Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Marcin Urbanowicz - cicha noc na prowincji
Cykl Cicha noc na prowincji to efekt nocnych eksploracji małych miejscowości na Górnym Śląsku. W okresie jesienno-zimowym miasteczka i wsie szybko zapadają w sen, a spotkanie człowieka po 23 godzinie graniczy z cudem. Ciemność i dojmującą ciszę przecina czasem przejeżdżający pojazd lub jakieś źródło światła i są to jedyne dowody, że jednak nie są to miejsca opuszczone. Marcin Urbanowicz – fotograf z Lublińca. Z wyróżnieniem ukończył szkołę fotograficzną Fotoedukacja w Katowicach, a następnie Fotografię prasową, reklamową i wydawniczą na Uniwersytecie Warszawskim. Z zawodu grafik i fotograf współpracujący z kilkoma agencjami marketingowymi, z pasji dokumentalista. Jego fotografie zdobyły ponad 60 nagród na polskich i zagranicznych konkursach m. in.: International Photography Awards, Leica Street Photo, Polska ulicznie czy Śląska Fotografia Prasowa. W 2022 był Stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
- Jacenty Dędek – urbs, urbis
Zdjęcia z tego zestawu łączy podróż przez Polskę, przez miasta, których nazwy nie pojawiają się zbyt często w mediach ogólnopolskich. Kilkudziesięciotysięczne ośrodki, ani duże, ani małe, życie się toczy w nich swoim rytmem. Z perspektywy centrum są obrzeżami. Jacenty Dędek – fotograf. Zajmuje się portretem i dokumentem. Publikował w prasie (m.in. „Duży Format”, „Polityka”, „Newsweek” i inne). Przez prawie dziesięć lat współpracował z magazynem „National Geographic Polska”, dla którego przygotował kilkanaście autorskich reportaży. Laureat konkursów fotografii prasowej w Polsce. Trzykrotny stypendysta MKiDN. Od kilkunastu lat najchętniej pracuje nad własnymi tematami. Najbardziej interesują go rzeczy zwykłe, dziejące się na marginesie głównych wydarzeń, ale zawsze blisko człowieka. W 2020 r. wydał album portretprowincji.pl , będący efektem prawie siedmioletniej podróży po małomiasteczkowej Polsce. Razem z żoną Katarzyną odwiedził kilkaset miejscowości poniżej 30 tys. mieszkańców, we wszystkich województwach. Jego najnowszy projekt Credo , to osobista historia o miejscu, tożsamości, ludziach bliskich i nieznajomych, o pamięci zapisanej w materii miasta. https://www.instagram.com/jacentydedek/ https://www.jacentydedek.pl/
- Julian Kazberuk – cztery wiersze
Pokot Po mędrcach pozostało kilka rustykalnych swetrów z diagonalu. Jęczy sterta brudnych zachcianek - żeby zgubić coś z jawy, jeśli nie to chociaż z spojrzeń. Błądzimy w segmentach romantycznego języka ce plus plus, który staje się powoli niewidoczny jakby ktoś długo oblizywał lody sople. Język nierozumiany na sieniach przedmieść. Czas wyjada, co cielesne chce dotrzeć bieli. I przejmuje się tym człowiek, bo coś czego sam nie wie, spocznie na przeciwległym końcu. A potem napiętnuje Się to mistycznie "złem" dla uspokojenia. Głowy opuszczone na coś lub po prostu, a statyczny uśmiech z rodu Śakjów opuszcza cię gdy wchodzisz all in w grę państwa-miasta, które dla nas będzie wieczną podróżą końców miesięcy. Moje origami leci kluczem nad szpitalnym łóżkiem, gdy z niej wracamy. Kurs Na kościanym pigmencie kamienic wisi plakat z boginią Nike – po prostu to zrób. Obiecana zapłata – gwarancja siwizny i wstęgi dziko rosnącej brody. Za nimi następne dwadzieścia lat rojeń. Przed nimi zblaknięte irysy oczu, zamknięte wąskim pokojem. Telefon o uśmiech spóźniony. Odbiera dziadek, krusząc ciężką miedź wschodu. Myśli mnie swędzą pod czołem - rzęsiste włókna pędzą zmęczone, splątane pod monitorem. La bel epok Jutro mieni się biało czerwienią, pierwszym chodnikiem sumeryjskim, którego prawy pas jest stale remontowany, a lewy pas jest od kilkunastu lat na ukończeniu. We wtorki przykazany telewizyjny deload. W witrynach szukam plakatów wystaw rodem z masowofabryk, żeby po godzinie zorientować się, że to telebimy. Poradnik prasowy: „Jak przeżyć drugi dzień chrzcin”: przechodzę przez, co ważniejsze sutry mahajany, wiercąc się w pozycji śpiącego wojownika, gdy pęka mi na twarzy bubble face mask. Sztuka kreatywnego angażowania się w ciągi narkotyczne czeka na swoją ekranizację memiczną. Czekamy i my na pociąg do Darjeeling w przedziałach ze światem. Sztafeta Opowieść o mieście mężczyzny w duszy pachnącego peryferią. W marzeniu nieskończonego pędu Awansów pajęcze sieci. CPNowe tęcze - kwitły. Nowy miesiąc wyłania się z nieba. Syn na końcu jednej dłoni ma młotek, na końcu drugiej głęboki uśmiech. Na rycinie prowincji widnieje sad. Dzieci spod bata chowają dzieci znad. Historia jest ciągle taka sama. Krajobraz rozrywa na części powietrze. Urzędów tłoki gonią uświęcony przemysł, i witają się od niechcenia z bogiem założyciele nogi na nogę. Zabarwmy kieliszek nuta patriotyzmu. Tańczą w bransoletkach ramion galerie. Bulgocze od wnętrza woal wiejskich chat. Kochanków papierosowych trwoży różowy błękit zorzy. Syn spogląda marzeniem ojców w tańczący płomień zniczy, a jego zboże śni na polach sen niczyj. Julian Kazberuk – białostocki poeta, z wykształcenia prawnik, ściśle wiążący codzienność ze sztuką. Publikował w nieregularniku „Epea”, wyróżniony w konkursie „Srebrne pióro MDK”. Współzałożyciel stowarzyszenia „Fundamenty”, promującego działalność artystyczną, głownie twórczość literacką.
- Maciek "Niuans" Bojko – bez instrukcji
Jest u mnie pewien dualizm w twórczości plastycznej - z jednej strony zawsze pociągały mnie i inspirowały tematy figuratywne, opisowe czy wręcz publicystyczne, a z drugiej strony niezmiernie cenię sztukę abstrakcyjną i konceptualną, w której najważniejszym czynnikiem zawsze był jakiś wewnętrzny element poznania siebie czy świata, ale bez żadnej nachalnej instrukcji, jak ten świat czytać. Maciej "Niuans" Bojko – od początku lat dwutysięcznych poszukujący artystycznych form wyrazu - co zaowocowało kilkoma wystawami malarstwa i rysunku, tytułem magistra sztuki oraz kilkoma projektami muzycznymi. W latach 2008-2014 właściciel Studia Tatuażu Niuans w Toruniu, a od 2023 roku właściciel pracowni artystycznej Niuans w Gdańsku. Prywatnie wnikliwy i krytyczny kontestator codzienności.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (13)
Sztuka składania życzeń To nie jest prosta sprawa – złożyć najprostsze nawet życzenia. Szczególnie – komuś bliskiemu. I gdy nam zależy, tak bardzo zależy, że od razu: wiatr w oczy i piach pod powiekami, prawda? Składanie życzeń jest trudne z tak wielu różnych powodów, że ręce opadają. A w gardle rośnie klucha. Czasem są to osobiste zahamowania, a czasem – społeczne fobie, chociaż w głośnym klubie, gdy od decybeli drży dance floor – to życzenia też mogą nie wybrzmieć właściwie. Na ratunek podąża nam nieśmiertelne 100 lat! Głęboko zakorzeniona w polskiej tradycji, choć mające źródło w bizantyjskiej liturgii. To w ogóle fascynujące sprawa. Tymczasem 100 lat czasem wybucha zupełnie znienacka, gdy towarzystwo nie jest powiązane innym repertuarem, gdy nie wiadomo co powiedzieć, gdy tylko stukną kieliszki i.... 100 lat – zna każdy. Tylko w różnym tempie. Myślę o 100 lat przed tymi świętami, a dowód i powód – w podcaście. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Przemysław Znojek – Robotnicy [szkic sentymentalny]
Sierpniowe niedziele różniły się znacząco od pozostałych dni tygodnia. Miasteczko pustoszało, pozbywając się swoich przyjezdnych obywateli, którzy w imię prowincjonalnej tradycji wyruszali do macierzystych wiosek, licząc na darmowy obiad, obfity posiłek, oszczędzając przy tym wcześniej zarobionych, a później odkładanych pieniędzy. Niedzielna wieczerza przekładała się na kolejne dni tygodnia, wszak dania przywożono i odgrzewano, serwowano aż do środy kolejnego tygodnia. W czasie, kiedy aspirująca do klasy średniej społeczność uciekała z akademików, którymi stawały się betonowe bloki, na osiedlowych alejkach pojawiali się pijacy, udowadniający, że dzień święty zgodnie z tradycją należy święcić, oczywiście w proponowany przez nich sposób. Tym samym podkreślali własną autonomię, zrywając z obowiązującym prawem zarówno świeckim jak i boskim. Sierpniowe niedziele dały się we znaki pracującym na terenie Miasteczka robotnikom, którzy mimo rodzinnych planów, licznych wymówek czy pozostawania pod wpływem alkoholu dnia poprzedniego, stawiali się bohatersko na telefon kierownika zarządu wodociągów, aby podejmować z góry nierówną walkę z niesfornymi rurami, liczącymi sobie dobre pół wieku. Wkopane jeszcze w okresie minionego ustroju miały wpływać dobitnie na dobrostan społeczny w czasach socjalizmu. Faktycznie, przetrwały PRL, jednak przyszło im niejednokrotnie polec w nowym milenium. Awaria pojawiła się nagle, jak gdyby od niechcenia, pozbawiając w niedzielne przedpołudnie wody aż trzy dziesięciopiętrowe bloki. Jedni nie zdążyli ugotować tłustego rosołu, inni nie zmyli resztek makijażu, śladu po sobotniej nocy, kolejni pogrążeni w mocnym śnie okazywali obojętność tej sytuacji. Sztuczne zaangażowanie wykazać za to musiał magister inżynier Stefan Wyrobiec, który mrużąc oczy stał lekko garbiąc się przed obliczem pękniętej rury. „Znowu kurwa w niedzielę”- powitał go Sławek Madejski, pracownik fizyczny, niegdyś aspirujący, dzisiaj przeklinający wybory życiowe – pochopny ślub i równie nieprzemyślany rozwód, brak odwagi w kwestii emigracji na Wyspy, a przede wszystkim wykonywanie od osiemnastu lat jednej i tej samej pracy. Mężczyzna czuł się najlepiej w swoim towarzystwie, kiedy trzymał w dłoni wszechwładnego pilota do telewizora, na ekranie którego dominowały na przemian sport i polityka. Mecze rodzimej ligi piłkarskiej przeplatał komentarzami dziennikarzy, kreujących opinię publiczną w kraju. Nie ufał nikomu, stawiał odporną tamę wobec otaczającego świata, krople wody, które od czasu do czasu przebijały się przez nią nie miały dla niego żadnego znaczenia. „No to co, po niedzieli panowie” – donośnym głosem zabrzmiał Bogdan Król. Robotnik z odzysku, niegdyś obiecująco zapowiadający się młody lekkoatleta, mistrz województwa w biegu przez płotki, którego kariera zakończyła się wraz ze studenckim protestem w obronie wyrzuconych z uczelni studentów i wykładowców – wymyślonych wrogów systemu. Marzenia o olimpijskim medalu legły w gruzach po wizycie na lokalnym komisariacie. Brutalność milicjantów skupiła się na kończynach dolnych mężczyzny, połamane kości nigdy nie zrosły się w poprawny sposób, dlatego znakiem rozpoznawczym Bogdana stał się specyficzny chód, nazywany przez kolegów kuternogą. Później było już tylko gorzej: etat szatniarza w restauracji, woźnego w szkole podstawowej, saksy, aż po karierę pracownika wodociągów. Awaria spowodowała, że jednego letniego przedpołudnia spotkali się kolejny raz- trzech pracowników, a może kumpli, połączonych mimowolnie, o podobnej życiowej historii. Z zasady niedziela jest dniem łączącym. W końcu łączy jeden kończący się tydzień z drugim zaczynającym się, stanowi swoisty pomost między tym co było, a tym co dopiero nadejdzie. Jedni chcą wierzyć, że kończy ich fatalny tydzień, drudzy zaś skłonni są zaufać, że przynosi nadzieję na lepsze siedem dni. Dla robotników z lokalnej spółdzielni zdawała się przekleństwem, w końcu który to już raz akurat tego dnia pęka rura wypełniona ośmioma atmosferami, sprawiając cierpienie suszy dla betonowych klocków, przypominających na pozór szare mrowisko, w tym wypadku uginające się od trutni i leni, uciekających przed rzeczywistością, obserwujących świat przez pryzmat grubego szkła literatki. Niektóre z mrówek wynurzyły swe czarne, siwe i blond czupryny obserwując jak trzech mężczyzn pochyla głowy nad rwącą rzeką utworzoną przez pękniętą rurę. Robotnicy przyglądali się bowiem jak z asfaltowej alejki w szybki tempie powstaje akwen, a ku ich zdziwieniu, w wodzie zaczęły pojawiać się ryby – ogromne, czerwone sumy ze złotymi wąsami, wijące płetwami zwinnie, biorąc pod uwagę ich rzeczywistą wagę. Robotnicy zamieniali się teraz w wędkarzy bez wędek, w prymitywnych kłusowników próbujących za wszelką cenę złapać ryby gołymi rękami, ale te sprytnie uciekały im, plącząc się pod nogami, prezentując wodne salta, niczym tresowane. Wyskakiwały wysoko, przypominając delfiny, podziwiane przez ludzkie owady, skupiały na sobie pełnię uwagi. W tym samym czasie poziom wody wyciekającej z pękniętej rury znacznie się podniósł, sięgał teraz aż po szyje robotników. Zaskoczeni mężczyźni patrzyli na siebie z niepokojem, bezwiednie poddali się biegowi zdarzeń. Ich słów nie było słychać, litery rozpływały się w wodzie, powodując na niej małe oczka, jak gdyby ktoś wrzucił do niej minimalistyczny kamyczek. Gdy spieniona, brudna woda w pełni zakryła trzy postacie, obserwatorzy odwrócili głowy, porzucili balustrady balkonów, wracając do swoich mieszkań. Pozostając w maraźmie, ludzkie owady czekały na nieuniknione, tymczasem żywioł sięgał już drugiego piętra. Przemysław Znojek (ur. 1991) – pedagog, bohemista, historyk kultury. Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwa. Autor publikacji naukowych: Wizerunek Romów w prozie Bohumila Hrabala, Reminiscencje konfliktu zbrojnego z perspektywy dziecka – Śmierć pięknych saren Oty Pavla , Sztuka głodowania według Franza Kafki ; tekstów prozatorskich: Podstrychoń , Kukła czy Doktor Kawka . Redaktor monografii W kręgu szaleństwa .
- Marcin Liszkiewicz – osiem wierszy
Śmietanka Kamienice klimaty latarki w drzewach próżniacze zwyczajki na krawężnikach cigarettes. Kolektyw śmietanka pochłania naleśnika. Astro romantycznych pachwiny nie obcierają. Skóra bez ropniaczków a grzyby to fungi. Ktoś Cię rozwiesza na kartkach iberyjskiego Wrocławia. Sztorm Promenada w Kołobrzegu: zawistni marynarze w koronach drzew patrzą od morza. Czekają na drugi Potop czy Bóg zmieni zdanie? Umięśniony mężczyzna ubrany w ciasny róż nie uratuje mini pudelka matki helikoptery będą się mitologicznie poświęcać w obronie czterdziestoletnich pociech. Botoks uszczelni Arkę. Drzewce Portiernia u franciszkanów stary brat włosy w uszach oczy mądre jak u Profesora Osiatyńskiego. Szlak na Gęsią Szyję via Wiktorówki dąb tu tam i życie ludzi których jedynie akceptuję . Blask szpera najpierw rozbija potem kruszy moralitety. Co którąś twarz już kiedyś widziałem. Duchowni nie uśmiechają się serdecznie. Przeważnie jeden pozuje drugi maluje same piety. Zbytek bezcłowego zasobu martwi. Seminaryjne kolacyjki kardigany wargi krew dostrzegam po chwili. Uważaj na szczochy konia ratuje syn ojca. Biel i czerń na Krupówkach. Bieda nie używa zabezpieczeń. Rewers Biel i czerń w łazience stąpasz po czarnych definitywne zdemonizowanie. Kostka z pisuaru trafi do muzeum ziemi młoda wampirzyca bierze udział w poetyckim slamie zebrani weszli w role postindustrialnej kolonii. Ostatnie selfie. Kiedy zabraknie źródeł indukcji wrócimy na drzewo. Kruk będzie listonoszem wtórnym. Słowa podniosą się z listów i wrócą do zamiarów. …misia bela misia Kasia konfacela. Rehabilitacja Franciszku okryj ciało Franciszki tam od łopatek w dół wiolonczela kołysze dwie figi Cello suite no. 1 pardon szepnęła kuracjuszka Lodzia czy mogę otrzymać akurat ten guzik do swojego aliaż dwunasta trzy dwie papugi wzbiły się do lotu z psychologicznej pstrokacizny na tarasach rzęs siedzi młodzież: plują bobem w nieokreśloność. George Müller 5 Ksiądz Malcolm w piątki zajada kiełbasę ptasi obserwator socjalista trochę w spectrum rysuje cyfry a potem ślimaki. Kiedy myśli o misjonarzu G.M. ( który nigdy nie poprosił o pieniądze ) to łączy prostokąty w trójwymiar w tęsknocie pragnie i nie wie jak stworzyć geometrycznego ślimaka lub coś obłego ulokować w przestrzeniach nie budząc przestrzenności. Palą się kości 6 Prosta kość zaklął Edward wylał się bas z Subaru koloru matowego tofu za kierownicą szkielet niemłodej architektki jej matka była woźną w podstawówce dostawała więcej zupy w słoiku wszyscy mówili – Igunia biedne dziecko niemowa same kości łza. Matka siedzi przy stole cieniem ( klimat jak u Żeromskiego ) najchętniej rozpaliłaby ognisko ogień nie strawi sztywnej elegancji wstyd za bogate dziecko zaboli inaczej. Koniec majacząco świecą trzewiki biszkopty od pasa w górę wciąż w fazie koncepcji przestrzeń liminalna zielony surdut na jeden tańczy wiwat dynda szpera po dwudziestej drugiej weselnicy robią to co demon zechce łechce a oni się ryją paprają w paprociach nie obłaskawisz behawioralne piranie szczęść Boże na ten nowy samochód pijany wikary wydziera się do Jolki po raz drugi szukasz połączenia z księżycową ciszą. -- I began to read the Holy Scriptures upon my knees, laying aside all other books, and praying over, if possible, every line and word. This proved meat indeed, and drink indeed, to my soul. I daily received fresh life, light, and power from above. [I got more true knowledge from reading the Book of God in one month, than I could ever have acquired from all the writings of men. In one word.] Whitefield Marcin Liszkiewicz – szczęśliwy mąż i ojciec, pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.
- Anna Maria Wierzchucka – mixes are playlists youtube makes for you. rozsypane ptaki. cyfryzowane. jesień
solanka. where the wild mushrooms grow zaraz deszcz matka maluje paznokcie po kłykieć po łokcie wyschnięty lakier trze ręcznikiem do płytek krwi dynamika darów świętej depresji niebywale odpornej na promieniowanie jonizujące na grzyby w zalewie na ocet zaraz deszcz matka marynata stany zapalne. stygnąc. dancing queen matka zawinięta w liść odeszła z pierwszym podmuchem wiatru wcześniej papieros za papierosem prucie cekinów spinki we włosach z włosów rozmazany pluty tusz my bez butów prosto w błoto i cień ojca matka zawinięta w kołdrę odchodziła na naszych rekach razy wcześniej kluski lane pełne skorupek w tłuste oka zupy my wdychamy wilgoć chorobę i ciężkie pięści ojca gdzieś obok smołują dach smród nie do wytrzymania makaroniki. a cup of the tea before bed. bad przesiewam mąkę matka wiązała supły na czerwonych tasiemkach potem upychała nam po kieszeniach przed złym okiem a my na wietrze robiliśmy z nich babie lato dowiązywaliśmy do szprych do zerwanych sznurowadeł dolewam wody czekam aż wytraci gluten (czy tam zwiąże) przedmieścia jak z amerykańskiego filmu obsypane czerwonym liściem złe oczy dyń gdzieniegdzie czaszka matka zaplątana w supły robię tasiemki z czerwonego lukru (taka niby krew) oswajam śmierć listopadowa walentyna. and the papers want to know whose shirts you wear rogalu rogaliku księżycu z piekarni w kolorze dyni sypią ci się pestki regolit teorie spiskowe martwe podmalowane chrobotki i tony liści do zgrabienia zgarbienia zgrubienia gruzełki guziki zgubione latem w trawie marsz. marsz. back to back chmury jak wata cukrowa gdzieś na granicy pamiętania pańska skórka lepi zęby matka kradła pomarańcze chowa duszę za oczami dlatego tak często nimi przewraca gubi nitki włosów zapada w koronki pachnie świętami naftaliną a miał być wiersz patriotyczny patryjotyczny z maryją rotą a może nawet mazurkiem i rogalem biało-czerwonym muchomorem pianka termoplastyczne. bitter sweet symphony matka smaży rybę sypie groch w klęcznik wciera krew i smarki w łokieć wzdycha kłos zarodnionośny z osi liści i igieł kruchość osteoporoza łomot łój rozmycia mięciutkie jak błoto żeby nie powiedzieć błotko złotko pod materacem strupy kołysane śpiewem szeptanką usypaną z piachu żwiru kamieni bąbelków łupin grochowin(y) nożyce. cut the world albo mleko na schodach albo wieczór, bezludny, na statku na głowie pstrąg na pstrągu jajko na jajku chleb na chlebie wróbel w zębach fajka z fajki mydlane banie popiół zagnieździł się pod powieką matka składa się z niecierpliwości o byle drżą jej ręce głos serduszko wycięte z krepiny i blizna jak nacięcie w korze zostawia wtedy za sobą kuchnię i nas za stołem ucieka w śnieg ale chyba nie poleży cytat Tomasz Pułka – Paralaksa w weekend (II) wierzchucka dwojga imion, feministka, ateistka, osoba biseksualna, larwa, poetka, artystka recyklingująca, babcia. mieszkała w irlandii i nowej zelandii, obecnie osiadła w kanadzie.
- Michał Borkowski – teksty różne
marzenie listopadowe mam akurat wolnych 8 eurostówek idę na dublińskie doki, zjeść burgera ze szczupaka z sosem truflowym, przy barze Brytyjka po temacie, która roztańczona robi kółeczka i mnie szturcha wyobrażam sobie, że nawet nieumalowana w piżamie wygląda jak skrupulatny zarządca kolonii pacyficznej. Musi być z prawniczej rodziny ma strasznie wieśniacką różową kieckę; wita się ze mną jak Londynka, „fuck off wanker” odpowiadam jej równie zawadiacko „what a bitch”. z miejsca nabiera szacunku, zaczyna grać ze mną w kulki. Bulę za niedojedzonego kotleta kelnerowi, który żegna mnie na rzęsach, bo dałem mu 17,20EUR napiwku. Nie minęła minuta pińć, a już bujamy się pod depo. Śmiejemy się z pomnika Oscara Wilde`a, Oscara „pysiu”. Jest tak niedopracowany, jak tłumaczenie Vulgaty bawimy się w zgadule: mówi, że to może być Churchill a ja że zaczes jak Matka Teresa i wygrałem. Notabene zachciało jej się rzygać, zobaczywszy cuchnącego bezdomnego z D1 przytrzymuję więc jej włosy, bo wydała 200 funtów na farbowanie i nie chce sobie zniszczyć końcówek. Za zwycięstwo pozwala się zabrać do mojej chambers. Pomiędzy słonikami na regale jest książka Sloterdijka „Pogarda mas”. Uśmiecha się, że przypomina jej dzieciństwo, szczęście, pierwsze zakupione nieruchomości na Earl`s Court. Chcę jej przetłumaczyć fragment Naborowskiego „Smaczny kąsek”, do którego w ogóle nie można się przyczepić, ale chwyta mnie za tyłek i tańczymy jakbyśmy oddawali cześć Hefajstosowi za zamknięte dla nieuków bramy Świata. Spoceni podbiegamy do mojego świeżo wykaflowanego tarasu z gresów serii „Lux Rainforest Limited". Szafirowa noc, fajnie nam się dłuży, dobrze widać jak sąsiad skacze i ugniata w koszu na kartony, by nie przepłacać za śmieci. Lily pokazuje mi palcem na kosmosie punkcik o barwie moczu między globulą Boka a Megrezem aż do Merak; rzecze nonszalancko wylewając pół drogiego drinka z mojego najlepszego alkoholu: „tam nas jeszcze nie było”. jak się patrzy w Calineczkarium myślisz, że bym tu z tobą siedział gdyby deweloper nie spóźnił się z kluczami pierdolił o hermeneutyce vademecum pierdoła saska powściągliwego Vattimo, który marzył podstawy bo odwagi mu starczało na max coming out w dzielni klasy średniej z wielką automatyczną wjazdową przesłaniem piorunującym: miłość zwycięży tak, na bank, gdybym już dostał sms z instrukcją wejścia do mojego gniazdka z loggią w kierunku północnym gdzie widać eleganckie kortenowe elewacje i zawistne spojrzenia tych, których nigdy na taki widok nie będzie stać i uśmiecha się z 178 m n.p.m przebudzona rudziulka bo jesteśmy dokładnie na tym samym poziomie o aksamitnej jędrnej skórze, z wydepilowanym siodłem łatwo poznać że dbana dopiero co zjadła szakszułkę z pomidorków z san marzano ale najpierw idę na siłownię, jesteś w stanie sobie to wyobrazić?! nie łudź się, że te drobiazgowe konsekwentne Eliotowskie wierszyki subtelna prawie niezauważalna ironia i trafność oceny sytuacji są cokolwiek warte jego wyszukane moralizatorstwo oczernianie królów życia, semantyka odkupienia i wał z życia na gorąco gdy wystawiasz głowę i plujesz rzadką na co najmniej dwie klasy niżej szampan się chłodzi codziennie od święta ale twoja madam przypomina ci, że to marnowanie energii: lepiej zrobić coś dla ducha np. wolałbym postawić aniołkowi pałę niż czekać na królestwo niebieskie z marzeń hipochondryka co śmierć przewidział wszystkich gdy rośnie kartofelek dorodny na działeczce, którą kupiłeś za inwestycje, bo zamiast słuchać nowoczesnego płaczka na wieczorku literackim wyciągnąłeś w porę swoje akcje, a to już coś; szkatułeczki procentów składanych przekładają się w porządną michę bobu – a to przynajmniej już coś; a już najbardziej to inteligentne głębokie kino à la Uczta Babette, nie daje mi spać, szczególnie jak zdejmuję kremowe stringi Mulatce pani od greki bo mówię do niej, że do mojego łóżka nie ma ładowania się w spoconych po całym dniu rzeczach(!) ach, no jak pięknie film mnie kładzie – weźmy takiego Bergmana nad którego produkcjami podniecają się zazwyczaj okularnicy po zmarnowanym momentum życia na dobry start którzy nawet cukierka przez papierek nie widziałem jeszcze jak Zeusa kocham miłośnika eschatologii w pięciogwiazdkowym hotelu! (chyba, że liczymy tych, którzy podają ręczniki w saunie). Lecz nie przyszedłem tu krytykę nieść a w koszuli nocnej za 2 wypłaty płytkarza i choć kocham bardzo delikatność Dickinsonowej albo Keatsowe odwalanie kity na stojąco i Kerouacowe śliczne nawilżone łzami oczęta to jeszcze milsza mi lekko słonawa polewa truflowa najlepiej jak mi przystojny italski kelner przyniesie na „porcelance” na konkretną godzinkę i zapyta: czy polać panu po pieczeni? i jak pomara mnie za boczki przed wykładem moja nowa studentka pochodząca z jakiegoś wesołego miasteczka na Suwalszczyźnie tak, że nie będę czuł już kompleksu szerokości gotowa zawalić dla mnie egzamin z semiotyki bo wie, że i tak do niczego się jej to nie przyda a jak dobrze wieczorem się porobimy to może uda nam się przespać poranek nie widzieć zabieganych o 8 rano ludzi. jeszcze 10 minut temu wierzyła w stały związek z przysięgą wierności ale mówię, że wyjeżdżam pojutrze do mojego chambers w Éire i lądujemy w wyrze, które kazałem jej pościelić przed seksem cholernie ją dziwi, że śpię na pieniądzach, ale przeszkadza jej to tylko gdy rulon stówek wrzyna jej się tam, gdzie nie powinien mówi, że najważniejsze, że się „odnaleźliśmy” choć na chwilę i że nigdy nie spotkała tak dobrego człowieka jak ja na co odpowiadam takim pizdowatym głosikiem z poważną miną jakbym nic słodkiego od miesiąca nie jadł narzucając na siebie prześcieradło robiąc długie włosy z brudnej ściery: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko Filet Mignon Medium Rare”. Esej 92937 leżakowanie, czyli generatio spontanea Tak bardzo pragnę żyć, marząc, że nie skończy mi się czas. Nie chcę zawijać się z miejsc, w których zostawiłam tyle serca. Uroda napotykanego oparła się komentarzom, „piorunom wojny”, dobrom powszechnym i powadze familia urbana. A żegnać się z tymi, których umiłowałam i wybrałam, napawa mnie obrzydzeniem, takim, jakie mam do zadzierzystych senexów, których nie stać na porządny aparat słuchowy. To, co stworzyliśmy, było powzięte w ufności do Świata, z wdziękiem Inhaltsscepticismus… pośród gąszczy sensów, konotacji, desygnatów, paciorków, wartości i innych kurosów, które mają straszyć twórcę… odwodzić go od stanów, z których zakompleksiony pisarczyk zrobiłby sobie aktorską afektację. Chcieliśmy ładnie się urządzić… nie cofnąć się przed Życiem z powodu zniechęconych plusjojów, zapobiegających temu, co ma się zaraz wydarzyć. Za dużo wspaniałego było, bym ot tak mogła zniknąć. Oj nie, nie. Nie potrzebuję do tego śladu. Bo co ja im powiem na do widzenia? Że "warto było" po grecku jak Augustyn wyznający, że grekę „umie bardzo mało, a właściwie nic”?! Odi profanum vulgus et arcero zagrane dla niepoznaki na bałałajce? Ciao… śmiało, śmiało, śmiało… Cokolwiek znaczy odchodzenie, czy umieranie, ja strasznie tego nie chcę! Wyduszę z siebie moje wcześniaki-słowa dla zmyły, że „jestem sama/O kwiat jeden życia biedniejsza”, by nakarmić ciekawość, jeśli taka byłaby cena odrobinę dłuższego pożycia. I z chęcią przyjmę do siebie niechciane życia! Dlatego kibicuję rozwojowi transplantologii. By nawywijać sobie trochę na czyjś koszt. Tętniące żywiołami dzieło sztuki, jakże wspaniałe obcowanie, które mnie inspiruje do coraz to wnikliwszego zwiedzania komnat swobody, siedliska twórczego miłowania, religijnej ekonomii samonagradzania; moja buzia coraz bardziej rozdziawiona, moje ręce wyciągnięte po więcej w geście wdzięczności, że dostałam szansę zdumienia. Niepowtarzalną, jak makijaż Dionizosa, który stroił się za babę. Dla brachylogii res nullius unieważniłam znaki i przerobiłam na słowo honoru, słowo co się rzekło i echo. Współżycie w takim trójkącie powoduje, że gdy usłyszę to samo słowo kilka razy, to zaczynam czuć lingwistyczną prowizorkę na Świecie. Nawet najbardziej poważny i prawdziwy zwrot mnie bawi… Proszę sobie przeczytać non omnis moriar 20 razy w tempie prestissimo z poważną miną. Tak bardzo dbam o pracę przepony. Zaspokojona nieustannie solidną repetą wrażeń mam same problemy bogactwa. Nie mogę się zdecydować, co najbardziej lubię z dnia… poranki z rześkim przebudzeniem, które czekało całą noc na ten właściwy moment "wyjęcia mi tego z ust", czy popołudnie, które jest eleganckim sprzętem do łaskotek… a może wieczór, gdy milczenie poleruje moje struny głosowe. boję się domu wycelowanego oknami na Świat domu, który jest bezpiecznym schronieniem pojęciem unieruchamiającym zapowiedzią doświadczania różnicy my oni boję się takiego domu miejsca skąd bym pochodził gdzie katastrofa jest odkładana w czasie data odmierza święto nie mamy przed sobą tajemnic sprawy stają się nasze boję się wielkiego domu który byłby całym moim Światem Artysta przed osiągnięciem sukcesu jest socjalistą, pełną gębą. Michał Borkowski (ur. 1987) – poeta, filozof, informatyk. Obecnie doktorant filozofii. Od 2018-2022 pracownik Ambasady Polskiej w Dublinie. Publikował m. in. w: „WydawnictwieJ”, „Polu” i „Helikopterze”. Wydał tomy poetyckie: Wielkopoliska (2017), Dublinopolis (2020), halo halo (2022), Autor kilku artykułów naukowych, 6-krotny maratończyk, ostatnio w Maladze (2023).
- Maria Czekańska – sześć wierszy
jeśli jeśli moje ślady na twoim ciele mogłyby kiedyś zniknąć, to tylko wtedy, kiedy sama zrobisz sobie nowe. rogucki na ekranie, ty śpiewasz, ja udaję, że to dreszcze od potu (bo się narobiłam, wiesz, że się kurewnie narobiłam). jeśli kiedyś fotel z przodu w twoim kabriolecie ma być pusty, to tylko wtedy, kiedy będziesz po mnie jechać. światła, flesz, wiemy, że po zmroku najlepiej jechać bez błysków. (już się naśpiewałyśmy, teraz możemy potańczyć). jeśli kiedyś zęby mają przestać odciskać się na szyjach, to tylko wtedy, kiedy będziemy mieć długie paznokcie. jeśli kiedyś masz powiedzieć, że jesteś gotowa, to tylko wtedy, kiedy będę się miała w co wpakować. Ja bardzo, bardzo Prinie Twój dred po dredzie spłukać z pieczonych akwareli, co zdrapują przypalone kawałki jeżyn. Iść do holu wąskiego to iść do kamieni dłubiących oczy meduzy. Moje nogi są napęczniałe, kolana przykryją dredy. Usta są wilgotne, usta to wargi mielizn. Ona do niej, łokcie do nogi, biel do popieli. Ja bardzo, bardzo. Ty bardzo, bardzo. Zdrapujemy zapalenia mieszków i wyciągamy włoski mewy. Dziś rozczochrana bielizna na płacie deski. Bo hol jest głęboki, hol jest giętki. Kochana idzie dzielnie pod prąd Kiedy piszę ci wiersze, powiedz mamie. I buldogom. Zaprzęgnij kotki drewniane butami, ugotuj marzannę i jedz. Kiedy na ciebie patrzę, powiedz dziewczynie. Wwierca się przez ciebie stado pszennych żołnierzyków ze wszystkimi kończynami. Nie mówię ci kochana , mówię, że czasem palce są jak wosk a głowa z żelaznego pistoletu. Na koniec zapalimy sobie wąsy. Jak esmeralda tańcząca w ogniu Nie bój się, pomiędzy tymi udami nie ma ośmiu apostołów, jest tylko ewa, a jabłko spadło do popiołów. Kiedy kobieta kobietę gładzi, wyrastają nowe lasy z opuszczonymi liśćmi, tworzą się ołtarze z napisami: tam jest wejście. Tworzą się modlitwy, ze słowami: jeśli cię dotknę, pękną te pieprzone pomniki, do których zwykłyśmy się modlić. Jeśli wejść, to nabić butelkę. Lesbish fiesta Miała dość romantyzmu do porzygu, czerwonych róż, pajęczych komplementów. Uszy miała na uszach, zawrócić do tafli rozdeptanych jarzębin na sok. Splot warkoczy to viva la toscana, viva la żołądki. Wypuszcza motyle do gardeł tych, co nie dadzą obrączek. Miała dość romantyzmu do porzygu, była pragmatyczna: papier i dzieci, które może nazwać “nasze”. Czuję meandry, tworzę głaski Musiałam zostać opluta tysiąc razy, a moje mięśnie stać się twarde bez wycisku, by ją poznać. Musiałam przejść przez miliony dotyków jak po gorących kamieniach, żeby ją zobaczyć. Moja skóra z brudem jak mielizna, a twarz z niezagojonymi bliznami. Hej, bokserze, pamiętasz to? Upadłam kiedyś na kamienie, byś mnie kopnął. Dziś skóra goi się, wlano w nią mydło. Marnuję wodę, by mi nie poszło w krew. Moje uda są wreszcie okryte, czuję jej ciepłą głowę. Jeśli obudzę się w śnie, to tylko gdy uderzę o podłogę. Musiałam przejść po obciętych paznokciach, aby powiedzieć jej: kiedy się kąpiesz, umyję cię też. Maria Czekańska (ur. 1995) – wiersze publikowała m. in. w „Stonerze”, „Odrze”, „Wizjach”, "Liberté!", “Przekroju” i „Babińcu Literackim”. Jej pasją jest chodzenie na skrajach. Jest autorką kilku wywiadów, które przeprowadziła z Elką Łapczyńską, Zofią Bałdygą, Iją Kiwą czy Piotrem Janickim. Mieszka na Śląsku.






![Przemysław Znojek – Robotnicy [szkic sentymentalny]](https://static.wixstatic.com/media/0f5431_00d0689e93414c95af96d5bc3e6ceade~mv2.jpg/v1/fit/w_176,h_124,q_80,usm_0.66_1.00_0.01,blur_3,enc_auto/0f5431_00d0689e93414c95af96d5bc3e6ceade~mv2.jpg)



