod nosem, sunąc w stronę intruza. – Nie chce im się podjechać kawałek, będą tak po kilka razy dziennie dupę zawracać! Krótkie pauzy i nerwowe zerkanie wartownika za siebie, w kierunku zostawionej w tyle Renaty, przekonało ją, że gbur szuka sojusznika. Nie mogła przepuścić takiej okazji. W końcu ona szukała wyjścia, a on miał klucze. – Pewnie do tego… – zawiesił głos ochroniarz, zwalniając i dając tym samym fory doganiającej go kompance. – …z metra ciętego. – Nie w Otwocku go kroją? – Renata była przekonana, że przed przyjazdem na oddział wpadł jej w oko podobny nagłówek. Stanąwszy ramię w ramię z mężczyzną, niższym o kilka centymetrów od jej stu sześćdziesięciu, zadumała się nad słusznością zastrzeżeń względem wzrostu prezesa partii rządzącej. – Tutaj, tutaj… Po kilka razy dziennie, kurwa, wycieczki! A niech szpitalną konserwę żre, jak wszyscy! – Wartownik zbyt późno ugryzł się w język. – Pani po wypisie? – Yhm, po operacji… – Wypuszczę panią, bo chora. – Rzekł ochroniarz, odsuwając bramę jedynie na szerokość Renaty i jej torby podróżnej, ostentacyjnie ignorując obecność stojącego już obok auta, przygotowującego się do starcia kierowcy. – Ale wyjątkowo, rozumie pani, w soboty działa tylko główne. – Jasne, rozumiem. – Rekonwalescentka uśmiechnęła się najpiękniej, jak umiała, dając drapaka wąskim przejściem. – Wyjątkowo… Bardzo panu dziękuję! Minąwszy mężczyzn, szybko ruszyła chodnikiem w kierunku porzuconego dwa dni wcześniej samochodu. Im większy dystans dzielił ją od bramy, tym bardziej nerwowa stawała się wymiana zdań między dżentelmenami. Renata, odpalając silnik, spojrzała w stronę gestykulujących energicznie postaci i przyszło jej do głowy, że nawet fajnie byłoby poczekać na rozwój sytuacji. Ale nie mogła. Za dwie godziny miała być w pracy. Beata Kołodziejczyk – odkąd pamięta, zapisywała świat słowami. Dawniej sprejem na warszawskich murach, teraz próbuje klawiszem.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
impas przyszła pora by zmienić optykę i wprost spojrzeć na to co do tej pory chowało się w kącie oka bogowie jak zapałki w wietrzny dzień strach jak wisiorek z diamentem czas jak nóż przyszła pora by uwierzyć tym co mówią żeby nie wydrapywać sobie oczu bo zawsze odrastają Łatwizna Co robić, gdy coraz mocniej poparzone gałki oczne i uszy wtórują myślom? Inkrustowane psimi gównami trawniki śpiewają wieczną pieśń, a ręka sięga po nową kroplówkę. Kolejne warstwy starań zmniejszają kubaturę. Prawo przyciągania przeszłości rozszerza się i kurczy, miarowo. Przypomina o słońcu, rzece, zapachu torfowej łąki i drobnych stopach płoszących koniki polne. dusza słowa wymazałem mężczyznę i kobietę z obrazu Caspara Friedricha już tylko drzewo znaczy drzewo a księżyc znaczy księżyc tło ucieka poza ramy powiedziano o nim tyle kłamstw kiedyś zbieracze stonki w lotnym stanie skupienia w stanie nieważkości w za dużych butach kiedyś obłożą się kocami wspomnień letniego wiatru jedynego świadka masowych egzekucji nanoczłowiek nie wytrwałeś Mahomecie jesteś mniejszy niż ziarno mojego żalu które noszę w kieszeni przynajmniej coś czuję gdy wtaczam kamień na twoją górę głupi mesjasz chcę być przestępcą chcę napaść na bank części zamiennych chcę krzyczeć na obsługę straszyć i strzelać jakimś skądś rewolwerem chcę ogłuszyć nerwowego strażnika z grupą inwalidzką chcę pruć sejf za sejfem i słyszeć swój głos jak obcy a jednak mój na własne oczy muszę się przekonać że to czego szukam od dziecka nie należy do mnie Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023) i Brama (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m. in. w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla. Mieszka pod Nałęczowem.
- Marcin Liszkiewicz – wiersze
*** Wchodzę w sweter Perkozek piętką gizmo otacza nas neuro nie to szarość tej barwy zawsze Henryk szukał czterdziestu wojowników siedzi na moście Poniatowskiego Józefa ktoś im związał sznurowadła i dobrze nie obchodzą mnie detale robię swoje pokornie usłużę chłopakom przekonam do golenia nóg burleski zagram na harfie podam arancini i ciepłe krowie mleko. Dwóch już ryczy. *** Pani od matematyki pachnie łzami i cierpieniem wciska królestwo niebieskie we frazeologiczne rituals obok skrzynki z gazem diablo alternatywa kici ka dy dy rydy potrawy powinny dojść i utrzymać poziom złośliwego maga. *** Kwitnie kurz na powierzchni maści próbujesz ale zjadasz końcówki żmije solidarnie zamarynowane wiedzy towarzyszy milczenie wyłącz telegrafistkę patrz wieczyście w punkt nie podniesie się nie poruszy usuniesz certyfikowany plastik końcówką języka źrenic. *** Zilustrujmy głos dzwonu obrazem przydymiony ruch rekonstrukcja brzydka twarz przekrzywiam głowę widzę dziecko pofałdowane kreski sklepienie wąchasz robotniczy bas gołębie głuchej odczuwalności katedralny minimal ultra stroboskop dym zapach mandarynek. *** Stronili nazywali dziwakiem szukali przyczyny dokumentacji zbiegów wydarzeń chcieli gonić podstawić nogę i tłuc widłami na krwawą zbitkę oddać ciemny cuchnący bakteryjnie mocz. Wczoraj mignął wśród kosodrzewin na nadgarstku dostrzeżono legendarną frotkę z NRD w plecaku jak wieść głosi bezbronnie drzemał kłębek wełny pociecha. Tam gdzie widział cień szansy w skupieniu optymalizował fortepiany. Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.
- Karolina Wojciechowska – trzy wiersze
Adaptacja jak kot przyjmuję kształt naczynia wstrzymuję oddech czy ktoś zauważył chyba nie nikt nie drapie nie chwali giętkich stawów plastycznej woli wystawiam czubek ogona peryskop pokój jest pusty niepotrzebny wysiłek Mrówkolew nie zgadniesz ile tu ziarenek piasku i wszystkie są moje moje sam je wybierałem liczę je dniami i nocami czasem wpada piaskowy dziadek wtedy on liczy ja drzemię mam też książki tyle książek a każda to jedna rozmowa i każda to jedna podróż ostatnio dziadek wychodząc spytał czy ja też mówił że zbladłem zapomniałem jak się współżyje z innymi przecież sam go tu ściągnąłem za ogon gdy odfruwał postukałem mu na pożegnanie w bezpieczne szkło klepsydry Notatka Kilka lat temu w Markach przed monopolowym widziałam pana z jamnikiem na ramieniu Tak mnie to poruszyło że zapisałam sobie w telefonie Co jakiś czas się natykam na tę notatkę i wtedy Sobie przypominam ale za każdym razem Coraz mniej trochę wstyd się przyznać Z pana za wiele już nie zostało Mam jeszcze tylko jam i ram Kawałek drzwi Nierówny Chodn Karolina Wojciechowska – absolwentka ugrofinistyki na Uniwersytecie Warszawskim, tłumaczka z fińskiego i angielskiego, lektorka. Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury i Kolektywu Tłumaczy Literatury Fińskiej KIRJA.
- Tadeusz Zawadowski – dziewięć wierszy
imperia wpatruję się w morze i katem oka dostrzegam wszystkie stoczone tu bitwy. zatopione okręty chełpiące się swym orężem. karawele zwożące bogactwa z nieznanych lądów. tak rodziły się imperia i rozpadały się niczym zamki z piasku. spoglądam na bawiące się obok dzieci z uporem wznoszące kolejne imperia. jonasz ulice po zmierzchu przypominają otwarte paszcze kaszalotów. połykają domy i przemykających między nimi ludzi. nawet świeżo rozbudzone światła latarń. jak jonasz mieszkam w brzuchu miasta nie znając chwili kiedy fale wyrzucą mnie na brzeg. miasto to był zwyczajny dzień. miasto jak zwykle parowało tłumem spieszących do pracy i zapachem spalin snujących się wzdłuż ulic. szukałem pośród nich swojego miejsca ale moje kroki odeszły gdzieś daleko. tam gdzie miasto kończy swe panowanie a linia morza łączy się z horyzontem. siedziałem na opuszczonej łajbie i liczyłem przybijające do brzegu fale. miasto odpływało ode mnie a jego gwar zakrzykiwały zgłodniałe mewy. pocztówka z nieobecności nigdy mnie tu nie było. tylko niespieszne kroki morza pozostawiły ślady na piasku. a jednak wróciłem do miejsca swojej nieobecności. choć wszyscy powtarzali abym tego nie robił. mówili że przeszłość jest rzeką i nigdy nie powraca. ale mewy wciąż te same i słony smak wody. takie jak zapamiętałem z mojej nieobecności. powróciły łodzie powróciły łodzie do portów nie odkrywszy lądów. wszystko zostało już nazwane. nowe ziemie postarzały. dawno skradziono złoto mirrę i kadzidło. przyglądam się połamanym masztom i zmęczonym twarzom żeglarzy. ich matki nie doczekały synów. odpłynęły na wyspy z których nie ma powrotu. stęsknione żony znalazły innych kochanków. spaceruję brzegiem morza. w oddali biała mewa rozcina niebo jak żagiel. ruiny akropolu nadszedł czas gdy wycięto stare drzewa. przeczuwałem tę chwilę. kurczyłem się w sobie jak zużyty sweter. obudziłem się gdy było już po wszystkim. stałem na wielkim pobojowisku i przyglądałem się trupom drzew. gniazdom oczu z których wypadały małe pisklęta łez. przypomniały ruiny akropolu i smutne twarze antycznych herosów odarte z atrybutów boskości. stare drzewa poznałem wiele krajów lecz nigdzie nie odnalazłem siebie. tylko piramidy udawanych uśmiechów ironicznie przymrużone oczy muzeów sugerujących że w swoich wnętrzach kryjemy eksponaty z tej samej epoki. próbuję odrodzić się w sylwetkach mijanych chłopców i spojrzeniach roześmianych dziewcząt ale zbyt szybko stają się przeszłością. tylko stare drzewa obok drogi wyciągają do mnie ramiona nie pozwalają odejść. śnienie Ewie wymyśliłem ciebie w młodzieńczych snach. zanim stałaś się. zanim moje oczy przyzwyczaiły się do twojego widoku. usta nauczyły twojego smaku. dopiero kreśliłaś w oczach pierwsze przebłyski uśmiechu. jeszcze nieświadome że sen stanie się jawą. szedłem ulicą i śniłem. budziłem się a sen się nie kończył. wyciągnąłem rękę a ty obok właśnie stawałaś się. wanty stoję na molo coraz bardziej wychodzącym w morze. tak jakby pragnęło odejść od brzegu. zapomnieć o nim i podążyć własnym szlakiem. znanym tylko sobie. śledzę loty ptaków połykających horyzont niczym rybę płynącą pod powierzchnią wody. podążam za nimi wzrokiem jakbym chciał poznać co kryje się za linią łączącą niebo z morzem. pytam cieni żeglarzy którzy nie powrócili do portów ale milczą jakby im zerwane wanty zasznurowały usta. Tadeusz Zawadowski (ur. 1956) – poeta, krytyk literacki. Laureat około 250 międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich oraz wielu nagród literackich. Wiersze i teksty krytyczne publikował w antologiach literackich. Były tłumaczone na języki: rosyjski, łotewski, chorwacki, bośniacki, serbski, słoweński, grecki, włoski, hiszpański i angielski. Wydał 18 tomów poetyckich, ostatnio: raport z czasów zarazy (2021) i ptaki spadające w niebo . Mieszka w Zduńskiej Woli.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (15)
Miasto, z jego ciałem, duszą, losem – od lat jest moją lekką obsesją. Miasto, każde miasto, oddycha słowami, które wyłapuję, by składać je w nowe wzory w rozmaitych opowieściach. Tych audio i tych papierowych. Miasto zawsze mi przypomina taki magiczny dywan, rozwijający się pod stopami bohaterów. Mam mnóstwo przykładów, ale powoli szykuję kolejny! Tymczasem w 1925 roku pojawił się pewien poradnik, który uczył chodzenia po mieście. No, może nie była to instrukcja korzystania z magii dywanu, lecz rzecz wydaje się przeciekawa :). Kalendarz tygodnika „Iskry” jest cudownym przykładem niezwykle praktycznego przedwojennego wydawnictwa. Cóż, warto posłuchać, a potem ewentualnie – zastosować. Bo chociaż życie w ówczesnych miastach wyglądało nieco inaczej niż, teraz to pewne prawdy są niezmienne. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (15)
12 maja 2022. 1011 nieustępliwych drobiazgów wkurwiających wroga Mija czwarta doba bana za post o polskich czołgach, co jadą łoić orków. Czwarta doba kiedy dowodzę z zapasowego konta, nie wszystkim i nie tak sprawnie jakby sie chciało, ale chociaż cześciowo. Konto miało służyć wiele lat temu dla tworzenia postaci literackiej, której żywot miał się zacząć i zakończyć wraz z opublikowaniem w 2017 roku "Dzienników Zenona Kałuży". I chciałem wtedy to konto zamknąć. A wcześniej budowałem jego grono odbiorców przypadkowo zupełnie kilkając w „zaproś do znajomych” chciałem, żeby Zenon Kałuża w jak najmniejszym stopniu był mną, żeby sie sprawdzał w innym gronie odbiorców. Ale jak się okazało ciężko jest uciec od siebie, jeżeli się żyje w zgodzie ze sobą. Konrad Góra zdemaskował mnie raz dwa. No, jasność wzroku i przenikliwość umysłu. Tymczasem od czterech dni, dzięki państwu liczba śledzących poprzez przyjęcie zaproszenia, wysłanie zaproszenia czy tez zwykłe odznaczenie - "Obserwuj" - wzrosła z kilkuset do 1011 w tej chwili. Zastanawiałem się czym uczcić moment przebicia pierwszego tysiąca odbiorców? Czy wrzucić zdjęcia ze zmasakrowanego przyczółka pod Biłohorywką nad Dońcem na północy Łuku Donbaskiego gdzie front się sypał do wczoraj wieczora póki nie przyjechała ukraińska arta i nie pozamiatała przyczółka z mostem kilkudziesięcioma pojazdami i niezidentyfikowaną liczbą żołnierzy? To dobry moment, żeby sobie przypomnieć, że owszem jesteśmy na wojnie, mimo że na nasze domy nie spadają "kalibry" i zwykłe FAB-y czy salwy "Grad-ów". Jesteśmy na wojnie, bo przez nasz kraj jadą konwoje zzaopatrzeniem, bo wielu z Was przyjmuje, pilotuje pomaga kobietom, dzieciom, mężczyznom z Ukrainy przeczekać, pojechać dalej, przetrwać. Jesteśmy na wojnie, bo jest wojna o internety. Wojna kliki, dezinformacje, opinie. Jesteśmy na wojnie bo jak to napisał kolega Janusz Radwański - zawsze gdy słyszycie śmiech bezpiecznie bawiącego się ukraińskiego dziecka, gdzieś w odległym stepie nad Dońcem kacapski czołg gorzko szlocha. Jesteśmy na wojnie bo tworzymy presję i presje, tysiąc i jedenaście drobnych ruchów, klików, szerów, komentarzy. Myślę o tym jak dużo zdjęć dostaje się do internetu ze źródeł ukraińskich pokazujących w tej wojnie zwycięstwa, udane ataki, akty obrony czy ośmieszenia przeciwnika. A gdy nie staje dobrych wiadomości - pojawiają się informacje, zdjęcia, twarze, oczy tych, którzy przestali się bać i stanęli do walki, która - warto nadal to podkreślać - jest drastycznie nierówna. To dalej walka Dawida z goliathem. Tamci nie mają czego ujawniać, bo ciągle kłamią. Okłamują świat, siebie, swoich, matki i ojców i żony poległych i tych jeszcze żywych też, od czasu agonii załogi "Kurska" na dnie Morza Barentsa - pabieda, car, prącie narodowe. Dlatego na razie przegrywają na tym polu, na którym sie spotykamy. Powiecie - e tam fejs. Nie e tam. Zrzutka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers miała przynieść - tak sądziliśmy ze znajomymi - 5000 złotych. Zbiórka przebiła 40.000 i prze dalej. Rzeczy zaczynają się od battle of words. Najlepszym dowodem, pośrednim, ale znaczącym jest ten nieszczęsny piąty ban w ciągu kilku miesięcy. Przypadek? No nie sądzę. Ktoś wisi nade mną i pewnie jak może do zgłasza, denuncjuje korzystając z kafkowskiej struktury tego medium, gdzie rządzą mątwy i nie ma z kim gadać. Zatem żadnych tam zdjęć, ale prosty schemat jak działa nasze pole bitwy. I na tym polu, każdy ma swoje do zrobienia. Każdy może być jednym z 1011 nieustępliwych drobiazgów wkurwiających wroga. 13 maja 2022. Biedna Europa patrzy na Mariupol "- Nie jest to takie trudne przestać się bać Rosji. Po prostu trzeba to zrobić. I walczyć." (wypowiedź Ilia Samojłenko z 7 maja 2022, jednego z obrońców "Azowstalu" w Mariupolu za portalem interia.pl ) Jest w tym coś nieprzyzwoitego, że widzisz ich teraz, że działa ten cholerny Starlink i widzisz ich tak bardzo żywych, mimo że wiesz, że mają tak małe szanse żywymi pozostać. A w zasadzie póki żyją, nie wolno mówić, że tej odsieczy nie będzie, ale tylko tyle, że byłaby bardzo trudna, prawie niemożliwa. Dopóki walczą nie wypada nie mieć chociażby grama ich nadziei, wiary, wytrwałości i odwagi. Ale kiedy pytasz – dlaczego tamci nie ruszą na odsiecz, zaczynam mówić jak to rozumiem i nawet nie chcę kończyć światłej myśli, pełnej rozsądku, bo widzę ich twarze, całych, żywych i tych rannych i tych tylko kontuzjowanych, tych dziewczyn i chłopaków. Widzę dymy nad Azowstalem. I powtarzam Mariupol walczy. Nie dni siedem, siedemnaście, ale siedemdziesiąt i siedem. Mówisz, kurde teraz mają tam podobno tylko dwie grupy batalionowe, dlaczego tam nie uderzą, nie uratują szarżą jak Rohirrmowie? Niestety. Popatrz na mapę. Od linii frontu do Mariupola jest sto kilometrów w linii prostej. Ale armia nie uderza po liniach prostych, bo przecież armia to potężny organizm, jakoś trzeba ją zaopatrywać w paliwo, amunicję, żywność, dowozić leki, zwozić rannych, uszkodzony sprzęt. Armia w natarciu ma wyższe straty niż w obronie. To dlatego tak świetnie się bronią, ale raczej krwawo oddają teren, kontratakują miejscowo, bez wielkich manewrów operacyjnych. Żeby oszczędzać siły. Zatem nie licz odległości w linii prostej, policz po drodze. Google Maps pokazuje od centrum Hulajpola do kombinatu Azowstal w Mariupolu 2 godziny 17 minut i 153 kilometry jazdy samochodem osobowym. Pomyśl ilu ludzi, czołgów, artylerii musiał byś zebrać, żeby wyrąbać przez szeregi orków korytarz tej długości do Mariupola? Tych ludzi, czołgów, artylerii nie byłoby na Łuk Donbasu. A obrona na Łuku Donbasu trzeszczy, wyłom pod Izjum się nie powiększył, ale też się nie zmniejsza. Nad Dońcem orki mają cztery przyczółki. Owszem, tracą przeprawy, ponoszą straty, ale pchają kolejne fale niedoszkolonych oddziałów. U nas ludi mongo. Stara zasada stalinowskiej sztuki operacyjnej. Większość zginie, ale ci co przeżyją, będą się bili mądrzej, a ludzi dużo, więc cóż szkodzi? Że coraz starsze czołgi będą padały ofiarą tych samych pocisków przeciwpancernych? Ale ich są tysiące, a kamieniem nie rozbijesz, musisz strzelić czymś ciężkim. Orków stać, ciągle ich stać na te straty, mimo że to już niebawem będzie trzy razy więcej niż stracili przez 10 lat w Afganistanie. Mogą próbować przerwać front zasypywaniem przeciwnika trupami. Padła Popasna, nacierają na Rubiżne, walczy już Siewierodnieck. No ale pod Charkowem Ukraińcy nacierają, mówisz. Tak, odpychają słabsze siły do granicy, żeby Charków nie stał się drugim Mariupolem. Raczej nie wyjdą na skrzydło tych sił pod Izjum, pod Siewierodnieckiem. Za daleko. Odsiecz, szarża Rohirrimów powiadasz? Front jest sto kilometrów od Mariupola, w linii prostej, 153 kilometry po drodze. Teraz być może nie jest silnie obsadzony, bo wszystko poszło tam, na Donbas, ale załóżmy, że gromadzisz tam dwie, może trzy brygady. Nie wiem skąd je bierzesz, ale powiedzmy, że w tej trwającej 77 dni wojnie udało ci się zachować jeszcze jakiegoś jeżeli nie asa to chociażby waleta w rękawie. I uderzasz, z początku idzie łatwiej, bo zaskoczenie, bo przeciwnik słabszy. Powiedzmy, że pierwszą linię się przejeżdża, drugą łamie, trzeciej nie zauważa. Twoje wojsko wchodzi w przestrzeń operacyjną, co oznacza w tym slangu że zyskuje zdolność manewru, już nie ma zwarcia, przeciwnicy nie przylegają do siebie, tak że tylko wóz albo przewóz. Czy tamci biernie czekają, aż Twoje kolumny dojadą do Mariupola grając na rogu sygnał do szarży? Po drodze musisz zostawić jakąś osłonę koło Połohy, okrakiem na drodze z Tokmaku, żeby nie dać się odciąć od zaopatrzenia - pamiętaj musisz mieć drogę dla zaopatrzenia. Twoje siły zatem, nawet jeżeli nie poniosły strat w wybijaniu sobie swobody do manewru - zmniejszają się. Potem skręcasz na wschód, południowy wschód - Husarka, Bilmak, tutaj też wypadałoby zostawić jakiś dozór od południa, bo masz dwie drogi idące z Bierdańska, a tam port, a gdzie port to można szybko wojsko rozładować i posłać na twoje tyły, bo ty przecież przez na Mariupol, a to dopiero połowa drogi. Kolumny się rozciągają w przemarszach, do akcji wchodzi lotnictwo przeciwnika - a ma przewagę, a ty nie masz przykrycia. Mija - jeżeli to ma być blitzkrieg - jakieś 48 godzin. Wtedy orki zawracają to co mogą z południowej części Łuku Donbasu. Miałeś powiedzmy cztery brygady, jedną już rozstawiłeś. Napierasz trzema. Między Husarką a Starym Krymem zgubisz równowartość jeszcze jednej w stratach marszowych, od bombardowania. Przy bardzo szybkim tempie natarcia do północnych przedmieść Mariupola dotrzesz czwartego-piątego dnia natarcia. Pytanie czy przez ten czas orki będą stać i patrzyć bezczynnie na to, co robisz czy wzmocnią obronę Mariupola? Jeżeli nie - będziesz miał do pokonania dwie grupy batalionowe przy niemal absolutnej przewadze lotnictwa. Sam będziesz miał dwie brygady czyli po przeliczeniu sześć takich grup. Bo obrońcy Azowstalu raczej ci nie pomogą. Załóżmy że po kolejnym dniu, dwóch Twoje czołówki dojdą do Azowstalu i co dalej? Tysiąc pokiereszowanych obrońców Azowstalu i kilka tysięcy twoich bohaterów z długą na 153 kilometry linia zaopatrzenia, wyrąbanym wąskim korytarzem, który można przeciąć w dowolnym punkcie, niekoniecznie tam gdzie zostawiłeś rygle. A w tym czasie kacapy być może nic by nie robiły, ale napierały dalej na Donbas, na Dnipro, Karmatorsk, Słowiańsk i by zgniotły te punkty oporu, bo zabrakłoby tych trzech, czterech, może pięciu brygad. Za chwilę, po śmiałej akcji miałbyś do wyboru - dać ponownie się okrążyć w Mariupolu, czy uratować ludzi z Azowstalu i cofać się tą samą drogą, o którą się biłeś. Z jakim efektem? Wiesz, w czasie pierwszej krucjaty krzyżowcy po długim oblężeniu i sporych stratach w roku 1098 zdobyli wielkie miasto Antiochię. Podczas jego oblężenia odparli jedną próbę odsieczy niejakiego Ridwana z Aleppo. Potem zdobyli miasto, podzielili je między siebie, a kiedy dotarła kolejna odsiecz - niejakiego Kuburghi, to z kolei ona ich zamknęła w mieście, które świeżo co przeszło oblężenie. Nie mieli co jeść, więc zaczęli jeść konie. W jakimś momencie zdecydowali się wydać bitwę oblegającym. Wcześniej rzekomo odkryto miejsce ukrycia włóczni, którą przebito bok Jeszuy, wszyscy pościli, co nie było trudne bo i tak już nie mieli co jeść, a na koniec przyjęli komunię świętą. I postanowili, że ruszają do boju, wóz albo przewóz. Oni na żadną odsiecz nie mogli liczyć. Ja myślę, że doznali pomieszania zmysłów. Wyszli za mury i uderzyli na wrogów w szyku pieszym. No bo konie już zjedli. I uderzyli z taką furią, że wygrali, rozbili zupełnie armię Kubrughi. Niektórzy widzieli na chmurach nad wzgórzami wokół Antiochii hufce niebieskie jak wspomagały atakujących pieszo krzyżowców w tym św. Idziego, a jakże. Furia albo cud. Dzisiaj pan papież spotkał się z żonami jeszcze żywych obrońców Azowstalu. Prosiły go żeby coś zrobił, żeby wystąpił jako strona trzecia, czyli rozjemca, żeby wyciągnął ich ukochanych z pułapki. Pan papież powiedział, że będzie się gorąco modlił i zrobi co tylko się da. I ja mam propozycję. Ja się pomodlę za siebie i za pana papieża do kogo mi pan papież każe. Nawet mogę to robić wiele godzin dziennie. Niech pan papież w takim razie zajmie się już tylko robieniem czego tylko się da, żeby ich stamtąd wydostać. Stary jest, zmęczony, niech się już tak nie modli bo się zmęczy jeszcze bardziej. Niech tylko robi co się jeszcze da zrobić. Nie wiem, niech wsiądzie do papamobile, niech tam pojedzie jak prorok, którym niby jest i powie "No pasaran". Niech coś zrobi. Bo zdaje się że zostaje tylko Cud. Może być taki jak pod Antiochią 28 czerwca 1098 roku, nie będę się kłócił. (Był to kolejny post, który zdaniem miłościwie panujących nam standradów facebooka nie spełnił standardów społeczności, w związku z czym Zenon Kałuża dostał bana na 24 godziny. Powód: Twój post narusza Standardy społeczności w zakresie propagowania nienawiści 12 lis 2021 Twój komentarz narusza Standardy społeczności w zakresie prześladowania i nękania Nic nie rozumiem. Ktoś? Coś) Po banie dalej po bandzie. Mariupol, Mariupol, Mariupol "Why waste your breath moaning at the crowd? Nothing can be done to stop the shouting. If every tongue were stilled The noise would still continue. The rocks and stone themselves would start to sing!" (Hosanna, Jesus Christ Superstar) Policzyłem dokładnie, bo administrantura ciała naszego fejsboga, w którego ciele żerujemy jest gorsza od rejestru skazanych, gdzie po jakimś czasie najgorszy wyrok karny - ulega zatarciu. Gdy dostajesz mandat od polskiej policji to punkty karne po jakimś czasie też się resetują. Tutaj nic nie zostanie zapomniane. Zatem policzyłem - razem z tymi banami, które uznane zostały za głupie i cofnięte - ostatni, dobowy ban, był banem siódmym. Nie ma od tych banów skutecznego odwołania, nie ma kogo zaskarżyć w razie większej kary. To trochę jak z centrum handlowym. Mówią - miejsce spotkań i interakcji społecznych. Acha. Jasne. Wyjmij gitarę i zacznij grać w centrum handlowym "Whisky moja żono". Ciekawe jak długo pograsz. Takie to miejsce spotkań. Kupować mają, zjadać mają, nabierać chęci na konsumpcję mają. Więc oczywiście wolność ekspresji, póki nie naruszasz standardów społeczności które są nieznane i co do których nie wiadomo kto podejmuje decyzję czy istotnie zostały naruszone czy nie i dlaczego. I kogo pozwiesz o odszkodowanie? Kto ci zapłaci za łzy, jak śpiewał niegdyś zespół "Lombard"? Długo nad tym myślałem. I pomyślałem że to istotnie może być atak onuc. Szczególnie gdy chodzi o ostatni ban - poszło o mój tekst pod tytułem "Biedna Europa patrzy na Mariupol". To ten tekst zdaniem administrantury okazał się groźny, siał nienawiść i był przykładem nękania. Przypomnę, mój post był o rozpaczy, której na imię Mariupol. Tam ciągle walczy - po osiemdziesięciu dniach bez zluzowania strzęp jednego pułku i jednej brygady, zepchnięty do podziemi pod hutą, jakby połączenie w jednym losu Warszawskiej Starówki, Warszawskiego Getta i Czerniakowa. Walczą i pod wieczór siedemdziesiątego dziewiątego dnia nagle czytam, że "Obrońcy Mariupola trzymający redutę w zakładach Azowstal odbijają pozycje zajęte przez Rosjan" Głodni, zepchnięci do podziemi jeszcze kontraatakują? Jak to nazwać, jakie znaleźć określenia, gdzie ich umieścić na skali odniesień, w szkielecie jakiej historii dokonanej szukać podobieństw? Powiadają, że może zaatakowali, żeby zdobyć na wrogu amunicję, żywność, pakiety opatrunkowe, a nie zająć jakieś utracone pozycje. Może. I teraz robi się jasne, dlaczego komuś tak źle z tym, że opowieść o Mariupolu trwa, jest opowiadana, utrwalana. Być może nie wystarczy, że w wyniku walk zburzono lub uszkodzono 90% zabudowy miejskiej Mariupola. Nie wystarczy, że nie można się doliczyć dziesięciu, może dwudziestu tysięcy mieszkańców miasta wśród żywych. Nie dość, że pod miastem pracują pełną parą mobilne krematoria. Nie daje satysfakcji gruzowisko Teatru Miejskiego skrywającego setki ciał cywilów. Nie dość wstrząsające były zdjęcia zbombardowanego szpitala położniczego, kobiet w zaawansowanej ciąży na noszach, wśród gruzów, pamiętacie to jeszcze? Za mało było osiemdziesięciu dni oblężenia. Jeszcze wywieźć mieszkańców na Sachalin. Dzieci porwać i oddać rodzinom do rusyfikacji. Wszystko za mało. Chcą jeszcze pozabijać obrońców. Pułk "Azow". 36 Samodzielna Brygada Piechoty Morskiej. Te nazwy zostaną w pamięci, wojownicy będą o nich opowiadać przy ogniskach tak samo jak wielu innych niezrównanych. A zatem to wszystko za mało. Chodzi o to, by zginęło samo słowo, nazwa, by przestało się kojarzyć, by wymazać nie tylko budynki, ulice, szkoły, hutę, port, ale i samo słowo, nazwę. Bo słowo to początek opowieści, a ta bywa niepokonana. Jak Klechda Starszliwa o Czornobajewce, jak Klątwa Wyspy Węży, jak opowieść tajemna o Duchu znad Kijowa, jak pieśń o chwalebnej obronie Czernihowa, jak fraszka na papieża, który nie umie powiedzieć głośno "rosja". Zatem ma zniknąć nazwa miasta jak Azow i Stal - Mariupol. No i myślisz, co robić. Może uciszyć sygnał nadawczy? Wycofać piracką radiostację? Zanurzyć okręt na peryskopową albo głębiej? Czy jednak powtarzać dalej, powtarzać uparcie i niezmiennie, nieustępliwie przypominać dzień po dniu, noc po nocy Mariupol się broni Mariupol się nie poddaje Mariupol, Mariupol, Mariupol Mariupol w głowie, Mariupol w sercu Mariupol o poranku Mariupol o zmierzchu Mariupol, Mariupol, Mariupol Niepokonany. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Maciek Bielawski – portrety
Portret jest kolejnym etapem mojej fotograficznej pasji. Wcześniej były koncerty, fotografowałem je ponad dwadzieścia lat. Przejście do portretu odbyło się płynnie: po koncertach czasami prosiłem muzyków o zapozowanie do zdjęcia. Zwykle były to dwie-trzy klatki. Spodobało mi się. W ten sposób z fotografowania ludzi na scenie wyszedłem poza scenę. Zwykle sam zapraszam do zdjęcia. Albo spotykam kogoś znajomego i pytam, czy miałby ochotę na portret. Warunki zastane, kilka klatek. Dwie minuty. Gdy dłużej - czuję się zmęczony i wydaje mi się, że osoba fotografowana również. Fotografowanie osoby pozującej wymaga ode mnie skupienia, wejścia w decydujący moment. Sztuką jest go wyczuć. Dlatego najlepiej fotografuje mi się osoby, które, choćby przelotnie, znam. Większość prezentowanych poniżej fotografii to wynik kilku ujęć tego samego kadru, ale są i takie, gdzie tylko raz nacisnąłem spust migawki (Jan Emil Młynarski, Karol Maliszewski, Olga Wróbel). Moje zdjęcia, nie tylko portretowe, można obejrzeć na stronie www.maciekbielawski.pl oraz www.cosnasciane.pl Łukasz Plata, Kuba Majchrzak (Przepych) Tadeusz Rolke Urszula Honek Igor Pudło Hubert Kostkiewicz Ilona Witkowska Olga Wróbel Karol Maliszewski Konrad Góra Darek Foks Iwona Jarosz Marta Szumna-Mitek Paweł Sołtys Jan Emil Młynarski Agnieszka Bykowska Marcin Świetlicki Maciek Bielawski – opublikował powieść Twarde parapety (2016), zbiór Doktor Bianko i inne opowiadania (2019) oraz Doctor Bianco and other stories w przekładzie Scotii Gilroy (nominacja do EBRD Prize). W 2024 ukazała się powieść Ostatni . Obecnie pracuje nad minipowieścią o fotografii. Laureat Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania w 2017 roku. Jego zdjęcia znajdują się w książkach, czasopismach, na albumach muzycznych i plakatach. Mieszka we Wrocławiu.
- Zuzanna Marciniak – Rybie oko i inne wiersze
Rybie oko wiadomość że ktoś uczy się latać na Golden Gate Bridge pojawiła się w przerwie między reklamami most zaliczył swoją próbę w wywiniętym rybim oku dziecko liże palcem zakrzywienie przęsła i wchodzi w załamanie trajektorii szuka błędów które nie dopłynęły do brzegu Bunt zbuntował się i teraz ma tatuaż z Escobarem na pośladku w cenie miesięcznej pensji samotnej matki znawca sztuki twierdzi że twórca posiadał dobrą kreskę tusz wpasował się w klienta twarz prawidłowo uwypuklona wąsy na swoim miejscu (Putin jest zaniepokojony – nie identyfikuje się z wąsatymi ale do odważnych świat należy) najbardziej dotkliwa konsekwencja że ponoć z tego już nie wyrośnie nic śmiesznego Zabawki uciekł z domu z siną twarzą przypomniała mu że ma jedno płuco nigdy nie połykał tak łapczywie dziewczyn bez ojców przestał bać się dinozaurów na piżamie miał plecak z psim patrolem dźwigał wszystkie oddechy porzuconych figurek Biały kołnierzyk podnosząc ciało zakładał warstwy zapach krochmalu skórzany pasek w kolorze koniecznych butów między nozdrzami a przeponą studnia na bezdechu widziana przez dziurkę guzika w kieszeni papieros lakmusowy wciągał kwaśny pot gdy materia wypierała się niepoukładanych atomów piętrzy się w kwadraturze łóżka nagi grzbiet wyplutych butelek Tabletka pod wkłada mi język pod język chropowatą strukturą stara się prawidłowo wyrównać ciśnienie w najbardziej nabrzmiałym miejscu zetknięcia przeciwnych warstw powietrza nie wie że zaszyłam ślinę w bliznach do wielokrotnego przełykania Zuzanna Marciniak (ur. 1992) – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Autorka zbiorów wierszy Przeźrocze (2021) oraz Zbliżenia (2023). Publikowała w „Akancie”, „Ypsilonie”, „e-eleWatorze”, „Babińcu Literackim”, „Poezji na każdy dzień” i „Bezkresie” oraz antologiach Fundacji Poetariat. Jej wiersze były czytane w audycji „Szara strefa poezji” w Radiu Plus. Interesuje się fotografią, muzyką etniczną i literaturą faktu.
- Tomasz Hrynacz – trzy wiersze
Rajskie życie Wciąż czeka. Jeden chuch ożywi palce. To stwarza jakąś szansę. Epitafium Pawła N. be, niedobre biurko! zabiło ptaszka! zabić biurko! Ostana litera Nazywa się żal. Nazywa się żałoba. Ona już z nami się nie liczy. Ona jest świadkiem nieboskiej próżni. Próżno wymówić niebo. Prezentowane wiersze pochodzą z tomu Corto muso, który ukaże się w Wydawnictwie „Forma” w 2025 r. fot. Katarzyna Hrynacz Tomasz Hrynacz (ur. 1971) – poeta. Autor tomów wierszy: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Rebelia (2001), Enzym (2004), Dni widzenia (2005), Praski raj (2009), Prędka przędza (2010), Przedmowa do 5 smaków (2013), Noc czerwi (2016), Dobór dóbr (2019), Pies gończy (2021), Emotywny zip (2021), Lallen (2023). Tłumaczony m. in. na język angielski, chorwacki, czeski, kataloński, maced oński, niemiecki, serbski i ukraiński. Mieszka w Świdnicy.










