top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Natalia Grudzień – wiersze

    *** Ciało M. nie nosiło śladów użytkowania. Było puste. Bez skrawków i innych strzępów. Można było je oddać na reklamację. Nikt jednak nie przyjmował zwrotów. Czas coś z tym zrobić. Szanowny Panie zwracam się z uprzejmą prośbą o ponowne rozpatrzenie mojej prośby. Niech no pan tylko spojrzy, pomarszczone serce, skruszała wątroba. Brak. Nadmiarowy brak. Nikt nie odbiera. Nie odczytuje. Odczytał, nie odpisał. No tak, umył ręce w gorącej wodzie. Odszedł. *** Trzymaj rękę na pulsie – powtarza siostrę. Muszę ci zmierzyć ciśnienie. Coś blada jesteś. Jadłaś coś dzisiaj? Siadaj. Ale spokojnie, nie denerwuj się tak. Ostatnio nikniesz w oczach. Ściany się kurczą. Siostra odchodzi. Chodź na obiad, no już, bo będziesz jadła zimny. Ale przestrzeni już nie ma. M. utknęła. Ma oczy szeroko otwarte. Zamyka je. Otwiera. Zamydla.  *** M. przyszywa sobie oczy. Siostra podaje igłę i nitkę. Zdarłaś sobie tęczówkę. Wysuszyłaś powiekę. Daj, ja to zrobię. Pewnie boli. Nie bój się, do śmierci się zagoi. Zawiązuje pętlę. I voilà, już gotowe. Ściany nadal się kurczą. Nikną. Maleją. Chyba łamią się ich kości. Ktoś puka do drzwi.  *** Szanowna Pani M. niestety nie przyjmujemy ciał do reklamacji. W razie kontaktu prosimy o... M. nie kończy. Po chwili zdziera z siebie skórę. Wychodzi z niej. Pozostawia na wieszaku. Skóra jest szorstka. Chropowata. Jej ciało zaś lepi się kurzem. tłuszczem. Dookoła brzęczą muchy. Siadają na kobiecie. M. nie przejmuje się tym. Na języku niesie śmierć. *** Pacjentka M. straciła przytomność w mieszkaniu. Siostra wezwała pomoc. Odwodniona. Niski poziom hemoglobiny. Należy zszyć jej dziurawe ramiona. Mam nadzieję, że nikt z was nie cierpi na trypofobię. No już do roboty. Pani ma piękne organy. No może jedynie biodra obdrapane. Ciągnijcie ją za język. Mocno. Podobno poparzyła sobie głos. Musicie to sprawdzić. Potem Wpiszcie dane w komputer. Podana fraza nie istnieje. Proszę pani co zrobić. Nie znaleziono. Czyli umrze. Lekko przyszła, lekko odejdzie. Pacjentka przerośnięta śmiercią. Odsypia właśnie rozkład. Przykłada ucho do ciała i wlecze za sobą żałobę. Aż po grób bo umrzeć to znaczy. Nic nie znaczy. Pacjentka M. wstała. Straciła przytomność po raz kolejny. Przepraszam, ale tej pani zsiwiały jelita. Na sznurze zawisła jej skóra. Przeszyło ją ciało. Podobno zdarła z siebie życie. Umarła M. niech umrze N.  Natalia Grudzień  – studentka filologii polskiej w Poznaniu. Prowadzi radiowe audycje o literaturze. Jest też reporterką. Gra na gitarze, słucham Pink Floyd i Fleetwood Mac. Gdyby mogła wskrzesić jednego poetę – bez wahania wybrałaby Wojaczka.

  • Oliwia Stępień – trzy wiersze

    Amatorka cudzej własności  Bardzo się boję, że z moich piersi   zacznie kipieć mleko dla matki. A ja   nie umiem karmić, więc za karę mnie   nie pogryzie.      Jak mi wstyd, że cię okradłam.  Masz takie biedne dziąsła, a ja   zamiast zostawić pieniążek pod poduszką,  obsikałam całe łóżko, jak pies   albo tata. Bardzo się boję,   że rozetnie mi piersi, wleje w nie mleko   i zacznie płakać, żeby go nakarmić.   A ja tak bardzo się boję, więc wypadną mi włosy.  Naturalna cywilizacja   Chodzi tylko o to, że wszystko będzie.  I dobrze, bo na sprawdzianach z matematyki    były punkty za rozumowanie, nawet    jeśli potem od wyniku odwiódł błąd w rachunku.  Dobre odpowiedzi mogły zostać w kluczu,  dlatego wszystko będzie i dobrze. Dzisiaj  znowu ułożą się w niego ptaki,  spowodują bliżej nieokreślone wzruszenie.  Pomyśl: jeśli nie powinien   schodzić na psy globus kupiony w worku,  to w jakim miałby innym kierunku?   Ziemia jest nadal okrągła i nie ma końców  świata. Wahania wagi  Siedemdziesiąt procent człowieka, woda  odkłada się w Internecie, a potem Internet puchnie.  Ojej, taki jest gruby i nadal ma wyświetlenia.   Otyły i się nie rusza, dlatego się go odwiedza.   A potem przyszła sztuczna inteligencja.   Kiedy w organizmie odkłada się woda, należy pić.  Ze zdjęć z siłowni wiemy, że   w naszych bicepsach jest dużo wody,   która napędza, napędza, napędza   i potem zrobi taką talię osy i osa nas   użądli w, haha, głowy, które zaczną uciskać nasze,  haha, mózgi, a potem się budzisz. I myślisz sobie  w ilu miejscach jesteś, nawet jeśli twój profil jest pusty.   Koszmar. A jeśli puchnie, to pęknie? A jeśli pęknie,   to powstanie nowy? A kogo to obchodzi,  ten ma życie   przed sobą.     Oliwia Stępień (ur. 2002) – laureatka Nagrody Specjalnej w Konkursie im. Jacka Bierezina (2022). Debiutowała tomem Nie chciałam coli (2023). Mieszka w Katowicach.

  • Magdalena Łubkowska – trzy wiersze 

    nie wchodź do lasu   mówili  nie wchodź do lasu  drzewa zamkną cię  w swoich ramionach  opuszkami gałęzi dotkną  każdego miejsca na twojej skórze szeptem rozleją cierpkie słowa  między tkankami  czerwienią snów zostaną ci w głowie  nie wchodź do lasu   mówili  noc nie zostawia śladów   po tamtej stronie lasu niezagojone rany wypełzają spod kamieni jak węże sny pocięte na kawałki rozpuszczają się na języku wiatr łamie ciszę i skrzydła białych ptaków (czarne zawsze były silniejsze) noc nie zostawia śladów las milczy kiedy patrzy pod światło nigdy nie widzi końca Linie papilarne  Mówili, że nie jest stąd (tylko z miasta),  że płacze nocami i ciągle drżą jej ręce.  Często siedzi przed domem z ciszą  zawiązaną wokół szyi i ustami  zasznurowanymi przed tym, co nieznane. Resztki strachu przechowuje pod paznokciami.  Zagubiony uśmiech wpada w oczy jak piach i szybko spływa na ziemię.  Kiedy wyprowadzi się na dobre, zostaną po niej  filiżanka z różą, dwie wsuwki do włosów,  książka z zagniecionym rogiem i zielony koc  na poręczy ulubionego fotela. Zostaną linie papilarne na starych fotografiach. I pamięć zdarta do krwi. Magdalena Łubkowska  – autorka czterech tomów wierszy: Cienie moich tęsknot  (2022), Dziewczyna w papierowej sukience  (2023), Ostatni koniec świata  (2023) i Układam się w całość (2024).  Publikowała m. in.: w „Toposie”, „Akancie”, „Wydawnictwie J”. Pracuje w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej w Żywcu.

  • Marcin Mielcarek – Na krechę

    Czułem się cholera podle. Chodzi mi o to, że od dawien dawna czułem się podle, ale ten ostatni tydzień dał mi mocno w kość. Sprawy nie wyglądały zbyt dobrze, w ogóle i w szczególe, jakoś się cholera nie układało. Starczy powiedzieć, że mój szef orżnął mnie na sezonowej premii, auto wymagało remontu silnika, sąsiad zalał mi mieszkanie i nie chciał i nie miał z czego zapłacić, jakiś koleś z którym biłem się na ulicy przed barem zgłosił sprawę na policję, a na dodatek wszystkiego nie chcieli drukować moich opowiadań w “Odrze” czy “Twórczości”. Naprawdę nie wyglądało to najlepiej. Znajoma poetka, której nie miałem okazji jeszcze przelecieć, napisała mi, że siedzi na Krecie, w cieple i słonku, kiedy ja tkwiłem u mojego innego znajomego poety, a za oknem na ulicy była tylko szarość i deszcz i niespełnione marzenia, leżące na mokrym, śmierdzącym asfalcie niczym zgniłe liście. Ten mój znajomy poeta był pedałem, przepraszam to znaczy homoseksualistą, chociaż on sam mówił o sobie, że jest pedałem, więc sam już nie wiem czy kajać się czy nie. W każdym razie zaprosił mnie do siebie, zorganizował posiadówkę. Miało przyjść kilka osób, głównie słabo rokujących poetów i pisarzy, ludzi, którzy w pewnym momencie wymyślili sobie, że pisanie stanie się ich hobby, kiedy tak naprawdę pisanie było nadzieją i męką i bólem tkwiącym głęboko w tobie, czymś każącym ci zwariować albo się powiesić albo jedno i drugie. Na miejscu okazało się, że wszyscy są homoseksualistami, a jedyna babka na kwadracie identyfikowała się jako lesba. Jakiś czas próbowałem poddać próbie jej deklarację, ale dałem sobie spokój, bo wcale mi się nie podobała. W każdym razie w ciasnym korytarzu i tak wsadziła mi jęzor w usta. Miała mały, śliski język i smakowała czymś nieciekawym, chyba szarym mydłem. Przyglądał nam się z odrazą Autoportret Vincenta van Gogha wiszący na ścianie. – Cholera, ale jestem napalona – wyrwała, prawie mnie opluwając. Była rzecz jasna naćpana. Wszyscy tu byli naćpani albo nagrzani - ja też piłem. W końcu ona sobie poszła - do dziewczyny czy coś w tym stylu - i zostali sami faceci, to znaczy chłopaki. Tak, zostały same chłopaki o miękkich dłoniach, sercach i zadkach. Siedzieliśmy w salonie i gadaliśmy, a raczej ja głównie słuchałem, właściwie myślałem o tym całym kurewskim życiu. Dlaczego to mnie spotyka? Dlaczego nie mogłem urodzić się jako ksiądz, agent ubezpieczeniowy albo chociażby hydraulik? Czy Głowacki też miał tak ciężko? Siedząc sobie w Ameryce, popijając drinki na Manhattanie za wielką wodą? A Hłasko? Czy on miał ciężko? Do czasu, znaczy krótko. Himilsbach? Może. Może tak, ale pociągnął całkiem długo jak na etatowego pijaka. Uniłowski zdechł zanim na dobre się rozkręcił. W pewnym momencie któryś z tych gładkich gogusiów powiedział: – Pissing podczas analu. To jest moje marzenie. Pissing podczas analu. To był jakiś niski grubas, którego imienia nie kojarzyłem. Miał pryszczaty ryj, to znaczy pryszcze pokrywały mu połowę twarzy. Drugą połowę zasłaniała czarna broda. Chłopaki włączyli jakąś muzę, to znaczy słuchali Lany Del Rey i zaczęli w jej rytm podrygiwać, popijali winko i kręcili swoimi pedalskimi zadkami. Któryś z nich w końcu wsadził jednemu ozor do gardła. Zaczęli się całować, jeden przez drugiego. Jedna wielka komuna. – Całowanie jest bardziej intymne od seksu – rzucił któryś z nich. – Tak, całowanie ma w sobie coś głębokiego – odparł inny. – Ja wolę się całować niż bzykać – dodał trzeci. Nagle stanął nade mną jeden z tych pedków. Chudy drągal o niebieskich oczach, jasnych włosach i nieciekawej twarzy. Pracował na stacji benzynowej czy coś takiego. Jego nos był zaczerwieniony od kataru albo koki. – Chcesz się całować? – zapytał mnie. – Nie jestem w nastroju – odparłem. – No dawaj, będzie fajnie. – Zaraz stracisz resztkę zębów koleś. – Jak sobie chcesz. Odwrócił się i dobrał do kogoś innego. Chłopaki migdalili się kilka minut, masując po tyłkach i fiutach. Kiedy mój przyjaciel poeta wyciągnął swojego drągala, a drugi uklęknął, aby zacząć mu obciągać, powiedziałem: – O, kurwa! Jak dla mnie to za dużo! Podniosłem się z kanapy, poszedłem do korytarza i wzułem buty. Na nogach zacząłem wracać do swojego mieszkania. W międzyczasie spotkałem na ulicy białego kota, który nie miał przedniej, lewej łapy. To znaczy miał białe umaszczenie, bo cały był szary od brudu. Poruszał się jak kulawy. – Kici, kici – zachęciłem go, udając, że mam coś w dłoni. – Kici, kici. Spojrzał na mnie z niechęcią, potem zasyczał i wskoczył w krzaki. Najwyraźniej pomimo tego kurewskiego braku kończyny potrafił sobie radzić samemu – w przeciwieństwie do mnie. Naprawdę mi zaimponował, dlaczego o takich jak on nie robi się bajek dla dzieci? Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Izy. Odebrała za czwartym razem. – Dasz mi na krechę? – zapytałem bez pardonu. – Jezu to ty. Wiesz, która jest godzina? Dawno już śpię, miałam cholernie ciężki dzień. Po co mnie budzisz o tej porze, co? Coś się stało? – Pytam czy dasz mi na krechę. – Nie dam ci na krechę. – A zrobisz mi herbaty? Przez moment się nie odzywała, ale w końcu oznajmiła, że zrobi mi herbaty. Iza mieszkała niecały kilometr od mojego kumpla poety, więc znalazłem się tam po kilku minutach. Znałem ją jeszcze z liceum, potem gdzieś mijaliśmy się w życiu, pracowaliśmy nawet razem krótko w hurtowni części do maszyn rolniczych. W końcu ona została prostytutką i cholera miała do tego rękę, naprawdę znała się na rzeczy. Poza tym nie dawała sobie w kaszę dmuchać i niejeden napalony małpolud został ustawiony do pionu. Brała dużo, ode mnie mniej, ale jeszcze nigdy nie prosiłem jej o seksualną przysługę. Potrzebowałem tego jak nigdy. Kiedy stanąłem przed jej drzwiami otworzyła mi w białym szlafroku. Farbowane na jasny blond włosy miała związane, twarz bez makijażu. Nie była śliczna jak księżniczka, ale miała w sobie coś interesującego, jej buzia przykuwała wzrok, samo spoglądanie na nią sprawiało przyjemność. Jej brązowe oczy nie wyglądały jak zwykle, czyli nie wyglądały na wkurwione. Raczej ciekawiło ją dlaczego do niej przyszedłem. Wpuściła mnie do środka. Usiadłem w kuchni i rzuciłem: – Cholera Iza, przecież nie musisz paradować w tym czymś! – Oglądanie też kosztuje. A poza tym pracuję do jedenastej. – Czyli nie dasz mi na krechę? – Absolutnie. Wstawiła wodę na herbatę, a potem zaczęła coś przekładać w szafkach. Patrzyłem jak się krząta, przypominając sobie jej nagie ciało, które teraz niestety zostało przede mną ukryte. Iza była całkiem wysoka, miała ładne, duże piersi, do tego długie nogi i fajny, duży tyłek. Nic dziwnego, że brała pół tysiaka za godzinę. Na jej miejscu też bym tyle brał. – Iza, kochanie, jesteś moją jedyną przyjaciółką – powiedziałem, kiedy w końcu postawiła przede mną kubek z gorącą herbatą. – Czytałam dzisiaj ciekawy artykuł – odparła. – Gdzie? – W Wirtualnej Polsce. – Nie czytam portali internetowych. – Ty niczego przecież nie czytasz. – Fakt. – W każdym razie był o rosnącym poparciu dla terroryzmu. Wiesz chodzi o to, że znaczna część niemieckiego społeczeństwa sympatyzuje z tym co robi Hezbollah i Hamas. Oczywiście mowa o muzułmanach mieszkających w Niemczech. To okropne, co? Ta cała postępująca radykalizacja społeczeństw. Dokąd ten świat zmierza? – Wisi mi to i powiewa. Powiedziałem jej, żeby usiadła obok mnie. Blisko mnie. Na tyle blisko, żebym mógł pomacać ją po nogach. Naprawdę miała świetne nogi. Gładkie i opalone, to znaczy lekko muśnięte słońcem, a nie spalone na solarze. Położyłem dłoń na jej kolanie. Nie zabrała mojej ręki, więc pozwoliłem sobie na więcej. – Daj spokój – sprzeciwiła się, ale był to sympatyczny sprzeciw. Zbliżyłem się do niej i pocałowałem ją. To był dopiero pocałunek. – Nie całuję się z klientami – powiedziała po wszystkim. – Poza tym piłeś, tak? – Nie jestem klientem – odparłem. – I ja zawsze piję kochanie. – Nadal liczysz, że dam ci za darmo, mam rację? – Po co mówić w ten sposób, co? – Jak mówić? – Jak dziwka. – Jestem przecież dziwką. – Ale jesteś też moją przyjaciółką. – Powtarzasz się. Znowu ją pocałowałem. W końcu powiedziała, że mam iść się umyć, bo śmierdzę. Poszedłem do łazienki, ale zamiast wziąć prysznic, władowałem się do wanny. Nalałem sobie gorącej wody, wrzuciłem nawet sole do kąpieli. Na powierzchni zrobiła się pachnąca, gęsta piana. Brałem kąpiel od kilku minut, kiedy w końcu postanowiła do mnie zajrzeć. – Ostatnio płacę strasznie wysokie rachunki – oznajmiła. – Dlatego ja nie mam wanny. – Nie mówię tylko o wodzie. Prąd, gaz. – Wszystko poszło w górę. Na szczęście dobrze zarabiasz. – Na szczęście. Podeszła do mnie i zamoczyła dłoń w wodzie. – Wskakuj – rzuciłem. Zaśmiała się i powiedziała, żebym nie robił sobie żartów tylko wyłaził. Zrobiłem to, to znaczy podniosłem się, ukazując jej się w całej okazałości. – Miałam dzisiaj takiego jednego klienta – oświadczyła. – Chciał mi włożyć w tyłek, ale miał takiego jak koń. Ostatecznie skończyło się tylko na pettingu. – Pissing podczas analu – oświadczyłem. – Że co? – Nic. Jeden gej dzisiaj powiedział, że ma takie marzenie. Pokiwała głową i udała się powolnym krokiem w kierunku sypialni. Ja natomiast wytarłem się w jakiś ręcznik leżący na koszu do prania – potem pomyślałem, że pewnie wytarłem się jakimś facetem – i pognałem za nią. Była już bez szlafroka, w pełnej krasie. Leżała na plecach. Kiedy wszedłem do sypialni szeroko rozłożyła nogi. Miała cudowną, różową cipkę, jej cipka była tak śliczna, że pewnie zajęłaby podium w jakimś konkursie, może nawet pierwsze miejsce. Powiedziała mi, żebym założył gumkę i na nią wszedł. Chyba chciała mieć to z głowy. – Trochę więcej romantyzmu, kochanie – powiedziałem, kładąc się na niej. Zacząłem pieścić jej szyję, całowałem ją, a ona zaczęła się śmiać. – Łaskoczesz – wysyczała. – Daj spokój. Nie przestawałem, jej śmiech zaczął mnie rajcować. Potem polizałem prawy sutek, następnie lewy. Ssałem i gryzłem jej brodawki, ściskałem delikatnie jej piersi. Moja lewa dłoń powędrowała między jej uda. Odnalazłem łechtaczkę i łechtałem ją jak Bóg przykazał. W końcu oznajmiła, że mogę w nią wejść. Oczywiście dwa razy upewniła się czy założyłem gumę. Kiedy już w nią wszedłem nie trwało to długo. Brałem ją na misjonarza, było mi dobrze, za dobrze nawet, bo omal nie doszedłem w minutę. Przestałem ją posuwać i znowu pobawiłem się jej pięknym upiersieniem. – Kończmy to i chodźmy spać – szepnęła. – To był naprawdę ciężki dzień. Położyła się na brzuchu. Wlazłem na nią jak lew na lwicę i zacząłem posuwać. Całowałem jej skórę na karku i powtarzałem w kółko, że ją kocham – tak mnie coś wzięło. Szybko było po wszystkim. – Gdyby to potrwało trochę dłużej mógłbyś sprawić mi orgazm – oznajmiła, kiedy już leżałem obok niej. – Naprawdę? – Tak. Tak z kwadrans dłużej. Zaśmiałem się. Ona poszła do łazienki, a ja leżałem przez chwilę, rozkoszując szumem płynącej w rurach wody. Jednak dostałem na krechę, czyli życie nie było aż takie złe. Pozostało jeszcze zapytać ją czy mogę zostać na noc. Miała miękki, fajny materac. Naprawdę milusią, ciepłą kołdrę. Kto wie, może załapię się jeszcze na jakiś numer? Rzecz jasna nadal czułem się podle. To znaczy jakby trochę mniej. Ale wciąż. Marcin Mielcarek  (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki  w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych . W 2022 roku wydał powieściowy debiut Sztuka latania . Mieszka w Zielonej Górze.

  • Małgorzata Domurat – Misja: Benefity pozapłacowe

    Ewa otworzyła oczy. Proces teleportacji musiał dobiec już końca. Znów zaczęła czuć swoje ciało i słyszeć myśli. Jak zwykle w takiej sytuacji, zanim zdążyła się zastanowić, jak się czuje po wyjściu z komory teleportacji, wgrana instrukcja misji już nasuwała Ewie natrętną sugestię, aby otworzyła pakiet startowy.  Tym razem miał formę średniego rozmiaru podniszczonej czarnej torebki ze sztucznej skóry. Znalazła w niej szczotkę do włosów, szczoteczkę do zębów, dezodorant, szminkę, podpaski, gumę do żucia, jakieś tabletki i dwie plastikowe karty. Jedna miała rysunek pojazdu, a druga napis: Ewa Nowak Junior Account Manager. Ta druga była zawieszona na kolorowej wstążce, która nie wiadomo czemu zadziałała na Ewę kojąco. Chciała od razu założyć wstążkę na szyję i prezentować dumnie na piersi plakietkę Junior Account Manager. Podświadomie wiedziała już, że Ewa Nowak to ona, a ta karta będzie dla niej gwarancją dostępu do miejsca wykonywania misji.  Wiedziała już również, że pełen dostęp do tubylczych zasobów będzie miała dopiero dziesiątego dnia drugiego miesiąca misji. Do tego czasu będzie musiała sobie poradzić, żyjąc w foliowym namiocie tu w parku w centrum metropolii, w którym Korporacja umieściła komorę teleportacji. Co ciekawe, byli tu też inni w takiej samej sytuacji. Zgodnie z II. Kosmiczną Konwencją o Nieagresji pomiędzy Korporacjami przy Podboju Kosmosu, nie zamierzała sabotować ich misji, ani im przeszkadzać. Ot, taki pakt o korporacyjnej nieagresji. Zdarzyło się jej już kończyć teleportację w obozie pośród innych agentów. Wszyscy byli najemnikami, każdy myślał tylko o swoim zadaniu i planowanym powrocie do bazy. Nikt nie przeszkadzał innym, była tu więc bezpieczna. Od innych kloszardów dowiedziała się zatem, skąd zdobyć ubrania na pierwsze dni swojej pracy Junior Account Managera. Trzeba było wystać swoje pod kontenerem, gdzie tubylcy oddawali niepotrzebne ubrania, wypatrzeć kobietę podobną do niej samej wiekiem i figurą, a następnie poprosić, aby nie wrzucała ubrań do kontenera, tylko oddała je prosto w ręce potrzebującej, a nie tej firmie, która przemieli jej piękne garsonki i wykorzysta je w recyklingu. Patenty na zdobycie jedzenia również podpowiedzieli koledzy z konkurencji. W supermarkecie wystarczyło wsadzić palec do jogurtu i zaalarmować personel, a po piętnastu minutach odebrać jogurt ze śmietnika na zapleczu. Wiadomo było, że to był jej jogurt, po jej paluchu. Na koniec dnia trzeba było jeszcze zrobić obchód warzywniaków i barów, zebrać wystawiane zwiędnięte, nadgniłe jabłka, marchewki i ziemniaki. Zatem, miała się już w co przebrać ze skafandra do teleportacji i miała już co zjeść. Pora zacząć pierwszy tydzień pracy. Co dokładnie miała robić w biurze, nie wiedziała. Nikt z Korporacji nie był w stanie przygotować dla Ewy sensownej instrukcji wyjaśniającej, czym zajmuje się Junior Account Manager. Dlatego misja wymagała agenta, który będzie się w stanie płynnie dostosować do zmiennych warunków i nieznanych oczekiwać inwigilowanej firmy. Ewa została wytypowana do misji jako agentka średniego szczebla. Jej profil psychologiczny idealnie pasował do powierzonego zadania. Była cierpliwa, wytrzymała na stres, presję, nudę i była zaradna w przestrzeni miejskiej.   Oficer prowadzący Ewę uspokajał ją, opowiadając, że nawet inni pracownicy biura, z którymi przyjdzie jej pracować, nie wiedzą właściwie, czym zajmuje się Junior Account Manager. Ustalili między sobą jedynie listę ogólnych wytycznych, na której znalazły się m.in .: być miłą, zachowywać się spokojnie, nie zwracać na siebie uwagi, być responsywną, otwartą na nowe wyzwania, komunikatywną, być dobrym graczem zespołowym, umieć pracować pod presją czasu i być odporną na stres. Ustalili, że Ewa będzie się starała odpowiadać na wszystkie wiadomości ze średnim czasem reakcji i w umiarkowanym tonie. Jeśli czegoś nie będzie wiedziała albo rozumiała, powinna raczej się zgadzać niż protestować. Będzie tam miesiąc i dziesięć dni, więc wszelkie terminy realizacji zadań najlepiej umawiać po upływie tego okresu. Nie wiedząc zatem wiele, stanęła rano przed godziną 9:00 w przeszklonym holu i włączyła się w rzekę ludzi, pracowników inwigilowanej firmy, kopiując ich ruchy. I tak udało się Ewie przejść przez bramki wejściowe, wjechać windą na właściwe piętro i znaleźć swoje miejsce w bezkresnym open space . Jej stanowisko pracy to był mały box, miała do dyspozycji biurko, krzesło, komputer, telefon i słuchawki. Bitlocker, hasło i login do komputera znalazła napisane na żółtej karteczce przyklejonej pod klawiaturą. Korporacja się spisała.   Misja umieszczenia agenta w inwigilowanej firmie była przygotowywana przez Korporację od lat. Celem było zdobycie przez agentkę Ewę najcenniejszego benefitu pozapłacowego w całej galaktyce – bonów Sodexo Lunch Pass. Towar ten był na wagę złota w rozliczeniach między korporacjami handlującymi odległymi kosmicznymi terytoriami i metalami ziem rzadkich. Czemu był to środek płatniczy tak wyjątkowy? Aby go otrzymać, trzeba było przepracować miesiąc w inwigilowanej firmie bez ani jednego dnia spóźnienia, bez narażenia się managerowi, bez skonfliktowania się z zespołem i bez załamania nerwowego i depresji. Odbiór bonów odbywał się dziesiątego dnia kolejnego miesiąca, pod warunkiem pełnej frekwencji, osiągnięcia wszystkich miesięcznych key performance indicatorów  i pomyślnego przejścia testów psychologicznych w postaci pozytywnej oceny przez zespół i menedżera na comiesięcznym podsumowującym spotkaniu zespołu. I tak właśnie zaczęła. Szło jej nieźle. Mijał trzeci tydzień pracy Ewy, gdy siedziała w open space  zabijając czas. Poprawiła szal otulający jej tułów pod bluzką. Zakładała go, żeby nadać swojej sylwetce przymioty bułowatości i obłości. Zyskiwała tym niewidoczność u kolegów i koleżanek z biura. Makijaż też trzeba było zrobić taki średni, bez podkreślania oczu i żadnego wyraźnego koloru ust, a naturalny rąbek czerwieni dobrze pobledzić sypkim pudrem. Nie dopilnowała tego kiedyś i od razu pojawiły się kłopoty – zagadywanie w socjalnym, lustrowanie od góry do dołu. Każdy przejaw zwiększonego zainteresowania rodził ryzyko wyczucia zapachu osiedla kloszardów, starego potu z niepranych ubrań albo rozszyfrowania optymalnego systemu rotacji kilku sztuk garderoby, którymi dysponowała. Dlatego też nauczyła się na pamięć rytmu korzystania z biurowej kuchni i toalet. Znała minutowe sloty, kiedy można było spokojnie przejrzeć prowiant współpracowników. Zdążała wtedy przełożyć do swojego pustego pojemnika ze ściankami wyklejonymi niby prześwitującym spaghetti bolognese po trochu z kilku zestawów lunczowych. Po trochu – akurat tyle, że nikt nie zauważył, a dzięki temu koleżanki i koledzy z biura wyglądali szczuplej. Z kolei dobrze wykorzystany wolny slot w firmowej toalecie pozwalał umyć się pod pachami i podmyć się przy biurowej umywalce. Z myciem włosów musiała poczekać aż wszyscy wyjdą. W myślach cały czas odliczała do terminu zakończenia misji. Nie identyfikowała znaczących zagrożeń na horyzoncie, ale koszty misji ponosiła ogromne – codzienny ból głowy, ból pleców, opuchnięte nogi, dodatkowe kilogramy, niekończące się zapalenie gardła i zatok od klimatyzacji oraz pogorszenie wzroku od braku światła słonecznego. Do tego popadnięcie w marazm i szereg lżejszych oraz cięższych objawów otępiennych. Czuła się jak bezradny szczur wrzucony do dziury, z której nie jest w stanie się wydostać, gdyż ciągle ześlizguje się w dół po gładkich ściankach. To była jedna z trudniejszych misji, które pamiętała. Kilkukrotnie była już bliska zrezygnowania, gdy ukrywała się wieczorami w swoim foliowym namiocie w miejskim parku i myślała o kolejnym poranku i dniu spędzonym w inwigilowanej firmie. Było jej bardzo ciężko. Samotna, cały wolny czas musiała poświęcać na zdobycie pożywienia i zorganizowanie stroju na kolejny dzień pracy, który nie będzie się wyróżniał od strojów pozostałych Junior Account Managerów. W dni, kiedy menadżer kazał im zostawać dłużej, nie miała wystarczającej ilości czasu na obchód po sklepach i barach. Ewie pozostawało wtedy jedynie podkradanie jedzenia kolegom z biura. Jednak myśl o zdobyciu Sodexo Lunch Pass rozbudzała w Ewie taką żądzę, że gotowa była poświęcić całe zdrowie i przynajmniej część mózgu. Było z nią coraz gorzej. Dni mijały podobne do siebie jak maile, które otrzymywała. Aż nagle przyszedł TEN mail od kadr informujący o zmianie systemu benefitów pozapłacowych. Drodzy, mamy dla Was wspaniałą wiadomość. Od tego miesiąca likwidujemy dodatek do Waszych pensji w postaci bonów żywieniowych Sodexo Lunch Pass. W zamian za to wprowadzamy owocowe czwartki i możliwość korzystania w biurze z wody bez ograniczeń. Liczymy, że spotka się to z Waszym uznaniem, pozwoli Wam cieszyć się lepszym zdrowiem i nie będziecie obżerać się jak świnie w firmowej kantynie, którą tym samym likwidujemy. Serce Ewy waliło jak oszalałe. Z trudem powstrzymała przyspieszony oddech. Podniosła oczy, spodziewając się rebelii pozostałych pracowników, która oczywiście zakończyłaby jej misję. Mail jednak nie wywołał większego poruszenia w open space, widać objawy otępienne dotykały współpracowników mocniej. Ewie natomiast zrobiło się gorąco, poruszyła obrzękniętymi nogami i wysłała sygnał alertu do oficera prowadzącego z Korporacji. Nie minęło 5 minut, gdy na ekranie komputera Ewy pojawiła się wiadomość: Uciekaj szybko! Ratuj się! Aktywacja wrót teleportu za półgodziny w namiocie. Uwaga! Rozkaz natychmiastowego powrotu do bazy! Wiele można było mówić o Korporacji, ale dbała o swoich i nie pozwalała na narażanie zdrowia fizycznego i psychicznego swoich agentów… bez benefitów. * Opowiadanie powstało w ramach koleżeńskiego Projektu Ewa i zostało wcześniej opublikowane w formie audiobooka na kanale na YT Wytwory Wyobraźni. https://www.youtube.com/watch?v=uOsqzjKEWq4 Małgorzata Domurat   – czytam od zawsze, piszę  od kiedyś. Wciąż szukam, gdzie jest krawędź zasłony rzeczywistości, żeby unieść jej brzeg i przyjrzeć się temu, co znajdę pod spodem. Balansuję na granicy wolności i niewoli, by w wolnym czasie móc zajmować się ruchem, chodzeniem po krzakach i nudzeniem się. Publikowałam w „zakład.magazyn”, „Ypsilon”, „Siła-Paka Runga”, prowadzę profil literacki Zza krawędzi, byłam uczestniczką Pracowni przed debiutem prozą 2024  na festiwalu TransPort Literacki 29.

  • Michał Piechutowski – sześć wierszy

    Predestynacja A może wszystko ma swój sens Wydarzenia układają się jak pasjans Albo pierwiastki na tablicy Mendelejewa Wpadają uporządkowane kształtami W stosowne otwory dziecięcej zabawki I w ustalonej sekwencji przez kowala losów Być może biali muszą czuć się lepsi Żółci - być pracowitsi Czarni - pogardzani A Indianie północnoamerykańscy Wytępieni Jan Kalwin w coś takiego wierzył No może nie do końca aż tak Z tobą chcę podpalić świat Rozpętajmy światową pożogę Niech pochłonie stare formy Jak u Hasiora zapłoną portrety Prezydentów i pierwszych sekretarzy Kościelne chorągwie wojskowe sztandary Czerwone czarne i tęczowe flagi Bandery proporce wimple Loga wszechwładnych korporacji Oraz hasła demonstrantów Runą katedry i biurowce Świątynie i betonowe termitiery Ogniem oczyśćmy świat By powstał nowy bez wad Nasz gniew sięgnie nieba i spopieli Gwiazdy chorągiewki na księżycu Zaczniemy od ogniska na działce Zagrabimy suche liście i naznosimy chrustu I słusznie Życie to zbiór strat Ich ilość rośnie wraz z jego długością W postępie geometrycznym Granicę stanowi kres istnienia Niegłupio to wymyślone Coraz mniejsza liczba rozmaitych uwikłań Pozwala na obniżenie poziomu stresu Związanego ze świadomością kresu życia W panującym porządku rzeczy Śmierć jest nieodzowna by zrobić miejsce Następnym pokoleniom ludzi I stopniowo oduczać ich zachłanności A jest czym się zachłysnąć Młodość Miłość Przyjaźnie Ambicje Nadzieje Życiowe plany To tylko wybrane przykłady Na szczęście wszystko Kruszy się i ściera Jak kamień w zapalniczce Hydrant (Świetlickiemu) Zobaczyłem neon więc wszedłem Pchnąłem drzwi i się otwarły Nie wszedłem zamawiać Nie wszedłem zapijać Nie wszedłem awanturować się z ochroną Ja wszedłem się odlać Mam już we krwi dwa promile I nie ma w niej miejsca na trzeci Odpada dylemat czysta czy whisky Wszedłem się odlać Zobaczyłem neon więc wszedłem Pchnąłem drzwi i się otwarły Nie wszedłem zamawiać Nie wszedłem z sanepidu Nie wszedłem wszczynać bójki Nie wszedłem uciekać nie płacąc Ja wszedłem się odlać Graliśmy Najpierw w piwnicy U kumpla w kamienicy Potem w domu kultury Ostro Bezkompromisowo Cali my Chcieliśmy podpalić świat Spaliliśmy wzmacniacz A ja dostałem Zapalenia gardła Wypieprzyli nas z domu kultury Bunt się skończył Do matury pół roku Nasi ojcowie nasze matki Z biegiem czasu Nasze matki Znienawidziły naszych ojców Klasyk tamtych czasów Wódka i rękoczyny A kiedy owdowiały Czują się samotne Nie wiedzą co zrobić Z dalszym życiem Więdną nadspodziewanie szybko Może jednak ich kochały A może życie straciło sens Bo złość była dla nich Paliwem na każdy dzień I dlatego tęsknią Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

  • Agata Litwin – siedem wierszy

    Na Bajkał patrzę tylko o świcie Selenga, Górna Angara, Barguzin, Turka, Śnieżna, Sarma i wiele podobnych substancji i zawiesin wysokiej przezroczystości. W odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu widać dno. Jezioro przypomina morze. Znajduje się w dorzeczu ryftowym i ma podobną budowę jak Morze Martwe. Na dnie znaleziono wiele fragmentów meteorytów i niewytłumaczalne układy pułapek. Podobno wody jeziora zawierają szkatułkę Pandory i magiczny kryształ Kali-We. Nazwane Świętym Morzem przez Buriatów. Największą wyspą na jeziorze jest Orchon. Miejscowi wierzą, że odwiedził ją Jezus i wielu kapłanów błogosławiło północne brzegi. Wracam tu często, choć tylko w marzeniach. Na razie musi to wystarczyć. Hydranty Teraz kiedy dużo wiemy i prawie nic nas nie rusza. Może takie elektrony od atomów wodoru strzelające do atomu tlenu. Może takie atomy wodoru, co niosą ładunek dodatni, z atomami tlenu o ładunku ujemnym. Z rachunek ujemnym utworzonym w biegu. Z łatwością wchodzimy w związki paranormalne. Zbyt pochopnie, nagle, uderzająco i telepatycznie, przyciągamy się.  Cząstka goni cząstkę.  Na razie na straconej pozycji rozluźniamy zbroje polerując powietrze w przedziale wagonu odpinając pasy pozornego światła jeszcze jednej chwili nasyconej fenolem i nic nad poziom słowa i nic nad pozycję, którą wyznaczamy – przy szybach – może nawet głębiej – drapiemy się po nosie chmury kępkami skaczą po koronach na razie jesteśmy przed czasem na razie mamy to w głosie Robiłeś zdjęcia ptakom mówiliśmy różnymi językami a i tak coś nas przyciągało ta inność w identyczności kołysała ciepło uczuleni na chłód prosto z ulicy wchodziliśmy w morze morze przypadku obiecywało co nieco morze dni – jakieś uniki  nikt nie zdradzał myśli nie ruszył niczym wiatr w podróż podwodną – żadną a i tak coś się wymknęło coś co się wciąż wymyka – wypiętrza w innej linii czasowej odrywa od matrycy pęka i uczłowiecza coś co skrzypi drzwiami upuszcza szklankę  dzwoni w uchu po czwartej i nie ma pytań do drzewa ani innych ptaków to co gra ponad ciszą  i we wszystkim ma władzę Jednokierunkowa zelówki deszczu wrastają w dno tankowca komunikacja między wejściem a promenadą rozmyła się  mur z papieru pod którym trzeba swoje odstać widać z kosmosu  chińska kaligrafia przechodzi sama siebie połknęła węża i syczy w ciemno prześwietla noc buszując przy ziemi odsuwa jak najdalej czarne rzeki  setki kilometrów nad nami robi się jasno mam wrażenie że tam już można przedostać się i wskoczyć w kamień  a potem długo długo iść i  niebo brać jak własne pod płaszcz  i nawijać  przez bluszcz mikroprocesorów  i grzechoczące ścieżki tęczówek  wejść w skórę drzewa i posłuchać o czym papla  być bliżej  bliższym niczym sarna trawie  patrząc tylko na tą wierną zieleń  Nie wybacza się takiego lata może wybacza się późną wiosnę kilka stopni mniej w czerwcu trepanację gleb i bezczelne korczowanie drewienek przesiąkanie światłą przez wielowarstwową skorupę  i nieznośną zaborczość lepkich czułek można wybacza się pająkom chwilowe zasiedlenie kątów i drzewom chybotliwym słabość zakręconych liści  ciągłe czekanie, siąpienie, cielesne zaćmienia  uzurpujące sobie prawo do stałego dostępu  może wybacza się brak prądu i parasola, gdy biegliśmy z duszą na ramieniu i nadzieją, że jutro jednym tchem uratujemy przedświat afrykańskiej biedronki może te dni, których już nie odmienimy, te noce, których się nie da przespać, kiedy rzucaliśmy się jak pchły stanowią jakiś grunt, by uratować cherlawe słońce może chłód od morza, chłód od morza, co się z nas naśmiewał, jakimś cudem wyssie ciemność słońcu, krążąc bez ustanku, wszędzie, byle gdzie, nagminnie. Wiersz pisany nocą ten wiersz jest niewyspany ten wiersz jest o nas ten który ci nic nie powie ten wiersz nic nie powiedział ten wiersz śpiewa o miłości ten wiersz rozkłada miłość ten wiersz dzień i  śmiech ten wiersz jak woda i wino ten wiersz nikogo nie zdradził ten wiersz nikogo nie pocałował ten wiersz powstał z martwych ten wiersz pójdzie do mnie Agata Litwin (ur. 1976) – autorka książek: Bezsenność sekundnika  (2016), Przestrzeń heretyków  (2019), W dolinie Sanu – Haiku  (2019),  Za Słońcem (2021), Noc dromaderów (2021). Publikowała w pismach artystyczno-literackich oraz w prasie elektronicznej.

  • Michał Kaczmarek – trzy wiersze

    Dzień w którym byłeś szczęśliwy mam prawa autorskie masz masz odpowiedziała matka ładując pralkę kubek z logo długopis chyba nic więcej piłeś kawę latami Kłamstwa kryształowego pryzmatu tymi słowami wygrałeś konkurs na tytuł elektronicznego utworu w Polskim Radiu miałem może dwanaście lat poruszenie dzwoniłeś do redakcji w sprawie wysyłki nic nieznaczących gadżetów jakbyś odbierał wielkie trofeum zagubiony adres w rozgłośni opóźniona dostawa płynące z kolumn przez kilka sekund trzy wyrazy Nocne przywidzenie tacy sami różnimy się ilością i kształtem znamion drogi którymi robaki drążą korytarze w mózgach w przeciwnych albo podobnych kierunkach marcowe popołudnie zdradliwe ciepło ojciec w samej bieliźnie po rodzinnym wypadzie na obwoźną wystawę węży dziś trzeźwy umrze dopiero za dwadzieścia kilka lat syn dorośnie dojrzeją guzy wewnątrz ciała zgęstnieją płyny ustrojowe po drodze młodzieńcze myśli samobójcze niegroźne ale kto wie gdyby stróż nie wygonił z klatki schodowej na jedenastym piętrze pępowina  pompa ssąca podłączona do kilku ciał żywych albo martwych Mateuszku Zbyszku Oskarku kiedy dotykam w nocy prostujecie palce w skurczu przy świetle księżyca i szczekaniu psów ssanie tłoczenie dojrzewanie treści Kazimierz Jerzy Tadeusz trupiobladymi twarzami patrzą na was przez okna dałbym głowę widziałem jednego z nich na środku podwórka nad ranem sypał się z nieba węglowy miał powietrza Katastrofa klimatyczna kręgosłupy ze skrzywieniami dawno zdławione lęki jak ołowiane kulki przetaczane z nierównym chrzęstem opowieści wyżęte i bez blasku Anna Fidecka mój ojciec przeszedł na drugą stronę zgodnie z gorzkimi wierszami palił siedząc przy oknie nie rzucił nałogu do końca czujniki dymu w hotelu nerwy przed rodzinnym wyjazdem gdzie na papierosa gitara akustyczna zespół wódka koncerty w knajpach nazwisko znalezione po latach w internecie nie laureat uczestnik festiwalu na kilka miesięcy przed śmiercią wieczorne wydanie Wiadomości pożary w Grecji i na Hawajach odżywający wulkan na Islandii a on rozżarzony pet może gorący palnik prawie nic to nic nosiło sweter i szelki miało duży brzuch w ostrych fazach śmierdziało lumpem w łagodnych okresach trzeźwości dało się kontrolować nie zostawiało pieniędzy w barze majowy dzień przynosi obiad z budy z pierogami cytuje śmieszny fragment z wczorajszego słuchowiska poeta muzyk bez dokonań kiedy usłyszy głos w telewizji powie kurwa mój kumpel Michał Kaczmarek (ur. 1986) – nauczyciel języka angielskiego. Publikował w pismach i na portalach, między innymi: „Śląsk”, „eleWator”, „Projektor”, „Polska Canada”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Migotania”, „Gazeta Kulturalna”, „Akant”, „Afront”, „ Pisarze.pl ”, „Helikopter”, „Tlen Literacki", „artPAPIER", „Szpol”, „Wytrych", „Wobec", „Szorty”, „Zupełnie Inny Świat”. Jego wierszy oraz ich interpretacji można posłuchać w „Poczcie Poetyckiej” PR Koszalin.

  • Mariusz Sambor – siedem wierszy

    äüö Jako drugi najwyższy człowiek na świecie / żyjący wciśnij klawisz ALT i jednocześnie 129 jeśli chcesz to zapisać tak, to ü z umlautem, jak błogosławieni ubodzy w duchu jak ty, który jesteś biedny, jak twoje 246 centymetrów wzrostu  jak zapis w notacji, określający czas trwania ciszy jak dwugłowy pies i jego trzygłowy brat strzegący bramy jak czas, nieprzeliczalny, bezczelnie jowialny grubas drwiący z cienkich wskazówek chronometru jak Gaja i Tartar — Jak Tartar? Jak ty i ja jak Anna Magnani jako Mamma Roma  jak półnuta jak Malawi King jak kowadło z brązu zrzucone z nieba, co osiągnie ziemię  po dziewięciu nocach  i dziewięciu dniach  jak Monica Vitti piękna Maria Luisa Ceciarelli  jak kropki umlautów, jak ubodzy w duchu nie pora na sandały  Zostałem, zupełnie z tyłu, tak właśnie  wydawało mi się, jeszcze lato, ciepło i ciągle już tylko tak będzie, nic się nie zmieni, bo co może jeszcze się zmienić, my? Może miasto, lasy, ale łąki i pola to raczej nie, ani ty, to nie to samo co drzewa i inni ludzie i całe życie, bo kiedy otwieram okno, wstrząsa mną chłód, już nie, nie pora na sandały i gdzie podziały się wszystkie  zielone liście klonu, czerwone liście buka, żółte liście topoli.  Zimny powiew. Chciałem jeszcze powoli, powoli,  choć to nie Šumperk, ani Zábřeh, czy to ważne, gdzie, Litomyšl czy Výprachtice, szum samolotu nad głową, gdzieś wysoko, jak przestrzeń, jak sfera Dharmy, która  jest niezmienna i nie tworzona, w której wszystkie zjawiska  powstają, trwają i rozpuszczają się, chciałem jeszcze,  chociaż przez jedną chwilę. Gulasz Lato  malarza Lászla Gulyása  a w chałupie coraz zimniej myślę komu to potrzebne rozlegną się głosy Gdybym o tym napisał to by się rozległy Tak, dziewczyna w obrazie już po kostki w wodzie koronkowa sukienka prześwit fale długie nogi Raczej przedświt wnet rozlegną się głosy Wszak zmieniają się nie tylko ceny mieszkań tak zmienia się cały twój świat Godżirro  A powinno być Gulyás László i tak by to szło  Naprawdę wysoka kobieta rozlegną się głosy  i że nie jednemu to się wydarzyło Na ulicy po deszczu pachnie proszkiem do prania może trochę arbuzem znów deszcz pada na przejściu  facet z brzuszkiem gada czarna łupina orzecha leży w kałuży  amerykański sen No i siedziało się przy szeroko otwartych oknach  — wiał wiatr  jednak nie był znany historii i byłoby dość przyjemnie  nic już za bardzo nie chciało się robić nic a nic  nawet myśleć, o czym zwykle się myślało przez dużą część życia  Oglądam zdjęcie / stare kombi na tle ścierniska / błękitnego nieba białe kanciaste z lat sześćdziesiątych wtedy jeszcze niestare pokryte kurzem / okryte pyłem jak na prerii — tak to jakoś już będzie, tyle dotychczasowego życia Numery ze Stuttgartu, to nie mógł być amerykański sen rano biegałem, świeży kopiec końskiej kupy musiał dłużej stać w miejscu / nie robić w biegu — Już nie myślisz tyle o mnie  Jeszcze przyjemny, ciepły wiatr, gdy stoi się w oknie Siostry Three Sisters  sto kilometrów od Sydney. Mówiłem przecież —  jak Katoomba . Ładna  nazwa i melodyjna. Jak Borgward Isabella TS . Piękny wóz. A trzy siostry? Miałem jedną  i nie było nam z sobą po drodze.  Teraz trochę w rozkroku.  Tak, wiem, jak każdy, między przeszłością,  a przyszłością, ale jaka czeka mnie przyszłość?  Świadomie nie piszę, jaka jest, to zwykły sofizmat,  jednak myślę, co będzie, raczej, co być może. I nie czuję, że wszystko,  całe to myślenie, może być mocno na wyrost,  i żebym miał jakikolwiek, nawet niesprecyzowany,  ale przecież moralny niby obowiązek,  okupić tę ruinę czymkolwiek. Warstwa żelaza Poczuj ulgę od upału i przyjemne orzeźwienie najgorętszy dzień w historii pomiarów klimatu już za nami animal collective czeka nas wszystkich  rodziny dzików na ulicach miast serowe czipsy smakują jak błoto Kamala Harris bije rekordy przyciągania darczyńców Jedenastoletnia Clodagh Phelan wypadła z hotelowego balkonu  na siódmym piętrze zza okna zapach sznycelków  a ja czuję się coraz mniej związany z ruchem olimpijskim  moja droga Waran z Komodo posiada cienką warstwę żelaza  pokrywającą zęby A dla zwycięzcy złoto Aura Noc miejscami będzie rześka. Trwają już czynności serwisowe.  A kiedy z rzadka coś odpowiadasz i raczej od niechcenia, gapię się w niebo. Samice komarów żywią się nektarem kwiatów, samce potrzebują krwi, jako źródła białka. Myśliwy zabity na polowaniu. Wilk nie przyznał się  i usłyszał zarzuty. A może i z nami wszystko było odwrotnie?  Dzień przyniesie przeważnie pogodną aurę.  Warunki na ogół zapowiadają się korzystnie.   Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści wszyscy go opuścili…  (2021) oraz zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022). W listopadzie 2023 roku ukazał się jego epistemologiczny komediodramat Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). Publikował w czasopismach literackich oraz w antologiach: Strefa wolna. Wiersze przeciwko nienawiści i homofobii  (2019), Wiersze i opowiadania doraźne 2020  (2020), Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych  (2020) oraz Kosmonauci Nośnych Haseł  (2022). Mieszka w Krakowie.

  • Krzysztof Katkowski – trzy wiersze

    Espresso w Bike Café  poparzony język jak mój język kiedyś na skraju ławki gdzie powtarzałaś wkółko że nie do twarzy mi będzie w różowej brodzie i różowym kolorze jak dobrze poparzać się kawą espresso z kawiarki kiedy paznokcie cielistego koloru grają na pianinie walca z wierszy Federico García Lorki a światło oświetla /najmilsze promyczki        a zaduszki są takie smutne           i nawet AI          generuje najsmutniejsze obrazki wiersze w stylu zdjęć Chrisa Niedenthala a w dniu umarłych dniu śmierci rozmawialiśmy z moją przyjaciółką przez telefon, udając, że od zawsząd mieszkamy w Krakowie 1.11.2024 a. o. krzyki uuuuu 1. to nie halloween to zapętlony utwór Socunbohemio słuchany w pociągu bo przecież Jan Hus nigdy nie płonął na Małej Strànie a pan malarz Peter nigdy się do nas nie dosiadł a na skraju tamtego krzesła została moja lekko wykrzywiona ręka tak żeby złapać cię za koniuszki twoich wszystkich płaszczy  2. a kiedy odleciałaś razem z pomnikami z moich opowiadań które przyjęto już do publikacji w piśmie o toruńskiej nazwie ArtPapier to ja dalej trzymałem koniuszek i mówiłem po polsku bo inaczej nie umiem i pisałem wiersze możliwie proste jak pisanie kredą po tablicy jak posmętne kradzieże koniuszków 3. koniuszki w końcu uciekają przecież każdego dnia a w każde zaduszki koniuszków najstarszy z nich wraca do domu 4. mama-koniuszek gotuje zupę a tata-koniuszek cieszy się, gdy pies-koniuszek rozpływa się w dolinie koniuszków kompot-koniuszek gotuje się z koniuszkowego suszu chciałbym zdobyć się na jak największe wyrazki infatylizmków ale nie umiem urodziłem się podczas wojny nie umiem w autonarrację a umrę podczas kolejnej wojny gdzie nauczę się pisać o sobie a urodzę się w dzień zaduszny który dalej obchodzą gnający przez Pragę turyści 6. a na grobie cicho zamienię się w susz i najlepsze będą z tego      kompoty 7. bo poezja to nic jak powtarzanie ogranych metafor leczenie depresji klasowa walka tyrteizm nadętych ławeczek śpiew Czesława Mozila na gali Nike uchlanie mordy w kawiarnii Amatorska która nie wiem czemu nazywa się kawiarnią 8. a ja, A., chciałbym zostać najwybitniejszym poetą żeby dostać tyle grantów od ministerstwa żeby móc z kimś wziąć kredyt i dostać pracę na etat w gazecie, której nikt nie przeczyta Album „ulubione” za dużo zdjęć niepousuwanych za dużo żeby usunąć na samej górze - mój pies suczka Sonia yorkshire terrier odeszła w dniu mojego egzaminu ze średniowiecznej literatury francuskiej do którego nawet nie musiałem podchodzić żeby zaliczyć rok Krzysztof Katkowski - publicysta, socjolog, student Kolegium MISH UW i barcelońskiego UPF. Współpracuje z OKO.press , Kulturą Liberalną i Dziennikiem Gazeta Prawna. Jego teksty ukazywały się też między innymi w Gazecie Wyborczej, Jacobinie, Guardianie, Brecha, El Salto czy CTXT. es. Współpracownik Centrum Studiów Figuracyjnych UW.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page