Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Tomasz Bąk – pięć wierszy
2024/25 Pianino tylko przeszkadza mi w śpiewie. Opowieści snute przez rówieśników, którzy błyskawicznie się starzeją, zawierają pozaszywane pomiędzy zdaniami wskazówki ułatwiające odnalezienie zdziadziałych w miejscach, w których przeszczepia się włosy i dekonstruuje twarze. Siedemdziesiąt tysięcy białych zębów nie może się mylić, ale jeden z 593 101 sprzedanych we Włoszech fiatów panda już mógłby, tak sądzę. Laweta, pojazd do przewozu pojazdów, nawet nie kryje inspiracji naszą ciężarną koleżanką. Postanowiłem, że częściej będę sięgał po przekąski ruchowe, ale nawyk pytania o złożone kwestie wciąż prowadzi mnie do miejsc, w których można w spokoju posiedzieć. Cholewka ze skóry syntetycznej w miarę noszenia nabiera miękkości i zyskuje charakter vintage. Jak my wszyscy, jak każdy z nas. Can we Uber Eats McDonald’s for dinner? Kliknąłem w link w bio, jakby był 2016 rok, i skorzystałem z trzydniowej aktywacji, dzięki czemu w stary rok wchodzę jako innowator i pogromca. Śpij spokojnie, dopóki to czytasz, do odhaczenia mam znacznie pilniejsze nazwiska. Mój przewodnik po doświadczeniach analogowych opowiada nowy słoweński dowcip, który okazuje się starym dowcipem irlandzkim, i nikomu nie jest do śmiechu w wyraźnie wieloetnicznej przestrzeni. Skromnych rozmiarów beanie podkreśla wysoki status społeczny osoby nakrytej czapką Nie myślimy o tym zbyt często, ale broń palna zabija nawet dwanaście miliardów ludzi rocznie, jeśli uwzględnimy w obliczeniach zgony w grach wideo. Jak zwykle to, co miało być śpiewem, było biciem w bęben. Trwa drugi, ostatni dzień zimy, nieśmiało wspominamy, jak gdzieś pomiędzy udarem słonecznym a hipotermią piliśmy kawę w parku i było przyjemnie. Nie martw się, po ciebie też przyjdzie Nie wierzę w dobre intencje ludzi, którym łatwo powiedzieć, że można się było tego spodziewać, że to w końcu tylko czytanie i pisanie, absolutnie elementarne kompetencje, którzy mówią to samo aż do wyczerpania umiejętności ludzkości, połykając zdobywane z wysiłkiem cudze dyplomy niby powietrze. To zwykle ci sami ludzie, którzy machając ze szczebla wyżej, z dobroci serca oferują mi bezstopniową drabinę, dzięki której zdołam wspiąć się na półpiętro, omijając malowniczo wyburzaną klatkę schodową: za każdym razem, kiedy mówią makao , mają o jedną kartę za dużo, i ta karta to palec, który składają w ofierze maszynie, lądując tuż przed przecinkiem w zdaniu złożonym, którego druga część jest im znana i co następuje. One hit wonder W świecie, który za pomocą głośnego powiadomienia push w trzydziestosekundowych odstępach próbuje mi wcisnąć możliwie najmniej uczęszczaną Kardashiankę lub nagranie z zabawnymi psami, które – w zależności od lokalnych uwarunkowań – są w stanie dupami robić różnorodne, wielowątkowe, charakteryzujące się wysokim poziomem złożoności rzeczy, wzdycham do starych, dobrych czasów, tak starych, że nie ma już nikogo dość starego, by sięgać tak daleko, babciu. Myślę o godnych warunkach pracy dwunastowiecznego angielskiego flatulisty z Hemingstone w Suffolk, który otrzymał od Henryka II trzydziestoakrową posiadłość w zamian za zasługi na polu krzewienia kultury farcjalnej. Roland Pierdzigrzmot, zobligowany przez władcę do wykonania popisowego Saltum, siffletum, pettum na dworze króla w każde Boże Narodzenie, nie musiał martwić się humorami algorytmów i przecinającymi feed jak gwiazda Betlejemska niebo trendami – wystarczyło, że raz w roku zjadł fasolkę i zaprezentował swój evergreen content. Dwanaście hektarów ziemi, wikt i opierunek, a także notka w Wikipedii i osiemnaście linijek tekstu za odkrycie, że perystaltyka to mimika jelit, za jeden jedyny przebój, który mógłby grać na wszystkich juwenaliach na wszystkich politechnikach świata, ale nie musiał. Stare, dobre czasy! Martin Luther King Day vs. Blue Monday (2025) Niebieskie światło emitowane przez ekrany z każdego dnia gotowe jest zrobić poniedziałek, najczęściej błękitny w skutkach. Cały znany mi obraz świata opiera się na wysiłkach stażystek agencji PR, które pudrują cynaderki i płucka na kwaśno, żeby ktoś głodny dostrzegł w nich zupę pomidorową. Świat nie jest sernikiem, z którego wydziobuję rodzynki, o nie. Wiedziałaś, że zarówno urzędnicy Świętego oficjum, jak i „weryfikatorzy faktów” Facebooka kierowali się analogicznymi pobudkami? Różniła ich jedynie stawka, podlegająca ciągłym negocjacjom w gratowniku imieniem przestrzeń wspólna. Myślenie życzeniowe i rzeczowa analiza bez okularów wyglądają jak odbicia lustrzane; także po to nosimy okulary. Nie wiem, Ameryko, może masz rację, może przyszłość będzie należeć do tych, którzy potrafią myśleć nieszablonowo, ale następnym razem nie pozwól, proszę, żeby reklama piwa wybrała ci prezydenta. Pomyśl o naszych dzieciach, o okrojonej podstawie programowej z fizyki, która jest w stanie uziemić samoloty, o legendarnych maszynach, które odmieniły twoje rolnictwo, uśmiechniętych osłonach chłodnic Johna Deere’a i Masseya Fergusona, o wszystkich smutnych nie od święta i nie od parady, którzy nie wiedzieć czemu właśnie w tobie pokładają nadzieję. fot. Kinga Wójcik Tomasz Bąk (ur. 1991) – kolektyw schizofreniczny, autor ośmiu książek z wierszami, jednoaktówki Katedra (2019) i zbioru paraesejów Fiszki (2023). Laureat Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii debiut za tom Kanada (2011), Poznańskiej Nagrody Literackiej – Stypendium im. Stanisława Barańczaka za tom Utylizacja. Pęta miast (2018), Nagrody Literackiej Gdynia za poemat Bailout (2019) i Nagrody Literackiej m. st. Warszawy za tom O, tu jestem (2021). Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim.
- César Aira - Wózek sklepowy
Jeden z wózków sklepowych w dużym supermarkecie w okolicy, w której mieszkałem, toczył się sam, bez niczyjej pomocy. Był to wózek jak każdy inny: wykonany z grubego drutu, z czterema gumowymi kółkami (przednie nieco bliżej siebie niż tylne, co nadawało mu charakterystyczny kształt) i poprzecznym drążkiem pokrytym jaskrawoczerwonym plastikiem, dzięki któremu można było nim kierować. Tak podobny do innych wokół, że nie sposób było go odróżnić. Był to ogromny supermarket, największy w okolicy, znajdowało się w nim ponad dwieście wózków. Lecz ten, o którym mówię, jako jedyny był w stanie sam się poruszać. Czynił to z nieustępującą dyskrecją: w zgiełku, jaki panował w sklepie od jego otwarcia aż do zamknięcia, nie wspominając nawet o godzinach szczytu, jego ruch przechodził niezauważony. Używano go jak wszystkich innych wózków, wypełniano jedzeniem, napojami i środkami czystości, wyładowywano przy kasach, w pośpiechu przepychano z jednej alejki do drugiej, i nawet jeśli w danej chwili zostawiano go i widziano, jak przesuwa się o milimetr czy dwa, składano to na karb siły bezwładności. Dopiero nocą, w dziwnym spokoju tego ruchliwego zazwyczaj miejsca, można było dostrzec cud, lecz wtedy akurat nie było nikogo, kto mógłby go podziwiać. Czasami tylko jakiś magazynier, z tych, co rozpoczynali pracę o świcie, ze zdumieniem odnajdował go zagubionego z tyłu, obok lodówki z mrożonkami lub pośród ciemnych regałów z winem. I zakładał, rzecz jasna, że zostawiono go tam przez nieuwagę poprzedniej nocy. Supermarket był wielki i wił się siecią labiryntów, przeoczenie tego typu nie wzbudzało więc zdziwienia. Jeśli zaś przy tej okazji, to jest kiedy go odnaleźli, dostrzegli niewielki ruch, nieznaczny jak przemieszczenie wskazówki zegara, tłumaczyli to nierównością podłogi bądź przeciągiem. Tak naprawdę wózek spędził całą noc krążąc wokół, przemierzając sklepowe alejki, powolny i cichy niczym gwiazda, nigdy o nic nie wadząc ani się nie zatrzymując. Okrążał swój obszar, tajemniczy, niewytłumaczalny, jego cudowna esencja zamknięta w banalności sklepowego wózka takiego, jak wszystkie inne. Zarówno pracownicy, jak i klienci byli zbyt zajęci, by podziwiać tajemnicze zjawisko, które na nikogo ani na nic nie miało przecież wpływu. Wydaje mi się, że byłem jedynym, które je odkrył. Właściwie to jestem pewien: spostrzegawczość jest cechą rzadko występującą wśród ludzi, a w tym wypadku potrzeba jej było całkiem sporo. Nikomu się nie zwierzyłem ze swojego odkrycia, ponieważ wydawało się ono doskonale wpisywać w ten rodzaj wymysłów, które mnie zazwyczaj nawiedzają i dzięki którym zyskałem reputację wariata. Przez tyle lat robienia zakupów w tym właśnie miejscu nauczyłem się rozpoznawać go, mój wózek, po niewielkim nacięciu na czerwonym drążku; Bogiem a prawdą, nie musiałem nawet patrzyć na nacięcie, ponieważ już z daleka coś mi mówiło, że to właśnie on. Kiedy go rozpoznałem, przechodził mnie dreszcz radości i rozkoszy. Uważałem go za swego rodzaju przyjaciela, przyjacielski przedmiot, być może z tego prostego powodu, iż w wypadku mojego wózka w naturalny bezwład rzeczy wcielone zostało to minimalne drżenie życia, dzięki któremu możliwe stawały się wszelkie wymysły. Być może w głębi podświadomości byłem mu wdzięczny za to, że jest inny niż wszystkie inne wózki sklepowe w całym cywilizowanym świecie oraz że ujawnił swój sekret mnie i nikomu innemu. Lubiłem wyobrażać go sobie, pośród samotności i ciszy północy, jak toczy się powolutku w ciemności niczym nieszczelna łódka wyruszająca w poszukiwaniu przygody, wiedzy i (czemu nie?) miłości. Ale co niby miał odnaleźć w całym tym banalnym krajobrazie produktów mlecznych, warzyw, makaronów, napojów gazowanych i zielonego groszku w puszce, krajobrazie, który był całym jego światem? A jednak nie utracił nadziei i podejmował wyprawy na nowo, bądź raczej nigdy ich tak naprawdę nie przerwał, jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę z próżności starań, lecz nadal upiera się przy swoim. Trwa w swym postanowieniu, ponieważ ufa w przekształcenie wulgarnej codzienności w marzenie i cud. Myślę, że identyfikowałem się z nim i że to właśnie poprzez tę identyfikację udało mi się go odkryć. To paradoksalne, ale ja, który czułem się tak odległy i tak odmienny od kolegów pisarzy, odczuwałem bliskość z wózkiem z supermarketu. Nawet nasze strategie były podobne: niezauważalny postęp, prowadzący do rzeczy wielkich, nieprzekraczanie ograniczonego horyzontu, miejska tematyka. On zrobił to lepiej: był bardziej tajemniczy, bardziej radykalny oraz mniej interesowny. Mając to wszystko na uwadze, można wyobrazić sobie moje zdumienie, gdy usłyszałem go, jak mówi lub też, by być bardziej precyzyjnym, gdy usłyszałem, co mówi. Spodziewałbym się wszystkiego, lecz nie deklaracji tego typu. Jego słowa przebiły mnie niczym lodowa włócznia i sprawiły, że musiałem zrewidować całą sytuację, począwszy od sympatii, która łączyła mnie z wózkiem, aż po sympatię, która łączyła mnie z samym sobą, a nawet po ogólną sympatię dla cudu. Fakt, że mówił, nie zaskoczył mnie sam w sobie, ponieważ tego się spodziewałem. Nagle poczułem, że nasza relacja dojrzała do poziomu znaku językowego. Zrozumiałem, że nadszedł moment, by mi coś powiedział (na przykład, że mnie podziwia i kocha i że jest po mojej stronie), więc ukucnąłem przy nim, udając, że zawiązuję sznurowadła, przykładając przy tym ucho do drucianej kraty jednego z boków, i wówczas usłyszałem jego głos, szept dobiegający z zaświatów, a mimo to brzmiący absolutnie czysto i wyraźnie: — Ja jestem Złem. Opowiadanie pochodzi z tomu Relatos reunidos z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak César Aira (ur. 1949) – argentyński prozaik, tłumacz i eseista, jeden z najciekawszych i najbardziej frenetycznych, a zarazem ekstrawaganckich współczesnych pisarzy hispanoamerykańskich. Po polsku ukazały się jego trzy powieści, zebrane w tomie Trzy opowieści (przeł. Tomasz Pindel). Laureat m. in. Prix Formentor.
- Julio Ramón Ribeyro – Nocna przygoda
W wieku czterdziestu lat Arístides mógł z całą pewnością uważać się za człowieka „wykluczonego z uczty życia”. Nie miał żony ani kochanki, pracował w piwnicach urzędu, spisując akty stanu cywilnego, i mieszkał w maleńkim mieszkaniu przy alei Larco, pełnym brudnych ubrań, zniszczonych mebli oraz fotografii artystów, przypiętych szpilkami do ścian. Jego dawni przyjaciele, obecnie żonaci i zamożni, mijali go w swych samochodach, podczas gdy on czekał w kolejce do autobusu, a jeśli przypadkiem spotkali go w jakimś miejscu publicznym, ograniczali się do szybkiego ścisku dłoni, w którym znać było pewną dozę odrazy. Bo Arístides był nie tylko moralnym obrazem porażki, ale też fizycznym symbolem opuszczenia: chodził nędznie ubrany, niedbale się golił i roztaczał woń taniego jedzenia, obskurnej jadłodajni. Tak więc, bez związków i bez wspomnień, Arystydes był obowiązkowym klientem okolicznych kin i idealnym użytkownikiem publicznych ławek. W kinowych salach, osłonięty od światła, czuł się ukryty, a jednocześnie towarzyszył mu legion cieni, które śmiały się lub płakały wokół niego. W parkach mógł wdawać się w rozmowy ze starcami, kalekami lub żebrakami, czując się w ten sposób częścią ogromnej rodziny ludzi, którzy tak jak on nosili wpięte w klapy niewidzialne odznaki samotności. Pewnej nocy, rezygnując z ulubionych miejsc, Arístides zaczął włóczyć się bez celu po ulicach Miraflores. Przeszedł całą aleję Pardo, dotarł do bulwaru, szedł dalej wzdłuż nabrzeża, okrążył koszary San Martín, zapuszczając się w coraz bardziej wyludnione ulice, w dzielnice, które dopiero co powstały i być może nie widziały jeszcze ani jednego pogrzebu. Minął kościół, kino w budowie, ponownie kościół, i w końcu się zgubił. Zaraz po północy błąkał się po nieznanej dzielnicy, gdzie zaczynały wyrastać pierwsze apartamentowce nadmorskiego kurortu. Jego uwagę przyciągnęła pewna kawiarnia, której ogromny taras, choć pełen stolików, był opustoszały. Przysunąwszy się bliżej, przycisnął nos do szyby i zajrzał do środka. Zegar wskazywał pierwszą w nocy. Nie było widać ani jednego klienta. Jedynie za ladą, obok kasy, dostrzegł grubą kobietę w futrze, palącą papierosa i w roztargnieniu przeglądającą gazetę. Kobieta podniosła wzrok i spojrzała na niego z wyrazem umiarkowanego zadowolenia. Arystydes, zupełnie zmieszany, kontynuował swój marsz. Sto kroków dalej zatrzymał się i rozejrzał dookoła: nowoczesne budynki spały snem głębokim, bezczasowym. Arístides miał wrażenie, że stąpa po dziewiczej ziemi, że ubiera się w nowy krajobraz, który poruszył jego serce i rozpalał w nim niewytłumiony żar. Wracając po swoich śladach, ostrożnie zbliżył się do kawiarni. Kobieta nadal siedziała i dostrzegłszy go, powtórzyła swój gest delikatnego ukontentowania. Arístides oddalił się pospiesznie, zatrzymał w połowie drogi, zawahał się, zawrócił, ponownie zerknął, i pchnąwszy w końcu szklane drzwi, wszedł do środka i zajął czerwony stolik, gdzie pozostał nieruchomy, nie podnosząc wzroku. Tam czekał przez chwilę, samemu nie wiedząc na co, obserwując niespokojną muchę, która żałośnie pełzła w stronę otchłani. Potem, nie mogąc opanować drżenia nóg, nieśmiało podniósł wzrok: kobieta obserwowała go znad gazety. Powstrzymując ziewnięcie, odezwała się grubym, nieco męskim głosem. — Kelnerzy już wyszli, proszę pana. Arístides pochwycił to zdanie i zamknął je w sobie, ogarnięty gwałtowną radością: oto nieznajoma odezwała się do niego w nocy. Jednakże od razu pojął, że zdanie to było zaproszeniem do odejścia. Nagle zdezorientowany, wstał. — Ale ja mogę coś podać. Czego pan sobie życzy? — Kobieta zbliżała się do niego powolnym krokiem, któremu nie można było odmówić pewnej majestatyczności. Arístides ponownie usiadł. — Kawę. Tylko kawę. Kobieta podeszła do stolika i oparła na jego krawędzi pulchną dłoń obciążoną biżuterią: — Już wyłączyłam maszynkę. Mogę podać likier. — W takim razie piwo. Kobieta udała się za bar. Arístides skorzystał z okazji, by ją obserwować. Nie było wątpliwości, że to właśnie ona była właścicielką. Sądząc po lokalu, musiała mieć sporo pieniędzy. Szybkim ruchem poprawił stary krawat i przygładził włosy. Kobieta wróciła. Oprócz piwa przyniosła butelkę koniaku i kieliszek. — Dołączę do pana — powiedziała, siadając obok niego. Mam zwyczaj zawsze pić drinka z ostatnim klientem. Arístides podziękował jej skinieniem głowy. Kobieta zapaliła papierosa. — Piękna noc — powiedziała — lubi pan spacerować? Sama jestem trochę nocnym markiem. Ale w tej okolicy ludzie chodzą spać wcześnie i po północy jestem sama. — To trochę smutne — wyjąkał Arístides. — Mieszkam na górze, nad barem. — Jej ręka wskazała na jakieś zapomniane drzwi na końcu lokalu. — O drugiej zasuwam rolety i idę spać. Arístides odważył się spojrzeć jej w twarz. Kobieta elegancko wydmuchała dym i patrzyła na niego z uśmiechem. Sytuacja wydała mu się ekscytująca. Z przyjemnością zapłaciłby za swoje zamówienie, wyszedł na ulicę, złapał pierwszego napotkanego przechodnia i opowiedział mu tę wspaniałą historię o kobiecie, która w środku nocy czyniła mu takie niepokojące propozycje. Ale ona już wstała: — Ma pan jednego sola? Chcę puścić płytę. Arístides pospiesznie wyciągnął monetę. Kobieta włączyła łagodną muzykę i powróciła. Arístides spojrzał w stronę ulicy: nie było widać ani cienia. Zachęcony tym szczegółem, w przypływie nagłej odwagi, poprosił ją do tańca. — Z przyjemnością — powiedziała, zostawiając papierosa na krawędzi stołu i zrzucając futrzany szal, odsłaniając tym samym zwiotczałe, pokryte piegami ramiona. Dopiero kiedy objął ją w talii — sztywnej i ściśniętej pod jego nieporadną dłonią — Arístides nabrał przekonania, że oto realizuje jedno ze swoich dawnych marzeń biednego kawalera: mieć romans z kobietą. To, że była stara albo gruba, nie miało znaczenia. Już jego wyobraźnia pozbawiłaby ją wszystkich wad. Patrząc na półki z butelkami wirującymi wokół niego, Arístides godził się z życiem i, rozdwoiwszy się, drwił z tamtego innego Arístidesa, teraz odległego i zapomnianego, który drżał z radości przez cały tydzień tylko dlatego, że jakiś nieznajomy podszedł do niego, by zapytać o godzinę. Kiedy skończyli tańczyć, wrócili do stołu. Tam przez chwilę rozmawiali. Kobieta postawiła mu kieliszek koniaku. Arístides przyjął nawet papierosa. — Nigdy nie palę — rzekł — Ale teraz to robię, nie wiem dlaczego. Zdanie wydało mu się banalne. Kobieta wybuchnęła śmiechem. Arístides zaproponował kolejny taniec. — Najpierw zasunę rolety — odparła, zmierzając w stronę tarasu. Znów tańczyli. Arístides zauważył, że zegar ścienny wybił drugą. Mimo to kobieta nie zamierzała jeszcze iść spać. Uznał to za dobry znak i teraz to on z kolei postawił jej koniak. Zaczął czuć się nieco pewniejszy siebie. Zadawał niedyskretne pytania, aby stworzyć atmosferę intymności. Dowiedział się, że mieszka sama, że jest w separacji z mężem. Wziął ją za rękę. — No dobrze — powiedziała kobieta, wstając. — Pora zamykać bar. Tłumiąc ziewnięcie, ruszyła w stronę drzwi. — Zostanę — oznajmił Arístides stanowczym tonem, który samego go zaskoczył. W połowie drogi kobieta odwróciła się: — Jasne. Zgoda. — Po czym na nowo podjęła marsz. Arístides pociągnął mankiety koszuli, schował je ponownie, ponieważ były postrzępione, nalał sobie kolejną szklankę, zapalił papierosa, zgasił go, zapalił ponownie. Od stolika obserwował kobietę, a powolność jej ruchów sprawiała, że się niecierpliwił. Patrzył, jak podnosi szklankę i niesie ją na ladę. Potem zrobiła to samo z popielniczką i filiżanką. Kiedy wszystkie stoliki były już posprzątane, poczuł ogromną ulgę. Kobieta podeszła do drzwi i zamiast je zamknąć, oparła się o framugę, nieruchomo patrząc na ulicę. — O co chodzi? — spytał Arístides. — Trzeba złożyć stoliki na tarasie. Arístides wstał, mrucząc pod nosem przekleństwa. Dla efektu ruszył w stronę drzwi, mówiąc: — To robota dla mężczyzny. Kiedy dotarł na taras, aż podskoczył z zaskoczenia: stało tam około trzydziestu stolików, każdy z kompletem krzeseł i popielniczek. W myślach oszacował, że uprzątnięcie tego zajmie mu kwadrans. — Jeśli zostawimy je na zewnątrz, ukradną — zauważyła właścicielka. Arístides zabrał się do pracy. Najpierw zebrał wszystkie popielniczki. Następnie wziął się za krzesła. — Ale nie byle jak! — zaprotestowała kobieta. — Trzeba je porządnie poukładać, żeby kelner mógł jutro posprzątać. Arístides usłuchał. W połowie pracy oblał się potem. Schował stoliki, które były z żelaza i swoje ważyły. Właścicielka, ciągle stojąc w drzwiach, obserwowała jego pracę z czułym spojrzeniem. Kilka razy, gdy sapiąc przechodził obok, wyciągała rękę i głaskała go po włosach. Ten gest ostatecznie dodał Arístidesowi sił, dając mu złudzenie, że jest mężem wypełniającym swoje małżeńskie obowiązki, by później móc skorzystać ze swych praw. — Już nie mogę — poskarżył się, widząc, że taras wciąż jest pełen stolików, jakby rozmnożyły się za sprawą jakiegoś zaklęcia. — Myślałam, że jesteś bardziej wytrzymały — odparła ironicznie kobieta. Arístides spojrzał jej w oczy. — Odwagi, dużo nie zostało — dodała, puszczając do niego oko. Po pół godzinie Arístides posprzątał cały taras. Wyciągnął chusteczkę i otarł pot. Zastanawiał się, czy taki wysiłek nie zaszkodzi jego męskości. Na szczęście cały bar był do jego dyspozycji i mógł się zregenerować dobrym drinkiem. Kiedy zamierzał wejść do baru, kobieta go zatrzymała: — A donica? Zostawisz ją na zewnątrz? Została jeszcze donica. Arístides spojrzał na gigantyczny obiekt przy wejściu na taras, w którym jakieś dychawiczne geranium traciło liście. Zebrawszy się na odwagę, podszedł i podniósł ją. Zgarbiony pod ciężarem ruszył w stronę drzwi i kiedy uniósł głowę, zauważył, że kobieta właśnie je zamknęła. Patrzyła na niego przez szybę, nie tracąc uśmiechu. — Otwórz! — wymamrotał Arístides. Właścicielka wykonała zabawny, odmowny gest palcem. — Otwórz! Nie widzisz, że aż mnie zgięło wpół? Kobieta ponownie odmówiła. — Otwórz, nie jestem w nastroju do żartów! Kobieta przekręciła rygiel, ukłoniła się z szacunkiem i odwróciła do niego plecami. Arístides, nie wypuszczając donicy z rąk, patrzył, jak oddala się znużona, gasząc światła, zbierając kieliszki, aż zniknęła za tylnymi drzwiami. Kiedy wszystko pogrążyło się w ciemności i ciszy, Arístides uniósł donicę nad głowę i roztrzaskał ją o podłogę. Hałas rozbitej terakoty otrzeźwił go: w każdym kawałku dostrzegł cząstkę swojej rozbitej iluzji. Ogarnęło go uczucie przejmującego wstydu, jakby obsikał go pies. Opowiadanie pochodzi ze zbioru Las botellas y los hombres (1964) z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Julio Ramón Ribeyro (1929–1994) – peruwiański pisarz i dyplomata, autor opowiadań, ale też powieści, esejów, dzienników oraz aforyzmów. W roku 1960 wyemigrował do Paryża, gdzie pracował jako dziennikarz Agence France Presse. W latach 1986–1990 był delegatem Peru przy UNESCO. Otrzymał m. in. Premio de Literatura Latinoamericana y del Caribe Juan Rulfo (obecnie Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances). Po polsku ukazały się Kronika z San Gabriel (przeł. Beata Babad-Gellusseau) oraz Słowo niemowy. Wybór opowiadań (przeł. Tomasz Pindel i Nina Pluta).
- Luis Chaves Campos – pięć wierszy
W innej kolejności Szczury zjadły pokarm ptaków. Zmuszasz mnie, bym znów powiedział: „a nie mówiłem”. Ledwo słońce wstaje już myślimy o trzech posiłkach dziennie. Każdy poniedziałek rozpoczyna nowe życie żyję więc minionym tygodniem bez godności. W gorących dyskusjach wyobrażonych minął nam już rok. A nie mówiłem. Pamięć i/lub gwiazdy to światło, które się zestarzało. Oświetlają, ledwo co, to miejsce, gdzie ktoś woła swoich od progu i kończy się wieczór, a talerz nigdy nie stygnie. Jednakże w tej kolejności: Szczury Pokarm Ptaki Inni San José było niczym więcej jak tylko światłami w oddali: metropolitalny gwiazdozbiór nocą maskujący zacofanie. Reszta, puste puszki po piwie, którym gardzili jako letnim; niewystarczająca żarówka w samochodzie z otwartymi drzwiami; uczucie, które, zdewaluowane, nazywamy afektem. Morski To, co dobre w morzu, to gdy nikt się nie topi. Zdarzyło się wczoraj, ale opowiadam dzisiaj, podczas gdy one piszą imię w piasku patykiem, który przydryfował unosząc się wśród worków i liści i łupin. Piszą dziś to, co mówiłem wczoraj, monotonia ma gumkę którą nazywamy falami. To one łaskoczą cię w stopy, a potem znikają. To one zacierają ślady stóp lub czegokolwiek dosięgną. To, czego dotknie morze, należy do morza. Analgezja Katafenac jest moim drugim pilotem, nawet jeśli rtęć mówi co innego. Chcieliśmy być prostą piosenką, ale się nie udało. Jeśli wszystko jest muzyką i matematyką, to do czego to należy? Wiadomość Przybyłem wcześniej niż wiadomość do baru po drugiej stronie Atocha lub Alexanderplatz. Złoty wieczór / wieczór w płomieniach zabijając czas, pamięć pełna fragmentów innych układanek. Ciało tam, umysł gdzie indziej: gdy do kuchni wpełzł wąż koralowy i opróżniliśmy akwarium, by go złapać lata nieruchomych chmur, poza grawitacją kolorowy wosk na lukrze urodzinowego tortu i wszystko co skrzypiało, ale w dobrym znaczeniu, jako przeciwieństwo złego. Zabijałem czas i zjadłem twoje ciasteczko z wróżbą, było napisane, że dziś twoja kolej podać mamie morfinę. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Luis Chaves Campos (ur. 1969) – kostarykański poeta, laureat Premio Nacional Aquileo Echeverría w dziedzinie poezji.
- Mariusz Ropczyński – pięć wierszy
Z przestrachem Siedzi samotnie przy stole, patrzy z przestrachem na córkę; widzi, jak bardzo staje się do niej podobna. Zgubi ją kiedyś zbytnia wrażliwość, brak wiary w siebie, uległość. Chcę wierzyć Dziewczynka, na oko dziesięcioletnia, bawi się z psem na podwórku. Biega i klaszcze, nagle upada: leży tak chwilę bez ruchu, wreszcie na powrót rzuca się w wir zabawy. Chcę wierzyć, że szczęście dane jej będzie na zawsze. W gorączce Dwaj chłopcy bawią się w wojnę na plaży. Jeden z nich chwyta się nagle za serce, pada na piasek, nieruchomieje. „Trzeba mieć pecha, by umrzeć tak młodo”, śmieje się głupio ten drugi”. Czuję, jak włosy jeżą mi się nagle na karku. I chociaż to lato, gorąco jak w piekle, trzęsę się cały niczym w gorączce. Juhas Świąteczne zakupy w nowo powstałej galerii. Dawniej mieścił się tutaj bar „Juhas”. Nigdzie już później nie jadłem tak dobrych pierogów. Dlatego teraz oddałbym zaraz nowiutką konsolę za talerz firmowych z kapustą. Czuję ich smak na języku. Biały sad Nad ranem spadł śnieg, przykrył deski werandy. Rodzice kłócą się głośno o sweter. Matka wciska go ojcu do ręki, chce, by go dzisiaj założył: „Żebyś mi później nie kaszlał po nocach”. Będzie go niańczyć niemal do śmierci. Mariusz Ropczyński (ur. 1976) – laureat konkursów poetyckich im. Georga Trakla i Kazimierza Ratonia. Autor czterech zbiorów wierszy: Bez rezerwacji (2015), Kwestia wyboru (2017), Obfitość traw (2020), Lato w hamakach (2023). Publikował w czasopismach papierowych i wirtualnych, m. in. w „Odrze”, „Wyspie”, „Frazie”, „Akcencie”, „Wydawnictwie J”.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
miłosierdzie nie wypalajcie traw żyją w nich małe stworzenia godne każdego waszego wzdęcia i orgazmu spójrzcie jak pędzą na swoją szychtę do mikro fabryk gonią ich brak czasu i nieterminowe spłaty kredytu być może kiedyś stanowiły ważny składnik ekosystemu ale coś się popierdoliło moje zaimki: ja ty stałem nad łóżkiem szpitalnym i patrzyłem ci w oczy cała sala słyszała bicie twojego serca bo swoje stłumiłem cienkim splotem chińskich włókien i może nawet przez chwilę pomyślałem o tym potwornie dalekim i obcym kraju z tęsknotą lecz na szczęście okłamałem cię że muszę do toalety po czym wcisnąłem twarz w jakieś drzwi na korytarzu i płakałem szukając tam ciebie i mnie szlaczki zazdroszczę wam serca w pikselach tej wersji świata w której plama krwi jest plamą krwi tylko z daleka jak z daleka ostry widać nóż człowiek porusza się w prawo lub w lewo a każdy krok łatwo przewidzieć najstraszniejsze potwory ważą kilka bitów i mają kwadratowe kły chcę żeby tak zostało bo tylko wtedy zapominam o szlaczkach warunek gdyby pijane myśli ojca zniekształcały mój widok perfidną tłustą plamą a blada smuga tuż obok objawiła się w nimbie choroby matki zrobiłbym to gdyby w przykurzonym rogu wisiał stolik utkany rutyną opasłych pielęgniarek oiom-u a one same zapijałyby kawą wołanie pana z trójki zrobiłbym to gdyby ślady ptasich odchodów układały się w krótkie znajome słowo a cała ta szpetna mozaika zmieniła kierunek widzenia zrobiłbym to umyłbym okno jeszcze raz Over the counter Nie czuję zimna, stary Jelcz kołysze moim strachem, który przesącza się przez zaparowaną szybę. Brunatne grudy pól i szare sześciany domów, umyślnie powielane w chronicznym, niepojętym szaleństwie. Mężczyzna na wózku na tle omszałego płotu, ma obcięte nogi i twarz jak dno popielniczki. Odpycham próby zrozumienia poza czas, poza to nieruchome miejsce. Docieram do celu. funkcja wiem tylko tyle że kosztele mają miodowy smak a kamienie porastają mchem gdy leżą w cieniu znam swoje dzieci bardziej niż siebie bo ani wewnątrz ani na zewnątrz ani tu i teraz chodzę w te miejsca gdzie czas zwalnia i zatrzymuje się lecz nigdy na tyle by go złapać ugryźć schować do kieszeni dlatego wiem aż tyle Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023) i Brama (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mieszka pod Nałęczowem.
- Radosław Biniek – cztery wiersze
Pokalane poczęcie Maria przychodzi do Józefa jest naga i drżąca rób to cicho dopiero co zasnął szepcze do ucha świat wypuszcza powietrze i oddycha teraz miarowo nogi są szeroko języki są głęboko paznokcie cierniem orają brudne plecy cieśli ręce starca heblują nastoletnie kształty madonny Józef myśli o kołach tylko to ma sens tak uważa chociaż krzyże sprzedają się teraz jak świeże bułeczki Maria ma już w głowie wiosnę dzieci kwiaty szerokie lniane sukienki uśmiech tego spod dwunastki kiedy zapalają papierosa z kołyski dobiega cichy śmiech dziecka Śmierciuszki ona mówi posłuchaj przyłóż ucho do brzucha ono kopie sobie grób tupią po macicy małe nóżki z sutków sypie się piach ona mówi posłuchaj mam tu w komodzie takie trupie ciuszki trupie ciuszki śmieciuszki Krem na noc krem na dzień rano wypłynęło mi oko na bezmyślną wyspę dostało imię po psie i konto w banku pozostałe oczy mrugały do mnie morsem z gotowanej owsianki w południe zdarzyła mi się miłość po trzykroć odliczona do rytmu pozostałe puszczały całusy mokre z ciał napęczniałych w rosole wieczorem stopy wylizał mi pies miodem przylepiły się do mnie dzieci zostały mi w głowie segregatory i spinacze pożółkłe skorupy żółwich szaleństw Swobodnie jechać zakamarkami miast leśnymi ścieżkami drogami przez pola wioski zaspane przecinać to wszystko na pięć na trzy na pół przez sam środek sklejać z resztek aż pustka w głowie napęcznieje zapachem szosy po deszczu jechać i być linią prostą wznosić się i spadać z zakrętów wychodzić cało zatrzymać się w przydrożnym sklepiku wypić piwo porozmawiać z miejscowymi o dinozaurach co wyginęły razem z pracą i parkiem co stoi pusty i straszy jechać i wciągać w nozdrza pył kurz wcierać w dziąsła oblec się w piach łapczywie połykać wiatr swobodnie splunięciem zawieszać ślinę w powietrzu jak pieczęć na liście do wrogów jechać jechać jechać i nigdy nie wracać Radosław Biniek (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w „thefragmentach”, „Helikopterze”, „Toposie”, „wydawnictwie j”. Autor tomów: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze. (Publikowane wiersze zostały nagrodzone w konkursach poetyckich).
- Maksymilian Tchoń – siedem utworów
Zwaśnione rody Postaraj się unieść niebo na barkach niczym Atlas Zrzeknij się grzechu za huragan na morzu, gdzie statek widoku czyta skargę dusz narodów Powierz mi tajemnicę we wnętrzu spojówki Zetrzyj z policzka zmazę pierwotnej północy kiedy to potajemnie spotkaliśmy się za dnia mimo, iż wolałbym nocą przeciw ziemi ognistej kiedy to potajemnie kochaliśmy się w paradoksie testamentu kiedy to budowaliśmy na skale nasz dom z komend rozgromu muzyki myśli docierającej się z taktyczną głuszą kiedy to odkrywaliśmy się w sobie aliterycznie jako mężczyzna i kobieta zrodzeni, nie stworzeni kiedy to planowaliśmy zamach na burzę w szklane whiskey kiedy to zerwaliśmy czystość z pościeli błękitu jako Adam i Ewa odgrywając rajskie role w teatrum bez kurtyny i kiedy to zrozumiałem, że medycyna się pomyliła i będziemy żyli wiecznie będziemy żyli wiecznie w Mieście bez imienia w kraju bez rady w domu bez fundamentu nie znam człowieka, któremu warto byłoby zazdrościć stawiam pokera z kości słoniowej matko i rachuję myśli, by ułożyć je w dywan z róż czerwonych, bo tak i drzewa, które nie daje cienia, bo nie rzeki, która nie gasi pragnienia bo nie może góry, która nie zmęczy… rozkoszy, która jest doskonała bo pozaziemska historii, która nie zatacza koła bo mitem jest zapas pamięci byś idąc pokłuła się jedynie o mój magnetyzm dłoni i ust, szlifierze naszego uczucia szlifierze naszego uczucia stoją na baczność a celem naszym zbawienie i dom rodzinny, gdyż tam gdzie my, tam granice naszej Ojczyzny *** Porwij karty codzienności zdemobilizuj wspomnienia ubierz się w trzepot głuszca zatańcz na wietrze i nie pytaj o żelazny dowód U źródła życia Czytajcie wiersze przyjaciele milczenia Mówcie prawdę obrońcy honoru Słuchajcie ludu aniołowie stróże Sądu najwyższego radcy nie słowo przeciwko słowu lecz uczynek dla chluby Nie łamcie chleba sami ojcowie Gabinetu Pokoju Zostawcie nam Raj nieświęci niebłogosławieni nie słudzy boży i ten tłum niezliczony obarczając sławą zbawczej myśli Krzewisz pocieszenie naruszony mirem Wspólnego powietrza u źródła życia Epoka bez epoki dłonie pełne ucieczki w spokój redagowana cisza według modelu jakości olśnienia Demiurga porwani pisarze w kryminał własnoręcznie napisany eseiści dobrego paktu ananke mojry się buntują – każda swym rodzajem literackim bądźmy wierni śladom milczenia zbiegowie okoliczności łagodzącej czwarty wymiar nagrody w imperatyw kategoryczny spisany na sklepieniu niebieskim ułaskawieni prawdą nader młodzi protoplaści alegorii cienia w bólu odchodzących pór roku i aksjologicznym ujęciu chwil dojrzałych, a już wiecznie starych jak owoc zdrady róża to twoja wierność rosa na niej to wybaczenie kolor kocha chwalebne tajemnice skrzynie z dytyrambami pozbawione ram czasowych i patosu zakopane w melancholii antropocenu zdrada stanu – ponawiam choć jakaż to zdrada, kiedy owoc miłości wydaje Ruch oporu Państwa rozbite wojnami domowymi złamane serca ukontentowaniem stracony rozum myślą nieczystą pomieszane zmysły darem juchy bite dowody utracone westchnienia a choćbym zaczął na wspak rozniecać płomień Feniks i tak się odrodzi Odys dopłynie do swej Itaki Ewa zwabi Adama i tak spalą na stosie Joannę i spadnie z wieży głowa Tomasza Romeo ujmie Julię przeżyję trzy wojny, w tym dwie światowe ona napisze wiersz i ja spiszę listy na niebie niewysłane do słońca wytoczę mu proces za codzienne docieranie duch się we mnie trzyma mocno co tam panie w polityce? pojemne formy z treścią nieprzystające pakty łask elementarnie danych obywatelom rzeki żalu nieuzbrojone w nadzieję i wiarę wersety Wysoka cena wyładowanie atmosferyczne krzepi ziemię operuje grunt powietrze wzywa metrum podczas wybijania którego zaczynam istnieć wedle lat świetlnych dni porzuconych drozdów na gałęzi, które są tylko drozdami na gałęzi świętych konających w strofach pór roku i czasu siewu oraz zbierania plonu moim marzeniem jest urodzaj w miejscu pustki tego wiersza nie wypełni banicja ani też powrót ni marazm spowiadam się Wszechmogącemu i wam bracia i siostry, że jestem czysty w fuzji surowca umysłu i materii ciała dostępuję Nieba horrendalnie wysokie ceny bez apelacji trawestuję szczęście Wspomnienia z frontu – Byłem młodym oficerem, w mieście po radzieckiej stronie wpływów. Pewnego dnia spacerując chodnikiem postanowiłem przejść przez ulicę. Po drugiej stronie była kobieta, widywałem ją każdego dnia. Nie wiedziałem jak ma na imię, wiedziałem tylko, że pracuje w Ministerstwie Obrony. ~ Tego dnia, było słoneczne, niemal bezchmurne, gorące południe. Jeśli kobieta miała by zmienić echo bicia mego serca w stronę bardziej ludzką, i którędy wiedzie droga nie na zatracenie – czyli wolną postanowiłem: zaryzykuję. – Idąc aleją chciałem przejść przez przejście, zauważył mnie pułkownik rosyjski, mówi: idź. Samo spojrzenie jego budziło grozę i słowa wypowiadane wraz z zamaszystymi ruchami dłoni. ~ Przeszedłem kilkanaście metrów w głowie mając jedną, jedyną nieśmiałą myśl, by być w niej i śmiać się i kląć, jak to robią zwykli amerykańscy żołnierze. Zszedłem z chodnika, idąc wzdłuż Alei, doszedłem do skrzyżowania i zobaczyłem maszerujący oddział wojsk alianckich. Postanowiłem, że przejdę koło nich, w pobliżu nie było patrolu radzieckiego. ~ Wszedłem na przejście, przed oczami stanął mi cały Zachód w moim sercu, wszystkie moje wyobrażenia, to o czym marzyłem. To, co miałem i to, co mogłem bezpowrotnie utracić czyli swoje życie. ~ Przeszedłem przez ulicę i w mgnieniu oka postanowiłem: biegnę. Zacząłem biec. Ten rosyjski oficer skręcił w moją stronę, zobaczył to. Natychmiast wyciągnął pistolet z rakietą w kolorze czerwonej flary oznaczającą wystrzelenie jej: mamy zbiega, mamy dezercję. ~ Biegnę ile sił w nogach w głowie mając kolor oczu kobiety z Departamentu Obrony. – Chciałem przekroczyć granicę. Słyszę głos, to Amerykanie, jeden przy szlabanie mówi do drugiego ile ma czasu? ~ Odpowiada: 30 sekund. Nie zdąży. Ludzie dokoła zamarli - tylko patrzą, ja w tym mundurze młodego oficera czuję się trochę skrępowany, jeszcze rozwiązała się sznurówka, rosyjski patrol zbliża się na motocyklu. ~ Jestem już blisko. Wyciągają broń. Zielona Granica otwiera się przede mną. Jednemu zaciął się karabin. Słyszę głos Amerykanów: mamy go. (Przez głowę przeszła mi jedna myśl, że zostanę zdegradowany, jakby to miało już jakiekolwiek znaczenie?) – Biegnąc ile sił w nogach miałem tylko nadzieję, że będę w nowym, lepszym świecie. ~ Ten Rosjanin musiał się bardzo wkurzyć. Kolejny stracony człowiek przeszedł na stronę wroga. Po chwili witają mnie wszyscy, a ja widzę uśmiech tej kobiety na twarzy. Jej imię to: Janah. ~ W oczach kobiety zobaczyłem zwierciadło swojej duszy oraz studnię bez dna. A także: „las wiodący sarnim rytmem w świat, gdzie zamyślone ryby gwiazd nad nawałnicą lat. W kręgi pieśni zasłuchane niemo – Serca jak obłok.” – Młoda, czarująca Portorykanka z podwójnym obywatelstwem. Wiedziałem, że będzie moja. Zamyka się granica. Po stronie radzieckiej milkną głosy, rozpoczyna się długo wojna. – Byłem już chyba bezpieczny. Maksymilian Tchoń – poeta, eseista. Absolwent Filologii Polskiej na UJ. Jest członkiem Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego (STAL) w Krakowie. Autor 24 tomów poezji oraz książki eseistycznej Rezerwat znaków przestankowych (2018). Publikował w wielu pismach literackich oraz za granicą. Pasjonuje się muzyką, sportem, szeroko rozumianą kulturą oraz konkretnie dobrą książką. Teksty autora tłumaczone są na język angielski, włoski, rosyjski, hiszpański, portugalski i ukraiński. Wiersze autora były wyświetlane na ul. Brackiej 1 w Krakowie w ramach projektu "Wiersze na murach".
- Hubert Czarnocki – osiem wierszy
Pisanie, zatrzymywanie Prześwietlone zdjęcia, kulawe zapiski, udane i nieudane role. To cała reszta. I jest ona o tyle o ile. O ile służy podtrzymywaniu, podszeptywaniu, podprowadzaniu, podświetlaniu. Miłości. Arkadia Wpaść tam raz na jakiś czas. Rozejrzeć się co i jak. Z rzadka i niechętnie przejechać się na latającym rumaku. Zapodziać się we włosach wierzb. Ale tylko na chwilę. W Arkadii się nie mieszka, w Arkadii się bywa. Czy wiedziałbym, co to jest szczęście, gdyby było samo szczęście. *** Wiatr jest cichy i nie szumi. To szumią liście. Nigdy nie przegląda się w lustrze, a nawet gdyby, to nic nie będzie widać. Nikomu nie zaprząta sobą głowy. Nie musisz go karmić ani podlewać. Wszędzie jest u siebie i zawsze jest wolny. Pewien człowiek chciał go złapać i złapał własną dłoń. Osusza spocone twarze i mokre łąki, chociaż nikt mu za to nie płaci. Nie ma początku ani końca. Ktoś chciał go zmierzyć i poplątał mu się centymetr. Być jak wiatr. *** I ten dzień też pójdzie w dym i nawet nie zechce nam się pisać o nim wierszy. Przepomną go, ale nie przypomną. Przeponą w roztargnieniu wypuszczą go na zewnątrz i nawet tego nie zauważą. A przecież żyliśmy, bywaliśmy zachwyceni. Naznaczyliśmy go sobą. My i on to jedno. *** We mnie od wschodu do zachodu wojna. Pędzę w niewidzialnym pociągu każdego dnia, mimo że nigdy do niego nie wsiadałem i nie kupowałem biletu. Nie ruszając się z miejsca wyruszam w dalekie podróże. Fotografuję własne podpalone dłonie, żeby ich nie zapomnieć. Rozpaczliwie zawracam dymiące się statki płynące z nurtem rzeki. Mocuję się z mechanizmem, który uparcie przewija ten film do przodu. Wspominam dzień, w którym ostatni raz bawiłem się w chowanego. Co stało się później nie wiem. Jesienne Jasiowi Rude, żółte i zielone. Podskakuje to wszystko, gdzieś pędzi, wyrywa się, migocze. Drży ze wzruszenia, leci jeden przez drugiego, spada i podrywa się. Przestępuje w zakłopotaniu z nogi na nogę, z palcem głupio wetkniętym w usta. A kolega na wiosnę? Nie, ja na północ. A czasem zamyśla się i nic nie mówi. A każdy chce wyszeleścić wszystkie opowieści. Każdy chce wyseplenić to co się zmieni. Każdy chce coś powiedzieć, bo jest posłańcem, ale wszystkiego zapomniał przez te hulańce. *** Daleko stąd do was. Chodzę po brzegu, ochlapuje mnie czarny wiatr. Przerzucam siebie tęczą, zamaszystym łukiem światła na drugi brzeg, ale nie starcza mi światla, nie starcza mi tęczy. Więc przechylcie się wy na moją stronę, stańcie no trochę na palcach, przesuńcie się, ruszcie. Niech biała malwa wyrośnie na środku pokoju, a wy potrąćcie ją jak strunę, zagrajcie coś na niej, miejcie się ku mnie. Ja jeszcze spróbuję, zagram do was, nadam do was szyfrem i otwartym tekstem, może doniesie. Miejcie się ku mnie chociaż siebie nie macie. Chyba że macie, to się spotkamy, spotkacie. Podróż do światła Pożycz trochę życia, pożycz złotówkę tlenu, pożycz, pożycz dziesięć złotych światła, trochę sensu, mówią ci ludzie do siebie, do widowni, wychodzą z teatru i mówią to samo na ulicach. Nikt ich nie rozumie, biją ich i przepędzają. Oni karmią się czymś, karmią nawzajem łyżkami, ale wciąż to powtarzają, wciąż to powtarzają. Potrzebują czegoś innego, może sami, może sami jeszcze nie wiedzą czego, przynajmniej nie wiedzą dokładnie. Więc w podróż, więc iść, szukać, dusić się już, zataczać, ale światła światła dajcie. Dajcie, pożyczcie choć garstkę małą tlenu. Więc wyciągają do góry otwartą dłoń, na którą wystarczy położyć trochę powietrza, ale jak położyć na rękę trochę powietrza. Więc delegację wyprawiają, poselstwo wysyłają do kraju na północy, gdzie dobry władca rządzi, ale poselstwo nie wraca, choć czekali długo. Ale oni mimo to wierzą, że gdzieś tam daleko jest powietrze, jest zakopane może gdzieś na końcu tęczy. Na pewno jest, musi być. Hubert Czarnocki – ukończył polonistykę na KUL-u i Akademię Fotografii. Wiersze publikował w „Toposie” „artPapierze”, „Kresach”, ,,Arkadii”, „Frazie”, „Dwutygodniku”, „Odrze”. Autor indywidualnych wystaw fotograficznych, e-booka Jasność (2008), tomów z wierszami: Wołania (2009), Opowieść (2011), Tropy (2015) i Oddech światła (2018). Pracował jako nauczyciel, fotograf, dziennikarz radiowy i prezenter.
- Arkadiusz Aulich – trzy wiersze
Przyjaźń Czesław Miłosz napisał list wierszem do Allena Ginsberga Warszawa wtedy w niczym nie przypominała San Francisco W kawiarence przy ,,Nowym Świecie” odbywał się odczyt ,,Kadyszu” a może to był (ostatni) ,,Skowyt” Polsko-Amerykańskiej przyjaźni Ta historia nie ma początku ani końca To było jakieś kilka scen erotyczno-rodzajowych temu Jej ciało pociągało mnie do obrzydzenia a była nieprzeciętnie obdarzona urokiem węża Wiła się w gorącej pościeli gdy ja z trudem przelewałem te słowa na papier jedząc jabłko Wyszedłbym z siebie W ogonie kolejki czekam na swoje pięć minut I zastanawiam się gdyby tak uprzejmie mnie przepuszczono bez zbędnych uszczypliwości typu ,,Pan tu nie stał” A jeśli nawet to odpowiedziałbym: powiedz to Adasiowi Mickiewiczowi Arkadiusz Aulich (ur. 1979) – poeta, dramatopisarz, malarz abstrakcjonista. Opublikował cztery tomy wierszy: Dom czystych myśli (2018), Odmienne stany świadomości (2019), Skądinąd (2021), Za siebie (2023).










