Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Katarzyna Woydyło – Czarny pies
On za rasowy był, by z nami zostać. Z początku o tym, że za rasowy, mówiły tylko kobiety. W czasie lata, jednego z tych długich, co wydają się nie mieć ani początku, ani wyraźnego końca, chłopi jeszcze o nim nic nie mówili. To właśnie kobiety widziały go na wąskich, zarosłych ścieżkach, gdy któreś z dzieci uciekło i trzeba było je w końcu zagnać do domu. Gdy długo nie wracało, trzeba było robotę odłożyć, wyjść z izby i rozejrzeć się za nim. Robota czekała, praca nie umykała na równi z zachodem słońca. Wszystkie kobiety, które u nas mieszkały, przez pół dnia wydawały się jedną ręką w zupie chochlą mieszać, a drugą ręką młode przy sobie utrzymywać. Dwuletnie szczenięta wierciły się na ich biodrach, kopały w miejsca, z których niejedno z nich wyszło, a potem uciekały, jakby matka miała im już nie wystarczyć. Jakby podobał im się bardziej świat cały. Jak tylko za oknem coś zobaczyły, to z małych oczek znikała wnet mleczna powłoka, a senność po cienkim, ale wciąż słodkim mleku matki, znikała. Pojawiały się tylko jaskrawe migotki, a wtedy to już każdy z nas wiedział, że nikt tych dzieci przy sobie nie zdoła zatrzymać. Na pewno nie udawało się to chudawym kobietom, które same mało co jadły. Tłusta strawa należała się bowiem najpierw mężowi, a potem dorosłym synom. Inna sprawa, że rzadko coś zostawało. Gdy przyszła jesień, paskudna jak cholera, pełna błociska w butach, zgniłych liści przy domach, ci sami mężowie, a potem ich synowie, wszyscy zaczęli powtarzać to samo. Wszystkie drogi, które do domów mogłyby prowadzić, były jak zapomniane, przejść się nimi nie dało, ale oni i tak mówili jeden po drugim o tym, że pies rasowy. No bo jak uszy szpiczaste, obydwa stoją, czarny, jak na jakimś obrazie i zad nawet nisko, to musi być pies rasowy. U kundli tak nie ma. Za paznokciami brud. To może, ale jeszcze nie musi oznaczać, że podczas wieczornej kąpieli poleci z człowieka nie woda, a żur. Za to brud z włosów, brud wżarty w każdy por skóry, tak że brudny wydaje się oddech, brudne wydaje się nawet każde słowo, które pomiędzy zębami utyka, prędzej czy później z człowieka zejdzie. Nawet jeśli do nocy trzeba będzie nieczyste słowa wygładzać, oczyszczać z nadmiaru całodziennego krzyku. Niezbyt skutecznie. Mali i tak nie rozumieli tutaj zmęczenia dużych. Dzieci mieszały we własnych zupach, zrobionych z błota, pełnych patyków, kamieni i ziemi. Jak ktoś przyniósł wodę, to zupę można było nawet przynieść mamie i zapytać, czy zje tylko jedną miskę zrobioną z liścia, czy dwie. Czy bardzo jest dzisiaj głodna. Każda z kobiet przyznała po latach, że gdy tylko zaczęła rozmyślać o tym, kiedy ostatnio jadła, przed domem pojawiał się czarny pies. Z początku widziały tylko kontur, po ogonie poznawały, że to pies, a nie dzik. Smuklejszy też był od byle wieprza, kufę zaś miał wyraźnie psią. Nawet to, że pojawiał się w ciemności, a głowę miał czarną, nie sprawiło żeśmy zwątpili. Pojawiał się wieczorem, nad ranem zaś znikał. Przy niektórych domach podobno leżał zwinięty w kłębek, co sprawiało, że ludzie skoro świt go u siebie wypatrywali. To, że był przy jednej chacie, a przy innej nie, sprawiało, że jeden człowiek tutaj stawał się lepszy od drugiego. Zanim pojawił się czarny pies, nikt nie śnił o tym, żeby mieć coś więcej, czegoś więcej co noc móc wyczekiwać. Niedługo potem wszyscy nadawali już psu własne imiona, szacowali nawet ile może mieć lat patrząc na ślady łap, jakie zostawiał przed domem. Dzieci udawały, że same są jak czarny pies: zwijały się w kłębek i czasem tak zasypiały. Mimo, że niewiele przyniosła nam wtedy jesień, ludzie i tak chcieli podzielić się z psem tym, co mają na stołach. W końcu byli gotowi go nawet do siebie przygarnąć. Co lepszego mogłoby spotkać rodzinę, jak nie prawdziwy amulet. I tak już na początku grudnia poczęli wszyscy chłopi polować na czarnego psa, co miał od nich odegnać głód, co miał ich przeprowadzić przez ciemność. Dzieci zaczęły robić między sobą zakłady o to, który z ojców upoluje psa jako pierwszy. Gdy zbyt nerwowo robi się wśród szczeniąt, matka przerywa zabawę. Rozgania młode, a w przypadku ludzi rozdziela dzieciom sprawunki do załatwienia. Gdy są czymś zajęte, to mniej mają czasu by psocić. Starsze mogą wyjść wtedy poza dom, a nawet pod las, gdzie jasne spotyka ciemność. Czasami trzeba się nawet w ciemności zanurzyć, bo rośnie w niej to, co może się przydać do domu. Nie tylko ojciec i najstarszy syn są odsyłani do lasu. Pomiędzy drzewami zaczynają dobrze orientować się młodsze dzieci. Drobne owoce, chrust, a zimą gałązki świerku, to wszystko pomieści się nawet w najmniejszych dziecięcych dłoniach. Psie matki zjadają odchody szczeniąt. Nie chodzi tu o głód w stadzie. Nie jest też tak, że niczego innego dla nich nie starcza. Robią to, żeby po nich posprzątać i tym samym ochronić je przed drapieżnikami. Drapieżnik wyczuwa bowiem zapach, kieruje się instynktem, a ten podpowiada mu, że przetrwa tylko wtedy, gdy zapoluje. Są zatem polujący i upolowani, głód i poczucie sytości wydają się nic nie znaczyć. Upolowało go czterech chłopa na raz. Złapało na osiem rąk jeszcze zanim powstał z kłębu. Rzuciło się na raz, dwa i trzy. Zwierzę nie zdążyło chociażby pisnąć. Oni zaś darli się jeden przez drugiego. Po drugiej stronie płotu kobiety wychylały się z okien. Pod ich łokciami skrzypiał na parapecie śnieg zmrożony już na lód. Krew przelewała się we wszystkich tak, że zimno nikomu nie było. Czy to w żyłach cienkich, jakby zbyt delikatnie narysowanych, czy też grubych tętnicach napompowanych męskim hormonem, a nawet w galopującym psim sercu. U wszystkich bieg krwi pozostawał silnie zmącony, jakby ktoś postawił na środku patyk i chciał odwrócić jej nurt, który w spoczynku u każdego z nas taki sam. Tego popołudnia czarny pies trafił na stałe do domu, tego domu najbliżej lasu. Kto koło płotu wieczorem przechodził, widział za pańskim płotem jedynie oczy błyszczące w ciemności. Sam pies już miejsca nie zmienił. Pilnować miał tego gruby jutowy powróz. Wszyscy zaczęli się schodzić, żeby zobaczyć czarnego psa. Na dzień przed wigilijną wieczerzą, dzieci z okolicy budowały metr od niego bałwana. Kilka z nich rzucało mu śnieżki, a ten każdą jedną dawał radę złapać do pyska. Uciechy było z tym co niemiara. Co jakiś czas najstarsze z nich ciągnęło inne za kurtkę, a żeby te za blisko psa nie podchodziło. To młodsze raz po raz jednak próbowało, bo myślało, że gdyby tylko udało się odwiązać ten sznur, to pies mógłby z nimi pobiegać. Może nawet skoczyłby na bałwana, tego i kolejnego, którego znowu dla niego zbudują. Śnieg sięgał wtedy większym dzieciakom do kolan, a mniejszym ponad pas. Dzieci miały wtedy z czego budować. Dzień przed wigilijną wieczerzą wszystkie, i starsze i młodsze, zaczęły robić między sobą zakłady, które z nich jako pierwsze odwiąże psa. W błękitnej koszuli nocnej wybiegła z domu przed świtem. Hugo!, wołała przeciągle. Ostatnia litera imienia wydała się przeczesywać kolejno domy i wracać do niej. Trzyletni chłopiec zniknął, głucho się zrobiło od panującej ciszy, nawet w zaroślach nic nie szumiało. W żadnym domu nie zaświeciło się wtedy światło, jakby świat odmówił matce sygnału, że jej syn wciąż jest blisko. Ze strony lasu wiał mroźny wiatr, który chłostał kobietę po spoconym ciele. Po kilku minutach, gdy przyszły dreszcze, a wiatr podwijał koszulę, by wpuścić mróz do przestraszonego wnętrza, przy płocie poruszył się długi sznur. Mimo, że gruby i ciężki, wiatr robił z nim, co tylko chciał. Im mocniejszy wiał wiatr, tym bardziej sznur hałasował. Tłukł się o płot raz po raz. Jakby szczekał. Minęła doba, odkąd zniknął czarny pies i trzyletni chłopiec. A to był początek wszystkiego złego, co miało dopiero nastąpić. Do poszukiwań włączyli się wszyscy mężczyźni wokół, starzy i młodzi. Każdy z nich przysiągł ojcu chłopca zrobić wszystko, by malca odnaleźć. Wstrząśnięci tym, co się stało, radzili sobie na wyćwiczone w dorosłym życiu sposoby. Ten i ów trzymał za pazuchą litrową butelkę wódki, na wypadek gdyby poszukiwania miały się wydłużyć. Z własną rodziną się nie żegnali, przecież do świątecznego stołu już niedługo powrócą. Niektórzy byli widziani tamtego dnia w lesie po raz ostatni. Las i mróz jakby do spóły dokonały zupełnie niespodziewanej czystki. Zrobiły to po cichu dając niektórym z nas spokojny i niczym niezmącony sen w zaspach i przykrytych śniegiem zaroślach. Śnieg, który spadał z drzew wielkimi płatami, okrył ciała wybranych krystalicznie czystą pierzyną. Na kilku sinych policzkach płatki śniegu wyglądały tak, jakby miały już nigdy nie stopnieć. Nie ruszało ich nawet pierwsze poranne słońce. Dwie noce wcześniej po raz pierwszy było słychać szczekanie psa. Ujadał przy płocie tak, że wybudzał tym w domach dzieci, a one w przestrachu wołały do siebie matki. Te, które nie usłyszały ich płaczu, przesuwały się ostatecznie w łóżku i zagarniały dzieci ręką pod kołdrę. Inne odsyłały te starsze do łóżka, a młodsze odprowadzały do swojego pokoju za rękę. Kobietę w błękitnej koszuli pies wybudził ze snu kilka razy, ale jako, że nikt jej w domu nie wołał, od razu odpływała w kolejne dziwaczne tej nocy sny. Pierwszy był w całości o jedzeniu. Jak co dzień przygotowała zupę, ale gdy ostatni raz miała w niej chochlą zamieszać, z bulgoczącego gara zaczęły wystawać dwie czarne psie łapy. Za drugim razem śniły się dzieci. Bawiły się przed domem, w którym okna były zamknięte. Gdy kobieta zerknęła przez okno w przedsionku, wszystkie dzieci zaczęły do niej machać. Gdy wyszła, ich krzyk zamienił się w głośne szczekanie. Gardłowe, a potem piskliwe. Szczekanie błagające o wolność. Rano przyszli zapytać o psa. Tata już przy bramie powiedział im, że czarnego psa nie ma. Trochę przy tym przeklinał. Mama głaskała nas po policzkach, a do ojca mówiła ciągle to samo: on za rasowy był na to, by z nami zostać. Ludzi z innych domów wkurzało szczekanie psa w nocy, podobno odbierało im sen. A teraz przyszli, bo chcieli się dowiedzieć, co się psu stało, co go tak w nocy niepokoiło. Dziadek powiedział po cichu tacie: może on nienauczony na sznur. Babcia szturchnęła go, ale dodała poważnie: on tęsknił za lasem. Nie bardzo wiedziałem, o co im chodzi. Ja i inne dzieci wiedzieliśmy wtedy tylko tyle, że psa już nie ma. Myślałem, że zostanie na dłużej, żeby się z nami bawić się w śniegu. Hugo miał pewnie nadzieję, że kiedyś czarny pies pociągnie nas wszystkich na sankach. Dziesięciu naraz. Powiedziałem mu, że jest mały i głupi, a on się popłakał. Nie płakał jakoś długo, bo potem pies nas rozśmieszył. Tak wesoło biegał koło bałwana, a na końcu to wpadł w niego przednimi łapami i razem z nim się przewrócił. Chcieliśmy tak bawić się z czarnym psem przez całe święta. Tylko dlatego kazałem młodszemu bratu odwiązać sznur. Chciałem, żeby dłużej było wesoło. Nie wiedziałem, że pies znajdzie w płocie dziurę i od nas ucieknie. Jakbym wiedział, że Hugo pójdzie w nocy za czarnym psem i już do nas nie wróci, to bym go nie namawiał. Nigdy nie dałbym mu odwiązać czarnego psa. Katarzyna Woydyło (1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim i Kursu Pisania Powieści KMLU. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim", "Epei", "Twórczości" i "Zakładzie". Mieszka w Zabrzu.
- Aglaja Janczak – trzy zwierzęce
Alka niosę przed sobą alkę którą podała mi siostra wyciągając się w ryzykownym przechyle pod stary most w porcie rybackim to pisklę, czuję jego puch pod karłowatymi skrzydełkami nielota jedyne o czym myślę to puch i że nie chcę nieść nic innego po obudzeniu czytam wszystko o alkach ostatnią parę zabito na Islandii w dziewiętnastym wieku ich narządy przechowują w formalinie chcą wskrzesić genom z pomocą sztucznej inteligencji no właśnie sztucznej tylko co na to alka olbrzymia ta z mitu wielka jak słońce która porywa nosorożce i słonie i ciska z impetem o ziemię wszystko o czym myślę to puch i że nigdy nie chcę już opuścić tej postaci (***pragnę być zwierzątkiem…) pragnę być zwierzątkiem które chciałbyś dotknąć pochwycić i trzymać nieskończenie długo a potem wypuścić aż umknie oburzone i wróci żeby sprawdzić czy chcesz więcej jeszcze poprzesuwasz mi cętki, migoczące pióra prążki pozamieniasz z kropkowaną smugą tak powydotykasz że nie będzie miejsca w którym nie stanęły linie papilarne wszystkie te wymysły wzięły się ze śnienia w którym tak dziwiłeś się mojemu ciału że straciłam pewność czym naprawdę jestem brałeś w palce w oczy jakby niewidomy szaleństwo dotyku żeby namacalność stwierdzała istnienie wbrew osamotnieniu a zwierzęcość była tym czym bywa zawsze - instynktownym łączem dziką obietnicą Wrony z porannego biegu przynosisz mi przejęty historię dwóch nieżywych leżących niedaleko siebie wron zrobiłeś zdjęcia wyglądają na stare mówię żeby nie było ci przykro i mnie samej mniej smutno bo widzę – jedna umarła a drugiej coś pękło z rozpaczy muszę włożyć to do wiersza mimo że zaraz odezwie się profesor który powie że zwierzęta nie umierają znajdzie się też mówiący po co te cierpiętnicze wynurzenia oceni czyjąś wrażliwość zdiagnozuje banalne błahe sprawy przybliżam zdjęcie do granic piksela jedna wrona bardzo jest do nas podobna fot. Krzysztof A. Janczak Aglaja Janczak (pseud.) – poetka, księgarka, autorka tomu poetyckiego Cechy wspólne . Publikowała m. in. w „Przekroju”, „Piśmie” i w „Wysokich Obcasach” (2024). Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich – ostatnio 55. OKP im. Jana Śpiewaka i A. Kamieńskiej (2024) i zdobywczyni nagrody głównej w XXXV OKP „O liść konwalii” im. Zbigniewa Herberta. Jest autorką tekstów piosenek do spektakli teatralnych dla dzieci. Mieszka w Warszawie.
- Adrian Krysiak – Cezar, czyli najlepsze opowiadanie Airy
Jechałem autobusem, siedząc przy oknie i spoglądając na ulicę. Na autobus mówię „el colectivo”, co jednoznacznie wskazuje, że znajdujemy się w Argentynie. Używam słowa „spoglądać”, co z kolei sugeruje językowy snobizm, wrodzony bądź nabyty, raczej polski niż argentyński. Nagle posłyszeliśmy szczekanie psa. Poszukałem go wzrokiem, bo słuch mnie zawodzi. Pozostali pasażerowie, jak i ja przygłusi, uczynili to samo (bądź po prostu ryk silnika zagłuszał). Autobus, mój „el colectivo”, nie był bardzo zatłoczony, to jest wszystkie miejsca siedzące były zajęte (!), jak również kilka stojących. To ci ostatni (?) mieli największe szanse na ujrzenie go, ponieważ znajdowali się wyżej i mogli rozglądać się na boki. Nawet gdy siedzi się tam, gdzie ja, autobus, mój argentyński „el colectivo”, daje nam podwyższoną perspektywę, tak zwaną „kawaleryjską” — „la perspective cavaliére”, jak mówią producenci win ze szczepu pinot noir z Burgundii — z której nasi przodkowie spoglądali na ziemię swych przodków, którzy z kolei na ziemię swoich i tak ad infinitum. Dlatego właśnie wolę el colectivo od samochodu, w którym człowiek zawsze jest przyklejony do podłoża. Tak rozpoczyna się moja wersja opowiadania „Pies” („El perro”) Césara Airy. Jest to tłumaczenie wybitnie nieporadne, miejscami dosłowne a jednocześnie, ze względu na wcale liczne nieodautorskie dopowiedzenia czy dopiski, mało wierne, na domiar złego pretensjonalne i grubiańskie, jednym słowem — fatalne. Mimo iż jest to tłumaczenie wybitnie nieporadne, miejscami dosłowne a jednocześnie, ze względu na wcale liczne nieodautorskie dopowiedzenia czy dopiski, mało wierne, na domiar złego pretensjonalne i grubiańskie, jednym słowem — fatalne, to jednak takie właśnie miało być. Dlaczego miałbym przekładać Airę w sposób grubiański i mało wierny, w gruncie rzeczy fatalny, do tego celowo? Dlaczego wreszcie miałbym się do tego otwarcie przyznawać, skoro zdaję sobie sprawę, że moje wyznanie może zostać potraktowane jako dowód w sprawie? Powodem są, jak zwykle w takich sytuacjach, pieniądze. Intratne propozycje wymagają absolutnego oddania, za absolutnym oddaniem nieodmiennie winny zaś iść wielkie pieniądze, których wszakże nigdy nie udało mi się zarobić, pomimo całkowitego zaangażowania i utraty rozumu. Gdy jednak konsekwencją skoku w pustkę jest milczenie po drugiej stronie (naprawdę, nie wymagajcie ode mnie szczegółów), człowiek nie ma nic do stracenia i gotów jest przyznać się do każdej literackiej perwersji. Ja na przykład — celowo i z rozmysłem — źle przekładałem opowiadania Airy. Nie robiłem tego z nudy czy nawet braku talentu, tym, co mnie motywowało, była perspektywa nie wiecznej chwały, lecz mamony. Historia to długa i dość zawiła, mimo to postaram się ją jak najlepiej streścić. Rzecz dzieje się, a jakże, w Buenos Aires. Narrator opowiadania naprawdę jedzie autobusem, pies naprawdę zaczyna szczekać, pasażerowie rzeczywiście się rozglądają. Pomimo raczej zaawansowanego wieku pies nie ustaje w wysiłkach, biegnie za autobusem, a prawdopodobnie za bardzo konkretną osobą, z którą, jak można się domyślić, pragnie się skonfrontować, by wyrównać rachunki bądź pociągnąć kogoś do odpowiedzialności za dawne krzywdy. Narrator stara się wtopić w tłum i odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia, postępuje więc tak, jak wszyscy współpasażerowie, powtarzając ich gesty zadziwienia. W pewnym momencie wszakże, zdumiony nieustępliwością prześladowcy, zdaje sobie sprawę, iż to on jest tym, który skrzywdził zwierzę w przeszłości, i to jego ma dosięgnąć sprawiedliwość; niestety, o skali jego przewiny nigdy się nie dowiemy. Mężczyzna, bo to musi być mężczyzna, liczy nawet na tragiczną śmierć psa pod kołami przypadkowego samochodu, jednak płonne są jego nadzieje. Ostatecznie zwierzę wchodzi do pojazdu, okazuje się, że jego wygląd się zmienił, jak gdyby narrator, wcześniej, z okna, widział go przez własne wspomnienie lub wyobrażenie o krzywdzie, jaką mu wyrządził, teraz zaś, w autobusie, wspomnianym „el colectivo”, widzi go młodym i pełnym energii, bo to z niego życie odpływało przez lata, a nie z jego zwierzęcego prześladowcy, który tymczasem zatapia swe białe zęby w ciele mężczyzny, a jego błyszczące oczy ani na chwilę nie przestają wpatrywać się w oczy narratora. Tyle oryginalnego Airy, reszta jest zniesławieniem. Motyw spojrzenia, o długiej i bogatej zresztą tradycji literackiej, wydaje się tutaj kwestią kluczową. Zasadniczo wyróżnić możemy trzy główne typy spojrzeń, to jest wpatrywanie się, zerknięcie oraz unikanie kontaktu wzrokowego; do tego liczne podtypy, w tym na przykład mrugnięcie jednym okiem, mrugnięcie oboma, zatrzepotanie rzęsami, tak zwane „dzikie oczy” surrealistów, mrużenie, leniwe oko, rozbiegany wzrok, uniesienie jednej brwi, uniesienie obu, wytrzeszcz, łza, płacz. (Do tej pory, pomimo zaawansowanych badań historycznoliterackich, nie udało się stworzyć pełnej klasyfikacji, czyli takiej, która byłaby jednocześnie zupełna, rozłączna i niepusta; na przykład „dzikie oczy” surrealistów często współwystępują z uniesieniem obu brwi i wytrzeszczem, nigdy jednak z mrużeniem czy płaczem). Pozostając na najbardziej ogólnym poziomie, to jest ograniczając się do wyżej wymienionych trzech głównych typów spojrzeń, możemy stwierdzić, iż literacki przykład pierwszego, najbardziej intymnego, symbolizującego rewerencję i zrozumienie, stanowią młodociani kochankowie z Werony, jak również Santiago i marlin oraz Augusto Pérez i Orfeusz, drugiego, oddającego zainteresowanie, prowadzącego do romansu bądź śmierci — Emma Bovary i Rudolf oraz Anna Karenina i Wroński, trzeciego zaś, wyrażającego poczucie winy i brak skruchy — Camusowski Meursault oraz Raskolnikow. Warto odnotować, że u Airy mamy do czynienia z całą sekwencją zdarzeń, a wraz ze zmianą spojrzenia zmienia się perspektywa. Z początku narrator z ciekawością zerka na biegnącego za autobusem psa, potem stara się go ignorować, by następnie śledzić każdy jego ruch, licząc na pomyślny obrót spraw, wreszcie — wpatruje się głęboko w ślepia zwierzęcia, godząc się ze swym losem. Nie mamy tu miejsca, by poddać analizie siłę wzroku pani Chauchat, Heathcliffa, kapitana Ahaba oraz Pamiętliwego Funesa, jesteśmy jednak przekonani, że nie będzie ani grama przesady w stwierdzeniu, iż narrator „Psa” jest po części przynajmniej każdą z tych postaci. Tak czy inaczej, jest to opowieść o domniemanej winie, której nie sposób odkupić, a która drąży człowieka przez lata, trochę w stylu „Ukrytych” Hanekego oraz „Śmierci i dziewczyny” Polańskiego, żeby wymienić najoczywistsze porównania. Całość można też rzecz jasna odczytywać z perspektywy zmian obyczajowych, to jest postrzegania praw zwierząt, lecz to podejście wydaje się na tyle oczywiste i banalne, że najlepiej je tutaj pominąć. Bądź co bądź, siła opowiadania tkwi z jednej strony w dusznej atmosferze „Ptaków” Hitchcocka, z drugiej — w rozlicznych dygresjach narratora, mierzącego się z wątpliwościami i wyrzutami sumienia, które w ostatnim porywie instynktu przetrwania stara się zanegować racjonalizacjami czy wyimaginowanymi sposobami uniknięcia kary, przewidując możliwy a korzystny dla niego obrót spraw. Nawet przyparty do muru, a raczej zwłaszcza przyparty do muru, człowiek nadal się łudzi, że wszystko potoczy się tak, jak w jego mniemaniu powinno, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nikt nie okryje naszego oszustwa czy innej niegodziwości, bezeceństwo ujdzie nam płazem, kat poślizgnie się w ostatnim momencie na skórce od banana i rozwali sobie łeb, a nas uniewinnią, doszukując się w tym boskiej slapstickowej interwencji, albo przynajmniej uda nam się skorzystać z zamieszania i opuścić niezauważenie miejsce kaźni, a potem wszyscy zapomną, zapomną o nas i o naszej zbrodni na honorze, estetyce, moralności czy czym bądź. To się najczęściej nie dzieje, wina nie ma tu zresztą nic do rzeczy, jej słodka świadomość może co najwyżej dać nam pewną satysfakcję — o ile gotowi będziemy sami przed sobą się do tego przyznać — że przynajmniej zrobiliśmy to, o co nas oskarżono i za co musimy ponieść konsekwencje, innymi słowy, że zasłużyliśmy sobie na ten los, co jest perwersyjne i może mieć swój urok. Brak prawdziwej winy oznacza zaś wyłącznie rozczarowanie. Wróćmy jednak do moich motywacji i mojego poczucia winy. Otóż postanowiłem sprzeniewierzyć się wszystkiemu, w co głęboko wierzyłem i pozwoliłem zszargać swoje dobre imię z powodu intratnej propozycji. To oczywiście nieprawda. Cała sprawa od samego początku wydawała się podejrzana, domniemany rumuński pisarz najprawdopodobniej w ogóle nie istniał, a nawet jeśli istniał, to nie pochodził z Rumunii, nie był więc rumuńskim literatem, lecz co najwyżej polskim (bądź ewentualnie hiszpańskim), po co w przeciwnym wypadku tak bardzo miałoby mu zależeć na złym przekładzie Airy akurat na polski, w końcu nie obiło mi się o uszy, by inne obcojęzyczne wydania były aż tak fatalne? Nie przejmowałem się też własną reputacją, ponieważ żadnej już nie posiadałem, zgubiła mnie moja człowiecza pycha i ambicja, byłem bowiem przekonany (i nadal jestem!), że nie ma osoby bardziej odpowiedniej ode mnie do tego zlecenia, tylko ja byłem w stanie doprowadzić tekst do wersji absolutnie nieakceptowalnej. No dobrze, po kolei. Musimy się cofnąć o kilkanaście miesięcy, zdobyć na kilka osobistych a osobliwych wyznań, pamiętając przy tym, by nie zdradzić największego sekretu i nie przyznać się do największej przewiny, najlepiej w ogóle o niczym nie wspominać. Mianowicie, mało kto zauważył, właściwie to nikt nie spostrzegł, ale w ubiegłym roku przechodziłem przez trudny okres blokady twórczej, wywołany już to zniecierpliwieniem, już znużeniem. W konsekwencji przez dziewięć miesięcy nie napisałem ani jednego słowa, więc — sfrustrowany własną inercją, ale też po to, by nie wyjść z pisarskiej wprawy — postanowiłem powrócić do dawnego zainteresowania, niezobowiązującego hobby, które w odległej przeszłości pochłaniało niezliczone godziny, lecz nie przynosiło spodziewanego zysku, czyli do tłumaczenia. Podszedłem do sprawy bardzo ambitnie, więc na liście nowo przełożonych autorów znalazły się takie tuzy, jak Juan Benet, Sergio Pitol, Julio Ramón Ribeyro i Augusto Monterroso. Chcąc nie chcąc, przez kolejne trzy miesiące nie napisałem ani jednego własnego słowa, jedynie cytując klasyków i skrycie wierząc, że oni, hiszpańskojęzyczni mistrzowie, zrobili lepiej to, czego ja nie potrafiłem (pisali), a moim zadaniem epigona było co najwyżej oddanie tych samych myśli innymi słowami. Niestety, biorąc pod uwagę moje żywiołowe usposobienie i wredny charakter, szybko znudziło mnie bezrefleksyjne przepisywanie i odtwórcza natura całego procesu, tak że zapragnąłem czegoś więcej — aktu kreacji. Wtedy też w moim umyśle narodził się iście diaboliczny pomysł, satysfakcjonujący i angażujący wyobraźnię, makiaweliczny, owszem, lecz nade wszystko karmiący moje niegdyś rozbuchane ego, w tamtej chwili pozostające w stanie uśpienia na kozetce u psychoterapeuty, z rozpoznaniem depresji wielkiej. Postanowiłem nie tyle nawet poprawiać, co zmieniać tłumaczone teksty. I tak Borgesowi przypisałem tandetną erotyczną scenę zapożyczoną od Murakamiego, Bolaño zmieniłem imię z „Roberto” na „Arturo”, Monterroso w moim przekładzie nie pisał o muchach, lecz o kolibrach, Ribeyro stał się wielkim przeciwnikiem tytoniu, a Vargas Llosa wpływowym politykiem. Wprowadzone zmiany były jednak w gruncie rzeczy niewielkie, najwyżej kilka słów, jakieś niewinne żarty, tak więc nie uważałem, bym kogokolwiek krzywdził, no może poza Borgesem, gdy teraz o tym myślę, to muszę przyznać, że porównanie z Murakamim było niską i raczej obrzydliwą zagrywką, na pewno jakąś formą dyshonoru, za którą prędzej czy później przyjdzie mi pewnie odpokutować. Miesiące mijały, a moje drobne ingerencje przeszły nieodnotowane, co najprawdopodobniej świadczy o tym, że nikt tych tekstów nie czytał. Gdy poczułem się zupełnie bezkarny, popełniłem wszak błąd, o którym nie mogę i nie chcę pisać wprost, ponieważ wydaje mi się, że nie jestem gotowy na peruwiańskie więzienie. Co jednak ciekawe, i tu przechodzimy do sedna sprawy, błąd zbiegł się w czasie ze wspomnianą intratną propozycją, choć do dzisiaj nie wiem, czy miał z nią cokolwiek wspólnego. Dość powiedzieć, że otrzymałem e-mail od kogoś, kto przedstawił się jako „koordynator akcji zdyskredytowania Cezara [sic!] Airy”. Mężczyzna, bo to musiał być mężczyzna, wyjaśniał, że „pracuje dla pewnego rumuńskiego pisarza, wieloletniego kandydata do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury”. Pisarz ów, zdając sobie sprawę, że César Aira jest nielichym kontrkandydatem, postanowił go zdeprecjonować przy pomocy tłumaczy Argentyńczyka na języki obce, chociaż wcześniej liczył nawet na „tragiczną śmierć Cezara pod kołami przypadkowego samochodu”, jednak jego nadzieje okazały się płonne. Czy domniemany rumuński pisarz, zakładając, że kiedykolwiek istniał, w co coraz bardziej powątpiewam, zaplanował akcję na większą skalę, a jego ofiarami stali się też inni literaci — nie mam pojęcia, choć jest to możliwe, biorąc pod uwagę siłę perswazji „koordynatora akcji zdyskredytowania Cezara Airy”, który już w początkowych, dość chaotycznych partiach tekstu zapewnił mnie, że przygląda się mojej pracy od miesięcy i wie, że tylko ja jestem w stanie podołać tak ambitnemu zadaniu. Jeśli chodziło mu o to, że tylko ja potrafię spieprzyć opowiadania Airy, to niestety miał rację, próżno i ze świecą szukać większego literackiego szkodnika niż ja. Jeśli dodamy do tego zapewnienia o perspektywie wcale dobrego zarobku, nie powinno nikogo dziwić, że podjąłem się wyzwania, wykazując nawet jakieś oznaki entuzjazmu. Wersję oryginalną już znacie. W mojej, tworzonej przez wiele miesięcy, opublikowanej w jakimś mało znaczącym internetowym piśmie literackim, scena zatopienia białych kłów w ciele mężczyzny, z obowiązkowym utrzymaniem kontaktu wzrokowego, sugerującego większą zażyłość i wspólną historię postaci, stanowi dopiero początek, bo oto narrator, umierając w wyniku zakażenia, staje się duchem, błąkającym się po świecie żywych — gdzie spotyka między innymi Orfeusza z „Mgły” Miguela de Unamuno oraz Bystronogiego z opowiadania Tołstoja, choć nic z tego nie wynika — a potem jest sądzony przez chór martwych zwierząt, co wydało mi się najgłupszym z możliwych pomysłów. Okazuje się, że ma na imię Cezar, jest argentyńskim pisarzem i wieloletnim kandydatem do literackiej Nagrody Nobla, erudytą, tłumaczem z angielskiego, francuskiego, portugalskiego, włoskiego i niemieckiego, regularnie korzystającym z transportu publicznego w Buenos Aires. Oskarżycielem w jego sprawie jest Brutus, rezolutny yorkshire terrier, urocze stworzenie, w młodości skrzywdzone przez Cezara, pozostające w komitywie z Kasjuszem, to jest psem z autobusu, którego zadaniem było zdyskredytowanie mężczyzny w oczach współpasażerów. W płomiennej mowie oskarżycielskiej psi prokurator powołuje się na Sebalda ideę literatury jako próby restytucji, przekonuje, że Cezara zgubiła jego człowiecza pycha i ambicja, oraz wielokrotnie cytuje monologi Elisabeth Costello, zwłaszcza te, w których nawiązuje ona do pewnego opowiadania Kafki. Jakby tego było mało, by dopełnić dzieła zniesławienia, wprowadziłem na scenę postać Marka Antoniusza, obrońcy z urzędu, nieważne już jakiej rasy (mops, to był mops), rozpoczynającego mowę od słów: „Przyjaciele, wszarze, psibracia, nadstawcie uszu. Przychodzę pogrzebać Cezara, nie chwalić go. Zło, którego człowiek jest przyczyną, trwa i po jego śmierci, dobro, którego dokonał, umiera wraz nim. Niech i tak będzie z Cezarem. Szanowny Brutus powiedział wam, że Cezar był ambitny. Jeśli miał rację, straszna to przewina, i w straszny sposób przyszło Cezarowi za nią odpowiedzieć”. Potem, w pełnym pozazdroszczenia godnej żarliwości przemówieniu przekonuje zebranych, że Brutus to co prawda szlachetny czworonóg, wierny i czujny, towarzyski, lecz ostrożny, uroczy, ale nie gnuśny, jednakże nie należy rozkopywać świeżych grobów, bo — wbrew obiegowej a wpływowej opinii T.S. Eliota — pies w ogóle nie kocha człowieka, a kwiecień wcale nie jest najokrutniejszym miesiącem. Tak — bezpardonową polemiką z Eliotem — kończy się moja wersja „Psa”. (Swoją drogą, udało mi się ustalić ponad wszelką wątpliwość, że wspomnianym rumuńskim pisarzem, o ile mówimy o realnie istniejącym rumuńskim literacie, na pewno nie był Mircea Cărtărescu. Mam swoje podejrzenia, na liście znajdują się dwa rumuńskie, jedno hiszpańskie, trzy włoskie oraz jedno polskie nazwisko, ale nie mam wystarczających dowodów, by się nimi podzielić. Mogę za to zdradzić, że głównym podejrzanym jest niejaki Enrique Vila-Matas z Barcelony, od dawna marzący o międzynarodowej sławie, jaka stała się udziałem Airy. Wedle moich informacji señor Vila-Matas wielokrotnie kontaktował się z osobnikami o dobrym piórze i podejrzanych intencjach, takich jak Eduardo Lago, Jordi Soler, Antonio Soler, Antonio Garriga Vela i Emiliano Monge, by wymienić tylko kilku. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta międzynarodowa szajka, obecnie siejąca ferment głównie w Hiszpanii i Irlandii, postanowiła wyjść ze swą wywrotową działalnością poza granice kontynentu i zdobyć władzę nad światem, a przynajmniej rynkiem literackim. Ewentualnie sprawcą całego zamieszania może być też pewien poznański hochsztapler, ale nie sądzę, by akurat on gotów był wydać fortunę, by zdyskredytować poważanego Argentyńczyka. Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy). Wiele razy wyobrażałem sobie zakończenie tej historii. Jadę autobusem, siedzę przy oknie i spoglądam na ulicę. Na autobus mówię „el colectivo”, co jednoznacznie wskazuje, że znajduję się w Argentynie. Używam słowa „spoglądać”, co z kolei sugeruje językowy snobizm, wrodzony bądź nabyty, raczej polski niż argentyński. Nagle słyszę krzyki z zewnątrz, których nie jest w stanie zagłuszyć nawet ryk silnika. Wszyscy pasażerowie, a ja wraz z nimi, szukają wzrokiem źródła hałasu. To César Aira biegnie za autobusem i wygraża komuś pięścią. To mnie wygraża. Tracę więc grunt pod nogami i nawet perspektywa kawaleryjska nie pomaga. Bardzo chciałbym znaleźć się w samochodzie, przyklejony do podłoża, i niepostrzeżenie opuścić to miejsce. On tymczasem wpada do autobusu, przedziera się w moją stronę, odruchowo zasłaniam twarz rękoma, ale cios nie spada. Zamiast tego, bez zbędnych wstępów, od razu przechodząc do rzeczy, Aira składa mi propozycję nie do odrzucenia. Mówi, że chciałby zdezawuować twórczość pewnego Rumuńskiego pisarza, przebywającego aktualnie na rezydencji literackiej w Barcelonie. Na gratyfikację finansową liczyć nie mogę, ale proponuje wyłączność na tłumaczenie w języku polskim oraz dedykację w jednej z pięćdziesięciu książek, które ma zamiar wydać w nadchodzącym roku. Nie mając właściwie wyboru, bardziej z poczucia winy niż prawdziwego zapału, niechętnie, bo niechętnie, ale przystaję na jego ofertę i znakomicie wywiązuję się z powierzonego mi zadania, mając na koncie lub na sumieniu już dwóch byłych kandydatów do najbardziej prestiżowej nagrody literackiej. To się oczywiście nie wydarzyło, choć mogłoby się wydarzyć, gdybym tylko wybrał się do Buenos Aires, wsiadł do odpowiedniego autobusu i wystarczająco długo nim podróżował; w międzyczasie jakaś małpa — może Czerwony Piotruś z opowiadania Kafki, o którym rozprawiała ze swadą Elisabeth Costello — uderzając losowo w klawisze mojego laptopa, napisałaby słowo w słowo całego Szekspirowskiego „Juliusza Cezara” oraz zabrałaby się za sam początek „Burzy”. W tej chwili nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na wiadomość od Argentyńczyka, w końcu ktoś musi napisać te pięćdziesiąt książek, a jemu samemu się nie uda, zwłaszcza jeśli będzie tracił tyle czasu na podróże komunikacją miejską. Czekam już od dawna, szczerze mówiąc, zacząłem powoli tracić nadzieję, ale nie wolno mi się poddawać, muszę być gotowy, by rzucić wszystko i pomóc pisarzowi, którego dobre imię zszargałem. Wiem, że czeka mnie wyzwanie, któremu jednak tylko ja jestem w stanie podołać. Wiem też, że gdy ten dzień wreszcie nadejdzie, bo nadejść musi, to zasiądę do laptopa, tym razem jak najbardziej pełen zapału, i zacznę losowo uderzać w klawisze, aż sprokuruję wersję, która usatysfakcjonuje nas obu. Podsumowując wszystko, co napisałem powyżej, po wielomiesięcznej krucjacie nienawiści mój bilans zysków i strat przedstawia się dziś następująco: nie otrzymałem żadnego wynagrodzenia za udaną dewaluację twórczości Césara Airy, któremu nigdy już nie przyznają Narody Nobla w dziedzinie literatury, nie udowodniłem, że za wszystkim stał pisarz z Barcelony, ba, nawet nie odkryłem tożsamości zleceniodawcy, Aira jeszcze się nie odezwał w sprawie książki; zacząłem za to otrzymywać listy z pogróżkami od tajnego stowarzyszenia oddającego się kultowi twórczości Borgesa, które zarzuca mi zszarganie dobrego imienia ich mistrza (wiedziałem, że tamto zestawienie z Murakamim nie wyjdzie mi na dobre), przeżyłem dwa ataki bojówek kolumbijskich narcos na swoje mieszkanie (co akurat może mieć związek z zupełnie inną kwestią, o której opowiem może innym razem), a do tego wszyscy wydawcy w kraju zaczęli mi odmawiać publikacji. Czy to sprawa obrzydzenia do moich praktyk, czy zwyczajne myślenie zdroworozsądkowe i chęć przeżycia (nie kartelu bym się w tym wypadku obawiał, lecz miłośników Borgesa) — nie mnie osądzać. Tak czy inaczej, i jest to jedyny powód do zadowolenia w całym tym galimatiasie pustego wzroku i rzucanych przez ramię nienawistnych spojrzeń w nieodłącznym towarzystwie wzbierających łez, sam César Aira w jednym z wywiadów powiedział, że przeczytał polskojęzyczną wersję „Psa”. Bardzo mu się podobała i sam był zdumiony, że wpadł na tak śmiały pomysł. Największe wrażenie zrobiła na nim kończąca całość polemika z Eliotem. Stwierdził nawet, że to najlepsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisał. Poznań, 23 grudnia 2024 Adrian Krysiak (ur. 1987) – mieszka w Poznaniu. Z wykształcenia lingwista, z zawodu lektor języków obcych, tłumacz, korektor i redaktor. Zainteresowania: hiszpańsko- i francuskojęzyczna literatura awangardowa i eksperymentalna, metafikcja, sztuka XX-wieczna, teatr absurdu, jazz, flamenco, fado, filmy Bergmana, Tarra, Miguela Gomesa. Publikował w „Helikopterze”, „Fabulariach”, „Stronie Czynnej”, „Drobiazgach”, „Tlenie Literackim”, „Wizjach”, „Trytytce”, „Gazeta Musi się Ukazać” i „Obszarach Przepisanych”. Raczej mizantrop, więc ogólnie milszy mu pantofelek.
- Elżbieta Lipińska – cztery wiersze
Noc kota Ciepło i ciemno zahaczone niepewnie na jednym rogu żółtego rogalika. Tylko on wydaje się solidny, ciepło i ciemno mogą zniknąć w każdej chwili. Widać to w oczach kota, kiedy odrywa wzrok od ulicy. W tamtym miejscu wszystko jest blade, niewyraźne i zgubiłam czerwoną walizkę. Kot ma niebieskie telewizyjne oczy. Od samego koloru robi się zimno. Na szczycie dachu wieje i spadam. Kot spokojnie zwija się w kłębek. Jego to nie dotyczy. Powrót kota Kot o niebieskich telewizyjnych oczach zniknął. Jego miejsce zajął odbiornik na całą ścianę, który odbijał tylko sam siebie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę z nieobowiązkową krótką przerwą nocną. Noc kota przeszła w noc telewizji. Nikt nie narzekał. Niebieska poświata nie znikła, przeciwnie - wzmogła się. Mocne wrażenia rulez, kot na dach! Z czasem w okna zaświecił konkurencyjny błękit. Pulsujące niebieskie światło pojawiało się nieregularnie, ale byliśmy pewni, że wróci i znów będzie walczyć z telewizorem. Światło na ulicy pojawiało się coraz częściej, telewizor świecił najpierw krócej, potem rzadziej, aż zgasł. Wtedy niebieski puls też przestał się pojawiać. Kot wrócił do pokoju. Perro semihundido zniknęła za tym burożółtym wzgórzem czekam zanikam powoli jak kot z Cheshire w końcu zostaną tylko oczy tęsknota Kos Spróbuj latać z połamanymi skrzydłami. Na razie pół księżyca wpada przez okno, jest jasno jak w dzień. To dlatego oszukany ptak śpiewa. W trelach słyszysz jego małe życie. Czekasz na moment, kiedy skrzydła się zrosną, choćby krzywo, czekasz na wschód, Żeby znów poczuć się wolnym i odlecieć. Śpiew, jak gitara Orfeusza, obudził słońce. Wyśpiewałeś nowy dzień. Elżbieta Lipińska – poetka, prawnik. Wydała sześć książek poetyckich: Pożegnanie z czerwienią, Maj to łagodny miesiąc, Rejestry, Na końcu języka, Kamienie, O obrotach. Stypendystka Fundacji Wisławy Szymborskiej oraz programu Goście Radziwiłłów. Współpracuje z Laboratorium Empatii na Facebooku, w ramach działalności którego przygotowuje teksty. Mieszka we Wrocławiu.
- Mariusz Sambor – cztery wiersze
A tu ulicą Długą nocą z Bazy z odgłosem podków / kopyt raczej jednak podków za plecami / myślę słysząc z daleka jesteś z tych którym wydaje się że nie potrzebują Kinkaku-ji stojąc przy rozwidleniu bar Rozdroże? restauracja Wątpliwości śmieszkuję to nie Złota Pagoda odkryjemy drogę prowadzącą w kierunku życia zachwyca się Tim McCoy z Narodowego Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie piękna kobieta komentuje Rysiu w Bazie kiedy pokazuję twoje zdjęcie nie dla ciebie smyku nie dla ciebie nawet jeśli nasze DNA odkryto w gruzie z asteroidy odpowiadam a na długiej ulicy Łokietka stukaniem podków dogania mnie dorożka to niby tylko zwykła dorożka z rynku był to raczej niski władca nocą zjeżdża po przewiezieniu trzystu pięćdziesięciu sześciu zagranicznych turystów a tu Tesla przejeżdża niemal bezszelestnie / na świecie sprzedaż im spada pusty plecak niosę piesek jakiś szczeka basowo hu ha hu ha zacieram ręce mocno znowu mróz wrócił parskają mi już za plecami no i kto konie kto szybciej? wołam biegnąc jak liczyć kraby? jak liczyć kraby? paczka / ledwie pół paczki paluszków krabowych / przecież nie mają w sobie ani grama ty dziś jednak jedziesz na Bülowstraße i chociaż ani krzty kraba w składzie / ani grama? na wystawę w Urban Nations / polecałem od dawna piszesz / dziękuję panie przewodniku jutro podobno deszcz ze śniegiem / dziesięć minut wstrząsnęło światem Assadów staraj się pamiętać o tych co nie mają głosu / ani grama oglądam serial o nas / o dziewczynie z Brixton o krabie z mintaja / morszczuka / makreli o dziewczynie z Berlina / o dziewczynie ze Szczecina o mężczyźnie o twarzy kraba sto chomików Jana Pawła II sto chomików uziemiło samolot Airbus A321neo na Azorach / nawet nie chcę / co dopiero o sobie / myśleć o nas / o innych ludziach / o chomikach jedynie o haluksie / nieodłączny towarzysz życia nie chce się ode mnie odczepić a tam sto chomików / podobno nawet ponad sto może to w zamian za twoje oddalenie / uporczywe boleści / w końcu już jesień / zgoda jednak odrobinę myślę dzisiaj / że i ja się kiedyś z pewnością w końcu położę wcześniej / zmęczony nie jak dziś o piątej rano / po nocnej robocie / ale tak na dobre nawet liście już opadły niemal wszystkie a ty piszesz nawet ładnie tam / już ciemno / sto trzydzieści dwa chomiki rozpierzchły się po wnętrzu maszyny port lotniczy im. Jana Pawła II / Ponta Delgada szacunek / dobre obyczaje / pierścień rybaka wszystko to mówi że i mnie ktoś pokocha / odwiedzi / fretki domowe ptaki / ładunek cargo do sklepu ze zwierzętami / dyscyplina nie opuściły klatek / zamówione przez sklep ze zwierzętami tylko te chomiki w Ponta Delgada Tora tora tora trzy zabite sarny na torach może dziki może dwie ranek zachwyca nie ma jeszcze upału wiatr piszę czcionką Times New Roman dwanaście punktów zachowując stosowne interlinie cała jaskrawość antyku zbladła i teraz wydaje się jakby doryckie kolumny zawsze bielały i jońskie a ja rano nie podchodzę bliżej ale przystaję może trzy dziki może dwie sarny sierść krew wrak trabanta z tabliczką DDR Blut und Ehre? pod domem sąsiad wygrzewa się w słonku / koszą trawy Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary (2021), powieści I wszyscy go opuścili… (Anagram 2021), zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach (2022), epistemologicznego komediodramatu Pani Kołodziej. Kawki i gołębie (2023). W marcu 2025 roku ukazała się jego książka poetycka Rzeka / Taniec (2025). Mieszka w Krakowie.
- Sonia Pohl – Kronika Końskiego Świata
Każdy koń posiada trzy imiona. Pierwsze to imię–zapach, które dostaje od matki. Nie ma drugiego identycznego zapachu, dlatego żadne imię się nie powtarza. Imię-zapach potrafi mieć wiele sylab, szczęśliwie żaden koń nie musi go wymawiać, jego zapach jest wystarczającą wizytówką dla innych kopytnych ssaków. Drugie imię nadaje koniowi człowiek. Legenda mówi, że tak zaczęło się końskie przymierze z ludźmi – od człowieka, który oswoił i nadał imię Najdzikszemu z Grzywiastych, a był to Mahomet, który na grzbiecie białego araba, Al–Buraq’a zwanego też Błyskawicą przedostał się nocą z Mekki do Jerozolimy, po czym razem udali się w podróż do siódmego nieba. Od tamtej pory konie i ludzie związani są świętym paktem. Mahomet obiecał Al–Buraqowi, że w zamian za przeprawienie go przez niebiosa, człowiek będzie strzegł wszystkich wierzchowców i weźmie je w opiekę na siedemset siedemdziesiąt siedem lat, żeby żaden wilk czy tygrys nie stanowił dla nich zagrożenia. Po tym czasie człowiek oddać miał koniom największą z równin, którą mogłyby przemierzać bez przeszkód. Niestety, wzmianki o tej obietnicy nie znajdziemy w żadnym ludzkim piśmie, a jedynie w Kronice Końskiego Świata, jedynej utrwalonej dotąd tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie w formie ustnej. W 1514 roku islamskim ewolucja wspomagana przez technologię pozwoliła koniom na wgląd we własną historię, nareszcie pojawiły się tłumaczenia, ale przede wszystkim możliwy stał się zapis skomplikowanego końskiego języka, uzupełnianego o mowę ciała, na przykład tak ważne przecież drgnięcia skóry grzbietu. Spisanie końskiej historii zajęło badaczom trzydzieści trzy lata, a wiele fragmentów wciąż brakuje. Wracając jednak do imion, trzeba powiedzieć, że najważniejsze jest trzecie imię konia, które każdy z nich trzyma w tajemnicy, bo to imię, które nadaje im wiatr, kiedy puszczone wolno galopują przez polany i równiny, nie patrząc za siebie. Końskie duchowieństwo, teraz zmarginalizowane, uważa, że nadanie koniu wietrznego imienia stanowi odpowiednik chrztu – elementu nadania boskiego wymiaru ludzkiej egzystencji, czego w roku 2143 kalendarza chrześcijańskiego nikt już nie stosuje, a i tenże kalendarz został wyparty przez inny system liczenia czasu. Trzeba więc brać poprawkę na różnice w obliczeniach, dlatego zapisy końskie są sprawdzane przez badaczy wielokrotnie. Naukowcy posiłkują się także sztuką – wiele bitew, o których wspominają konie zilustrowali ludzcy malarze. Kiedy konie wywalczyły dla siebie prawa wyborcze i jako mniejszość weszły do parlamentu, jedną z pierwszych ich decyzji było ustanowienie Muzeum Historii Konia, gdzie zebrano kolekcję ponad czterdziestu tysięcy obrazów olejnych, dwustu tysięcy grafik i niespełna czterdziestu tysięcy rzeźb oraz niezliczonej ilości treści audiowizualnych. Jedenasta poprawka Konstytucji Federacji Ziemii nakazuje, by każdy element kultury, który powstał z udziałem lub w wyniku wyzysku jednego gatunku nad innym, został przekazany poszkodowanym lub udostępniony zgodnie z zasadami sprawiedliwości wyrównawczej. Podobne muzeum znajduje się w Indiach, które oddały słoniom swój największy klejnot architektury Taj Mahal , między innymi z racji dużych rozmiarów drzwi. Jak można się domyślać, chyba najbardziej przejmujące muzeum historii zoocydu mieści się w Ameryce Północnej, ale to miejsce dla istot o stalowych nerwach, ponieważ jego ściany powstały z miliardów kości wszystkich zwierząt niegdyś hodowanych w rzeźniach. Muzeum produkuje nawet specjalny perfum, który rozpylany jest w jednym ze skrzydeł, a który ma imitować smród, jaki wydobywał się z przemysłowych ubojni. Jeśli ufać Kronice Końskiego Świata, na przestrzeni wieków miało miejsce kilka końskich powstań, ale pozostawały niezauważone. Konie nie miały możliwości stawiania oporu z powodu wyalienowania. Dopiero, gdy pojawiały się w większej ilości na jednym teranie, ich bunt zaczynał mieć znaczenie. Mocno dał się we znaki armii francuskiej w wojnie stuletniej oraz w słynnej bitwie pod Waterloo, kiedy część koni opuściła pole bitwy, pozostawiając wojska Napoleona w chaosie. Wysoka moralność niektórych koni nie pozwalała im także na pomoc w transporcie zaopatrzenia dla nazistów, co miało spore konsekwencje dla wyniku bitwy pod Stalingradem. Nauczone doświadczeniami I wojny światowej, w której życie straciło przeszło osiem milionów koni, wierzchowce nie chciały przyczyniać się więcej do ludzkich wojen. Hipofucjusz w swoim traktacie filozoficznym rży tak: „Sprawiedliwość bez pamięci jest jak siodło bez strzemion — wygodna tylko dla tego, kto zapomniał, że kiedyś obiecał nie ciągnąć wodzy zbyt mocno. Kto raz obiecał koniowi wolność, a potem przywiązał go do pługa, niech nie dziwi się, że jego cień depcze go w snach.” (Hipofucjusz, Rozważania spod grzywy , 1855 rok chrześcijański). Jednak od przeszło dwustu lat wśród końskiej rasy nie ma jednomyślności – politycznie konie dzielą się na tradycjonalistów i wspólnotowców. Frakcję konserwatywną (Stado Przodków i Porządku) reprezentują wierzchowce, które pragną wyegzekwować dane przez Mahometa słowo i ustanowić Państwo Kopytne w komitywie z innymi przedstawicielami swojego rodzaju, tj. nielicznymi już mułami, zebrami, żyrafami i antylopami. Tradycjonaliści pragną niepodległości i cenią tradycję (ich hasło brzmi: „Kopyta ku korzeniom!”), walczą także o podtrzymanie Religii Wiatru. Problematyczną politycznie kwestią jest brak wypracowanego wśród konserwatystów konsensusu co do położenia owego terenu. Z przyczyn darwinowskich każdy gatunek wskazuje kopytem inny obszar świata i żadna frakcja nie chce pójść na kompromis. Dużo liczniejszym zaś ugrupowaniem jest Nowoczesna Komitywa Międzygatunkowa, składająca się z młodych, wyedukowanych w wielkich ośrodkach miejskich koni, które nie widzą sensu w przywracaniu starego porządku i pragną pozostać częścią konglomeracji. Młode wierzchowce i wierzchowczynie widzą przyszłość w bioinżynierii i liczą na awans społeczny w ramach ustanowionego porządku. Ostatnio dużo mówi się w tym kontekście o ich nadzwyczajnych zdolnościach adaptacyjnych, które w połączeniu z niezwykłą pracowitością dają koniom spore możliwości rozwoju. Szacuje się, że dzięki programom stypendialnym dla źrebaków, które umożliwiły dostęp do nieporównywalnie lepszej edukacji, iloraz inteligencji koni skoczył o ponad 100% w ciągu zaledwie dwudziestu lat, co czyni ich zaraz po psach i kotach najlepszymi kandydatami na adeptów Akademii Nadniebnej. Spodziewać się więc można, że konie w swoim czasie dołączą do korpusu dyplomatycznego, aby wraz z ludźmi prowadzić międzyplanetarne misje pokojowe, pomagając w pracach nad nowymi koloniami. To jednak wciąż jeszcze melodia dalekiej przyszłości. Wypada natomiast w tym miejscu dodać, że w ostatnim badaniu Głównego Urzędu Statystycznego zaledwie trzy procent ankietowanych koni przyznało, i to niezależnie od politycznych preferencji, że zna swoje trzecie imię. Sonia Pohl - absolwentka prawa. Współautorka książki Jutro nie mieści się w głowie. Dzienniki czasu pandemii . Debiutowała na łamach "Tygodnika Powszechnego" reportażem Lato bez domu . Publikowała m. in w "Odrze", "Kontencie" i "Stronie Czynnej". Wyróżniona w ramach Szkoły Pisania Powieści KMLU 2022/23. Członkini kolektywu pisarskiego Sfinga Girls. Mieszka w Krakowie. Regularnie bywa nad morzem.
- Gary Snyder – Długie włosy
Sezon polowań: Raz do roku jelenie polują na ludzi. Robią różne rzeczy, żeby ich do siebie przyciągnąć; każdy jeleń wybiera konkretnego człowieka. Potem strzelają a człowiek musi wtedy obrać jelenia ze skóry, zanieść mięso do domu i je zjeść. Od tej pory jeleń jest w człowieku. Czeka i ukrywa się w nim, a człowiek o tym nie wie. Kiedy jelenie opanują wystarczająco dużo ludzi, wtedy jednocześnie uderzą. Nawet ludzie, którzy nie mają w sobie jeleni będą wzięci przez zaskoczenie i wszystko trochę się zmieni. To się nazywa “przejęcie od środka” Jelenie ścieżki: Jelenie ścieżki biegną po zboczach wzgórz przecinają wiejskie drogi dojazdowe wyżłobione do kości koleiny wiejskie domy obrócone w ruinę Po pas przez krzewy manzanity Przez lepkie, kolczaste, trzaskające suche złociste letnie trawy Jelenie ścieżki prowadzą do wody, Schodzą się ze wszystkich stron Tworzą jeden dobrze wydeptany trakt – Znowu się rozchodzą I znikają nie wiadomo gdzie. Jelenie ścieżki pod autostradami wiodą się do miast zygzakami w zboża i sady susami wzdłuż szkolnych płotów! Jelenie tropy i przecinające się zakurzone ścieżki Pojawiają się w domu: zbiegają ze ścian: Znajdują przystań w moich włosach przełożył Mirosław Drabczyk Gary Snyder (ur. 1930) – amerykański poeta, eseista, wykładowca i aktywista klimatyczny. Obszerną notę o jego życiu i drodze artystycznej zamieściliśmy w poprzednim numerze Suburbii. https://www.magazyn-suburbia.com/post/gary-snyder-obchodzi-urodziny
- Mario Montalbetti – pięć wierszy
Śpiew ptaków (dla Alberta Blanco) śpiew ptaków ukrytych w listowiu ledwo co sięga trzech sylab potem cisza potem znów sięga trzech sylab potem cisza to sposób ptaków, by nic nie powiedzieć potem znów trzy sylaby potem cisza i potem znów śpiew ptaków ukrytych w listowiu figowców trzy sylaby cisza znów to sposób ptaków, by nic nie powiedzieć trzy sylaby cisza trzy sylaby ale śpiew jest piękny i regularnie się powtarza o zmierzchu i potem znów i potem znów i nic nie mówi Już cię nie kocham, maleńka Już cię nie kocham, maleńka teraz kocham konie. Jutro pokocham wyspy a pojutrze jakiegoś ptaka. (Może za trzy lata znów pokocham ciebie). A potem będą krowy łaciate a potem będą minerały — no wiesz, miedź, żelazo — a potem będą miasta (jakaś tam żyrafa) a potem mosty. Wcześniej tęcza niż miłość do ciebie, maleńka już cię nie kocham teraz kocham kobietę która rozpuszcza swoje ciała w jesiennych deszczach rozświetlona / związana / zalana jaskrawym neonem ulicznej latarni. (Och maleńka) już nie (kocham cię Och kobieto) już cię nie kocham kocham tylko ulice które niosą mnie ku nocy podczas gdy noc nie jest już nocą lecz morzem a morze grobowcem lunatycznych oceanów, likierem. Wiersz na cześć V Krajowego Kongresu Filozofii Języka, Huampaní 26–28 czerwca 2010 jaka jest różnica między krową a językiem? krowa czym jest krowa?krowa pasie się przy drodze droga bierze zakręt i prowadzi do ogródka krowa przechodzi przez drogę bez ogródek język tego nie potrafi Znacznie mniej niż myśl Nie wierz w prawdę. Nie wierz w piękno. Nie wierz w miłość. Usiądź przy fortepianie zadmij w róg szarpnij strunę i będziemy kwita. Nie podawaj mi tabletki gdy boli mnie głowa. Nie powtarzaj ze mną filmów które już widziałaś. Nie łudź się że jest coś ważnego w tym co robisz. Nawet dobry uczynek nie jest tak dobry jak żaden uczynek. Ósma chmura lub dziewiąte niebo osobno pewnego dnia ciało samo w sobie wystarczy. Dorada Na pytanie: jak bardzo kochałeś? odpowiedz, jakby język, a jeszcze lepiej, jakby wino się skończyło. Powiedz, że musisz iść po więcej. Następnie naostrz nóż i wypatrosz doradę, która leży, wykrwawiona na podłym kuchennym kamieniu. I tym samym ostrzem oddziel to, co twoje od tego, co twoje. To jest twoje. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mario Manuel Bartolo Montalbetti Solari (ur. 1953) – peruwiański językoznawca, eseista i poeta, akademicko związany z Massachusetts Institute of Technology oraz Papieskim Uniwersytetem Katolickim w Peru.
- Mary Noonan – dwa wiersze
Najeźdźca Spocząłeś na suchym lądzie, byłeś owłosionym ciężkim niezdarnym morsem ze skłonnościami do rozbijania mebli i wzniecania świetlistych fontann z drobnych przedmiotów. Kuchnia kurczyła się, gdy w niej stawałeś, żeby na skrawku papieru robić listę zakupów, drżał liść limonki, gdy poranne letnie słońce prześwietlało jego żyłkowania Twój charakter pisma Tak mogłyby pisać elfy zostawiające zamówienie dla szewca. Twoje ulubione danie salade de boeuf à la parisienne , wołowy przekładaniec przykryty srebrnym welonem – Szeherezada musiała takim przysłaniać ciało i twarz, kiedy snuła swoje opowieści, trzymając śmierć po drugiej stronie nocy. Jaskrawo pomarańczowe skrzydła Rusałki Admirała, szalona iskierka z pustyni Mojave kiedyś była pomidorem. Kromki chleba spod twojej ręki są cienkie niby króliczy obojczyk, nasączone pluskającą wodą albo koronką tkaną w beginażu z nici niemal niewidzialnej. Teraz cię widzę. Nie jesteś morsem lecz ostrygą, nieco zdumioną wzrastaniem wokół ziarnka piasku gdzieś w zagłębieniu morskiego dna, pozwalającą falom wciąż i wciąż przetaczać się po sobie, muzyczna orkiestracja wszystkich mórz skupiona w opalizującej kropli otulonej twoim płaszczem. Ćmy Doskonale nieruchomy, artysta siedzi pod morwowym drzewem, któremu się przygląda. Trwał w tej pozie cały dzień. Białe ćmy wleciały do mego pokoju przez otwarte okno, zwabione światłem nocnej lampy. Teraz są już wszędzie – pokrywają ściany, śpią w zakamarkach pościeli, łażą po butach na podłodze. Próbuję je unicestwiać gazetą, ale jest ich za dużo, kładę się między nimi. Wkrótce obsiadają mnie całą a ich łaskotliwe łapki suną w zagłębieniach oczu, drżą mi rzęsy od dźwięków tysięcy łopoczących skrzydełek. Przewracam się w łóżku. Ćmy wylatują z moich włosów, przemykają po skórze czaszki i łona. Leżę i uśmiecham się. O poranku, w migotliwym welonie ze skrzydeł, przechodzę z sypialni do łazienki. Mijam artystę. Który zasiadł obok akwarium patrząc, jak za szybą czarna pirania śmiga w zimnej wodzie. Czy on tu siedział całą noc? przełożył Mirosław Drabczyk Mary Noonan – irlandzka pisarka, wykładowczyni literatury francuskiej na uniwersytecie w Cork, tłumaczka poezji Nervala i Baudelaire'a. Jej pierwszy tom Fado house (2012) zdobył uznanie krytyki i przyniósł poetce kilka nagród. Tom drugi Stone girl (2019) zawiera wiersze pisane w czasie opieki nad ojcem chorym na Alzheimera. Fascynacja twórczością francuskich symbolistów znajduje odbicie w niektórych wierszach Mary Noonan nasyconych melodyjnością i malarską ozdobnością. Motywem przewodnim wielu jej utworów są impresje podróżne, wspomnienia z dzieciństwa, nawiązania do mitologii i obserwacje przyrody.
- Piotr Maur - dwa utwory prozą
Strach na wróble Pewnego dnia mężczyzna, który tak naprawdę był strachem na wróble, oświadczył się dziewczynie wypasającej krowy. Dziewczyna wyśmiała go i poszczuła psami. Mężczyzna z rozpaczy zaciągnął się do legii cudzoziemskiej. Uczestniczył w wielu bitwach, zdobył wiele odznaczeń, zarobił mnóstwo pieniędzy, ale, gdy wrócił w swoje strony ani jego rany, ani medale, ani pieniądze nie robiły na dziewczynie, która teraz zajmowała się kozami, wrażenia. Mężczyzna jednak nalegał. Któregoś dnia dziewczyna rozerwała poły jego kurtki. „Spójrz!” – powiedziała. Mężczyzna podążył wzrokiem w miejsce wskazywane przez jej podbródek. Zobaczył do sękatego drąga, z którego był skonstruowany, przyczepione drutem i sznurkami serce. „Co z tego?” – zapytał. „Jak to co?” – wykrzyknęła dziewczyna „Może i masz wielkie i dobre serce, ale brak ci wielu innych rzeczy”. „Nikt nie jest doskonały – powiedział mężczyzna. „Ty także…” – dodał. Dziewczyna poczuła się dotknięta tą uwagą. Zrozumiała, że nawiązuje do opinii jaką powtarzają o niej głupie, zazdrosne, stare kobiety. „Może i jestem tanią dziwką, ale tak nisko jeszcze nie upadłam, aby zadawać się z kimś takim jak ty. Odejdź i nie wracaj nigdy. Jesteś tylko strachem na wróble. I choćbyś nie wiem co zrobił, strachem na wróble pozostaniesz!” Mężczyzna odszedł z krwawiącym sercem. Znalazł sobie miejsce na polu, z którego mógł widzieć dziewczynę, i żeby ona też mogła go widzieć, wbił się z całej siły w ziemię i znieruchomiał. Wkrótce, czując łatwy żer, nadleciały kruki i wrony. Jeden z kruków siedząc na jego ramieniu powiedział: „Nie ma co rozpaczać. Jesteś przecież w końcu tym kim jesteś”. Mężczyzna nie był pewien czy były to słowa pociechy, czy raczej podłe szyderstwo. Stal na polu, obserwował dziewczynę i rozmyślał o słowach kruka. Stał zatopiony w rozmyślaniach a tymczasem ptaki rozdziobały jego poranione serce. Potem już nie myślał. Kobieta, patyk, pies Kobieta spaceruje w parku z psem. Podchodzi do niej mężczyzna, podaje jej patyk i mówi: „Niech pani rzuci.” Widząc, że kobieta waha się, powtarza głośniej i mniej przyjaźnie; „No rzucaj pani.” „Nie tym tonem, proszę” – mówi oburzona kobieta i odwraca się plecami do mężczyzny ciągnąc za sobą psa, który właśnie zaczyna sikać. „Co pani robi?!” – mówi mężczyzna. Kobieta, zawstydzona, zatrzymuje się i próbując zatrzeć złe wrażenie tłumaczy, że nie chciała spuścić psa ze smyczy, bo on lubi uciekać, i, że tak naprawdę to on nie aportuje, i że ubrudzi się przy tej pogodzie. „Niech pani wreszcie rzuci ten cholerny patyk!” – wrzeszczy mężczyzna. Kobieta wystraszona rzuca patyk całkiem daleko i spuszcza psa ze smyczy. Mężczyzna startuje razem z psem i ku zdziwieniu kobiety pierwszy dopada do rzuconego patyka. Przynosi go w zębach kobiecie, mimo że pies przez całą drogę próbuje wyrwać mu patyk. Bawią się tak jakieś dziesięć minut. Aż mężczyzna mówi: „No dobra, dość, jestem wykończony.” Ale pies ani myśli skończyć, zorientował się już, że nie o prostą zabawę tu chodzi, i chciałby za wszelką cenę wyrównać stan rozgrywki. Kiedy mężczyzna nie chce już więcej aportować pies rzuca się na niego. Wywiązuje się krótka, zajadła bijatyka. Mężczyzna jest jednak silniejszy i zna obezwładniające chwyty. Pies zdaje się rozumieć swoją coraz trudniejszą sytuację. Ale jest już za późno. Kobieta rzuca patyk wprost do rwącego potoku. Pies desperacko rzuca się za nim. Kobieta zapina mężczyznę na smycz i razem, wracają do domu. Piotr Maur (ur. 1963) – poeta, prozaik. Opublikował książki: siedemdziesiąt sześć (1996), 28 i 5 (2002), Bezmiar miłości (2006), Pogrzebowe obrzędy, miłosne ceremonie (2010), Po papierosy i z powrotem (2015). Obecnie mieszka w USA.










