top of page

Search this site

Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jarosław Barańczak – pięć wierszy

    Preludium co rano siadał pod wiatą nasłuchiwał warkotu autobusu kolor nieba wychylał się z pyłu autobus przystawał  po chwili zakrywała go  nowa chmura  nie dotykał już  wydrapanych na ławce słów mogły nie być dla niego wieczorami  w preludium cis-moll Chopina słuchał tego co było  i czy nadchodzi kolejny ranek  Bzy za plecami nazywali ją panią bovary chociaż żaden nie czytał do końca on jeden kruchy i wysoki jak witka wystawał pod biedronką chodził za nią  bzy kwitły bez odurzał w ciszy póżnego popołudnia spóźniony klakson   dźwięk łamanej witki  i cała ta miłość Monidło w pokoju bez okien sczerniały tynk pamiętał biel jej welonu i miłość której ze sobą nie zabrali wisiało jak znak dla tych  co nie wiedzą o pękniętych framugach i dzwiach za którymi nie ma łóżek ciepłych po nocy jego niebieskie oczy wpatrzone w jej czerwone usta zostały żeby czekać na jeszcze jedno uderzenie młota zanim ucichło widziałem odjeżdżający gruz Zgęstniałe powietrze opuszkami palców otwierał   chwile zamknięte w strunach  uderzanych młoteczkami  czekali  aż do końca pokaże ich ból i osobne szczęścia powietrze gęstniało kończył akordem głuchym jakby drzwi zatrzaskiwał kłaniał się  jak zawsze nie dość zgrabnie Jak człowiek Tym razem uznała, że musi być stanowcza. Powiedziała – od dziś  masz być jak człowiek. Wrócił do siebie. Pozbywał się kolorów  rozpełzłych po głowie, włos po włosie. Każdy znaczył kreską na przedramieniu. Wokół ciemniało, czuł że już nie zakwitnie. Kiedy weszła, wezwała Boga.  Poczuła się opuszczona. Jak wtedy   kiedy zabrali go z ulicy,  znalazła tylko tęczową kokardkę. Dlaczego musiał jej to robić? Jarosław Barańczak – wydał trzy zbiory wierszy, ostatnio Jeszcze stoimy (2025) . Nagrodzony Lubuskim Wawrzynem Literackim za zbiór Znak (2021). Kiedyś dyplomata, wciąż dużo podróżuje. Mieszka we Wrocławiu.

  • Bartosz Marzec – Trzy dla dwóch

    Opowieść Gdy następnym razem  odwiedzę rodziców  będzie jesień. Siwe włosy  błyszczą na pyskach  naszych psów. Weź na rączki Najpierw chodzimy daleko.  Chodzimy po lesie, piachach, między zalewami,  do utraty tchu, poranki, popołudnia, wieczory.  Chodzimy całe, całe dnie,  a czarne, czarne oczka  rozświetlają nam drogę. Potem chodzimy już krócej.  Świat zawęża się, topnieje jak lądolód.  Szybkie nogi już nie te, nie niosą same,  ale nie nosimy jeszcze  ufnych ciał naszych psów. W końcu jednak, już teraz to widać,  zostanie tylko pas drogi przed bramą  oświetlony ostatnim światłem ulicy. Granicą świata stanie się ogrodzenie,  a w spokojnych, ale zmęczonych oczach  pojawi się prośba. Samotność  Dobrze, że ma kto  wyprowadzić psy.  Psa. Sąsiad wyprowadzał dwie sunie. Później widywałem go tylko  z jedną.  Tymczasem rośnie w ciele naszej  Meli.  Tymczasem rośnie  w ciele naszej Soni. * Mela odeszła 18 maja, Sonia ​​– 25 września 2025 roku. Na zdjęciu Mela w środku, Sonia z prawej. W wierszach i między wierszami. Bartosz Marzec – kulturoznawca, wiersze publikował w „Czasie Literatury” (4/2022), współtworzy kolektyw poetycki Wcierka. Autor licznych wywiadów z polskimi filmowcami, które ukazywały się głównie w miesięczniku „Kino”. Pracował w kulturze i trzecim sektorze, obecnie – w administracji publicznej. Pochodzi z Radomia, od dwudziestu lat mieszka na warszawskim Ursynowie.

  • Andrzej Molenda – Polish Express

    Przesuwał kolejne zatłuszczone tacki przez okienko łączące ciasną, wypełnioną wilgotnym powietrzem, kuchnię z małą salą. Przy każdej kolejnej naciskał dzwonek i wykrzykiwał „Pierogi po polsku”, „Kluski śląskie”, „Knedle cieszyńskie”. Na ten sygnał odrywali się od stolików klienci i straszliwie kalecząc nazwy pytali czy w styropianowych, przesiąkniętych sosem pojemnikach, jest ich zamówienie. Byli to głównie młodzi ludzie, studenci, czasem robotnicy stawiający nowe osiedla, lub medycy szukający posiłku w przerwie podczas dyżurów. Uśmiechał się szeroko kładąc ręczniki papierowe, które służyły jako serwetki, na pojemnikach. Potrafił kląć przy tym nie zmieniając wyrazu twarzy. Nie miał w sumie nic przeciwko klientom po prostu uważał, że im to i tak nie zaszkodzi a jemu pomagało. Zawsze odpowiadali uśmiechem, a czasem próbą niezręcznego „dziękujjeee”, które nie wiedząc czemu zawsze kończyło się wznoszącym akcentem – zupełnie jakby śpiewał to jakiś pijany chórzysta. Tak naprawdę denerwowało go tylko kiedy nazywali to miejsce „czeską budką”, Czechy to nie to samo co Polska mamrotał wtedy pod nosem, chociaż właściwie samemu nie miał pewności nie był w domu od ponad trzydziestu lat. Tak samo jak nie miał pewności co do tego czy dania, które podawali rzeczywiście tak smakują w kraju, czy też samemu powymyślał część z nich i dostosował do lokalnych potrzeb. Otarł pot wierzchem dłoni, odruchowo złapał krawędź poplamionego fartucha, dziś było wyjątkowo gorąco i duszno. Zbliżał się wieczór, największa fala klientów już chyba przeszła. Oparł się o kontuar. Dźwięki miasta wpływały delikatnie przez uchylone drzwi, szum samochodów elektrycznych, odgłosy butów i dźwięki z pobliskiego parku. Nagle pośród tych wszystkich odgłosów uświadomił sobie, że słyszy jakąś nieuchwytną melodię. Albo wydawało mu się, że słyszy. To było, było... nie miał pewności ale coś mu to przypominało. Jakiś smak na końcu języka ? Coś..jakby z dzieciństwa...w tym momencie ktoś przeszedł przed prostokątem stworzonym z otwartych drzwi i wpadającego w otwór oślepiającego popołudniowego światła przysłaniając je na chwilę i rzucając długi cień na podłogę. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej, nie takie jak zazwyczaj, ale paraliżujące i rozlewające się na całe ciało jak szpilka, która rozszerza się i wreszcie nie ma miejsca w całym sobie żeby się przed nim schronić. Przed oczami zawirował mu jakiś obrazek, podwórko, paczkomat, jakiś sklep, chyba tak wyglądało dzieciństwo. Jedną ręką złapał się za klatkę piersiową drugą próbował przytrzymać się blatu, strącając przy tym kolejną tackę. Dźwięki ucichły po czym wszystko wróciło do normy. Poczuł, na czole krople zimnego potu. Ktoś do niego mówił, i trzymał za ramię. Po chwili sobie uświadomił, że to jego córka, no tak dzisiaj nie ma zajęć na uniwersytecie. - Tato – powiedziała po polsku z wyraźnie chińskim akcentem – wszystko w porządku ? - Tak, tak – potrząsnął głową jakby budził się z głębokiego snu i spróbował się uśmiechnąć – w porządku tylko mnie dzisiaj te zafanduły denerwują – Przesunął palcem po prawie pustej sali. - Tato, nie lubię jak tak mówisz. Tym razem naprawdę się uśmiechnął. W sumie nie miał tutaj aż tak źle, po kryzysie kiedy w kraju nie było pracy uciekł tutaj. Student polonistyki otworzył budkę z jedzeniem w środku jakiegoś zapadłego kilkumilionowego miasteczka w prowincji Syczuańskiej. Trafił dobrze, koło akademików lokalnego uniwersytetu medycznego. Zresztą jego córka teraz tam studiuje. Szybko zrozumiał, że ma być tanio, dużo i lekko egzotycznie. Udało mu się ściągnąć jakąś grafikę jelenia na rykowisku, która miała symbolizować Europę i kilka cerat w krakowską kratę. Na początku było ciężko, pracował sam siedem dni w tygodniu. Później poznał dziewczynę, która czasem przychodziła tu zjeść, ożenił się. Pracowali razem. Po kilku latach zaczęli tu przychodzić nie tylko studenci, ale też pracownicy biur i inni klienci. A zresztą może to byli studenci, którzy się dorobili, a przychodzili z sentymentu. Często zostawiali duże napiwki dla „biednych imigrantów”. Zresztą w ogóle traktowali go raczej życzliwie, jakoś wrósł w krajobraz i nie stracił klientów pomimo że jego śladami szybko podążyli inni rodacy. Niektórzy otwierali nawet bardziej luksusowe restauracje, ale mieszkańcy twierdzili, że nie zje się tam tak dobrze jak u niego. Tak naprawdę pomimo tego samego, od lat, fartucha i podartych jeansów to dorobił się swoją ciężką pracą i pewnie miał większe oszczędności niż nie jeden z tych co zostawiali napiwki. Wolał się z tym nie obnosić ale starczyło na dobre mieszkanie i małą kawalerkę dla córki na czas studiów, a przecież wysyłał regularnie pieniądze do Polski no i miał jeszcze dużo w zapasie.. - Powinieneś odpocząć – powiedziała córka wyrywając go z zamyślenia - Odpocząć, odpocząć... Wszystko w porządku - odpowiedział z irytacją. Sam nie wiedział, czemu go to zdenerwowało – stary ojciec jeszcze trochę potrafi, idź już do domu, masz przecież zajęcia od rana a ja posprzątam tu jeszcze. - Na pewno ? - Tak, tak już prawie koniec na dziś – po czym dodał naciskając dzwonek „ Placki ziemniaczane z kapustą” - Dobrze to ja lecę, pa napisz wieczorem, jak dotrzesz do domu. Następne dwie godziny minęły spokojnie, dosłownie kilku ludzi zamówiło coś na wynos. Aż się zdziwił, że dzień jest taki leniwy. Z nudów zaczął obserwować salę, spojrzał krytycznie na grafikę z jeleniem pokrytą plamami tłuszczu. No może czas już zmienić – pomyślał. Wziął szczotkę, miał jakąś awersję do tych robotów sprzątających i zaczął zamiatać podłogą pokrytą niegdyś niebieskimi kafelkami. Właśnie kończył zbieranie piasku do szufelki kiedy poczuł czyjąś obecność. Powróciło uczucie kłucia w klatce piersiowej, ale tym razem nie było obezwładniające. Tliło się zupełnie jak przygaszony gaz pod czajnikiem z herbatą. Otrząsnął się i pomyślał – Oj niedobrze ze mną, może rzeczywiście czas trochę zwolnić. W tym momencie brzęknął dzwonek zawieszony na futrynie drzwi. Spojrzał na zegarek, było po dziesiątej wieczorem, palniki kuchenki już dawno były wygaszone. Ciągle zbierając resztki piasku zmiotką i nie oglądając się na drzwi powiedział kalecząc straszliwie mandaryński – Po dziesiąta zamknięcie, jutro twój koń –Jeżeli to nie jest dla Pana kłopot, to wolałbym mówić po Polsku – odpowiedział męski głos nie posiadający ani śladu obcego akcentu. Głos kogoś kto musiał urodzić się w Polsce, ale nawet nie, to był głos wyuczonego spikera, aktora, śpiewaka, kogoś kto miał wrodzony talent i spędził lata na treningu. Wszystkie akcenty były równo i dobrze rozłożone, pauzy przychodziły po sobie w odpowiedniej kolejności a zakończenie zdania niosło ze sobą nostalgiczną nutę dźwięku żab łapanych na łąkach przez bociany. Zamarł na chwilę. Jego myśli zaczęły biec jakimś dawno nie używanym torem prosto w stronę jakiegoś zamkniętego tunelu. Był tutaj co prawda kiedyś student polonistyki, chińczyk, jakiś zapaleniec, ale od razu słychać było, że wymowa i gramatyka sprawia mu pewną trudność i nie ma mowy o pomyłce z rodzimym użytkownikiem języka. Lekki niepokój, nie wiedzieć dlaczego przerodził się w przerażenie, poczuł że wszystko się w nim trzęsie tak jakby żołądek próbował wskoczyć w miejsce, w którym nie powinno go być. Tylko spokojnie – powtarzał w myślach nie będąc w stanie wstać i obrócić się w stronę drzwi. – Nie potrzebnie się pan boi – powiedział głos – nic strasznego się nie wydarzy. - Nic najprawdopodobniej, już się nie wydarzy – dodał akcentując słowo nic. Zerwał się z podłogi rzucając szufelkę, która zostawiła w locie ogon piasku na przed chwilą sprzątanej podłodze i ze zdziwieniem stwierdził, że wpuszczając przez uchylone drzwi odgłosy nocnego miasta w wejściu stanął Chińczyk w jasno szarym dobrze skrojonym garniturze, rękawiczkach tego samego koloru i butach na których nie widać było śladu zabrudzenia. Zupełnie tak jakby przed chwilą opuściły wystawę sklepu, do którego zwykli śmiertelnicy, operujący zwykłymi kartami kredytowymi nie mają dostępu. Nawet nie wiedzą gdzie takich szukać. Nieznajomy uśmiechnął się. Zdjął prawą rękawiczkę i trzymał ją teraz w lewej ręce, w której do tej pory miał tylko laskę ze srebrnym okuciem. Nie zwracając na niego uwagi wyjął z kieszeni marynarki zegarek kopertowy. Podszedł do stolika, krytycznie spojrzał na oparcie krzesła, odsunął je laską. Westchnął i tak jakby miało go to zabezpieczyć przed poplamieniem się powoli usiadł. Zaprosił gospodarza gestem, żeby także usiadł. - Porozmawiajmy – dodał, wydawało mu się, że to było nie potrzebne, ale nic w gestach nieznajomego i jego sposobie mówienia nie wskazywało na to, że znał takie słowo jak „niepotrzebne”. A więc widocznie, było potrzebne. – Porozmawiać, ale o czym ? – zapytał zakładając na prawe oko binokle. – Właśnie – dodał z naciskiem nieznajomy – nieźle się tutaj napracowałeś – kontynuował wskazując srebrnym okuciem na sale kuchnie – dorobek życia... Chcę żebyś mi coś ugotował – powiedział po dłuższej pauzie rozkładając prawidłowo akcenty w słowie „ugotować”. - Ale co? Może ... - Żadnych krokietów warszawskich – przerwał głośno nieznajomy – ani oscypków z Zabrza ani nic z tego co podajesz swoim gościom udając, że to polskie jedzenie. Dobrze wiemy, oboje, że nikt w tamtym kraju nie je wędzonego tofu, ani nie doprawia żałośnie kimchi trawą cytrynową podając z grzybami moon. - To może ... - Kotlety schabowe z mięsa kupowanego w lokalnym sklepie, przyprawiane curry z ziemniakami z tego wielkiego worka na zapleczu, na którym jest napisane Idacho Potatos też nie wchodzą w rachubę. To musi być coś autentycznego, coś co można zjeść tylko w twoim kraju. Musisz się lepiej postarać. Od tego dużo zależy. – Co... co od tego zależy? – zdenerwował się wreszcie i uderzył szmatą w stół. Nieznajomy spojrzał na niego, po czym otworzył wieczko zegarka kopertowego. Położył go do góry nogami na stole. Zamknął i otworzył dłoń, a na niej nie wiadomo skąd pojawił się mały klucz, którym nakręcił mechanizm. Z obudowy wyjechała mała pozytywka, z tancerką wyrzeźbioną w utwardzanym mosiądzu. Zaczęła grać melodię. – Masz piętnaście minut. Jeszcze raz zrobiło mu się zimno, wreszcie zrozumiał. Nieznajomy uśmiechając się połową ust dodał – I obaj wiemy, że knedle nie są polskie tylko czeskie. Właściciel wstał powoli od stolika, przeszedł do kuchni. Na szczęście w szafce miał jeszcze ten podły ryż, którego używał do suszenia telefonu, kiedy wpadł mu do kubła z wodą. Odstawił na bok”rice coocer”, podpalił gaz pod kuchenką, wyjął z dolnej szafki mały garnek, wsypał do niego na oko ćwierć paczki ryżu zalał wodą, przykrył pokrywką i wstawił na palnik. W zamrażalniku miał jeszcze opakowanie truskawek. Kiedy ryż się gotował rozmroził je, rozgniótł widelcem i dodał resztkę jogurtu. Dosypał kilka łyżek cukru i mieszał , póki ostatnie grudki nie rozpuściły się w różowej masie. Ryż był gotowy. Nałożył kilka łyżek lekko sklejonych ziaren na talerz z niebieską obwódką. Polał sosem, nie popełnił tego błędu i zamiast jednorazowych pałeczek na brzegu talerza położył widelec marki gerlach, który przywiózł lata temu kiedyś ze sobą. Włożył to wszystko na czerwoną tackę i zaniósł nieznajomemu. – W samą porę. Pozytywka właśnie przestała grać. Obcy patrzył przez chwilę na parę unoszącą się z kupki ryżu, która mieszała się z wilgotnym powietrzem, tworząc jedno i niosąc ze sobą zapach ciepłych już truskawek. Wreszcie wziął widelec wbił w sam środek i podniósł na wysokość ust. Przez chwilę jego nozdrza drgały lekko, zupełnie jak u konia, któremu podaje się marchewkę. Powoli smakował truskawkowy sos i ryż. Wreszcie uśmiechnął się odkładając widelec. – Dobra robota – powiedział – to chyba już wszystko, zdałeś, czy to nie dziwne jak rzeczy w takim momencie tracą na znaczeniu ? – Tak to dziwne. Nagle wszystko przestało go obchodzić, nawet to, że jego nieważkie ciało podpowiedziało mu, że upada, i ten upadek trwa i jego długość wydaje się nieskończona. I że już nie czuje zapachu mrożonych truskawek i że sala i kuchnia zaczyna wirować i zamienia się w długie spirale. I że robi się ciemno. Nieznajomy westchnął. Przysunął krzesło do stolika i wyszedł starannie zamykając za sobą drzwi budki, na których był namalowany niebieską farbą dumny napis „ Polish Express”. fot. Radosław Kazimierczak Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, poeta. Absolwent UŁ i Akademii Muzycznej w Łodzi. Wykładowca na Politechnice Łódzkiej. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu i Korei. Publikował swoje opowiadania i wiersze w "Odrze", "Helikopterze" i tutaj.

  • Anna Przysada – Nie umiałam zapalić latarki

    Mówili, że na końcu tunelu zawsze widać światło. Że ono prowadzi, więc nie da się zgubić drogi. Nawet w takich kwestiach kłamali. Schody do mojego prywatnego tunelu budowałam sukcesywnie. Pierwsze prace, wówczas jeszcze naziemne, rozpoczęłam w wieku ośmiu lat, kiedy gryząca woń procentów rozprzestrzeniła się z oddechu ojca na resztę domu. Dywany zaczęły cuchnąć, jakby zrezygnowały z mycia na dwa tygodnie. Mój szkolny mundurek częściej prano w Cabernet Sauvignon niż w Persilu. Ja spałam w pokoiku na górze, ale niewinna spódniczka w kratkę i białe podkolanówki nocowały w szafie, tuż obok barku w salonie. Nie chciałam wiedzieć, czego musiały słuchać podczas tamtych nocy. Chociaż i tak wiedziałam. Puste butelki nad ranem zawsze sprzątała matka. Miała zielone oczy. Bardzo ładne. Szkoda, że wtedy oddzieliła je od świata obojętnością. Przez to szybko zaczęła przypominać ojca, mimo że była zatwardziałą abstynentką. Bez znaczenia. Później to już poszło raczej z górki. Pierwszy stopień w dół – przerażenie dzieci, kiedy przyszłam na lekcje w zakrapianych na bordowo skarpetkach. – Ej, patrzcie na jej nogi – szepnął jakiś rudzielec, a inni zaczęli wytykać mnie palcami. – Czy to krew? – pisnęła jedna z dziewczynek i pobladła gwałtownie. A to było tylko czerwone wino. Ojciec je strącił ze stołu, kiedy próbował podnieść cielsko z kanapy i poklepać mnie po głowie na ,,do widzenia’’. Drugi stopień w dół – kiedy matka nakładała w pośpiechu podkład na skórę mojego dziesięcioletniego policzka i tłumaczyła, jak skutecznie zakryć siniaki. Nie pytałam, skąd ma taką wprawę. Ojca nie było wtedy w domu. Powiedział, że wychodzi do kościoła. Schody do mojego prywatnego tunelu budowałam sukcesywnie. Czasem robiłam chwilę przerwy. Kiedy indziej przeskakiwałam po dwa piętra naraz. Zdarzało się też, że wychodziłam na górę zaczerpnąć świeżego powietrza. Ale szybko wracałam – z własnej woli lub nie. Bez znaczenia. I drążyłam dalej – głębiej, głębiej, coraz głębiej. Aż w końcu grunt pod łopatą nie stawił oporu. Dwa metry poniżej ostatniego stopnia rozciągała się nieoświetlona przestrzeń – podziemny korytarz. Zeskoczyłam, a sklepienie zamknęło się nade mną. Miałam dwadzieścia trzy lata. Przez kilka sekund byłam słupem soli. A może minut, godzin lub dni. Bez znaczenia. Raz za razem próbowałam zaprzęgnąć komórki poprzecznie prążkowane do pracy, ale one tylko udawały, że nie ma ich w domu. Inaczej niż neuronalne siostry. Te akurat siały chaos w najlepsze. Otwierały szuflady, które kiedyś starannie zamknęłam, wywlekały z nich co popadnie i zostawiały na podłodze. Potem kilka fikołków przez korytarz i tłuczenie szkła w drugim pokoju. Z cielesnego szoku wyrwała mnie kropla wody, która oderwała się od sklepienia i ruszyła na spotkanie mojego nosa. Potrząsnęłam głową i uniosłam twarz ku górze. – Gdzie tu jest sufit? – mruknęłam i zmarszczyłam czoło. Okręciłam się wokół własnej osi w poszukiwaniu jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale wszędzie było tylko czarne nic. – Jezu – wydusiłam przez zaciśnięte gardło – gdzie są ściany? Mój wzrok błądził, aż zatrzymał się tam, gdzie powinien odnaleźć dłonie. Czarne nic. Strużka potu spłynęła mi po kręgosłupie. Musiałam znaleźć ścianę. Wystawiłam ręce na boki i postąpiłam kilkanaście centymetrów w prawo. Chociaż równie dobrze to mogło być w lewo, w tył albo w przód. Pomyślałam, że jedynie góra i dół są pewne – dzięki tej kropli na nosie. Po kilku ostrożnych krokach wymacałam oślizgły kamień. Z ulgą przylgnęłam do chropowatej powierzchni, mimo że wbijała się w plecy jak tysiąc drobnych szpil. Bez znaczenia. Moja skóra na przestrzeni nastoletnich lat przyzwyczaiła się do ostrych krawędzi. Odetchnęłam głębiej i nie wiem, czy to za sprawą większej ilości tlenu w płucach, czy kojących mnie igieł, przypomniałam sobie o przedmiocie ciążącym w kieszeni. Już od dziecka intuicyjnie wiedziałam, że kiedyś tu trafię i przygotowałam się zawczasu. W pośpiechu wyciągnęłam latarkę i wdusiłam przycisk ,,włącz/wyłącz’’. Nic. – Dalej no – syknęłam i zaczęłam naciskać coraz mocniej. – Nie rób mi tego, błagam, muszę oświetlić ten syf. – Tłukłam w latarkę, aż rozbolała mnie ręka. – Łaski bez. – Zamachnęłam się i rzuciłam ją z impetem przed siebie. Huknięcie o podłogę dało się usłyszeć dopiero po dłuższej chwili. Tunel musiał być cholernie głęboki. Nie pozostało nic innego, jak przesuwać się wzdłuż ściany. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale w końcu w czerni zamajaczył jakiś obraz. Początkowo niewyraźny, coraz bardziej nabierał ludzkich kształtów. Pojawiły się znajome rysy. – Mama? – szepnęłam rozedrgana. Kobieta podeszła bliżej i przyklęknęła na kolanie tuż przede mną. Na rękach trzymała czekoladowy tort z dwunastoma świeczkami. – Kochanie dziś są twoje urodziny. Zobacz, co kupiłam w sklepie. – Jej usta ułożyły się w uśmiech, ale brak kurzych łapek wokół oczu nie pozostawiał złudzeń. Pamiętam tamten dzień. Matka pomyliła datę moich urodzin – były dwa tygodnie wcześniej. Postawiłam potem ten tort koło wiaty śmietnikowej na osiedlu. Może koty się do niego dobrały – dzień dobroci dla zwierząt. Ja to przecież od małego nie lubiłam nawet czekolady. Byłam wściekła. Teraz odnajdywałam w sobie tylko rozgoryczenie. Ominęłam ten uroczy obrazek i odnalazłam chłodną ścianę. Za drugim razem zanurzenie się w ciemności było prostsze. Otuliła mnie ciasno jak koc i szeptała kojąco. Poddałam się i ruszyłam dalej wytyczoną przez nią ścieżką. Dzięki temu nie musiałam myśleć. Tylko ślepo podążać. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale od środka zaczął skręcać mnie głód. Z każdym krokiem supeł w brzuchu zacieśniał się coraz bardziej. Zasilałam ciało wspomnieniami ulubionego jedzenia. Bakłażany zapiekane z fetą. Świeże, sezonowe truskawki. Owocowe cukierki w formie galaretek. Dziesięć metrów przede mną wątła smuga światła rozświetliła ciemność i ukazała dwie dziewczynki – mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. Siedziałyśmy na piłkach gimnastycznych, a wokół walały się skakanki, pomarańczowe paliki i szarfy. – Zrobisz mi warkoczyki? – Popatrzyła na mnie wielkimi oczami. – Proszę, proszę, proszę! – Nie chce mi się dzisiaj Hanka. – Podskakiwałam rytmicznie na dmuchanej kuli. – Chyba że masz coś tam dla mnie. – Wyszczerzyłam zęby i spojrzałam znacząco na tornister z Lilo i Stitch. – Nie wiem, o co ci chodzi. – Zacisnęła usta i zmarszczyła brwi, próbując zachować groźny wyraz twarz. – No weź. Wiem, że tam są. Tylko najgorsza przyjaciółka by ich nie przyniosła – droczyłam się dalej. – No dobra, no już! – Nie wytrzymała i sięgnęła po paczkę moich ulubionych owocowych cuksów. – Ale teraz warkoczyki! To była nasza tradycja. We wtorki miałyśmy dłuższą przerwę między dwoma lekcjami wychowania fizycznego. Ukrywałyśmy się w kanciapie przy sali gimnastycznej. Ja zawsze zaplatałam Hance warkocze na długich blond włosach, a ona przynosiła cukierki-galaretki. Paplałyśmy bez końca i zachwycałyśmy syntetycznym smakiem ananasa lub cytryny. Pamiętała, że nie lubię czekolady. Burczenie brzucha rozeszło się echem po jaskini. Ściany tunelu wydawały się teraz mniej zimne. A może to moje ciało ogarnęła fala kojącego ciepła. Smugi światła padały na wilgotne od łez policzki i kąciki ust – podniesione w górę jak dawniej. Ruszyłam biegiem w stronę dziewczynek, ale kiedy pokonałam połowę drogi, obraz zaczął blednąć. – Zaczekajcie! – Gula lęku skoczyła mi do gardła. Nim dobiegłam, po warkoczykach i cukierkach nie został ani ślad, w ustach tylko metaliczny posmak. Oparłam ręce na udach i próbowałam złapać oddech. Było, minęło. Oczywiście, wolałabym usiąść razem z nimi, zaśmiać się głośno i nigdy nie wychodzić z kanciapy. Ale nawet jeśli znów otaczała mnie ciemność i grobowa cisza, czułam się kilka centymetrów wyższa. Odgarnęłam włosy z twarzy, zacisnęłam usta i ruszyłam. Poszukać dalej. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, aż wszechobecne milczenie tunelu przerwało dziecięce pochlipywanie. Najpierw tylko ono, pojedyncze, tuż za moimi plecami. Później prawie niesłyszalne pociągnięcie dorosłym nosem. Męskie odchrząknięcie – nieudolna próba stłumienia czegoś większego. Włoski na moim karku stanęły pionowo jak dobrze wyszkolone wojsko. Ścieżkę dźwiękową tamtego dnia zapisałam w pamięci na twardym dysku. Odwróciłam się i skierowałam wzrok na jaśniejący w tunelu obraz – niechętnie, ale byłam to winna Hance. Reszta odgłosów napłynęła naraz w kakofonii: kobiecy lament, połykane łzy, ziemia uderzająca o drewniane wieko, dzwon kościelny. – Polećmy duszę naszej siostry Bogu, Ojcu wszechmogącemu – zaintonował ksiądz i złożył ręce do modlitwy. Zebrani wkoło ludzie poszli w jego ślady. Niektórzy spoglądali w dół wykopany w przymarzniętej, styczniowej grudzie, ale zaraz z powrotem skupiali się na czubkach świeżo wypastowanych butów i mamrotali pod nosem modlitwę. Słowa tych, którym łzy zamazały pole widzenia, brzmiały raczej jak krztuszenie się niemowląt. Nie miało znaczenia, że byli dorośli. Ja milczałam. Stałam, wpatrzona tępo w tablicę z napisem: ,,Hanna Stasik. Odeszła w wieku 16 lat. Żyła pięknie, choć zbyt krótko”. Jeszcze długo po wypadku przyjaciółki z moich ust nie wydobyło się ani jedno słowo na jej temat. Żadne nie wydawało się dostatecznie dobre. I nadal nie było. To zabawne, że wtedy na pogrzebie oczekiwano ode mnie jakiejś, sama nie wiem, deklaracji? Jakby nie wiedziano, że cisza też potrafi krzyczeć. A ja z roku na rok osiągałam wyższe tony, choć nawet dzisiaj w tunelu wciąż pozostawałam niema. Oparłam głowę o wilgotną ścianę i zasłoniłam usta dłonią. Załkałam bezgłośnie. W powietrzu nadal wybrzmiewało echo modlitwy, chociaż obraz już dawno zniknął. Wolno, krok za krokiem, próbowałam posuwać się dalej – zgarbiona i milcząca. Łkanie w tle stopniowo traciło na sile, aż cisza znów zagarnęła całą jaskinię dla siebie. Zdradliwe myśli wykorzystały wolną przestrzeń. Czy gdybyśmy się z Hanią nigdy nie poznały, byłoby łatwiej? Na pewno by nie bolało. Ale czy to lepiej? Nigdy nie znalazłam odpowiedzi, chociaż pytania dręczyły mnie codziennie. Teraz też przewiercały umysł i wybrzmiewały głośno zupełnie nieproszone. Jak wiele bym dała, żeby w mojej głowie zapanowała taka głusza, jaka wypełniała tunel. Próbowałam skupić się na liczeniu kroków, żeby stłumić wyrzuty sumienia. Wciąż na nowo. Nieskutecznie. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, aż w którymś momencie do mojej świadomości przedarła się woń drzewa sandałowego. – Adam? – Wyprostowałam plecy i pospieszyłam tam, gdzie zapach wody kolońskiej wydawał się najbardziej intensywny. – Adam jesteś tu? Zmaterializował się na podłodze tuż przede mną. Emanował ciepłym światłem. Wstrzymałam oddech. Trzymał w ramionach osiemnastoletnią mnie. Leżeliśmy w jego sypialni na dywanie z symbolem mandali. Właśnie skończyliśmy kochać się pierwszy raz w życiu. Dłonie jeszcze nam drżały, a twarze pokrywały zawstydzone rumieńce. – Cieszę się, że zrobiłem to z tobą – szepnął, a gorący oddech musnął płatek mojego ucha. – Ja też. Nie wyobrażałam sobie, że mogło być inaczej. Głaskał mnie po plecach z delikatnością, jakiej później od nikogo nie zaznałam. Wcisnęłam nos w zagłębienie jego szyi i wciągnęłam powietrze. Drobiny drzewa sandałowego mieszały się z zapachem potu, gorącej skóry i ekscytacji. Wdychałam tę mieszankę jeszcze przez dobrych kilka lat, póki studia w różnych miastach nie rozłączyły nas na dobre. Ściany jaskini zdawały się pulsować jak żyły pod skórą. Czy aż tak szybko biło mi wtedy serce? Dziś spoglądałam na nasze młodziutkie twarze i nie mogłam powstrzymać drżenia warg. Wymarzona pierwsza miłość. Wspomnienia z nim związane i nuty drzewa sandałowego zawsze budziły z głębokiego snu coś tuż za moimi żebrami. Pamięć o tym, co wspólnie przeżyliśmy, nie raz pozwalała mi przetrwać. Nawet w najciemniejszym tunelu. Rozkoszowałam się widokiem naszych ciał i kojącym aromatem tak długo, jak mogłam. Ale obraz znikał – fragment po fragmencie. Aż pozostała tylko nostalgia i zapach wilgotnych ścian. – Rusz się – westchnęłam do siebie – Może jeszcze coś na ciebie czeka? Nie wiem, czy rzeczywiście wierzyłam tym słowom. Może próbowałam się złapać czegokolwiek, co pozwalało postawić kolejny krok. I kolejny. I jeszcze jeden. Przesuwałam się do przodu zamyślona. Rodziłam cichą nadzieję, że znów wyczuję coś innego niż stęchlizna, ale ta była szczególnie uparta i co chwilę wdzierała się brutalnie w moje nozdrza. W końcu zaakceptowałam jej obecność, a później zaczęłam przyjmować jak starego znajomego – zdziwiona, że mogłam w ogóle chcieć wdychać coś innego. Nie wiem, jak długo tak szłam, ile metrów pokonałam, ale powietrze w tunelu robiło się coraz bardziej duszne. Na moje czoło wstąpiły krople potu. Chwyciłam brzeg podkoszulka, podwinęłam do góry i zaczęłam ocierać twarz. Kiedy moje oczy przysłaniał materiał, powietrze przeszył huk. Zamarłam. Wokół rozbrzmiała muzyka elektroniczna, a podłoga zadrżała od basu. Mój umysł ogarnęła panika. Komórki neuronalne podniosły alarm – natychmiast uciekać! Przylgnęłam bliżej ściany. Skamieniałe mięśnie nie pozwoliły na więcej. Wpatrywałam się w jaśniejący przede mną miraż – tłum dziko tańczących ludzi, w tym ja i kilku znajomych. Klub Pod Psem, moje dwudzieste pierwsze urodziny. – Ej! Idziemy na chwilę zapalić, dobra?! Zaraz wracamy – krzyknęła Wera, współlokatorka z akademika. – Dobra, jasne! To ja sobie walnę szota! – Machnęłam reszcie ekipy ręką. Zanurzona w dźwiękach techno ruszyłam w kierunku baru i zamówiłam wściekłego psa. Kiedy odstawiałam kieliszek, ktoś złapał mnie pod ramię. W klubach co chwilę każdy wpada na siebie, przepycha i ociera, więc nawet się nie odwróciłam. Aż w końcu mężczyzna krzyknął tuż obok mojego ucha. – Barman! Jeszcze dwa razy to samo. Dzięki. – Facet, może ze 2 lata starszy, odwrócił się do mnie i uśmiechnął zawadiacko. – Po jednym i na parkiet, co ty na to? – W sumie czemu nie. – Podniosłam ręce w geście poddania się i wybuchłam śmiechem. Chciałam tańczyć, a moi kumple palacze zazwyczaj długo przesiadywali na dworze. Wypiliśmy kolejkę i ruszyliśmy między ludzi. Znaleźliśmy trochę wolnego miejsca przy ścianie. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele ze względu na hałas. Po prostu skakaliśmy jak szaleni i co jakiś czas łapaliśmy kontakt wzrokowy. Ciemna jaskinia. Zacisnęłam powieki, naiwnie licząc, że przywołam ją z powrotem i schowam się w jej zakamarkach. Ale z gniazda wypełzła już najbardziej jadowita żmija – myśl. Czy tamtego dnia podtrzymałam jego spojrzenie dłużej, niż powinnam? Nie. To wcale nie była moja wina, choć musiałam to sobie później wmawiać każdego dnia. Instynktownie otworzyłam oczy, aby więcej węży nie wykluło się ze swoich jaj. Obraz wciąż jaśniał w głębi korytarza. On popchnął mnie na ścianę przy barze, przygwoździł ciałem i zaczął dotykać. Ja zamarłam. Moje mięśnie opuściła cała energia. Stałam w cekinowej sukience zamarznięta jak góra lodowa, ale każdy skrawek skóry czuł jego palce. I zapamiętał ten dotyk aż za dobrze. Dopiero dziś w tunelu, dwa lata później, zdołałam się poruszyć. Może to gorące łzy, spływające po policzkach, otrząsnęły mnie z osłupienia? Najpierw kilka razy mrugnęłam. Potem potrząsnęłam głową. Poruszyłam palcami u rąk i zrobiłam niewielki krok w lewo. W końcu odepchnęłam się od ściany, nabrałam haust powietrza i wydarłam jak nigdy wcześniej. – Spieprzaj! – Zaszarżowałam do przodu i przebiegłam przez sam środek jaśniejących w ciemności, splątanych ciał. Zahaczyłam o jakiś wystający kamień i runęłam do przodu. W ostatnim momencie skrzyżowałam przedramiona i uchroniłam twarz przed spotkaniem z ziemią. Podniosłam się gwałtownie. Zlustrowałam przestrzeń. Zniknął. Wyciągnęłam rękę w prawo, ale palce nie znalazły oparcia. – Nie, nie, nie. Błagam tylko nie to. – W moich piersiach coś pięło się w górę i trzepotało jak uwięziony motyl. Zaczęłam gorączkowo rzucać się na prawo i lewo, w przód i w tył, nie wiedząc znów, który kierunek jest gdzie. Na moje czoło wstąpił pot, a kolana ugięły się pod ciężarem zmagazynowanego bólu – kolekcjonowanego przez lata, ale zawsze starannie zamykanego na klucz. Teraz nie ważne, jak próbowałam go upchnąć w szufladzie umysłu, ta nie dawała się domknąć. Opadłam na ziemię i przyciągnęłam nogi do brody. – Gdzie ja jestem? – Drżałam na całym ciele. – Co jak już nawet góra nie jest górą, a dół dołem? – Kołysałam się z szeroko otwartymi oczami. – Proszę – wyszeptałam – trochę światła. Nie wiem, ile czasu trwałam w tej pozycji, ale cała zesztywniałam. Z letargu wyrwała mnie kropla wody. Spadła na mój nos. Góra. Powoli podniosłam wzrok. Na suficie rozchodziła się zielonkawa poświata. Zmrużyłam zaskoczone oczy. Po chwili zrozumiałam, na co patrzę – szyld z napisem: ,,wyjście ewakuacyjne”. W głowie armia komórek nadziei ruszyła do pracy, gotowa poderwać ciało do walki. Już podnosiłam się z kolan, kiedy moją rękę oplotły kurczowo zaciśnięte damskie palce. Zaczęłam szamotać się w panice. Próbowałam raz za razem odnaleźć wzrokiem twarz tej, która z heroiczną siłą ciągnęła mnie z powrotem w dół. W końcu na ułamek sekundy wejrzałam w jej oczy. Moje oczy. Podmuch dusznego powietrza uderzył w moją twarz i wyrwał z zamyślenia. Podniosłam powieki. Zmrok zdążył się zadomowić aż po horyzont. Pojedyncza łza rozpoczęła wędrówkę wprost do rzeki, która rozpościerała się pod moimi stopami. – Masz przed sobą długą drogę – szepnęłam i spojrzałam na wartki nurt, płynący co najmniej pięćdziesiąt metrów niżej. Zawiesiłam wzrok na toni i poszukałam po raz ostatni. Wypatrywałam odbicia choćby jednej gwiazdy w lustrze wody. – Szkoda, że akurat dzisiaj pochmurno – westchnęłam i pokiwałam głową na znak zgody. Przesunęłam stopy bliżej krawędzi. Przeniosłam ciężar ciała do przodu i pozwoliłam, by moje mięśnie się rozluźniły – pierwszy raz od wielu lat. Pomiędzy przęsłami mostu rozeszła się fala dźwięcznego ,,dzyń, dzyń’’. Dwaj chłopcy, na oko dziesięcioletni, wjechali właśnie na konstrukcję górskimi rowerami i próbowali prześcignąć się wzajemnie. Jeden z nich nagle zahamował i zeskoczył na ziemię. – Janek patrz! Coś tu leży – krzyknął i niedbale porzucił górala na asfalcie. – Chodź no tu natychmiast! Mamy znalezisko. – Przywołał naglącym ruchem ręki. – Co jest? Coś fajnego? – Drugi chłopiec jednym susem znalazł się tuż obok, a jego oczy błysnęły z zaciekawieniem. – To latarka? – Tak, ale zobacz. – Pierwszy zdążył już podnieść przedmiot i bezskutecznie wciskał guzik ,,włącz/wyłącz’’. – Nie działa. – Daj na chwilę – odparł Janek, przejął zdobycz i ostrożnie podważył paznokciami klapkę od pojemnika na baterie. – Ha, wiedziałem! – wykrzyknął zadowolony. – Patrz, baterie są po prostu odwrotnie powkładane. Wystarczy odwrócić i będzie świecić jak nowa. Anna Przysada (ur. 2001) – psycholożka, początkująca pisarka i słuchaczka pierwszego roku Studiów Literacko-Artystycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutowała w czasopiśmie PantoZIN, na co dzień tworzy we Wrocławiu. Wiecznie zdziwiona zapachem trawy po deszczu i tym, jak szybko jej kundelek Agrest unicestwia nowe pluszaki.

  • Piotr Kasperowicz – syndrom ucieczki

    Piotr Kasperowicz (ur. 1978) – debiutował pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Poeta, prozaik oraz felietonista. Od 2012 do 2024 roku redaktor działu poezji wydawnictwa "Mega*Zine Lost And Found" prezentującego sztukę i kulturę. Współpracował z rozgłośniami radiowymi jako realizator dźwięku. Zajmuje się grafiką i fotografią. Na potrzeby prezentacji poezji dokonuje obróbek graficznych, dźwiękowych oraz filmowych, tworzy animacje komputerowe. Przedstawiciel współczesnego nurtu poezji audiowizualnej. Wydał dziesięć tomów wierszy.

  • Szymon Florczyk – osiem wierszy

    reakcje dziś rano przez pokój przewalił się autokar trupów jak puchowa lawina nie poruszył mi włosów ni stóp do pomocy cierpiącym wieczorem przy porządkach opadł mi na dłoń pasek ze starego szlafroka który kiedyś podzielił właścicieli sprzedałem mieszkanie brakująca część garderoby światło rozkłada się na posadzce, tynk osypuje w szarość. zrostem ścian pełznie . . nic w sugestywny deseń. . para butów – otwory na cień, pnący pod żebrowania sufitu; skądś płynie miękkość, głuchota mchu otulającego ściany. Kwarantanna na początku niedotykalne stały się kubki. jej linie papilarne świeciły, a kolor toksyny budził odruch ucieczki u palców. nastały nowe naczynia, poduszki, książki, te jednak zaraziły się prędko od blatów, obić i półek; ścian, okien i drzwi, którymi wyszła. zasłony, chroniące przed straconym w ten sposób zewnętrzem, zaczęły ciężko oddychać. przepuszczały mdlące smugi na dywan, aż zgęstniał w dżunglę. porósł pokój, wygłuszył. pozostawało półleżeć w fotelu i zrastać. nie zdradzać ruchem, nie ułatwiać drogi drażniącemu śluzówki powietrzu. ostatnie ruchome knykcie potrzaskiwały: znikają nam stawy? nie róbmy rumoru, a będzie dobrze . ekloga dzisiaj mój trawnik to raczej łąka kwietna szerokim gestem przyjmuję alergię i środków nie przed się biorę szeroką frazą zbieram co twoje nasze ciała mówiły do siebie zamieniliśmy kilka słów które w nic się nie zamieniły nasze ciała mówiły do siebie urywanie mamrotały pytania rozmawiały ze sobą długo ciała ukradkiem piszą do siebie listy po czym je gubią czasem nasze ciała się gdzieś wymykają ale nie nasze to sprawy Bez nadziejny Drobię po naprawdę, naprawdę kruchym lodzie. Co, jeśli chuchnę nadmiernym ciepłem i całkowicie nade mną się zamkniesz? Spojrzenie mam straszne, wiem, z zewnątrz i od wewnątrz. I oddech: nadzieja to chowa się, to pogania. Chcesz wiedzieć czemu, czy się oganiasz jak przed natrętnym gzem, którego pocałunek bardziej by cię poranił? A jeśli w tobie rozrosło się światło, czy chcesz mi jeszcze o nim powiedzieć? Czy pozwolisz mi poczuć się, jakbym powrócił z dalekiej podróży? kolejna próba pisania o jesieni najgorsze – grabienie liści z całego roku kładą się do zbiorów i żeby jeszcze chciały szybko trafić na stos i do worka ale chwytają się grabi i nim skończę mocować się z nimi targać przyglądać bliżej zdążę namoknąć jak rzucony w kałużę katalog niewykręconych a one w spokoju rozkładają się na ciągle tych samych stronach *** [to niebo] to niebo jest do patrzenia a te stopy służą do pokonywania odległości wzdłuż siatki skrada się czarny kot osobliwie własnymi drogami ale natura kota jest jasna jasne są też kaczeńce przy ścieżce tak jak potrzeba ich niezrywania powierzchnia kałuż jest taka gładka że nie chcę znać głębszych znaczeń Szymon Florczyk (ur. 1986) – autor zbioru wierszy Ciało i zgłoska (2024). Publikował wiersze m.in. w "Toposie", "Odrze", "Afroncie", "Post Scriptum", "Wytrychu", na stronie "Wydawnictwa J". Zdobywca Złotego Syfonu Publiczności 2024 w Brzegu, wyróżniony w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Jego teksty prezentowano w Polskim Radiu Koszalin i Radiu Plus Radom. Próbuje sił również w muzyce z pogranicza rocka i klasyki (YT: Marquise Project ).

  • Aleksandra Zdrojewska – cztery wiersze 

    o tęsknocie na dwudzieste urodziny matka zabrała mnie nad Dniepr był to rejs statkiem jedenaście dni z Kijowa przez Dzikie Pola do Odessy co dzień rano podawali nam do śniadania kwaśną ubitą śmietanę w szklance jak kiedyś dawno temu w starym domu już nigdy potem nie piłam nie jadłam śmietany gęstej jak mgła nad Dnieprem o poranku strata przy ulicy Bałuckiego ktoś nie zdążył na taksówkę coś zgubiłam matka uprzedzała mnie są mężczyźni którzy czerpią z utraty cierpią ze szczęścia  i w braku pękają jak czereśnie kilka słów o nieśmiertelności twoje kruche ramionka, zgarbione,  niebieski sweter, zapadnięta klatka piersiowa (kiedyś nosiłaś piersi Zośki Loren),  plamy na dłoniach, kostne wysepki na palcach moja zagadka: w jaki sposób, mamo – ty, najsilniejsza kobieta świata – zmieniłaś się na naszych oczach  w suchego kurczaczka, żabkę bez wody. moje pytania: kiedy twoje ramiona zgarbiły się w za dużym swetrze koloru oczu syna? gdzie mój brat teraz się zagubił, a gdzie ja – twoje dzieci nieporadne, splątane wobec nieuchronnego, które nie ustaje kość z kości ojciec miał sposób aby krew się nie lała trzeba po goleniu położyć na rankę papierowy plasterek niestety to nie pomogło gdy w wieku szesnastu lat straciłam dziewictwo z moim przyszłym mężem krew lała się strumieniami   gdy krzepła wypływała jak kawałki wątróbki ojciec powiedział: trzeba było ścisnąć nogi i przyjechać do domu ja bym cię zaszył a nie robić mi wstyd w szpitalu gdy krzepła wypływała później umarł patrzyłam na niego jeszcze przez trzydzieści lat aż do wczoraj fot. Michał Korta Aleksandra Zdrojewska  – psychoterapeutka, dziennikarka i poetka. Ukończyła filologię polską i dziennikarstwo oraz studia psychoterapii. Wieloletnia reporterka, redaktorka i fotoreporterka „Dziennika Bałtyckiego”. Od 2009 roku prowadzi praktykę psychoterapeutyczną w Krakowie. Laureatka konkursów literackich. Wydała dwie książki miniatur prozatorskich: Proza paryska, czyli kocham Polskę  (2007) oraz Opera w pralni  (2014).  Autorka dwóch wystaw fotograficznych – portretów bohaterek swoich reportaży pt. One. W październiku 2025 ukaże się jej pierwszy tom poetycki Darzbór.

  • Bartosz Konopnicki – pięć wierszy

    *** Wśród kurzu biblioteki książki systematycznie nabierają żółci taki perpendykuł odcisków  nie tylko opuszek palców  kartka po kartce  podobnie wino w zależności od szczepu rocznika  gdy było cięcie winorośli cierpnie bardziej lub mniej pytam co u ciebie  mówisz że czytasz  nieswoje sny słowa jak tatuaże  i że nie możesz już  zmierzać w upatrzonym kierunku  dlatego ten płynny świat tak bardzo boli  Winna niewinna I nawet opuchlak truskawkowiec  włażący do twojego mieszkania  nie przesłania obrazu tych opuchniętych oczu gdy martwisz się o nią powierzchnia pięt  tak naturalnie zrogowaciała od codziennego naporu tumult myśli czemu to ja jestem winna czy mogłam coś  a może to ty Spoza  Teraz do pewnego stopnia  bardziej głos spoza tu jakby tam mocniej  boję się  choć to nie jest  odpowiednie słowo przed tym co będzie  wracam pamięcią do dni gdy byłaś wszystko wydawało się proste  do twoich ciastek  które lepiłaś spuchniętymi paluchami według przepisu prababki  pamiętam smak już się nie powtórzy Dwadzieścia minut O tam za płotem gdzie to gruzowisko  było jezioro zanim zakopali  kąpaliśmy się o świcie krzyczeliśmy ile tchu w piersiach  wydaje się że to było wczoraj  bieganie było naturalne jak dzisiejsza kawa czarna smoła namiastka energii  odrobina smaku popatrz to ta blizna  gdy skaleczyłam się o czerwoną cegłę  on tam był  dwadzieścia minut wieczności i zmysłów  niedawno słyszałam że jest rozwodnikiem  ma dwójkę dzieci północy  nie odwiedza ich  zapowiadają suchy dzień *** Co dwa trzy lata  pojawia się piewik gałązkowiec  jego śpiew  gryzie twoje podniebienie  od kości do kości tam ślad  mimo że ciąg żył  dalej pompuje krew  w zwojach mózgowych gdy myślisz że jutro to już teraz  tylko wystarczy dotknąć zapisać  powiedzieć  a to rodzaj cykady czy zrobisz wszystko by zrobić wszystko dla niej   fot. Maria Piękoś Konopnicka Bartosz Konopnicki (ur. 1984) – wydał pięć tomów poetyckich: Rozszczelnienie  (2013), Skrawki  (2015), Wagony do ciszy  (2019), Jak te manekiny  (2022) i Zapisy promieniowania  (2024), za który otrzymał Lubuskiego Wawrzyna Literackiego.  W wolnej chwili fotografuje i jeździ rowerem. Mieszka w Krakowie.

  • Już jesteśmy w domu

    Wywiad z liderem zespołu Už jsme doma  Miroslavem Wanekiem  przeprowadzony w Instytucie Nauk o Literaturze w dniu 31 maja 2025 przez Aleksandrę Pająk-Głogiewicz . Legendarny czeski zespół wystąpił na zakończenie 22. Opolskiego Festiwalu Nauki.  Aleksandra Pająk-Głogiewicz: Na stronie internetowej zespołu możemy przeczytać, iż kapela powstała w roku 1985, co oznacza, że w tym roku obchodzą Państwo okrągły jubileusz. Miroslav Wanek: Wszystko się zgadza, cały rok właściwie świętujemy (śmiech). AP-G : Częścią tych obchodów, jest także dzisiejszy koncert w Opolu w ramach 22. Opolskiego Festiwalu Nauki. MW: Dokładnie! AP-G: Zacznijmy zatem od pytania, jak wspomina Pan właśnie te początki, które przypadły na trudny czas reżimu komunistycznego? Wraca Pan czasem jeszcze do tych wspomnień? MW: Może od razu bym uzupełnił, iż jeszcze przed powstaniem Už jsme doma miałem kapelę, która nazywała się FPB  i była to jedna z pierwszych czeskich kapel punkowych. Powstała w roku 1980, więc to już przed 45 laty.  AP-G: Zatem to jest jeszcze starsza historia? MW : Ta pierwsza kapela powstała w Teplicach, stamtąd jest kawałeczek do Drezna. Mimo tych wszystkich zakazów i problemów z policją, jakie były na porządku dziennym,  zespół zagrał nawet jeden koncert zagraniczny, a było to tutaj, w Polsce, na festiwalu w Jarocinie. AP-G : Niesamowite, czyli na kultowym polskim festiwalu... MW : Byłem w Polsce również w czasie, kiedy powstała Solidarność, mocno to przeżywałem wówczas, byłem w Gdańsku, Gdyni, a także w Poznaniu, tam, gdzie są te dwa krzyże. Właściwie to był ten moment, kiedy do tych ważnych lat 1956, następnie 1968, dołączał ten kolejny ważny rok, 1981. Mój zespół FPB grał koncerty, oczywiście wszystko musiało się odbywać zgodnie z prawem Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, ale byliśmy już trochę rozpoznawalni. Z kolei kapela Už jsme doma  powstała z czegoś, co nazywamy właściwie podziemiem. Była tam, w Teplicach grupa ludzi, którzy przychodzili na próby FPB czy też byli fanami FPB i właśnie z tych korzeni wyrosła kapela Už jsme doma . A więc mocno nawiązywała do poprzedniczki. Ja nie byłem założycielem zespołu, po prostu po dwóch miesiącach istnienia inni muzycy przyszli do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym z nimi śpiewać i czy nie pisałbym dla nich tekstów. Zgodziłem się występować gościnnie, ale później – to już tutaj mocno skrócę – były różne perypetie, ostatecznie skończyło się to tak, że odszedłem z FPB, znalazłem się w Už jsme doma  po dwóch czy trzech miesiącach funkcjonowania tej kapeli. Zespół zaczynał w roku 1985, kiedy u nas panował jeszcze komunizm. Jednak już coś się ruszyło, był Gorbaczow, zaczęła się pierestrojka, więc nie było to już tak straszne, jak to było w 1980 roku, kiedy zaczynał FPB. Właściwie przeżyłem obie fazy tego ucisku. Už jsme doma  nie grało nigdzie za granicą, nie mieliśmy paszportów, nie mogliśmy nigdzie podróżować ani tym bardziej nagrywać. Były może trzy, cztery koncerty rocznie, czyli naprawdę bardzo mało. Ale jak się zbliżał rok 1989, stopniowo atmosfera się rozluźniała, aż w końcu nadeszła rewolucja [chodzi o tzw. aksamitną rewolucję, jak nazywa się przełom antykomunistyczny, który kulminował w listopadzie 1989 roku; AP-G].   AP-G : A zatem kolejne pytanie…, jestem polonistką i bohemistką, naukowo zajmuje się przede wszystkim czeską literaturą. Jako filolożki nie mogły mnie nie interesować okoliczności powstania nazwy kapeli. Dlaczego akurat taki wybór? Przecież jest to zdanie, a zdania nie występują jako nazwy zespołów zbyt często… MW : Nie jestem pewien, jak to jest w języku polskim, ale w czeskim fraza Už jsme doma  ma dwa znaczenia, a może nawet więcej, ale te dwa są kluczowe. Jedno znaczenie, prymarne, to kiedy ktoś przychodzi do miejsca, gdzie mieszka i mówi: już jesteśmy w domu. Ale nie nazwaliśmy naszej kapeli w tym sensie. Raczej chodziło o to drugie znaczenie, że kiedy ktoś się nad czymś zastanawia, nie może sobie czegoś przypomnieć, nie może zrekonstruować w pamięci jakiegoś wydarzenia – nagle wpada na rozwiązanie, może wtedy posłużyć się tą frazą – już jestem w domu, wreszcie to zrozumiałem. Nazwa kapeli zatem powstała właśnie tak, trochę ironicznie: w knajpie siedziała sobie grupka facetów, krzyczeli na siebie, a koło nich przechodził ktoś i zaczął się pytać, dlaczego tak wrzeszczycie; odpowiedzieli nieco obrażeni, że zakładają kapelę; on wtedy ironicznie stwierdził, no tak, już jestem w domu – wiem, o co tu chodzi. On myślał raczej z ironią, może nawet szyderczo, ale tej paczce się to spodobało, no i tak to już zostało. W ten sposób powstała nasza nazwa. AP-G : Piękna historia! O ile mam dokładne informacje, do Opola przyjechali Panowie z Japonii? MW: Konkretniej z Azji, bo graliśmy jeszcze w Singapurze i na Tajwanie. AP-G: Doczytałam się, że w Japonii Wasza muzyka jest bardzo popularna i wydaje mi się, że to nie jest zbyt częsta sytuacja na czeskiej scenie muzycznej, czy może się mylę ? MW: Faktycznie, nie zdarza się to często. Ale musimy się też zastanowić nad znaczeniem słowa „popularny”. My jednak działamy w ramach tzw. sceny alternatywnej czy też awangardowej i mogę obiektywnie stwierdzić, że w ciągu tych czterdziestu lat stopniowo stawaliśmy się istotnym elementem tej światowej sceny awangardowej. Nie chodzi więc o konkretny taki czy inny kraj. Np. w Anglii istnieje stowarzyszenie „Rock in Opposition” [Rock w opozycji] już od lat siedemdziesiątych, która to organizacja łączy różnych muzyków, różne zespoły utożsamiające się ze stylem awangardy czy alternatywy, czy jak jeszcze dałoby się to nazwać. Myśmy się z czasem stali częścią „Rock in Opposition”. To znaczy: jeśli w Japonii są entuzjaści tego gatunku, są oni naturalnie naszymi fanami. W Japonii byliśmy już osiem razy, wydaliśmy tam nawet płyty, nawet DVD, czyli można powiedzieć, że mamy tam swoją bazę fanów, która teraz nieustannie się rozrasta, oczywiście także dzięki internetowi. Ktoś, kto lubi taką muzykę, zna nas i to jest właśnie znaczenie słowa „popularny” w Japonii. Czyli nie jest tak, że leci to w telewizji, że jesteśmy elementem popkultury, ale Už jsme doma jest częścią sceny awangardowej.  AP-G: A jeśli chodzi o publiczność europejską? Zmienia się np. wiekowa reprezentacja słuchaczy? Dorastają z kapelą czy wręcz starzeją się?  MW: Mam wrażenie, że stale się ta grupa docelowa poszerza, raczej o te młodsze roczniki, starsi są nam raczej wierni, choć oczywiście zdarza się, że odchodzą. Często żartuję, że ci młodzi stoją na przodzie, tworząc cztery – pięć pierwszych rzędów, a ci starsi stoją raczej z tyłu i kołyszą się do rytmu, ale pamiętam, że niektóre te twarze kiedyś stały z przodu, a teraz są już raczej z tyłu.  AP-G: Czyli taka sztafeta pokoleń… MW: W ciągu tych ponad dwudziestu pięciu lat tak wiele się pozmieniało, ale muszę powiedzieć, że na szczęście chodzą na nasze koncerty wszyscy – od najmłodszych po tych najstarszych. Ciągle wiedzie się nam dobrze, mamy całkiem sporo koncertów w ciągu roku, około setki. Teraz też udało się nam wejść na kolejne rynki, dodaliśmy Singapur i Tajwan. Właściwie do tej pory odwiedziliśmy już czterdzieści sześć krajów.   AP-G : Czyli o sześć więcej niż mówi info na stronie zespołu… MW: Tak, tak. Doszły kolejne kraje. W Europie najczęściej jeździmy do Francji i właśnie do Polski. Można powiedzieć, że to są nam najbliższe kraje, najbliższe naszemu sercu. Od czasu do czasu też gramy w Niemczech,  Szwajcarii, Holandii, Belgii, także we Włoszech, Słowenii, choć tam rzadziej. Np. do Szwajcarii jeździmy tak raz na pięć lat, ale za to do Polski z reguły raz w roku, choć czasem zdarza się  też, że co drugi rok. W sumie życzylibyśmy sobie grać tutaj częściej, bo mamy przecież blisko, to nie jest wielkie wyzwanie tu przyjechać. Co roku nad tym pracuję, mamy tu sieć ludzi, do których mogę się zwrócić.  Nawet stało się tak, że mamy tutaj w Polsce wydawcę, który nam wydaje płyty – firma Nikt nic nie wie  z Zakopanego. Chcieliśmy zatem, że skoro wydajemy w Polsce, aby na okładkach, oprócz tekstów po czesku i angielsku (tak jest zawsze), były także teksty po polsku. Wszystkie teksty zostały więc przetłumaczone na polski – zrobił to dla nas Roman Joura, który przez pewien czas pracował w Czeskim Centrum, tłumacz z czeskiego na polski i z polskiego na czeski. Czyli mamy przetłumaczone wszystkie teksty na polski. Niedawno wydaliśmy też album dla dzieci, w związku z serialem telewizyjnym dla dzieci pt. Krysáci . Niedawno odkryłem, że był też puszczany w polskiej telewizji publicznej. Nie pamiętam już dokładnie pod jakim tytułem, jako dobranocka. [chodzi o serial Cyrila Podolskiego z roku 2005, który w polskiej dystrybucji miał tytuł Hubert i Hipolit  – AP-G]. Kukiełkowy serial dla dzieci ma dwadzieścia sześć odcinków i są w nim nasze piosenki. Zrobiliśmy na tej podstawie śpiewnik, a teksty w nim są po czesku, angielsku, polsku oczywiście, francusku i norwesku, a wkrótce dojdzie też język portugalski. Jeśli chodzi o wersję polską, to nie tylko jest świetnie przetłumaczona, ale da się ją śpiewać, współbrzmi z melodią, teksty są rymowane; jest to po prostu świetnie zrobiony przekład. Odkryłem, że był też zrobiony polski dubbing i w sumie to chcielibyśmy w przyszłości przyjechać do Polski i poprosić o współpracę jakiego polskiego piosenkarza, żeby wykonał te piosenki po polsku. AP-G: Jaką rolę odgrywają podczas Waszych koncertów wizualne aspekty waszej sztuki?  MW: Może nie tyle podczas samych koncertów, czasami zdarza się nam występować w kostiumach, zwłaszcza kiedy mamy koncerty jubileuszowe (dwudziesta, trzydziesta rocznica powstania); wtedy też mamy nawet scenę, kulisy, coś jest wyświetlane, itp. Ale sztuka plastyczna odgrywa w kapeli ogromną rolę, na okładkach płyt, plakatach, koszulkach itd. To jest dla nas interesująca kwestia, że na scenie jest nas muzyków czterech, ale kapelę tworzy pięć osób. Ten piąty odpowiada za pędzle. To malarz, Martin Velíšek, znany w Czechach. Od samego początku istnienia kapeli jesteśmy z nim nierozłącznie związani; właściwie nie da się tego oddzielić; jeśli ktoś widzi jego obrazki, to od razu mu przychodzi do głowy Už jsme doma  i na odwrót – jeśli ktoś słyszy Už jsme doma, tak od razu powie sobie Velíšek. Powiedziałbym, że to jest system naczyń połączonych.  AP-G: Muszę się spytać, co Pan chętnie czyta? Czy te wybory lekturowe znajdują odzwierciedlenie w Pańskiej muzyce, czy raczej w tekstach?  MW: Oczywiście znajdują silne odzwierciedlenie. Myślę, że tak mniej więcej w wieku piętnastu lat zacząłem systematycznie czytać. Czytam przede wszystkim poezję i powiedziałbym, że z reguły jest to poezja czeska. Zatem z czeskich autorów najbliższy jest dla mnie Karel Šiktanc, to jest na pewno mój pierwszy wybór. Nie jestem pewien, czy było coś przetłumaczone na język polski. Jego język jest naprawdę niezwykły, ale też bardzo skomplikowany i wymagający. Teraz z grubsza zarysuję pewną kwestię.  W czasie drugiej wojny światowej Niemcy zabili Vladislava Vančurę, pisarza. Wtedy tuż po 1945 roku pewna czeska prozaiczka napisała, że język czeski owdowiał. A potem, kiedy pojawił się Karel Šiktanc, to napisałem do niego list (wcześniej też spotkaliśmy się), że czeska mowa ponownie wyszła za mąż. Jego język jest po prostu wspaniały. Potem to byłby Vladimír Holan, František Halas. Ta właśnie gałąź literatury czeskiej jest mi bardzo bliska. Z prozaików na pierwszym miejscu wymieniłbym Franza Kafkę, trudno powiedzieć, że był Czechem, ale... To był właściwie Czech, Niemiec i Żyd w jednym… Jego opowiadania są mi coraz bliższe, ciągle znajduję coś dla siebie w jego twórczości. Ale raczej nie to, o czym mówią krytycy. Często interpretuje się jego prozę jako pesymistyczną lub mówi się, że jest skierowana przeciw totalitaryzmom, i oczywiście coś w tym jest. Ale ja sam wyczuwam tam jeszcze inne warstwy, bardziej intymne, i właśnie one do mnie przemawiają. Potem byłby to przeze mnie wspomniany Vladislav Vančura i szereg kolejnych autorów. Z literatury polskiej bardzo lubię i cenię np. Przybyszewskiego i innych. Ja po prostu czytam bardzo dużo i w mojej muzyce na pewno odbija się to zarówno w warstwie tematycznej, ale także – tak bym to chyba nazwał w sposobie myślenia. Oczywiście widać to także w tekstach. Tematy wybieram i teksty piszę sam, ale staram się, by zawsze był tam ten szerszy kontekst. Nasza ostatnia płyta nosi tytuł Kry. Pierwotnie to miała być droga kry, która oderwała się z jakiegoś masywu, jak wtedy gdy odłupie się jakiś wielki głaz lodu, wpadnie do morza i powolutku zaczyna się topić. Coś może się zacząć dziać albo i nie, być może podniesie o te pół milimetra poziom wody, rozpuści się w tej wodzie, sama kra jest zresztą wodą, ale w innym stanie skupienia. Potem znów zacznie zmieniać się w parę wodną, spadnie w postaci deszczu. Taki zamknięty obieg, oczywiście można go interpretować symbolicznie – życie ludzkie, dzieje ludzkości, historia itp. Jednak kiedy o tym myślałem, miał miejsce kryzys związany z uchodźcami i nagle pojawili się migranci. I zobaczyłem zdjęcie, na którym była łódka płynąca po pełnym morzu, biała łódeczka, naprawdę bardzo malutka, na której tłoczyło się jakiś 50-60 ludzi, byli ściśnięci jak sardynki. Wtłoczyli ich tam jacyś nikczemnicy, którzy za to wzięli kasę. Ci bezbronni biedacy czekali, dokąd ich ta łódeczka dowiezie. I z pewnością w miejscu, gdzie dotrą, też nie czeka ich nic dobrego, np. greccy rybacy, którzy kijami starają się ich zepchnąć do wody, by się utopili, są zupełnie pozbawieni uczuć. Życie ludzkie nie jest dla nich nic warte. Nie rozumieją, że to jest istnienie ludzkie, że to nie jest tylko jakaś statystyka czy jakieś tylko dane liczbowe. Zatem napisałem tam utwór, który ma tytuł Smeti (Śmieci), bo dla wielu ludzi ten problem to były po prostu śmieci, które należało zamieść pod dywan tak, aby go przede wszystkim nie było widać. I to zdjęcie łódeczki nagle zaczęło mi przypominać właśnie krę, krę, na której są ludzie. I ta kra w ten sam sposób zaczęła topnieć, aż w końcu zniknęła. I nikomu to nie przeszkadzało, było to wszystkim obojętne. Nie było o tym żadnej informacji. Albo w wiadomościach podano, że gdzieś w Austrii na autostradzie znaleziono porzuconą autochłodnię, w której było około siedemdziesięciu ludzi, nie pamiętam dokładnie, także dwuletnie dzieci, które tam zginęły z powodu upału, pozostawione same sobie przez przemytników ludzi. Wspomniano o tym w wiadomościach, podano przebieg zdarzenia, ale tak jakby nic się nie stało. Po prostu kolejna informacja i tyle. Nikt nie wiedział, jak się nazywali, skąd pochodzili, nie było żadnej informacji na ich temat. Dwa tygodnie wcześniej we Francji otworzono ogień do dziennikarzy „Charlie Hebdo”, to także oczywiście było straszne, bezdyskusyjnie, ale królowie, prezydenci, właściwie cały świat nagle zaczął twierdzić „Je suis Charlie”. Ponieważ to było piętnastu białych dziennikarzy, a tutaj umarło siedemdziesięciu czarnoskórych uchodźców w dużo gorszych, wręcz niewyobrażalnych warunkach. Oczywiście strzelanina to też zbrodnia, ale kiedy ktoś umiera z powodu upału, pragnienia, trwa to dwa, trzy dni, z malutkim dzieckiem w ręku – tego człowiek nie może sobie nawet wyobrazić. Ja wówczas akurat miałem dwuletnie dziecko, wiec strasznie to przeżywałem. Taka obojętność. Tutaj w Polsce był Oświęcim i tam też pracowali ludzie, którzy po pracy szli do domu, mieli żony, dzieci. Pytali się ich po powrocie: jak upłynął wam dzień?, co tam w szkole? Potem znów rano szli do pracy, żona dawała im drugie śniadanie, a w pracy zabijali ludzi. Więc ta obojętność w głowie, takie myślenie, że jedno życie ma wartość, a inne nie – to wszystko tłukło się mi po głowie i nagle spostrzegłem, że to jakoś mieści się w tym temacie kry. Takie rozpuszczanie się wartości, życia, wyciekania życia tak, że nikt nawet tego nie zauważa, ani nawet o tym nie wspomina. W tej tematyce, nad którą pracowałem – kry, która topnieje, czy bardziej ogólnie – życia ludzkiego, dziejów, pojawili się i ci uchodźcy, i kwestia ludzkiej obojętności. Z pewnością to wszystko jest związane z moimi lekturami, a wręcz powiedziałbym, że nasza kapela należy do tych, które są mocno inspirowane przez literaturę. My właściwie z literatury wyrastamy. Kiedyś rozmawiałem z pewnym krytykiem muzycznym, Janem Lukešem, który spytał mnie, dlaczego ciągle wspominam o literaturze. Odparłem, że kiedy ukaże się płyta, to jest tak samo, jak kiedy wyjdzie książka, ukaże się tomik poetycki, czy kiedy ktoś ma swoją wystawę obrazów, czy ktoś napisze symfonię, która ma premierę gdzieś w Teatrze Narodowym. Dla mnie jest to takie samo wydarzenie po prostu i uważam to za tak samo istotną kwestię. Czyli chyba jednak nie jestem takim typowym muzykiem punkowym, ponieważ to dla mnie nie jest tylko rock-and-roll. To bardziej uniwersalny sposób wyrazu. Wydając płytę, chcę powiedzieć coś ważnego… AP-G: Dzisiejszy koncert jest pomyślany jako próba przywrócenia zainteresowania studiami bohemistycznymi. Jak Pan myśli, co mogłoby przyciągnąć młodych Polaków do nauki języka czeskiego i zgłębiania literatury czeskiej? Oczywiście poza muzyką kapeli Už jsme doma (śmiech). MW: Oczywiście, muzyka to jedna z dróg. Dziękuję za ten komplement, że nasza muzyka ściśle związana jest z literaturą, bo to oczywiście jest prawda. Oprócz nas istnieją na pewno trzy-cztery (a może więcej) zespoły muzyczne w Czechach, które wciągają literaturę w obręb swoich działań artystycznych. Natomiast muszę też powiedzieć, iż większość tekstów piosenek (pewnie podobnie jest w Polsce) z trudem by się dało uznać za literaturę. Żeby przyciągnąć studentów, pewnie podkreślałbym istotność literatury. Jeśli ktoś zgłębia historię literatury, a w pakiecie dostaje również język czeski, żeby mógł sobie tę literaturę przeczytać w oryginale, to ja (możliwe jako laik) stawiałbym akcent właśnie na literaturę, ale także może i na film. Mam wrażenie, że czeski film jest tutaj w Polsce bardzo popularny, chociaż jest też jeden idom, który znaczy coś innego (śmiech). AP-G: Ten idiom (czeski film) zabrzmi dzisiaj przed Państwa koncertem, bo będę chwilę na scenie krótko coś na ten temat mówić. Więc i czeski film tam zabrzmi.  MW: To taki żart oczywiście, ale sądzę, że czeskie kino jest w Polsce popularne. Podobnie zresztą jak czeska literatura. Myślę, że oba te rodzaje działalności artystycznej mogłyby być atrakcyjne dla studentów. Polska i Czechy są blisko siebie, także pobyty w ramach wymiany studenckiej dałoby się łatwo zorganizować, rozwijać kontakty itp., to wszystko jest bardzo korzystne. Jednocześnie rozumiem, bo zdaje się, że podobny problem mają też Słowacy, a nawet Słoweńcy, że te nasze języki są sobie bardzo bliskie. Już o tym wspomniałem, że mam z tym ogromny problem. Kiedy w latach osiemdziesiątych jeździłem do Polski, nikomu nie wpadło do głowy rozmawiać po angielsku, a po rosyjsku oczywiście nikt nie chciał. Ja praktycznie wszystko rozumiem, rozmawiało się – jeden mówił po polsku, drugi po czesku, a kiedy pojawił się jakiś problem, to omawialiśmy go dokładniej. Młodzi ludzie, myślę tutaj o tej najmłodszej generacji, czują się niekomfortowo w sytuacjach, w których nie mają pełnych kompetencji językowych… Myśmy na przykład czytali polskie książki… Najgorszy reżim komunistyczny był u nas i we wschodnich Niemczech.  AP-G: Wielu Czechów wspomina, że słuchało polskiej Trójki czy oglądało polskie kino nocne. MW: No właśnie, myśmy też chodzili do Centrum Polskiego w Pradze. Kupowaliśmy tam płyty, czyli  słuchaliśmy polskiej muzyki, na przykład Czesława Niemena. AP-G: Niemen ma tutaj na naszym Wzgórzu Uniwersyteckim pomnik.  MW : Niemen? Ja go jeszcze widziałem na scenie, na żywo. Oprócz niego na przykład jeszcze Józefa Skrzeka i innych. Kupowaliśmy ich płyty w Centrum Polskim, ale nie tylko to. Tam byli Zappa, Dylan, The Beatles, a u nas tego nie było. A zatem Polska była dla nas, jakkolwiek to zabrzmi teraz paradoksalnie, taką wysepką wolności, podobnie zresztą jak Węgry. Proszę pamiętać, że u nas nie było nawet prywatnych sklepów. Rozumiem słowacki, rozumiem polski, ale moje dzieci już nie. AP-G: Dokładnie takie doświadczenie miałam, kiedy na początku lat dwutysięcznych pracowałam na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Karola. Młodzi Czesi mieli problem ze zrozumieniem języka słowackiego! MW: Nawet moja żona, która jest ode mnie młodsza, ma ten problem. W Kłodzku jest w twierdzy knajpa. I jest tam napis: „Wejście na twierdzę”. Kiedy żona to zobaczyła, przetłumaczyła to sobie jako „vejce na trvdo / jajka na twardo” (śmiech). AP-G: W przyszłym tygodniu w ramach Festiwalu Książki będzie w Opolu Jaroslav Rudiš.  MW: Świetnie, to mój kolega, znamy się!  AP-G: Czytam teraz jego tekst Koniec punku w Helsinkach. I jest tam wzmianka o kapeli z Teplic! Chodzi o Was? MW: Tak, to o nas chodzi.  AP-G: Tak myślałam. Najlepszy dowód na to, jak literatura łączy. MW: Dokładnie, my nawet nie planując tego, staliśmy się częścią współczesnej literatury światowej. Amerykański pisarz i rysownik Joe Sacco stworzył genialny komiks o jugosłowiańskiej czy raczej bośniackiej miejscowości Goražde -- Safe Area Goražde: The War in Eastern Bosnia, 1992-1995. Miejscowość była przez pięć lat otoczona przez Serbów, więc ci ludzie nie mogli się z niej nawet wydostać, wielu ludzi tam zginęło. Po prostu mocna, wojenna historia z czasów wojny bałkańskiej. W roku 1996 – wraz z czołgami IFOR z jednostek międzynarodowych – jako kapela dostaliśmy się do tej miejscowości i zagraliśmy tam koncert. A w tym czasie tam jeszcze wybuchały pociski. Dla tych ludzi to było niesamowite wsparcie duchowe i było im właściwie wszystko jedno, jaki gatunek muzyczny to jest. No i Joe Sacco, nie jestem pewny, czy całe cztery lata był tam z nimi uwięziony, więc to wszystko sobie zgromadził i stworzył na tej podstawie komiks, który potem nawet dostał Nagrodę Pulitzera. A więc historia stała się znana na świecie. I cała ta książka zaczyna się od sceny, właściwie od obrazka, że do miasta przyjeżdża czeska kapela. On co prawda nie podał naszej nazwy, ale jego opowieść o tych strasznych czterech latach, zaczyna się od przyjazdu czeskiej kapeli, gdy to szaleństwo się kończy. Ten czas okrucieństwa, zła kończy się. To takie symboliczne, że do tego miasta wkracza kultura. To był naprawdę dla nich wielki symbol. Jak tylko komiks się ukazał, pisali do mnie ludzie z Ameryki, że staliśmy się znani na całym świecie…  AP-G:  A więc znów jesteśmy przy literaturze! (śmiech). Bardzo serdecznie Panu dziękuję za ten dzisiejszy wywiad i nie mogę się już doczekać dzisiejszego koncertu.  MW: Również dziękuję za rozmowę i zaproszenie.  https://www.youtube.com/watch?v=lv9uEf75D40&list=RDlv9uEf75D40&start_radio=1 https://www.youtube.com/watch?v=ZPXiEK3jeG4&t=599s Miroslav Wanek

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page