Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Marcin Zegadło – / obraz / może / zawierać/ (Marta Eloy Cichocka)
„Obraz może zawierać..." - tekst, który czytamy, kiedy z jakiegoś powodu nie ładują się dane obrazu. A zatem "obraz może zawierać" coś czego zawierać nie musi. Obraz, który może wyprodukować nasza wyobraźnia, sztuczna inteligencja, algorytm, przyszłość lub zrobiła to już jakaś przeszłość. Pochodzenie obrazu w takim wypadku znajduje się w we mnie, w tobie, w kimś, kto zderza się z symboliczną pustką - a może z obietnicą czegoś, co za chwilę nastąpi. Jednocześnie obraz przychodzi z jakiegoś "na zewnątrz". Obraz pochłania nas i stajemy się częścią obrazu. Jesteśmy jednym z miliona pikseli, które widziane z odpowiedniej odległości tworzą kolejne wizerunki kosmosów, które wirują tworząc niespokojną współczesność. Ta książka szczególnie dzisiaj wybrzmiewa złowrogo, bo to jest opowieść o końcach świata, które wydarzają się niepostrzeżenie. A zatem, obraz może zawierać "miasto, niebo, słońce", "szkielet dorosłego", "rozsypane jabłka ", "oszklone hotele", "pomarańczową kurtkę mężczyzny siedzącego na rumowisku", "dwoje zabitych dzieci", "pięć tysięcy hełmów", "buty depczące półnagie oplute ciało". Obraz może zawierać "ekran który może zawierać...". To zawsze są jakieś pętle. Uwikłania. To są historie, które lubią się powtarzać. To prawdopodobieństwa i fakty. Zmyślenia, mrzonki i historie, które wydarzyły się naprawdę, "wkurzone kobiety sfrustrowani mężczyźni wściekli przedsiębiorcy". Jest w tych wierszach zamknięty w porządek - chaos zdarzeń, jest w nich ostateczność losu tych, którzy codziennie budzą się i zasypiają, a później, kiedy "wzdrygnie się ziemia i połknie tysiące śniących ludzi" inni "czekają w nocy na śniegu dwie godziny zanim odważą się wrócić po ciepłe kurtki i buty". U Eloy Cichockiej światy wydarzają się równolegle. Jest w tych lirykach napięcie, które pojawią się w chwili oczekiwania. Coś ostatecznie zawsze wyświetli się na ekranie. To może być on lub ona, to mogą być ich dzieci, jej ojciec, czyjąś śmierć, rewolucja lub wojna. Jest tutaj atmosfera "złych wieści", jest wisząca nad nami ciemna chmura, a jednak żyje się, bo u Eloy Cichockiej życie tętni, pulsuje. Oddycha się tutaj rozpaczliwie chwytając powietrze, żeby zdążyć zrozumieć, zanim wszystko zniknie, ponieważ "obraz może zawierać" również pustkę po nas. To wybrzmiewa w tych wierszach. Z tym się jest i to we mnie "po tych wierszach" zostaje. Do tego chcę wracać, bo Eloy Cichocka w mistrzowski sposób łączy intrygującą formę z uważnym komentarzem do współczesności - reportażem z otchłani jaką jest życie "tu i teraz", z mroku jakim jest człowiek. Konstrukcja tomu to niemal matematyczny układ tekstów, które chwytają w kolejne nawiasy, frazy zapętlajace się, następujące po sobie - tak jak następują po sobie doniesienia medialne - wbijają się w naszą świadomość. Dowiadujemy się że "(...) politycy spotykają się niszczą sobie schrony/ dzwonią do siebie robią sobie selfie tweetują że dziś są wielkie czasy i pora na wielkie poświęcenia/ bo jest nas tutaj już osiem milionów", innym razem "obraz może zawierać "(...) domy z ogródkami hamaki przedszkole" albo "(...) początki życia po horyzont/ morze atlantyk pacyfik (...)". Wszytko jest petlą, domkniętym układem zdarzeń - zdaje się mówić autorka. Jest czymś w czym nie sposób dostrzec sensu, bo "obraz może zawierać kosmos który/ może zawierać ekran który może / zawierać obraz który nic nie zawiera/ niczego nie udowadnia nic nie znaczy" - "a łańcuch ten/ wielkiej lekkości/ zrobiony jest z hałasu" Ta książka jest systematyzowaniem jazgotu, który generuje rzeczywistość - jakkolwiek ją rozumiemy. *** Poezji Marty Eloy Cichockiej towarzyszę od wielu lat i nawet jeśli jej nowy tom wierszy byłby jedyną wydaną przez nią książką, byłbym przekonany, że ta niezwykle utalentowana poetka, tłumaczka i fotografka, jest jednym z najcenniejszych zjawisk we współczesnej polskiej poezji i jest tak wbrew temu, co często nam czytelnikom próbuje się wmawiać. Sięgnijcie po tę książkę koniecznie. / obraz / może / zawierać/, Marta Eloy Cichocka, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2023 Tekst opublikowany pierwotnie na stronie Księgozbiry: https://www.facebook.com/pogrzebwpapierach Marcin Zegadło (ur. 1977) - poeta, recenzent, publicysta, autor 7 tomów wierszy, ostatnio wydał Martwe i Ozdobne (2022), ósmy tom wierszy ukaże się na początku przyszłego roku. O książkach pisał do „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”.
- Grzegorz Tomicki – Stop ciała i ziemi, czyli na marginesie i w centrum poezji Antoniego Matuszkiewicza
Źródło poezji Widzieliśmy się tylko raz. Spotkanie autorskie w Bukowcu – mniej więcej na pograniczu Karkonoszy i Rudaw Janowickich – odbywało się częściowo pod dachem Domu Pracy Twórczej „U Hrabiny”, ale w zasadzie na wolnym powietrzu (salony!). O ile dobrze pamiętam, w maju. Tak się szczęśliwie złożyło, a może tak to zostało zaplanowane, że poeta siedział na tle gór i górnoreglowych lasów z dobrze widoczną w głębi Śnieżką. Wyjątkowo adekwatnie dobrany kontekst. Ze zmierzchem zrobiło się chłodniej, na co mało kto chyba zważał – ja w każdym razie nie. Nie zadawałem żadnych pytań. Wiadomo, im człowiek mniej mówi, tym lepiej słucha. To był dobry czas na odbieranie bodźców ze strony świata. Na powściąganie własnych oczekiwań i roszczeń. Na przyjmowanie tego, co przychodzi z zewnątrz. Otwartość – tak zapamiętałem moje ówczesne nastawienie. Dlaczego o tym wspominam? Otóż wyniosłem z tego spotkania zwłaszcza jedno stwierdzenie, które w pamięci utkwiło mi zapewne już subiektywnie przekształcone (czego człowiek dokładnie nie zapamięta, to sobie bezwiednie dopowie), więc uprzedzam, że nie zacytuję go literalnie. Antoni Matuszkiewicz powiedział mniej więcej, że poezji w zasadzie nie trzeba wymyślać. Poezja jest wszędzie. W polu, w lesie, na ulicy, na drodze, w domu. W tym, na co patrzymy, czego dotykamy, co słyszymy, z czym się stykamy i czego w związku z tym doznajemy. Wystarczy się na to otworzyć i – uwaga! – przełożyć na słowa. No tak, odpowiednie dać rzeczy słowo. Ale jak to zrobić? Czy w tym „wystarczy” nie przejawia się czasem zbytnia naiwność? Zwykłe – albo przeciwnie: magiczne – życzeniowe myślenie? Niekoniecznie. A w tym przypadku nawet na pewno nie. Ten akurat autor jest na to zbyt (samo)świadomy, nazbyt wewnętrznie poukładany i dostatecznie poetycko wyrafinowany, aby pozwolić sobie na takie prostoduszne rozumowanie. Tym bardziej na pochopne wypowiedzi. To bowiem także zapadło mi w pamięć – namysł autora nad każdym zadanym mu pytaniem. Z namysłem udzielane odpowiedzi. Odniosłem nawet wrażenie, że tego dnia nie wypowiedział żadnego przypadkowego słowa, co zapewne także jest lekką przesadą – język to jednak żywioł, a nie poręczne narzędzie do wytwarzania przemyślanych konstrukcji słowno-myślowych. W takim razie, w czym rzecz? Wydaje się, że Matuszkiewiczowi chodziło o samo źródło poezji, a więc o zmysłowe, cielesne, materialne, empiryczne doznanie – ergo doświadczenie, przeżycie. Mówiąc inaczej, o spotkanie ze światem – podmiotu z przedmiotem – na płaszczyźnie fizycznej, można by rzec: powierzchownej, a raczej powierzchniowej, zanim spotkanie to zostanie intelektualnie opracowane, zapośredniczone, „pogłębione” analizą, zracjonalizowane. Zanim zostanie zniekształcone przez tryby naukowych teorii, rozumowych założeń, paradygmatów myślenia, kulturowych matryc, „zdroworozsądkowych” kategorii etc. Oczywiście, także te źródłowe, zmysłowe doznania zanim dotrą do świadomości, są już w pewnym stopniu wstępnie opracowane przez mechanizmy tzw. automatycznego, nieświadomego przetwarzania informacji, ale dla nas jako świadomych podmiotów tych doznań mają one wartość prymarną – świat naszych przeżyć to jedyny dostępny nam „bezpośrednio” świat „zewnętrzny”, do jakiego mamy dostęp. Wypada też zaznaczyć, że nieświadome przetwarzanie nie opiera się na racjonalnych operacjach analitycznego umysłu, lecz na przypadkowych skojarzeniach, prowizorycznych ocenach zagrożeń czy filo- lub ontogenetycznych wzorcach reakcji. Wszelkie inne, świadome sposoby opierają się już na bardziej lub mniej wykoncypowanych intelektualnie procedurach, częściej – mam takie wrażenie – oddalających nas od świata empirycznego niż go przybliżających czy wyjaśniających. Dlaczego tak się dzieje? Ogólną przyczynę wyjątkowo jasno wyłożył amerykański socjobiolog – to też nie przypadek – Edward Osborne Wilson, według którego „intelekt nie jest skonstruowany po to, aby rozumieć atomy czy nawet samego siebie, lecz aby sprzyjać przetrwaniu ludzkich genów”. Co oznacza, że jego priorytetem nie jest bynajmniej odkrywanie jakichś „prawd”, poznawanie rzeczywistości czy rozwiązywanie zagadek bytu, lecz pragmatyczna efektywność. A bardziej efektywne bywa na przykład wytwarzanie użytecznych iluzji niż ich nieadaptacyjna demistyfikacja. Jak to się ma do wierszy czy ogólniej literatury? Według amerykańskiego pisarza tudzież profesora literatury Roberta Langbauma idea przeżycia to „pogląd głoszący, że intuicyjnie zrozumienie zdobyte dzięki bezpośredniemu przeżyciu ma charakter pewny i pierwotny, podczas gdy refleksja analityczna jest wtórna i problematyczna. Poezja dziewiętnasto- i dwudziestowieczna może być w związku z tym postrzegana jako poezja przeżycia – poezja oparta na świadomym braku równowagi między przeżyciem a ideą, poezja, w której słowach przemawia nie konkretna idea, lecz przeżycie, z którego, na drodze problematycznej racjonalizacji, wydobyć można więcej niż jedną ideę”. Nie wiem, czy trzeba zdobyć profesorskie szlify (w każdym razie, nie zawadzi), aby móc świadomie, odpowiedzialnie uznawać przeżycie, intuicję, doświadczenie za „pewne i pierwotne”, natomiast refleksję analityczną za „wtórną i problematyczną”. Nie jest to zresztą myśl nowa. Wielu ludzi nauki dopiero po latach gruntownych rozważań dochodziło do sokratejskiego stwierdzenia „wiem, że nic nie wiem”. Ciekawym przypadkiem jest Ludwig Wittgenstein, który w słynnym Traktacie logiczno-filozoficznym swoją nieudaną, ale jakże wspaniałą próbę logiczno-matematycznego opisania świata skwitował na koniec odważnym sformułowaniem: „Zdania moje wnoszą jasność przez to, że kto mnie rozumie, rozpozna je w końcu jako niedorzeczne; gdy przez nie – po nich – wyjdzie ponad nie. (Musi niejako odrzucić drabinę, uprzednio po niej się wspiąwszy). Musi te zdania przezwyciężyć, wtedy ujrzy świat właściwie”. Bycie-w-świecie człowieka – a więc także świat, w którym człowiek egzystuje – wydaje się bowiem prymarnie irracjonalny, wymykający się prawom logiki czy matematycznej precyzji, a dopiero wtórnie (i „problematycznie) racjonalny czy też raczej zracjonalizowany, tj. rozumowo przez człowieka wyjaśniany. A fakt, że większość ludzi uważa się za istoty na wskroś racjonalne, dowodzi tylko przemyślności intelektu, który dla własnych pragmatycznych celów tworzy taką właśnie iluzję. Iluzję, która pozwala ludziom żyć, przetrwać. To samo zadanie można w miarę odpowiedzialnie przypisać językowi – prymarnie istnieje po to, aby ułatwić nam przetrwanie, nie zaś zdobywanie wiedzy o świecie czy o nas samych. Tak czy inaczej, kiedy wchodzę do lasu, nie studiuję własnych reakcji za pomocą metod wypracowanych – powiedzmy – przez współczesną psychologię głębi, podejście psychodynamiczne czy teorię przywiązania Bolwby’ego. Nie postrzegam też drzew poprzez pryzmat tej czy innej dziedziny nauki, na przykład fizyki atomowej, mechaniki kwantowej czy socjobiologicznej teorii optymalizacji Roberta Triversa. Jestem raczej otwarty na to, co „mówią” do mnie zmysły i jakie są moje bezpośrednie reakcje na bodźce świata zewnętrznego – w tym przypadku natury – a więc czego empirycznie doświadczam w danej chwili. Nie dziwi mnie też, że ktoś obdarzony taką wyobraźnią poetycką jak Antoni Matuszkiewicz wsłuchuje się uważnie w tę właśnie „mowę”, próbując przekładać ją na język poezji, a nie racjonalnego dyskursu. Że nie jest to proste? Oczywiście. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, język poezji – jako uwolniony od logicznych, analitycznych, racjonalnych, dyskursywnych zobowiązań i ograniczeń – nadaje się do tego lepiej od innych, racjonalnie zorientowanych języków. W tym też sensie „poezji nie trzeba wymyślać”. Ludzki świat jest bowiem złożony raczej z płynnych symboli, metafor i wieloznaczności niż z teoretycznych, precyzyjnie skonstruowanych struktur. Zarówno ludzkie doświadczanie życia, jak i poezja są oparte na procesach istotowo, prymarnie irracjonalnych – z tym że poezja robi to często w sposób celowy, świadomie „odrzucając drabinę [języka dyskursywnego], uprzednio po niej się wspiąwszy”. Poezja jako pierwotna, źródłowa forma poznania – tak można by określić z grubsza wierszotwórczą strategię Matuszkiewicza. Strategię z konieczności bardziej intuicyjną niż intelektualnie wykoncypowaną. Kwestia poznania jest w każdym razie jednym z jej najistotniejszych wątków. Jak sądzę, jest to też jeden z powodów, dla których poeta ten z jednej strony jest zasadniczo ignorowany przez dominujący dyskurs literaturoznawczy i krytyczny, z drugiej zaś egzystuje poza głównym nurtem polskiej poezji (ze stratą dla dyskursu i poezji). Gdybym miał bowiem skrótowo określić tę twórczość, posłużyłbym się serią takich subiektywnie dobranych pojęć, jak medytacja, kontemplacja, epifania, transcendencja, intuicja, natura, duchowość, wiara, Bóg – wszystko to dystynkcje intelektualnie mocno podejrzane. Tymczasem zarówno dzisiejsi badacze (co zrozumiałe – ostatecznie są naukowcami), jak i poeci (co już może dziwić) preferują raczej właśnie intelektualną refleksję, gry językowe, wykoncypowane metafory tudzież tematykę społeczną, a nawet ideologiczną czy polityczną, znacząco zawężając zakres poetyckich potencji, a więc dokonując zadziwiającego samoograniczenia języka poetyckiego, który z istoty powinien być wszelkich ograniczeń pozbawiony. Czego nie widać w najgłębszym lustrze? Ale do rzeczy. Przyjrzyjmy się wierszowi Antoniego Matuszkiewicza Sokołowsko1978/1979, który posiada wyraźne rysy autotematyczne: Tego nie widać już w najgłębszym lustrze zorza nad ugorem Puszczy Augustowskiej paź królowej paź żeglarz paź szczęście wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka uderza zewsząd cisza od wielkiego dzwonu nad lasem z konstelacji strojony carrilion oddech szronem osiada w igliwiu trwa zima Znajdujemy tu niemal wszystkie podstawowe cechy tej poezji. Brak interpunkcji, a co za tym idzie płynność delimitacyjna, czyli zacieranie granic pomiędzy poszczególnymi zdaniami i sformułowaniami, co z kolei generuje pożądaną wieloznaczność. Luźny stosunek do reguł gramatycznych – to zawsze bardziej potok słów i skojarzeń niż poprawnie skonstruowana, komunikatywna wypowiedź dyskursywna. Słownictwo reprezentujące dużo częściej fenomeny natury (ugor, puszcza, paź królowej, paź żeglarz, paź szczęście, zdrój, patrzenie, źrenica, cień, włókienka, tęczówka, struga, cisza, las, oddech, szron, igliwie, zima) niż kultury (lustro, carrilion, dzwon, wiersz, język). Wedle niegdysiejszej terminologii: linia Przybosia, fraza Różewicza – poetyka, wydawałoby się, wyeksploatowana do imentu, zużyta, przebrzmiała, zdewaluowana przez nadmierną ilość przeciętnych bądź nieudanych realizacji. To nie jest oczywiście przypadek Matuszkiewicza. Przeciwnie, poeta ten błyskotliwie dowodzi, że jako medium ta niegdyś awangardowa, a dziś tradycyjna już poetyka może być wciąż niesłychanie nośna. Tyle skrótowo o tak zwanej – niezbyt adekwatnie – stronie formalnej. Ale o czym to jest? Przede wszystkim, znajdujemy tu wielkie bogactwo subtelnie podanych znaczeń i sensów, na które współczesna krytyka – a za nią szeregowa literacka publiczność – wydaje się często zupełnie nieprzygotowana. Jeśli dzisiejszy wiersz nie bazuje na kilku najczęściej stosowanych chwytach, jeśli nie ma w nim piętrowych, efektownych metafor, tudzież mocnej, wyrazistej, łopatologicznie wyłożonej puenty większość czytelników oraz – co gorsza – krytyków będzie miała problem nie tylko ze zrozumieniem, na czym polega jego artystyczna wartość, ale i w ogóle z zakwalifikowaniem tekstu jako poetyckiego. Tymczasem poezja to także – a może przede wszystkim – sztuka używania środków subtelnych: aluzji, elips, ironii, niedopowiedzeń, skojarzeń, korespondencji, odniesień, wieloznaczności, przesunięć semantycznych, zagęszczeń, dygresji, sublimacji, wyborów w zakresie struktury wiersza, kompozycji, prozodii, akcentów znaczeniowych, kontekstów kulturowych, tradycji literackiej i wielu innych, które przychodzą mi do głowy, a na które nie wymyślono nazw (albo ich nie znam). Słowem, poezja to sztuka używania środków nieoczywistych, innowacyjnych, oryginalnych, finezyjnych, nienachlanych, wymagających od odbiorcy jakiegoś minimum kompetencji i językowej wrażliwości. Wiele z tych mniej efektownych, subtelnie stosowanych środków znajdziemy właśnie w wierszach Matuszkiewicza, co wydaje się kolejnym powodem, dla którego poezja ta egzystuje gdzieś na marginesach naszego życia literackiego (co skądinąd – ze względu na kondycję tego życia – nie jest pozycją najgorszą). Zacznijmy jednak od początku. Czego mianowicie „nie widać już w najgłębszym lustrze”? Powiedzmy: właśnie tego, o czym mowa jest w wierszu (poniekąd też o tym, o czym traktował poprzedni akapit), a czego nie sposób przełożyć na język dyskursywnej refleksji („Poezją jest to, co nie da się wypowiedzieć językiem potocznym, prozą”, jak językiem potocznym wypowiedział to Przyboś). Ważne wydaje się owo „lustro”. Czym jest, jaką pełni funkcję? Nawiązując do tego, o czym wspomniałem wcześniej, można postawić tezę, że tego, czego doznaje liryczne „ja” w reakcji na eliptycznie zarysowaną sytuację (z grubsza ujmując: na wieloaspektowe sposoby przejawiania się natury), nie można „zobaczyć” ani zrozumieć przy pomocy introspekcji, tj. „wtórnej i problematycznej” analizy własnej psychologicznej „głębi”. Tego, co odczuwam tu i teraz, kiedy patrzę na „zorzę nad ugorem”, nie da się racjonalnie wyrazić. Język pojęciowy jest na to zbyt ubogi, zbyt sztywny, ograniczony, racjonalnie właśnie uwarunkowany. Nie ma takiego „lustra”, w którym można zobaczyć „to”, ponieważ jest ono dostrzegalne jedynie w bezpośrednim empirycznym akcie patrzenia – „tego nie widać” w żadnym lustrzanym, a więc zapośredniczonym odbiciu. Autentyczna jest tylko bezpośrednia relacja: przedmiot – podmiot, a więc świat i jego empiryczne postrzeganie/doznawanie. „To” jest zatem czymś na wskroś subiektywnym, indywidualnym, jednostkowym, jednorazowym, momentalnym, chwilowym, punktowym. Taka byłaby jedna z możliwych wykładni. Ale wciąż przecież tkwimy „głęboko” w literaturze, nieuchronnie nasuwa się więc skojarzenie ze Stendhalowskim zwierciadłem przechadzające się po gościńcu i odbijającym lazur, błoto i wszelkie inne przejawy rzeczywistości rzekomo w skali jeden do jednego. Otóż „tego” również „nie widać” choćby w „najgłębszej” literaturze, a to z tego prostego powodu, że literatura to literatura, a rzeczywistość to rzeczywistość i żadne „triki ludzkiej myśli” (kapitalny trik językowy Williama Jamesa) tego nie zmienią. „To” empiryczne doświadczenie nie da się odtworzyć ani zrozumieć za pomocą języka literackiego, ponieważ ono samo nie ma charakteru językowego ani nie podlega kategoriom rozumienia – jest pozajęzykowe i pozarozumowe. Wszelkie próby jego utekstowienia muszą skończyć się zniekształceniem, zafałszowaniem, przeinaczeniem. „To” widać tylko w samym momencie patrzenia, chłonięcia, zanurzania się w tym, co wymienione w wierszu: w zorzy, ugorze, Puszczy Augustowskiej (nie jakiejś puszczy w ogóle), w motylach – oraz w tym, czego w wierszu nie wymieniono, bo wszystkiego wymienić nie sposób (Realne zawsze wymyka się Symbolicznemu). Wiersz natomiast nie ma niczego wyjaśniać, czyli sprowadzać nieznane do znanego, lecz zdawać relację z doznawania tego nieznanego, a więc także – otwierać się na nie w sposób możliwie nieuprzedzony. Nie nakładać na doznanie czy świat siatki rozumowych pojęć i kategorii, które nie tyle wyjaśniają, ile zniekształcają nasze źródłowo odczuwane doświadczanie bycia-w-świecie. W ten sposób powstaje wiersz, który „znów powraca do zdroju patrzenia / cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki / do strugi studni poza sznur języka”. Coś dzieje się na styku rzeczywistości i literatury jako jednego ze sposobów jej postrzegania / ujmowania. Co się więc w tym wierszu wydarza? Wydaje się, że poeta szuka sposobu na literackie przezwyciężenie nieuchronnych zapośredniczeń, na jakie skazani jesteśmy w kontakcie z rzeczywistością – „powrócić do zdroju patrzenia”, „poza sznur języka”. Ale jak to zrobić? Sytuacja jest co najmniej dwuznaczna. Wraz z przewrotem modernistycznym zdołaliśmy wprawdzie dostrzec wpływ warunków i sposobów poznania na jego rezultaty, a więc zyskaliśmy (samo)świadomość naszych zdolności poznawczych, ale czy wyniknął z tego dla nas jakiś inny zysk poza czysto teoretycznym, epistemologicznym? A może przeciwnie – czy przypadkiem czegoś przy okazji nie straciliśmy? Czy z chwilą rozpoznania mediatyzacyjnych podstaw naszego poznania nie tylko nie zyskaliśmy lepszego dostępu do rzeczywistości, ale wręcz się od niej oddaliliśmy? Zdemontowawszy mit bezpośredniego kontaktu ze światem czy choćby z jego przejawami, przestaliśmy być właściwymi, a więc afirmatywnymi, bezkrytycznymi odbiorcami mitu, a staliśmy się jego znawcami, badaczami, krytykami, słowem – mitologami. Mitologowi zaś grozi fundamentalne wykluczenie: „podejmuje on bezustanne ryzyko, że ulotni mu się rzeczywistość, którą usiłuje chronić”, jak swego czasu trzeźwo zauważył Roland Barthes. Coś podobnego w języku neopsychoanalizy wyraził Slavoj Žižek. Co ciekawe, poza żargonem swoiście psychoanalitycznym, w tym przypadku używa on pojęć całkiem adekwatnych również w stosunku do literatury, a nawet szczególnie poezji. Dla naszych rozważań interesująca jest zwłaszcza próba ujęcia relacji wyobraźni do rzeczywistości: „Jeśli chodzi o podstawową opozycję między rzeczywistością a wyobraźnią, fantazja nie znajduje się ot tak po prostu po stronie wyobraźni. Jest ona raczej kawałkiem wyobraźni, za pomocą którego otrzymujemy dostęp do rzeczywistości – ramą, która zapewnia nam dostęp do rzeczywistości, nasze «poczucie rzeczywistości» (kiedy nasza podstawowa fantazja ulega rozbiciu, doświadczamy poczucia «utraty rzeczywistości»)”. Kluczowa dla dotychczasowych ujęć „opozycja między rzeczywistością a wyobraźnią” okazuje się zatem pozorna. Unieważnia ją bowiem fantazmat – czyli mniej więcej to samo, co Barthes nazywa mitem – który jest „częścią” zarówno wyobraźni, jak i rzeczywistości: „rzeczywistość zawsze jest fantazmatyczna: to, co jawi się podmiotom jako «rzeczywistość», opiera się na pewnym stelażu, pewnej konstrukcji fantazmatycznej. To fantazmat nadaje minimalną spójność «rzeczywistości» – dlatego też ma on status quasi-transcendentalny, wyznacza «warunki możliwości», pod którymi Realne może się zaprezentować podmiotowi w formie «rzeczywistości»”. Wyobraźnia zatem – a z nią także poezja tudzież wszelka twórczość – jest swoiście ludzkim łącznikiem między człowiekiem a rzeczywistością, podmiotem a przedmiotem, byciem a światem (czyli byciem-w-świecie par excellence), zacierając pomiędzy nimi granicę. A nawet – używając języka teorii zbiorów – ich częścią wspólną, przekrojem, przecięciem, iloczynem mnogościowym. Iloczyn – cóż za poetyckie określenie! Czyż metafora nie jest iloczynem znaczeń połączonych w jej ramach składników? Zauważmy: ile to się intelekt musi nagimnastykować, aby scalić na powrót to, co był wcześniej ochoczo zdekonstruował. Oto okazuje się, że fantazmat / mit / wyobraźnia nie tyle są ludzkimi dyspozycjami, które zapośredniczają nasz dostęp do rzeczywistości – a więc nas od niej oddzielają – ile czynią go w ogóle możliwym. Mówiąc ściślej, bez swoiście ludzkich psychicznych mechanizmów mediatyzacyjnych – dodajmy: irracjonalnych – rzeczywistość nie mogłaby się nam ukazywać jako rzeczywistość. Czy w ten sposób – podobnie jak wiersz Matuszkiewicza – nie powracamy „do zdroju patrzenia”? Patrzę na „to”, co prezentuje mi się jako rzeczywistość, więc doświadczam rzeczywistości, więc zaznaję przeżycia rzeczywistości, to bowiem, co postrzegam jako rzeczywistość jest częścią mojego życia – tyleż doświadczam rzeczywistości jako czegoś wobec mnie zewnętrznego, ile ją wytwarzam za pomocą fantazmatu, mitu czy wyobraźni. W tym sensie nie tyle tracę świat, ile poniekąd przeciwnie: odzyskuję go, staję się jego częścią, a świat staje częścią mnie. To samo mniej więcej dzieje się w wierszu o Sokołowsku, który w istocie jest wierszem o poezji, poznaniu i rzeczywistości: wiersz znów powraca do zdroju patrzenia cienia źrenicy spływa z włókienek tęczówki do strugi studni poza sznur języka Dlaczego „wiersz znów powraca do zdroju patrzenia” tego już się trochę (być może) domyślamy. Dlaczego zaś „spływa z włókienek tęczówki / do strugi studni poza sznur języka”, skoro wyrażony jest właśnie w języku? Owszem, jest, ale „sznur języka” to nie rzeczony wiersz, ale raczej mój powyższy, przydługi, analityczny wywód, w którym dla zwiększenia wiarygodności posiłkuję się ponadto kilkoma cytatami moich bardziej uznanych kolegów po piórze, aby w porządku przyczynowo-skutkowym nanizać na ów „sznur” poszczególne argumentacyjne koraliki i w ten sposób trafić do przekonania racjonalnie nastawionych czytelników. Z konieczności posługuję się bowiem językiem dyskursywnym i gdybym nie przestrzegał konwencjonalnie związanych z nim reguł, nie zostałbym odebrany poważnie. Choć – prawdę mówiąc – wolałbym na ten wiersz odpowiedzieć wierszem (może innym razem), czyli tak jak Matuszkiewicz dokonać poetyckiego skrótu, rozsypując tu i tam kilka wybranych, uwolnionych od racjonalnych, dyskursywnych funkcji korali, mówiąc tym samym pełniej, sensowniej o tym, czego „nie widać”, a co z całą pewnością – na jaką tylko nas stać – istnieje. Epifania, czyli doznania i rzeczy Pora w tym miejscu stwierdzić, że Sokołowsko 1978/1979 to przykład wiersza, realizowanego w poetyce epifanii, o której w książce Literatura jako trop rzeczywistości. Poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej tak erudycyjnie i odkrywczo pisał Ryszard Nycz (polecam też świetne teksty, jakie o epifanii napisali m.in. Jan Błoński, Michał Głowiński czy Anna Sobieska). Zjawisko epifanii to nie tylko ważny motyw literacki, ale także metoda twórcza, technika artystycznego przedstawienia. Na przestrzeni wieków ujmowano epifanię rozmaicie. Podstawowe, historyczne znaczenie jest teologiczno-religijne – w Piśmie Świętym epifanie oznaczają ingerencję osobowego Boga w świat. Według pokrewnej, religioznawczej wykładni epifania to zjawisko nagłego ukazania się i zniknięcia bóstwa. W romantyzmie epifanii nadano znaczenie egzystencjalno-mistyczne, określając tym mianem indywidualne, często ekstatyczne olśnienia „zachwyconego” podmiotu, któremu w bezpośredniej wizji objawiał się ukryty porządek świata, jego transcendentalna esencja czy też uniwersalna substancja, istota rzeczy (ludziom gór takie ekstatyczne zachwycenia zdarzają się stosunkowo często, choć niekoniecznie nadaje się im metafizyczne znaczenie). W przeciwieństwie do powyższych ujęć epifanie w literaturze nowoczesnej – modernistycznej – podkreślają poczucie niepowtarzalnej wartości istnienia świata zwykłego i przygodnego, a więc zjawisk, faktów, fenomenów czy przedmiotów jednostkowych, stających się i przemijających, będących immanentną częścią codziennego doświadczenia. Według eleganckiej formuły Nycza, „romantyczna epifania przedstawiała to, co istnieje. Dla modernistycznej świadomości istnieje to, co w epifanicznym przedstawieniu się ukazuje”. Romantyczny bierny podmiot przekształca się zatem w modernistyczny podmiot aktywny, twórczy, nadający wartość poszczególnym, wybranym przedmiotom-obiektom, które postrzega we własny, indywidualny, a zarazem performatywny sposób. W tym sensie takie podmiotowe, epifaniczne doświadczanie świata – jego przeżywanie – jak przedstawione w wierszu Matuszkiewicza jest zawsze prawdziwe i bezpośrednie, podmiot bowiem nie tylko sam w epifanicznym przebłysku generuje jego mitologiczne uzasadnienia, ale też taka jest po prostu jego codzienna empiryczna praktyka, że tak to ujmę. Poczucie bezpośredniości jest nade wszystko poczuciem, nie obiektywną cechą, którą można racjonalnie weryfikować. Kiedy doznający epifanii podmiot odczuwa, że stanowi jedność ze światem, to odczucie takie należy uznać za fakt – sama zaś jedność nie istnieje inaczej jak właśnie w poczuciu jedności, w jej przeżywaniu. Tak tworzą się nasze codzienne mitologie, taki jest charakter stricte ludzkiego bycia-w-świecie. Jak to ujmuje Głowiński, „epifania zakłada jakby tożsamość podmiotu i świata, który się podmiotowi ukazuje. W konsekwencji opis nie ma funkcji i uzasadnień mimetycznych; zmierza ku mitologii, ku kreacji świata poetyckiego”. Jan Błoński z kolei zwraca uwagę na akcent, jaki w epifanii pada na konkret, szczegół, „okaz indywidualny, istnienie poszczególne”, których znaczenia i sensy wyczerpują się niejako w ich warstwie zewnętrznej: „Szczegół nie zdradza żadnych zagadkowych związków z wszechbytem, nie czerpie uczuciowej mocy z reprezentowania porządku świata, archetypu, idei. Jego siła w wyłączności i niepowtarzalności. Albowiem najbardziej rzeczywiste – pierwotnie rzeczywiste – są doznania rzeczy”. Tyle epifaniczna empiria, a co z epifanijną poezją? „Poezja jest może sekretem, ale nie mówi o niczym co tajemne; cieszy się i syci światem codziennego doświadczenia”. Nic dodać, nic ująć. Trzeba przyznać, że Błoński jak mało kto potrafił operować genialnymi skrótami. Warto w tym miejscu powrócić do nurtującego nas wcześniej pytania, ale postawić je nieco inaczej: dlaczego „tego nie widać już w najgłębszym lustrze”? Bo w patrzeniu liczy się tylko to, co widziane, a więc widzialna zewnętrzność, materialność, powierzchnia, a nie jakieś domniemane, wątpliwie, sztuczne konstruowane „głębie” i domagające się odkrycia tajemnice bytu. Wedle epifanijnej poetyki tajemnica bytu przejawia wyłącznie na jego powierzchni, a więc w tym, co widziane i doznawane. A jeżeli Matuszkiewicz dopatruje się w materialnym rzeczach przejawów ukrytego boskiego porządku, to znaczy, że takie jest jego źródłowe doznanie – ni mniej, ni więcej. Jak zauważył Leszek Kołakowski, ludzie nie dzielą się na wierzących i niewierzących. Wszyscy jesteśmy ludźmi wierzącymi. Z tym że jedni wierzą w Boga, inni w naukę, jeszcze inni w miłość, teorie spiskowe, pozaziemskie cywilizacje czy epifaniczne olśnienia. Wszystko to są różne sposoby poznania, a każdy sposób poznania zasadza się na wierze, żaden bowiem nie może stanowić uzasadnienia dla samego siebie. Innymi słowy, wszelkie sposoby poznania są mitologicznymi „punktami widzenia” – zaś „projekt mityczny nie może mieć racji, ma tylko motywy”. I jeszcze jeden cytat w kwestii iluzorycznej opozycji rozumu i wiary: „Wiara w rozum nie może mieć racji wykrytych przez samo zastosowanie Rozumu. Wiara w Rozum jest opcją mityczną, wykracza tedy poza uprawnienia Rozumu. Jest potrzebna, by człowieczeństwo mogło się ukonstytuować jako obecność Rozumu w świecie nierozumnym”. I w ten „tajemniczy” sposób od mikroświatów epifanicznego „olśnienia” powierzchnią rzeczy i szczegółów przeszliśmy niepostrzeżenie do metaświata fundamentalnych kwestii poznawczych. Czyli znaleźliśmy się w samym centrum poezji Antoniego Matuszkiewicza. Poezja jako trop rzeczywistości Matuszkiewicz zdaje się mówić ponadto, że skoro w doświadczeniu epifanicznym coś jawi się nam w jakiś określony sposób, to choć nie możemy temu nadawać znamion pewności, to nie jest to także kwestią przypadku czy dowolności. Podobnie bowiem jak cała literatura epifania jest – zgodnie ze sformułowaniem Nycza – śladem-tropem rzeczywistości. Czymś znaczącym i autentycznym w tym sensie, że poprzez nią przejawia się jakaś część Realnego, która nie jest nam dostępna w codziennym doświadczeniu, kiedy egzystujemy zanurzeni po uszy w kulturowo uwarunkowanych, racjonalnych paradygmatach myślenia i postrzegania świata i siebie samych. W ten sposób literatura – a więc także literacko wyrażona epifania – funkcjonuje jako „uprawniona, a może nawet uprzywilejowana forma narracyjnego rozumienia, dramatycznego rozwinięcia czy lirycznego wypowiedzenia” porządku i nieporządku życia. Tak też odczytuję – czy ostrożniej: dopuszczam taką interpretację – wiersz Matuszkiewicza *** [Ślady], w którym także można dopatrzeć się znamion autotematyzmu, choć na tym jego znaczenia bynajmniej się nie wyczerpują: Ślady stopa za stopą stop ciała i ziemi Poeta zdaje się mówić: oto są ślady mojego istnienia, jego poetyckie świadectwa, poprzez które przejawia się coś, czego nie widać na co dzień. Zgodnie z istotą epifanii ciało stapia się z ziemią, poezja z rzeczywistością, zmysłowe z duchowym, fizyka z metafizyką, doświadczenie z jego przedstawieniem, słowa z wyrażoną nimi – a także pomiędzy nimi – treścią. Nieprzypadkowo też chyba „stop ciała i ziemi” strukturalnie odpowiada najpopularniejszemu poetyckiemu – nomen omen – tropowi, czyli metaforze, w której stapiają się ze sobą obce znaczeniowo wyrazy, tworząc nowe, niedosłowne (i nieodsłowne) znaczenia. Poezja bowiem nie tylko opisuje rzeczywistość, ale też uczestniczy w jej tworzeniu. Poza wszystkim innym, nie dajmy się zwariować teoretycznym konceptom i hiperracjonalnemu myśleniu. To tylko jedna z wielu metod poznania. Ostatecznie wciąż jeszcze żyjemy w świecie, który odczuwamy nie tylko jako realnie istniejący, ale też w jakimś podstawowym stopniu wewnętrznie spójny i zintegrowany z naszym doświadczeniem. Z jakiegoś – zapewne pragmatycznego – powodu tak właśnie się dzieje. Racjonalne, logiczne myślenie pozostaje zaś tylko abstrakcyjną konstrukcją, która nie jest władna unieważnić naszych źródłowo odczuwanych doznań. Te z kolei zgodnie ze swoimi predyspozycjami usiłuje tyleż wyrażać, co kształtować poezja. Poezja Antoniego Matuszkiewicza robi to w sposób naprawdę wyjątkowy. Także – ale nie tylko – dlatego, że jest to jej zasadniczy temat. Innymi powodami są jej oryginalność i artystyczna jakość. Grzegorz Tomicki – elektromechanik urządzeń przemysłowych, doktor nauk humanistycznych. Opublikował tomy wierszy: Miasta aniołów (1998), Zajęcia (2001), Pocztówki legnickie (2015), Być jak John Irving (2017), Konie Apokalipsy (2021), Piekło jest wszędzie (2023), Sto kilo kości (2023). W przygotowaniu tom wierszy Liryka drogi, który ukaże się nakładem wydawnictwa Convivo. Mieszka w Cieplicach.
- Rafał Kasprzyk – Echo klaskania jedną ręką, czyli wielka suma zer u wrót ognia (o książce Tomasza Hrynacza „Lallen”)
Najpierw był „Pies gończy”, gdzie osiadanie ciemności w słowie zaczęło podkopywać zastany porządek rzeczywistości, stwarzając monochromatyczny świat mroku, nocy i czerni. Świat zgrzytu i wewnątrz bytowych aporii, z którymi musiał sobie poradzić Hrynacz. I poradził sobie na wielu poziomach, ale na jednym najbardziej. Na poziomie języka. Ów język cienia i jego nieoczywista semantyka, którą stworzył, sprawił, że została podjęta próba uporządkowania chaosu myśli, pragnień i uczuć. Zaowocowało to poddaniem w wątpliwość oczywistości dychotomicznego rozumienia codzienności z jednej strony. Z drugiej zaś, dość nieoczekiwane przekierowanie, dzięki językowi właśnie, na bardziej subtelne tory istnienia skoncentrowane wokół ciszy i świadomego zamilczenia, przemilczenia i dystansu. Następnie, jeszcze tego samego roku, ukazał się „Emotywny zip”. Bardzo mocno korespondujący i uzupełniający poprzednie zmagania. To w przestrzeni tej książki zostało zniwelowane do absolutnego minimum coś, co zadziało się wcześniej w „Psie gończym”. Wszelkie ciemności, czernie i demony zostały nazwane, zamknięte w językowej klatce liter i fraz. Ustąpiły miejsca pewnej harmoniczności. Pojawiło się światło, nadzieja, a przede wszystkim spokój miłości odwzajemnionej i celebrowanej, która niejako stała się swoistym kołem ratunkowym dla autora dryfującego pośród szerokich wód niewiadomego i nieodgadnionego. Wreszcie, po dwuletniej przerwie, w roku 2023., doczekaliśmy się publikacji kolejnej książki Tomasza Hrynacza pod tytułem „Lallen”, wydanej w Instytucie Mikołowskim im. Rafała Wojaczka. I dopiero teraz. Dopiero ta triada, ten literacki fraktal: Psa gończego, Emotywnego zipa i Lallen, pokazuje szerszą perspektywę tego, co dzieje się z momentami wewnętrznego, głębokiego wglądu w ciszę świata i zarazem w jego zgrzyt, przejawiający się permanentnym znikaniem wszystkich i wszystkiego wokół. Nie dziwi więc fakt, że ostatnia książka triady [„Lallen”] rozpoczyna się cytatem z Charlesa Reznikoffa, dotyczącym wszechobecnego chaosu, o który potyka się i upada nie tylko bezradna jednostka, jak w tym fragmencie, ale i całe społeczeństwa. Bo gdy popatrzy się na to, co dzieje się wokół – epidemie, pandemia, wojny, ogólny upadek człowieczeństwa, wartości wyższych, albo w ogóle jakichkolwiek wartości – to dochodzi się do wniosku, że coraz większa dysharmonia, rozmontowywanie świata, czy jego agresywna, przybierająca na sile sekularyzacja, rysują coraz wyraźniejsze apokaliptyczne wizje i o żadnym optymizmie egzystencjalnym w tym kontekście nie może być mowy. A jednak w takim świecie przychodzi nam żyć i funkcjonować. Hrynacz, ani na takie funkcjonowanie, ani na taki świat się absolutnie nie zgadza. Sprowadza to na niego przekleństwo L’appel du vide, co z francuskiego tłumaczy się jako „zew pustki”, z którym zmagał się praktycznie cały filozoficzny egzystencjalizm: Heideggera z jego koncepcją „wrzucenia” w świat jednostki, która od samego początku wie, że umrze; Kierkegaarda, z jego cierpieniem ciągłych wyborów, które i tak nigdy nie oddzielą nas od pustki; Camusa z jego ciągłym poszukiwaniem sensu życia, które za każdym razem prowadzi do rozczarowania i unieszczęśliwia jednostkę. Oczywiście to tylko niektórzy przedstawiciele egzystencjalizmu, którego echo wyraźnie wybrzmiewa w twórczości świdnickiego poety. Ale cały ten pesymizm obserwowanego przez Hrynacza świata, jest li tylko pewnym preludium, prologiem, kolejnym krokiem podjętym w nierównej walce, pozornie tylko skazanej na niepowodzenie. Wcześniejsze książki były, w moim przekonaniu, nacechowane wyraźnymi elementami kreacji, dynamiką tworzenia, progresywnym zmierzaniem ku czemuś przez duże „C”. Pewnym uporządkowaniem treści. Jakąś sensownością całości, upartym poetyckim dążeniem do realizacji założonych uprzednio celów. Generalnie wszystko oscylowało wokół interpersonalnej, choć trudnej i czasami bolesnej, relacji nadawcy i odbiorcy poetyckich komunikatów, zza ciemnej kurtyny cienia. W "Lallen" mamy do czynienia z czymś zupełnie innym, wykraczającym daleko poza samą tylko strukturę języka. Wcześniej autor komunikował to, czego doświadczał z perspektywy otwierania się na rzeczywistość pełną lęków w sposób – powiedzmy – horyzontalny. To znaczy taki, który utrzymywał dość jednostajnie poziom, siłę i głębię informacji przekazywanej. Krótko mówiąc, wcześniej to Hrynacz był podmiotem otwierającym się i zapisującym skutki tego dostrajania do jakiejś metafizycznej przestrzeni. Trzymał jednak wyczuwalny dystans. Jakby się jeszcze czegoś obawiał i nie był do końca przekonany co do pewności obranej przez siebie drogi. I słusznie, bo w najnowszej jego książce dochodzi do tego, czego być może się obawiał. Mianowicie do swoistej inwersji porządku otwierania się. Tym razem, zupełnie niespodziewanie, perspektywa horyzontalna przechodzi do kontrataku. Obraca się o dziewięćdziesiąt stopni. Skraca dystans. Zawęża kąt patrzenia. I to ona otwiera się na Hrynacza, obracając w proch iluzję pozorów. A nawet więcej: swoim wertykalizmem w pewien sposób oślepia metafizycznie autora i zostawia go po raz kolejny z niczym. Oto wielka tajemnica istnienia, której ani przedzmierzch nie przebudzi, ani noc nie rozkłóci. Tylko cóż zatem zrobić w sytuacji, gdy milczenie niepodobne, gotowe do drogi, na skraju snu drożej trawers skanuje? Jak poradzić sobie z tą nicością, małością i prochem istnienia, kiedy z wieczora transparentna cisza z mokrego popiołu(...) łypie spod oka na grób? Jak zapisać te wszystkie zewnętrzne komunikaty, pochodzące z najgłębszego universum odrębności nienazwanego? Najprościej byłoby wziąć przysłowiowe nogi za pas i wycofać się jak najszybciej z przestrzeni, która potęguje strach i bezradność. I rzeczywiście autor "Lallen" ulega chwilowej pokusie ucieczki, zadając sobie już w pierwszym wierszu pytanie: po co komu ten bieg w tajne tony? Przecież i tak znikniemy przed zmierzchem. Ale niestety to wszystko zaszło już za daleko, za głęboko. Została przekroczona granica śmierciokątu świata, za którą syczy to, o czym się nie mówi. I tu właśnie dochodzimy do źródła tego, z czym mamy do czynienia w "Lallen", a co w sposób najpełniejszy oddaje cytat z Pięknych dwudziestoletnich, Marka Hłaski, że świat dzieli się na dwie połowy, z tym jednak, że w jednej z nich jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania. Inaczej być nie może! Wszakże Hrynacz ze wszech miar jest poetą metafizycznym. Otwartym na Tajemnicę, której wszelkie oddziaływania w kontekście ontologicznej trylogii "Psa", "Zipa" i "Lallen" bardzo często powołują do życia różnego rodzaju egzystencjalne przepaście i wrzucają uważnego czytelnika tych fraz w czarne otchłanie, gdzie ciemność nad ciemnościami mnoży paradoksy. A najpiękniejszym z nich – tych paradoksów – jest to, że w tych wierszach nicość i „wszystkość” staje się jednym bytem, podobnie jak to miało miejsce w "Emotywnym Zipie", gdzie światło i ciemność zespoliły się w jeden organizm. Wystarczy jeden mały krok, by stracić grunt wszelkiej pewności pod stopami. To jedyna droga do zrozumienia pisarstwa świdnickiego poety. Rafał Kasprzyk - poeta, krytyk literacki, społecznik, organizator spotkań literackich „u Łuczeńczyka” w Gminnej Bibliotece Publicznej w Ludwinie. Laureat wielu konkursów poetyckich. Debiutował w 2018 r. tomem Interakcje (czyli życie oparte na węglu). W 2020 ukazała się Dychotomia. Wiersze publikował w „Dzienniku Polskim”, „Odrze”, „eleWatorze”, „Frazie”, „Afroncie”, „Przekroju”, „Helikopterze”, „Tlenie Literackim”, „Arkuszach Literackich”, „Akancie”, kwartalniku mniejszości polskiej na Ukrainie „Krynica” oraz w wielu antologiach. Jego teksty krytyczne można znaleźć w „Afroncie”, „Helikopterze”, „ArtPapierze”.
- Tomasz Hrynacz – pięć wierszy
Grzechot Co uda się wskórać, kiedy sekunda upłynie? Mieć papiery na rewanż i odrobić straty. Kapka mrozu. Niska centra obłoków. Dla krewkich bezśnieg. To będzie historia! Słońce we wnykach. Zygzak burzy bez huku. Ile szorstkiego koloru w darowanym życiu? Obstawić pięć minut i mieć przebojową dniówkę. Pobierz apkę. Zmień domenę, niech ci lekką będzie. Ziemia grudą wchodzi do gardła, odłogiem zapuka w niebo. Na klęczkach jako żywa. Poświata w skrajni świadkiem, w przededniu w niebieskiej ułudzie. Tyle co nic, tyle co wszelki duch: skrzy się rozwłóczony, przemożny sen. Pół tonu ostrzej, ciut jaśniejszy wiew, co generuje obłe tło: niewzruszony patrzy okiem wzruszonym. Swoje przegryza wargi, więc jak ma ustać w lepkim słowie? Do rozpoznania uprzednie wcielenia, gdy mara się gości. Ich zliczyć, parami spisać na wiatr. Tak idzie mgła w podarku po żmudnej przechadzce. Od brzegu do brzegu po zbłąkany las. Po siódmą górę. I taki zbór w służbie. Niemądry. Wciąż ma czelność i skacze na chmurze. Się wie: zjawiskowy rajd do rytmu w zaświecie. Kto inny by śmiał? Się tak łzami weselił? Stąd centymetr po centymetrze ku niecnej wieczności. Prześnisz obczyznę! Fraktal serca? Już się nie ślepi! Milimetr, dwa i proch zmiesza się z krwią niebo puchnie wierzchem jak ziołowy napar temu nierad okulały starawy księżyc musowo mieć słuch na miriady drzazg i wiedzieć co wskroś uwiera serce zdarza się mówić zgrzebne rzeczy ryt slajd słońce życzliwe w przeskoku to tyle? to aż! raz po raz raz zima wchodzi w nas po kryjomu Zszedł był zmierzch pod ziemię, pęcznieją widoki skądinąd rzęsi deszczyk rzęsiście prószy śnieżek puszyście nie widzę powodu tłumaczyć co na przykład z gradem gdzie ma leże czy jest w ruchu czy ściele się gęsto jak trup Pięć gwiazdek Negresco zapomnij, na spokoju linie topograficzne na wokandzie przewiew mgły w kwaterze bez doku noc na torach w polach przy rogatkach bez światła Bóg z szyldziku świadkiem: bazgroł lepi się z gwiazd zastąpić dźwigar i pchać, uprawiać bycie budzić się bez łkań Tomasz Hrynacz (ur. 1971) - poeta. Wydał m.in.: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Enzym (2004), Praski raj (2009), Prędka przędza (2010), Przedmowa do 5 smaków (2013), Noc czerwi (2016), Dobór dóbr (2019), Pies gończy (2021). Ostatnio ukazał się zbiór Lallen (2023). Jego poezja została przetłumaczona m.in. na angielski, chorwacki, czeski, francuski, kataloński, niemiecki, rosyjski, serbski. Mieszka w Świdnicy Śląskiej. fot. Katarzyna Hrynacz
- Marta Eloy Cichocka – / obraz / może / zawierać /
pętla 11. / błąd / w / prognozach/ obraz może zawierać palmy niebo chmury błąd w prognozach obraz ocean otwarte oko cyklonu piątej kategorii może dwanaście godzin burzy rodzącej potwora zawierać wiatr dwieście sześćdziesiąt kilometrów na godzinę obraz kurort oszklone hotele korty pola golfowe baseny może kobiety krzyczące w szafie mężczyźni wyjący w wannie zawierać zerwane dachy wybite szyby wyrwane balkony obraz pogruchotane meble walizki ubrania rozwleczone po plaży może nieruchomi policjanci tłum atakujący sklepy siwy dym zawierać szkielety budynków wiele osób niosących telewizory obraz jasne jachty zmiażdżone w porcie ciemne kolejki po wodę może sztywne ciała podpierające pęknięte ściany domów zawierać kosmos który może zawierać ekran który może zawierać obraz który nic nie zawiera niczego nie udowadnia nic nie znaczy w tle dla algorytmu co czuwa obserwuje opisuje liczy woda powietrze skróty klawiaturowe światło woda pętla 12. / obraz / może / zawierać / niezrozumiałe / litery / dziś w nocy wzdrygnęła się ziemia i połknęła tysiące śniących ludzi mam bliźniaki potrzebują mleka i pieluch mieszkamy w samochodzie ludzie wybiegali z domów w piżamach i czekali w nocy na śniegu dwie godziny zanim odważyli się wrócić po ciepłe kurtki i buty /. / dziś domy zburzone pod gruzami są jeszcze ludzie prądu chleba i wody nie możemy znaleźć bujanie non stop bez sensu nadzieje stracone było nas w domu dziewięcioro moich dwóch synów jest wciąż pod gruzami siedmiopiętrowego domu czekam na nich /. /. / dziś miasto wygląda jak poprzewracane budowle z wielkich klocków nieważne gdzie spojrzysz z lewej czy prawej strony jesteśmy w trudnej sytuacji nie możemy iść do domu nie rozstawiają namiotów córka siostra mama cała rodzina marznie usłysz nasze głosy /. /. /. / dziś runął starożytny zamek budowany przez rzymian w gruzach legło jego dwanaście wież żelazne bariery leżą rozrzucone po chodnikach mam pięć trzykilogramowych słoi zielonych oliwek mogę wykonać wszystkie rodzaje prac kuchennych jestem kucharzem mogę pracować za darmo /. /. /. /. / dziś setki ratowników i cywilów tworzą żywe łańcuchy żeby szybciej odgruzować rumowiska szukając tysięcy ciał na długości kilkuset kilometrów potrzebne pieluchy ubrania woda i coś do jedzenia potrzebne koce ubrania zimowe buty i zegarki potrzebny garnitur spodnie i rozrusznik serca /. /. /. /. /. / mam w centrum jeden umeblowany drugi nie mogę oddać dwa domy potrzebującym elektryczny grzejnik kurtka buty czterdzieści cztery krew A RH+ niech bóg otworzy ci drogi i zwiększy ich liczbę niech bóg pozwoli nam wychować dzielne pokolenia niech bóg błogosławi synów tego pięknego kraju wracaj do zdrowia mój kraju niech bóg ma cię w opiece pętla 13. / world / press / photo / obraz może zawierać pomarańczowa kurtka mężczyzny siedzącego na rumowisku które było jego domem nie zwraca uwagi na chaos hałas deszcz i chłód trzyma kogoś za rękę należącą do ciała śpiącego w łóżku zgniecionym przez gruz betonowe płyty i pozostałości domu zrób zdjęcia mojemu dziecku mówi cicho w kierunku fotografa jego głos łamie się i drży puszcza na chwilę martwą dłoń żeby pokazać miejsce w którym leży ciało piętnastoletniej irmak po czym natychmiast znów chwyta jej dłoń zrób zdjęcia mojemu dziecku fotograf przełyka łzy i ustawia ostrość będzie word press photo pętla 16. / sugimoto / obraz może zawierać morze niebo chmury woda plaża obraz ocean niebo huragan otwarte oko obiektywu może przecinająca szary obraz lśniąca linia widnokręgu zawierać powietrze woda światło woda powietrze obraz tajemnica tajemnic początki życia po horyzont może atlantyk pacyfik adriatyk sawu saram sulu zawierać morze arktyczne bałtyckie norweskie północne obraz morze celtyckie egejskie ikaryjskie kreteńskie może amundsena barentsa beauforta beringa haakona zawierać morze chińskie japońskie wschodniosyberyjskie obraz morze białe żółte czerwone czarne martwe puste może karaibskie kaspijskie koralowe kosmonautów koro zawierać kosmos który może zawierać ekran który może zawierać obraz który nic nie zawiera niczego nie udowadnia nic nie znaczy w tle dla algorytmu co czuwa obserwuje opisuje liczy powietrze woda woda światło światło powietrze Marta Eloy Cichocka – polska poetka i fotografka, habilitowana badaczka literatury, tłumaczka m.in. Calderona i Racine’a, Juarroza i Zurity, Topora i Tkaczyszyna-Dyckiego. Opublikowała siedem książek poetyckich (w Krakowie, Warszawie, Saragossie i Bogocie) oraz dwie książki teoretycznoliterackie o poetyce i strategiach współczesnej powieści historycznej (w Paryżu i Berlinie). Ma na koncie współpracę dramaturgiczną i translatorską z Michałem Zadarą, Wojtkiem Klemmem, Ignacio Garcią i Norbertem Rakowskim. Laureatka I nagrody w konkursie poetyckim im. Haliny Poświatowskiej (2004), I Beca-Residencia Internacional SxS Antonio Machado (2016) i Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO (2021), jest pomysłodawczynią i koordynatorką cyklu MANUFAKTURA POEZJI, warsztatów translatorskich w obecności autorów, oraz serii polifonicznych recitali poetyckich pt. REPUBLICA POETICA. Fotografia autorki Yolanda Castaño
- Marek Wołyński – pięć wierszy
Refleksja I Kraj jak micha do ugniatania masy W ciele martwa natura buntu W duszy sens rozmazany życia *** Wieczór znowu powoli morduje dzień – upaja się widokiem ofiary z której uchodzi światło Zamiast metafor Mówi znajomym że pustka w domu ma chłodne dłonie A w środku nocy spierzchnięte usta zwilża mu wodą Bóg Zapomina że samotność najlepiej opisywać milczeniem Odloty Ptaki krzyczą na huśtawkach z gałązek i nagle znikają A cisza po nich taka jak w domu gdy starzy rodzice zostają sami AI Na przystanku dziecięce manekiny przeglądają się w ekranach smarfonów Marek Wołyński - debiutował w 1981 r. w prasie studenckiej. W 1986 r. został laureatem ogólnopolskiego konkursu Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na książkowy debiut poetycki – zbiór Ściszonym głosem. Opublikował zbiory wierszy, m.in: Arena (1992), Mój labirynt (2017), Moje legendy (2019), Pajęcza harfa (2023). Pisze także felietony i miniatury prozą – w 2021 r. ukazały się jego dwie książki: Na różne tony i Dookoła głowy.
- Marcin Jarych – osiem wierszy
Nowe miejsce, marzec Dwa parki, trzy skwery (koty za oknem śpiewały). Przejścia, ogromne wietrzne podwórka (koty za oknem śpiewały). Cała ta historyczna, sypiąca się dzielnica w jakiś sposób się ożywi, kiedy wiosna przyjdzie. Koty za oknem śpiewały. Marzec, leżę na materacu i patrzę w niebo. Zarobiłem pieniądze, zaraz ich nie będzie. Wszyscy pracujemy dla układu słonecznego. W przeprowadzce I być często w przeprowadzce, i żyć gdzieś pomiędzy poprzed- nim a następnym miejscem; mieć niewiele rzeczy. I żyć ciągle w przeprowadzce, i być często w wyprowadzce. Nasza przeszłość znajduje się w różnych pokojach. Moja przeszłość znajduje się w różnych pokojach. Ona jest podzielona na różne pokoje: ulotne, zamknięte czy otwarte. I być wciąż w gotowości, mieć niedużo książek, mniej więcej trzydzieści. *** (Światła miasta na każdym centymetrze śniegu). Wszystkie ulice przyszły tu w jednym momencie. Jest noc, jest wir, przemieszczanie się (wir?). Po prostu śnisz. We śnie jedziesz windą w górę jedenastopiętrowego bloku. Szybko. (Mróz). (Coś się dzieje szybko, coś się dzieje powoli). (Są ostatnie dni roku). Gdyby oblodzenie dotrwało do wiosny, byłoby kolorowe. A teraz (we śnie) możesz to sobie zzoomować: auta jadące ulicami, daleko, budynki, cyfry na przystankach. Jest noc, wir, przemieszczanie się. Jest mróz, serce masz kolejno: śnieżno-białe, srebrne i zzoomowane. Dziś na mieście wiele się buduje. Dziś na mieście wiele się wynajmuje. ,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,, rozsypanym igliwiem, które zostało po błysku błyskowej lampy, śnieg; i wszystko na chwilę zatrzymuje się a potem przy- spiesza klaustrofobiczna bliskość obrazu budowy za oknem, wiele się buduje. Wiele dziś stoi nieużywanych lokali. Światła miasta na każdym centymetrze śniegu. Ostatnie piętra budynku, Widoczne z góry auta, małe jak kawalerki, małe jak kawalerki z patodeweloperki. Po prostu śnisz. We śnie jedziesz windą na ostatnie piętro. Na tej wysokości winda wchodzi w fazę REM i razem ze snem jedzie dalej. *** Odra dziś płynie powoli, być może zawraca. Przy brzegu stoi bezcelowo pusty budynek. Schodzimy z wyspy. Schodzimy z mostu. Pamięć w tej chwili polega na tym, że zostaje tam jeszcze nasze patrzenie: patrzenie na ułożone gałęzie, patrzenie na stosy szklanych butelek, patrzenie na szare kartony, patrzenie na plastik, patrzenie zmieszane. Outro - remont torów Śnieżnobiałe storiski, relacje, one szybko znikają. Upływ czasu nie jest śnieżnobiały. A upływ czasu jest rozsiany przy Rondzie Reagana i na wałach nad Odrą czy Wkrą oraz jest rozsiany u Ciebie w domu. I upływ czasu pyli na przystanku dwójki, czwórki, dziesiątki i jedynki, gdy zaczyna się remont torów, który przedłuża się aż do zimy, i spada śnieg, a później topnieje. Upływ czasu nie jest śnieżnobiały jak storiski. Ślady 10 Gdy słyszę swoje kroki, jakby były za mną. I słyszę swoje kroki, jakby były za mną. Po mocnym, realistycznym śnie, rano. Jest lepki przymrozek, miasto lekko faluje. Po mocnym, realistycznym śnie, rano. Jest lepki przymrozek, miasto lekko faluje. I słyszę swoje kroki, jakby były przede mną. Szybsza część mnie powiedziała: dojdziesz do siebie. I słyszę swoje kroki, to nie jest crowd surfing, ponieważ słyszę swoje kroki. Jedna ulica, druga ulica, trzecia, dojdziesz do siebie. *** Śniedź ubrań przetartych dziurawych noszonych druciakiem rzepem Za miastem jaskrawo rzepakiem po oczach Wrócić sekundę przed burzą zwierzęca intuicja Na początku marca I że na początku marca dwa tysiące dwadzieścia jadę siódemką (około godziny trzynastej oraz dwudziestej można tu natknąć się na kontrolę biletów), i że jadę, widzę, jak wiatr porusza drzewami, krzakami za oknem, jest ciepło. Jest wczesnoprzedwiosenna noc. Na samym początku marca dwa tysiące dwadzieścia. Jadę siódemką, wieje, przedwiosenna noc, jadę do Czuła jest noc. I chociaż potem był jeszcze dwa tysiące dwudziesty pierwszy, dwudziesty drugi i trzeci, to pamiętam, że wtedy czułem, że jadę całym sobą. I pamiętam, że miałem wrażenie, że inni też tak jadą – całymi sobami. Marcin Jarych – finalista XXV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina, publikował w "Papierze Ściernym", "Tlenie Literackim", "Wakacie", "Wizjach". Wkrótce ukaże się jego debiutancka książka poetycka. Jest również malarzem i gitarzystą. Mieszka we Wrocławiu.
- Przemysław Znojek – Pativ
* W Miasteczku, które niegdyś odwiedził Ginsberg, znajdowało się szczególne mieszkanie. Stanowiło ono niespotykany i tajemniczy krajobraz, swoisty most łączący świat rzeczywisty z odrealnionym. Korytarz należał do najdłuższych i najszerszych pomieszczeń lokalu, przypominał raczej hol szlacheckich dworków, z ich charakterystycznym przepychem. Tutaj zjawiali się tajemniczy przybysze: odwiedzający, pochodzący z zamierzchłych czasów, niejednokrotnie od dawna już nie żyjący. Ściany niecodziennego przedpokoju wypełnione zostały przedmiotami, które zazwyczaj wywoływały wśród gości ogromne wrażenie: wypchanymi zwierzętami, stanowiącymi główny obiekt fotografii. Prym wśród tego nieżywego zoo wiódł ogromny dzik - doprecyzowując, łeb zwierzęcia z wystającymi po bokach kłami. W trakcie niezliczonych, nocnych rozmów pozostałych, dawno zmarłych zwierząt: jelenia, sarny czy kuropatwy, ostatnie zdanie należało zawsze do niego. Wydawało się, że wypchane stworzenia odpowiadały za strefę komfortu całego domu, płynęła od nich magiczna aura, chroniąca całe mieszkanie. Obok zwierząt, na wytapetowanych ścianach w kolorze żółto-czarnym, znajdowały się herbarze, a także broń biała, a wśród niej różnego rodzaju sztylety oraz szable. Niektóre z nich pamiętały jeszcze czasy kozackich powstań, przechodziły z rąk do rąk, tworząc niewidzialną więź między sąsiednimi narodami. Zawieszone wysoko, acz blisko nieuchwytnego sufitu, tak żebym nie mógł ich sięgnąć. Kusiło mnie niezmiernie, żeby użyć ich kiedyś do zabawy w rycerzy, jednak pozostawały ponad moim zasięgiem. Co innego dla przybywających biesiadników. Pamiętam, jak sam Bohun ze swoją kompanią pojawił się u nas, Dziadek powitał go serdecznie już od samego progu, a później ataman kozacki sprawdzał, jak leży w dłoni każda ze wspomnianych szabel, z łatwością zdejmując eksponaty ze ścian. Obserwowałem jego zachowanie, wciskając głowę między uchylone drzwi pokoju, jednak Iwan nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił w ten czas obfity wąs, podziwiał przedpokój, poklepując Dziadka po ramieniu. A ja pozostawałem pod wrażeniem postaci, licznie zgromadzonych w naszym domu, przepełniało mnie uczucie dumy, ale z drugiej strony mieszało się ono ze smutkiem, spowodowanym brakiem możliwości rozmowy z gośćmi. Napawałem się widokiem kilkunastu mężczyzn, uzbrojonych i agresywnie wygolonych, z pasmem tłustych włosów zwisających z lewej strony głowy, ich specyficznym językiem, przypominającym do złudzenia pierwotny dialog. Słyszałem wznoszone toasty, których motywem przewodnim stało się hasło: „Chwała Ukrainie”. Głośna biesiada skończyła się wraz z nastaniem północy, pogrążony w próbach snu, kręciłem się w nocnej pościeli. Tymczasem Bohun czule pożegnał się z Dziadkiem, dziękując uniżenie za gościnę, udał się z pobratymcami na balkon, gdzie w blasku pełni księżyca rozpierzchli się, niczym kompania duchów. Znajdując się już w przestrzeni ponad dziesięciopiętrowym wieżowcem, obrócili się, zerkając wprost w nasze okna, wyszczerzyli zęby w uśmiechu i pokłonili, odchodząc drogą w stronę srebrnego globu. ** Gwiezdne wojny. Dzisiaj taki motyw zabawy klockami Lego. Bohaterowie podzieleni na dobrodusznych rycerzy zakonu oraz schwarzcharaktery z czerwonymi mieczami świetlnymi i czarnymi pelerynami. Podłoga pokoju, złożona z brązowych paneli, podzielona została niczym zakątki odległej galaktyki, stanowiła przestrzeń fabularną – z perspektywy stojącego człowieka – przestrzeń porozrzucanych bez sensu elementów, których cena zwalała z nóg. Myśli pogrążały się w rozpisywaniu wirtualnych scenariuszy śmierci poszczególnych bohaterów z odpinanymi głowami, nogami i rękami, jednak przerwane zostały donośnymi dźwiękami akordeonu, wchodzącymi wspólnie z wiatrem, uchylonymi w tym czasie drzwiami balkonowymi. Melodie wydawały się nieobce, chyba słyszałem je już wcześniej w trakcie wizyt domowych licznych gości, przechodzących przez próg mieszkania. Te charakterystyczne dźwięki, dopełnione słowami piosenki, opowiadały historię nieszczęśliwego mężczyzny, który w nieodległej przeszłości został porzucony przez kobietę o niespotykanym i wyjątkowym kolorze oczu. Podszedłem, niczym kuszony syrenimi dźwiękami, dochodzącymi z dołu bloku do balustrady balkonu, pochylając się przy tym w niebezpiecznym skłonie, szukając wzrokiem ulicznego grajka. Bliski byłem przechylenia się i wypadnięcia z wysokości ósmego piętra, prosto na krótko przyciętą trawę, zabijając się bądź z dozą niewiarygodnego szczęścia pozostając robakiem drążącym piaskowe kanały. W tym momencie poczułem za plecami mocną rękę, chwyt nieludzki, pasujący bardziej do niedźwiedzia, aniżeli żyjącego człowieka. Usłyszałem wtedy twardy głos, w którym dało się odczuć pewne zdenerwowanie: „Uważaj, nie wychylaj się tak !” – rzekł stanowczo Dziadek. „Chciałem tylko zobaczyć... skąd muzyka...” – przerażenie grzęzło w gardle zatrzymując słowa. „To tylko Romowie, tylko Romowie” – brzmiała odpowiedź Dziadka. „Ci sami, którzy odwiedzili nas jakiś czas temu?” – zdobyłem się na pytanie. „A skąd! Wtedy przyjechał Baron ze swoją świtom, może to ktoś z jego rodziny, chociaż z daleka nie widzę” – ripostował Dziadek. Wzrokiem uchwyciłem powracające wspomnienie, zatrzymującej się pod klatką kolasy, wchodzącej zapewne w skład taboru. Wyróżniała się wśród armii metalowych pojazdów – ona drewniana, kolorowa, wypełniona mnóstwem dywanów w barwach czerwonej, czarnej oraz złotej, z jasnymi frędzlami, po wszystkich czterech stronach kwadratowego materiału. Zaprzęgnięta w dwa gniade konie, zdawała się tworzyć magiczny puzzel , nie pasujący do układanki, jakie tworzyło szare blokowisko. Doskonale pamiętam moment, kiedy Baron wraz z dziesięcioma pobratymcami pojawił się w progu mieszkania. Mężczyzna w ciemnozielonym kapeluszu z błękitnym piórkiem, jasnym, prążkowanym garniturze, wyglądającym na nieco znoszony oraz bambusową laską. Postać mieniła się w blasku ogromnego żyrandola, ponieważ starszego pana zdobiły złote elementy: gruby, wyglądający na drogi łańcuch, kolczyki w obu uszach, a także niezliczona liczba sygnetów, które powodowały wrażenie, że jego dłonie składały się jakby z dwudziestu palców. Uśmiech gościa również uzupełniały dwa przednie złote zęby. Baron przekraczając próg serdecznie przywitał się z Dziadkiem, przytulając i utrzymując dłuższą chwilę w tymże uścisku, przekazując słowa w języku, o którym nie miałem zielonego pojęcia, dopiero później dowiedziałem się, że porozumiewali się używając romani. Przed rozpoczęciem wspólnej biesiady, jeden z przybyszów, wchodzących w skład świty, podarował Dziadkowi haftowany dywan, jeden z tych wypełniających kolasę. Został on ułożony w przedpokoju, wyglądał niesamowicie, robił wrażenie przedmiotu pochodzącego z zupełnie innej cywilizacji. Dalekiej i nieodgadnionej. Tajemniczej, a zarazem niezwykle interesującej. Wśród grupy zaproszonych gości znajdowali się dwaj chłopcy, przypuszczalnie moi rówieśnicy, którzy umilali wieczór zgromadzonym, grając na akordeonie, a także skrzypcach. Ich muzyka przepełniona była wesołością, próżno czekałem na nostalgiczne dumki, w zamian nich słyszałem opowieści o czarujących melodiach, pozwalających zdobywać serca niewiast, płonących ogniskach oraz tułaczkach po różnych zakątkach świata. Wieczór trwał, przeszedł w bezchmurną noc, narodził się nowy dzień, a spotkanie nie dobiegało końca. Muzyka grała bez przerwy, tak jakby romscy chłopcy byli zaczarowani, a Baron opowiadał, snuł historię, oparte o własne przeżycia: mówił o prześladowaniach w czasach średniowiecza, o sztuce rzemiosła kowalskiego, którą się niegdyś parali oraz zapomnianym Holocauście. Opowiadał w taki sposób, jakby to wszystko przeżył. Nie pamiętam, kiedy goście wyszli, zasnąłem na podłodze bez poduszki, ale za to pod frotowym kocem. Czułem powiew świeżego powietrza dostającego się do pokoju wąską szparą niedomkniętych drzwi balkonowych. Przypuszczam, że wówczas biesiadnicy zamienili się w złoty pył, ulatniający się wraz z podmuchami wiatru, pchającymi ich ku zielonym rezerwatom Gór Świętokrzyskich. Współcześni Nomadzi odzyskiwali ludzkie postacie, po czym rozbijali taborowe obozowiska pośród majestatycznych dębów, blisko strumienia z krystalicznie czystą wodą, której źródła należało szukać w samotnej górze. Bliskość natury działała na nich kojąco: Baron wyglądał jakby ubyło mu najmniej czterdzieści wiosen i tylko ja wiedziałem, że jak na człowieka dawno już zmarłego prezentował się nadzwyczajnie młodo. Mężczyzna nabierał do drewnianej, ciemnej fajki suchych, jesiennych liści, po czym delektował się kłębami żółtego dymu. *** Tymczasem Miasteczko wymarło. W odchodzącym leniwie wrześniowym słońcu prezentowało jedyną zaletę małomiasteczkowej rzeczywistości – zieleń i żółć obecną na osiedlowych alejach. Parkany pokryte były skoszoną trawą, w której mieszały się ze sobą kolory jesieni, by w heroicznym boju udowodnić przewagę którejś z barw, sekundowały tej walce gołębie, szukające wśród skoszonych roślin smakowitego pożywienia. I tylko w moich myślach pojawiały się reminiscencje tamtego przyjęcia. A muzyka skrzypiec przypomina wciąż świat dzieciństwa. Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Interesuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek-inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.
- Danuta Kossakowska – trzy wiersze
Ciężkości Martwy punkt to zaledwie początek końca. Wyblakła część osi po lewej stronie marginesu. Wykres funkcji bez wyrazu wolnego, bo coś się wyzerowało i nie chce zatonąć. Flashbacki, gdy sama stoję w kolejce, a koszyk prawie pusty, jak przeszło rok temu twoje oczy. Więc dryfuję, a gdy morze wyrzuci mnie w końcu na brzeg – grzęznę, zapominając kierunki, gdzie prawo, gdzie lewo – i środek. Żona Lota Znów kazałeś mi podpierać zimny brzeg kanapy. Dobrze, że hotel nie był obskurny i brudny. Muzyka płynęła jakoś nierówno, bez rytmu, a same słowa, zaczęły ulatywać pomiędzy framugami. Choć na końcu języka, pamiętam, miałam niewiele więcej niż "nie", nie do powiedzenia, raczej do wyszarpnięcia z płuc. Wyszłam na mały balkon. Stały tam kruki z kamienia, patrząc na mnie z niemym pytaniem, a ja wzruszyłam tylko ramionami. Gdy usłyszałam pewny krok, niepotrzebnie się odwróciłam, płacąc za to solą. Nie spojrzawszy już nigdy w stronę Sodomy i Gomory Jasne Błonia Nie przypominają mi nawet o tobie. Brak tu południa słonecznego, a ścieżka bez kamieni zalana jest asfaltem, który zbyt wolno wysycha. Budka z lodami została zamknięta, piwa nie kupisz na wynos, a wszystkie balony ktoś przebił i zamiast zapraszać, czytam kartkę "nieczynna". Z fontanny nie pryska już woda, a parasole złożone, nie powiewają więcej. I wszystko jakieś na nie na Jasnych Błoniach, jak i na Kasprowicza. Tylko pomnik papieża, jak stał, tak twardo stoi i tak jak ja – ruszyć się nie zamierza, bo chyba z kamienia rzeźbiony. Danusia Kossakowska - urodzona już w nowym milenium, w malutkiej wiosce nieopodal Szczecina. Studentka Filologii Romańskiej na Uniwersytecie Szczecińskim.
- Tomasz Hildebrandt – cztery wiersze
Grzybobranie pnie po wycince wyrastają jak grzyby po deszczu którym poobrywano kapelusze Jest takie jedno miejsce – pochwalił mi się pewien grzybiarz – tyle że można je kosić pilarką łańcuchową znalazłem je następnego dnia jeszcze żywe wspomnienia szumiącego lasu nie było trudno szukałem po prostu w obfitości braku ten widok miał w sobie melancholię nekropolii nie zapaliłem znicza ponieważ ktoś zapomniał zdjąć tablicę o zagrożeniu pożarowym żywica z sęków zastygała w strupy Płot a wieczorem ludzie siedzący na sofach przed prezenterami tkają płot na granicę słynącego z gościnności kraju żeby odgrodzić się od ludzi z krajów uznanych za niegościnne siedzących na ziemi przed strażnikami drucianych myśli wystarczy na setki kilometrów ogrodzenia wieńczonego ideami z drutu kolczastego wspartego filarami tradycji narodowej wzmocnionego fundamentem wiary prędzej matka z dzieckiem sforsują te zasieki niż grzesznik dostanie się do królestwa niebieskiego Wieczne korowody każde dmuchnięcie to gasnąca świeczka intencyjna za ocalenie dalekich niepotrzebnych żyć sunących w wiecznych korowodach ten huragan niczym kanonada wali celnie i na duże odległości zdziera dachy z głów krzyki z ust pozostawia kontury nagich niemych postaci jak kamienie w kłębach trawy spopielonej dłońmi tych którzy nadali sobie więcej praw dlatego posiadają więcej życzeń świeczek na piętrowym torcie za zdrowie i bogactwo bliskich za nieistnienie tych dalekich niechaj pozostaną kamieniami huragan ich wtedy nie przywieje morze nie wyrzuci Pustynnienie pustynia to tylko sceneria filmu dokumentalnego wystarczy wcisnąć klawisz stop i w czarodziejski sposób znika za oknem zieleń gęsta nasycona jak żołądek wybujała rzeczywistość bliska namacalna więc prawdziwa tylko bogowie istnieją choć ich nie można dotknąć tylko bogowie zabierają z tej ziemi życia masowo bezwzględnie powtarzają ludzie przeklinają Tomaszów za wątpienie w oszustwo pustynnienia za kradzież wiedzy o powszechnym wymieraniu Adamów wypędzają Deszcz urojony deszcz upragniony siąpi tylko w głowie nachmurzona twarz ciąży chwieje się opada piach też skrywa jakąś wilgoć krople kapią z echem w dół arterii ciała jak po instalacjach gruzów obnażonych erozją porzucenia miejsca zatrzymania czasu migracją w stronę oddalonych światów kiedy ich własne puchną z głodu nikną z nadmiaru strachu i niedoboru życia wolno umrzeć z pragnienia kiedy nie ma wody trzeba utonąć gdy wody jest za dużo pomiędzy śmiercią a śmiercią upuszczają z siebie urojony deszcz przez rany poją nim najbliższych Tomasz Hildebrandt (ur. 1977) – menadżer i animator kultury. Autor kilkunastu powieści: Wyjechać, nie wrócić, Druga Polska, Dotyk, Góry umarłych, Wymiary mroku, Czerwony szkwał. Otrzymał I nagrodę w dziedzinie prozy pomorskiej Costerina 2011, nominację do ogólnopolskiej Nagrody Złotego Pocisku oraz wyróżnienie w XVIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. C.K. Norwida. W przygotowaniu debiutancki tom wierszy.










