Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Cecilia Vicuña – pięć wierszy
Śpiąca Cyganka (Lew strzeże jej księgi snów) Cyganka pisała przez lata dzieło tajemne, którego nikt nigdy nie pozna, ale które zaczęło urzeczywistniać się w prawdziwym życiu. Podczas gdy ona nadal śni jej sny tworzą świat. Lew jednak nie może spać. Jeśli przestanie jej strzec, ona mogłaby się obudzić a my zniknąć natychmiast. Uprawa Przez całe eony uprawiałam siebie niczym demona bez zahamowań a dziś widzę siebie z ręcznym hamulcem niczym zręczną dziewczynkę zdeformowaną i wątłą w ogrodzie roślin z dymu. Samotność Stracilibyśmy ponad połowę naszej więzi gdybym przestała być twoim przyjacielem Nie miałam wyjścia czułam się łagodna Chcesz pokazać mi niebo? dotknij tej przestrzeni białej między udami delikatnie bez innych intencji nieomal mimochodem. Niebieski i zielony Niebieski i zielony w świetle dnia i pod migdałowcami zupełnie nieszkodliwy uśmiecha się u stóp anioła, który normalnie służy mu za samolot. Gra na rogu i myśli w języku guarani zimne noce spędza w Katmandu i w większości wypadków je obiad w Rawalpindi chociaż to bardzo daleko od Sulavesi dziwnej ojczyzny jego serca. Matka i córka Matka jest tak przyjazna jak córki, prostytuuje się z łatwością, ma dwadzieścia lat w każdej piersi, a jednak jej sutki wznoszą się zwinnie jak konie wyścigowe. Ma zapadnięte pośladki, a jej największą aspiracją jest zaprzeczyć istnieniu wszelkiej wilgotności, temu, co półotwarte. Usunąć te światy z ziemi, by jej córki stały się płaskimi lalkami. Nocą duchy skóry zajmują dom, a to, co zostało wymazane zaczyna istnieć. Zagubiona, matka rzuca się na córki i gwałci je jedną po drugiej. Od maleńkości nie znały innego traktowania, a dziś, osiągnąwszy dojrzałość, sprawiają wrażenie, jakby panowały nad światem z udawaną nieśmiałością. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Cecilia Vicuña (ur. 1948) – chilijska poetka, artystka i aktywistka łączona z ekofeminizmem. Jej prace wystawiane były m. in. w Museum of Modern Art, Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, Tate Modern oraz na Documenta 14 w Kassel.
- Paweł Sarna – trzy wiersze
Źrebak Śniło mi się, że chciałaś mieć źrebaka: z cienkimi nogami, zawsze zadziwionego światem. Mówiłem: po co nam koń i gdzie będziemy go trzymać? A ty: mamy już chyba wszystko i mamy szopę, którą można opróżnić. Kupiliśmy go przez internet, z dostawą i pomyślałem jeszcze – cały czas we śnie – że teraz trzeba wypatrywać awizo, a zresztą koń to nie list – pewnie wcześniej zadzwonią. Dwa dni później zadzwonił kurier z przesyłką i mocno się dziwił, że dawno nie zamawialiśmy niczego. Góra szczęścia Kiedyś powiedziałem: popatrz, ta kura jest zupełnie jak Beata z twojej pracy, rzuca się na każdego, kto na nią spojrzy. Pewnie odgrywa się za jakieś historie z przeszłości. Beata o mało nie zabiła nam dwóch młodych kur, które dołączyliśmy do stada. Tak, widziałem, to była Beata. Rzuciłem, że może to one nie miały wyczucia, ale uznałaś, że znowu głupoty mówię i w ogóle mam skłonność do idiotycznych porównań. Beata nigdy nie wchodzi z innymi do domku, tylko powiększa swoją jamkę w piachu. Pewnego dnia Beata popłakała się w pracy na przyjęciu-niespodziance z okazji jej okrągłych urodzin i oznajmiła, że jeszcze w życiu nikt jej tak nie upokorzył. To była naturalnie twoja Beata. Powiedziałaś wtedy, że (trochę) miałem rację, a tamte młode nie miały wyczucia. Tego samego dnia nasza Beata wyrwała sobie resztę piór z kupra. Una Zobaczyliśmy wiewiórkę w parku: niewielka i piękna i jakby nie znała złych zamiarów. Pomyśleliśmy, że dobrze by było mieć taką u siebie. Kilka dni później coś zaczęło hałasować na górze, a samochód nie chciał zapalić. Całe stado kun całe noce nie dawało nam zasnąć. Walczyliśmy i nienawidziliśmy się nawzajem. A jednak z tamtego uczucia – z parku – coś pozostało, czego nie dało się wykurzyć. Paweł Sarna (ur. 1977) – opublikował zbiory poezji: Ten i Tamten (wraz z Pawłem Lekszyckim, 2000), Biały Ojcze Nasz (2002), Czerwony żagiel (2006), Pokój na widoku (2014) oraz Ruskie (2024). Jego wiersze tłumaczono na język hiszpański, czeski, serbski, słowacki i chorwacki.
- Dominik Żyburtowicz – dwa wiersze
7 dni nowych Dla Artura Hnata 1. dzień nowy pościel bez poszewki przez- roczysty rok w godzinę mokry parapet lśniące poddasze w lusterku skraj chmury tam i tu rozpływa się jak myśl obaluno! miłość już jej nie ma dzień nowy 2. dzień nowy biszkoptowy labrador w wysokiej trawie patrzy na pana pan patrzy na labradora wierzę – jesteś tam wierzę – jesteś tam staje wiatr staje czas na chwilę bo teraz ruszają razem na wyspę świętych koni kwiecień dzień nowy 3. dzień nowy zawsze bardziej kocha bo wszystkie drogi otwiera jak oczy (przyjedź muzyko przyjedź) serce góry 100 kilometrów pomiędzy wokal-piano-gitara puls (przyjedź muzyko przyjedź) dziękuję Bogu że możemy (czyżbyśmy zgłupieli?) z muzami schować się w nieba pościeli dzień nowy 4. dzień nowy gasną lampy a światło iskrzy w kałużach na ulicy spadochroniarzy śmiech wracających z nocnej zmiany ogniomistrzów z huty toczą się po trotuarze jak butelki po żarach gwiazdach dzień nowy 5. dzień nowy rękopis sennego Jana pociąg przez most i cumulus Jan wzdycha przez sen Jan śpiewa przez sen: czy delfin słoneczny la la zmieszał przebiśniegi la la z deszczem? dzień nowy 6. dzień nowy deszczówki nałapie w ramiona i drzewu i pszczołom i nasionom na suchych polach gdzie przez miesiące toczył Henderson posąg sobota król deszczu wrócił popłakać nad suchym lasem o właśnie dotyka błękitu i w prochowcu znika o znika dzień nowy 7. dzień nowy konwaliowy ktoś uwolnił nas z pamięci dzwonki dzwonki gdzieś bardzo daleko i biel biel tutaj rosa na siwych włosach strunach łzawiącej ze szczęścia niedzieli czy jesteśmy młodzi? tu jesteśmy młodzi dzień nowy https://www.youtube.com/watch?v=6StwLcX06f0&list=RD6StwLcX06f0&start_radio=1 Dżinn listopadowy 1. Jakieś obce koty w mieszkaniu w szaleństwie po meblach, ścianach. Wybudzony uciekłem w miasto, pierwsze tak głębokie mgły ścigające wszystko jak sine lisy. Czy we śnie posnęły w rzeczywistość? Dżinn, dżinn, dżinn listopada i wszystkie drogi, aby obudzić – uszczypnąłem się: z roz- trzaskanego d.n.a – przed lustro. Z porysowaną twarzą? Złamanym żebrem? Się ocknąć. Hej, hej! (Lustrzaninie?) Pan wraca do wyra! – zawołała siostra, przemykając po salach szpitala jak Dżinn na białym żaglowcu. 2. Deszcz, deszcz, w pełnym słońcu. Krople spływają po rozpalonej szybie. Płonąć? Zatonąć? Myśli świat na rozdrożu. I drży. Phlebas mdleje w chórze wyroków. Czeka. Czy bóg morza i znieczulenia serce znowu przekłuje? Zniknęły klucze od domu. Zniknęła ona. Wszystko przez wiatr, który nas – głupie dzieci – unosi, a potem rozbija o ziemię w pustych mieszkaniach. Czy dożyjemy czterdziestki? 3. Płyń teraz Phlebasie z tygodniowej dyski, bez światła, bez strat i zysków, unosząc się i opadając jak wrak pod falami. I ty co kręcisz kołem, wierzący czy ateista, co wchłaniasz melanż jak amfę dni, pamiętaj: i Phlebas był kiedyś hulaką jak ty. Dominik Żyburtowicz (ur. 1983) – poeta. Wydał siedem tomów wierszy: Żaglowce (2015), Spaceboy (2017), Klucze uniwersalne (2019), Remedorium (2019), Przez sen i gwiazdę (2021), Terapia Jana Bukowskiego 37 wierszy o trzeźwieniu (2022), Ośrodek Poezji Społecznej (2025).
- Anna Maria Wierzchucka – Opowieści robaczkowe
czy fiołki są w kolorze nieba uciekł wieloryb. powiedział burmistrz. miasta o nazwie tak skomplikowanej że niejeden połamał sobie na niej fiszbiny. znaczy zęby. a zresztą to wszystko jedno. złamanie to złamanie. połamanie też. rozbiegli się ludkowie (nie wymawiając żeby się nie połamać). rozbiegli. rozpostarli płetwy. chusteczniki. pancerze. buławki. w kapustowate. w rzepę. w chmury. przeganiali słodyszka. przeganiali. szukali tropów. plener aż po horyzont. załaman. kiczowaty zachód słońca. nastan. a tu kątem. oka. ogon. oj. wysoko. wysoko. przyjdzie wam się ludeczkowie złamać. załamać. burmistrz na kominie. rozpościera sieć. jak na wielgachnego motyla. ludeczkowie wznoszą. okrzyki. pieśni. doping. kwiaty przy ziemi. pojedyncze. grzbieciste. wolnopłatkowe. a płatek największy z ostrogą. reszta żyłkowana. też wznoszą. barwy. łącząc szkaradzieństwo. obrazka czy oset jest ateistą letniość. dwustronna. pikowana. z kotem. dawno dawno temu. w szczelinach skruszałych cegieł. dziurawych. dziurawkach. domów przedwojennych. okupacyjnych. i tych stawianych zaraz po. powój. zarasta. i glistnik. i pokrzywa i mlecz. a w kącie. cichy jaśmin. odradza się nawet z patyka. świat poza rajem. potępionych. rusałka osetnik. kubek niedopitej mięty. nie potrzebuję okrągłych metafor by wydłubywać z pamięci dziadków. dzikość. pożogę. łuny. ostropest plamisty. sylimaryny. dziewięćsił bezłodygowy. ostrożeń. oset. mleczny. co to włoski z zadziorkami. włoski pierzaste. miłosierdzie osierdzie. kłos. nie potrzebuję równiutkich neologizmów wymruczanych na znane melodie. co się zakorzeni to na amen. szczerbak czy maki przynoszą ogień buty. powiedział burmistrz. buty. musicie malować buty. w osty. fiołki. malwy. ptaki. strojnisie nadobne. flagi wykluczam. wykluczam narodowe. rozbiegli się ludeczkowie szukać farb. złoceń. natchnień z natury. a nastała właśnie środa. środa dzień śmietników. słoneczko dopiekało. śmieci śmierdziały. ludeczkowie malowali. tłumnie. tłoczno. toczyli. bryzgali. wzorzyli. mieszali. wszystkie czarne. zakrzyknął ktoś w ciżbie. czarne miejsca w burakach trzeba wyciąć bo są gorzkie. i umilkł. zapadła cisza jak zasiał. oj. a na zachodzie. zachodziło. pożarem. w kolorze. wielonasiennych torebek. puszek. makówek przykrytych rzadko odpadającym wieczkiem. z wyschniętego znamienia słupka. pod wieczkiem nasiona. skakunowate. przychodzą. wspak czy malwy rdzewieją mówię do siebie maleńka. bo ktoś musi. chociaż w głowie. maleńka. czekają na ciebie. koreańskie produkcje netflixa. ryba z własną wodą. własnym akwarium. warzywnica. między biodrami żebro. oskórek. nadustek. cienka herbata i upały maleńka. przetrwasz. czujesz. tak naprawdę drzewa już pachną październikiem. paleniem liści. kapeluszy. czarownic. cukierkami na patyku. bagno baglane. śluz. ślaz. ognisko. mallow marsh. marsh marsz marsz czy pokrzywy uzależniają miłość od posłuszeństwa matematyka jest prosta. krzyczy burmistrz. prosta. prosta jak droga która ma tędy iść a nie idzie. będziecie nią jeździć gdzie dusza zapragnie. a zapragnie. karaiby. grzyby. dzikie węże. nasoszniki trzęśnie. cystolity parzące. pazury szczękoczułkowe. gruczoły jadowe. kądziołki przędne. nogogłaszczki. płaszczki. może w końcu złapiemy wieloryba. rozumiecie. matematyka. i wyciągnął kapelusz. i czułki Wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, larwa, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.
- Piotr Kasperowicz – pięć wierszy
Czemuś winny Podobno widziano któregoś boga w bezzałogowym samolocie musiał mieć spore przeciążenie w okolicy sumienia był to bojowy dron jak się okazało służący do unicestwiania grzeszników na odległość nie wiadomo czyj był to bóg oraz czy ofiary zawiniły zasadom panującym akurat na obszarze objętym jego jurysdykcją jedna bomba zagłuszyła wszystkie zbiorowe modlitwy głównie te nieuczynione werbalnie na miejsce tragedii spadła kolejna rakieta nacelowana laserem tak oducza się ratowania potępionych ludzi w myśl zasady o nieszczęściach spadających parami wyparowała grupa czemuś winnych tych co przeżyli pozostawił okaleczonych dokładnie wtedy zawładnęła nimi najgorliwsza żądza zemsty. Inklinacje cech Inklinacje ze szlachetnych cech nasączone odosobnieniem zupełnie niewpasowane w stelaż prowizoryczną utopię społeczeństwa nie wiemy co je trzyma przy życiu przyzwyczajone do populizmu nacelowanego w osobowości żadne umyślnie celebrują myślenie wobec przemilczeń aktów samobójczych z wyraźnie zaznaczonym sprzeciwem upowszechniają skaryfikacje na pierwszy rzut oka pozbawione fonii. Limit w funkcji czasu Psychoaktywnie myślisz wcale nadpobudzony chemią nad układem planet zwiastującym ekspens haraczu za niższe ryzyko śmiertelności całkowitej roje bogów co rusz zsyłają cytokinowe burze przewijają wadliwy taśmociąg hiperlimitowany w funkcji czasu jesteś śmiertelnikiem śmietnikiem na artefakty zerową ulgę wobec pogłównego podatku przyznał post mortem nieubłagany Chronos pełen kurażu. Miękki błękit nocy Mały człowieku wielkiej siły pozbawiony charakteropatii wśród samobójców uchodzisz za długowiecznego nie powiedzą w wiadomościach o twoim wyskoku że rzadsze przeżywanie uczuć może ograniczyć kryzys suicydalny przewlekłe odspojenie przez nadreaktywność upadek z wysokości zamiast samobójstwa zawsze miałeś w zamyślonych oczach miękki błękit nocy wszystko co żywe jest oddalone niezborne z tą opowieścią. Okno życia ultra HD 4K Wiele zmian dzisiaj u mnie w oknie życia i śmierci ultra HD 4K dobra zmiana reumatoidalna oraz wielostanowiskowe zapalenie całego ciała ludzkości w bryle rozumu brodawki zakwitły liliami dość brutalistyczny eufemizm znudzonej natury obcującej płciowo według zwykłej permutacji odrzuty świadomości reklamowane ambientowo test z wiedzy ogólnej pełnej ryzalitów nic nie wskazuje jedynie efekt potwierdzenia w błędach poznawczych. Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik oraz felietonista. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomików wierszy.
- Patryk Nadolny – siedem wierszy
Baśń Kurier wyklęty rozwozi paczki, są puszkami Pandory, miejscy dostawcy fast foodów ze wschodu nie doręczają swojej ciepłej melancholii. Aparatura, podtrzymująca życie człowieka wewnętrznego, odłącza się od reszty świata i wtłacza w duszę supernową. Św. Hildegarda z Bingen uczy zioła dawidowych psalmów. Muzyka nie stworzyła wszystkiego, a tworzy wieczyste porozumienie, między świergotem, a skowytem. Hypatia nie zdołała obliczyć promienia destrukcyjnego koła mężczyzn w Aleksandrii, patriarchat zmienił położenie kobiet, ciał niebieskich, zastąpił wielkość hemisfery: odtąd kuchnia, rodzenie dzieci i przepierki niewiastom przez stulecia świeciły na niebie jako jedyne dostępne w życiu gwiazdozbiory. Harmonia w żadnym razie jest matematyczką, nie przeleje za ogród krwawnik swoich soków. Oblicz wysokość bezwzględną strachu odjąć szczęście, czy nie brzmi to jak próba dodania otuchy życiu, które jest wiecznym serc odejmowaniem? Doprawdy to się liczy: wzór na ceramice, wycinance łowickiej, pierwiastka w nagości, nawet lotne substancje hańbą się nie okrywają. Jestem nieobliczalny kołem jako zero obracające w sobie żal cywilizacji. Ubrania wynaleziono, by w nich schować duszę, a nie ciało, przed spaniem zrzuca z siebie urok. Wzorujemy się tylko na krzywej postępu, a dno przychodzi w nocy i trzęsie szczytami. Adyga przez Weronę szuka Adriatyku, czyli Julii, a może skromnego Romea; jeśli rzeka jest damą to szuka Romea, a jeśli niebinarna, co prawdopodobne, to zgodnie z relatywizmem niezłomnych wszechrzeczy wszystkim rządzi przez wieczność perspektywa z jakiej ustawisz swój parawan na plaży poznania i odkryjesz, że wiedza nie będzie przypływem, falą wzruszenia, bryzą bez krztyny katharsis, niepokojem rozszerzonym do pałacowego metrażu przez wielkomiejskich deweloperów. Jak wynaleziono pismo? Prawdopodobnie mogło być upolowane przez łowcę z mezolitu, gdy o bladym świcie ujrzał dziką pszenicę – subtelny alfabet kołyszących się kłosów. Porzucił swój miotacz oszczepów na rzecz radła, żeby wzruszać ziemię. Przodkowie uprawiali brudną sztukę ziemi i wystawili pierwszy chleb pod gołym niebem, byśmy mogli się oddać w twórczym uniesieniu literaturze, kinie, sztukom wizualnym. Po wiekach nie orano tylko pól uprawnych, gdzieś w międzyrzeczu Tygrysu i Eufratu jacyś pionierzy ryli bruzdy na tabliczkach z gliny, wyrosło na nich pismo klinowe podobne do dzikich kłosów, nimi najpierw pisał wiatr. Urodziłem się, oślepłem od łez i przegrałem Źródła zaczną wysychać, zatonęły teksty źródłowe, część spłonęła w wielkiej Bibliotece Aleksandryjskiej, w niej każdy zwój był jakąś wyspą, po dopłynięciu do niej umysł mógł założyć kolonie i ogłosić się gubernatorem. Źródła wyschły – przestały je zasilać pisma antycznych filozofów, a były potężne na miarę Amazonki, sześć katarakt Nilu, dla siebie Atlantydę znajdę pod prysznicem. To niemal niebywałe, łzy homo erectus nie zgasiły pierwszego paleniska w dziejach, jedziemy na tym samym wózku z Sumerami. Ranowie nie zdołali ocalić Arkony, pokrzyżować zamiaru schrystianizowania Rugii przez Absalona - duńskiego biskupa. Nie ma sensu, by piernik walczył z wiatrakami, ryby pluskają, a drakkary płyną dalej. Kto powiedział, że podbój dzikiego kosmosu jest tylko i wyłącznie domeną ludzkości? Spójrzmy tylko na loty kwiatowe w ogrodach, na daleką orbitę Malwy lub Irysa. To mały kwiat dla pszczoły, duży dla pasieki. Nie wystarczy wrzucić traum do studni Moja psychika - poletko przeorane strachem, wyrośnie na nim dystych, nie szkodzi naturze. Lśni elektryczny pastuch z sieci neuronalnej i pełni funkcję stracha na szczęście, nie wróble. W jambie, czy amfibrachu szumią liście klonu? Melancholia to trudna w uprawie roślina. Pogodzić się ze stratą już w czwartym dystychu, nie napisać piątego, by się w nim nie zgubić. Jak będzie wyglądała żałoba po stracie planety wirującej z bólu i szaleństwa? Deszcz nie zmieni natury najgłębszego smutku, w krainę obfitości ogrodu: mieczyki zaprzestały wojować z jesiennym powietrzem, lwie paszcze już nie warczą na zmarznięte pszczoły. Przeraża mnie, że jest nas już 8 miliardów. Chcę zostać niesporczakiem po stracie bliskiego; to nie da mi gwarancji, że przetrwam żałobę, trauma będzie silniejsza niż promieniowanie. Muzyka ze światła Światło, jesteś moim partnerem po otwarciu oczu, kwiaty tańczą w ogrodach przy akompaniamencie zmęczonych pszczół. Muzyka stwarza nowe światy, pragnę usłyszeć światło, najcichsze widzenie. Dzień w dzień pytam wschodzące słońce: o co tyle brzasku? Dopiero noc jest odpowiedzią. Noc mi odpowiada, najjaśniej pod słońcem. Patryk Nadolny (ur. w 1993 r.) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m.in . Nowego Dokumentu Tekstowego i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki Limesy (2023).
- Gabriel Korbus – trzy wiersze
Dom Srebrnego Mitry Tam, gdzie spadają bomby, Zamieszka Srebrny Mitra, Tam, gdzie padną zwierzęta, Gdzie życie stanie się wypaczone. On boi się triumfu życia, Bo wtedy przestałby istnieć, Ale boi się też własnego triumfu, Bo wtedy straciłby znaczenie, Imię i własną formę, Piękno swojego srebrnego ciała. Żal To co mną kieruje To nie strach, ale żal, Żal za tym czego już nie ma I co się nie zdarzyło, Żal za nieudanym pocałunkiem I zmarnowaną nocą, Nie mieć żalu to być wolnym, Kto nie jest przywiązany Ten jest szczęśliwy, Bo nie wie, że wszystko straci. Asyria Myśleli, że pogrzebali mnie żywcem, Że piasek wdarł mi się w nos, Ale je się wygrzebałem i powróciłem, A wraz ze mną Medowie i Babilończycy, Zalały ludy wielkie imperium Asyrii I zmietli pałace i jedwabne leża I haremy i złoto i włócznie i krzesła, Jak powódź przybyli ze wschodu, Płonęły miasta i pękały czaszki, A ja jechałem na koniu, pełen powietrza, Jak pies wąchałem swąd i popędzałem, Krzyczałem na moich ludzi, by jechali szybciej, By nie zatrzymywały ich góry ani pola, By nie pili z rzek tylko jechali, jechali, Aż spłonie świat i żaden człowiek nie stanie I nie wykrzyknie przekleństwa, By żadna kobieta nie płakała i dziecko nie jęczało, Być może bogowie zmówili się na Asyrię, By złamać wielką potęgę dla samego kaprysu, A być może to była tylko nauczka, By nikt nie wchodził mi w drogę, Ale teraz stoję na skraju pustyni I widzę świat, który niegdyś był Asyrią I spinam konia, jadę przed siebie, Pędzę jakby dalej trwał mój wielki pogrom, Bo nic mnie już nie więzi i nic nie pęta I nie ma siły na tym świecie, Która mogłaby schwytać mnie w czymkolwiek. Gabriel Korbus (ur. 1998) – ukończył filologię klasyczną na KUL oraz zarządzanie na UMCS. Czyta poetów takich jak: Milton, Lautreamont, Marlowe, czy Eurypides. Jest miłośnikiem twórczości Hirohiko Arakiego. Za cel stawia sobie odzyskanie dla współczesnej poezji epickiej jej należnego miejsca w literaturze, jego marzeniem zaś jest stworzenie filmu animowanego.
- Daria Juskowiak – pięć wierszy
Nagroda pocieszenia To dla tej, co nie lubiła konkursów recytatorskich. No ale cóż, w szkole musiała. Słyszała: otwieraj szerzej buzię, mów wyraźniej, wolniej. I nie jak katarynka, postaraj się wczuć. A ona nie umiała słów ładniejszych od tych z jej prawdy - słów, przy których zaciska się wargi, zaciska się serce. Wagarowicz W końcu pojawił się na tej jednej jedynej lekcji w jego pustym czerwcu. Dobrze wybrał, było coś o wolności, było o odejściach i powrotach. Dobrze wybrał, okazało się, że baba od polaka też wagaruje, że facet od matmy też wagaruje, choć pod pseudonimem i częściej w nocy. Babski wieczór Wpadają dziś wszystkie księżniczki Disneya na dobre wino. Wymyślą jej historię na nowo i może nawet przemycą dla niej z baśni jakąś mało używaną koronę. Portret Alberta Einsteina tylko te włosy rozwiane w aureolę i język wysunięty tak jak most zwodzony do czegoś innego a tak żadnej pewności że dostałby główną rolę w filmie o geniuszu Wycieczka do Disneylandu na grunt wydzierżawiony pod prawdziwość kreskówek przychodzą jacyś z innej bajki ludzie ich krwiobiegi płuca świszczące oddechy to tutaj niemodne metody i przestarzały sprzęt tylko jako gapie lub dłonie do pacynki rusztowanie bohatera wyrywają z konturów fikcję malowaną z odroczonym do ekranu THE END Daria Juskowiak – nauczycielka języka polskiego, laureatka konkursu prozatorskiego przeprowadzonego w ramach festiwalu Góry Literatury, wyróżniana w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Publikowała w „Odrze” i „Ypsilonie”.
- Oliwia Stępień – cztery wiersze
Och jakie ogromne mam oczodoły i całe mnóstwo rzeczy wpadło w moje oczodoły nie zważając na rzęsy po prostu idą jak po swoje korytarzem po rozum do głowy nie dostaną ode mnie niczego choć zawsze można polemizować uwielbiam mówić do ciebie uwielbiam jak czekasz ze mną na sedno prawda jest taka że wujek uciekał sięgaczem ale wrócił po szaleństwo uniknąwszy schizofrenii popadł w depresję psychotyczną powiem więcej wujek pijany uciekał sięgaczem ale zawrócił po szaleństwo ile promili potrzebował aby urwać wiązanie krwi nic z tego urwał mu się film ale obudził się na placu do zawracania zawrócił zatem po szaleństwo Niech mi odrąbią głowę rozgość się Raskolnikowie w poniższym wierszu tylko nad tytułem zdejmij obuwie nie naprósz usiądź sobie i powiedz czy zasługuję na twoją pomoc nie mam wprawdzie nic cennego poza myślami kiedyś już tak było wieczorem przyjechali kosmici i zabrali wszystko co miałam w głowie zostawili pusty nośnik zaczął więc szwankować i teraz już nie mogę i proszę niech mi odrąbią głowę usiądź sobie zrobię herbatę i rozpoczniemy negocjacje dzisiaj liczą się przede wszystkim czujne umysły dzisiaj wartość mojej głowy na giełdzie ideowej jest niebagatelna dzisiaj proszę zabierz ją sobie weź gdziekolwiek nie sprzedawaj tylko na czarnym rynku były już takie wiersze a liczy się umysł czujny i świeży zabierz go sobie weź go i idź z nim gdziekolwiek byle daleko stąd dobry boże Wylej do zlewu albo ci nie uwierzę bo od zawsze chwytasz się brzytwy tonąca w wodzie którą uważasz za niepoliczalną zignorowałaś podział na litry i czeka cię analiza stanów skupienia w kompletnym oderwaniu od podręcznika do chemii którą w siebie wlewamy bowiem wszyscy jesteśmy pijani na swój własny sposób a ciebie spotkała izba i miałaś być trzeźwa zero psychodelików null teraz tylko zadania z gwiazdką zapisz odpowiedź poprawną wieloznaczną jaki kolor ma dla ciebie rodzina? Otóż jestem gumowa przyklejona u spodu ławki w kościele by słuchać bożego słowa wierzę że proboszcz pod sutanną jest boski i Bogu powierzam swe troski chociaż na myśli mam raczej Godota bo Ty Boże jesteś zbyt wąski a tu potrzebna jest porządna metafora odkąd czekam na chłopca zdejmij mnie chłopcze bo ja do góry nogami wiszę i musi mnie wreszcie spotkać podłoga w drodze pod podeszwę aż podrepczę z kimś znów do kościoła wtedy od nowa i tak zostanie do domu nikt mnie nie woła Oliwia Stępień (ur. 2002) – debiutowała tomem Nie chciałam coli . W 2026 ukaże się jej druga książka poetycka wiele w tym prawdy ale znacznie więcej rytmu . Mieszka w Katowicach.
- Maja Głogowska – sześć wierszy
pyk i cyk pyk pyk cyk no ma piłkę niech już poda no spowalnia akcje przecież ILEŻ MOŻNA SIĘ USTAWIAĆ? to był strzał jak armata z twierdzy kłodzko zawsze w niego wierzyłem (serio) Apteka wygrali ale przez nich każda londyńska apteka będzie miała braki w asortymencie NIE MA JUŻ LEKÓW NA USPOKOJENIE Odwiedziny u rodziców sąsiad ma padeczkę alkoholową a drugi ma raka przełyku pokarmowego a ten z pieskiem zmarł, ten z almisią, tak, ten no a wójcik to już szkoda gadać może to czarnobył (mówi moja mama) może nas zżera może nie wypiliśmy jodu zbyt szybko może to trzeba było duszkiem przecież my to dostaliśmy za późno przecież wszyscy mają w dupie małe miasteczka (myślę, że to racja) to idź do lekarza (mama się śmieje) a po co mam iść jak nie jestem chora? Nowa szczerość w polsce nie ma kina nowej szczerości nikt nie jest szczery wszyscy kłamią, wszyscy kradną (mówi mi reżyser) słuchaj mam taki pomysł na film, ale nie wiem, czy to jest dobry pomysł na film bo czy na festiwale wezmą taki film? festiwale muszą być musi być akcja, musi być katharsis takie, że wszystkim strzelą z wrażenia oczy nie wiem, jak to jest, że wy młodzi nie chcecie być szczerzy dla mnie już za późno szczerym można być jak robisz pierwszy film Alkohol ja też zawsze miałem moralniaka po imprezie (no to ciekawe, że nie przeszkodziło ci to w alkoholizmie) Córka ty i moja córka jesteście w tej samej sytuacji wiem, że w tym zawodzie ciężko o pieniądze ale nie martw się, załatwiłem jej pracę tobie ktoś też załatwi Maja Głogowska (ur. 1999) – reżyserka, scenarzystka, kulturoznawczyni i ta osoba na imprezie, która włącza kompilację najlepszych bramek Heung-Min Sona.










