Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Amelia Pudzianowska – pięć wierszy
Płynę w tę płynność Dziura nie musi być czarna ani nawet żadna Choć lepiej gdy czarna bo wtedy daleko A ja w nią wpadam jestem słaba i marna A ja z nią igram jak z rwącą rzeką Co we mnie strumieniem są te mokradła Co wir mnie w rzece połyka ku ściekom Hej ty Wisło Odro czy inna co ma się za mądrą Masz dziurę w sobie bezdenną w dół i w górę Ja jestem inna z rana i pod wieczór nie ta sama Rzeczę że zarzekam zrzekam się rzeki Świat wszech jest rozwarty Mnie dno wystarczy Co ma firmament pod sobą Rozpostarty pod wodą Oś obce jak jajko na osi spadam, zjadam. nie wiem kim jestem nie wiem co jem to sen pęka mi skorupa przestrzeni wiesz co? nie chcę się żenić bóg jak jajko pęka mi krzyż pisz. demony znają swoje imię ja je zapominam w kinie ślubuję ci: chcę być kimś kto ciebie kocha. wiesz co? katastrofa bóg w jajku ja w bogu mam ciemnię a ty we mnie. demony w karku pewne swej pozycji kapują na nas policji. wiesz co? przeraża mnie zło. nie takie jak w zbitym jajku. tylko to o poranku. gdy budzisz się i patrzysz, a ja płaczę. i jakby nie było boga. choć wiem, że jest, a twoja noga, łydka, czule mnie przyciąga. dla boga to gest zbyt szybki, lecz ja zbyt lubię twoje łydki, więc już nie płaczę, lecz wciąż się boję. że nie będzie nas dwoje. i że nie będzie twoje. i że nie będzie moje. że nas rozdzielą skurwiałe gnoje. obce jak jajko na osi spadam i już mi jedno wszystko i już wada tego świata warkocze mi zaplata a może to ty bawisz się włosami a mojej głowie dopóki ci nie powiem że śniło mi się że prosisz o rękę odwracasz wzrok, więc łapię za rękę i kończę udrękę, całuję dłoń a potem szczękę angażuję w to całowanie kończę. a ty chcesz jajko na śniadanie i chuj. włączam pranie Ubierz się Ubierz się, bo twoje ciało pociąga Ludzi biegłych w pociągach i Nowych przygodach Bonda. Bo twoje ciało Wygląda jakby chciało być bez ubrania. Na nic twoje starania. Rozbiorą cię I będą powstania. Bo tu jest kurwa Polska. Rozumiesz? Uwierz, się nie uratujesz. Bo tu jest kurwa Polska i nie licz, że cię położą Na Powązkach, raczej w takich związkach droga Jest wąska, jak łóżko i choć nie jesteś ładna I cycki zasłaniasz poduszką I choć nie jesteś zaradna jak dziewczyna Bonda I upośledzona jesteś w poglądach, To się ubierz, żeby cię rozebrali. Bo taki nam świat dali i takie muszą być ustawy, Żeby bez zgody cię posuwali i nie doszło do ugody. Jesteśmy mali, lecz rośniemy w siłę, by rzec: Byłem w niej. Byłem. Słodycz Już cicho na sercu, już leży płasko, Już się oczy łuską drażnią. Dorastam wciąż do wieku ciała, Ciało dorasta do wieku świata. Dziś rozstrojona jak powierzchnia ciasta z kruszonką, Dziś wita mnie słonko, co policzone ma lata. Biorę życie w ratach, biorę życie na kredyt I szczęście opłacam w stratach, aż poznam niebyt. Albo byt, Wielkiego Komornika co zajmie mi serce. Rozkładam ręce i nie wiem, czy ktoś wpadnie w moje ramiona, Czy będę taka rozłożona, na atomy atomów, cząsteczki cząsteczek. Serce leży płasko, serce jak cukierek w piasku. Poszedł po pole a wrócił z dworem Ryje mają po jeden na metr kwadratowy I każdy milczy chcąc poziom rozmowy, Trzymać tym milczeniem białym jak mleko Wylane z piersi sprzedanej krowy. Wieko, Słój i ogórki na stole, on je czuje. Pod ryj mu ojciec podstawia. On mówi: ja podziękuję. Już nie ryj i nie morda, już nie dzieciaków horda, A tylko myśli i spuścizna tychże myśli, Już nie wymię krowy i kompot z wiśni, choć krowa sprzedana i te tutaj rozmowy, o niej wciąż. Ogórki takie jak wymiona i łzy lecą, a w łzach jest miąższ, duma prostego człowieka. Lecą na ziemię wieka, więc ten co wrócił też milczy, ale jakby tak ze wstydem złożonego zwierzęcia, co zapomniał, że do poczęcia, doszło na wersalce, na której spoczął. I tak milczy, ale po co? Co on tam wie z tych studiów z miasta, nie ruszył ciasta, z twarzy mu pasta zrobiła intelektualistę, bo zęby ma czyste. Przez okno wpadł listek. – Klon - mówi ojciec - klon na sto procent. – Klon - odpowiada on, lecz mówi to samo, jakby mówił inne. Jakby widział liść i czynił Bogu ducha winne, sobowtóry tego cudu natury. I widział tym ideę łona Platona, niedoskonałego klona. – Się namnożyło, jesień za pasem. Kiedy dzieci i ślub? – Będą z czasem, jak się metr kwadratowy wyrobi własny. Żeby nie był ciasny. A ojciec o krowie, o klonie i ryju milczy, Bo nie ma kapitału by mówić, co go bolało. A teraz go boli ten syn zmarnotrawiony, Co oczami strzela na wszystkie strony. I nie umie jak ta krowa, patrzeć poczciwie i ryjem ruszać, Przy wiśni czy śliwie. A syn patrzy na ojca I dziwi się idei, z której on i bracia się wzięli. Z ojca krwi, krew mu płynie po ciele. Syn ma swoją ideę. To wciąż niewiele. Amelia Pudzianowska (ur. 2001) – laureatka kilkudziesięciu konkursów literackich. Publikowała w internecie, prasie, antologiach. Autorka reportaży, storytellerka, slamerka, reżyserka, autorka warsztatów kreatywnego pisania. W 2025 roku nakładem Wydawnictwa Biblioteka Śląska ukaże się jej debiutancka książka guzik prawda .
- Sebastian Sokołowski – siedem wierszy
#LOTdoDomu do you have a flight? may I see your ticket? pytali grzecznie karabiny maszynowe solidnej konstrukcji robiły wrażenie najprawdopodobniej byli to antyterroryści mieli bowiem zasłonięte twarze nie wyglądali na zdziwionych że akurat nasz polski lot nadal lata nie wiedzieć czemu o piątej nad ranem budzili uparcie śmiertelnie zmęczonych podróżników którzy zasnęli na ławkach tłumacząc że to lotnisko a nie hotel miałem przy sobie ratujący mnie wydruk z numerem nieodwołanego lotu from: AMSTERDAM SCHIPHOL AIRPORT to: WARSAW FREDERIC CHOPIN (dlaczego do cholery frédéric?) tuż po odprawie jedna ze stewardes puszczała oczko zbyt mocno wymalowana jak tania dziwka ale może miałem tylko takie wulgarne przywidzenie byłem już kilkadziesiąt godzin bez snu a może była to wampirzyca fikcja literacka przysypiając słyszałem słowiański szelest rodaków wielu z nich myślało że te loty to tylko jakiś przekręt a pandemię wymyślono żeby ktoś mógł na niej zarobić jeden drugiemu czytał w myślach poruszaliśmy się z prędkością światła jak fotony nie minęła nawet chwila a otrzymałem napisaną pospieszną polszczyzną ulotkę zawierającą coś w rodzaju ostrzeżenia będziesz zobowiązany poddać się obowiązkowej kwarantannie Warszawa, kwiecień 2020 władca marionetek jakby to było tajemnicą że roi się od pułapek w ciągłym ruchu takie zagrożenie jest zawsze realne ktoś dobierze się komuś do tyłka i pozbawi go życia ten kto wczoraj był bohaterem dziś jest wyklęty chodzi jedynie o dziecinadę sypanie piaskiem po oczach zbyt dużo uwagi poświęconej nierelewantnym duperelom o wymyślonego nie wiadomo przez kogo malutkiego braciszka co wiarą góry przenosi niemądre nauki podczas gdy ostatni idioci wpajali kolejnym pokoleniom błędne przekonanie że nie można przegrać walcząc w słusznej sprawie nam młodym i gniewnym z nieznanych powodów spodobała się nowa wersja końca historii z happy endem co wiedzą mędrcy świat został stworzony po pijanemu a zatem do samego końca jego istnienia żaden mędrzec nie będzie w stanie wypowiedzieć słynnych słów wiem że nic nie wiem tropy i tryby miała być abstrakcja a były nieludzkie relacje bardzo chujowe tu krew i tam krew w obliczu śmierci nie pisze się o niej jest wypisana na czole robi się coś w rodzaju rebootu pisze się po prostu o pierdołach w niewielkich rozmiarach wygląda to jak zdrada choć język zwykle jest spoisty nie ma lekko na wszystko znajdziemy ostateczny sposób rozstroje tymczasem burza w szklance wody a może nawet coś bardziej intensywnego nie cichnie nocą bo przecież w niebie nic się nie dzieje wszystkie duchy jeżeli kiedykolwiek istniały długo spadały na pysk zanim spór o legalizację gazów trujących lekko unoszących się ku sklepieniu nabrał tempa gdzie drwa rąbią tam wióry lecą taki płynie z tego jego mać wniosek cezar (facet który ponad dwa tysiące lat temu rządził rzymem) powiedział że zostanie załatwiony przez brutusa i że jego martwe ciało w ogóle nie poczuje bólu słowiańska mitologia nasz pierwszy władca który istnieje jedynie w bajkach lub co najwyżej w przekazywanych ustnie legendach zmarł na nieuleczalny od zawsze syfilis w dniu w którym niechlubnie odszedł z tego świata jego żona wyrwała sobie wszystkie włosy z głowy i do końca życia była łysa niemniej jednak właśnie dzięki jej staraniom udało się sprowadzić z zagranicy armię fachowców którzy zbudowali piękne miasta w nowo powstałej krainie aż trudno uwierzyć że niektóre z tych miast istnieją do dziś Sebastian Sokołowski (ur. 1974) – poeta. Autor tomów Atrapy Dajmoniona (2004), Strefy milczenia i nie (2014) oraz Końcowe odliczania (2018). Ostatnio publikował jako twórca niemieckojęzyczny w austriackim magazynie „mosaik“. Mieszka w Krakowie.
- Julia Oberson – trzy wiersze
Zwężka w ostatniej kwadrze zastawię karły i bezdomne psy albo zabarykaduję się w inkubatorze razem z pisklętami. nieplewione sieroty zaatakują umocnienia i rozpoczną odliczanie, nareszcie! z rozmów na offie wiem kto zachwiał prasłowiańskim członem i czyje kobiety upadły razem z komunizmem. krew rozbitą na włosy skórę i paznokcie możecie odryglować do odwołania, niech na trawie śliskiej od rosy wytrąca się osad na twarde dźwięki, które dodawały wam uroku, na buty właściciela domu pogrzebowego, które polerowaliście przez półotwarte usta. wyjąć zdziczałe króliki z wnęk starego pieca, przeliczyć pieścidełka, które utrzymały przepustowość. krokuty z zaskoczenia przysypią was ściółką i wybiorą porę żniw: może przed jasełkami? zjadą się z całego kraju żeby chuchać na chleb i wracać z czystym kontem. zsuniesz się z wykopu, żeby oddać głos; znowu sierpień, znowu krzyżyk za waleczność. odłóżcie bryłki bursztynu i płyńcie tam gdzie jeszcze jest miejsce: kosą, wąziutko, przez tych, którzy się upili i resztę, która opisała szczepy nakrapiając drozdy wzdłuż rowów. Bregma kolejna wspólnota gruntowa spiskowała przeciwko państwu: to normalne, że pokój skrzypi w trakcie postępowania administracyjnego. nie chcę wiedzieć kto zabezpieczył ślady na miejscu zbrodni i z opuszczoną głową filtrował chłonkę; puśćcie to szwem węzełkowym w wąwóz albo na szczyt tajfunu. w wieczerniku spojrzę z ukosa i wrzucę chleb do krajalnicy. chwała bohaterom, zachowali kolor. Victorian secret (za Brzeźniakiem) skrócił wąsy, przegonił komary i przeciągnął przędzę przez zakratowane okienko. gdybym miał lśniący pistolet i wszystkie drżące rzeczy które pomyślałem; ocalały importowane srebrne łyżki i ciało plemienia (odziane). opuściłeś dźwignię bez obliczania gęstości widmowej, zmutowały kolejne podzbiory, w stajence czarny bez, obrodziło nawet kiedy leżałam odłogiem. dziewczynki o bezczelnych rękach wydały rozporządzenie: ten kranik do odstrzału. droga od zabudowań gospodarskich jest prosta; zostawcie tylko larwy czerwca polskiego i kilka gryfów z delikatnego brązu. nikt inny nie będzie zaglądał nam do gardeł na minutę przed burzą. Julia Oberson (ur.1991) – przeszła Wisłę, przeszła Wartę, obecnie mieszka w Lozannie.
- Małgorzata Osowiecka-Szczygieł – trzy wiersze
Going postal Coś się skrada i nigdy nie było większe. Króliki parzą się za głośno, by myśleć. Farmerka obrzeza kolbę, rozbieranie kukurydzy piątą godzinę, ich palce w kolcach wiecznych kaktusów bolą, jeden z nich wziął nóż i tańczy ze skalpem. To ciężka praca: mówią do siebie. Podobno do studni wrzuca się papierosy i grzechy. Zachodzące słońce oświetla czerwone dłonie, ślina z osoczem użyźnia pola, zwycięzcy czekają na świt, przecierając karki krowom. Jak z filmu Sergia Leone To miasto jest za małe dla nas dwóch, więc szykujemy się na walkę, w której obaj możemy przegrać, zamknięci w jednym grobie od dziesięciu lat. Ale to właśnie tego dnia wszystkie stacje o nas mówiły: zmęczeni ludzie po dwóch stronach stołu; to my – uniformy, których nigdy nie ściągamy. Zanim zdążyłeś powiedzieć, że będzie dobrze, zęby wypadły mi z ust, ulica przy młynie została odnowiona, miętówki wyparowały i skończył się azbest. Wtedy zdałem sobie sprawę, że aby być szczęśliwym, trzeba kopać głęboko w sobie. Walka zaczyna się w południe, pod skórą już biegnie kolej do domu. Song of remorse W lipcu chodzimy bez niebieskiego światła. Chcemy więcej morza i mięsa. W lipcu nocą pokal solo na parapecie, a godziny palą w przełyk i biją, bo ta noc jest pojemna. Gęsta zawiesina w zatoce, martwe foki, Iwona bez jedynek w buzi, chcą zlikwidować Sebę, ktoś tam wjechał, potrącił ciała w kolorze betonu, oni się trzęsą z falafelem w dłoni, wiecznie głodni, usiądź niżej, tak jest wygodnie. Małgorzata Osowiecka-Szczygieł (ur. 1990) – poetka, psycholożka i wykładowczyni; doktorka nauk społecznych. Naukowo zajmuje się wpływem odbioru poezji na myślenie twórcze. Wydała dwie książki z wierszami: Plama na świecie (2023) oraz Molochy i mola (2024). Mieszka w Sopocie.
- Gosia Żygadło – cztery wiersze
umiera ale to nie koniec dla leżącej krzyżem na której ramionach niebo już prawie się nie trzyma pęka most i odsłania skrawek rozdartej ziemi bierzesz na własność dla dłoni a siły wzejścia i zapadania stają się jedną o wartości która nie ma znaczenia chce tylko być naga i zaczynać cicho leżymy tak oboje prawie zmarli na skórzanych tratwach ciał ale wciąż szukamy na ich brzegach morza nie ma słów tak miękkich jak woda żeby można było nabrać ich w dłonie i nieść do ust nie roniąc ani kropli uzmysłowienie czy staliśmy się dla siebie wiadomi ze wszystkimi tego konsekwencjami u drzwi zmysłów zostawiając słowa nie wiemy ale nie mówimy już jest najniecierpliwsze doczekanie słyszę jak stawia stopę na mojej ziemi drgnęły płyty tektoniczne topnieją lodowce podnosi się poziom wód wiem że już płynie i coraz większe ocieplenie klimatu że freon nie nadąża z chłodzeniem wypala dziurę w stratosferze zaraz wskoczymy Gosia Żygadło – inżynier, budowlaniec samozwaniec i psychopatopoetka codzienna w jednym. Uprawia styl romantyczno-katastroficzny z wiecznie źle ulokowanym optymizmem. Publikowała swoją prozę i wiersze w piśmie literackim „Epea” (Książnica Podlaska) oraz w Pocztówkach Literackich „Odry”. Aktualna wicemistrzyni Wrocławia w slamie poetyckim. Podróżniczka, powsinoga. Czyta gazety. Robi kolaże.
- Marcin Mielcarek – Ja ją dymam, a ona nic
Siedzieli w ogródku jednej z knajp, pijąc zimne piwo i zagryzając frytki z ostrym sosem. Było już dobrze po dwudziestej. Obok biegła ruchliwa ulica, którą co chwilę przejeżdżały drogie auta. W wieczornym powietrzu ludzki śmiech mieszał się z muzyką i rykiem silników. Rozmawiali w najlepsze. – Ja ją dymam, a ona nic, zero, żadnej reakcji. Jakbym kurde pieprzył kołdrę w lipcowy wieczór. Pot ścieka mi po dupie, a ona chłodna jak lodówka na mięsnym. Myślę cholera coś jest nie tak. Dwoję się i troję. Kilka pozycji, ostrzejsze słówka, kilka chwytów które zwykle działają, a ta nadal obojętna, chyba głową i pizdą w odległej galaktyce. Człowieku, autentycznie czułem się jakbym posuwał trupa. – Posuwałeś kiedyś trupa? – Co to za pytanie, co? – Stary, raczej to ja powinienem spytać skąd takie porównanie, no nie? – Porównanie jak porównanie. – To posuwałeś trupa czy nie? – Raz. Po jednej imprezie, pamiętam że wyglądała jak Szwedka. Rozumiesz o co chodzi, nie? No blondyna, wysoka, duża głowa, duże oczy, duże usta, duże cyce, duże dupsko. Tak zachlała, że tylko leżała na łóżku jak kłoda, ale nawet tamta wydawała się mieć z tego jakąś radochę. A ta kompletnie. I jeszcze patrzyła mi cały czas w oczy. Rozumiesz ja ją posuwam, a ona patrzy na mnie i zero uśmiechu, żadnego słowa, nawet jęku czy stęku. Nie mam pojęcia jak udało mi się skończyć. – Może aseksualna? – Gdyby była aseksualna to bym jej do łóżka nie zgarnął. No i po wszystkim ją zapytałem jak było. – Pytasz je po wszystkim jak było? – Tak. – Okej. – No więc nie zgadniesz co mi powiedziała. – Co? – Że było w porządku. Właśnie na nią patrzyli, przyszli do tego lokalu, w którym pracowała i w którym tydzień temu poznał ją Julek. Obserwowali jak uwija się między stołami, nosi pełne i puste szklanki, kufle i talerze. Jak rozmawia z ludźmi. Nie podeszła jednak do nich ani razu. Nawet nie spojrzała w ich stronę. Z tego co opowiedział Julek wychodziło, że ma na imię Alicja, dwadzieścia pięć lat i wynajmuje pokój w mieszkaniu u jakiejś starej baby gdzieś całkiem niedaleko. Miała na sobie czarną, bardzo obcisłą sukienkę, która odsłaniała jej ramiona. Na obojczykach coś tam sobie wytatuowała, podobnie jak na prawym przedramieniu. Włosy miała ciemne, ścięte na poziomie podbródka, miała też ciemne oczy, prawie orli nos i drobne pieprzyki na lewym policzku. Wysoko nosiła głowę, miała w sobie coś z Kleopatry, tak przynajmniej mu się wydawało. Kiedy się poruszała patrzył na jej tyłek, odpowiednio duży i wyglądający na miękki i ciepły przykuwał uwagę wielu facetów tutaj siedzących. Przez ten czarny, cienki materiał przebijał się zarys majtek. Chyba jakieś figi. Tymkowi się to podobało. Te majtki i ten tyłek. – No i widzisz udaje teraz, że mnie nie zna – powiedział Julek. – Jakaś zimna cholera. – Całkiem niezła cholera. – Szkoda, że taka ulotna. – Za bardzo dramatyzujesz. – To przez te kółko teatralne, do którego się ostatnio zapisałem. Męczymy Szekspira. – Romeo i Julia? – Czytam jako Merkucjo. – No jasne. – Nie lubisz Szekspira? – Nie wiem. Po prostu nie wiadomo, kim tak naprawdę był ten gość. – Może kosmitą? – To na pewno. Potem powiedział Julkowi, że pewnie zrobił coś nie tak, zrobił coś, co jej się nie spodobało. – Co zrobiłem niby nie tak? – Nie wiem. Różnie to bywa. Kobiety są delikatne. – Nie wszystkie. – Fakt. Nie wszystkie. – Tak jak nie wszyscy faceci są twardzi. – Dziś rzadko który facet jest twardy. – Ja tam cholera jestem twardy jak skała. – No raczej. Gadka ciągnęła się dalej, jakaś menelica podeszła do nich i zapytała czy mają drobne na wino. Nie miała połowy zębów, a włosy wcale nie wyglądały jak włosy, a może jak włosy, tyle że u ofiary Czarnobyla albo Hiroszimy. Nie dali kasy, ale Julek pozwolił jej dopić resztkę swojego piwa. Kiedy poszła zapytał go: – Słuchaj Julek, nie miałbyś nic przeciwko jakbym wziął od niej numer? – Kurwa, po co ci numer tej capiącej pizdy?! – Mówię o Alicji. – Chłopie odradzam, ale rób co chcesz. Prawdopodobnie i tak cię oleje. – Dlaczego? – Bo właśnie w tym momencie się na nas patrzy. Chwilę później ktoś do nich krzyknął i przysiadł się do stolika. To był znajomy Julka z akademika, dzielili razem pokój. Tymek trochę o nim słyszał, ale nic dobrego. Gość wyglądał mizernie, w wieku dwudziestu paru lat miał już goły plac na czubku głowy. Oczywiście łysienie androgenowe nie było niczym do śmiechu, ale ten gość podobno sobie na to zasłużył. Miał głos jak nastolatek w czasie mutacji, a w oczach tkwiło coś patowego. – Nie znam cię – powiedział, wyciągając rękę. – Ja jestem Robuś. – Naprawdę każesz mówić do siebie Robuś? – Wszyscy tak na mnie mówią. Tymek uścisnął jego dłoń, która przypominała wilgotną ciastolinę. – Jesteś znajomym Julka? – spytał. – Nie. – To co razem robicie? – Tak tylko sobie siedzimy. – Fajnie. – W pytę. – No. W pytę. A mogę frytkę? Tymek dał mu znak, że może się częstować. Robuś teraz siedział, patrzył na nich i sięgał co chwilę do papierowego talerzyka, jadł w ciszy i to było tak niezręczne, że w końcu Julek powiedział mu, że ma stąd wypierdalać. Tymek natomiast zapytał go co trzyma w tej folii, z którą przyszedł. – Bluzę – odparł. – Jaką kurwa znowu bluzę? – spytał Julek. – Dwa dni temu znalazłem bluzę na przystanku, którą zgubiła jakaś dziewczyna i zanim się zorientowałem co i jak to już odjechała. Teraz z nią chodzę wszędzie w razie czego. No rozumiecie, że kiedy ją nagle spotkam to od razu mogę ją oddać. No i pewnie ona to doceni. I da się zaprosić. – Na co? Na ruchanie? – Na kawę. Julek coś tam wspominał Tymkowi o tym swoim koledze z pokoju, głównie to, że był pierdolonym simpem, łamagą i prawdopodobnie prawiczkiem. Wierzył w takie gówno jak miłość od pierwszego wejrzenia i bratnia dusza w ciele kobiety. – Jak wyglądała ta dziewczyna? – zapytał Tymek. – Jak Kleopatra. – Naprawdę? – Tak. – Tak jak tamta? Robuś spojrzał i zamarł na chwilę z frytką w dłoni, która zawisła na granicy śmierci w jego rozdziawionej japie. Julek złapał za tą frytkę i rzucił mu nią w twarz. – Co jest cioto? – zakpił Julek. – Zakochałeś się? – Chyba tak – wystękał Robuś. – Ty pedale zasrany. – Gej nie może zakochać się w babce – stwierdził Tymek. – Fakt. – Chłopaki to jest ona. Naprawdę. Potem zaczęli gadać o tym, że świat nie może być taki mały, ale dobrze wiedzieli, że potrafił momentami się skurczyć jak guma w tanich gaciach. Robuś zaczął panikować, gadać coś bez ładu i składu. Wyglądała na podnieconego, chorobliwie, niezdrowo podnieconego. Tymek patrzył na niego z niechęcią, bo nie potrafił sobie wyobrazić tego, że taki frajer zaraz podejdzie do niej i odwali podryw stulecia, który nie daj Boże może jeszcze wypali. Dlatego wstał, zabrał folię Robusiowi, wyjął z niej bluzę i poszedł w kierunku dziewczyny. Złapał ją w drzwiach do lokalu. – Słuchaj miałem poczekać do końca twojej zmiany, ale nie mogłem już dłużej wysiedzieć – powiedział i podał jej czarną bluzę. – Zostawiłaś ją kiedyś na przystanku autobusowym. – Och… – jęknęła niewinnie. – Już prawie pogodziłam się z jej stratą. – Nie ma za co. – Dziękuje. – Może dasz się gdzieś zaprosić? W ramach znaleźnego, co? – Późno dziś kończę. – Cierpię na bezsenność. – Ja w sumie też. Pogadali jeszcze chwilę i powiedziała mu, że może na nią poczekać jeżeli chce. Potem przeprosiła go, bo musiała wracać do pracy. Tymek wrócił do Julka i Robusia. – Odebrałeś mi jedyną szansę na miłość – powiedział Robuś. – Zabrałeś moje przeznaczenie. – Skoro ci je zabrałem to znaczy, że nigdy nie było twoje – odparł. – Poza tym to wszystko bzdury. Przeznaczenia nie ma, jest tylko kac nad ranem, kiedy za dużo wypijesz. – Dobrze powiedziane – przyznał Julek. Wykopali w końcu Robusia, ale tematy jakby się skończyły. Potem Julek się zabrał, a Tymek poczekał do końca zmiany na dziewczynę. Trwało to bite dwie godziny. Nudził się, ale postanowił więcej nie pić. Przeczuwał, że zaliczy ją jeszcze tej nocy i ta myśl łaskotała go po karku i jajach. Czuł się niemal jak napalony szejk na sekundę przed wejściem do swojego haremu. – Pewnie już wiesz, że mam na imię Alicja – powiedziała, kiedy do niego podeszła. Założyła tą czarną bluzę, którą jej dał. Prawie sam uwierzył w to, że znalazł ją na przystanku. Miał już w głowie nawet fikcyjny obraz całej sytuacji. A może cholera to była jednak prawda? Może to on był na tym przystanku, a nie Robuś? Przeznaczenie istnieje? – Wiem – przyznał. – Ale jak ty masz na imię? – Tymoteusz. Tymek. – Jak ten tani płyn do zmywania naczyń. – Albo ten raper. – Nie znam. – Ja właściwie też. Ruszyli w dół ulicy i chwilę później oznajmiła mu, że ma ochotę wypić drinka albo dwa. Wparowali do jakieś otwartego baru. Światło sączące się z żarówek było różowe, a większość klienteli stanowili faceci. Drinki podawano w kolorowych szklankach z palemką. To był gejowski bar. Dwóch facetów chciało stawiać Tymkowi alkohol. Podziękował, ale nie skorzystał. – Właściwie to możemy napić się szotów – powiedziała. – Szybciej mnie wtedy bierze. – W porządku. Wypili bardzo szybko po trzy wściekłe psy. W pewnym momencie zdjął rękę jakiegoś gościa z ramienia. Tamten oczywiście przeprosił za swoje zachowanie. Ich dobre maniery go denerwowały, chcieli go przecież wyruchać, ale chcieli jednocześnie zrobić to niby przez pomyłkę. – Nie podoba ci się tu? – zapytała, lekko rozbawiona. – Nie bardzo. – Za dużo gapiów? – Za dużo. – Tak zwykle mamy my, dziewczyny. Nie można w spokoju wejść do baru i się napić, bo ciągle ktoś cię zaczepia. – Współczuję. Potem zapłacił i wyszli z lokalu. Wrócili na ulicę i ruszyli dalej, właściwie nie wiedział gdzie idą, bo ona prowadziła. W pewnym momencie, kiedy znaleźli się w świetle miejskiej lampy, objął ją, obrócił jak w tańcu, a potem pocałował. Nie oponowała. – Lubisz tańczyć? – zapytała. – Niezbyt. – To skąd to? – Tak jakoś. Impuls. Przysunęła się do niego i pocałowała go znowu, tym razem z języczkiem. Smakowała dziwnie, ani przyjemnie ani odpychająco. Pierwszy raz coś takiego miał, bo zwykle usta dziewczyn kojarzyły mu się z owocami. – A to skąd? – spytał. – Impuls – odparła. Szli jeszcze kilka minut, głównie w milczeniu, ale to była dobra cisza. Nagle znaleźli się na osiedlu, minęli kilka bloków i zatrzymali się pod jedną z klatek. – Za loda stówa, klasyczny seks dwieście, jeżeli chcesz żebym wzięła w tyłek to pięćset – oznajmiła, patrząc na niego poważnie. – Oczywiście wszystko w gumie. – Słuchaj mała… – rzucił zmieszany. – Ja nie myślałem, że ty… – Że ja co? – No wiesz, co… Patrzyła na niego, a jej oczy wcale mu się nie podobały. Potem wybuchnęła śmiechem, który go autentycznie przeraził. Jakby usłyszał obłąkany ryk z czeluści piekieł. – O cholera, stary! – rzuciła. – Ale dałeś się wkręcić! – Serio? – Ale miałeś minę, naprawdę. Nawet teraz masz. Otworzyła drzwi i weszli do środka. Poczekali na windę, wsiedli i pojechali na siódme. – Musimy być cicho, bo wynajmuję pokój u takiej jednej babki – powiedziała. – Nie lubi jak kogoś przyprowadzam. – Wkurwi się? – Jest głucha i ślepa, ale musimy zachować ostrożność. Nie chcę żeby mnie wykopała, bo nie będę miała gdzie iść. – Jasne. Wysiedli z windy i chwilę później znaleźli się w mieszkaniu. Nie włączyli światła. Dopiero kiedy znaleźli się w jej pokoju, Alicja zapaliła nocną lampkę. – Poczekaj chwilę – powiedziała. – Zaraz wracam. Wyszła, a on rozejrzał się po pomieszczeniu. Mizernie wyposażona klitka. Nad drzwiami wisiał krzyż. Na parapecie stała w doniczce zasuszona roślina. Niewielkie biurko, robiące również za toaletkę, całe było zagracone. Krzesło służyło za wieszak dla kilku warstw ubrań. Na podłodze też leżały ubrania. Łóżko miała rozgrzebane, ale chyba w miarę czyste. Wróciła ze szklanką, nożem kuchennym, butelką wody i czymś w dłoni. – Poszłam sprawdzić czy stara jeszcze dycha – oznajmiła. – I co? – Na szczęście tak. – Myślałem, że jej nie lubisz. – Bo nie lubię. Ale daje mi dach nad głową. W dłoni miała białą tabletkę, którą wrzuciła do pustej szklanki i drugim końcem noża zaczęła miażdżyć ją na proszek. Potem zalała to wodą, wymieszała i wypiła duszkiem. – Nie potrafię przełknąć tabletki, niezależnie od jej rozmiaru. Mam w głowie jakąś blokadę – wyjaśniła. – Co to? – spytał Tymek. – Sama do końca nie wiem. – odparła. – Pomaga mi czuć się lepiej. Uśmiechać na co dzień. Wstać w ogóle z wyrka. Rozumiesz o czym mówię? – Chyba tak. – Nie musisz w sumie rozumieć. Nie po to tutaj przyszedłeś. – A po co? – Żeby mnie wydymać, zerżnąć, wyruchać, zaliczyć, przelecieć, wyjebać, wypierdolić czy jak to jeszcze nazywacie. – Nazywamy? – Faceci. Bo dżentelmenów już nie ma. – Może być jeszcze przedmuchać. – Na przykład. To co? Zrobimy to, żebyś mógł już sobie pójść? – Pewnie. Zaczęła się rozbierać, robiła to powoli, z pewną nutką klasy i musiał przyznać, że bez tej sukienki wygląda nawet lepiej. Miała świetne ciało, jędrne piersi z brązowymi brodawkami, wcięcie w talii, pełne uda, piękny tyłek i nieogoloną cipkę. Dostrzegł tatuaż nad kostką i jeszcze jeden na lewym boku klatki piersiowej. Położyła się na plecach, rozłożyła szeroko nogi, a on w tym czasie błyskawicznie ściągnął ubranie. Założył prezerwatywę i wsadził go jej bez ceregieli. Wiedział, że powinien inaczej to rozegrać, ale był zbyt podniecony całą sytuacją. Zaczął ją posuwać, robić to na misjonarza. Przez moment gapił się na jej twarz, w jej czarne oczy, ale niczego nie wyrażały. Nie chciała już się całować, więc zaczął ssać jej cycki, raz jeden, raz drugi, ale sutki pozostawały miękkie jak owocowe żelki. Pieprzył ją, zasuwał jak królik, a ona zupełnie na to nie reagowała. Jej twarz nawet się nie zarumieniła. Nie było mowy, żeby jej dogodził. Kilka sekund później zupełnie przestało mieć to znaczenie. Nie zmienił pozycji, nie zdążył. Doszedł. Cała akcja nie trwała nawet dwóch minut. Poczuł się głupio. – O cholera – wysapał. – No – przytaknęła. – Możemy spróbować za kilka minut jeżeli chcesz. – Jak wolisz. Usiadł na jej łóżku i chwilę na nią patrzył. Mimo ponętnego widoku, odechciało mu się zupełnie. – Słuchaj Alicja… – zaczął. – Nie ma problemu. – Zostałbym, ale wiesz… – Jasne. Ubrał się bez słowa, a potem wyszedł na korytarz i wszedł do kuchni. Zapalił światło i znalazł kosz pod umywalką. Wywalił prezerwatywę. Kiedy się odwrócił stała za nim stara baba, ta właścicielka. Wyglądała tragicznie, jak strach na wróble. Patrzyła na niego w ciszy, szczęka drgała jej niczym w horrorze, cała się właściwie trzęsła jak z zimna. Nie odezwała się jednak. On też nie. Wyminął ją i wyszedł z mieszkania. Dwa dni później znów siedzieli w lokalu, w którym pracowała Alicja. Oboje z Julkiem jedli frytki i popijali piwo. Obsługiwała ich inna kelnerka. Miła dziewczyna, ale zupełnie nieapetyczna pod względem fizycznym. – No i co? – zapytał w końcu Julek. – No i nic. – Dymałeś ją? – Tak. – I jak? – Miałeś rację. – Mówiłem ci. Cholera zimna jak lód. Oglądali się za nią jakiś czas, ale dobrze wiedzieli, że nie ma to większego sensu. Dostali już swoją szansę i ją spierdolili. Dopili więc piwo i poszli gdzieś indziej. Żaden z nich więcej już tutaj nie wrócił. Marcin Mielcarek (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych oraz dwóch powieści: Sztuka latania (2022) i Skoczek (2024). Mieszka w Zielonej Górze.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (16)
Ech, zagoniony człowieku! Znasz już wszystkie 'medytacje' naszego świata? No to tej nie znasz :). Bo i spokój, i harmonia, bla, bla, bla... nie wybrzmią dobrze bez jednego, istotnego akcentu. To nie jest żadna sekretna wiadomość, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - ale ta prawda pociąga za sobą dalekosiężne konsekwencje. Wypróbuj tę opcję! Oto medytacja punktu siedzenia. Nie ma tu zadęcia, jest za to... no cóż, Twoja, kochana, poczciwa .... A to ona przypomina o grawitacji i o innych prawach tej rzeczywistości. Usiądź wygodnie. Pooddychaj. Posłuchaj. Posiedź sobie i weź doceń. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Grzegorz Tomicki – Frenezje 2
Niewysłowiony ton Co wiemy na temat sztuki skrzypcowej Pietra Locatellego prócz tego że był wirtuozem bożym czy znamy szczegóły dotyczące jego techniki oraz stosunku do różnych pozycji trzymania rzemyczka co mówią źródła z epoki dlaczego jego gra tak bardzo się podobała i tak bardzo się nie podobała z całą pewnością zaglądał w intymne zakamarki muzyki jej czułe zakątki zwinnymi palcami szukał na gryfie wszystkiego co można było na nim odnaleźć w zakresie techniki skrzypcowej i czego wcześniej tam nigdy nie było wrażliwych punktów oparcia newralgicznych clitoris płatków róż niektórzy mówili że pięknie ornamentował wyszukane ejakulacje niektórzy mówili że jego technika jest prosta i użytkowa jak dmuchany materac niektórzy mówili że miał fantastyczną technikę prawej ręki bo robił nią rzeczy których nie robił lewą kręcił młynki w antraktach między frazami poszczególnych pasaży lub smyczkiem trzymanym w ustach naśladował odgłosy puchacza nie wiadomo do czego się jeszcze posunął czego dopuścił niektórzy mówili że błyszczał brawurą w posługiwaniu się koloraturą inne źródła podają że był nonszalancki znany ze sprośności technicznej lewej ręki co było związane ze szczególną budową długich i giętkich palców których pozazdrościł mu Paganini podobno potrafił wydobyć ze skrzypiec taki wysoki dźwięk że słuchający go w Rzymie kanarek spadł z żerdzi wprost na otwarty z wrażenia dziób jak oderwany od pudła strunociąg musiała być to muzyka przekraczająca ramy harmonii coś ogromnego pochodzącego spoza naturalnego uniwersum miałem kiedyś podobny przypadek siedziałem z naćpaną dziewczyną słuchając skocznych piosenek kiedy jakby odcięło mi prąd świat rozpękł się wpół a dwie jego połowy runęły na siebie tworząc w pustej przestrzeni potężny lej obudziłem się na OIOM-ie w towarzystwie licznych kroplówek w żyłach płynęła mi prędka krew a w głowie rozbrzmiewał marsz na orkiestrę symfoniczną z solowymi partiami skrzypiec w formie popisowych kaprysów etiud kadencji zależnie od terminologii jakiej będziemy używać myślałem że przepadnę na wieki jak zapomniane melodie których nikt nie zapisał o czasie albo zapisał ale po czasie znaleźli się tacy co mieli fantazję palić nutami w piecach idei albo ze zwykłej ludzkiej małości rozpalać nimi ogniska zapalne śmiertelnych plag lecz postawili mnie szybko na nogi jak nie przymierzając lampkę szampana w fajerwerkowo-szatańską noc inaczej mówiąc naciągnęli na ślimak kręcąc kołkami w rytmie marszowym przechodzącym w rwąco-szarpany marszobieg przywrócili do normy jak nazbyt figlarny dźwięk z tym że wewnętrzna muzyka gdzieś uleciała przepadła i coś razem z nią jakiś niewysłowiony ton lekarze to podłe istoty. U Knejpy Poza indiańską pomywaczką oraz garstką żon pracowników tartaku które pomagają kucharzowi w drwalskiej stołówce rzadko jadają kobiety wyjąwszy weekendy kiedy niektórzy mężczyźni powiedzmy ci mniej codzienni przychodzą rodzinnie i wszyscy poczynają sobie dość stadnie i smacznie lecz wystarczy że któryś z nich umrze zginie przepadnie w akcji wartkiego spływu dół rzeki rozstań pożegnań tęsknoty a dania serwowane przez kuchnię stają jakby mniej strawne choć w smaku jakby bogatsze tak mogłaby się zaczynać kulinarna opowieść o życiu powszednim czerstwych drwali flisaków oraz ich dziarskich siłaczek uwijających się niestrudzenie przy stołówkowej robocie oraz nawiązujących i rozwiązujących szybkie relacje na jednym z zapomnianych przez bary sieciowej obsługi i wykwintne restauracje końców któregoś ze światów tymczasem na cyklotrasie między rozstajami U Knejpy a Bílé Kuchyně po czeskiej stronie Izerów spycha mnie na nieistniejące choć mocno podmokłe pobocze autokar inkrustowany masą perłową poniemieckich turystów emerytów święta Mario miej ich w niemieckiej zdrowotnej opiece czy też mówiąc inaczej odstawia mnie na mniej uczęszczany tor przeszkód obwoźna wyprzedaż niewczesnych atrakcji chociaż musiałem coś chyba pomylić bo widzę ich potem na vihlidce Krásná Máří (Schöne Marie Felsenaussicht, 884 m n.p.m.) jak zajadają się kanapkami z kiełbasą i bananami coś przy tym mlaskając coś popijając uważnie przy tym słuchając forsownych wynurzeń dwóch przewodników po światach lotnych fantazji wciskających im pszczeli kit bajdy podania legendy w językach o dziwo angielskim i czeskim chyba że była to wycieczka o profilu lingwistyczno-krajoznawczym a nie oniryczno-sentymentalnym nie jestem już młody czasem mylę ludzi języki atrakcje zawsze ze szkodą dla faktów i tylko niekiedy z pożytkiem dla urody narracji aczkolwiek wątpliwym cokolwiek to znaczy miałbym ochotę powiedzieć „serdeczne dzięki za pamięć nawzajem wszystkiego dobrego w tym kiepskim świecie w tym pięknym lesie w tym zaszłym czasie pozdrawiam z Cieplic” i dodać jakieś skrzętne postscriptum ale wiadomo jak jest gdzie mi do Cieplic gdzie do mojej najdroższej obietnicy Innego Życia albo chociaż mniejszego więc może i słusznie podnosisz świąteczne larum lamentum fastidium zwróć jednak uwagę na powtórzenia w rozmyślaniach Aureliusza zwróć uwagę na podróżne subsydium nieznanych bóstw zwróć uwagę na niepokalaną symetrię ciała i duszy i na to że całe te Czechy poniekąd zmyśliłem wyjąwszy może te Kuchyně a Knejpy wyjąwszy może same początki tych zmyśleń wyjąwszy może końce tych światów wyjąwszy te szczątki które w nich tkwią. Powszechna historia popędów Kasi Im częściej jak zdechły pies dopada mnie smutek poczucie bezsensu i bezwartościowości tym mocniej reaguję na oceny krytykę nagonkę negatywizm defetyzm nigdy nie byłam gotowa na otoczenie i jego bezwzględne struktury z którymi egzystencjalnie jestem nierozerwalnie związana męczy mnie to jak suchy kaszel w upalny dzień jak wilgoć wchodząca pod skórę jak rzep chciałabym się rozwiązać rozwinąć oderwać od ziemi która się nieustannie usuwa podsuwa usuwa chciałabym wysunąć się przed nią aby moje zewnętrzne objawy miały źródło wyłącznie we wnętrzu i stamtąd tyralierą ruszały w świat jak kręgi zaprzyjaźnionych znajomych grupy ciągłego wsparcia punkty oparcia które odeprą każdy społeczny niefart każdy afront każdy frontalny atak które się oprą zakusom efektywności w działaniu osobistym korzyściom duchowi przedsiębiorczości całej tej sofistyce przeciwdziałania negatywnym skutkom umieralności nie wiem czy się dobrze wysławiam ale jak dziecko jak mała dziewczynka próbuję oswoić narzucone mi środowisko wyrugować z niego wszystko co dołuje i podcina skrzydła przejawom życia w ulotnym zachwycie tym cudnym ptaszyskom które jeśli mnie niosą jeśli łaskawie unoszą nad łąką czasu lasem przeciwieństw upadłą masą zatwardziałości to czynią to bez oczekiwania na wdzięczność otóż przeszłość to nie jest zestaw środków chemicznych precyzyjnie dobranych pod kątem ich skuteczności w minimalizowaniu niepożądanego oddziaływania na chwilę obecną to nie powszechna historia popędów ani ich fikuśnie splątanych losów ubrana w chwytliwą narrację która zastąpi każdy stan rzeczy każdą faktyczną niepewność wszelki ontologiczny szum i tromtadrację teraźniejszość to nie sen androidów o elektroniczno-onirycznych owcach przyszłość to nie fizyczny skład ludzkich ciał wyjaśniający ich efemeryczny wzajemny pociąg to nie są pojęcia z zakresu nauk stosowanych lecz nieokiełznana newralgiczność która dowolnie zmienia wektory z krytycznych na nieobyczajne lub pełne miłości i vice versa kiedy znajdę na nie stosowne słowa nazwy imiona to się nimi do was odezwę nie zapomnę nas wszystkich ocalić a może po prostu zajmę się sobą po prostu niczym. Grzegorz Tomicki (ur. 1965) – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości (2023), Liryka drogi (2024) oraz monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015). Autor artykułów naukowych z zakresu literaturoznawstwa, historii, psychologii i socjologii. Mieszka w Cieplicach.
- Katarzyna Woydyło – Gdzie jesteś, Gary?
Nawet gdybym już na początku zapytała kogoś z nich, skąd wziął się Gary, prawdopodobnie ich odpowiedzi różniłyby się od siebie. Od moich przypuszczeń odbiegłyby zresztą tak samo. Niewiedza na temat pojawienia się tego mężczyzny nie dawała mi spokoju przez kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Spędziłam je na spotkaniach online dla kobiet poszukujących prawdy. Na trzecim spotkaniu megabajty dodały mi pewności siebie i odważyłam się opowiedzieć o Garym. Im dłużej mówiłam, tym więcej szczegółów mi się przypominało, a jednak nie sprawiło to, że bliżej byłam mężczyzny, którego szukałam. Wspomniałam o jego zabawnie przystrzyżonym wąsie i przyciasnych koszulach, w których dwa guziki za każdym razem groziły wystrzałem. Opisywałam dziwaczne imprezy, na które nas zapraszano, ale nie powiedziałam nic o zasadach, których nauczył mnie Gary. Od początku traktowałam je jako przeznaczone tylko dla mnie. Mistrz skomentował moją lakoniczną opowieść tak samo jak manifest innych uczestniczek: Na każdą opowieść jest mistrzowska przypowieść, a potem opowiedział nam o swoim podopiecznym, który dekadę spędził na uganianiu się za kobietą, która mu się przyśniła. Dopiero dogłębna analiza jego snów pozwoliła im udowodnić, że nigdy jej osobiście nie spotkał. Uczestniczki pokiwały wtedy zgodnie i z uznaniem dla Mistrza. Na ich twarzach wykwitły rumieńce o gęstości kilku pikseli. Ludzie, którzy bywali w tych samych miejscach, co Gary, ledwie go pamiętali. Jedna dziewczyna, z włosami koloru dojrzałej maliny, przypomniała sobie wykręconego wąsa, ale nie potrafiła powiązać twarzy Garego z jego imieniem. W końcu od pytań Ale czy to na pewno on? Czy możliwe, żeby ten gość nazywał się Gary?, rozbolała mnie głowa i musiałam skończyć ten temat. Inni nie łączyli Garego z żadną imprezą, a przecież ktoś musiał wprowadzić go do naszego klubu. Ostatecznie znudziło mnie przepytywanie osób, którym Gary nie mącił snu, tak samo jak mnie. Po krótkim to na razie! jednym kliknięciem usuwałam ich z kręgu znajomych. Nie pomogły spotkania z Mistrzem, ani rozmowy w kręgu ludzi, którzy po tygodniu przestali być dla mnie ważni. Nikt nie powiedział mi więcej, niż rok temu Gary, wtedy, gdy samotne wieczory zalepiały mi łzami powieki, a poranki uwierały jak najgorszy kac. Kaca leczyłam metodą klin klinem, to znaczy wyszukiwałam ludzi, z którymi kiedyś byłam w kontakcie i odzywałam się do nich po latach. A ja, jak już złapałam kontakt, to tak długo potakiwałam, aż w końcu pozwalali mi napisać o sobie. Pierwsza rada Garego: Masz mniej niż pięć sekund na wszystko, co ważne. P i ę ć sekund. Czy mogę kogoś zainteresować sobą w zaledwie pięć sekund? Gdyby nie powiedział tego z tak dużą pewnością siebie, uznałabym to twierdzenie za niemądre i zapomniałabym o nim. Jego głos był jednak donośny i przewyższał decybelami odgłosy muzyki, która miała sprawić, że nasze ciała poruszą się w pierwotnym rytmie. Z boku wydawało się, że Gary mruczy coś pod nosem, ale wcale tak nie było. Mówił do mnie powoli. P i ę ć s e k u n d - usłyszałam wyraźnie i od tego momentu pięć sekund stało się moją obsesją. Zaczęłam liczyć, ile trwa skasowanie w autobusie biletu, zjedzenie kostki czekolady, wywołanie u kogoś uśmiechu. W końcu wszystko, co przekraczało pięć sekund, stawało się dla mnie niewarte uwagi. Odliczałam nawet ile trwa pocałunek, a jeżeli komuś patrzyłam w oczy, to również tylko przez króciutką chwilę. Nie pozwalałam sobie na to, by się beztrosko zagapić, bo wtedy musiałabym tę osobę skreślić tak samo, jak wszystko inne, niewarte utraconego czasu. Moim podstawowym pytaniem jest to, skąd wziął się i gdzie jest teraz Gary. To dwa pytania, zauważył Mistrz. Kobiety na łączach zrobiły głupie miny, a ja miałam po raz pierwszy ochotę wyłączyć im twarze na zawsze. Na raz nie chciałam być wywoływana; zmuszona, żeby co spotkanie uściślać, o co mi tak właściwie chodzi. Przecież obydwa pytania dotyczą Garego, tłumaczyłam rozżalona Mistrzowi. Jaka to różnica, czy to jedno, czy dwa pytania, skoro Garego i tak nie ma. Mistrz pokiwał głową ze zrozumieniem, ale odłączył mój mikrofon jednym kliknięciem. Ostrzegł nas na początku, że tak właśnie będzie, gdy dopuścimy do siebie negatywne emocje i damy nim nad sobą zawładnąć. Na trzy sekundy złość odebrała mi oddech i cierpliwie trzymała ciało w stałym stanie skupienia, aby nic ze mnie nie wyparowało. Zamknęłam laptopa. Gary byłby ze mnie dumny. Pięć sekund, jakich nie spierdoliłam. Druga rada Garego: Bądź blisko. Spotkania z Garym trwały mniej, niż minutę. Po minucie Gary odchodził i tego samego wieczoru już do mnie nie wracał. Czasami próbowałam odnaleźć go w tłumie, byłam ciekawa, skąd wie, co mi dolega. Gary gubił się jednak w klubie, albo opuszczał knajpę na długo przede mną. Bez pozostawienia śladu w postaci opróżnionego drinka, czy niedojedzonej przystawki. Jedyny ślad pozostawiał mi w głowie i na ubraniu. Na lewym ramieniu wykwitało za każdym razem mokre odbicie jego dłoni, przez co czułam, jakbym część Garego zabierała ze sobą do domu. W głowie pozostawała zaś rada, jakiej udzielił mi głosem mędrca ze snu, który w ciągu sekundy objaśnia zasady działania całego świata. Po raz drugi zostałam zaproszona na imprezę z okazji końca świata. Jak to możliwe, że świat nie skończył się za pierwszym razem? Czy nasze brzuchy nie eksplodowały od tłustej pizzy na grubym cieście i wódki z colą rok temu w podmiejskiej dyskotece? Miałam na sobie cekinową spódnicę i bluzkę z wycięciem w kształcie serca na plecach. Mężczyźni zamienili garnitury na stare, sprane koszulki. Tylko Gary miał na sobie koszulę, która trzymała go w ryzach jakby świat miał się naprawdę za chwilę skończyć. Gary powiedział mi, że wyglądam kosmicznie, a w moim żołądku wódka z colą tworzyła jedne z ostatnich remiksów, wciąż lepsze, niż te płynące z głośników. Czkawka plątała nam się pomiędzy słowami, aż w końcu słów zabrakło, a ja myślałam, że skonam, że skończę się jeszcze przed końcem świata. Gary przez pięć minut trzymał mi włosy. Trzecia rada Garego: Zapomnij. Niepamięć dręczyła mnie już wtedy, gdy pierwszy raz zagadałam do Garego. Cześć, chyba się jeszcze nie znamy. Odpowiedział: Pamiętałbym. Ja bym nie pamiętała, nie powiedziałam mu tego. Gary zapytał jednym ciągiem: po co przyszłam, czy kogoś tu znam, kto mnie wprowadził. Mogłabym się założyć, że te kilka pytań zmieścił dokładnie w pięciu sekundach. Opowiedziałam mu, że do klubu wprowadził mnie brat i że nawet po jego zniknięciu wciąż przychodzę do klubu. Niby to sobie przepracowałam, a jednak za każdym razem na wspomnienie o bracie głos drżał mi tak, jakby ktoś zarzucił w głębi mnie kotwicę i nie umiał odbić się od pustki, która we mnie gęstniała. Mam kontakt z jego znajomymi, dodałam prędko, a żeby wyprzedzić pędzące ku zamkniętym powiekom łzy. Nie wspomniałam Garemu, że sama każdego poranka ten kontakt odnawiam. Gary wiedział zadziwiająco dużo o moim bracie. Wiedział, że jego ulubione ciasto, to cynamonka ze śliwką i podziwiał go za okazałą kolekcję kalendarzy. Gdy zaczął opisywać mi wszystkie znamiona brata, a nawet powiedział, że wyhodował sobie wąsa dlatego, że przegrał z nim ostatni zakład, spojrzałam w jego stronę uważniej. Ten jeden raz byłam świadkiem przeistoczenia. Gary zmieniał się z obcego mi dotąd człowieka w doręczyciela niepoznanych przeze mnie historii o bracie. Wierzyłam w to, że jeśli wysłucham wszystkich do końca, opowie mi w końcu ostatnią historię, tę najbardziej przeze mnie wyczekiwaną. Niczego więcej mi wtedy nie powiedział, a każde nasze kolejne spotkanie stanowiło swobodne opadanie na dno niepamięci. W końcu stałam się niepewna nawet tego ostatniego spotkania z Garym. Pamiętam tylko, że był to egzotyczny klub, w którym serwuje się drinki z ananasem na bazie wody z prawdziwego kokosa. Muzyka dogrywa rytmicznie, a jednak niektóre brzmienia budzą niepokój, jak ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Gary rozmawia z niezbyt wysokim mężczyzną w błękitnych mokasynach, po chwili wyczuwa, że gapię się na kołnierz jego koszuli, przeprasza grzecznie niskiego elegancika i podchodzi do mnie. Na początku zagaja, co u mnie. Na odchodne mamrocze pod nosem: odpowiedzią są kalendarze. Nie miałam kluczy do mieszkania brata. Za każdym razem musiałam prosić o nie matkę. Niewiele razy prosiłam. Tuż po zamknięciu podwójnych drzwi pozwalałam sobie na szloch głębszy i dłuższy, niż to było dopuszczalne w towarzystwie rodziców. Nawet opuszczone, mieszkanie brata pozostawało dla mnie w dalszym ciągu mistyczne. Po jego zniknięciu, niczego nie ruszaliśmy. Na ścianach wciąż wisiały kartki z różnego rodzaju kalendarzy, na komodzie piętrzyły się jego dzienniki. Upływ czasu wydawał się być tu wciąż namacalny, tyle że brakowało strażnika, który rozumiał ten przedziwny system. Nikt z nas nie był w stanie przeglądać jego notatek, a nawet przebywać w mieszkaniu dłużej, niż trzeba. Zegary tykały tu niby w podobnym tempie, a jednak do uszu docierało nieznośne echo. Ta milisekunda różnicy, która nie mieści nawet tęsknoty za bratem. Tak miało być i tym razem. Miałam przyjść i pozwolić sobie na nieograniczone przysłuchiwanie. Miałam nadzieję, że jeśli przysłucham się uważnie temu jak szeleści niezapisany papier, to znajdę odpowiedź na to, co stało się z moim bratem. Patrzyłam na kartki z różnymi datami, które powiesił nad swoim łóżkiem. Możliwe, że utknął w jednym ze zdarzeń w przeszłości. Spojrzałam na zaścielone łóżko. Jedyny mebel, na którym nie piętrzyły się kalendarze i książki. Położyłam się na nim, a lewą rękę opuściłam na podłogę. Między panelami wyczułam złożoną na pół kartkę. Pismo było pochyłe. Początki słów rozmazały się, jakby spisane zostały w pośpiechu. Ostatnie słowo odbiegało od reszty. Słabo dociśnięta dłoń zaznaczyła jedynie niezgrabny brzuszek. Reszta mogła być brakującymi literami, albo delikatnie nawracającą falą. Gary, tak jak ci obiecałem, jestem już blisko Katarzyna Woydyło (ur. 1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim i Kursu Pisania Powieści KMLU. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim", "Epei", "Twórczości" i "Zakładzie". Mieszka w Zabrzu, najszczęśliwsza bywa w kasku. Narciarskim lub rowerowym.
- Wojciech Brzoska – osiem wierszy
zmiany klimatyczne dziewczyna w potarganych rajstopach mówi: zmieniają się tylko ludzie, a ja jestem wciąż w tej samej historii. jak ten młody chłopak przed dworcem, przez kilka minut w powietrzu udający grę w baseball. przydałyby się wiosenne porządki w samym środku zimy, kiedy podmuchy ciepła prowokują, żeby na nowo zakwitnąć. *** tropiciele mowy miast: od beztroskiego dzieciństwa do rób to co kochasz. nowa dwuosobowa grupa spacerowa zawiązana dzisiaj, po sfotografowanych napisach. dzisiaj sam obserwowałem setki białych plam na skutych lodem stawach. dziwna choroba chłodu. i mój cień przemykający niepostrzeżenie po korze. *** jego główną wadą była niecierpliwość. ona zazwyczaj spóźniała się. spotykali się wpół drogi. w pracy. nad sobą *** nie dam ci siebie w żadnej postaci oprócz tekstu (Dycki) sobą pisani czy sobie sami? nawzajem przez siebie czytani. postacie pod postaciami tekstów nad tekstami. *** jadę do ciebie tą samą drogą do różnych miast. żeby cię złapać gdzieś pomiędzy wczoraj a jutrem. jadę przez poranne światło i dym. jadę do ciebie na siedząco tańcząc. jadę przez skąpane w słońcu szpalery nie drzew - lecz traw, stojących przy drodze jak chochoły. już nie wiem sam - najbardziej zdrowy czy chory. jadę przez cmentarz, gdzie zmarli rozmawiają z żywymi, tuż obok dworca. obok boiska z trumnami, ciągle jeszcze nie dla nas. jadą tak do ciebie bez końca. *** odszedł przedwcześnie, który jak nikt inny wcześniej najlepiej pisał o odchodzeniu. *** kobieta, która źle zapowiada. zjada głoski na torach. robi chaos w pociągach. to zwalnia, to przyspiesza. źle wróży- pośpiesznym i osobowym. siedząc w miejscu wciąż podróżuje w przeciwne strony. poranne wiadomości a na koniec dwa nieumundurowane konie, biegnące na początku sznura policyjnych radiowozów. nie wiadomo czemu, potem, na komisariacie nikt nie odbierał telefonów. konie skręciły w lewo, a policjanci w prawo. do tej pory nikt nie wie, co się tak naprawdę stało. Wojciech Brzoska (ur. 1978) – poeta, absolwent kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (2002). Autor dwunastu książek poetyckich ( m.in . "Przez judasza", "Jutro nic dla nas nie ma", "Senny ofsajd", "Fuertemuerte" ). W prasie literackiej zadebiutował w 1998 roku. Od tamtej pory regularnie publikował zarówno w polskich jak i zagranicznych periodykach literackich i kulturalnych, m. in. w : "Twórczości", "Odrze", „Tygodniku Powszechnym”, "Znaku", „Przekroju”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Studium”, „Lampie”, „Manuskripte” (Austria), „Ostragehege” (Niemcy), „Cordite Poetry Review” (Australia), „Sodobnost” (Słowenia) oraz w licznych antologiach. Jego wiersze były tłumaczone na : angielski, niemiecki, czeski, słowacki, słoweński, serbski, hiszpański i ukraiński. Jest wokalistą w zespole Brzoska i Gawroński, z którym wydał płyty: Nunatak (2012) oraz Słońce, lupa i mrówki (2015) i Zapominanie (2019). Współtworzy też trio Brzoska/Marciniak/Markiewicz które przekształciło się w Brzoska Kolektyw (płyta Brodzenie ukazała się w styczniu 2018 a Wpław w 2019). Z trio Piksele wydał płytę Martwe (2020). Jego najnowszy zespół muzyczny to Dendro, założone z saksofonistą Michałęm Sosną. Organizator spotkań literackich oraz koncertów. Pomysłodawca adresowanego do osadzonych Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jeana Geneta. Mieszka w Katowicach. Strona autorska : www.wojciechbrzoska.pl










