top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Dominik Żyburtowicz – dwa wiersze

    7 dni nowych                        Dla Artura Hnata 1. dzień  nowy pościel bez poszewki przez- roczysty rok  w godzinę mokry parapet  lśniące poddasze w lusterku skraj chmury  tam i tu  rozpływa się  jak myśl obaluno! miłość już  jej  nie ma dzień nowy 2. dzień  nowy biszkoptowy labrador  w wysokiej trawie patrzy na pana pan patrzy na labradora wierzę – jesteś tam wierzę – jesteś tam staje wiatr staje czas  na chwilę bo teraz ruszają razem na wyspę świętych  koni  kwiecień dzień  nowy 3. dzień nowy zawsze bardziej kocha bo wszystkie drogi otwiera jak  oczy  (przyjedź muzyko przyjedź) serce góry 100 kilometrów  pomiędzy wokal-piano-gitara puls (przyjedź  muzyko przyjedź)  dziękuję Bogu że możemy (czyżbyśmy zgłupieli?) z muzami schować się w nieba pościeli dzień nowy 4. dzień nowy gasną lampy a światło iskrzy w kałużach  na ulicy spadochroniarzy  śmiech wracających z nocnej zmiany ogniomistrzów z huty  toczą się po trotuarze  jak butelki po żarach  gwiazdach dzień nowy 5. dzień nowy rękopis  sennego Jana pociąg przez most i cumulus  Jan wzdycha przez sen  Jan śpiewa przez sen: czy delfin słoneczny la la zmieszał przebiśniegi  la la z deszczem?  dzień nowy 6. dzień nowy deszczówki nałapie w ramiona i drzewu i pszczołom i nasionom na suchych polach  gdzie przez miesiące toczył Henderson posąg sobota król deszczu wrócił  popłakać nad suchym lasem  o właśnie dotyka błękitu i  w prochowcu znika o znika dzień  nowy 7. dzień nowy konwaliowy ktoś uwolnił nas z pamięci dzwonki  dzwonki gdzieś bardzo daleko i biel  biel tutaj rosa  na siwych włosach strunach łzawiącej ze szczęścia niedzieli czy jesteśmy młodzi? tu  jesteśmy młodzi dzień nowy https://www.youtube.com/watch?v=6StwLcX06f0&list=RD6StwLcX06f0&start_radio=1   Dżinn listopadowy   1. Jakieś obce koty w mieszkaniu w szaleństwie po meblach, ścianach. Wybudzony uciekłem w miasto, pierwsze tak głębokie mgły ścigające wszystko jak sine lisy. Czy we śnie posnęły w rzeczywistość? Dżinn, dżinn, dżinn listopada i wszystkie drogi, aby obudzić – uszczypnąłem się:                                                                                z roz-                                   trzaskanego d.n.a  – przed lustro.  Z porysowaną twarzą?  Złamanym żebrem?  Się ocknąć.                        Hej,                                                                 hej!  (Lustrzaninie?)                                       Pan wraca do wyra!                                             – zawołała siostra,                                    przemykając po salach                           szpitala jak Dżinn na białym żaglowcu. 2. Deszcz, deszcz, w pełnym słońcu. Krople spływają po rozpalonej szybie. Płonąć? Zatonąć? Myśli świat na rozdrożu. I drży. Phlebas mdleje w chórze wyroków. Czeka. Czy bóg morza i znieczulenia serce  znowu przekłuje? Zniknęły klucze od domu. Zniknęła ona. Wszystko przez wiatr, który nas – głupie dzieci – unosi, a potem rozbija o ziemię w pustych mieszkaniach. Czy dożyjemy czterdziestki? 3. Płyń teraz Phlebasie z tygodniowej dyski, bez światła, bez strat i zysków,  unosząc się i opadając jak wrak  pod falami. I ty co kręcisz kołem, wierzący czy ateista, co wchłaniasz melanż jak amfę dni, pamiętaj: i Phlebas był kiedyś hulaką jak ty. Dominik Żyburtowicz  (ur. 1983) – poeta. Wydał siedem tomów wierszy: Żaglowce  (2015), Spaceboy  (2017), Klucze uniwersalne (2019), Remedorium  (2019), Przez sen i gwiazdę  (2021), Terapia Jana Bukowskiego 37 wierszy o trzeźwieniu  (2022), Ośrodek Poezji Społecznej  (2025).

  • Anna Maria Wierzchucka – Opowieści robaczkowe

    czy fiołki są w kolorze nieba uciekł wieloryb. powiedział burmistrz. miasta o nazwie tak skomplikowanej że niejeden połamał sobie na niej fiszbiny. znaczy zęby. a zresztą to wszystko jedno. złamanie to złamanie. połamanie też. rozbiegli się ludkowie (nie wymawiając żeby się nie połamać). rozbiegli. rozpostarli płetwy. chusteczniki. pancerze. buławki. w kapustowate. w rzepę. w chmury. przeganiali słodyszka. przeganiali. szukali tropów. plener aż po horyzont. załaman. kiczowaty zachód słońca. nastan. a tu kątem. oka. ogon. oj. wysoko. wysoko. przyjdzie wam się ludeczkowie złamać. załamać. burmistrz na kominie. rozpościera sieć. jak na wielgachnego motyla. ludeczkowie wznoszą. okrzyki. pieśni. doping. kwiaty przy ziemi. pojedyncze. grzbieciste. wolnopłatkowe. a płatek największy z ostrogą. reszta żyłkowana. też wznoszą. barwy. łącząc szkaradzieństwo. obrazka czy oset jest ateistą letniość. dwustronna. pikowana. z kotem. dawno dawno temu. w szczelinach skruszałych cegieł. dziurawych. dziurawkach. domów przedwojennych. okupacyjnych. i tych stawianych zaraz po. powój. zarasta. i glistnik. i pokrzywa i mlecz. a w kącie. cichy jaśmin. odradza się nawet z patyka. świat poza rajem. potępionych. rusałka osetnik. kubek niedopitej mięty. nie potrzebuję okrągłych metafor by wydłubywać z pamięci dziadków. dzikość. pożogę. łuny. ostropest plamisty. sylimaryny. dziewięćsił bezłodygowy. ostrożeń. oset. mleczny. co to włoski z zadziorkami. włoski pierzaste. miłosierdzie osierdzie. kłos. nie potrzebuję równiutkich neologizmów wymruczanych na znane melodie. co się zakorzeni to na amen. szczerbak czy maki przynoszą ogień buty. powiedział burmistrz. buty. musicie malować buty. w osty. fiołki. malwy. ptaki. strojnisie nadobne. flagi wykluczam. wykluczam narodowe. rozbiegli się ludeczkowie szukać farb. złoceń. natchnień z natury. a nastała właśnie środa. środa dzień śmietników. słoneczko dopiekało. śmieci śmierdziały. ludeczkowie malowali. tłumnie. tłoczno. toczyli. bryzgali. wzorzyli. mieszali. wszystkie czarne. zakrzyknął ktoś w ciżbie. czarne miejsca w burakach trzeba wyciąć bo są gorzkie. i umilkł. zapadła cisza jak zasiał. oj. a na zachodzie. zachodziło. pożarem. w kolorze. wielonasiennych torebek. puszek. makówek przykrytych rzadko odpadającym wieczkiem. z wyschniętego znamienia słupka. pod wieczkiem nasiona. skakunowate. przychodzą. wspak czy malwy rdzewieją mówię do siebie maleńka. bo ktoś musi. chociaż w głowie. maleńka. czekają na ciebie. koreańskie produkcje netflixa. ryba z własną wodą. własnym akwarium. warzywnica. między biodrami żebro. oskórek. nadustek. cienka herbata i upały maleńka. przetrwasz. czujesz. tak naprawdę drzewa już pachną październikiem. paleniem liści. kapeluszy. czarownic. cukierkami na patyku. bagno baglane. śluz. ślaz. ognisko. mallow marsh. marsh marsz marsz czy pokrzywy uzależniają miłość od posłuszeństwa matematyka jest prosta. krzyczy burmistrz. prosta. prosta jak droga która ma tędy iść a nie idzie. będziecie nią jeździć gdzie dusza zapragnie. a zapragnie. karaiby. grzyby. dzikie węże. nasoszniki trzęśnie. cystolity parzące. pazury szczękoczułkowe. gruczoły jadowe. kądziołki przędne. nogogłaszczki. płaszczki. może w końcu złapiemy wieloryba. rozumiecie. matematyka. i wyciągnął kapelusz. i czułki Wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, larwa, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.

  • Piotr Kasperowicz – pięć wierszy

    Czemuś winny Podobno widziano któregoś boga w bezzałogowym samolocie musiał mieć spore przeciążenie w okolicy sumienia był to bojowy dron jak się okazało służący do unicestwiania grzeszników na odległość nie wiadomo czyj był to bóg oraz czy ofiary zawiniły zasadom panującym akurat na obszarze objętym jego jurysdykcją jedna bomba zagłuszyła wszystkie zbiorowe modlitwy głównie te nieuczynione werbalnie na miejsce tragedii spadła kolejna rakieta nacelowana laserem tak oducza się ratowania potępionych ludzi w myśl zasady o nieszczęściach spadających parami wyparowała grupa czemuś winnych tych co przeżyli pozostawił okaleczonych dokładnie wtedy zawładnęła nimi najgorliwsza żądza zemsty. Inklinacje cech Inklinacje ze szlachetnych cech nasączone odosobnieniem zupełnie niewpasowane w stelaż prowizoryczną utopię społeczeństwa nie wiemy co je trzyma przy życiu przyzwyczajone do populizmu nacelowanego w osobowości żadne umyślnie celebrują myślenie wobec przemilczeń aktów samobójczych z wyraźnie zaznaczonym sprzeciwem upowszechniają skaryfikacje na pierwszy rzut oka pozbawione fonii. Limit w funkcji czasu Psychoaktywnie myślisz wcale nadpobudzony chemią nad układem planet zwiastującym ekspens haraczu za niższe ryzyko śmiertelności całkowitej roje bogów co rusz zsyłają cytokinowe burze przewijają wadliwy taśmociąg hiperlimitowany w funkcji czasu jesteś śmiertelnikiem śmietnikiem na artefakty zerową ulgę wobec pogłównego podatku przyznał post mortem nieubłagany Chronos pełen kurażu. Miękki błękit nocy Mały człowieku wielkiej siły pozbawiony charakteropatii wśród samobójców uchodzisz za długowiecznego nie powiedzą w wiadomościach o twoim wyskoku że rzadsze przeżywanie uczuć może ograniczyć kryzys suicydalny przewlekłe odspojenie przez nadreaktywność upadek z wysokości zamiast samobójstwa zawsze miałeś w zamyślonych oczach miękki błękit nocy wszystko co żywe jest oddalone niezborne z tą opowieścią. Okno życia ultra HD 4K Wiele zmian dzisiaj u mnie w oknie życia i śmierci ultra HD 4K dobra zmiana reumatoidalna oraz wielostanowiskowe zapalenie całego ciała ludzkości w bryle rozumu brodawki zakwitły liliami dość brutalistyczny eufemizm znudzonej natury obcującej płciowo według zwykłej permutacji odrzuty świadomości reklamowane ambientowo test z wiedzy ogólnej pełnej ryzalitów nic nie wskazuje jedynie efekt potwierdzenia w błędach poznawczych. Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik oraz felietonista. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa Mega*Zine Lost And Found prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomików wierszy.

  • Patryk Nadolny – siedem wierszy

    Baśń Kurier wyklęty rozwozi paczki, są puszkami Pandory, miejscy dostawcy fast foodów ze wschodu  nie doręczają swojej ciepłej melancholii. Aparatura, podtrzymująca życie człowieka wewnętrznego, odłącza się od reszty świata i wtłacza w duszę supernową. Św. Hildegarda z Bingen uczy zioła dawidowych psalmów. Muzyka nie stworzyła wszystkiego, a tworzy  wieczyste porozumienie, między świergotem, a skowytem. Hypatia nie zdołała obliczyć promienia destrukcyjnego koła mężczyzn w Aleksandrii, patriarchat zmienił położenie kobiet, ciał niebieskich, zastąpił wielkość hemisfery: odtąd kuchnia, rodzenie dzieci i przepierki  niewiastom przez stulecia świeciły na niebie jako jedyne dostępne w życiu gwiazdozbiory. Harmonia w żadnym razie jest matematyczką, nie przeleje za ogród krwawnik swoich soków. Oblicz wysokość bezwzględną strachu odjąć szczęście, czy nie brzmi to jak próba dodania otuchy życiu, które jest wiecznym serc odejmowaniem?  Doprawdy to się liczy: wzór na ceramice, wycinance łowickiej, pierwiastka w nagości, nawet lotne substancje hańbą się nie okrywają. Jestem nieobliczalny kołem jako zero obracające w sobie żal cywilizacji. Ubrania wynaleziono, by w nich schować duszę, a nie ciało, przed spaniem zrzuca z siebie urok. Wzorujemy się tylko na krzywej postępu, a dno przychodzi w nocy i trzęsie szczytami. Adyga przez Weronę szuka Adriatyku, czyli Julii, a może skromnego Romea; jeśli rzeka jest damą to szuka Romea, a jeśli niebinarna, co prawdopodobne, to zgodnie z relatywizmem niezłomnych wszechrzeczy wszystkim rządzi przez wieczność perspektywa z jakiej ustawisz swój parawan na plaży poznania i odkryjesz, że wiedza nie będzie przypływem, falą wzruszenia, bryzą bez krztyny katharsis, niepokojem rozszerzonym do pałacowego metrażu przez wielkomiejskich deweloperów. Jak wynaleziono pismo? Prawdopodobnie mogło być upolowane przez łowcę z mezolitu, gdy o bladym świcie ujrzał dziką pszenicę – subtelny alfabet kołyszących się kłosów. Porzucił swój miotacz oszczepów na rzecz radła, żeby wzruszać ziemię. Przodkowie uprawiali brudną sztukę ziemi i wystawili pierwszy chleb pod gołym niebem, byśmy mogli się oddać w twórczym uniesieniu  literaturze, kinie, sztukom wizualnym.  Po wiekach nie orano tylko pól uprawnych, gdzieś w międzyrzeczu Tygrysu i Eufratu jacyś pionierzy ryli bruzdy na tabliczkach z gliny, wyrosło na nich pismo klinowe podobne  do dzikich kłosów, nimi najpierw pisał wiatr. Urodziłem się, oślepłem od łez i przegrałem  Źródła zaczną wysychać, zatonęły teksty źródłowe, część spłonęła w wielkiej Bibliotece Aleksandryjskiej, w niej każdy zwój był jakąś wyspą, po dopłynięciu do niej umysł mógł założyć kolonie i ogłosić się gubernatorem.  Źródła wyschły – przestały je zasilać pisma antycznych filozofów, a były potężne na miarę Amazonki, sześć katarakt Nilu,  dla siebie Atlantydę znajdę pod prysznicem. To niemal niebywałe, łzy homo erectus  nie zgasiły pierwszego paleniska w dziejach, jedziemy na tym samym wózku z Sumerami. Ranowie nie zdołali ocalić Arkony, pokrzyżować zamiaru schrystianizowania Rugii przez Absalona - duńskiego biskupa. Nie ma sensu, by piernik walczył z wiatrakami, ryby pluskają, a drakkary płyną dalej. Kto powiedział, że podbój dzikiego kosmosu  jest tylko i wyłącznie domeną ludzkości? Spójrzmy tylko na loty kwiatowe w ogrodach, na daleką orbitę Malwy lub Irysa.  To mały kwiat dla pszczoły, duży dla pasieki. Nie wystarczy wrzucić traum do studni  Moja psychika - poletko przeorane strachem, wyrośnie na nim dystych, nie szkodzi naturze. Lśni elektryczny pastuch z sieci neuronalnej i pełni funkcję stracha na szczęście, nie wróble.  W jambie, czy amfibrachu szumią liście klonu? Melancholia to trudna w uprawie roślina.  Pogodzić się ze stratą już w czwartym dystychu, nie napisać piątego, by się w nim nie zgubić. Jak będzie wyglądała żałoba po stracie  planety wirującej z bólu i szaleństwa? Deszcz nie zmieni natury najgłębszego smutku, w krainę obfitości ogrodu: mieczyki zaprzestały wojować z jesiennym powietrzem,  lwie paszcze już nie warczą na zmarznięte pszczoły.  Przeraża mnie, że jest nas już 8 miliardów. Chcę zostać niesporczakiem po stracie bliskiego; to nie da mi gwarancji, że przetrwam żałobę, trauma będzie silniejsza niż promieniowanie. Muzyka ze światła  Światło, jesteś  moim partnerem  po otwarciu oczu, kwiaty tańczą w ogrodach  przy akompaniamencie  zmęczonych pszczół. Muzyka stwarza nowe światy, pragnę usłyszeć światło, najcichsze widzenie. Dzień w dzień  pytam wschodzące słońce: o co tyle brzasku? Dopiero noc jest odpowiedzią. Noc mi odpowiada, najjaśniej pod słońcem. Patryk Nadolny  (ur. w 1993 r.) – studiował archeologię na UAM w Poznaniu. Laureat OKP o „Granitową strzałę” w Strzelinie (2014). Jego wiersze znalazły się w antologiach pokonkursowych, m.in . Nowego Dokumentu Tekstowego i pismach literackich: „eleWator”, „Inter”, „Kontent”, „Odra”, „Twórczość”. Wydał tom poetycki Limesy (2023).

  • Gabriel Korbus – trzy wiersze

    Dom Srebrnego Mitry Tam, gdzie spadają bomby, Zamieszka Srebrny Mitra, Tam, gdzie padną zwierzęta, Gdzie życie stanie się wypaczone. On boi się triumfu życia, Bo wtedy przestałby istnieć, Ale boi się też własnego triumfu, Bo wtedy straciłby znaczenie, Imię i własną formę, Piękno swojego srebrnego ciała. Żal To co mną kieruje To nie strach, ale żal, Żal za tym czego już nie ma I co się nie zdarzyło, Żal za nieudanym pocałunkiem I zmarnowaną nocą, Nie mieć żalu to być wolnym, Kto nie jest przywiązany Ten jest szczęśliwy, Bo nie wie, że wszystko straci. Asyria Myśleli, że pogrzebali mnie żywcem, Że piasek wdarł mi się w nos, Ale je się wygrzebałem i powróciłem, A wraz ze mną Medowie i Babilończycy, Zalały ludy wielkie imperium Asyrii I zmietli pałace i jedwabne leża I haremy i złoto i włócznie i krzesła, Jak powódź przybyli ze wschodu, Płonęły miasta i pękały czaszki, A ja jechałem na koniu, pełen powietrza, Jak pies wąchałem swąd i popędzałem, Krzyczałem na moich ludzi, by jechali szybciej, By nie zatrzymywały ich góry ani pola, By nie pili z rzek tylko jechali, jechali, Aż spłonie świat i żaden człowiek nie stanie I nie wykrzyknie przekleństwa, By żadna kobieta nie płakała i dziecko nie jęczało, Być może bogowie zmówili się na Asyrię, By złamać wielką potęgę dla samego kaprysu, A być może to była tylko nauczka, By nikt nie wchodził mi w drogę, Ale teraz stoję na skraju pustyni I widzę świat, który niegdyś był Asyrią I spinam konia, jadę przed siebie, Pędzę jakby dalej trwał mój wielki pogrom, Bo nic mnie już nie więzi i nic nie pęta I nie ma siły na tym świecie, Która mogłaby schwytać mnie w czymkolwiek. Gabriel Korbus  (ur. 1998) – ukończył filologię klasyczną na KUL oraz zarządzanie na UMCS. Czyta poetów takich jak: Milton, Lautreamont, Marlowe, czy Eurypides. Jest miłośnikiem twórczości Hirohiko Arakiego. Za cel stawia sobie odzyskanie dla współczesnej poezji epickiej jej należnego miejsca w literaturze, jego marzeniem zaś jest stworzenie filmu animowanego.

  • Daria Juskowiak – pięć wierszy

    Nagroda pocieszenia To dla tej, co nie lubiła konkursów recytatorskich. No ale cóż, w szkole musiała. Słyszała: otwieraj szerzej buzię, mów wyraźniej, wolniej. I nie jak katarynka, postaraj się wczuć. A ona nie umiała słów ładniejszych od tych z jej prawdy -                                                                                                                słów, przy których zaciska się wargi, zaciska się serce. Wagarowicz W końcu pojawił się na tej jednej jedynej lekcji w jego pustym czerwcu. Dobrze wybrał, było coś o wolności, było o odejściach i powrotach. Dobrze wybrał, okazało się,  że baba od polaka też wagaruje, że facet od matmy też wagaruje, choć pod pseudonimem i częściej w nocy. Babski wieczór Wpadają dziś wszystkie  księżniczki Disneya na dobre  wino. Wymyślą jej historię na nowo i może nawet  przemycą dla niej z baśni jakąś mało używaną  koronę. Portret Alberta Einsteina tylko te włosy rozwiane w aureolę i język wysunięty tak jak most zwodzony do czegoś innego a tak żadnej pewności że dostałby główną rolę w filmie o geniuszu Wycieczka do Disneylandu na grunt wydzierżawiony pod prawdziwość kreskówek przychodzą jacyś z innej bajki ludzie   ich krwiobiegi płuca świszczące oddechy to tutaj niemodne metody i przestarzały sprzęt   tylko jako gapie lub dłonie do pacynki rusztowanie bohatera wyrywają z konturów fikcję malowaną z odroczonym do ekranu THE END Daria Juskowiak  – nauczycielka języka polskiego, laureatka konkursu prozatorskiego przeprowadzonego w ramach festiwalu Góry Literatury, wyróżniana w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Publikowała w „Odrze” i „Ypsilonie”.

  • Oliwia Stępień – cztery wiersze

    Och jakie ogromne mam oczodoły i całe mnóstwo rzeczy wpadło w moje oczodoły nie zważając na rzęsy po prostu idą jak po swoje korytarzem po rozum do głowy nie dostaną ode mnie niczego choć zawsze można polemizować uwielbiam mówić do ciebie uwielbiam jak czekasz ze mną na sedno prawda jest taka że wujek uciekał sięgaczem ale wrócił po szaleństwo uniknąwszy schizofrenii popadł w depresję psychotyczną powiem więcej wujek pijany uciekał sięgaczem ale zawrócił po szaleństwo ile promili potrzebował aby urwać wiązanie krwi nic z tego urwał mu się film ale obudził się na placu do zawracania zawrócił zatem po szaleństwo Niech mi odrąbią głowę rozgość się Raskolnikowie w poniższym wierszu tylko nad tytułem zdejmij obuwie nie naprósz usiądź sobie i powiedz czy zasługuję na twoją pomoc nie mam wprawdzie nic cennego poza myślami kiedyś już tak było wieczorem przyjechali kosmici i zabrali wszystko co miałam w głowie zostawili pusty nośnik zaczął więc szwankować i teraz już nie mogę i proszę niech mi odrąbią głowę usiądź sobie zrobię herbatę i rozpoczniemy negocjacje dzisiaj liczą się przede wszystkim czujne umysły dzisiaj wartość mojej głowy na giełdzie ideowej jest niebagatelna dzisiaj proszę zabierz ją sobie weź gdziekolwiek nie sprzedawaj tylko na czarnym rynku były już takie wiersze a liczy się umysł czujny i świeży zabierz go sobie weź go i idź z nim gdziekolwiek byle daleko stąd dobry boże Wylej do zlewu albo ci nie uwierzę bo od zawsze chwytasz się brzytwy tonąca w wodzie którą uważasz za niepoliczalną zignorowałaś podział na litry i czeka cię analiza stanów skupienia w kompletnym oderwaniu od podręcznika do chemii którą w siebie wlewamy bowiem wszyscy jesteśmy pijani na swój własny sposób a ciebie spotkała izba i miałaś być trzeźwa zero psychodelików null teraz tylko zadania z gwiazdką zapisz odpowiedź poprawną wieloznaczną jaki kolor ma dla ciebie rodzina? Otóż jestem gumowa przyklejona u spodu ławki w kościele by słuchać bożego słowa wierzę że proboszcz pod sutanną jest boski i Bogu powierzam swe troski chociaż na myśli mam raczej Godota bo Ty Boże jesteś zbyt wąski a tu potrzebna jest porządna metafora odkąd czekam na chłopca zdejmij mnie chłopcze bo ja do góry nogami wiszę i musi mnie wreszcie spotkać podłoga w drodze pod podeszwę aż podrepczę z kimś znów do kościoła wtedy od nowa i tak zostanie do domu nikt mnie nie woła Oliwia Stępień (ur. 2002) – debiutowała tomem Nie chciałam coli . W 2026 ukaże się jej druga książka poetycka wiele w tym prawdy ale znacznie więcej rytmu . Mieszka w Katowicach.

  • Maja Głogowska – sześć wierszy

    pyk i cyk pyk pyk cyk no ma piłkę niech już poda  no  spowalnia akcje przecież ILEŻ MOŻNA SIĘ USTAWIAĆ? to był strzał jak armata z twierdzy kłodzko  zawsze w niego wierzyłem  (serio) Apteka  wygrali  ale przez nich każda londyńska apteka będzie miała braki w asortymencie NIE MA JUŻ LEKÓW NA USPOKOJENIE Odwiedziny u rodziców   sąsiad ma padeczkę alkoholową  a drugi ma raka przełyku pokarmowego a ten z pieskiem zmarł, ten z almisią, tak, ten  no a wójcik to już szkoda gadać  może to czarnobył (mówi moja mama) może nas zżera może nie wypiliśmy jodu zbyt szybko  może to trzeba było duszkiem przecież my to dostaliśmy za późno przecież wszyscy mają w dupie małe miasteczka (myślę, że to racja) to idź do lekarza (mama się śmieje) a po co mam iść jak nie jestem chora? Nowa szczerość  w polsce nie ma kina nowej szczerości nikt nie jest szczery wszyscy kłamią, wszyscy kradną (mówi mi reżyser) słuchaj mam taki pomysł na film, ale nie wiem, czy to jest dobry pomysł na film  bo czy na festiwale wezmą taki film? festiwale muszą być  musi być akcja, musi być katharsis takie, że wszystkim strzelą z wrażenia oczy nie wiem, jak to jest, że wy młodzi nie chcecie być szczerzy dla mnie już za późno szczerym można być jak robisz pierwszy film  Alkohol   ja też zawsze miałem moralniaka po imprezie (no to ciekawe, że nie przeszkodziło ci to w alkoholizmie)  Córka   ty i moja córka jesteście w tej samej sytuacji  wiem, że w tym zawodzie ciężko o pieniądze ale nie martw się, załatwiłem jej pracę tobie ktoś też załatwi  Maja Głogowska  (ur. 1999) – reżyserka, scenarzystka, kulturoznawczyni i ta osoba na imprezie, która włącza kompilację najlepszych bramek Heung-Min Sona.

  • Edward T. Bolak – Szmat drogi

    * tekst o kuskusie jak pichcony rano i z rana i z wszystkiego wszedł w użycie i o tych składowych co piekielne bo uprawy i hodowle wsze jak idą mają domieszkę trumny i słuszna uwaga o riebionkach przed 9 rokiem co rozkojarzone od krótkich filmików gdzie skrótowy  mędrzec i pani gibka lub wydarzenie z których więcej w minutę niż z  encykliki i encyklopedii Britanniki bo to nowy projekt światły obdarty  Oświecenia bez ględzenia i mają oczopląs i PSTD a wszystko okraszone i złe i o tym że 9 miliardów znudzonych  nie chce znać naszych śniadań i co kto je i raczej niechętnie partycypuje w  kwatermistrzowskich usiłowaniach  obcych i innych jakichś ludzi w  starym domu na Łąkowej niedaleko morza 300 metrów od plaży że dzieciaki kalekie biorą w dinozaury płatki grające i  pachnące i owady cykady i to wszystko napisane wczoraj znikło bo kliknięte nieopatrznie a i bardzo dobrze bowiem bez  znaczenia a ciekawskiemu nos  urwali w świecie goryli i górali lub reją marynarzowi utrącali i utrącili a potem się schylili i niby podnosili lecz ostatecznie zgubili nie podnieśli odeszli * jego dziewczyna będzie wiedziała o co chodzi z tą zapętloną muzyką z tą dziwną mariną jego mama oczy wypłacze gdy na motocyklu się poharacze * babka piaskowa nieboga wobec żywiołów liżą już fale pobliże podbrzusze  klifu porywy wykruszyły blanki groza dotyka konstrukcji z morskiej pianki pomiędzy żwirem a mułem każde  ziarnko pomiędzy morzem a może Wetliną skąd pochodzę przechodzą przez sita falą kruszywa sitami podmuchy i pogruchotana noc miliard ziaren w babce chłop nie lepszy frakcje i wypełniacze rozpadają się nadziarno w słonej wodzie podziarno w słońca zachodzie i patrzy z niepokojem Pani babka na zbliżające liszaje rozstaje a i zabójcze piany i bałwany i my także jak ona przestraszona szczerzy się merlonami całe towarzystwo * bierze Rozalka te frytki w zestawie tu nie boją się śmierci * nie trzeba wojny wystarczą remonty dróg aby zniszczyć miasto niemiłosierne skwary serduszka na okularowych szkłach z kozy dzięki nim wszystko wygląda lżej mają te łapska żółte ciżemki coraz więcej trendów coraz więcej pada słońca na blat reszta zacieniona przez cis Edward T. Bolak  (ur. 1968) – opublikował zbiory miniatur: Marginalia  (2018), Ważniejsze omyłki  (2018), Sybilla wzięta  (2021) , Dawne rejestry  (2022) , Ruchy frakcyjne  (2022), Minuty krótkie (2023), Rybny weterynarz (2024) , Szpalta (ulotka literacka) (2024), Najmniejszego znaku  (2024) , Pogodzenia i zwątpienia, westchnienia, gderania, nieład i tarapaty (druga ulotka literacka)  (2024), Wyszykowana trzecia i ostatnia ulotka literacka  (2024), Kądziel i tysiącletnia tuja  (2024), Przyrodzenia pamiętne i Przeoprawione nauczki  (2025)

  • Grażyna Wojcieszko – Ev

    − Ujęcie 159/2014. Kamera start − zapowiedział donośny głos. Ev waliło serce. Leżała na paterze pod kryształowym żyrandolem wśród grona ostryg. Duża jadalnia, owalny stół, odbite światła kieliszków, sztućców i pozłacanych talerzy. Jak tu pięknie – pomyślała. − Popatrz, jakie dorodne dupy, cały półmisek tylko dla nas. Same chciały, to bierzemy! – wielki krab zaczął swoją sekwencję, a siedząca przy stole gromada zarechotała. − Dobrze, że nie protestują. Przy odrobinie szczęścia można znaleźć jakąś perełkę – dodał, głośno się śmiejąc. Nagle Ev poczuła, jak jej ciało przypala kwas. To chyba przesada, powinnam mieć dublerkę do takich ujęć. Czy prezesowi nie przewróciło się w głowie? − zaoponowała w duchu, a piekący ból spowodował, że zapomniała o scenografii. − Perły kojarzą mi się wyłącznie z chorobą, jaką powoduje piasek, który wpada do skorupki ostrygi – szczebiotał głosik przy stole. − Brzydzę się nimi. − Nie ma się czego brzydzić: ostryga, choć nieurodziwa, to samo zdrowie, a perła potrafi być piękna – kontynuował krab. − A fe! Są niehigieniczne i naruszają ciało – dopowiedział inny. − Co wy tam wiecie o perłach! Ja to poznałem całe sznury foremnych i zgrabnych – zachichotał krab. Ciekawe, ile będzie dubli − myśli Ev pochłonęła jej własna rola. − Też mi kreacja: wylegiwanie się na paterze w piekącym kwasie, a potem skok do gardła. Wtuliła się mocniej w lód. Ach, jak dobrze schłodzić to piekące świństwo. Czym oni nas polewają? Rozejrzała się dookoła. Inne nagie ostrygi też kurczyły się z bólu. W skupieniu obserwowały widelczyki, na które miały trafić. Co jakiś czas srebrne widełki zbliżały się do jednej z nich, a potem oboje odlatywali z planu. Hmm, ten lot przypomina trapezy w cyrku. Trochę ryzykowny. Mam nadzieję, że nie spadnę. − Na kolacji u moich przyjaciół podawano ślimaki. Nie uwierzycie, znalazłam niebieską perłę. Wyglądała jak kropla wody – pochwaliła się krabica. − Czy ty czasem za dużo nie wypiłaś? Perła w skorupce ślimaka? I to niebieska? Szumi ci w głowie – spuentowało krabisko i wszyscy znów się roześmiali. − Naprawdę znalazłam niebieską perłę − nerwowym głosem odparła krabica. Prezes obiecywał mi fascynujące przeżycia, a tu same nudy. Jakie jałowe te dialogi – znudzona Ev przestała słuchać aktorów. Przypomniała sobie oszołomienie podczas drogi do studia filmowego. W tłumie fotografów, w oślepiającym błysku fleszy, idąc za prezesem i aktorami, poczuła, jak mięknie. To chyba normalne, że miałam tremę, wchodząc na plan tak popularnego serialu − usprawiedliwiła swoje emocje. − Nigdy nie zapomnę tego uniesienia, sunęłam kilka kroków za największą gwiazdą, za Maro. Któż by nie poczuł dreszczu na plecach? No i nie każdy może usłyszeć, jak ta się uskarża: „Dużo gram, cały czas w pędzie i stresie. Ciągle się boję, że gdzieś nie zdążę” – Ev w myślach przedrzeźniała gwiazdę. – „Wszystko toczy się za szybko, ktoś poprawia mi włosy, kostium, maluje, przypina mikroport. Długo nie wytrzymam tego pędu”. Hmm, a może wolałaby moją rolę? – przekomarzała się Ev. Może ja też powinnam powiedzieć prezesowi, że sklejam sobie w kalendarzu dwa tygodnie i tych kartek nie ma dla nikogo? Dobrze jest robić wrażenie bardzo zajętej. − Rosnący popyt doprowadził do tego, że zaczęto masowo hodować perłopławy. − Bas kraba wyrwał ją z rozmyślań. − Czy to takie, jak mamy tu na talerzach? − zapytał jakiś damski głos. O co chodzi z tymi perłami? Takie niby cenne? – zastanawiała się Ev. − To w końcu tylko ziarenko piasku, a przecież ostryga składa miliony jaj, z których tworzą się larwy, a z nich... Ile jeszcze będę tu samotnie leżeć? Inne statystki już w garderobie, a ja? Zimno mi. – Zaczęło jej się dłużyć. − Zrezygnuję z tej roli. Dosyć poniżania i katorgi na lodzie, prezes robi ze mnie idiotkę. Obiecywał ciekawą kreację, obiecywał, że zagram razem z Maro... Ona zresztą też ma kłopoty. Ev raptownie przypomniała sobie podsłuchane słowa: „Jestem zbyt popularna, reżyserzy nie chcą obsadzać tak znanych aktorek. Myślałam, że jadę w megawindzie, a tu okazuje się, że muszę trzymać się pazurami rozgrzanego, blaszanego dachu”. O co jej chodziło z tym rozgrzanym dachem? – Ev zadygotała z zimna. – Mnie w ogóle nie chcą obsadzać, bo nie mam nazwiska, a o popularności nawet nie marzę. Może ostrygi nie mają żadnych szans? „Bez wyrazu i nieurodziwe”, taką kraby wyrobiły nam opinię... Ale czy tylko piękne krabice, takie jak Maro, mogą wejść na szczyt? Bardzo dużo zainwestowałam, żeby grać. I co? Jestem na lodzie. Ja na lodzie, a Maro na gorącym dachu... do dupy to... Poczuła ukłucie i niemal krzyknęła. Wytrzymam do końca − zawzięła się, powstrzymując łzy. − Mówił, że to kreacja mojego życia − powtarzała sobie w myślach, starając się nie skupiać na bólu. Nagle uprzytomniła sobie, że nigdy nie dostała scenariusza. Czy cokolwiek przeoczyłam, czy coś powinno wzbudzić moje podejrzenia? Jak mogłam odmówić? Nie było żadnego powodu. Wręcz przeciwnie, udział w topowym serialu u boku Maro to drzwi do wielkiej kariery. − Żyć szybko, umrzeć młodo. Piękna dewiza – odezwał się wielki krab, podtykając pod nos siedzącym przy stole Ev nabitą na widelczyk. Nie wytrzymam już długo, oby nie było za dużo powtórek. – Aż się skurczyła, gdy wylądowała na talerzu przed mocno przypudrowaną krabicą. − A wiecie, ilu samców umiera z miłości? − zapytała przypudrowana i nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej: − Nadludzki wysiłek, a potem śmierć. Obcowanie na przykład z pajęczycami może bardzo źle się skończyć… − Rozejrzała się z wymownym uśmieszkiem. – No, ale jak ktoś podtyka swój odwłok, żeby kochanka go zjadła... Po co wbili mi ten widelczyk? Jak z tego zeskoczyć? − Ev przyjrzała się swojej ranie. Nie wyglądała zbyt groźnie. – Ale skok na materace w finale, o którym mówił prezes, może okazać się trudny. A może on kłamał? A może to ja jestem kaskaderką? – Usiłowała przypomnieć sobie bieg wydarzeń. – Prezesa poznałam na party. Producenci rozmawiali tylko o seksie i dupach. To chyba nas tak nazywają... Tyle starań, aby tam się dostać. Prezes był już mocno podchmielony, gdy obiecywał mi rolę. Jaka ze mnie idiotka! I pomyśleć, że nawet dzisiaj w garderobie rozwarta ostrym nożem poczułam radość. − Podczas zalotów chwytam ją za gardło i podduszam. Akt kończymy na dnie. Wypływamy, potem znów na dno, i tak kilka razy – donośny głos na planie przerwał jej przemyślenia. − Kończy się epoka męskiej dominacji − rzuciła krabica grana przez Maro. Wszystkie oczy skierowały się na gwiazdę. − Ostatni wasz ruch to wskoczenie na samicę – aksamitny głos zabrzmiał niezwykle przekonująco. – A kiedy zajmiecie pozycję do kopulacji, odgryziemy wam głowy. Zapłodnicie nas już bez łbów. Po śmierci ruchy bezwarunkowe trwają tylko kilka sekund, ale to w zupełności wystarczy – dokończyła lodowatym tonem. − Przerwijcie scenę, źle się czuję! – krzyknęła Ev, bo widelczyk głębiej wszedł w jej ciało. Nikt nie zareagował. Jakby nie usłyszeli. Akcja na planie filmowym toczyła się dalej. Ev zobaczyła rzędy zębów, a za nimi przepaść gardła. − O Boże! – zakwiliła. − Na pomoc, na pomoc! Chciała krzyknąć, ale tylko otworzyła usta... Grażyna Wojcieszko – poetka, tłumaczka, autorka sześciu tomów poetyckich oraz opowiadań. Wiersze publikowała w pismach literackich w kraju i za granicą. Należy do najczęściej tłumaczonych współczesnych poetek polskich (francuski, chiński, angielski, czeski, hiszpański, szwedzki, włoski). Laureatka konkursów poetyckich. Absolwentka Studium Literacko-Artystycznego UJ, a wcześniej francuskich uniwersytetów: Orsay i Jussieu. Prezes Fundacji czAR(T) Krzywogońca – miejsca międzynarodowych spotkań twórczych.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page