top of page

Znaleziono 172 elementy dla „”

  • Marek Wołyński – pięć wierszy

    Refleksja I Kraj jak micha do ugniatania masy W ciele martwa natura buntu W duszy sens rozmazany życia *** Wieczór znowu powoli morduje dzień – upaja się widokiem ofiary z której uchodzi światło Zamiast metafor Mówi znajomym że pustka w domu ma chłodne dłonie A w środku nocy spierzchnięte usta zwilża mu wodą Bóg Zapomina że samotność najlepiej opisywać milczeniem Odloty Ptaki krzyczą na huśtawkach z gałązek i nagle znikają A cisza po nich taka jak w domu gdy starzy rodzice zostają sami AI Na przystanku dziecięce manekiny przeglądają się w ekranach smarfonów Marek Wołyński - debiutował w 1981 r. w prasie studenckiej. W 1986 r. został laureatem ogólnopolskiego konkursu Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na książkowy debiut poetycki – zbiór Ściszonym głosem. Opublikował zbiory wierszy, m.in: Arena (1992), Mój labirynt (2017), Moje legendy (2019), Pajęcza harfa (2023). Pisze także felietony i miniatury prozą – w 2021 r. ukazały się jego dwie książki: Na różne tony i Dookoła głowy.

  • Ryszard Szpytman – azyl

    Budowa przyjmie swoich najemników. Jak Legia. Jak galera. Jak kopalnia złota. Jak Matka – nakarmi swoje dzieci i da schronienie. Jest słońcem. Jest deszczem. Jest wszystkim, czego potrzebujesz. Ryszard Szpytman – jestem nieustannie w drodze. Poszukuję i wędruję. Mam za sobą kilka kursów artystycznych, trochę szkół technicznych, jedne studia, parę wystaw. Ta sytuacja cały czas się zmienia. Wciąż pozostaje dużo do odkrycia. Fotografuję to, co widzę, przyjmując naturalistyczne podejście, które skupia się na uchwyceniu momentu unikalnego, niepowtarzalnego. Niektórzy określają to mianem podglądactwa. Nie przepadam za fotografią studyjną. Wkrótce zamierzam wrócić do elektrofotografii i odbijać wydruki na prasie graficznej. Myślę nawet o zamalowywaniu swoich zdjęć farbą, co też można by nazwać jakąś formą malarstwa. Nie chciałbym wprowadzić nikogo w błąd moimi zdjęciami. Nie jestem typowym reprezentantem branży budowlanej. W mojej karierze, oprócz prac o charakterze fizycznym, pełniłem funkcję Inspektora Technicznego oraz Product Managera. Wszystko jest możliwe. Zmiany następują cyklicznie.

  • Marta Eloy Cichocka – / obraz / może / zawierać /

    pętla 11. / błąd / w / prognozach/ obraz może zawierać palmy niebo chmury błąd w prognozach obraz ocean otwarte oko cyklonu piątej kategorii może dwanaście godzin burzy rodzącej potwora zawierać wiatr dwieście sześćdziesiąt kilometrów na godzinę obraz kurort oszklone hotele korty pola golfowe baseny może kobiety krzyczące w szafie mężczyźni wyjący w wannie zawierać zerwane dachy wybite szyby wyrwane balkony obraz pogruchotane meble walizki ubrania rozwleczone po plaży może nieruchomi policjanci tłum atakujący sklepy siwy dym zawierać szkielety budynków wiele osób niosących telewizory obraz jasne jachty zmiażdżone w porcie ciemne kolejki po wodę może sztywne ciała podpierające pęknięte ściany domów zawierać kosmos który może zawierać ekran który może zawierać obraz który nic nie zawiera niczego nie udowadnia nic nie znaczy w tle dla algorytmu co czuwa obserwuje opisuje liczy woda powietrze skróty klawiaturowe światło woda pętla 12. / obraz / może / zawierać / niezrozumiałe / litery / dziś w nocy wzdrygnęła się ziemia i połknęła tysiące śniących ludzi mam bliźniaki potrzebują mleka i pieluch mieszkamy w samochodzie ludzie wybiegali z domów w piżamach i czekali w nocy na śniegu dwie godziny zanim odważyli się wrócić po ciepłe kurtki i buty /. / dziś domy zburzone pod gruzami są jeszcze ludzie prądu chleba i wody nie możemy znaleźć bujanie non stop bez sensu nadzieje stracone było nas w domu dziewięcioro moich dwóch synów jest wciąż pod gruzami siedmiopiętrowego domu czekam na nich /. /. / dziś miasto wygląda jak poprzewracane budowle z wielkich klocków nieważne gdzie spojrzysz z lewej czy prawej strony jesteśmy w trudnej sytuacji nie możemy iść do domu nie rozstawiają namiotów córka siostra mama cała rodzina marznie usłysz nasze głosy /. /. /. / dziś runął starożytny zamek budowany przez rzymian w gruzach legło jego dwanaście wież żelazne bariery leżą rozrzucone po chodnikach mam pięć trzykilogramowych słoi zielonych oliwek mogę wykonać wszystkie rodzaje prac kuchennych jestem kucharzem mogę pracować za darmo /. /. /. /. / dziś setki ratowników i cywilów tworzą żywe łańcuchy żeby szybciej odgruzować rumowiska szukając tysięcy ciał na długości kilkuset kilometrów potrzebne pieluchy ubrania woda i coś do jedzenia potrzebne koce ubrania zimowe buty i zegarki potrzebny garnitur spodnie i rozrusznik serca /. /. /. /. /. / mam w centrum jeden umeblowany drugi nie mogę oddać dwa domy potrzebującym elektryczny grzejnik kurtka buty czterdzieści cztery krew A RH+ niech bóg otworzy ci drogi i zwiększy ich liczbę niech bóg pozwoli nam wychować dzielne pokolenia niech bóg błogosławi synów tego pięknego kraju wracaj do zdrowia mój kraju niech bóg ma cię w opiece pętla 13. / world / press / photo  / obraz może zawierać pomarańczowa kurtka mężczyzny siedzącego na rumowisku które było jego domem nie zwraca uwagi na chaos hałas deszcz i chłód trzyma kogoś za rękę należącą do ciała śpiącego w łóżku zgniecionym przez gruz betonowe płyty i pozostałości domu zrób zdjęcia mojemu dziecku mówi cicho w kierunku fotografa jego głos łamie się i drży puszcza na chwilę martwą dłoń żeby pokazać miejsce w którym leży ciało piętnastoletniej irmak po czym natychmiast znów chwyta jej dłoń zrób zdjęcia mojemu dziecku fotograf przełyka łzy i ustawia ostrość będzie word press photo pętla 16. / sugimoto / obraz może zawierać morze niebo chmury woda plaża obraz ocean niebo huragan otwarte oko obiektywu może przecinająca szary obraz lśniąca linia widnokręgu zawierać powietrze woda światło woda powietrze obraz tajemnica tajemnic początki życia po horyzont może atlantyk pacyfik adriatyk sawu saram sulu zawierać morze arktyczne bałtyckie norweskie północne obraz morze celtyckie egejskie ikaryjskie kreteńskie może amundsena barentsa beauforta beringa haakona zawierać morze chińskie japońskie wschodniosyberyjskie obraz morze białe żółte czerwone czarne martwe puste może karaibskie kaspijskie koralowe kosmonautów koro zawierać kosmos który może zawierać ekran który może zawierać obraz który nic nie zawiera niczego nie udowadnia nic nie znaczy w tle dla algorytmu co czuwa obserwuje opisuje liczy powietrze woda woda światło światło powietrze Marta Eloy Cichocka – polska poetka i fotografka, habilitowana badaczka literatury, tłumaczka m.in. Calderona i Racine’a, Juarroza i Zurity, Topora i Tkaczyszyna-Dyckiego. Opublikowała siedem książek poetyckich (w Krakowie, Warszawie, Saragossie i Bogocie) oraz dwie książki teoretycznoliterackie o poetyce i strategiach współczesnej powieści historycznej (w Paryżu i Berlinie). Ma na koncie współpracę dramaturgiczną i translatorską z Michałem Zadarą, Wojtkiem Klemmem, Ignacio Garcią i Norbertem Rakowskim. Laureatka I nagrody w konkursie poetyckim im. Haliny Poświatowskiej (2004), I Beca-Residencia Internacional SxS Antonio Machado (2016) i Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO (2021), jest pomysłodawczynią i koordynatorką cyklu MANUFAKTURA POEZJI, warsztatów translatorskich w obecności autorów, oraz serii polifonicznych recitali poetyckich pt. REPUBLICA POETICA. Fotografia autorki Yolanda Castaño

  • Marcin Zegadło – "/ obraz / może / zawierać/” (Marta Eloy Cichocka)

    „Obraz może zawierać..." - tekst, który czytamy, kiedy z jakiegoś powodu nie ładują się dane obrazu. A zatem "obraz może zawierać" coś czego zawierać nie musi. Obraz, który może wyprodukować nasza wyobraźnia, sztuczna inteligencja, algorytm, przyszłość lub zrobiła to już jakaś przeszłość. Pochodzenie obrazu w takim wypadku znajduje się w we mnie, w tobie, w kimś, kto zderza się z symboliczną pustką - a może z obietnicą czegoś, co za chwilę nastąpi. Jednocześnie obraz przychodzi z jakiegoś "na zewnątrz". Obraz pochłania nas i stajemy się częścią obrazu. Jesteśmy jednym z miliona pikseli, które widziane z odpowiedniej odległości tworzą kolejne wizerunki kosmosów, które wirują tworząc niespokojną współczesność. Ta książka szczególnie dzisiaj wybrzmiewa złowrogo, bo to jest opowieść o końcach świata, które wydarzają się niepostrzeżenie. A zatem, obraz może zawierać "miasto, niebo, słońce", "szkielet dorosłego", "rozsypane jabłka ", "oszklone hotele", "pomarańczową kurtkę mężczyzny siedzącego na rumowisku", "dwoje zabitych dzieci", "pięć tysięcy hełmów", "buty depczące półnagie oplute ciało". Obraz może zawierać "ekran który może zawierać...". To zawsze są jakieś pętle. Uwikłania. To są historie, które lubią się powtarzać. To prawdopodobieństwa i fakty. Zmyślenia, mrzonki i historie, które wydarzyły się naprawdę, "wkurzone kobiety sfrustrowani mężczyźni wściekli przedsiębiorcy". Jest w tych wierszach zamknięty w porządek - chaos zdarzeń, jest w nich ostateczność losu tych, którzy codziennie budzą się i zasypiają, a później, kiedy "wzdrygnie się ziemia i połknie tysiące śniących ludzi" inni "czekają w nocy na śniegu dwie godziny zanim odważą się wrócić po ciepłe kurtki i buty". U Eloy Cichockiej światy wydarzają się równolegle. Jest w tych lirykach napięcie, które pojawią się w chwili oczekiwania. Coś ostatecznie zawsze wyświetli się na ekranie. To może być on lub ona, to mogą być ich dzieci, jej ojciec, czyjąś śmierć, rewolucja lub wojna. Jest tutaj atmosfera "złych wieści", jest wisząca nad nami ciemna chmura, a jednak żyje się, bo u Eloy Cichockiej życie tętni, pulsuje. Oddycha się tutaj rozpaczliwie chwytając powietrze, żeby zdążyć zrozumieć, zanim wszystko zniknie, ponieważ "obraz może zawierać" również pustkę po nas. To wybrzmiewa w tych wierszach. Z tym się jest i to we mnie "po tych wierszach" zostaje. Do tego chcę wracać, bo Eloy Cichocka w mistrzowski sposób łączy intrygującą formę z uważnym komentarzem do współczesności - reportażem z otchłani jaką jest życie "tu i teraz", z mroku jakim jest człowiek. Konstrukcja tomu to niemal matematyczny układ tekstów, które chwytają w kolejne nawiasy, frazy zapętlajace się, następujące po sobie - tak jak następują po sobie doniesienia medialne - wbijają się w naszą świadomość. Dowiadujemy się że "(...) politycy spotykają się niszczą sobie schrony/ dzwonią do siebie robią sobie selfie tweetują że dziś są wielkie czasy i pora na wielkie poświęcenia/ bo jest nas tutaj już osiem milionów", innym razem "obraz może zawierać "(...) domy z ogródkami hamaki przedszkole" albo "(...) początki życia po horyzont/ morze atlantyk pacyfik (...)". Wszytko jest petlą, domkniętym układem zdarzeń - zdaje się mówić autorka. Jest czymś w czym nie sposób dostrzec sensu, bo "obraz może zawierać kosmos który/ może zawierać ekran który może / zawierać obraz który nic nie zawiera/ niczego nie udowadnia nic nie znaczy" - "a łańcuch ten/ wielkiej lekkości/ zrobiony jest z hałasu" Ta książka jest systematyzowaniem jazgotu, który generuje rzeczywistość - jakkolwiek ją rozumiemy. *** Poezji Marty Eloy Cichockiej towarzyszę od wielu lat i nawet jeśli jej nowy tom wierszy byłby jedyną wydaną przez nią książką, byłbym przekonany, że ta niezwykle utalentowana poetka, tłumaczka i fotografka, jest jednym z najcenniejszych zjawisk we współczesnej polskiej poezji i jest tak wbrew temu, co często nam czytelnikom próbuje się wmawiać. Sięgnijcie po tę książkę koniecznie. „/ obraz / może / zawierać/”, Marta Eloy Cichocka, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2023 Tekst opublikowany pierwotnie na stronie Księgozbiry: https://www.facebook.com/pogrzebwpapierach Marcin Zegadło (ur. 1977) - poeta, recenzent, publicysta, autor 7 tomów wierszy, ostatnio wydał Martwe i Ozdobne (2022), ósmy tom wierszy ukaże się na początku przyszłego roku. O książkach pisał do „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”.

  • Tomasz Hrynacz – pięć wierszy

    Grzechot Co uda się wskórać, kiedy sekunda upłynie? Mieć papiery na rewanż i odrobić straty. Kapka mrozu. Niska centra obłoków. Dla krewkich bezśnieg. To będzie historia! Słońce we wnykach. Zygzak burzy bez huku. Ile szorstkiego koloru w darowanym życiu? Obstawić pięć minut i mieć przebojową dniówkę. Pobierz apkę. Zmień domenę, niech ci lekką będzie. Ziemia grudą wchodzi do gardła, odłogiem zapuka w niebo. Na klęczkach jako żywa. Poświata w skrajni świadkiem, w przededniu w niebieskiej ułudzie. Tyle co nic, tyle co wszelki duch: skrzy się rozwłóczony, przemożny sen. Pół tonu ostrzej, ciut jaśniejszy wiew, co generuje obłe tło: niewzruszony patrzy okiem wzruszonym. Swoje przegryza wargi, więc jak ma ustać w lepkim słowie? Do rozpoznania uprzednie wcielenia, gdy mara się gości. Ich zliczyć, parami spisać na wiatr. Tak idzie mgła w podarku po żmudnej przechadzce. Od brzegu do brzegu po zbłąkany las. Po siódmą górę. I taki zbór w służbie. Niemądry. Wciąż ma czelność i skacze na chmurze. Się wie: zjawiskowy rajd do rytmu w zaświecie. Kto inny by śmiał? Się tak łzami weselił? Stąd centymetr po centymetrze ku niecnej wieczności. Prześnisz obczyznę! Fraktal serca? Już się nie ślepi! Milimetr, dwa i proch zmiesza się z krwią niebo puchnie wierzchem jak ziołowy napar temu nierad okulały starawy księżyc musowo mieć słuch na miriady drzazg i wiedzieć co wskroś uwiera serce zdarza się mówić zgrzebne rzeczy ryt slajd słońce życzliwe w przeskoku to tyle? to aż! raz po raz raz zima wchodzi w nas po kryjomu Zszedł był zmierzch pod ziemię, pęcznieją widoki skądinąd rzęsi deszczyk rzęsiście prószy śnieżek puszyście nie widzę powodu tłumaczyć co na przykład z gradem gdzie ma leże czy jest w ruchu czy ściele się gęsto jak trup Pięć gwiazdek Negresco zapomnij, na spokoju linie topograficzne na wokandzie przewiew mgły w kwaterze bez doku noc na torach w polach przy rogatkach bez światła Bóg z szyldziku świadkiem: bazgroł lepi się z gwiazd zastąpić dźwigar i pchać, uprawiać bycie budzić się bez łkań Tomasz Hrynacz (ur. 1971) - poeta. Wydał m.in.: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Enzym (2004), Praski raj (2009), Prędka przędza (2010), Przedmowa do 5 smaków (2013), Noc czerwi (2016), Dobór dóbr (2019), Pies gończy (2021). Ostatnio ukazał się zbiór Lallen (2023). Jego poezja został przetłumaczona m.in. na angielski, chorwacki, czeski, francuski,  kataloński, niemiecki, rosyjski, serbski. Mieszka w Świdnicy Śląskiej. fot. Katarzyna Hrynacz

  • Rafał Kasprzyk - Echo klaskania jedną ręką, czyli wielka suma zer u wrót ognia (o książce Tomasza Hrynacza „Lallen”)

    Najpierw był „Pies gończy”, gdzie osiadanie ciemności w słowie zaczęło podkopywać zastany porządek rzeczywistości, stwarzając monochromatyczny świat mroku, nocy i czerni. Świat zgrzytu i wewnątrz bytowych aporii, z którymi musiał sobie poradzić Hrynacz. I poradził sobie na wielu poziomach, ale na jednym najbardziej. Na poziomie języka. Ów język cienia i jego nieoczywista semantyka, którą stworzył, sprawił, że została podjęta próba uporządkowania chaosu myśli, pragnień i uczuć. Zaowocowało to poddaniem w wątpliwość oczywistości dychotomicznego rozumienia codzienności z jednej strony. Z drugiej zaś, dość nieoczekiwane przekierowanie, dzięki językowi właśnie, na bardziej subtelne tory istnienia skoncentrowane wokół ciszy i świadomego zamilczenia, przemilczenia i dystansu. Następnie, jeszcze tego samego roku, ukazał się „Emotywny zip”. Bardzo mocno korespondujący i uzupełniający poprzednie zmagania. To w przestrzeni tej książki zostało zniwelowane do absolutnego minimum coś, co zadziało się wcześniej w „Psie gończym”. Wszelkie ciemności, czernie i demony zostały nazwane, zamknięte w językowej klatce liter i fraz. Ustąpiły miejsca pewnej harmoniczności. Pojawiło się światło, nadzieja, a przede wszystkim spokój miłości odwzajemnionej i celebrowanej, która niejako stała się swoistym kołem ratunkowym dla autora dryfującego pośród szerokich wód niewiadomego i nieodgadnionego. Wreszcie, po dwuletniej przerwie, w roku 2023., doczekaliśmy się publikacji kolejnej książki Tomasza Hrynacza pod tytułem „Lallen”, wydanej w Instytucie Mikołowskim im. Rafała Wojaczka. I dopiero teraz. Dopiero ta triada, ten literacki fraktal: Psa gończego, Emotywnego zipa i Lallen, pokazuje szerszą perspektywę tego, co dzieje się z momentami wewnętrznego, głębokiego wglądu w ciszę świata i zarazem w jego zgrzyt, przejawiający się permanentnym znikaniem wszystkich i wszystkiego wokół. Nie dziwi więc fakt, że ostatnia książka triady [„Lallen”] rozpoczyna się cytatem z Charlesa Reznikoffa, dotyczącym wszechobecnego chaosu, o który potyka się i upada nie tylko bezradna jednostka, jak w tym fragmencie, ale i całe społeczeństwa. Bo gdy popatrzy się na to, co dzieje się wokół – epidemie, pandemia, wojny, ogólny upadek człowieczeństwa, wartości wyższych, albo w ogóle jakichkolwiek wartości – to dochodzi się do wniosku, że coraz większa dysharmonia, rozmontowywanie świata, czy jego agresywna, przybierająca na sile sekularyzacja, rysują coraz wyraźniejsze apokaliptyczne wizje i o żadnym optymizmie egzystencjalnym w tym kontekście nie może być mowy. A jednak w takim świecie przychodzi nam żyć i funkcjonować. Hrynacz, ani na takie funkcjonowanie, ani na taki świat się absolutnie nie zgadza. Sprowadza to na niego przekleństwo L’appel du vide, co z francuskiego tłumaczy się jako „zew pustki”, z którym zmagał się praktycznie cały filozoficzny egzystencjalizm: Heideggera z jego koncepcją „wrzucenia” w świat jednostki, która od samego początku wie, że umrze; Kierkegaarda, z jego cierpieniem ciągłych wyborów, które i tak nigdy nie oddzielą nas od pustki; Camusa z jego ciągłym poszukiwaniem sensu życia, które za każdym razem prowadzi do rozczarowania i unieszczęśliwia jednostkę. Oczywiście to tylko niektórzy przedstawiciele egzystencjalizmu, którego echo wyraźnie wybrzmiewa w twórczości świdnickiego poety. Ale cały ten pesymizm obserwowanego przez Hrynacza świata, jest li tylko pewnym preludium, prologiem, kolejnym krokiem podjętym w nierównej walce, pozornie tylko skazanej na niepowodzenie. Wcześniejsze książki były, w moim przekonaniu, nacechowane wyraźnymi elementami kreacji, dynamiką tworzenia, progresywnym zmierzaniem ku czemuś przez duże „C”. Pewnym uporządkowaniem treści. Jakąś sensownością całości, upartym poetyckim dążeniem do realizacji założonych uprzednio celów. Generalnie wszystko oscylowało wokół interpersonalnej, choć trudnej i czasami bolesnej, relacji nadawcy i odbiorcy poetyckich komunikatów, zza ciemnej kurtyny cienia. W Lallen mamy do czynienia z czymś zupełnie innym, wykraczającym daleko poza samą tylko strukturę języka. Wcześniej autor komunikował to, czego doświadczał z perspektywy otwierania się na rzeczywistość pełną lęków w sposób - powiedzmy- horyzontalny. To znaczy taki, który utrzymywał dość jednostajnie poziom, siłę i głębię informacji przekazywanej. Krótko mówiąc, wcześniej to Hrynacz był podmiotem otwierającym się i zapisującym skutki tego dostrajania do jakiejś metafizycznej przestrzeni. Trzymał jednak wyczuwalny dystans. Jakby się jeszcze czegoś obawiał i nie był do końca przekonany co do pewności obranej przez siebie drogi. I słusznie, bo w najnowszej jego książce dochodzi do tego, czego być może się obawiał. Mianowicie do swoistej inwersji porządku otwierania się. Tym razem, zupełnie niespodziewanie, perspektywa horyzontalna przechodzi do kontrataku. Obraca się o dziewięćdziesiąt stopni. Skraca dystans. Zawęża kąt patrzenia. I to ona otwiera się na Hrynacza, obracając w proch iluzję pozorów. A nawet więcej: swoim wertykalizmem w pewien sposób oślepia metafizycznie autora i zostawia go po raz kolejny z niczym. Oto wielka tajemnica istnienia, której ani przedzmierzch nie przebudzi, ani noc nie rozkłóci. Tylko cóż zatem zrobić w sytuacji, gdy milczenie niepodobne, gotowe do drogi, na skraju snu drożej trawers skanuje? Jak poradzić sobie z tą nicością, małością i prochem istnienia, kiedy z wieczora transparentna cisza z mokrego popiołu(...) łypie spod oka na grób? Jak zapisać te wszystkie zewnętrzne komunikaty, pochodzące z najgłębszego universum odrębności nienazwanego? Najprościej byłoby wziąć przysłowiowe nogi za pas i wycofać się jak najszybciej z przestrzeni, która potęguje strach i bezradność. I rzeczywiście autor Lallen ulega chwilowej pokusie ucieczki, zadając sobie już w pierwszym wierszu pytanie: po co komu ten bieg w tajne tony? Przecież i tak znikniemy przed zmierzchem. Ale niestety to wszystko zaszło już za daleko, za głęboko. Została przekroczona granica śmierciokątu świata, za którą syczy to, o czym się nie mówi. I tu właśnie dochodzimy do źródła tego, z czym mamy do czynienia w Lallen, a co w sposób najpełniejszy oddaje cytat z Pięknych dwudziestoletnich, Marka Hłaski, że „świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania”. Inaczej być nie może! Wszakże Hrynacz ze wszech miar jest poetą metafizycznym. Otwartym na Tajemnicę, której wszelkie oddziaływania w kontekście ontologicznej trylogii Psa, Zipa i Lallen bardzo często powołują do życia różnego rodzaju egzystencjalne przepaście i wrzucają uważnego czytelnika tych fraz w czarne otchłanie, gdzie ciemność nad ciemnościami mnoży paradoksy. A najpiękniejszym z nich - tych paradoksów - jest to, że w tych wierszach nicość i „wszystkość” staje się jednym bytem, podobnie jak to miało miejsce w Emotywnym Zipie, gdzie światło i ciemność zespoliły się w jeden organizm. Wystarczy jeden mały krok, by stracić grunt wszelkiej pewności pod stopami. To jedyna droga do zrozumienia pisarstwa świdnickiego poety. Rafał Kasprzyk - poeta, krytyk literacki, społecznik, górnik, współorganizator spotkań literackich „u Łuczeńczyka” w Gminnej Bibliotece Publicznej w Ludwinie. Laureat wielu konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 r. tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu). W 2020 ukazała się Dychotomia. Swoje wiersze publikował w „Dzienniku Polskim”, „Odrze”, „eleWatorze”, „Frazie”, „Afroncie”, „Przekroju”, „Helikopterze”, „Tlenie Literackim”, „Arkuszach Literackich”, „Akancie”, kwartalniku mniejszości polskiej na Ukrainie „Krynica” oraz w wielu antologiach. Jego teksty krytyczne można znaleźć w „Afroncie”, „Helikopterze”, „ArtPapierze”.

  • Antoni Matuszkiewicz – Znikąd miłości

    Sokołowsko  1978/1979 Tego nie widać już w najgłębszym lustrze zorza nad ugorem Puszczy Augustowskiej paź królowej paź żeglarz paź szczęście wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka uderza zewsząd cisza od wielkiego dzwonu nad lasem z konstelacji strojony carrilion oddech szronem osiada w igliwiu trwa zima *** Droga oddech zamarły bez końca cicha taka jakby zaraz spod niej fanfary kotły nietknięta aż się wyłoni ramię anielska  dłoń z gorejącym sercem pod śniegiem                              kosmiczna czerń Getsemani noc ciemna lub biczowania najjaskrawsza czerwień dokoła nastroszone świerki biel aż taką szpilki poczęte z kropli krwi spod cierni dźwignąć na biały papier siebie z ziemią całą niebem całym Bogiem kochać tylko pamiętając jak wszystko wciąż od nowa się staje tutaj znikąd z miłości z niczego W Sokolcu W ciemności ryk jeleni opitych światłem niskoprzechylonego Księżyca wargą dotykamy kruszcu chłodu niedotykalnego na bezkresnych kresach dzieli światy wzajemna moc niewiedza istnienia *** Wciąż się wznosimy wyjeżdżamy na przełęcz wchodzimy na piętro ciasną niską izbę całkiem wypełnia świeży głęboki aromat obnażonej sięgając pod sufit pod szybę okna w dachu jakby zapach tamtej bieli kondensowanego światła co spada na szkło kilka milimetrów od nas 27 września 2017 *** Bardziej niż sobie i tobie wierzę surowej prostej drodze gdzie powiedzieliśmy wszystko koleinom bandażom podsiąkającym osoczem *** Ciało przy ciele z uniesionymi łbami milczy chmara jeleni zamarła na łące brązowa jak pień drzewa co rozrosło szeroko a teraz wzwyż zamierza piąć jakby na nich spoczywała przyszłość jak na ciasnym cmentarzyku za wsią *** Biała rzeka leży pośród szarych trzcin jak wapienna smuga na ściernisku lub szczupła droga z bladych kocich łbów wzdłuż torowiska czy oswojone u nóg samotne światło które można pogłaskać *** Pudła i paczki kształtki ze styropianu po starych gramofonach komputerach negatywy po rzeczach strop ocieplają tak wciąż ciebie niewidzialnie strzeże to od czego powstrzymałeś się kiedyś *** Nikt nie wie że ten ślepy kurek zamontowany w jej kuchni to na pamiątkę dziecka co utonęło tutaj w kąpieli trzydzieści lat temu ale o nim to już naprawdę nikt nikt nawet kiedy odkręcisz nie popłynie ani ani kropla *** Ślady stopa za stopą stop ciała i ziemi Antoni Matuszkiewicz  (ur. 1945 we Lwowie) - poeta, prozaik, eseista, tłumacz, animator życia kulturalnego na polsko-czeskim pograniczu. Od 1946 mieszka na Dolnym Śląsku. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim i podyplomowe studia w zakresie muzealnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1981 członek zarządu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego NSZZ „Solidarność” woj. wałbrzyskiego, organizator i redaktor naczelny pisma „Niezależne Słowo” (1980–1981 i 1989–1990). Internowany 13 XII 1981 r. Debiutował w 1972 w miesięczniku „Odra”. Jest autorem ponad trzydziestu książek poetyckich, prozatorskich, eseistycznych, wywiadu-rzeki z Andrzejem Szyszko-Bohuszem oraz redaktorem kilku regionalnych almanachów literackich. Ostatnio opublikował tom wierszy Wieszczyna i inne wiersze (2023). Członek założyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, członek honorowy Polsko-Czeskiej Grupy Poeci ’97, współorganizator spotkań Den Poezie w Broumovie. Odznaczony  Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Krzyżem Wolności i Solidarniści. Od 2008 mieszka w Martínkovicach koło Broumova w Czechach. Fotografia autora David Magen

  • Grzegorz Tomicki – Stop ciała i ziemi, czyli na marginesie i w centrum poezji Antoniego Matuszkiewicza

    Źródło poezji Widzieliśmy się tylko raz. Spotkanie autorskie w Bukowcu – mniej więcej na pograniczu Karkonoszy i Rudaw Janowickich – odbywało się częściowo pod dachem Domu Pracy Twórczej „U Hrabiny”, ale w zasadzie na wolnym powietrzu (salony!). O ile dobrze pamiętam, w maju. Tak się szczęśliwie złożyło, a może tak to zostało zaplanowane, że poeta siedział na tle gór i górnoreglowych lasów z dobrze widoczną w głębi Śnieżką. Wyjątkowo adekwatnie dobrany kontekst. Ze zmierzchem zrobiło się chłodniej, na co mało kto chyba zważał – ja w każdym razie nie. Nie zadawałem żadnych pytań. Wiadomo, im człowiek mniej mówi, tym lepiej słucha. To był dobry czas na odbieranie bodźców ze strony świata. Na powściąganie własnych oczekiwań i roszczeń. Na przyjmowanie tego, co przychodzi z zewnątrz. Otwartość – tak zapamiętałem moje ówczesne nastawienie. Dlaczego o tym wspominam? Otóż wyniosłem z tego spotkania zwłaszcza jedno stwierdzenie, które w pamięci utkwiło mi zapewne już subiektywnie przekształcone (czego człowiek dokładnie nie zapamięta, to sobie bezwiednie dopowie), więc uprzedzam, że nie zacytuję go literalnie. Antoni Matuszkiewicz powiedział mniej więcej, że poezji w zasadzie nie trzeba wymyślać. Poezja jest wszędzie. W polu, w lesie, na ulicy, na drodze, w domu. W tym, na co patrzymy, czego dotykamy, co słyszymy, z czym się stykamy i czego w związku z tym doznajemy. Wystarczy się na to otworzyć i – uwaga! – przełożyć na słowa. No tak, odpowiednie dać rzeczy słowo. Ale jak to zrobić? Czy w tym „wystarczy” nie przejawia się czasem zbytnia naiwność? Zwykłe – albo przeciwnie: magiczne – życzeniowe myślenie? Niekoniecznie. A w tym przypadku nawet na pewno nie. Ten akurat autor jest na to zbyt (samo)świadomy, nazbyt wewnętrznie poukładany i dostatecznie poetycko wyrafinowany, aby pozwolić sobie na takie prostoduszne rozumowanie. Tym bardziej na pochopne wypowiedzi. To bowiem także zapadło mi w pamięć – namysł autora nad każdym zadanym mu pytaniem. Z namysłem udzielane odpowiedzi. Odniosłem nawet wrażenie, że tego dnia nie wypowiedział żadnego przypadkowego słowa, co zapewne także jest lekką przesadą – język to jednak żywioł, a nie poręczne narzędzie do wytwarzania przemyślanych konstrukcji słowno-myślowych. W takim razie, w czym rzecz? Wydaje się, że Matuszkiewiczowi chodziło o samo źródło poezji, a więc o zmysłowe, cielesne, materialne, empiryczne doznanie – ergo doświadczenie, przeżycie. Mówiąc inaczej, o spotkanie ze światem – podmiotu z przedmiotem – na płaszczyźnie fizycznej, można by rzec: powierzchownej, a raczej powierzchniowej, zanim spotkanie to zostanie intelektualnie opracowane, zapośredniczone, „pogłębione” analizą, zracjonalizowane. Zanim zostanie zniekształcone przez tryby naukowych teorii, rozumowych założeń, paradygmatów myślenia, kulturowych matryc, „zdroworozsądkowych” kategorii etc. Oczywiście, także te źródłowe, zmysłowe doznania zanim dotrą do świadomości, są już w pewnym stopniu wstępnie opracowane przez mechanizmy tzw. automatycznego, nieświadomego przetwarzania informacji, ale dla nas jako świadomych podmiotów tych doznań mają one wartość prymarną – świat naszych przeżyć to jedyny dostępny nam „bezpośrednio” świat „zewnętrzny”, do jakiego mamy dostęp. Wypada też zaznaczyć, że nieświadome przetwarzanie nie opiera się na racjonalnych operacjach analitycznego umysłu, lecz na przypadkowych skojarzeniach, prowizorycznych ocenach zagrożeń czy filo- lub ontogenetycznych wzorcach reakcji. Wszelkie inne, świadome sposoby opierają się już na bardziej lub mniej wykoncypowanych intelektualnie procedurach, częściej – mam takie wrażenie – oddalających nas od świata empirycznego niż go przybliżających czy wyjaśniających. Dlaczego tak się dzieje? Ogólną przyczynę wyjątkowo jasno wyłożył amerykański socjobiolog – to też nie przypadek – Edward Osborne Wilson, według którego „intelekt nie jest skonstruowany po to, aby rozumieć atomy czy nawet samego siebie, lecz aby sprzyjać przetrwaniu ludzkich genów”. Co oznacza, że jego priorytetem nie jest bynajmniej odkrywanie jakichś „prawd”, poznawanie rzeczywistości czy rozwiązywanie zagadek bytu, lecz pragmatyczna efektywność. A bardziej efektywne bywa na przykład wytwarzanie użytecznych iluzji niż ich nieadaptacyjna demistyfikacja. Jak to się ma do wierszy czy ogólniej literatury? Według amerykańskiego pisarza tudzież profesora literatury Roberta Langbauma idea przeżycia to „pogląd głoszący, że intuicyjnie zrozumienie zdobyte dzięki bezpośredniemu przeżyciu ma charakter pewny i pierwotny, podczas gdy refleksja analityczna jest wtórna i problematyczna. Poezja dziewiętnasto- i dwudziestowieczna  może być w związku z tym postrzegana jako poezja przeżycia – poezja oparta na świadomym braku równowagi między przeżyciem a ideą, poezja, w której słowach przemawia nie konkretna idea, lecz przeżycie, z którego, na drodze problematycznej racjonalizacji, wydobyć można więcej niż jedną ideę”. Nie wiem, czy trzeba zdobyć profesorskie szlify (w każdym razie, nie zawadzi), aby móc świadomie, odpowiedzialnie uznawać przeżycie, intuicję, doświadczenie za „pewne i pierwotne”, natomiast refleksję analityczną za „wtórną i problematyczną”. Nie jest to zresztą myśl nowa. Wielu ludzi nauki dopiero po latach gruntownych rozważań dochodziło do sokratejskiego stwierdzenia „wiem, że nic nie wiem”. Ciekawym przypadkiem jest Ludwig Wittgenstein, który w słynnym Traktacie logiczno-filozoficznym swoją nieudaną, ale jakże wspaniałą próbę logiczno-matematycznego opisania świata skwitował na koniec odważnym sformułowaniem: „Zdania moje wnoszą jasność przez to, że kto mnie rozumie, rozpozna je w końcu jako niedorzeczne; gdy przez nie – po nich – wyjdzie ponad nie. (Musi niejako odrzucić drabinę, uprzednio po niej się wspiąwszy). Musi te zdania przezwyciężyć, wtedy ujrzy świat właściwie”. Bycie-w-świecie człowieka – a więc także świat, w którym człowiek egzystuje – wydaje się bowiem prymarnie irracjonalny, wymykający się prawom logiki czy matematycznej precyzji, a dopiero wtórnie (i „problematycznie) racjonalny czy też raczej zracjonalizowany, tj. rozumowo przez człowieka wyjaśniany. A fakt, że większość ludzi uważa się za istoty na wskroś racjonalne, dowodzi tylko przemyślności intelektu, który dla własnych pragmatycznych celów tworzy taką właśnie iluzję. Iluzję, która pozwala ludziom żyć, przetrwać. To samo zadanie można w miarę odpowiedzialnie przypisać językowi – prymarnie istnieje po to, aby ułatwić nam przetrwanie, nie zaś zdobywanie wiedzy o świecie czy o nas samych. Tak czy inaczej, kiedy wchodzę do lasu, nie studiuję własnych reakcji za pomocą metod wypracowanych – powiedzmy – przez współczesną psychologię głębi, podejście psychodynamiczne czy teorię przywiązania Bolwby’ego. Nie postrzegam też drzew poprzez pryzmat tej czy innej dziedziny nauki, na przykład fizyki atomowej, mechaniki kwantowej czy socjobiologicznej teorii optymalizacji Roberta Triversa. Jestem raczej otwarty na to, co „mówią” do mnie zmysły i jakie są moje bezpośrednie reakcje na bodźce świata zewnętrznego – w tym przypadku natury – a więc czego empirycznie doświadczam w danej chwili. Nie dziwi mnie też, że ktoś obdarzony taką wyobraźnią poetycką jak Antoni Matuszkiewicz wsłuchuje się uważnie w tę właśnie „mowę”, próbując przekładać ją na język poezji, a nie racjonalnego dyskursu. Że nie jest to proste? Oczywiście. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, język poezji – jako uwolniony od logicznych, analitycznych, racjonalnych, dyskursywnych zobowiązań i ograniczeń – nadaje się do tego lepiej od innych, racjonalnie zorientowanych języków. W tym też sensie „poezji nie trzeba wymyślać”. Ludzki świat jest bowiem złożony raczej z płynnych symboli, metafor i wieloznaczności niż z teoretycznych, precyzyjnie skonstruowanych struktur. Zarówno ludzkie doświadczanie życia, jak i poezja są oparte na procesach istotowo, prymarnie irracjonalnych – z tym że poezja robi to często w sposób celowy, świadomie „odrzucając drabinę [języka dyskursywnego], uprzednio po niej się wspiąwszy”. Poezja jako pierwotna, źródłowa forma poznania – tak można by określić z grubsza wierszotwórczą strategię Matuszkiewicza. Strategię z konieczności bardziej intuicyjną niż intelektualnie wykoncypowaną. Kwestia poznania jest w każdym razie jednym z jej najistotniejszych wątków. Jak sądzę, jest to też jeden z powodów, dla których poeta ten z jednej strony jest zasadniczo ignorowany przez dominujący dyskurs literaturoznawczy i krytyczny, z drugiej zaś egzystuje poza głównym nurtem polskiej poezji (ze stratą dla dyskursu i poezji). Gdybym miał bowiem skrótowo określić tę twórczość, posłużyłbym się serią takich subiektywnie dobranych pojęć, jak medytacja, kontemplacja, epifania, transcendencja, intuicja, natura, duchowość, wiara, Bóg – wszystko to dystynkcje intelektualnie mocno podejrzane. Tymczasem zarówno dzisiejsi badacze (co zrozumiałe – ostatecznie są naukowcami), jak i poeci (co już może dziwić) preferują raczej właśnie intelektualną refleksję, gry językowe, wykoncypowane metafory tudzież tematykę społeczną, a nawet ideologiczną czy polityczną, znacząco zawężając zakres poetyckich potencji, a więc dokonując zadziwiającego samoograniczenia języka poetyckiego, który z istoty powinien być wszelkich ograniczeń pozbawiony. Czego nie widać w najgłębszym lustrze? Ale do rzeczy. Przyjrzyjmy się wierszowi Antoniego Matuszkiewicza Sokołowsko1978/1979, który posiada wyraźne rysy autotematyczne: Tego nie widać już w najgłębszym lustrze zorza nad ugorem Puszczy Augustowskiej paź królowej paź żeglarz paź szczęście wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka uderza zewsząd cisza od wielkiego dzwonu nad lasem z konstelacji strojony carrilion oddech szronem osiada w igliwiu trwa zima Znajdujemy tu niemal wszystkie podstawowe cechy tej poezji. Brak interpunkcji, a co za tym idzie płynność delimitacyjna, czyli zacieranie granic pomiędzy poszczególnymi zdaniami i sformułowaniami, co z kolei generuje pożądaną wieloznaczność. Luźny stosunek do reguł gramatycznych – to zawsze bardziej potok słów i skojarzeń niż poprawnie skonstruowana, komunikatywna wypowiedź dyskursywna. Słownictwo reprezentujące dużo częściej fenomeny natury (ugor, puszcza, paź królowej, paź żeglarz, paź szczęście, zdrój, patrzenie, źrenica, cień, włókienka, tęczówka, struga, cisza, las, oddech, szron, igliwie, zima) niż kultury (lustro, carrilion, dzwon, wiersz, język). Wedle niegdysiejszej terminologii: linia Przybosia, fraza Różewicza – poetyka, wydawałoby się, wyeksploatowana do imentu, zużyta, przebrzmiała, zdewaluowana przez nadmierną ilość przeciętnych bądź nieudanych realizacji. To nie jest oczywiście przypadek Matuszkiewicza. Przeciwnie, poeta ten błyskotliwie dowodzi, że jako medium ta niegdyś awangardowa, a dziś tradycyjna już poetyka może być wciąż niesłychanie nośna. Tyle skrótowo o tak zwanej – niezbyt adekwatnie – stronie formalnej. Ale o czym to jest? Przede wszystkim, znajdujemy tu wielkie bogactwo subtelnie podanych znaczeń i sensów, na które współczesna krytyka – a za nią szeregowa literacka publiczność – wydaje się często zupełnie nieprzygotowana. Jeśli dzisiejszy wiersz nie bazuje na kilku najczęściej stosowanych chwytach, jeśli nie ma w nim piętrowych, efektownych metafor, tudzież mocnej, wyrazistej, łopatologicznie wyłożonej puenty większość czytelników oraz – co gorsza – krytyków będzie miała problem nie tylko ze zrozumieniem, na czym polega jego artystyczna wartość, ale i w ogóle z zakwalifikowaniem tekstu jako poetyckiego. Tymczasem poezja to także – a może przede wszystkim – sztuka używania środków subtelnych: aluzji, elips, ironii, niedopowiedzeń, skojarzeń, korespondencji, odniesień, wieloznaczności, przesunięć semantycznych, zagęszczeń, dygresji, sublimacji, wyborów w zakresie struktury wiersza, kompozycji, prozodii, akcentów znaczeniowych, kontekstów kulturowych, tradycji literackiej i wielu innych, które przychodzą mi do głowy, a na które nie wymyślono nazw (albo ich nie znam). Słowem, poezja to sztuka używania środków nieoczywistych, innowacyjnych, oryginalnych, finezyjnych, nienachlanych, wymagających od odbiorcy jakiegoś minimum kompetencji i językowej wrażliwości. Wiele z tych mniej efektownych, subtelnie stosowanych środków znajdziemy właśnie w wierszach Matuszkiewicza, co wydaje się kolejnym powodem, dla którego poezja ta egzystuje gdzieś na marginesach naszego życia literackiego (co skądinąd – ze względu na kondycję tego życia – nie jest pozycją najgorszą). Zacznijmy jednak od początku. Czego mianowicie „nie widać już w najgłębszym lustrze”? Powiedzmy: właśnie tego, o czym mowa jest w wierszu (poniekąd też o tym, o czym traktował poprzedni akapit), a czego nie sposób przełożyć na język dyskursywnej refleksji („Poezją jest to, co nie da się wypowiedzieć językiem potocznym, prozą”, jak językiem potocznym wypowiedział to Przyboś). Ważne wydaje się owo „lustro”. Czym jest, jaką pełni funkcję? Nawiązując do tego, o czym wspomniałem wcześniej, można postawić tezę, że tego, czego doznaje liryczne „ja” w reakcji na eliptycznie zarysowaną sytuację (z grubsza ujmując: na wieloaspektowe sposoby przejawiania się natury), nie można „zobaczyć” ani zrozumieć przy pomocy introspekcji, tj. „wtórnej i problematycznej” analizy własnej psychologicznej „głębi”. Tego, co odczuwam tu i teraz, kiedy patrzę na „zorzę nad ugorem”, nie da się racjonalnie wyrazić. Język pojęciowy jest na to zbyt ubogi, zbyt sztywny, ograniczony, racjonalnie właśnie uwarunkowany. Nie ma takiego „lustra”, w którym można zobaczyć „to”, ponieważ jest ono dostrzegalne jedynie w bezpośrednim empirycznym akcie patrzenia – „tego nie widać” w żadnym lustrzanym, a więc zapośredniczonym odbiciu. Autentyczna jest tylko bezpośrednia relacja: przedmiot – podmiot, a więc świat i jego empiryczne postrzeganie/doznawanie. „To” jest zatem czymś na wskroś subiektywnym, indywidualnym, jednostkowym, jednorazowym, momentalnym, chwilowym, punktowym. Taka byłaby jedna z możliwych wykładni. Ale wciąż przecież tkwimy „głęboko” w literaturze, nieuchronnie nasuwa się więc skojarzenie ze Stendhalowskim zwierciadłem przechadzające się po gościńcu i odbijającym lazur, błoto i wszelkie inne przejawy rzeczywistości rzekomo w skali jeden do jednego. Otóż „tego” również „nie widać” choćby w „najgłębszej” literaturze, a to z tego prostego powodu, że literatura to literatura, a rzeczywistość to rzeczywistość i żadne „triki ludzkiej myśli” (kapitalny trik językowy Williama Jamesa) tego nie zmienią. „To” empiryczne doświadczenie nie da się odtworzyć ani zrozumieć za pomocą języka literackiego, ponieważ ono samo nie ma charakteru językowego ani nie podlega kategoriom rozumienia – jest pozajęzykowe i pozarozumowe. Wszelkie próby jego utekstowienia muszą skończyć się zniekształceniem, zafałszowaniem, przeinaczeniem. „To” widać tylko w samym momencie patrzenia, chłonięcia, zanurzania się w tym, co wymienione w wierszu: w zorzy, ugorze, Puszczy Augustowskiej (nie jakiejś puszczy w ogóle), w motylach – oraz w tym, czego w wierszu nie wymieniono, bo wszystkiego wymienić nie sposób (Realne zawsze wymyka się Symbolicznemu). Wiersz natomiast nie ma niczego wyjaśniać, czyli sprowadzać nieznane do znanego, lecz zdawać relację z doznawania tego nieznanego, a więc także – otwierać się na nie w sposób możliwie nieuprzedzony. Nie nakładać na doznanie czy świat siatki rozumowych pojęć i kategorii, które nie tyle wyjaśniają, ile zniekształcają nasze źródłowo odczuwane doświadczanie bycia-w-świecie. W ten sposób powstaje wiersz, który „znów powraca do zdroju patrzenia / cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki / do strugi studni poza sznur języka”. Coś dzieje się na styku rzeczywistości i literatury jako jednego ze sposobów jej postrzegania / ujmowania. Co się więc w tym wierszu wydarza? Wydaje się, że poeta szuka sposobu na literackie przezwyciężenie nieuchronnych zapośredniczeń, na jakie skazani jesteśmy w kontakcie z rzeczywistością – „powrócić do zdroju patrzenia”, „poza sznur języka”. Ale jak to zrobić? Sytuacja jest co najmniej dwuznaczna. Wraz z przewrotem modernistycznym zdołaliśmy wprawdzie dostrzec wpływ warunków i sposobów poznania na jego rezultaty, a więc zyskaliśmy (samo)świadomość naszych zdolności poznawczych, ale czy wyniknął z tego dla nas jakiś inny zysk poza czysto teoretycznym, epistemologicznym? A może przeciwnie – czy przypadkiem czegoś przy okazji nie straciliśmy? Czy z chwilą rozpoznania mediatyzacyjnych podstaw naszego poznania nie tylko nie zyskaliśmy lepszego dostępu do rzeczywistości, ale wręcz się od niej oddaliliśmy? Zdemontowawszy mit bezpośredniego kontaktu ze światem czy choćby z jego przejawami, przestaliśmy być właściwymi, a więc afirmatywnymi, bezkrytycznymi odbiorcami mitu, a staliśmy się jego znawcami, badaczami, krytykami, słowem – mitologami. Mitologowi zaś grozi fundamentalne wykluczenie: „podejmuje on bezustanne ryzyko, że ulotni mu się rzeczywistość, którą usiłuje chronić”, jak swego czasu trzeźwo zauważył Roland Barthes. Coś podobnego w języku neopsychoanalizy wyraził Slavoj Žižek. Co ciekawe, poza żargonem swoiście psychoanalitycznym, w tym przypadku używa on pojęć całkiem adekwatnych również w stosunku do literatury, a nawet szczególnie poezji. Dla naszych rozważań interesująca jest zwłaszcza próba ujęcia relacji wyobraźni do rzeczywistości: „Jeśli chodzi o podstawową opozycję między rzeczywistością a wyobraźnią, fantazja nie znajduje się ot tak po prostu po stronie wyobraźni. Jest ona raczej kawałkiem wyobraźni, za pomocą którego otrzymujemy dostęp do rzeczywistości – ramą, która zapewnia nam dostęp do rzeczywistości, nasze «poczucie rzeczywistości» (kiedy nasza podstawowa fantazja ulega rozbiciu, doświadczamy poczucia «utraty rzeczywistości»)”. Kluczowa dla dotychczasowych ujęć „opozycja między rzeczywistością a wyobraźnią” okazuje się zatem pozorna. Unieważnia ją bowiem fantazmat – czyli mniej więcej to samo, co Barthes nazywa mitem – który jest „częścią” zarówno wyobraźni, jak i rzeczywistości: „rzeczywistość zawsze jest fantazmatyczna: to, co jawi się podmiotom jako «rzeczywistość», opiera się na pewnym stelażu, pewnej konstrukcji fantazmatycznej. To fantazmat nadaje minimalną spójność «rzeczywistości» – dlatego też ma on status quasi-transcendentalny, wyznacza «warunki możliwości», pod którymi Realne może się zaprezentować podmiotowi w formie «rzeczywistości»”. Wyobraźnia zatem – a z nią także poezja tudzież wszelka twórczość – jest swoiście ludzkim łącznikiem między człowiekiem a rzeczywistością, podmiotem a przedmiotem, byciem a światem (czyli byciem-w-świecie par excellence), zacierając pomiędzy nimi granicę. A nawet – używając języka teorii zbiorów – ich częścią wspólną, przekrojem, przecięciem, iloczynem mnogościowym. Iloczyn – cóż za poetyckie określenie! Czyż metafora nie jest iloczynem znaczeń połączonych w jej ramach składników? Zauważmy: ile to się intelekt musi nagimnastykować, aby scalić na powrót to, co był wcześniej ochoczo zdekonstruował. Oto okazuje się, że fantazmat / mit / wyobraźnia nie tyle są ludzkimi dyspozycjami, które zapośredniczają nasz dostęp do rzeczywistości – a więc nas od niej oddzielają – ile czynią go w ogóle możliwym. Mówiąc ściślej, bez swoiście ludzkich psychicznych mechanizmów mediatyzacyjnych – dodajmy: irracjonalnych – rzeczywistość nie mogłaby się nam ukazywać jako rzeczywistość. Czy w ten sposób – podobnie jak wiersz Matuszkiewicza – nie powracamy „do zdroju patrzenia”? Patrzę na „to”, co prezentuje mi się jako rzeczywistość, więc doświadczam rzeczywistości, więc zaznaję przeżycia rzeczywistości, to bowiem, co postrzegam jako rzeczywistość jest częścią mojego życia – tyleż doświadczam rzeczywistości jako czegoś wobec mnie zewnętrznego, ile ją wytwarzam za pomocą fantazmatu, mitu czy wyobraźni. W tym sensie nie tyle tracę świat, ile poniekąd przeciwnie: odzyskuję go, staję się jego częścią, a świat staje częścią mnie. To samo mniej więcej dzieje się w wierszu o Sokołowsku, który w istocie jest wierszem o poezji, poznaniu i rzeczywistości: wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka Dlaczego „wiersz znów powraca do zdroju patrzenia” tego już się trochę (być może) domyślamy. Dlaczego zaś „spływa z włókienek tęczówki / do strugi studni poza sznur języka”, skoro wyrażony jest właśnie w języku? Owszem, jest, ale „sznur języka” to nie rzeczony wiersz, ale raczej mój powyższy, przydługi, analityczny wywód, w którym dla zwiększenia wiarygodności posiłkuję się ponadto kilkoma cytatami moich bardziej uznanych kolegów po piórze, aby w porządku przyczynowo-skutkowym nanizać na ów „sznur” poszczególne argumentacyjne koraliki i w ten sposób trafić do przekonania racjonalnie nastawionych czytelników. Z konieczności posługuję się bowiem językiem dyskursywnym i gdybym nie przestrzegał konwencjonalnie związanych z nim reguł, nie zostałbym odebrany poważnie. Choć – prawdę mówiąc – wolałbym na ten wiersz odpowiedzieć wierszem (może innym razem), czyli tak jak Matuszkiewicz dokonać poetyckiego skrótu, rozsypując tu i tam kilka wybranych, uwolnionych od racjonalnych, dyskursywnych funkcji korali, mówiąc tym samym pełniej, sensowniej o tym, czego „nie widać”, a co z całą pewnością – na jaką tylko nas stać – istnieje. Epifania, czyli doznania i rzeczy Pora w tym miejscu stwierdzić, że  Sokołowsko 1978/1979 to przykład wiersza, realizowanego w poetyce epifanii, o której w książce Literatura jako trop rzeczywistości. Poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej tak erudycyjnie i odkrywczo pisał Ryszard Nycz (polecam też świetne teksty, jakie o epifanii napisali m.in. Jan Błoński, Michał Głowiński czy Anna Sobieska). Zjawisko epifanii to nie tylko ważny motyw literacki, ale także metoda twórcza, technika artystycznego przedstawienia. Na przestrzeni wieków ujmowano epifanię rozmaicie. Podstawowe, historyczne znaczenie jest teologiczno-religijne – w Piśmie Świętym epifanie oznaczają ingerencję osobowego Boga w świat. Według pokrewnej, religioznawczej wykładni epifania to zjawisko nagłego ukazania się i zniknięcia bóstwa. W romantyzmie epifanii nadano znaczenie egzystencjalno-mistyczne, określając tym mianem indywidualne, często ekstatyczne olśnienia „zachwyconego” podmiotu, któremu w bezpośredniej wizji objawiał się ukryty porządek świata, jego transcendentalna esencja czy też uniwersalna substancja, istota rzeczy (ludziom gór takie ekstatyczne zachwycenia zdarzają się stosunkowo często, choć niekoniecznie nadaje się im metafizyczne znaczenie). W przeciwieństwie do powyższych ujęć epifanie w literaturze nowoczesnej – modernistycznej – podkreślają poczucie niepowtarzalnej wartości istnienia świata zwykłego i przygodnego, a więc zjawisk, faktów, fenomenów czy przedmiotów jednostkowych, stających się i przemijających, będących immanentną częścią codziennego doświadczenia. Według eleganckiej formuły Nycza, „romantyczna epifania przedstawiała to, co istnieje. Dla modernistycznej świadomości istnieje to, co w epifanicznym przedstawieniu się ukazuje”. Romantyczny bierny podmiot przekształca się zatem w modernistyczny podmiot aktywny, twórczy, nadający wartość poszczególnym, wybranym przedmiotom-obiektom, które postrzega we własny, indywidualny, a zarazem performatywny sposób. W tym sensie takie podmiotowe, epifaniczne doświadczanie świata – jego przeżywanie – jak przedstawione w wierszu Matuszkiewicza jest zawsze prawdziwe i bezpośrednie, podmiot bowiem nie tylko sam w epifanicznym przebłysku generuje jego mitologiczne uzasadnienia, ale też taka jest po prostu jego codzienna empiryczna praktyka, że tak to ujmę. Poczucie bezpośredniości jest nade wszystko poczuciem, nie obiektywną cechą, którą można racjonalnie weryfikować. Kiedy doznający epifanii podmiot odczuwa, że stanowi jedność ze światem, to odczucie takie należy uznać za fakt – sama zaś jedność nie istnieje inaczej jak właśnie w poczuciu jedności, w jej przeżywaniu. Tak tworzą się nasze codzienne mitologie, taki jest charakter stricte ludzkiego bycia-w-świecie. Jak to ujmuje Głowiński, „epifania zakłada jakby tożsamość podmiotu i świata, który się podmiotowi ukazuje. W konsekwencji opis nie ma funkcji i uzasadnień mimetycznych; zmierza ku mitologii, ku kreacji świata poetyckiego”. Jan Błoński z kolei zwraca uwagę na akcent, jaki w epifanii pada na konkret, szczegół, „okaz indywidualny, istnienie poszczególne”, których znaczenia i sensy wyczerpują się niejako w ich warstwie zewnętrznej: „Szczegół nie zdradza żadnych zagadkowych związków z wszechbytem, nie czerpie uczuciowej mocy z reprezentowania porządku świata, archetypu, idei. Jego siła w wyłączności i niepowtarzalności. Albowiem najbardziej rzeczywiste – pierwotnie rzeczywiste – są doznania rzeczy”. Tyle epifaniczna empiria, a co z epifanijną poezją? „Poezja jest może sekretem, ale nie mówi o niczym co tajemne; cieszy się i syci światem codziennego doświadczenia”. Nic dodać, nic ująć. Trzeba przyznać, że Błoński jak mało kto potrafił operować genialnymi skrótami. Warto w tym miejscu powrócić do nurtującego nas wcześniej pytania, ale postawić je nieco inaczej: dlaczego „tego nie widać już w najgłębszym lustrze”? Bo w patrzeniu liczy się tylko to, co widziane, a więc widzialna zewnętrzność, materialność, powierzchnia, a nie jakieś domniemane, wątpliwie, sztuczne konstruowane „głębie” i domagające się odkrycia tajemnice bytu. Wedle epifanijnej poetyki tajemnica bytu przejawia wyłącznie na jego powierzchni, a więc w tym, co widziane i doznawane. A jeżeli Matuszkiewicz dopatruje się w materialnym rzeczach przejawów ukrytego boskiego porządku, to znaczy, że takie jest jego źródłowe doznanie – ni mniej, ni więcej. Jak zauważył Leszek Kołakowski, ludzie nie dzielą się na wierzących i niewierzących. Wszyscy jesteśmy ludźmi wierzącymi. Z tym że jedni wierzą w Boga, inni w naukę, jeszcze inni w miłość, teorie spiskowe, pozaziemskie cywilizacje czy epifaniczne olśnienia. Wszystko to są różne sposoby poznania, a każdy sposób poznania zasadza się na wierze, żaden bowiem nie może stanowić uzasadnienia dla samego siebie. Innymi słowy, wszelkie sposoby poznania są mitologicznymi „punktami widzenia” – zaś „projekt mityczny nie może mieć racji, ma tylko motywy”. I jeszcze jeden cytat w kwestii iluzorycznej opozycji rozumu i wiary: „Wiara w rozum nie może mieć racji wykrytych przez samo zastosowanie Rozumu. Wiara w Rozum jest opcją mityczną, wykracza tedy poza uprawnienia Rozumu. Jest potrzebna, by człowieczeństwo mogło się ukonstytuować jako obecność Rozumu w świecie nierozumnym”. I w ten „tajemniczy” sposób od mikroświatów epifanicznego „olśnienia” powierzchnią rzeczy i szczegółów przeszliśmy niepostrzeżenie do metaświata fundamentalnych kwestii poznawczych. Czyli znaleźliśmy się w samym centrum poezji Antoniego Matuszkiewicza. Poezja jako trop rzeczywistości Matuszkiewicz zdaje się mówić ponadto, że skoro w doświadczeniu epifanicznym coś jawi się nam w jakiś określony sposób, to choć nie możemy temu nadawać znamion pewności, to nie jest to także kwestią przypadku czy dowolności. Podobnie bowiem jak cała literatura epifania jest – zgodnie ze sformułowaniem Nycza – śladem-tropem rzeczywistości. Czymś znaczącym i autentycznym w tym sensie, że poprzez nią przejawia się jakaś część Realnego, która nie jest nam dostępna w codziennym doświadczeniu, kiedy egzystujemy zanurzeni po uszy w kulturowo uwarunkowanych, racjonalnych paradygmatach myślenia i postrzegania świata i siebie samych. W ten sposób literatura – a więc także literacko wyrażona epifania – funkcjonuje jako „uprawniona, a może nawet uprzywilejowana forma narracyjnego rozumienia, dramatycznego rozwinięcia czy lirycznego wypowiedzenia” porządku i nieporządku życia. Tak też odczytuję – czy ostrożniej: dopuszczam taką interpretację – wiersz Matuszkiewicza *** [Ślady], w którym także można dopatrzeć się znamion autotematyzmu, choć na tym jego znaczenia bynajmniej się nie wyczerpują: Ślady stopa za stopą stop ciała i ziemi Poeta zdaje się mówić: oto są ślady mojego istnienia, jego poetyckie świadectwa, poprzez które przejawia się coś, czego nie widać na co dzień. Zgodnie z istotą epifanii ciało stapia się z ziemią, poezja z rzeczywistością, zmysłowe z duchowym, fizyka z metafizyką, doświadczenie z jego przedstawieniem, słowa z wyrażoną nimi – a także pomiędzy nimi – treścią. Nieprzypadkowo też chyba „stop ciała i ziemi” strukturalnie odpowiada najpopularniejszemu poetyckiemu – nomen omen – tropowi, czyli metaforze, w której stapiają się ze sobą obce znaczeniowo wyrazy, tworząc nowe, niedosłowne (i nieodsłowne) znaczenia. Poezja bowiem nie tylko opisuje rzeczywistość, ale też uczestniczy w jej tworzeniu. Poza wszystkim innym, nie dajmy się zwariować teoretycznym konceptom i hiperracjonalnemu myśleniu. To tylko jedna z wielu metod poznania. Ostatecznie wciąż jeszcze żyjemy w świecie, który odczuwamy nie tylko jako realnie istniejący, ale też w jakimś podstawowym stopniu wewnętrznie spójny i zintegrowany z naszym doświadczeniem. Z jakiegoś – zapewne pragmatycznego – powodu tak właśnie się dzieje. Racjonalne, logiczne myślenie pozostaje zaś tylko abstrakcyjną konstrukcją, która nie jest władna unieważnić naszych źródłowo odczuwanych doznań. Te z kolei zgodnie ze swoimi predyspozycjami usiłuje tyleż wyrażać, co kształtować poezja. Poezja Antoniego Matuszkiewicza robi to w sposób naprawdę wyjątkowy. Także – ale nie tylko – dlatego, że jest to jej zasadniczy temat. Innymi powodami są jej oryginalność i artystyczna jakość. Grzegorz Tomicki – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), monografię naukową Po obu stronach lustra. O twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (2015) oraz garść artykułów naukowych z zakresu literaturoznawstwa, psychologii i historii. W przygotowaniu tom wierszy Liryka drogi, który ukaże się nakładem wydawnictwa Convivo. Pracuje w Muzeum Przyrodniczym w Jeleniej Górze.

  • Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (5)

    Szeptucha Jestem z Podlasia. Nie zliczę, ile razy pytano mnie o Szeptuchę. Nierzadko – szeptem. Nie przyznam się, ile razy opowiadałam niestworzone historie, żeby zobaczyć minę pytających. Ale teraz – opowiem jak jest. Bez ściemy. Bo moda na szeptuchy to rodzaj mentalnej plagi, a ja szeptuchy szalenie cenię, oraz – do głębi rozumiem. Badania nad sztuką szeptania prowadziłam w rodzimym regionie, oraz na Białorusi, ale tę jedną szeptuchę uwielbiam i mogę polecić rozbitkom, dryfującym po niespokojnych, internetowych oceanach słów. Tu wszystko dobrze słychać, a czego nie słychać... można sobie wyobrazić A  przy okazji - ludzie obawiają się czarnej magii, bardziej niż czarnego charakteru u niektórych, często popularnych ludzi. Szepty to intymny kontakt z podświadomością drugiego człowieka, szepty to odwieczny sposób wszystkich matek świata, żeby ukoić zaniepokojone dziecko. Szepty wymagają ciszy, nie zgiełku. Zatem - oto impresja dźwiękowa i krótki wywiad jednocześnie. *** Panowie i Panie, oto szeptucha, której sposób pracy to czysta literatura. Szeptem lub półgłosem ludzie często wypowiadają najważniejsze kwestie swego życia. Zwierzają się. Wyjawiają swe najgłębsze tajemnice, dzielą się trudnymi lub pięknymi emocjami. Zatem: czy szepty (jako starożytna forma terapii) będą nadal swoistą sztuką życia, pomocy, alternatywy systemowej, powrotu do tego co naturalne, instynktowne i mistyczne? Okaże się za parę lat. Tymczasem można uważnie i z czułością dotykać tego tematu, co robimy z Szeptuchą poprzez rozmowy... nieszeptane. I śpiewy. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Nieustannie łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (5)

    14 marca. Strachy na lachy albo powybijane zęby miszy „On się zemści. Oni się nie zatrzymają. Są już kolejne cele.” Trochę się naczytałem takich komentarzy w ostatni weekend. Ale każdy dzień, kiedy wojska białoruskie się nie ruszyły z Brześcia, to dobry dzień. To dzień kiedy jest nadzieja, bo jest ruch przez granicę. No bo Węgrzy, którzy próbują udawać Rosję jak wiadomo nie pozwalają na transfer czegokolwiek sensownego przez swoje granice. Więc zostaje granica z Polską. I ona na razie jest bezpieczna. Tak wiem,że dwa dni temu putlerowcy zużyli ponad trzydzieści dosyć drogich i nielicznych rakiet, żeby uderzyć na Międzynarodowe Centrum Operacji Pokojowych i Bezpieczeństwa co jest nazwą wojskowego ośrodka szkoleniowego pod Jaworowem. Tak, tam się szkolili ochotnicy międzynarodowi. Ale nie ma mowy o przypadkowym ostrzale. "Kalibr" to pocisk samosterujący, broń precyzyjnego rażenia. Taki ruski "Tomahawk" - mocno upraszczając sprawę. Trzydzieści takich pocisków zabiło na poligonie 35 ludzi i raniło 134. Czyli odpowiednik kompanii piechoty. Nie mówię, że to się nie liczy. Zabici to zabici, ranni to ranni. Ale skoro jest wojna to popatrzmy na to od strony wojennej. 30 super drogich rakiet, żeby zlikwidować kompanię piechoty. Koszt-efekt? Słabo. Chodziło o to żeby postraszyć. Nie Ukraińców. Oni już stwardnieli. Chodziło o postraszenie nas. A ja o tych zębach miszy chciałem coś powiedzieć,  bo chyba warto sobie coś wyjaśnić na spokojnie i zimno. Oczywiście misza ma broń biologiczną, chemiczną, jądrową, ma rakiety, ma okręty i siły lądowe około 800 tysięcy etatów na papierze. No ale etaty etatami a liczy się to, co wojsko może wyprowadzić w pole. Struktury, jednostki. Przez dwadzieścia lat armia putlerowska w pocie czoła reorganizowała się do nowych zadań i tworzyła nowe struktury i przestawiała się na organizację tak zwanych Batalionowych Grup Bojowych albo inaczej Taktycznych. Taka grupa bojowa to nie jest dawny batalion czyli około tysiąca piechoty. To coś więcej. To dawny batalion, ale wyposażony i skompletowany tak, że może działać samodzielnie. Czyli posiadający jednostki wsparcia, łączności, kompanię pancerną, własną artylerię, saperów, medyków, własną kolumnę zaopatrzenia i jednostkę p.lot. Coś co kiedyś przysługiwało jednostkom zwanym w nomenklaturze wojskowej - wielkim - czyli poziomu co najmniej brygady-dywizji. No i taką jedną grupę - na ile czytam mądrzejszych ode mnie - na wypadek wojny wystawia na przykład cała Brygada. Zostają po wystawieniu w takiej brygadzie inne oddziały, ale już częściowo ogołocone z tego co na wojnie ważne czyli sporej części jednostek wsparcia i logistyki. Nadążacie jeszcze? No to dalej o tych zębach miszy. Rosja to wielkie państwo bo jak wiadomo od wieków ciągle bierze pod ochronę, broni się lub broni innych i dlatego jest największa terytorialnie na świecie. Samochodu osobowego który by chciał kupić Francuz, Amerykanin czy Fin nie umiała wyprodukować, ale kilka mitów - owszem.  Na przykład o tym że zawszę się broni i w kółko jest atakowana. No i ta wielka Rosja w 2021 roku kosztem wielu lat pracy i wyrzeczeń miała według analityków 168 takich Batalionowych Grup Taktycznych. Wyobraźcie sobie te grupy jako klocki, podstawowe elementy układanki, narzędzia którymi się wojuje. To te żetony na mapach. Nie mogła wszystkiego rzucić na Ukrainę, bo jest wielka i w wielu miejscach na świecie mało lubiana. Więc wiadomo, że - coś musi zostawić na granicy z Chinami, - coś na Kaukazie, - coś na Sachalinie i w okolicach Kuryli, - coś pod Moskwą, jakby ukochany lud po zamknięciu instagrama się zbuntował nieco za bardzo - i coś pod Petersburgiem, bo wiadomo, stolica inteligencji też coś może wymyślić. Na marginesie - Ukraina z kolei może zmobilizować wszystko co ma przeciwko Rosji a jest mniejsza, przede wszystkim się broni i mobilizuje się szybciej. Zatem wielkie imperium na Ukrainę przygotowało 117 Batalionowych Grup Taktycznych. To jest około 70% samodzielnych jednostek. 70% dostępnych klocków. Do 10 marca zdolności bojowe utraciły 22 takie grupy - oczywiście według rozlicznych centrów analitycznych. Do wczoraj liczba wytrąconych z powodu strat BGT wzrosła do 33. W tym 13 trzeba odtwarzać od zera, bo nie tyle zostały rozbite ile wybite. To jakieś 28% użytych sił. Klocków. Taką grupę szkoli się latami. Nie da się jej zastąpić realnie w ciągu kilku dni wcielając dwa tysiące rezerwistów i rozdając im kałachy. To znaczy na papierze - można.  Można nawet taką jednostkę stworzoną na papierze realnie pognać na Ukrainę. I patrzyć jak rosną stosy trupów.  Bo jej skuteczność będzie cieniem dawnej BGT. Nie bardzo też można ruszyć żelazne rezerwy pozostałych BGT bo - patrz wyżej - Rosja nie może odsłonić się na Kaukazie gdzie ma protektorat w Abchazji i Osetii i ma Czeczenię, która jak zobaczy że car słabnie to może znowu zmienić front. Tak na przykład. To stąd stagnacja na froncie - nie ma zbyt wielu doniesień o nowych bitwach, death roll nawet ten ogłaszany przez Ukraińców też stoi w miejscu. Putlery się przegrupowują od tygodnia i nic z tego nie wynika. Ruskim brakuje chwilowo klocków, żetonów do gry. Także gdyby misza chciał sięgnąć po więcej - to musiałby najpierw pójść do dentysty i wprawić sobie nowe zęby, bo jednej trzeciej z nich nie ma. I dzień w dzień traci kolejne. I dlatego tak naciska na baćkę. Dwa dni temu, jak pewnie wiecie, rosyjskie samoloty ostrzelały znad terytorium Ukrainy miejscowość Kopanie na Białorusi, żeby dać Łukaszence pretekst do ataku, ale baćka coś się nie spieszy. Ma swoje powody. Dlatego na chybcika putlerowcy robią zaciąg w Syrii, Libii płacąc żołd po kilkaset dolców za łebka, żeby tylko uzupełnić straty i znowu ruszyć. A tymczasem, skoro nie mają jak ruszyć i dostali wpierdol, czego nie za bardzo potrafią ukryć - strzelają do bezbronnych, bombardują miasta, szpitale, szkoły, bloki mieszkalne. Ale robią to tylko dlatego że chwilowo, albo na dłuższy czas - już nic innego im nie zostało. Pytanie czy szybciej przyjdzie do nich kompletny kolaps, czy Ukraina nas jeszcze czymś zaskoczy czy zgodnie z wielowiekową tradycją dworzanie ubiją cara i nowy car postanowi się dogadać. Pomyliłem się już dwa razy w moich rachubach: - raz, kiedy uznałem że cała ta koncentracja wojska trwa zbyt długo i jest zbyt kosztowna na wojnę i raczej to rodzaj brudnej spekulacji na zwyżkę cen surowców na których Rosja zarabia; - dwa, kiedy po pierwszych kilkunastu godzinach bałem się, że nie będzie kogo wspierać za dwa dni. Dlatego nie podejmuję się przewidywania ile to jeszcze potrwa i jakim zakończy się wynikiem. Na pewno Rosjanie będą straszyć, strzelać rakietami coraz bliżej granic, dzwonić często do swojego przydupasa - niejakiego Orbana, chociaż już sami zaczynają się gubić. Zwróciliście uwagę że Ławrow nawet nie zaprzeczał temu że zbombardowali szpital położniczy w Mariupolu?  Wydukał tylko, że tam faszyści byli. No, pewnie nienarodzeni jeszcze. Piekło na ciebie czeka Siergiej. Wojna się łatwo nie skończy. Ani szybko. A ruskie będą straszyć. Ale jak to mówiła moja święta prababcia Sabina, urodzona w 1900 roku w Kołomyi pod panowaniem Cara Aleksandra, zmarła w 1990 roku w wolnej już Polsce: - nie strasz nie strasz bo się zesrasz. 16 marca. Trudne rozmowy z Tymoteuszem - Tato, a co tu jest napisane, co mówi ten kosmicny okrencik? - Żeby ten duży sobie poszedł do siebie bardzo szybko - On jest ukraiński? - Tak - A narysujemy dzisiaj rosyjski zamek? - Nie - A dlacego? - Nie mam ochoty rysować rosyjskiego zamku - Bo jest wojna? - Tak, synku bo jest wojna i Rosja napadła na Ukrainę, a tam mam znajomych i teraz na nich spadają bomby, ktoś do nich strzela. - A cy to powód, zeby nie rysować rosyjskiego zamku? - Teraz, dla mnie tak, kiedyś może narysujemy rosyjski zamek - I będzie piękny? - Bardzo bym chciał - A cy Rosja jest piękna? - Pytasz o kraj, zamki, ludzi? - No ... tak o wsystko - Nie wiem, bo nigdy w niej nie byłem, ale zawsze chciałem pojechać. - To dlacego nie pojechałeś? - Bo najpierw byłem za młody, żeby samemu jechać, a potem obiecałem sobie, że pojadę jak przestanie rządzić zły Putin i Rosja będzie przyjaznym dla sąsiadów krajem wolnych ludzi - I nie udało się? - No, od dwudziestu dwóch lat nie udało się. - Tato, to ile tych krajów chce ten Putin? - Nie wiem synku, bo nie wiem co on ma w głowie - Ja myślę ze pienć, bo tak - Ukraina Litwa Łotwa Estonia i Polska (małe paluszki zgięte w kułak prostują się przy kolejnej nazwie kraju aż cała rączka wreszcie jest wyprostowana, proste) - A co będzie jak Rosja wygra z Ukrainą Tato? - Może się zdarzyć tak, że wtedy po pierwsze Ros nie będzie miał gdzie wrócić, a po drugie – Rosja może napaść na nas. - A dlacego? - Nie wiem synku, zło nie ma sensu. - A jak wygra Ukraina, to napadnie na Rosję? - Właśnie nie, bo Ukraina się tylko broni, broni swoich granic, dla Ukrainy wygrać to znaczy wypchnąć wroga ze swojego kraju i żyć w spokoju dalej i tyle. - A jak Rosja na nas napadnie to co? - To pojedziecie z Mamą, Babcią i Niunią do Berlina do mojego przyjaciela, on już wie, że w razie czego ma Was przyjąć jak swoją rodzinę, a ja tutaj zostanę. - A ja nie mam zamiaru nigdzie jechać. - Póki jesteś dzieckiem nie będziesz decydował synku. Gdyby wojna wybuchła – to miejsce dzieci i kobiet jest w bezpiecznym miejscu. A mężczyźni zostają. Tak to już jest. - Nigdzie nie pojadę. - Na razie nie musimy się bardzo martwić, bo ja myślę, że Ukraina wygra. - Ja tes. (Rysujemy dalej, ja robię tło, synek uzupełnia ufoludami, potworami wesołymi i smutnymi, wampirami, paszczakami i niepaszczakami) 17 marca. Kłąb Są chwile, kiedy nie wiadomo co powiedzieć, kończą się słowa i zostają jakieś wiązki obrazów, przebitki, tego co już kiedyś było, czego doświadczyła zbiorowość, której jestem częścią i co w krwawym spazmie solidarności zlewa się z tym co sam widzisz. W tym kłębie, chmurze, obłoku dymu, krwi, słów klątwy wiruje opis z klasztoru Benedyktynek Sakramentek w Warszawie 31 sierpnia 1944 roku: "Po południu o trzeciej nieszpory, jak zwykle w czwartek, o Najśw. Sakramencie, potem kompleta, w czasie której nalot. Aeroplany krążą bez końca nad samym kościołem, nie zrzucając jednak bomb. Pomimo to mężnie mówimy kompletę: Sub umbra alarum tuarum protege nos [Pod cieniem skrzydeł Twoich osłoń nas], potem cudna oracja Visita nos [Nawiedź nas], błogosławieństwo i w końcu Salve Regina [Witaj, Królowo]. Z jakim uczuciem odmawiałyśmy tę przepiękną antyfonę, będącą chyba najlepszym przygotowaniem na godzinę śmierci! Warkot aeroplanów nieco przycichł, jakby się oddalił, z uczuciem pewnej ulgi, lecz zawsze w poważnym skupieniu, siostry otoczyły wieńcem tabernakulum i rozpoczęły adorację wynagradzającą. Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci. Nagle straszny wstrząs, ciemność, krzyk ludzki i wołanie komendanta: Spokojnie, Państwo, to tylko filar! Pomylił się biedny komendant. Nie był to filar, ale całe sklepienie kościelne zapadło się z cichym poszumem, grzebiąc pod swymi gruzami nasze zakonnice i do tysiąca cywilnych osób." I te słowa, spokojnie, to tylko filar. Dlaczego to zdanie zostało z tylu lat lektur. Bo takie zwykłe, typowe, bezbronne słowo w obliczu zagłady. Zagłady, która przychodzi ot, tak bez wielkiej zapowiedzi. Z szumem walą się cegły, tony pyłu, które były ścianami, stropem. O tym pisali ludzie, którzy byli świadkami działań kacapskiej armii w Syrii. Oznaczyć coś znakiem czerwonego krzyża to było jak stworzyć dodatkowy celownik. Najpierw atakowali budynek. Odczekiwali godzinę dwie i kiedy mijał szok i pojawiały się słynne "Białe hełmy" bombardowali drugi raz, żeby pozabijać ratowników i lekarzy, żeby ludzi nie miał kto ratować następnym razem. Gdzieś grzmi Mickiewicz, że zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem albo i pomimo Boga. I brzmi bardziej niż się myśli, bo to gdzieś w żyłach nie w głowie. Chociaż łapię się na instrumentalnej myśli, że przydałby się ten bóg do jednego, jako ten sędzia, przed którym na ziemi ci zbrodniarze nie staną. Jako stwórca piekła, w którym powinno się znaleźć jednak jakieś miejsce. Chociaż czuję ten absurd bo ja jestem tutaj a oni, one giną tam. Cokolwiek nie zrobię czuję się śmiesznie, chociaż wiem, że nie wolno nawet tak myśleć. Z oniemienia trzeba się wyrwać i dalej robić swoje tak, jak one i oni tam. Być z nimi tutaj i tam najlepiej jak potrafię. Na pohybel bestii. Jadę do pracy rano, stoję w kroku, kierowcy patrzą zdziwieni a ja śpiewam, fałszuję i płaczę. Płaczę, milknę i znowu śpiewam, jakby ten mój śpiew, rwanym płaczem mógł cokolwiek zmienić, kogokolwiek uratować, komukolwiek dodać sił. Wywlekli pudła z blachy, Natkali kul do luf I straszą – sami w strachu Strzelają do ciał i słów. Zabrońcie żyć wystrzałem! Niech zatryumfuje gwałt! Nad każdym wzejdzie ciałem Pamięci żywej kształt. Choć słońce skrył bojowy gaz I żołdak pławi się w rozbojach, Wciąż przed upadkiem chroni nas – Zbroja (Jacek Kaczmarski, "Zbroja") Nic innego mi przez gardło dzisiaj pewnie nie przejdzie. Jadę, śpiewam, płaczę, płaczę, jadę, śpiewam mimo, że powinienem stanąć, cały świat powinien stanąć na sekundę. 17 marca. Anioły słusznej pomsty Przygniotła mnie ta wiadomość z Mariupola. Jeden kłąb w którym są obrazy, gniew, emocje, ale brakuje słów. Nie miałem siły pisać o niczym,  a dzisiaj rano myślałem tylko o tym. Myślałem intensywnie oraz intencjonalnie.  Możecie nazwać to modlitwą.  Aż przyszła wiadomość, że ze schronów pod Teatrem w Mariupolu wyciągają żywych. Oczywiście - pewnie nie wszystkich. I oczywiście, dopóki Mariupol jest oblegany - wyciągnięci spod gruzów w jednym miejscu, mogą zginąć w innym. Ale skoro jest nadzieja - uznałem, że jednak trzeba dbać o braci i siostry swoich,  trzeba wspierać dobrym słowem gdy nadzieja zawodzi. I skoro ktoś czyta co ja tutaj piszę - to pisać, nie oddawać pola rozpaczy. Niech rozpacz zamienia się w gniew. W modlitwę do aniołów słusznej pomsty. Wczoraj i przedwczoraj ukraińska artyleria ostrzelała lotnisko w Chersoniu, zajętym przez putlerowców. Putlerowcy już raz byli ponoć ostrzelani na tym lotnisku, stracili sporo sprzętu, ale niczego się nie nauczyli. Znowu zaparkowali helikoptery w rządku, w jednej linii, niczym ich nie osłonili, nawet za bardzo nie rozśrodkowali. A tu niespodzianka! Jeb! Ukraińska arta jeszcze żyje, ma amunicję i umie strzelać. Pożar widać było z kosmosu. Policzono od siedmiu do szesnastu płonących jednostek sprzętowych i coś co wygląda na zbiorniki paliwa, bo strasznie kopci. Do piekła. Ten ostrzał był możliwy bo Mikołajów został wyraźnie odciążony - zagony kacapskie na północ od miasta zostały odparte lub zniszczone pod Wozniesieńskiem - rzućcie okiem na mapę. Zagrożenie zniknęło, można było trochę sił i wsparcia zużyć do aktywnej obrony. Bo strzelała arta spod Mikołajowa gdzieś, stamtąd, podobno. Wczoraj też zginął piąty generał rosyjski w tej wojnie. Pytacie jak oni giną? No jak łączność i morale do dupy to dowódca musi objeżdżać podległe jednostki, powyzywać, mordę sprać, sprawić, żeby podwładny bardziej się bał jego niż wroga. A kacapy nie panują nad terenem, tylko nad drogami, węzłami drogowymi, ryglami. Kiedy zatem jedzie taki generał - wystarczy cynk, a zdaje się że wymiana wiadomości i informacji leci dzięki NATO w czasie rzeczywistym. Jak jest cynk - można spróbować zadbać, żeby na trasie był ktoś, kto umie dobrze strzelać. Na przykład snajper, albo dwóch. Także już pięciu sługusów putlera poszło do piekła, tam gdzie ich miejsce. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy NATO pomaga - to ta przedziwna koincydencja, która sprawia, że dziesiątki razy niewielkie ukraińskie grupy uderzeniowe są dokładnie tam gdzie powinny być i w czasie, który jest najlepszy - jest dowodem, chociaż nie wprost. Wczoraj też specjalne siły ukraińskie uwolniły uwięzionego przez putlerowców mera Melitpola. Operacyjnie nie ma to żadnego znaczenia, niby. Ale w zestawieniu z ginącymi generałami putlerowskimi daje klarowny komunikat. Swoich nie zostawimy. Wroga ubijemy. Armia putlerwoska ciągle odmawia przyjęcia zwłok swoich poległych, a zebrane ciała likwiduje w krematoriach. Raportowanych jest wiele lokalnych kontraataków przeprowadzono w rejonie Sum, Ochtryki, Charkowa, Czernichowa, uderzono na skrzydła tego ramienia kleszczy które próbowało wedrzeć się do Kijowa od wschodu od Browarów i Boryspola. To wschodnie ramię jest strasznie długie i chude, oparte o dwie drogi. Łatwo to przeciąć, tylko czy Ukraina ma jeszcze zapas niezbędnej siły i krwi? Bo bezkrwawo to na pewno nie idzie. W tej wojnie może nie być wielkich "kotłów". Armia agresora może wykańczać się w dziesiątkach takich pozornie nieskoordynowanych, szarpanych, na poły partyzanckich uderzeń. Dziesiątki małych kotłów, zdezorientowanych pododziałów w stepie. Być może. Mariupol ciągle walczy. Liczba ofiar cywilnych w tym mieście przekracza już podobno 20 tysięcy. To więcej niż liczba cywilnych ofiar oblężenia Warszawy w 1939 roku. Kolejny poranek kiedy granica białoruska pozostaje spokojna. Zaopatrzenie może iść przez polską granicę. Chiny kolejny raz podkreśliły że nie wezmą udziału w działaniach przeciwko Ukrainie, chociaż co sprzedają pod stołem - nikt nie sprawdzi. Japończycy drugi raz w ostatnich trzech tygodniach przypomnieli Rosji, że nie bardzo uznają jej okupację Kuryli, a i co do Sachalinu to nie są zbyt przekonani. Rosjanie mimo wyżywania się na celach cywilnych i wdarcia się miejscami głęboko w Ukrainę  nie osiągnęli żadnego strategicznego celu wojny. Nie osiągnęli swobody i panowania w powietrzu.  Utracili inicjatywę operacyjną na północy i wschodzie. Na południu jedyne co potrafią to katować Mariupol. Świat szepcze o rozjemowych warunkach wyrażonych ezopowym językiem putlerowskiej propagandy. Myślę, że Ukraina się na to nie zgodzi. Polska by się zgodziła. Ale z Ukrainą może być inaczej. Pamiętam po krwawych pierwszych próbach stłumienia Majdanu, w lutym 2014 roku - był projekt ugody, jakiegoś kompromisu, mnie się wówczas na odległość wydawało, że rozsądnego, lepszego niż dalszy rozlew krwi.  Ale Majdan powiedział Janukowyczowi - йди геть. Myślałem wtedy, oni oszaleli. A oni po prostu czuli swoją siłę i nie chcieli jej zamieniać na układanie się z kimś kogo już mieli za mordercę swoich, za bandytę. I Janukowycz musiał uciekać.  Majdan wygrał. Bardziej to czuję niż rozumiem. Tę atmosferę demokracji opartej na wiecu wolnych kozaków. Jak Majdan czegoś nie chce to tego nie będzie. Majdan, jak wielogłowy, świadomy stwór. Nie wiem tego na pewno, ale każdy ukraiński dowódca, który teraz by powiedział, siądźmy do negocjacji mógłby mieć kłopoty z subordynacją podwładnych. I śnię o odsieczy Mariupola. I o aniołach słusznej pomsty, o ile te istnieją, oby prowadziły pewnie ręce i oko obrońców oby sprawiły by się nie zawahali gdy będą odsyłać zło tam skąd przyszło do piekła. Radosław Wiśniewski  (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

bottom of page