top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jacek Mączka – trzy wiersze

    Słowo w kwestii ogólnej Po niebie jeździ motolotnia, niestosownie kanciasta. Może tym sposobem zdołamy trochę zboczyć z traktu. Nader wątpliwa materialna substancjalność słów ulega zatarciu. Na pożółkłej szybie kropla waha się w stanie nieważkości, nadciąga uskrzydlona groza. Na poły obudzony ustanawiasz odmienny niż ten życiowy porządek –  olśniewający splendor narracji albo aberracji. Jednakże trochę zaskakuje, słowo, układając się z lekkim trzaskiem w łożysku znaczenia. Chwiejny chód mysikrólika wzdłuż żywopłotu jest jak celowo rozchybotany most – rodzi  perspektywę obłapki.  Zbyt mocna kawa powoduje migotanie przedsionków sensów. Szkopuł w tym, że akcja rozgrywa się w tle, a ty niekoniecznie sprawujesz patronat medialny. Dajmy spokój, albo nie, tonowi zbyt uroczystemu, nawet jeżeli jest stosownie monstrualny. Śniadanie podano do stołu, słychać szczęk sztućców  albo oręża. Znaleźć upodobanie w swoim temperamencie – oto wyzwanie! ścięgna podchodzenie bliżej do twardych miejsc źle oświetlonych jest grudzień ścięgna z trudem nad głową odpryski gwiazd    wiatr uderza w twarz chuda nornica – w poprzek drogi zawsze chodzi o ciało nadmiar albo brak oddechu patrz – jest noc ostre brzegi  tną krawędź podajesz  usta – siecze deszcz A guzik Jesień uroczo się pokłada, gdzieś  na peryferiach skręcanie mebli. Docierasz  do miejsc, w których wanty są luźne. Bo nie  wszystko zawsze musi być w pionie. Marchewka, szczypior, kalarepa leżą na  straganie – zły urok tak tkać i pruć, stężona trwoga, że coś poszkapisz, że a guzik, fluidem  sobie pomazałam. Jacek Mączka  (ur. 1965) – poeta, literaturoznawca. Autor dwunastu książek poetyckich oraz monografii Powidła dla Tejrezjasza . W 2022 ukazał się jego tom wierszy Czwarta mgła. Ruta . Publikował, między innymi, w "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Rzeczypospolitej", "Więzi", "Studium". Laureat Tyskiej Zimy Poetyckiej, nominowany do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Mieszka w Górach Słonnych.

  • Jacek Sadkowski – cztery wiersze

    Przedśniadaniowy nieczas na erotyk  Emilii  oparty o cicho mruczącą lodówkę patrzę na ciebie odkrawającą (małe równe) plastry z kostki zmrożonego masła. nic nadzwyczajnego nic niezwykłego w tym nie ma jednak patrzę na ciebie odkrawającą (małe równe) plastry z kostki zmrożonego masła i wiem że ta chwila wypali się we mnie na zawsze i zawsze będę mógł przeżywać moment nadzachwytu nad skupionym wyrazem twojej twarzy w miękkich refleksach ostrej stali noża nad zielenią zielonych skupionych oczu nad spiętym uwagą łukiem linii ust. odtąd będę się stawać roztopioną kostką masła pokrojoną w małe równe plasterki. Tam gdzie ściana wrasta w ścianę  Głowy napełnia nam słoma Nie znaczy nic nasza mowa                                      "Wydrążeni ludzie", T.S. Eliot, tłum. Czesław Miłosz zza okna łakomie zerka na mnie nic ale nie wiem dokładnie bo nie - - wiele wiem w tej porze niednia. domyślam się tylko że za zimną szybą jest puste miasto. ostanie liście jaworu który jeszcze wczoraj rósł przy wejściu (jawor jawor jaworowi ludzie co wy tu robicie) płoną wypalają dziury w mroku szytym ostro  deszczem i ślepym smutkiem (dwa podwórka dalej przytulony do kościoła baptystów drży tłusty salon tajskiego masażu). miasto jest puste i ja jestem pusty. miasto jest obce i ja jestem obcy. martwy w martwym mieście. mieście w sam raz do umierana ale nie każdy ma szczęście. wiem że mnie nie przytrafiają się dobre czy szczęśliwe rzeczy (od nagłej a niespodziewanej śmierci nie zachowuj mnie Panie). mam pewność niepewności ustabilizowanej niestabilności samotności nieżycia niemiłości mgły powstałej z morskiej wody którą mam wżartą solą w skórę i ptasi trupi śmiech który ma być odmianą na lepsze zakończenie i gdzie tu miejsce na niezakończenie Dungeon keeper  małe i niepozorne a czego nie ma jest najczęściej większe ode mnie. przygniata do podłogi niczym piwniczny worek z tajemniczą wonią kartofli śniących o wilgotnych bruzdach ziemi. (no tak tak brakuje mi teraz i tych zapachów.) kilka lat temu postanowiłem zaprowadzić porządek w nieporządku zapuszczonej piwnicy. był cholerny bajzel - słoiki po domowych przetworach sterty czasopism książki ciche zapomniane trampki i przedwojenne walizki z choinkowymi skarbami. dwaj zapijaczeni sąsiedzi w przedalkoholowym szale obiecanej żubrówki mieli mi to uprzątnąć. pomimo tylko na litość boską nie dotykajcie tych walizek bo łapy pourywam wypieprzyli na śmietnik walizki z wołkowyska a z nimi toporne ale śliczne elektryczne lampki choinkowe z epoki schodzącego towarzysza gomułki tyle samo lat liczące wyszczerbione szpice anielskie włosy o miękkości i barwie kolczastego drutu złote i srebrne orzeszki starsze ode mnie popękane bombki o niespotykanych barwach maleńkie sarenki jelenie i bałwanki kupione przez którąś z ciotek na wycieczce do enerde. i całą masę pięćdziesięcioletniego wielobarwnego szkła potłuczonych szkiełek. i stare gazety do owijania nawijania w tym młody technik z roku siedemdziesiątego piątego. nie wiedziałem że tak mi tego zabraknie bo nigdy do tej pory nie brakło. zawsze mogłem zejść do piwnicy gdzie kiedyś ojciec układał jesienne worki z zapachem tęsknoty ziemniaków za ziemią i gdzie leżały walizki z bombkami i poczuć się zwyczajnie dobrze nieopisanie szczęśliwie. myśleć nawet w środku lata o wigilijnych nocach gdy wszyscy już śpią. w całym domu pachnie kutią sianem i grzybami śledziami a ja leżę pod choinką i tonę w złoto złotym i czerwonym błękitnym nadświetle lampek bombek i czytam oglądam coś co dostałem od mikołaja a za oknem jest mróz i śnieg i wszystko co powinno być stąd aż po kraniec kosmosu. od tamtej pory już nie schodzę do piwnicy bo i po co. w tym roku pierwszy raz ubrałem choinkę której nie ma. w niezapach walizek z wołkowyska w feerię niekolorów enerdowskich choinkowych ozdób. nie wyciągnąłem też biedronkowych tandetnych dupereli z szafy. leżę w nieprawdopodobnym wygibasie pod kaloryferem. nic nie pachnie zimą ziemią nie tęsknię razem z kartoflami do wiosny. jest nijako i niespokojnie Insomnia  Emilii w tym domu zamieszkała noc a w nocy siedzi szara mysz o imieniu zmęczone nic. snuje się po kątach i straszy. pusto                                                                     tu. pusta jest noc. pusta jak ta przed pogrzebem. ostatnia. odkąd pamiętam mamy tu ostatnią noc  - mówię do siebie i dotykam go zimnym żartem. na siłę wybuchamy śmiechem. a potem kładę się. wstaję. kręcę wokół. zamykam otwieram oczy. wszystko. nic. wszystko. nic. przyklejony do okna szeroko patrzę w mglistą noc monotonną deszczem i wymyślam na chwilę zaśnieżoną polanę. daleko na granicy wzroku czarne drzewa w białych czapkach. wielkie niebo gwiazdozbiorów gwiazd. kwadrantydy leonidy normidy tną powietrze. ostra stalowa kosmiczna stal. znów kładę się. wstaję. śnię i przechodzę przez ściany mieszkania. niczego nie omijam przenikam przez stary stół zasypany kipiącymi książkami. gdy zjem je do ostatniej litery zdobędę władzę wiedzę i będę miał ciemność w garści. słyszałem że archeolodzy z jerozolimy wykopali spod piasku oliwną lampę zdobioną menorą i gałązką lulawu. lampa jest piękna i starsza niż świat. podobno ma tysiąc siedemset lat. pojadę tam jeszcze tej nocy i ukradnę ją przywiozę tu i niech mi świeci w ciemności. -  a światłość wiekuista niechaj mi świeci na wieki  - śpiewam by rozbawić siebie ale on nie daje się wciągnąć w zabawę. kładę się. wstaję. poprzedniej nocy zasnąłem na chwilę i przyśniło mi się że umarłem. leżałem na kanapie przed telewizorem i nie żyłem. przyszli skądś rodzice i oglądali mnie dokładnie. ojciec szturchał próbował siłą stawiać do pionu ale tradycyjnie nic z tego nie wyszło. znów wstaję. kładę się. idę do kuchni. na niebie niemrawo błyszczy rozmyty sierp. wreszcie trochę światła którego nie muszę wymyślać. ruski budzik na szafce pokazuje niezmiennie ósmą dziesięć. szlag trafił baterie. noc w noc dzień w dzień mam zamiar je wymienić ale nie wymieniam i dlatego jest jak jest. wszystko stoi na ósmej dziesięć i będzie stać dopóty dopóki nie obudzę się. z kąta za kuchenką błyszczą oczy myszy zmęczonej nic. wstaję. kładę się. jeśli będziesz do mnie szła proszę nie zapomnij kupić baterii i zapałek. zapalimy oliwną lampę. Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Maciej Melecki – pięć wierszy

    Dobór Przecinające się krzywizny prostopadłych zbłądzeń narzynają kolejne Przeguby tego potracenia w meandrach danych wykroczeń poza ten Zabagniony chciejstwem stugębny czas. Spod flamy ciepłego odoru Rozkrawa się ciężkolita część i wypełnia siniejący dopust, ażebyś mógł W samozwrotnym rozchwianiu przestępować powałę tego szczękokraju.  Widzimy bowiem schodzące z flank wklęsłego nieba gradowe wiry,  Zapowiedzi ciernistych plam na każdym wgłębieniu zostawionym przez Pierzchły cień, wyblakłą spłonkę celu zaniechanego przez bezwiedny wybór Sekundnika tchu, na tym apelowym placu, gdzie dobrowolnie schodzą się Wszyscy inni, bliscy sobie w potrzebie wzajemnego holowania aż po  Pierwsze piargi ołowianych wydm, które przetoczy w ich zlasowane mózgi Leukemia rozproszonych gwiazd. Coraz obfitsze datki będą kneblować Nadgarstki ust. Kłody pochopnych dróg są nieustannie przeszywane drgawkami Kolejnych omamów, w których wyraźnieli od dawana jako ogniwa łańcucha, Bez którego nie mogli wszak nigdy żyć, w przytroczeniu stałym taką grawitacją, Kohorta ziszczająca wolę swego karła, igrającego nimi jak hakami, by mógł Karniej zawiadywać pojedynczymi gardłami. Dwubiegunowa mara, oplot Sięgający końca każdego korzenia, w jałowej glebie pobywania w najprostszym Akordzie zapędzania do koryta swego funkcjonowania, by wybrakom nie  Było końca. Użyteczność jako wyparowanie najmniejszego rozstaju. Wszędzie Tak blisko, bo krawędź przepaści przystawiona jest do skroni. Turbulencje Przynoszą tylko odrętwienie. Kawałkowane sekwencje na porcje chudych  Doznań są zgniotkami, gdzie tłoczą się odłogi nigdy nie wezbranych prądów Odmiennych postaci obecnego zmarnienia. Wiotki dym jest echosondą idącej Skądinąd ku nam czerstwej mgły, którą będziemy musieli do ostatka jeść, Niewidzialni dla coraz bardziej grążących się w swym grożeniu. Brodzenie to nie Przechodzenie niczego wpław. Sankcje zawężają twój barłóg do paru ścierpłych Ruchów, poziomujących dal do obwodu koła, jako dobór zniesień tego pionu.  Osie zejść Nigdy nie dojdą inne oznajmienia niż jednobrzmiące wyroki, gęstsze od opadowych Plam tej jasnej pomroczności, będące kierunkującym dalsze poczynania bezdennym Wykrotem, gdzie stłaczać się zacznie świat pustych rac, zdwojonych postaci jednego Końca, pospieszanego zawartą w nich krechą mety. Znikądinąd nie wyłoni się Bardziej wypiętrzony strzęp swobodniejszych możliwości, gdyż obnażanie poziomu Sufitu danego momentu wyboru stało się nieodzowną śluzą dla wszelkiej płynności Naszego umiejscowienia, przykrótkich już fragmentów, w których jeszcze kłębi Się zestrój ogniskujących wychynięć, energicznych ruchów zmagających się z  Szybkością górnych szprych, przyciąganiem płaskością dna. Prądnice takich stanów Zacinają się, poprzez zwarcia w nadgniłych zwojach, coraz częściej i stają się Agregatami kumulującymi naszą czczość, choć zasupłane azymuty momentalnych Rozstrzygnięć falują, jak papierowy po cemencie worek na zawietrznej wczesnego  Popołudnia, kiedy słońce traci ostrość, przechodząc w styczniową szarówkę, jako Pierwsze odium tegorocznych strat. Puste przeludnienie. Skorodowany karb. Nit Dociska dwie warstwy, dzięki czemu zostaje ci tylko ta jedna. Szyna przebijająca mur To żeliwny tor zrujnowanego domu. Bezstopniowy zwrot. Między dwoma schodami Leży w poprzek gwóźdź, ostrzem celując w ich zatarty kąt. Zmniejszające się szanse Powiększają tylko okrążenie, przechodzimy przez kolejne kwartały ociemniałych Siedlisk, w środkach jarzeniowych blasków łowiąc szmery prostopadle padających cieni, Nieustannym natłoku pozornie istotnych przynęt, jakby każde z tych informacyjnych Zagięć było ostateczną fałdą skrywającą odpowiedź na pytania o sens tego poronienia. Niecka rozdrobnienia. Wypełnianie kolejnych form seriami upadków. Siekanina Najdrobniejszej połaci żywego jeszcze odruchu. Dawne czasy są wysuszoną szczęką. Doszczętnie skasowane stany, rozłóg tego, co było kiedyś lemieszem w tłustej bruździe Mniemań o wieloskrzydłych możliwościach panowania nad marą losu, przezwyciężeniu Obwałowań kręto prowadzących do bagiennych delt. Niczego więc nigdy nie było poza Tak samo spiorunowanym pniem danego rzutu, ciasnej sieci sunącej szeroko aż po rdzeń Coraz bliższego sygnału, wieńczącego ten zduszony etap. Zmrówczenie w diabelskim  Młynie. Parowanie octu i gryzące wyziewy z kanalizacyjnych krat. Nasza dookolność   Rozchodzi się śladami biegnącymi w koło swej osi zejść, tężejącej wklęsłości jako jedynego Dowodu chromego istnienia w sprężeniu wszystkich napięć, jakimi szatkował nas ślepy Przestwór nieustannie pracującego zaniku. Głuche grudy wybroczyn lepkiej jawy są Odważnikami kładzionymi na spękane progi, pozostałą nadwyżką po tym niczym innym, Stałym przemienianiu się drogi w lśniącą cyną kosę. Przetoki tych przebiegów są zapchane Pakułami chciwych roszczeń, osaczanie spłyca tylko oddech, rotując zarazem każdą kłodę, Która spada nie wiadomo skąd, ażeby ciągi tego jarzmienia nie były przerywane, miarowo I jednostajnie młócąc ugór tego trwania, bez żadnego już odniesienia do wibrujących  Doznań na paletach nieustannych podmian, dzięki czemu wydarzeniowość każdego obrzynu Może uchodzić za ziszczenie woli nie tylko samego posiadania. Marnienie odbywa się We wnętrzu wąskiego kokonu. Nikt o tym nic za bardzo nie wie. Odpychania nie są skutkiem Przyciągań. Atmosferę tworzy tylko kwaśna mżystość. Preparaty to nasz stały prowiant.  Wymiana kołuje nad ziarnistym przeciągiem, przekazując części strat jako zamienny Towar. Cisza niczego nie gładzi, wzmagając piszczenie w ścianach. Dwubiegunowość To jeden kieł. Stała wytracenia morzona jest zerem. Te rundy są ewidentnie po nic, W swym hipnotyzującym zwidzie suną w stronę coraz bardziej jaskrawiejących widm, Ażeby przeniknęły nimi nasze przepony tego niekończącego się odwrotu z wyrobiska Niepominiętych reszt, w położeniu dźganym nieustannie przez wyciągnięty w tłumie nóż.         Wychwycenia  Bezpowrotne wchodzenia w coraz to nowe zagony załomów przynoszą  Kostniejącą mgłę. Zakrzywiony moment i jonizująca pneuma pustki w każdej  Reakcji na cząstkę odmowy, gdyż spody zieją szczeliniastym brakiem, Stąd przyczepność wytraca się z dookolnej grawitacji. Dobyć dodatkowe Okrążenie i z takiego mętliku uczynić swój znikliwy totem, by potem Przeładować tę próżnię na jeszcze większe pole zbrużdżonego osmolenia, Rozpychając tę lukę aż po pełny obrót wrzeciona, które nas ściąga W ten osmotyczny wir. Proste wklęśnięcia. Przydrożny ugór znoszonych Cieni. Przekątne wypiętrzenia na spłachciu stężałej jawy. W takim Wtrąceniu przebywanie jedyne, mimo dostrzeganych końców danego Rozwidlenia, mimo ostrzy tnących na oślep każdego przywidzenia.   Ostrokoły zamętu w każdej prowadnicy tego słupowego trwania rozdzielają W nas wakaty, jesteśmy bardziej biegli od wędrownych biegunów, na chwilę  Przed odjęciem trakcji przeniesienia, jakby skwierczenie było tylko blokadą W gnieździe spodku. Wyryj jeszcze jeden szew na tym przedramieniu, Spadziście decentrując obrany za ciebie kierunek poniewierki, ów przydzielony Kosz skulonych mknień, zatarasowany pospólnym chlewem w osadniku  Wciąż odradzających się usidleń. Pomroczny brezent opina nie tylko trzpień.  Osypisko  Przekątne wszelkich wznieceń dźgają spody przyszłych zwrotów, rozszerzając Momentalnie zakresy danych rozwiązań kumulujących się na poboczach spraw,  Gdyż doznajemy z powrotem tego samego somnambulicznego stanu, żywej kłody  Poleceń, z którą jest się zrośniętym, w tej wybrakowanej niecce posiekanego  Na cząstki czasu, kiedy zostaje wyznaczony jego ścieg aż po finalne wydalenie.  Nie ma mnie w innej ciemni obopólnego przejawienia żrącego duru, tego uskoku  Zwichrowanego rombu spodniej matni, kłapiącego półrocznym już zawieszeniem Nad każdym sufitem, podrzucanej niczym parujący odorem próg. Jednostronność  Wypełnia wszelką nawierzchnię, rozpady następują po każdym odwrocie, ciemiężenia Cieniami przedzierzgają się w ustalenia nowych obowiązków, które momentalnie  Dławią tok dalszej rozmowy, kiedy kancerujące serie zwad nagle zaczynają łyskać  Wymachiwanymi ostrzami nacinającymi nadgarstki odmów. Osypisko tego rozdzielenia  Wrasta swymi zakosami aż po nabrzeże tego krańca, na którym hodujemy swój  Wieloramienny ból, kwadraturę szpotawego zewu, przenośnego skowytu wykolejonych  Gwiazd, ażeby, poprzez każde wstrzymanie bicia, puls mógł się zbrylić w błotną grudę  Wobec parcia znoszących się po wierzchołek zatrzymania sił, biegunów wtrącających  W mechaniczną posokę przenoszenia kresu o kolejny szczebel niżowego złogu. Potrojony przedziałami zewłok widm. Kryzy przestawiane z jednego odmętu w drugi Usztywniają krok aż do samobieżnej mety szczętu, w trakcie rozszczepiania poziomu  Danego sparszywienia. Splecione w supeł tłocznie niegdysiejszych wyborów kierunkują Teraz to czołganie pod nisko zawieszonymi zasiekami, w coraz szybszych przebiegach Doznawanego zaniku ujść z tego rozrytego wygonu, już bez żadnej innej perspektywy, Kalejdoskopowych przeciążeń, sparciałych tarapatów, jakby nowy rzut miałby przynieść Odmienny niż ten wciąż pusty los. Rojny kompost w butwiejącym osadniku zniweczenia Przedostaje się do krwiobiegu mętniejącego bycia na rozchybotanej belce, taranującej Skawalony do cna ciąg chocholego wygrażania sankcjami, zacieśniającymi nam grdykę  Stryczkami poślednich wdrożeń. Jałowienia wykwitają na obrzeżach rowu strzelistym  Ostem. Skośne zwarcia w zerwanym więzadle rojeń. Nie wahają się tylko szpadle.    Przerost zdławień  Oszronione połacie najbliższych zapadlisk, ukośnie wydobyte ostrym słońcem, Domykają pustość ostatniego wirażu roku, niekończących się smagań porywistych Razów, gdy wydrążony biegun wyborów zaczyna wklęsać rdzawą plama w narożnik Oka i cała bujność zbutwiałych szmat staje się falistą orbitą dla tego przechodzenia W coraz niższe załomy zniweczenia. Nie możemy tedy już niczego innego brać Jako swoją żagiew. Niedoświetleni, szpachlowani szarymi zaprawami z bieżących Pomyj zwarć, buzujący odorami skłóceń, rozchodzimy się po tym szutrowym dnie, Kiedy gnilnie fluktuuje jeszcze żywy promień zwichniętego kierunku szpotawej Brei, jaka wypełnia tę rozłożystą kadź, w przęśle kroku trzymaną krótko przy Sobie, bez trybu już innego pędu w to zwaśnione osierdzie scalanych ustaleń w Jeden zamaszysty pręt. Byłem tylko śladem pracy jarzma, kołowaniem ścieśnionych Pasów nad zgnieceniami poszczególnych odmów, i w takiej przetoce rósł kolejny Niżowy mur, za którego nie wychynął żaden sygnał odmiennych spraw, gdyż niespiesznie  Poruszamy się po obwodzie pętli, zrośnięci z nią szubienicznym ramieniem horyzontu, Wpychającym nam w gardła swój knebel dali. Dyferencje zaniku. Przeszycia tego  Samego kroju zastanego nieładu. Wiązki cierni przechodzą przez poletka skurczonych Poczynań, zasupłują się w odłamkowe wizgi i stepowieją w odkrywanych na nowo Kątach naszego upadku, czyniąc zeń stałą wypadkową, szmuglowany worek trwań.   Tkanki powidoków utwardzają się w jedną warstwę strat, wyraźnie widoczne pięści Wystają spod sztywnych powłok kilkunastu mar, osaczająco tworzących ten bezduszny Krąg, gdzie każdy z każdym gra w ziemne ognie, owe szybujące przesyły pustych Form, jakby było się rezerwuarem dla samych skłębionych szram, w tej wysuszającej Zawiei grążenia w wykrocie tego przepadania w spadzisty przesył glinu, chłonne strony  Kresowych potknięć i obrotowych pęt. Ludzkie nornice rozszerzają powierzchnie  Swoich jamistych umiejscowień i, paradując w przebraniach, stają się ogniwami  Łańcucha dostaw cierpkich wrażeń oraz poronionych mniemań o tym zmierzchającym  Świecie rozgrzebanych pogrzebaczem stanów odchodzenia w swój zetlały nów,  Wijąc się w swych marnych dążnościach, nadziane na haczyk swego postradanego losu.  Dociągnij pod tę krawędź spiralny włok, by erodował dalsze ciągi końca, otwierając  Kolejne przepływy mazi na ten przetykany wirami zabagniony grunt potylicznej masy.  Wiersze z przygotowywanego tomu Chłodnie , który ukaże się na jesieni 2025 w wydawnictwie AFRONT. fot. Paweł Dąbrowski Maciej Melecki  (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy  (1995), Niebezpiecznie blisko  (1996), Zimni ogrodnicy  (1999), Przypadki i odmiany  (2001), Bermudzkie historie  (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester  (2009), Szereg zerwań  (2011), Pola toku  (2013), Inwersje  (2016), Prask  (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt  (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020  (2020), Druzgi  (2021), Przeciwujęcia  (2024) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie  (2017), Nigdzie indziej  (2021), Żywe mumie  (2023). Mieszka w Mikołowie.

  • Genowefa Jakubowska-Fijałkowska – pięć wierszy

    Przypływy  lodowce Ziemi się cielą jak szwajcarskie krowy  mleczne żądła cyklonów niebieskie góry lodowe tonie Titanic oceany zalewają Róg Afryki już nie ma suszy w Somalii tonie Manhattan 21 grudnia 2023 Łukasz filmowiec i trzech Biesów Mateusz radny miejski Tymoteusz pianista Marcin bibliotekarz dostawca książek i poeta rozmawiamy o polityce filmie literaturze o mirabelce wyciętej pod moim oknem i globalnym ociepleniu przynieśli po piwie (Tymoteusz nie pił prowadził) dostałam trzy róże poszli wynieśli puszki po piwie Żywoty świętych w rodzinie  babka Rozalia spod Babiej Góry miała dwie córki każdą z innym nie była taka święta jak Rozalia z Palermo pustelnica dziewica i święta Józefa matka nie ma takiej świętej urodziła trzy córki: Genowefa patronka Paryża też dziewica Aniela święta włoska założycielka Sióstr Urszulanek Małgorzata jest tych świętych wiele  jedna święta męczennica z Antiochii i moja siostra   matka urodziła jeszcze syna Józefa cieślę z Nazaretu ojciec Franciszek biedaczyna z Asyżu stygmatyk święty patron kwiatów i ptaków dalej w rodzinie są tylko kobiety święta Joanna zwana dziewicą orleańską spaloną na stosie jest Anna sprawiedliwa babka Jezusa Chrystusa Alicja siostra dominikanka opiekunka trędowatych Emilia święta z Cezarei patronka matek święta Melania urodzona w 383 roku w Rzymie (i jest Melania Trump) Chwile godziny czas poranek a wygląda na zmierzch wiosenny chmury od Mokrego (w styczniu Celsjusz na plusie) umarły z marketu afrykańskie róże róże różowe w wazonie dzwony u Salwatorianów Anioł Pański wibracje echo we mnie gdzieś gaśnie Słońce (gwiazda) Ziemia jest trzecią planetą od Słońca na której istnieje życie a Księżyc się pełni jest i znika i nie ma tam życia Poranne czytanie muzyki zdjęłam nocną flanelową nakarmiłam kotkę sąsiadów ubrałam ciuchy codzienne getry T-shirt skarpety  sąsiedzi wyprowadzają psy srają pod moim oknem (psy) w pokoju w tle muzyka klasyka słyszę rogi myśliwskie krwawy pokot zwierząt leży pod drzwiami zlizuję na progu ciepłą krew wdycham powietrze i smog Genowefa Jakubowska-Fijałkowska (ur. 1946) – opublikowała:  Dożywocie (1994) , Pan Bóg wyjechał na Florydę (1997) , Pochylenie (2002), Czuły nóż (2006), Ostateczny smak truskawek (2009), Performance (2011), ze mnie robaka i z robaka wiersze/ of me a worm and the worm verses (2012) Paraliż przysenny (2016), Rośliny mięsożerne (2020), Wiwisekcja (2023), Publikowała również w antologiach. Dwukrotna stypendystka MKiDN. Nominowana do nagrody Śląski Wawrzyn Literacki (2012), finalistka nagrody Nike (2017), nominowana do nagrody literackiej m. st. Warszawy (2021) i laureatka nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2021).

  • Luis García Montero – pięć wierszy

    Miłość Słowa to statki, które gubią się, od ust do ust, od mgły do mgły. Niosą swój ładunek przez rozmowy, nie znajdując portu, a noc im ciąży jak kotwica. Muszą przywyknąć do starzenia się  i żyć z cierpliwością drewna  zużywanego przez fale,  rozpadać się, niszczeć powoli, aż do rutyny ładowni wedrze się morze i je zatopi. Bo życie wchodzi w słowa niczym morze w statek, czasem przykrywa nazwy rzeczy i sprowadza do rdzenia przymiotnika niebo pewnej daty, balkon jakiegoś domu, światło miasta odbitego w rzece. Z tej przyczyny, mgła za mgłą, kiedy miłość wdziera się w słowa,  uderza w ich ściany, odciska na nich piętno osobistej historii i pozostawia w przeszłości słowników odczucia zimna i ciepła, noce, które są tą nocą, morza, które są tym morzem, samotne spacery z frazą rozstrzeloną i zatrzymane pociągi i piosenki. Jeśli miłość, jak wszystko, jest kwestią słów, to zbliżenie się do twojego ciała było stworzeniem języka. Tajemna dyscyplina Dom jak statek  na otwartym morzu czerwca. Ulice jak pociągi nocy spokojnej. Takie rzeczy nie zdarzają się na świecie. Skłonny jestem stwierdzić że obecnie żyję w tomiku wierszy. Ale kiedy patrzysz na mnie, zdecydowana istnieć z głębi ciepła twych oczu, istnieje też świat. I, bardzo prawdopodobnie, w końcu będę istnieć z tobą. W płomieniach Jonowi Juaristiemu Pieśni, których nie sposób zaśpiewać, sztandary, które plamią mi ręce krwią, książki, które przyćmił czas, place istniejące tylko na fotografiach.  Niczym orzeł żyję w płonącym lesie.  Blask moich oczu to dziwne płomienie. Ścigają mnie zgliszcza wrogiego światła.I lecę, lecę, bez azylu, bez ustanku. Gorzka pieśń Na twarzy nosi trzy stracone lata i chłód szóstej rano.  Zaraz złamią ci serce. Nagle zgaszone światło, mroczne korytarze, drzwi, które wbijają ci hałas w plecy. Zaraz złamią jej serce. A ona wlecze ciemny łańcuch lodowatych namiętności, ten chłód, który mieści się jedynie za jednym słowem. I widzę, jak idzie, powoli, zatracając się w wędrówce, ulotna udręka, która chodzi tam i z powrotem z cienia do drzwi mego domu. Sztuczne światło pozostawia na ulicy ciche drżenie trzech zakotwiczonych łodzi. kiedy ona przechodzi obok, czuję jak gdyby uderzenie wioseł i szum wody. Nieobecność jest formą zimy Jak ciało człowieka pokonanego w śniegu, z tą samą zimą, która mrozi pieśni, kiedy wieczór zapada w radiu w samochodzie, jak telegramy, jak głos zraniony, który przecina nocne telefony, niczym latarnia morska przecina melancholię łodzi na brzegu, jak wątpliwości i pewniki, zarys mojej sylwetki w oknie, tak boli noc, z tą samą zimą, gdy mi cię brak, z tym samym śniegiem, który pozostawił mnie pustym, bo wszystko zapominam, gdy mam nauczyć się cię pamiętać. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Luis García Montero  (ur. 1958) – hiszpański poeta i krytyk literacki. Profesor literatury hiszpańskiej na Uniwersytecie w Grenadzie. Dyrektor Instytutu Cervantesa.

  • José Watanabe – pięć wierszy

    Chorągwie we mgle Istnieje w porcie starość smutna i nieskończona, więcej rdzy na molo i podejrzane bary na nabrzeżu, gdzie niegdyś stały okazałe domy pośród upartego ziela. Pewnej nocy, gdy mgła gęsta i mętna spowijała świat cały, błądziłem po omacku po deskach molo. Wciąż nastolatek, być może poszukiwałem radosnego strachu przemijania. Szukałem rękami poręczy, jej metalowych łączeń, lin pułapek na kraby przywiązanych do zardzewiałych knag. Kraby grasowały nocą w poszukiwaniu resztek wypatroszonych ryb, wnętrzności, które walały się po morskim dnie albo owijały niczym węże wokół filarów mola. Wsłuchiwałem się w delikatne uderzenia fal o burty małych łodzi, które skoro świt wypływały zbierać sieci, przepływając między okrętami wojennymi stacjonującymi w zatoce. Pies porzucony na dnie łodzi, równie ślepy  jak ja, skomlał. Następnie dostrzegłem chorągwie, którymi ktoś, w oddali, machał we mgle. Byłem oszołomiony i oniemiały. Żadna uwaga  o pięknie nie odda prawdy o tych chorągwiach. O wolności Dziś rano kupiłem ptaka jak kupuje się owoc bukiet kwiatów. Mówią, że Hokusai kupował ptaki, by je uwolnić Podobnie Leonardo, ale mierząc ich impet i kurs lotu. Możliwe, że w dzieciństwie malowałem ptaki, lecz nigdy nie odkryłem ich prawdziwego związku z samolotami. Kusi mnie, by zwrócić ptakowi wolność oddać mu jego prawo do śmierci na wietrze. Zapytają mnie o powody. Będę czuł się w obowiązku mówić o wolności, ale moja rodzina, która jest bardzo logiczna powie, że na zewnątrz, samotnie na wietrze zobaczymy, co zrobię. Moje oko ma swoje racje Wierzę, że moje oko dysponuje arbitralnym kryterium wyboru. Oczywiście, że był jakiś pejzaż wokół, niemożliwe, byśmy byli sami, ona i ja, na falochronie. Jestem przewidywalny, jak każdy. Mogę więc założyć, że jeśli była mgła, powiedziałem: łodzie we mgle mogą być jedynie odbiciami, mirażami, i wspomniałem o starym haiku Harumiego: „Pośród mgły dotykam rozmytej łodzi. Potem wsiadam”. Jeśli świeciło słońce,  robiłem jej zdjęcia dłońmi złożonymi w ramkę i być może ją onieśmieliłem, mówiąc: zapozuj z piersiami zwróconymi ku wietrze. Jeśli akurat przelatywały mewy, które ona podziwiała, przypomniałem jej, że to ptaki drapieżne i że tylko ich odrażający śpiew jest szczery. Moje oko widziało to wszystko, niczego nie odrzuciło. Weszliśmy do morza po falochronie z ociosanych skał. Na wystającej skale uniosła spódnicę i zanurzyła stopy w wodzie. Jej nagie uda znalazły wygodne oparcie na kamieniu.  Było coś szczególnie dziwnego w kontraście jej białego uda na tle szarej skały jej udo żyło, jak uśpione zimą zwierzę, skała zaś była zbyt cielesna i ostateczna. Chciałem wpisać swój wiersz w cały ten pejzaż, lecz moje oko, zupełnie arbitralnie, wykluczyło go, i powraca jedynie z obsesyjną precyzją do tego pięknego i skrajnego problemu faktur: udo na tle skały. Sola Jestem szarością na tle szarości. Moje życie polega na nieustannym naśladowaniu barwy piasku,  lecz ta wyrafinowana sztuczka, która pozwala mi pożywiać się i oszukiwać wrogów, doprowadziła do deformacji. Utraciłam symetrię, będącą udziałem pięknych zwierząt, me oczy i nozdrza przesunęły się na jedną stronę. Jestem niewidzialnym potworkiem spoczywającym zawsze na dnie morza.  Krótkie sardele, gdy mnie mijają, wierzą, że pochłania je poruszenie piasku, a wielkie drapieżniki muskają mnie, nie dostrzegając mego przestrachu. Strach zawsze będzie krążył w mym ciele niczym druga krew. Niewiele mam ciała. Jestem zlepkiem organów zakopanych w piasku, a niewidoczne krawędzie mego ciała pozostają blisko.  Czasem śnię, że pęcznieję  i faluję jak równina, spokojna, nieustraszona, większa niż najwięksi. Jestem wtedy całym piaskiem, całym rozległym dnem morskim. Mistrz kung fu Ciało stare, ale zahartowane do walki budzi się wcześnie i tańczy na piaszczystych plażach Barranco Porusza się, jakby kreślił starożytne znaki, z taką gracją, a  mimo to zadaje rany, szukając śmiertelnego punktu swojego przeciwnika, nie powietrza, lecz tego niewidzialnego od tysiąca lat. Jego przeciwnik atakuje z zaciętością dzikich zwierząt, a mistrz powtarza ruchy całym ciałem: tygrys, orzeł czy wąż następują po sobie w nieskończonej choreografii uników i kontrataków.  Żaden nigdy nie zwycięża, ani ten, ani tamten, by jutro ponownie stanąć twarzą w twarz.  — Zakładasz, że wierzę w istnienie swego przeciwnika, gdy tańczę — powiedział mi mistrz. I zaprzecza, bardzo po chińsku, dodając tylko: to on sprawia, że tańczę. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak José Watanabe  (1945–2007) – peruwiański poeta i scenarzysta, przedstawiciel niezwykle istotnego w historii peruwiańskiej poezji pokolenia, które debiutowało w latach 70. XX wieku.

  • Olvido García Valdés – pięć wierszy

    Pisać strach to pisać  pisać strach to pisać  powoli, drobnym pismem w osobnych liniach,  opisywać to, co niebawem, nastroje,  nadchodzącą niewinność  tego, co żywe, znajome  cielesne zależności, skórę  różową, krwistą, żyły,  żyłki, naczynia włosowate Znam parę kruków Znam parę kruków, wiem, że mają czas podobny do ludzkiego, by żyć; mogłabym je odwiedzić, spacerować razem aż do wierzb nad brzegiem. Dziś rozmawiałam z kimś, kogo darzyłam uczuciem, sprawiał wrażenie zadowolonego, rozkwitał; jego wróg umarł. Śmierć zawsze jest zimna. Kiedy idę do pracy, jest noc Kiedy idę do pracy, jest noc,  potem powoli zaczyna świtać,  wciąż jest bardzo zimno.  Często w kinie  wydaje mi się, że słyszę deszcz uderzający o dach,  jakby nie było miejsca,  gdzie można się schronić.  Dziś ktoś we śnie powiedział:  weź, w tej karafce  jest czysta woda, na wypadek, gdyby ta w sercu zapleśniała. Wygrać dzień każdego dnia…  Wygrać dzień każdego dnia, docierać do nocy i oddychać, z każdym ruchem tworzyć, z rytmu oddechu, tchnienie, by dotrzeć do dnia. Inny kraj, inny krajobraz Inny kraj, inny krajobraz, inne miasto. Nieznane miejsce i nieznane ciało, twoje własne ciało, dziwne szlaki, które prowadzą prosto do strachu. Ciało jak inne, i inny krajobraz, inne miasto; zachód słońca nad kamieniami słodszymi i piękniejszymi niż kiedykolwiek widziałeś, kamienie miodowe niczym światło. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Olvido García Valdés (ur. 1950) – hiszpańska poetka, eseistka i tłumaczka. Profesor języka i literatury hiszpańskiej w Valladolid i Toledo. Była dyrektor Instytutu Cervantesa w Tuluzie. W 2007 roku otrzymała Premio Nacional de Poesía.

  • Leonardo Valencia – Kilka uwag o projekcie Denisa Changa

    Żadna uwaga o pięknie nie odda prawdy o tych chorągwiach José Watanabe 1. Sukces pozwolił Denisowi Changowi na pewne luksusy. Prosił o odległe i ekstrawaganckie lokacje, wydłużył czas trwania filmów do trzech lub czterech godzin i i zażądał zwiększenia liczby kamer do ujęć trwających zaledwie kilka sekund. Producenci również nie ograniczali go, jeśli chodzi o zatrudnianie znanych aktorów i specjalistów od sztuk walki. Siedmiocyfrowym czekiem przekonał Nurmagomedova, jak również bardzo młodego i gadatliwego Jana Figuereido, który powiedział Changowi, że jest jego wielbicielem i że jeśli zaszedł tak daleko, to dzięki podążaniu ścieżką mistrzów, pokazywanych w jego filmach przez ponad dekadę. To, czego nikt nie wiedział, a co odkryłem trzeciego dnia wywiadów w jego willi w Palos Verdes, pod palmami otaczającymi duży basen, z którego widać było horyzont morza, było jego wyznanie na temat filmu, którego nigdy nie nakręcił. Te notatki mają jedynie wskazać przyczyny tej niemożności. 2. Naprawdę nazywał się Dionisio Kun Chang. Był synem tajwańskich emigrantów do Ameryki Południowej. Urodził się w peruwiańskim miasteczku Laredo, na północnym wybrzeżu kraju andyjskiego, w połowie lat pięćdziesiątych. Nie ma wytłumaczenia dla jego latynoskiego imienia. Można przypuszczać, że stało się to za sprawą jakiegoś księdza, który zalecił rodzicom tę formę imienia — Dionisio — aby ułatwić integrację chłopca. Integracja nigdy wszakże nie nastąpiła. Jedyne, na co mógł liczyć, to solidarność innych imigrantów, takich jak japońska rodzina Watanabe, która osiedliła się w tej samej okolicy. Mały Dionisio, nękany przez peruwiańskie dzieci, znalazł obrońcę w osobie najstarszego syna państwa Watanabe, José. Zostawili ich w spokoju na dobre, gdy pojawił się trzeci potomek Azjatów, Mao Reis Huarcaya. Mao dawał lekcje kung fu w jedynej szkole sztuk walki w miasteczku. Nie był jednak ani Chińczykiem, ani Japończykiem. Jego ojciec był Filipińczykiem ożenionym z kobietą z Trujillo. Dionisio uczęszczał na zajęcia sztuk walki z Mao. To tam przyszły filmowiec uczył się podstaw tego, co wykorzysta później w karierze filmowej. Watanabe odwiedzał ich od czasu do czasu. Jednakże jego zainteresowania potajemnie zmierzały w stronę nieuchwytnych pól literatury. 3. Były to szczęśliwe lata dla trójki przyjaciół, dopóki nie nadeszła rozłąka. Watanabe wyjechał do Limy w poszukiwaniu szerszych horyzontów kulturowych. W 1971 roku opublikował swoją pierwszą książkę, „Álbum de familia” („Album rodzinny”). Kiedy Chang ją przeczytał, a zwłaszcza wiersz „Acerca de la libertad” („O wolności”), przypomniał sobie popołudnie, kiedy znaleźli ptaka uwięzionego w labiryncie powykręcanych przez wiatr gałęzi drzewa huarango. Watanabe uratował rannego ptaka i trzymał go w dłoniach.  — Powinieneś pozwolić mu umrzeć — powiedział Dionisio. Przyjaciel jednak odmówił. Mogli go wyleczyć. Kilka tygodni później ptak wyzdrowiał i wylądował w klatce, którą podarował mu Watanabe. Anegdota została zamieniona w następujące wersy wiersza: Kusi mnie, by zwrócić ptakowi wolność by oddać mu jego prawo do śmierci na wietrze Odkąd wyjechał, nawet po wydaniu książki, Watanabe nie dawał znaku życia. Ani jednej wiadomości. Prawdopodobnie nie szło mu najlepiej i wstyd mu się było przyznać. Sytuacja w Laredo nie była najlepsza, poza Mao Reisem Huarcayą, który utrzymywał się ze szkoły sztuk walki. Lima też nie miała zbyt wiele do zaoferowania, więc Dionisio przeprowadził się do Los Angeles, gdzie mieszkał jego wuj ze strony matki, Johnny Chang, który pracował jako dostawca metalowych konstrukcji dla hollywoodzkich wytwórni. W Stanach Zjednoczonych Dionisio postanowił zmienić imię. Skrócił je do „Denis” i zachował panieńskie nazwisko matki, być może z szacunku dla wuja, u którego zaczął pracować po znajomości, bez większych ambicji niż zarobienie na życie, dopóki nie spełni się jego amerykański sen. 4. Krok po kroku, dzięki serii zbiegów okoliczności, w których zawsze był we właściwym miejscu o właściwym czasie, Chang został asystentem operatora kamery. Zrealizował swój pierwszy film krótkometrażowy, a następnie pełny metraż, który wyróżniał się tym, że akcja rozgrywała się w zatopionym postapokaliptycznym mieście. Miasto zbudowane zostało na metalowych konstrukcjach, rusztowaniach i dźwigach, które jego wuj chętnie udostępnił. Nie było żadnych scen walki. Film przeszedł bez większego echa. W wieku trzydziestu dwóch lat odniósł pierwszy sukces dzięki tytułowi „El valle sangriento del Rey Mono” („Krwawa dolina Króla Małp”). Początkowo nie miał to być jego film. Dzięki zbiegowi okoliczności i pośpiechowi producentów przejął jednak projekt. X.W. Dee, który pierwotnie miał rzecz wyreżyserować, zmarł na zawał podczas drugiego dnia zdjęć. Chang nawet nie mrugnął, gdy zapytano go, czy chciałby przejąć film. Natychmiast przystąpił do pracy. Podążał za scenariuszem co do joty, czemu Dee czasami się sprzeciwiał. Zadbał o szczegóły przedprodukcji, a krwawe sceny uczynił jeszcze bardziej krwawymi, ku zaskoczeniu i zadowoleniu producentów. Pozwoliło mu to wkroczyć na peryferia najmniej cenionych kręgów branży Hollywood, gdzie zarabiało się wystarczająco dużo, aby bez wahania wpuścić nieznajomego. Krytycy nie byli zachwyceni filmem. Otrzymał jedynie obojętną recenzję w „Martial Arts Today”, ale zyski były milionowe i natychmiast zaproponowano mu kolejne filmy. Od tego momentu jego sukcesy nie miały końca, jeden po drugim, w niewiarygodnym tempie, zdarzało się nawet, że dwie produkcje miały premierę w tym samym roku. Odniósł zatem komercyjny sukces, który nie miał jednak nic wspólnego z prestiżem, który przypadł w dziale innym reżyserom, takim jak Zhang Yimou, na festiwalach w Cannes i Berlinie, czy filmom wuxia Anga Lee, umieszczających sztuki walki w historycznych dekoracjach. Chang skupiał się na tworzeniu własnych filmów, więc te i inne doniesienia z branży filmowej mijały go obojętnie. 5. Od czasu do czasu pytał rodziców, czy wiedzą coś o Watanabe, czy pojawiły się jakieś nowe książki. Nic, odpowiadali. Wydawało się, że zniknął w wirze Limy, jako jeden z wielu imigrantów, których każdego roku pochłaniała peruwiańska stolica. Chang rzecz jasna nie miał już czasu na wizyty w swoim kraju. Kupił szkołę sztuk walki Mao Reis Huarcayę i sprowadził go do Los Angeles jako doradcę technicznego w scenach walki. Zapraszał też rodziców, zwłaszcza gdy nasiliły się ataki terrorystyczne Świetlistego Szlaku, które rozdzierały kraj. Chang zaproponował im w końcu przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych. Zbudował dla nich wygodny domek w jednym z rogów ogromnego ogrodu swojej willi w Palos Verdes i zatrudnił dla nich gosposię i kierowcę. Stało się to pod koniec lat 90. XX wieku. Gdy przyjechali, aby zamieszkać z synem, przywieźli z sobą artykuł wycięty ze starego numeru peruwiańskiego dziennika „El Comercio”. Zapomnieli zabrać go podczas poprzednich wizyt, lecz odnaleźli podczas przygotowań do przeprowadzki. Był to wywiad z synem państwa Watanabe, który informował, że osiemnaście lat po pierwszej książce poetyckiej opublikował nową, zatytułowaną „El huso de la palabra” („Wrzeciono słowa”). Poczuł się, jak gdyby jego przyjaciel powrócił z zaświatów. Chang zamówił książkę, która po kilku tygodniach trafiła w jego ręce. Było to skromne wydanie, na szorstkim papierze, pozbawione wdzięku. Pomyślał, że w tytule znajduje się literówka, że niepotrzebnie dodano literę „h”. „El uso de la palabra” („Użycie słowa”) wyglądałoby lepiej. Trudno, pomyślał, ubolewając nad losem biednego przyjaciela. Otworzył książkę na chybił trafił i przekonał się, że subtelność jego poezji pozostała nienaruszona. Zatrzymał się przy wierszu „Moje oko ma swoje racje”. Był to wiersz miłosny o delikatnym zabarwieniu erotycznym. Jeden wers przykuł jego uwagę: Moje oko widziało to wszystko, niczego nie odrzuciło Chang ponownie poczuł, że wiersz wydaje się przywoływać tamte lata, kiedy razem wpatrywali się w zakurzone ulice i piaszczyste pustkowia na obrzeżach swojego miasteczka, z nieufnością, którą sąsiedzi przypisywali ich orientalnym oczom. Pokazał go Mao, który przeczytał całość, nie czyniąc najmniejszego nawet gestu.  — Powinieneś do niego napisać — powiedział. — Pogratuluj mu książki. Może ruszy go sumienie i odpowie. Chang wysłał list do Watanabe na adres wydawnictwa podany w stopce redakcyjnej. Minęły tygodnie i miesiące. Nigdy nie otrzymał odpowiedzi. Chang, pochłonięty swoimi filmami, zapomniał o sprawie. Minęły lata. Dowiedział się, że po długiej przerwie między pierwszymi dwiema książkami, Watanabe nadal publikował krótkie tomiki poezji w niewielkich wydawnictwach poza głównym obiegiem. Chang zamawiał je i zawsze miał wrażenie, że wiersze są skierowane do niego, oszczędne i zrównoważone, przesiąknięte orientalną ciszą i dystansem, przywoływały pustynne krajobrazy jego dzieciństwa.  6. W ten właśnie sposób zaczęły się wtrącenia. Chang postanowił, że po scenach walki bohaterowie będą się izolować w oddalonym, samotnym zakątku, by kontemplować krajobraz lub jakiś przedmiot, co samo w sobie nie byłoby niczym więcej niż spokojnym przejściem do kolejnej sceny, gdyby nie fakt, że kazał im również wyrecytować kilka słów pozostających bez związku z fabułą filmu. Były to wersy zaczerpnięte z wierszy Watanabe. Jako że filmy doskonale wpisywały się w utarte schematy i krwawe formuły, producenci pozwolili mu je kręcić, a nawet tolerowali w fazie postprodukcji. Mówili sobie, że oto w końcu ujawniają się orientalne korzenie Changa. Nikt nie robił z tego problemu. Również nikt ze świata literatury nie zauważył tych ingerencji, ponieważ pisarze i krytycy nie oglądali filmów z gatunku kopanego kina akcji. Dziwactwa Changa dopiero się jednak zaczynały. Pojawiły się krótkie, drobne sceny, które trzymały widownię w napięciu. Te również tolerowano, ponieważ uznano, że reżyser się starzeje i potrzebuje spokojnych przerywników, by złapać oddech.  7. Pierwsza była scena z dziewczynką w „Upadku Pu-Shieha”. Dziewczynka siedzi w swoim małym pokoiku, gdy jej ojciec powraca z bitwy. Nie wie, choć widzowie już tak, że ojciec zaledwie dwie godziny wcześniej zamordował własnych braci — wujów dziewczynki — ponieważ dopuścili się zdrady wobec króla, któremu Pu-Shieh służył. Dziewczynka ustawia lalki na macie. Wpatruje się w nie przez trzy długie minuty, bez żadnej muzyki w tle, co jest przeplatane zbliżeniami twarzy lalek, tak że możemy wyobrazić sobie, jaką zabawę wymyśliła. Słychać jedynie ciche cykanie świerszcza w nieokreślonym miejscu i rechot żaby przy małym stawie, do którego płaz wskakuje, by się popluskać. Nagle rozlega się dźwięk odległych kroków, trzaski otwieranych i zamykanych bram. Dziewczynka wciąż skupia się na swoich lalkach o pustym spojrzeniu, aż słyszy ciężkie kroki. Istnieje ryzyko, że film akcji przeistoczy się w horror. W tym momencie ojciec dziewczynki otwiera drzwi do pokoiku. Cień pośród cieni, na tle nocnego nieba z lekkimi, podłużnymi chmurami i księżycem w pełni, Pu-Shieh staje w drzwiach, z trudem łapiąc oddech. Spogląda na córkę. Ta nie reaguje na pojawienie się ojca. Rozpoznaje go, zakrwawionego, brudnego, dyszącego. Nic nie mówi. Jedna z lalek o szeroko otwartych oczach przewraca się na bok. Dziewczynka nieśpiesznie sadza lalkę z powrotem. Ojciec, mimo że zaledwie dwie godziny wcześniej poderżnął gardła swoim braciom, a jego spojrzenie wciąż tkwi w otchłani, w której sam mógł zginąć, zmienia wyraz twarzy wobec niewinności swojej małej córeczki. Jego oddech się uspokaja, a na twarzy pojawia się łagodność. Ona znów na niego spogląda. Nadal bez uśmiechu. Nic nie wskazuje na zdziwienie, strach czy wyrzuty, co najwyżej subtelne zakłopotanie, że przerwał jej zabawę. To jest kulminacyjny moment tej sceny. Wielu widzów podejrzewało, że jakiś wróg ojca pojawi się z uniesionym mieczem i zdradliwie zabije Pu-Shieha na oczach córki. Nic takiego nie ma miejsca. Dziewczynka przez dziesięć sekund wpatruje się w ojca, a potem, jakby nigdy nic, wraca do zabawy. Pu-Shieh jest zbyt zmęczony i oszołomiony, by zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad reakcją córki. W głębi duszy jest zadowolony, że pozostaje niewzruszona. Nic nie mówi. Zamyka drzwi pokoju. Idzie wziąć kąpiel, przegryźć coś, wypić kieliszek sake i spać. Scena trwa w sumie dziesięć minut. Potem następuje słynna sekwencja finałowa, która zajmuje ostatnie czterdzieści minut i która stała się jednym z wzorców epickich bitew, którą filmy akcji bez żadnych skrupułów naśladowały przez lata. Pu-Shieh zwyciężył również w tej ostatniej bitwie, więc niektórzy z nas, widzów, zastanawiali się, o jakim upadku wzmiankuje tytuł filmu. Próbowano interpretować to w ten sposób, że gdy wojownik czyści swój zakrwawiony miecz i kontempluje horyzont z melancholią absolutnego triumfu, wyzwoliwszy królestwo, gorzki gest odzwierciedla fakt, że ceną była eksterminacja prawie całej rodziny. 8. Nigdy nie zgadzałem się z taką interpretacją. Podejrzewałem raczej, że tytuł był wyrazem ironii ze strony Changa, stanowiącej dodatek do dwuznaczności i udziwnienia, które zjednały mu niewielką grupę nowych widzów, którzy, podobnie jak ja, lubowali się w odkrywaniu subwersji w konwencjach gatunku. Chang skrywał tajemnicę, poetyckie zacięcie, którego nikt nie zauważył. Wraz z nielicznymi, którzy podzielali moją skłonność, doszliśmy do wniosku, iż istnieją kreacje artystyczne skazane na nieurzeczywistnienie, że istnieją szkice lub projekty, które unoszą się w ciszy i pozostają daleko od brzegu, gdzie mogłyby znaleźć swój finał. Jest to brzeg, który ledwo można dostrzec przez mgłę. Projekty nieosiągalnego brzegu mają największą siłę oddziaływania w porównaniu z tym, co zostało zrealizowane. Noszą w sobie zmienny kształt niespełnionego pragnienia. Tymczasem dzieła ukończone, po tym jak już spalą się na doskonałej orbicie własnego sukcesu bądź w zamknięciu porażki, odchodzą w niebyt, wyeksploatowane lub zlekceważone. To, co pozostaje po ludzkich dziełach, jest przerażająco miałkie. — Czasem tworzymy z zamiarem bycia niezrozumianymi — stwierdził Chang w wywiadzie, który wzbudził moją ciekawość i chęć spotkania z nim. — Bardzo niewielu wychodzi poza dosłowną interpretację. Większość sprowadza płaszczyznę rzeczywistości oraz płaszczyznę wyobraźni na ten sam poziom i umieszczają je pod tą samą skorupą, którą próbują rozdrapać. 9. To są dywagacje na temat nieosiągalnego brzegu. Wróćmy jednak do faktów. Watanabe zmarł w 2007. Miał zaledwie sześćdziesiąt dwa lata. Szybko postępujący nowotwór wykończył go w zaledwie kilka miesięcy. Chang dowiedział się o tym późno. Wiadomość go zasmuciła. Powinien był wykazać się większą determinacją w próbach nawiązania kontaktu z przyjacielem, wysłać mu swoje filmy, wskazując na sceny, w których pozwalał sobie na ekstrawagancką swobodę w nawiązaniach do jego wspaniałych wierszy. Miał jeszcze większe pretensje do siebie, gdy dowiedział się, że Watanabe pisał scenariusze i że ledwo wiązał koniec z końcem w zubożałym peruwiańskim przemyśle filmowym. Czy widział może jeden z jego filmów akcji? Czy wiedział, że Denis Chang to Dionisio Kun Chang, jego mały przyjaciel ze slumsów Laredo? 10. W miarę upływu lat od śmierci przyjaciela był usatysfakcjonowany, widząc, że ten staje się coraz bardziej szanowany w hiszpańskojęzycznych kręgach literackich, że został przetłumaczony na wiele języków oraz że jego nazwisko stało się stałym punktem odniesienia. Jak już wspomniałem, dowiedziałem się o tym dopiero, gdy przeprowadzałem z Changiem wywiad w jego willi w Palos Verdes, osiem miesięcy przed jego śmiercią. Być może Chang opuścił gardę, gdy powiedziałem mu, że mieszkałem w Limie przez kilka lat. A może chodziło o moje spostrzeżenie na temat tych dziwnych, powolnych, bezsensownych przerywników, które wstawiał do swoich późniejszych filmów, a które fascynowały jedynie niewielką grupkę widzów, wcale nie największych fanów kina kopanego. Chang uśmiechnął się i powiedział, że była to jego minimalna doza wolności i że mógł sobie pozwolić na takie fanaberie. — Najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem — dodał — było wprowadzenie do moich filmów wierszy przyjaciela, prawie starszego brata, którego miałem w dzieciństwie w Peru. Potem zrezygnowałem z cytatów i pozwoliłem jego wizji przeniknąć do moich filmów. Nawet nie musiałem przynosić żadnej książki. Znał wiersze na pamięć. Nie zdawałem sobie sprawy, że tajemnicze wtręty w jego filmach miały takie pochodzenie. Wyrecytował mi cały wiersz o soli, o deformacji tej ryby, która ma oba oczy po jednej stronie, o kształcie płaszczki,  kamuflującej się na dnie piasku:   Jestem szarością na tle szarości. Moje życie polega na nieustannym naśladowaniu barwy piasku Tak zaczął. Powoli kontynuował recytację. Potem zamilkł, jakby chciał powstrzymać to, co miał zamiar powiedzieć. Spojrzał w kierunku morza, szukając na horyzoncie punktu, który zagubił się gdzieś pomiędzy San Nicolas Island a Channel Islands. Jego milczenie nie trwało długo. — Mam tajny projekt — powiedział. — Film, którego nigdy nie zrealizuję. Zerknął podejrzliwie na mój dyktafon. — Mam go wyłączyć? — zapytałem. — Poproszę — odparł. Udałem, że wyłączam urządzenie. Nie zorientował się. Chang powiedział, że to nie kwestia budżetu. Zresztą nie miał to być drogi film. Niemożność zrealizowania projektu brała się stąd, iż szedł on w odwrotnym kierunku niż wszystkie jego wcześniejsze filmy. Prowadził ku porażce, a to był luksus, na który nie mógł sobie pozwolić. Miał trwać pięć godzin. Pięć godzin, podczas których starożytny mistrz z Guangzhou wiedzie codzienne życie.  — Nic się nie dzieje — powiedział Chang — poza rutyną codzienności. Mistrz szykuje się o poranku, je śniadanie, robi zakupy, rozmawia z żoną o obowiązkach dzieci. Naprawia zawiasy w drzwiach, spulchnia ziemię pod pelargoniami, przycina bluszcz na murze oddzielającym go od sąsiada. Dla odpoczynku pije filiżankę gorącej herbaty, jednocześnie oceniając efekty pracy w ogrodzie. Przez te pięć godzin śledzimy jego rutynę. Nie ma nawet narracji z offu, która zdawałaby relację z jego myśli. Dopiero na końcu, tuż przed zapadnięciem zmroku — gdy dokładnie tak jak teraz słońce chowa się za morzem — mistrz zakłada swoją szatę mnicha w barwie szafranu i staje zwrócony twarzą ku słońcu. Wykonuje pierwszy ruch Yau Kung Moon. Ruchy są zorganizowane tak, jak gdyby miał stawić czoła potencjalnym wrogom. Niski, nieprzerwany dźwięk kotodamy, z szumem wody w tle, narasta powoli, nieubłaganie. Wtem na złotej linii horyzontu pojawia się odległa armia, zakryta cieniem, wznosząca wysoko broń i chorągwie. Przypominają rozjuszone mrówki. W obliczu nieuniknionego mistrz zaczyna rozgrzewać ramiona, przygotowując się do walki, i słychać szelest luźnych rękawów szaty. Chang przerwał opowieść. Otwartą dłonią zakreślił łuk nad linią horyzontu i powiedział: „Koniec”. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Leonardo Valencia  (ur. 1969) – ekwadorski prozaik, eseista i wykładowca uniwersytecki.

  • Beata Kołodziejczyk – Konserwa

    Ranek okazał się pochmurny. Wolała takie, wkomponowane w jej melancholię, kiedy nadchodził lęk i świadomość własnej śmiertelności. Koło dziewiątej przytachała torbę podróżną na izbę przyjęć. Ostatni raz wykorzystaną do przeprowadzki dwa lata wcześniej, nigdy jeszcze do wczasowych wojaży. Przyjęcia planowe załatwiano szybko, aż niezręcznie było Renacie patrzeć w oczy wyczekującym od nie wiadomo ilu godzin wpuszczenia na SOR. Grzecznie podreptała za pozostałymi skazańcami do depozytu. Tam przebierka w piżamkę i długa droga, ponownie przez pełną cierpienia izbę przyjęć, ku oddziałowi. W przeciągach, obok rzucających kurwami, pożerających wzrokiem monterami wind. Renata czuła się upokorzona. Ale czekał ją zabieg w znieczuleniu ogólnym, na docelowym piętrze wrócił strach. Załatwiała go śmiechem, żartami, sprawdzającymi się doskonale w takich okolicznościach. Zdały egzamin w rejestracji, przy wjeździe na salę numer pięć, podczas wywiadu i pobierania krwi. Jednak wkrótce została zawołana na kwalifikację do laparoskopii, a obserwując narastającą z minuty na minutę nerwowość personelu, coraz bardziej traciła rezon. W końcu pojawił się. Sunął korytarzem niczym taran, każdy schodził mu z drogi. Renacie zajęło chwilę, zanim go rozpoznała. Wpadli na siebie w administracji, kiedy kilka tygodni wcześniej przywiozła skierowanie. Bagiński, lekko podenerwowany, wystrzelił wówczas ze swojego gabinetu. – Jest dobrze, panie profesorze, jest bardzo dobrze! – zapewniała siedząca za biurkiem kobieta. Mężczyzna wymamrotał coś pod nosem i, naprędce poprawiając kołnierzyk, wypadł na korytarz. – Rozpoczęcie roku akademickiego – próbowała tłumaczyć zachowanie Bagińskiego dbająca tak sumiennie o jego dobre samopoczucie administratorka. – Pan profesor przed chwilą dowiedział się, że je otwiera. Nie był przygotowany… – Yhm… – przytaknęła bez przekonania Renata. Poraziło ją zachowanie mężczyzny, miała nadzieję nigdy więcej nie spotkać go już na swojej drodze. Faceta, który nie czuje potrzeby zaszczycenia płci przeciwnej chociażby spojrzeniem. Teraz kroczył wysoki, dobrze zbudowany i cały na biało prosto do gabinetu, nie witając się nawet z wyczekującymi pod ścianą pacjentkami. – Na kwalifikację? – Krótko ostrzyżona, ciemnowłosa kobieta wytrąciła Renatę z zamyślenia. – Ja już drugi raz… Za pierwszym zaczęłam krwawić i cofnęli mnie z operacyjnej. Dalej krwawię, ale trochę mniej. Dziwne, dopiero co skończył mi się okres… – Z nerwów pewnie – zauważyła Renata, czując, jak jej żołądek podchodzi do gardła w oczekiwaniu na wezwanie Bagińskiego. – Pewnie tak… – Westchnęła krótkowłosa. – Już mam dość, od poniedziałku tu leżę. – Pani Liszewska… – Głowa pielęgniarki wychyliła się z gabinetu. – To ja. – Kroki Renaty były niespieszne, zupełnie niepodobne do szybkich, zdecydowanych, które na co dzień przenosiły ją z miejsca na miejsce. Duży, surowy gabinet, z samolotem pośrodku i siedmioma sztukami personelu zgromadzonymi wokół, zdecydowanie nie pomagał w opanowaniu nerwów. Nikt nie odwzajemnił jej uśmiechu, z którym przywitała się, próbując dodać sobie otuchy, mało kto odpowiedział. Szerokie plecy Bagińskiego, dyskutującego o czymś z innym lekarzem i zdawałoby się nie zauważającego obecności pacjentki, towarzyszyły Renacie przez kilka dobrych minut. Zdążyła podać pielęgniarce dane do wywiadu, zauważyć jej pełne współczucia, speszone spojrzenie, zdjąć gacie, wdrapać się na fotel i, upokorzona jak jeszcze nigdy podczas badania ginekologicznego, rozłożyć nogi przed pełnym dystansu zespołem kwalifikacyjnym oraz stojącymi na jego czele plecami Bagińskiego. Wreszcie mężczyzna odwrócił się, podszedł energicznie do łona Renaty. – Więc chce się pani poddać operacji…? – Zawiesił teatralnie głos, czekając na odpowiedź. – No, jeśli muszę… – próbowała żartować kobieta, ale jej uśmiech znów pozostał nieodwzajemniony. – Czyli nie chce pani? – To po co pani przyszła?! – Pochylił się nad wzgórkiem kobiety kolejny lekarz. – Chcę… – wymamrotała Renata, przełykając ślinę. – Nikt pani nie zmusza, to pani decyzja. – Nie odpuszczał Bagiński. Oczy pacjentki rozpaczliwie zaczęły szukać wsparcia u pozostałych. Nikt się nie odezwał, wszyscy wstrzymali powietrze, czekając na rozwój wydarzeń. – Tak, chcę się poddać operacji! – Renata wiedziała już, że na polu bitwy jest sama. Wkurzyło ją to. Bagiński, nie ostrzegając, wcisnął wielką dłoń w jej pochwę. Kobieta podskoczyła z bólu, a on nie przestawał napierać. Jakby ukaranie pacjentki za złe zachowanie było dla niego teraz kwestią honoru. – Jakie hormony pani przyjmuje? – Mężczyzna załadował kolejny magazynek. – Syndi… – wystękała Renata, zaciskając zęby z bólu. – Od jak dawna? – Od kilku miesięcy. – To nie jest lek, który można przyjmować długotrwale. – Ja wiem, ale na nim bóle są trochę mniej… – Pani zrobi, co będzie chciała – przerwał Bagiński. – Ja tylko informuję, że to nie jest lek, który można przyjmować długotrwale. – Uważając temat za zakończony, wycofał dłoń z narządów rodnych pacjentki. – Można się ubrać. Renata, skulona i nadużyta, pod obstrzałem spojrzeń dzielnie trzymającego wodę w ustach personelu, ześlizgnęła się z fotela. – Musimy coś wyjaśnić. – Profesor szybko przechodził do kolejnego ataku, nie czekając, aż nogi podenerwowanej pacjentki znajdą w majtkach odpowiednie otwory. – Bo nam zupełnie nie w smak operować na darmo. Dlaczego chce się pani poddać zabiegowi? Renata była zdezorientowana. Jakby żaden wywiad, przyjęcie na oddział ani gwałtowna rozmowa sprzed chwili nigdy się nie wydarzyły. – Ponieważ od roku mam silne bóle, leki nie pomagają i bez przerwy krwawię. Trzy tygodnie krwawienia, tydzień przerwy, a ból nie do zniesie… – Więc powinna mieć pani założoną wkładkę domaciczną i problem rozwiązany! – przerwał znów Bagiński. – Przedłużające się krwawienia nie są wskazaniem do laparoskopii. Kobieta, coraz bardziej poirytowana, wzięła głęboki oddech, posyłając gniewne spojrzenie zgromadzonym gapiom. – A czy ból niewiadomego pochodzenia również nie jest wskazaniem? – rzuciła wyzywająco. – Owszem – przyznał mężczyzna. – Zespół bólowy miednicy mniejszej, który wpisał endokrynolog do skierowania, jest wskazaniem do wykonania laparoskopii. Natomiast pani mówi o przedłużającym się krwawieniu. – Mówię o krwawieniu, ale też o bólach, które utrudniają codzienne funkcjonowanie! – uniosła się Renata, nie wytrzymując dłużej despotycznego tonu rozmówcy. – W trakcie krwawienia? – Nie dawał za wygraną Bagiński. – W trakcie krwawienia i… – No więc ma pani problem hormonalny, laparoskopia nic tu nie rozwiąże! – …i również wtedy, gdy krwawienia nie ma – dokończyła myśl kobieta. – I chcę znaleźć tych bólów przyczynę. Mój endokrynolog próbował już wszystkie… – Pani lekarzowi po prostu nie chce się pani leczyć i dlatego wystawił skierowanie – przekonywał profesor. – A jeśli to, na przykład, endometrioza? – Wściekłość pomagała Renacie w obronie. – Czy mój lekarz mógł to stwierdzić przy pomocy USG? – Ma pani bóle podczas krwawienia. Endometrioza, nawet jeśli faktycznie znajdziemy jej ogniska, nie ma nic do tego. Powtarzam, zabieg nie rozwiąże problemu! – Bóle podczas krwawienia oraz utrzymujące się między krwawieniami! – sprostowała pacjentka dosadnie, dając do zrozumienia, że będzie walczyć do końca. – Dobrze, według mnie szkoda naszego czasu, laparoskopia jest zbędna. Ale ma pani w rozpoznaniu zespół bólowy, który stanowi wskazanie do operacji. Czy chce się pani poddać zabiegowi? – Zgasił zapał Renaty Bagiński, stawiając ją pod ścianą. Znów próbowała znaleźć odpowiedź w oczach reszty zespołu. Wsparcie nie przyszło. Perspektywa powrotu do domu i spędzenia najbliższych dni z dala od szpitalnych wózków, niekończących się opowieści o wycinanych macicach oraz profesorów o nadmiernie rozbuchanym ego zaczęła kusić Renatę. – Tak, chcę sprawdzić, co tam się dzieje – usłyszała własne słowa, które rozum kazał jej wypowiedzieć, zanim z ulgą postanowiłaby podążyć za sercem i czmychnąć z oddziału. – A więc jutro rano będzie pani zoperowana – odpowiedział najspokojniej w świecie Bagiński, znów odwracając się do pacjentki plecami. Nie pamiętała drogi powrotnej na salę, wybudził ją dopiero głos czekającej na wypis kobiety z sąsiedniego łóżka: – Już po wszystkim? – Tak, po wszystkim… – wydusiła z siebie Renata, czując, że zaczyna pękać. Łzy popłynęły, gniew szybko ustępował miejsca rozpaczy. Nie mogąc zatrzymać dłużej tłumionego miesiącami, zasilanego przez permanentny ból żalu, chlipała dyskretnie ze wzrokiem wlepionym w okno. W obawie o niezrozumienie ze strony pozostałych pacjentek i kolejnym ciosie, który mógłby ostatecznie ją pozamiatać. – Pani jeszcze czeka? – usłyszała za sobą głos pielęgniarki. – No nie chcą mnie wypuścić… – Zawodzenie kobiety z sąsiedniego łóżka nie pomagało Renacie. – Tą małą dawno wypisali, a o mnie nikt nie pamięta! – Spokojnie, wszyscy o pani pamiętamy. – A pani jeszcze czeka? – Głośne niedowierzanie wracających na salę dwóch rekonwalescentek nie pomagało z kolei zawodzącej. Ale trochę rozbawiło Renatę. Coraz większy ruch i hałas również przywracały do równowagi. Sięgając do torby po laptopa, kątem oka zauważyła grymas bólu na twarzy jednej z kobiet. Zmroziło ją na myśl o długiej hospitalizacji. Ze wszystkich niedogodności, jakie Renatę spotykały, przedłużający się pobyt w szpitalu przerażał najbardziej. Zwłaszcza że z każdą godziną uciekały sprzed nosa kolejne złotówki z porzuconej chwilowo ze względów zdrowotnych pracy na akord. – Pani Liszewska… – Kolejna pielęgniarka wzywała na kolejne przesłuchanie. – Wywiad z anestezjologiem, gabinet dwunasty. – A co to za katar? – Pociągający nos pacjentki zaniepokoił lekarkę, gdy ta siedziała już na wprost niej. – To nic, profesor Bagiński trochę mnie zdenerwował… – I płakała pani… Cieniutka nitka, którą udało się utkać Renacie, pękła i łzy znów popłynęły po policzkach. – Sorry, zaraz mi przejdzie… – przekonywała, szczerze wątpiąc we własne słowa. – Nie szkodzi, proszę się wypłakać. O co tam poszło? – Oj, bo ten facet to straszny cham! – Kobiecie puściły hamulce, zaczęła szlochać, wyrzucając z siebie wszystko, co leżało na wątrobie. – Przerywa, poniża, oskarża mojego endokrynologa o umywanie rąk i stwarzanie mną problemu całemu oddziałowi! Lekarka pozwalała Renacie się wygadać, podając w międzyczasie kawałek ligniny do wytarcia pociągającego teraz porządnie nosa. Jej troska dobrze robiła pacjentce, gniew pomału puszczał. – Okej, możemy… – Na pewno? – dopytywała anestezjolożka. – Nie potrzebuje pani jeszcze chwili? – Na pewno, już jest lepiej… – W porządku. Jak zapewne się pani domyśla, będę przygotowywać panią do jutrzejszego zabiegu. Potrzebuję kilku informacji. Jakieś uczulenia na leki? – Żadnych. – O rany… – Lekarka zajrzała w wypełnioną przez Renatę ankietę. – Pani się nie pomyliła w zaznaczaniu okienek? Zakreślone pani dotyczą? – Ja mam spory bałagan… – Głos pacjentki załamał się. – Ale jestem w terapii i pod okiem psychiatry. – Pewnie stąd taka emocjonalna reakcja… – Lekarka posłała jej pełne zrozumienia spojrzenie. Oczy Renaty znów napłynęły łzami. Tym razem ze wzruszenia wywołanego ciepłem bijącym od rozmówczyni, wypełniającym po brzegi niewielki gabinet. – Tak, pewnie stąd… Na salę wróciła już ukojona, nawet utyskiwania wciąż oczekującej wypisu z sąsiedniego łóżka nie działały na nerwy jak wcześniej. Sięgając po laptopa, wymieniła porozumiewawcze uśmiechy z pozostałymi. – O, proszę, teraz tylko komputery, telefony, nic innego ci młodzi teraz nie widzą! – Obszar pretensji zawodzącej ewoluował błyskawicznie. – Ktoś musi pracować – rzuciła zaczepnie Renata, chcąc trochę rozładować pielęgnowane przez kompankę napięcie. – Nie ma lekko, nawet w szpitalu. Swoją drogą, dobre warunki… – Przekierowała uwagę swoją i pozostałych na czyste ściany. – W zeszłym roku miałam robione żylaki na Banacha. Bez porównania. – Ja widziałam lepsze. – Rozgniewana aktualnie na Wojskowy Instytut Medyczny przy Szaserów utyskująca nie miała najmniejszego zamiaru dołączyć do pochwał. – W ogóle ta służba zdrowia… – No, jak państwo rozdaje gdzie indziej… – zauważyła Renata, wiedząc, że być może wkłada kij w mrowisko, zważywszy na wiek emerytalny rozmówczyni. Ta nabrała wody w usta. I to wystarczyło, żeby wszelkie żale ucichły, a salę wypełniła serdeczna rozmowa pozostałej trójki, owych nie interesujących się niczym poza ekranami telefonów młodych. Renata nie chciała wspominać o incydencie przy kwalifikacji, ale gdy kobiety z każdą minutą otwierały się coraz bardziej, a temat nieuchronnie zszedł na wytykanie przywar personelowi, jej szczelna skorupa zaczęła luzować. – Bagiński to straszny łobuz. Tak mi dał przed chwilą popalić, że się poryczałam… – On tak do wszystkich – zauważyła, ochrzczona małą, którą już dawno wypisali, czekająca na transport najmłodsza na sali. – Tutaj sporo ludzi przez niego poodchodziło. Do mnie też kilka razy się przyczepił, ale za którymś razem mu odpysknęłam i teraz mam spokój. – Czyli nie jestem histeryczką! – Odetchnęła z ulgą Renata. – Bo już myślałam, że przesadzam. – A skąd! Niech pani sobie poczyta opinie w Internecie. Pełno negatywnych! Pozostałe rekonwalescentki wyraźnie się ożywiły. – Ojej, nie wiedziałam! – Niewiele mówiąca dotychczas kobieta, której grymas bólu co i raz wykrzywiał twarz, nie mogła uwierzyć najnowszym doniesieniom. – Dla mnie był całkiem miły… – Może miał lepszy dzień – szydziła Renata, po czym, na prośbę pozostałych, opowiedziała przebieg zdarzeń sprzed kilku chwil. – Ale trzeba przyznać, że przy takim stopniu wrogości wobec kobiet, profesję wybrał doskonałą. Codziennie ma pod ręką dziesiątki obiektów do upokorzeń. – Na szczęście ja już po operacji… – chlapnęła zawodząca, zapominając o planowanym na dzień następny zabiegu Renaty. – Mnie na szczęście kroił kto inny… – Kobieta z grymasem bólu na twarzy podążyła śladem sąsiadki. – A ja nawet nie wiem, czy to on mnie jutro bierze pod nóż… Nastała niezręczna cisza. Wzrok Renaty, wlepiony w ekran laptopa, zatrzymał się na komentarzu jednej z wyjątkowo oburzonych zachowaniem Bagińskiego pacjentek. – I chyba wolę nie wiedzieć… – Proszę. – Wytrąciła kobiety z zamyślenia stojąca w drzwiach lekarka. – Pani wypis, z zaleceniami. – No nareszcie! – rozległo się znajome już całemu oddziałowi zawodzenie. – Myślałam, żeście o mnie zapomnieli! – Spokojnie, wszyscy o pani pamiętamy. – Trzymajcie się, dziewczynki… – Utyskująca zaczęła ściskać po kolei towarzyszki niedoli. – Co mi tam, tobie też dam buziaka! – Objęła Renatę mocno, a tej zrobiło się ciepło i przyjemnie. Chociaż spędziły wspólnie w czterech ścianach zaledwie chwilę, stojąc wyraźnie po przeciwnych stronach politycznego sporu. Chwilę za zawodzącą transportu doczekała się mała. Po długich życzeniach zdrowia – bo czegóż innego można sobie życzyć w obliczu tak czy inaczej zaatakowanych przez chorobę dróg rodnych – sala opustoszała i było w tym dla Renaty coś przygnębiającego. Zwłaszcza, że łóżko naprzeciw niej zajmowała kobieta z grymasem bólu na twarzy, który nieustannie przywoływał dręczącą myśl o długiej hospitalizacji. – Długo pani leży? – Trzeci dzień… – jęknęła pacjentka. – Chcieli mnie dzisiaj wypisać, ale wolę zostać do jutra. Źle się czuję, a w domu dwójka dzieci… Chociaż wyleżeć nie mogę, spać też nie bardzo… – To wstawała, drepcząc kilka kroków w tę i z powrotem, to znów próbowała znaleźć wygodną pozycję na pryczy. – Nie myślałam, że będzie tak boleć. Z drugiej strony, ma prawo, wszystko wycięli… Renatę zmroziło. Nie mogąc wyczuć, co sąsiadkę trapi w związku ze stratą, chwilę zastanawiała się, jakich słów użyć, żeby nie spotęgować jej cierpienia. – Przykro mi… Jak pani sobie z tym radzi? – A nie, to nieważne! – Rekonwalescentka szybko zanegowała swoje prawo do przeżywania żałoby po własnej macicy. – Najważniejsze, żeby żyć, żeby przerzutów nie było. Zresztą, tutaj podobno tak jest. Nie cackają się, tylko do kosza… Chociaż na wszelkie sposoby przekonywała o słuszności podjętej w czasie operacji decyzji, ostatnie zdanie i wzrok kobiety wpatrzony w zapadający za oknem zmierzch pokazywały wyraźnie, że mechanizmy broniące dostępu do uczuć rozwinięte ma świetnie. Może nawet równie dobrze, jak Renata. Noc dla wyczekującej zabiegu była trudna. Kotłujące się w głowie myśli nie pozwalały zasnąć, na przekór składowi sprezentowanej przez pielęgniarkę tabletki. Koiło ją trochę ciche pochrapywanie kobiety z wyciętą macicą, zwiastujące zażegnanie bezsenności, i na tej krzepiącej myśli starała się Renata skupiać, gdy nerwy brały górę. – Ale pospałam… – Westchnęła po przebudzeniu sąsiadka, już bez grymasu bólu na twarzy. – Oj tak, sen musiał być głęboki… – O matko, chrapałam? – Troszkę… – Zaśmiała się Renata. – Zresztą nieważne. Wróci pani do domu wypoczęta, to najważniejsze. – Zdenerwowana? – Jak cholera. W ogóle nie mogłam zasnąć. – Wszystko będzie dobrze… Poranny obchód przerwał kobietom poranną wymianę uprzejmości. – Pani na zabieg – przedstawił Renatę sznureczkowi studentów lekarz. – Można przygotowywać. Chwilę później łóżko wyjechało na pooperacyjną, zostawiając puste miejsce pod oknem, a pacjentka grzecznie podreptała na blok. Personel, widząc, że dygocze z zimna i nerwów, rzucił na stół materac, którego ciepło przyjemnie rozluźniło układającą się nań kobietę. Troska całego zespołu i podany dożylnie anestetyk zrobiły resztę, tak, że Renata odleciała, zanim lekarz mający wykonać cięcie wkroczył na salę. Obudził ją ból w podbrzuszu. Sala pooperacyjna była przyjemnie zaciemniona i prawie pusta, nie licząc krótkowłosej, która przy poprzedniej próbie generalnej dostała miesiączki na widok skalpela. – Nareszcie… – wychrypiała sąsiadka z ulgą . – Jak się pani czuje? – Strasznie boli… – I mnie… – Zaraz przejdzie – zapewniła pielęgniarka, przygotowując dwie kroplówki z metamizolem. Sen zmorzył Renatę. Było dla niej coś niepokojąco przyjemnego w tym stanie, gdy odlatywała zaraz po przymknięciu powiek, ale i coraz bardziej frustrującego w głośnych rozmowach dobiegających z sąsiadującej z pooperacyjną dyżurki pielęgniarek, brutalnie wyrywających ją z zanurzenia. Tak upłynęło popołudnie, wieczór i noc, a świt obie rekonwalescentki przywitały niemniej zmęczone niż dnia poprzedniego. – Jak się czujemy? – zagaiła rozmowę uzupełniająca dokumentację na koniec zmiany lekarka. – Lepiej… – wystękała bez przekonania krótkowłosa. – …nie mówić. – Nawrót ochoty do żartów wydał się Renacie dobrym objawem. – Pani doktor, możemy sprawdzić, co mi wycięli…? – Lewy jajnik z przydatkami. – A u mnie, pani doktor, coś znaleźli? – Koagulacja dwóch ognisk endometriozy i przecięcie dwóch zrostów. – Mogło to być przyczyną tych cholernych bóli? – dopytywała Renata z nadzieją na ulgę po niemal rocznej wegetacji w towarzystwie ketoprofenu i tramadolu. – Wie pani co, obstawiałabym zrosty… – Czyli dobrze, że otworzyli! A profesor Bagiński wmawiał mi, że szkoda jego czasu! – …ale nie ma gwarancji. – Dokończyła myśl lekarka. – Wyjdzie w praniu. No i po zabiegu mogą się pojawić kolejne… – Ale jest szansa? – Zapewnienie było Renacie potrzebne jak powietrze. – Że bóle ustąpią? – Tak, jeśli ma to pani trochę ulżyć, jest szansa. – Hej, podobno czarno na dole – zagaiła rozpoczynająca dzienną zmianę pielęgniarka. – Daj spokój! – Lekarce wyraźnie nie było do śmiechu. – Słyszałaś o tej dziewczynie z gumą? – Nie… – Pękła jej w trakcie stosunku i została w środku. – Rany boskie! – Głos krótkowłosej poniósł się echem po oddziale. – I z takimi pierdołami ludzie przychodzą na SOR? – Takich najwięcej i najgłośniej tacy krzyczą. Ci, co naprawdę potrzebują pomocy, ale siedzą cicho, często się jej nie doczekują. – Westchnęła lekarka, wstając od biurka. – Z moją babcią właśnie tak było… Idę sobie, odpoczywajcie. – Pani doktor, a kiedy wypis? – A chce pani wyjść dzisiaj? – No jasne! – zapewniła krótkowłosa. – Dłużej nie wyleżę. – Ja też! – Chociaż samopoczucie Renaty pozostawiało wiele do życzenia, zew wolności wziął górę. – To wyjdziecie, tylko już z ogólnej. Przyjdzie dzienna zmiana i was wypisze. – Kto mnie obgaduje? – Odwijająca długi szal lekarka stanęła w drzwiach. – Obiecałam paniom, że pójdą dzisiaj do domu. – Nadają się? – Zmarszczone czoło przeglądającej papiery kobiety lekko podniosło rekonwalescentkom ciśnienie. – No dobra… – Jej uśmiech uwolnił wstrzymane w przykutych do łóżek płucach powietrze. – Niech idą… Na sali numer pięć, gdzie wjechały, nie było już nikogo ze starego składu. Jedno z łóżek przydzielono pacjentce w podeszłym wieku, skierowanej z innego oddziału z tyloma schorzeniami i tak zmęczoną życiem, że Renata poczuła litość na myśl o kolejnych cierpieniach zlecanych przez lekarzy w trosce o utrzymanie kobiety przy nim. – Dzisiaj wychodzę – oznajmiła dzieciom przez telefon krótkowłosa. – Po południu, bo średnio się czuję i jeszcze chcę pole… – Jęki potomstwa przerwały jej wpół zdania. – Ale wypisali mnie dzisiaj! – dodała podniesionym głosem, rozłączając połączenie. – Gnojki jedne… – Niezadowoleni? – Renacie szybko minął żal związany z nieobecnością w domu nikogo, kto mógłby się czuć rozczarowany zbyt szybkim powrotem schorowanej szyi rodziny. – Mieli nadzieję, że chata wolna do jutra. – Proszę. – Stanęła w drzwiach lekarka z wypisami w ręku. – Zalecenia na odwrocie. Oszczędny tryb życia i dieta lekkostrawna. Żadnej surowizny przez dwa tygodnie. Wózek ze śniadaniowym przydziałem zaparkował pod salą chwilę po niej i okazało się, że jedyny atrakcyjny element składu w postaci dwóch plasterków pomidora – obok miski cienkiej manny na mleku oraz trzech kromek bułki z konserwą – jest dla rekonwalescentek nieosiągalny. Ze ściśniętymi z głodu od przeszło doby żołądkami rzuciły się na jedzenie, zapominając zupełnie o schorowanej pacjentce w podeszłym wieku, poszczącej od poprzedniego popołudnia w oczekiwaniu na zabieg. Renata też czuła się słabo, o wiele gorzej niż po wcześniejszych narkozach. A jednak podreptała pod prysznic, chcąc jak najszybciej odzyskać wpływ na własne życie. Oddawanie go w cudze ręce było najtrudniejszym wyzwaniem. Kręciło jej się w głowie, żołądek podchodził do gardła, ale już weszła w dobrze znany sobie tryb, maska ze sztucznym uśmiechem przylgnęła mocno do twarzy. Szybki makijaż, jeszcze szybsze pożegnanie z towarzyszkami niedoli i mozolna droga pomiędzy piętrami z torbą podróżną na ramieniu. Po zbyt długim jak na pooperacyjne okoliczności błądzeniu szpitalnymi korytarzami, depozyt otworzył przed Renatą swoje podwoje. Ubierała się z dużym wysiłkiem, nerwowo łapiąc oddech. – Niech pani usiądzie – rozbrzmiał zaniepokojony głos stojącej na warcie kobiety. – Powoli… Ale tego irracjonalnego pędu chorej ku wolności w żaden sposób nie można już było zatrzymać. Zwolniła dopiero przy okienku aptecznym, dobywając z kieszeni receptę na serię przeciwzakrzepowych zastrzyków. – Chce pani tańszy zamiennik? – zapytał farmaceuta. – A duża różnica w cenie? – Prawie trzydzieści złotych… – Nieźle! – Parsknęła Renata. – Tak, zdecydowanie poproszę ten tańszy. Oburzenie na chwilę odwróciło jej uwagę od zmęczenia, ból w podbrzuszu stał się mniej uciążliwy. Opłacając śmiesznie niski rachunek, kobieta przypomniała sobie o dwóch dniówkach straconych przez szpitalną przygodę i to jeszcze szybciej pognało dopiero co zwolnioną z sali pooperacyjnej rekonwalescentkę ku wyjściu. Łykając mroźne grudniowe powietrze, sunęła dzielnie między kolejnymi budynkami w kierunku tylnej bramy WIM-u, ale w połowie drogi znów ogarnęło ją zmęczenie. I rozpacz, gdy – wychodząc zza kolejnego zakrętu – znalazła się na początku ulicy, którą wieńczyło zabarykadowane żelaznym płotem przejście. Zrezygnowana, chwyciwszy się nikłej nadziei na obecność żywej duszy w budce wartowniczej albo przynajmniej dziury w chroniącej dostępu do obiektu siatce, powoli ruszyła przed siebie. Ponowne okrążenie rozległego kompleksu budynków w celu odszukania przeciwległej bramy było ponad jej siły. – Kurwa go mać! – Dochodzący z kanciapy rozzłoszczony głos ochroniarza skutecznie wybił Renacie z głowy pukanie w okienko. Zacisnąwszy zęby, czekała na kolejną wiąchę od otwierającego skrzypiące drzwiczki mężczyzny. Zaskoczony jej osobą, opanował się nieco, skinieniem głowy wskazując oczekujące otwarcia wrót auto. – Sobota, do jasnej cholery, wjazd tylko głównym! – Warknął pod nosem, sunąc w stronę intruza. – Nie chce im się podjechać kawałek, będą tak po kilka razy dziennie dupę zawracać! Krótkie pauzy i nerwowe zerkanie wartownika za siebie, w kierunku zostawionej w tyle Renaty, przekonało ją, że gbur szuka sojusznika. Nie mogła przepuścić takiej okazji. W końcu ona szukała wyjścia, a on miał klucze. – Pewnie do tego… – zawiesił głos ochroniarz, zwalniając i dając tym samym fory doganiającej go kompance. – …z metra ciętego. – Nie w Otwocku go kroją? – Renata była przekonana, że przed przyjazdem na oddział wpadł jej w oko podobny nagłówek. Stanąwszy ramię w ramię z mężczyzną, niższym o kilka centymetrów od jej stu sześćdziesięciu, zadumała się nad słusznością zastrzeżeń względem wzrostu prezesa partii rządzącej. – Tutaj, tutaj… Po kilka razy dziennie, kurwa, wycieczki! A niech szpitalną konserwę żre, jak wszyscy! – Wartownik zbyt późno ugryzł się w język. – Pani po wypisie? – Yhm, po operacji… – Wypuszczę panią, bo chora. – Rzekł ochroniarz, odsuwając bramę jedynie na szerokość Renaty i jej torby podróżnej, ostentacyjnie ignorując obecność stojącego już obok auta, przygotowującego się do starcia kierowcy. – Ale wyjątkowo, rozumie pani, w soboty działa tylko główne. – Jasne, rozumiem. – Rekonwalescentka uśmiechnęła się najpiękniej, jak umiała, dając drapaka wąskim przejściem. – Wyjątkowo… Bardzo panu dziękuję! Minąwszy mężczyzn, szybko ruszyła chodnikiem w kierunku porzuconego dwa dni wcześniej samochodu. Im większy dystans dzielił ją od bramy, tym bardziej nerwowa stawała się wymiana zdań między dżentelmenami. Renata, odpalając silnik, spojrzała w stronę gestykulujących energicznie postaci i przyszło jej do głowy, że nawet fajnie byłoby poczekać na rozwój sytuacji. Ale nie mogła. Za dwie godziny miała być w pracy. Beata Kołodziejczyk – odkąd pamięta, zapisywała świat słowami. Dawniej sprejem na warszawskich murach, teraz próbuje klawiszem.

  • Marcin Wróblewski – sześć wierszy

    impas przyszła pora by zmienić optykę i wprost spojrzeć na to co do tej pory chowało się w kącie oka bogowie jak zapałki w wietrzny dzień strach jak wisiorek z diamentem czas jak nóż przyszła pora by uwierzyć tym co mówią żeby nie wydrapywać sobie oczu bo zawsze odrastają Łatwizna Co robić, gdy coraz mocniej poparzone gałki oczne i uszy wtórują myślom? Inkrustowane psimi gównami trawniki śpiewają wieczną pieśń, a ręka sięga po nową kroplówkę. Kolejne warstwy starań zmniejszają kubaturę. Prawo przyciągania przeszłości rozszerza się i kurczy, miarowo.  Przypomina o słońcu, rzece, zapachu torfowej łąki i drobnych stopach płoszących koniki polne. dusza słowa wymazałem mężczyznę i kobietę z obrazu Caspara Friedricha już tylko drzewo znaczy drzewo a księżyc znaczy księżyc tło ucieka poza ramy powiedziano o nim tyle kłamstw kiedyś zbieracze stonki  w lotnym stanie skupienia w stanie nieważkości w za dużych butach kiedyś obłożą się kocami wspomnień letniego wiatru jedynego świadka masowych egzekucji nanoczłowiek nie wytrwałeś Mahomecie jesteś mniejszy niż ziarno  mojego żalu które noszę w kieszeni przynajmniej coś czuję gdy wtaczam kamień na twoją górę głupi mesjasz chcę być przestępcą chcę napaść na bank części zamiennych chcę krzyczeć na obsługę straszyć i strzelać jakimś skądś rewolwerem chcę ogłuszyć nerwowego strażnika z grupą inwalidzką chcę pruć sejf za sejfem i słyszeć swój głos jak obcy a jednak mój na własne oczy muszę się przekonać że to czego szukam od dziecka nie należy do mnie Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie  (2023) i Brama  (2023). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m. in. w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla. Mieszka pod Nałęczowem.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page