top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (6)

    24 marca 2022. Koniec analogii Mija miesiąc tej wojny. Trzeba wreszcie sobie to jasno powiedzieć, że nie ma porównania ani analogii. Owszem, wygrzebywane parafrazy do polskich powstań, wojen, obron, heroizmu, są czasowo użyteczne. Bo tak się mówi drugiemu jak bliski jest ból, rozpacz, gniew. Ale nie wszystko da się przeniknąć. Na przykład spokoju z jakim idą walczyć. Nie mówią, nie piszą o walce. Mówią o robocie, pracy. Jakby szli zaorać pole, wyrwać chwasty. To ta prosta, chłopska solidność, upartość, zawziętość. Na to nie ma rady. Robotę trzeba wykonać. Chwasty trzeba wyrwać. W tym dniu, miesiąc po ataku powiadam wam – nie ma już poręcznych analogii. To się dzieje po raz pierwszy. Mariupol w roku 2022 jest Mariupolem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1944 Kijów w roku 2022 jest Kijowem w roku 2022 a nie Warszawą w roku 1939 Witalij Kliczko jest Witalijem Kliczko a nie Stefanem Starzyńskim. Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 to Ukraińska Gwardia Narodowa w roku 2022 a nie pospolite ruszenie w 1656. (tak na marginesie - pospolite ruszenie nie było ochotnicze tylko obowiązkowe koledzy i koleżanki) Międzynarodowe oddziały ochotników na Ukrainie 2022 nie są Międzynarodowymi Brygadami w Hiszpanii w 1936 Ukraina w roku 2022 jest Ukrainą w roku 2022 a nie Polską w roku 1939 ani Finlandią. Ukraina jest sobą. Analogie to wyraz najgłębszej serdeczności,  ale nie mają żadnego pokrycia w stanie faktycznym. I może pora zacząć je wstrzymywać, żeby rozumieć co się dzieje. Może pora oddawać właściwy szacunek Ukrainie, Ukraińcom i Ukrainkom. Nie ustawiać ich w porównaniach budujących nasze serca. Ta wojna jest inna niż wszystkie z wielu powodów. I z tego miejsca zachęcam do trollowania firm takich jak Decathlon Polska Auchan Leroy Merlin Polska. Niech dzwonią do swoich szefów albo szefów swoich szefów, niech im powiedzą, że interes się spierdolił. Nigdy też w dziejach wojen łączność, świadomość sytuacyjna, autonomia pojedynczego żołnierza, drużyny, plutonu nie była tak duża, tak ważna i tak decydująca. I widać że Ukraińcy potrafią w to grać, a putlerowcom wydawało się, że potrafią, ale okazało się, że nie. Putlerowcy nie wiedzą gdzie są i po co. A Ukraińcy i Ukrainki wiedzą. I robią co mają do zrobienia. Wyrywają chwasty. To chłopski naród, wytrwały, nie męczy się łatwo. Nigdy też w dziejach NATO nie udzielono tak dużego wsparcia krajowi nienatowskiemu. Nie wierzycie mi? A naprawdę wierzycie w tych ochotników, emerytowanych snajperów w wieku 30 lat jadących z półcalowymi giwerami do Ukrainy? I wierzycie, że Ukraińcy, chociażby dzisiaj, tak na oko trafili w dwa desantowce w pocie w Bierdańsku? Jeden zatonął, drugi się ładnie fajczy. (Do piekła, do piekła) Wierzycie, że mieli przed wojną nieskończone zapasy NLAW, Javelinów i amunicji do Bayraktarów? Że to historia jak z Kołodzieja Piasta, że strzelają, strzelają a magazyny ciągle pełne? Że nikt im ich nie dowozi? I wierzycie, że przypadkiem ukraiński snajper wie gdzie i kiedy ma być na pozycji, żeby ustrzelić putlerowskiego pułkownika czy generała? Już nawet nie liczę kolejnych główek w tej rzezi korpusu oficerskiego jakiego nie widział świat od dawna. (Do piekła, do piekła) Oczywiście - putlerowcy chcą zdemolować Ukrainę, skoro nie mogą jej podbić. Dlatego nadludzkim wysiłkiem - co może umykać w powodzi drobnych newsów - armia ukraińska odpycha na ile się da wysunięte pozycje putlerowców od swoich miast. Nie wygląda to efektownie, ale jest efektywne. Chodzi o odsunięcie pozycji artylerii. Bo wbrew propagandowemu okrzykowi o "No fly zone" większość masakr ludności cywilnej powodują przede wszystkim nawały artyleryjskie, a nie bombardowania lotnicze czy uderzenia rakiet. Dlatego te kontrataki pod Mikołajowem, Charkowem, Sumami, Ochtyrką. Żeby odsunąć pozycje artylerii. Patrząc po mapach tej wojny - ta Ochtryka nie pojawia się w ogóle a to chyba największy sukces ukraińskiej armii - wycięcie całego ramienia kleszczy w rejonie Ochtyrki. Moje polskie serce jest oczywiście w Mariupolu. Moje polskie oczy chciałyby widzieć odsiecz Mariupola. Moje polskie uszy chciałyby słyszeć głos trąbki kawalerii i głos jakiegoś rotmistrza rzucającego krótko trębaczowi - graj bracie! Ale nie wiem czy doczekamy odsieczy Mariupola czy chociażby załamania oblężenia. Nie wiem jak potoczy się ta wojna dalej. Po miesiącu walk w 1939 na mapach sztabowych został Hel i grupa Niepokonanego Kleeberga, gdzieś między cęgami Wehrmachtu i sowietów. Coś ze zgrupowania KOP szykowało się do bitwy pod Szackiem. Dogasały ognie pod Tomaszowem. Do Warszawy wkraczało feldgrau. Po miesiącu walk w 2022 roku Kijów nie jest okrążony a podobno nawet to pod Kijowem w okrążeniu są putlerowcy w sile dwóch brygad. Jeżeli to prawda, to zobaczymy ładną kolumnę jeńców idącą przez Hreszczatyk i może jeszcze Instytycką w górę, gdzie mają pochylić głowy gnoje przed pierwszą, Niebiańską Sotnią tej wojny. Po miesiącu wojny w 2022 roku broni się Charków, Sumy, Mikołajów, Siwierodnieck, Ochtyrka, Sumy, Czernihów i krwawy, niepokonany Mariupol. Analogie się kończą, bo w 1939 nikt nie był z Polską, a teraz wielu jest z Ukrainą, i tak ma być, ja też jestem moim polskim sercem za Ukrainą, właśnie dlatego, że wtedy Polska była sama, żeby już nikt nigdy nie był sam. Analogie się kończą, bo nigdy w dziejach znanych mi wojen nie trafiło na tak upartych, wytrwałych dzielnych, sprytnych odważnych wojowników. Nie przestaje mi brzmieć w głowie zdanie Starego Szwejgerta zapytanego, jaki jest najlepszy żołnierz na świecie? Odpowiedział, że nie Polak, nie Rosjanin, nie Amerykanin, ale Fin. Bo Fin, mówił Stary Szwejgert, zakopie się w śniegu i będzie czekał, dzień, dwa, aż się doczeka na dobry cel, wtedy strzeli, zabije i zniknie w śniegu. (wiedział co mówi, był w zwiadzie sowieckim w czasie tej wojny) Myślę o zdaniu Starego Szwejgerta pamiętanego jako rozmazany portret z dzieciństwa, kiedy przypomina mi się film z ataku putlerowców na Browary dwa tygodnie temu. Kolumna ruskich czołgów wjeżdża między domy jak na defiladzie i wtedy spomiędzy budynków, z odległości mniejszej niż sto metrów, tak że spudłować się nie da, w bok czołgu trafia pocisk, zapewne NLAW. Albo Carl Gustaw. Myślę o tym żołnierzu, który trzymał ten granatnik i czekał, czując w trzewiach drżenie ziemi pod gąsienicami kilkudziesięciu czołgów. Bo jak jedzie jeden czołg, to czujesz drżenie ziemi. Naprawdę podskakują małe kamyczki jak na kreskówkach dla dzieci. A jak jedzie ich kilkadziesiąt, to nie wiem jak się można czuć. I on tam jest i czeka. Ale on nie jest Finem w roku 1939. On jest Ukraińcem (albo Ukrainką) w roku 2022. Bo Ukraińcy i Ukrainki nie są już i nie będą nikim innym nigdy. Ukraińcy i Ukrainki są sobą. 27 marca 2022. Głosy Słuchaj tych głosów żałosnych żarliwie, nim brzask poranny uciszy je w niebie i nowe miasto w napiętej cięciwie dni tryumfalnych na nowo pogrzebie. Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie ocalon został w tragicznej potrzebie, byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej i żył za tamtych i za siebie lepiej. (Tadeusz Gajcy, "Śpiew murów") Minął miesiąc. Masa rozszczepionych, rozproszonych głosów. Ledwo coś napiszesz, coś nowego się dzieje, a nie zawsze pasuje do opowieści. Brytyjskie Ministerstwo Obrony zaczyna swój codzienny raport z wojny słowami: "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Każdy język ma swoje specyficzne brzmienia i nadaje się do adekwatnego nazywania określonych rzeczy na tym świecie. Tak myślę. Angielski też ma swoje supermoce. W tej powyższej frazie ukazuje się cała godność i uroda angielskiego. Stanowczy, elegancki, rzekłbyś, statement. Przypomnienie podstawowej prawdy w krótkiej frazie. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Żeby nie zapomnieć kto zaczął i na jakiej podstawie. Żeby nie dać się wpuścić w symetrystyczne pierdolenie peacemakers of the west. Jest napastnik, musi przegrać, oddać co zrabował, naprawić co zniszczył i wypłacić wdowom i sierotom odszkodowania. Co rano dla mnie najważniejsze strategicznie jest to, że wojska baćki ciągle stoją z bronią u nogi i baćka, wąsaty kniaź kartoflanki nie bardzo ma chęć na dołączenie do rzezi. A dopóki z kierunku Brześcia wzdłuż naszej granicy nie pędzi pancerny zagon - możemy przyjmować uchodźców, może iść przez naszą granicę transfer uzbrojenia, wyposażenia, pomocy humanitarnej i niehumanitarnej. Także taniec baćki, mimo że budzi pogardę, bo to dygi tchórza, co próbuje grać męża stanu - ma ogromną wartość strategiczną. Ukraina, mówiąc obrazowo, ma się o co oprzeć plecami i chociaż z tej jednej strony czuć bezpieczeństwo. A wczoraj z okazji Dnia Niepodległości Białorusi przysięgę złożył ochotniczy białoruski batalion imienia Konstantego Kalinowskiego. Zajrzyjcie do chłopaków. Батальён "Кастуся Каліноўскага".  Przysięgali na pamięć Kalinowskiego - bohatera 1863 roku naszego i Ich i jeszcze Litwy i na Kościuszkę, który też dla Nich jest bohaterem. Mamy wspólną historię. Dla wszystkich jej wystarczy. Tymczasem kacapy drepczą w miejscu i kolejny dzień czytam mądrych, którzy ostrożnie sugerują, że wojska putlera się przegrupowują. No i tak kolejny tydzień. Wiele wskazuje na to, że pod Mikołajowem skutecznie przegrupowują się w kierunku ogólnym na Chersoń. Czyli się cofają pod kontrnatarciem Ukraińców. Kojarzycie Mera Mikołajowa? Nazywa się Witalij Kim, zasłynął skarpetkami wyłożonymi na biurko w przerwie walki. Taki typowy Ukrainiec, co nie pęka, tylko mówi, że moment, zaraz pogadamy, tylko pójdziemy chwilę popracować, bo kacapom trzeba spuścić wpierdol. Tam między Chersoniem a Mikołajowem jest też to słynne lotnisko, które było atakowane przez Ukraińców, jak ktoś skrzętnie policzył, dziesięć razy. Tak jakby się kacapy o słabej psychice umawiały tam na zbiorowe samobójstwa. Także przegrupowanie trwa i przyjmuje czasem postać wpierdolu. Czego wam i sobie serdecznie życzę. A skoro o samobójstwach mowa - rosyjski Minister Obrony Narodowej Poprzez Nieustanną Agresję, Siergiej Szojgu miał podobno zawał serca. Ja się wychowałem w czasach kiedy istniało ZSRR i na te zawały to się mówiło, że to był zawał kalibru 7,62 milimetry albo ołowica radziecka. W tym miejscu zwyczajowo mówiło się też dowcip o Radio Erewań, że słuchacze pytają Radia Erewań, czy to prawda, że Majakowski popełnił samobójstwo? Radio Erewań odpowiada  - dokładnie nie wiadomo, ale jego ostatnie słowa brzmiały "Towarzysze, nie strzelajcie!". I skoro jeszcze o samobójach mowa. Liczba generałów kacapskiej armii, którzy poszli do piekła wzrosła do siedmiu. Nie licząc Szojgu, o ile to prawda. Pułkowników nikt nie liczy bo już chyba dwójka z przodu tej cyferki, chociaż wypłynęła ostatnio ciekawa informacja, że żołnierze 37 Brygady Zmechanizowanej armii putlerowskiej przejechali swojego pułkownika czymś gąsienicowym i pułkownik pagib. Ogólnie mieli różnicę zdań co do jakości dowodzenia i celowości wydanych przez kamandira rozkazów. Takich rzeczy Rosja chyba nie widziała od 1917. Ale oczywiście to rok 2022 i wszystko może być zupełnie inaczej. Skojarzenia to przekleństwo. I jeszcze takie newsy - niektóre mają więcej niż 24 godziny, ale są warte tego by je zacytować dla pamięci potomnych: "Przedsiębiorstwa Uralwagonzawodu i Czelabińskiej Fabryki Traktorów, które produkują i naprawiają czołgi i inne pojazdy opancerzone dla Sił Zbrojnych RF, wstrzymały pracę. Prace zostały wstrzymane z powodu braku niezbędnych komponentów zagranicznych. Według Defence Express „Uralvagonzawod” to jedyne rosyjskie przedsiębiorstwo, które seryjnie montuje czołgi, zarówno na potrzeby armii rosyjskiej, jak i na eksport. " A tymczasem Ukraina ma więcej czołgów niż przed wojną - dzięki oczywiście porzuceniom sprzętu. Portal Oryx jako "abadonned" czyli porzucone i "captured" czyli zdobyte wskazuje odpowiednio 228 i 685 pojazdów opancerzonych w tym samych czołgów - 41 porzuconych i 125 zdobytych. A to są czołgi tych samych typów jakie mają Ukraińcy. To nie są "Pantery" w rękach Powstańców Warszawskich których nikt nie umiał obsłużyć. I jeszcze taka uwaga, że Oryx analizuje ujawnioną dokumentacje zdjęciową i filmową, zatem podane liczby mogą być większe. To, co podaje Oryx, to jest takie pewne na mur-beton. 930 porzuconych i zdobytych pojazdów pancernych w miesiąc. Ludzie. Tego Finlandia nie widziała. I kolejny news. "W obwodzie sumskim narasta problem związany z rozkładem zwłok żołnierzy agresora. Strona rosyjska ma nie odbierać ciał zabitych, zaś Ukraińcy, z uwagi na blokadę połączeń kolejowych, nie są w stanie dostarczyć do tego rejonu specjalnych chłodni. " Nie dalej jak dwa dni temu u Marcina Ogdowskiego czytałem, jak to na wojnie w Afganistanie chłopcy stracili kolegę, dostał w drzwiach lepianki i padł na twarz do środka. Tamci się odstrzeliwali we wszystkie strony i nie było jak ugryźć, na radio amerykanie mówili, żeby się odsunąć, bo rozwalą punkt oporu z "Hellfire", ale nasi krzyczeli, że nie ma mowy, że nasz tam został, żeby nie rozwalali chaty. No i dostali swojego kolegę, nie żył już, ale pochowali go normalnie, z honorami. Taka zasada. Naszych – żywych czy martwych nie zostawiamy nigdy. Normalna w normalnych armiach. Nie w kacapskiej. Kacapy nie chcą swoich poległych bo musieli by wówczas przestać kłamać swoim, że to taka operacja specjalna a nie rzeź. A Ukraina nie przestaje zdumiewać. W kierunku odwrotnym niż uciekinierzy granicę z Polską przekroczyło 296 tys. osób. Ale w tej liczbie jest nie mniej niż 80 tysięcy chłopaków, którzy rzucili wszystko i wrócili bo kraj w potrzebie. Nie dlatego, że ktoś im kazał. Dlatego, że chcieli. I ostatni news na dzisiaj: "Jestem gotów dobrowolnie oddać się do rosyjskiej niewoli w zamian za umożliwienie ewakuacji dzieci z Mariupola; potrzeba mi trzech dni na zorganizowanie misji ewakuacyjnej, następnie mogę zostać zatrzymany - napisał w czwartek na Facebooku ukraiński generał policji Wiaczesław Abroskin. W zupełnie zniszczonym Mariupolu pozostało wiele dzieci. Jeśli nie uratuje się ich teraz, umrą w ciągu najbliższych dni. Chodzi już o godziny. Dlatego zwracam się do rosyjskich okupantów - stwórzcie możliwość ewakuacji dzieci z Mariupola, a na ich miejsce proponuję oddać się do waszej niewoli. (...) Zrobię to na ostatnim punkcie kontrolnym" - poinformował Abroskin" Znając kacapów pewnie generała Abroskina by wzięli a dzieci nie wypuścili. Bo to jednostronna wojna. Mój synek ma pięć lat i ma zapisane gdzieś z tyłu głowy, że wojna jest dwustronna i jego dziecięca logika dzieli wszystko na dwa. Wczoraj rysowaliśmy potwory. Tymek narysował potwora i mówi, to jest dusza Putina, bo Putin nawet jak jest ładny to duszę ma brzydką, dlatego tak go narysowałem. A tutaj jest taki sympatyczny potworek, on jest polsko-ukraiński. A potem mówi, narysuję prezydenta Ukrainy, ale też jako potworka. I rysuje, wychodzi mu takie serce na dwóch nogach, ale potem dodaje jakieś paszcze. - Co to jest? - pytam chłopaka - No paszcze, bo on na pewno też potrafi być zły i tam wies, bombarduje rosyjskim dzieciom szkoły - No więc synku właśnie ta wojna jest taka, że to Rosjanie napadli na Ukrainę i tylko oni bombardują szpitale, szkoły, sierocińce, schroniska dla zwierząt, teatry. - I nikt w tym domu nie jest za Rosją? - Nie! - odpowiedzieliśmy chórem z Małgosią. - A w rodzinie? - Nikt - Ale to wszyscy Rosjanie są źli? - Nie, tego nie powiedziałem. Państwo rosyjskie jest złe, synku, państwo rządzone przez Putina napadło na naszych przyjaciół i znajomych, dlatego wszyscy jesteśmy sercem za nimi. Ale są też bardzo odważni Rosjanie i Rosjanki, którzy potrafią wyjść na ulice i krzyczeć, że nie chcą tej wojny i ich podziwiamy i życzymy wszystkiego dobrego. - I oni będą rządzić w Rosji? - Mam nadzieję synku. - I wtedy tam pojedziemy? - Takie mam marzenie. Ale najpierw pojedziemy do Ukrainy. Tymczasem Aleksiej Nawalny dostał dodatkowe dziewięć lat łagru za odwagę i mówienie prawdy. Nie mniej niż piętnaście tysięcy Rosjan i Rosjanek siedzi w aresztach, wielu dostało grzywny. "The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. " Radosław Wiśniewski  (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.

  • Miłka Malzahn – Dziennik Zmian (6)

    Jest nas wielość: Opowiadaczy - Homerów - fabuł. Nie ukrywam - jestem opowiadaczką. Świat mojej narracji jest całym moim światem; wydarza się na moich oczach i posiada aktywne komentarze. Jestem opowiadaczką, chociaż nie przynosi to jakiś szalonych profitów oprócz tego, że potrafię niemilczeć w każdej sytuacji życiowej. Milczeć też potrafię. Wtedy, kiedy opowiadam sama sobie rzeczywistość, używając wewnętrznego głosu - milczę.  Tak jest, gdy piszę: felieton, książkę, list, wpis na Substacka. Cokolwiek. Milczę sięgnąwszy czarnej kropki jakiegoś życiowego dna. To jest głuche milczenie. Milczę i czerpię siłę z tej czarnej dziury. Za jakiś czas wszystko zamieni się w słowa. Zawsze tak jest. Nas, opowiadaczy jest wielu. Nie każdy się tym chwali, nie każdy ćwiczy, nie każdy przyznaje się do tego, że przekłada wyobraźnię na materię (bo tak to jest, tak jest), nie każdy krzyczy, że poezja jest drogą wyjścia z wielu sytuacji. Niektórzy opowiadają siebie tylko bliskim. Niektórzy nie wychodzą z szuflad. Ale i tak świat i życie nam wszystkim się wydarza. Kluczowe jest panowanie nad fabułą. I tego dotykam tutaj, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie opowiadacza: hej, ale kto to mówi? i nucę sobie: Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. Jesteś fabułą. Jestem fabułą. A potem, już jako fabuła, pragnę zostać Homerem swoich czasów ;) Jest nas wielość: Opowiadaczy - Homerów - fabuł. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Nieustannie łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.

  • Rafał Różewicz – Wiersze celowo zepsute. O „Przeciwwierszach” Juliusza Pielichowskiego

    Książki z wierszami dzielę na zbiory wierszy i książki poetyckie. Bierze się to stąd, że w mojej opinii tym drugim bliżej jest do projektu, czyli pewnej zamkniętej i przemyślanej od początku do końca całości. Taką książkę charakteryzuje wyraźny motyw przewodni, jak choćby powracający w różnych konfiguracjach obraz lub figura-bohater, będąca pewną „stałą” wielu wierszy i jednocześnie ich siłą napędową. Zwolennikiem takiego spojrzenia na utwory, jako na coś, co warto nie tyle co napisać, ile właśnie „zaprojektować” w ramach pewnej, przyjętej struktury jest choćby Tomasz Różycki. Jego Kolonie (2006) czy Księga Obrotów (2010) są świetnymi przykładami projektów o nazwie „książka poetycka”. Oczywiście, pisanie pod raz przyjęte założenia ma swoje liczne wady i pułapki. Różyckiemu zdarzało się w nie również wpadać, zwłaszcza wtedy, kiedy wiersz stawał się koniecznością, czyli wymuszonym trybikiem w maszynie, jeszcze jednym utworem przybliżającym poetę do realizacji planu. 88 „ósemek” wykorzystujących te same motywy i rekwizyty? Proszę bardzo. Zafascynowany projektowaniem i cyklicznością jest również Juliusz Pielichowski, poeta i tłumacz, autor Czarnego organizmu (Instytut Mikołowski, 2019) i laureat, jak dotąd, jedynej edycji Nagrody FEJM, przyznawanej za najlepszą debiutancką książkę poetycką roku. Jego najnowszy projekt Przeciwwiersze znacznie różni się od debiutu. Choć premierowe utwory są jakby bardziej przystępne, to jednocześnie nastręczają wiele trudności. Mimo że pozornie wszystko wydaje się tutaj prostsze. O ile w Czarnym organizmie Pielichowski bawił się przecinkiem, tworząc dzięki temu nowe komunikaty, których sens następnie podawał w wątpliwość, tak w Przeciwwierszach postawił na zwykłość, powszechność i dość typowe rekwizytorium. Zniknęła więc zabawa interpunkcją, wiersze przestały być aż tak poszatkowane, zaczęła u autora dominować płynność, trywialność i zwyczajność, również w opisie świata przedstawionego. W tym miejscu wnikliwy czytelnik, zarówno książki, jak również tej recenzji powinien zadać sobie pytanie: czy takie pisanie może być interesujące, skoro to wszystko już gdzieś czytałem i słyszałem? Kiedy poeta nie sili się na oryginalność, nie zamierza zadziwiać, lecz robi wszystko, żeby to, co pisze było dziwnie znajome? Przyznam, że i ja początkowało wpadłem w pułapkę banału zastawioną przez autora. Mojej lekturze towarzyszyło pewne rozczarowanie. O Przeciwwierszach początkowo myślałem, jako o kroku w tył. Jednak coś nie dawało mi spokoju i zmuszało do sięgania po tę książkę ponownie. Tym czymś była wspomniana trudność tkwiąca w pozornej prostocie formalnej tych wierszy. Czytałem te utwory i – choć wszystko wydawało mi się dość zwyczajne i oczywiste – to jednocześnie nie do końca rozumiałem, co autor chciał mi przekazać. Okazało się bowiem, że to nie poeta tkwi w pułapce drugiej książki, ile ja, jako czytelnik, tkwię w pułapce komunikatu. Kwestia tego, jak możemy komunikować się ze światem zewnętrznym i jakie zagrożenia płyną z takiego, a nie innego zastosowania języka, od początku znajdowała się w orbicie zainteresowań Pielichowskiego. Autor drwił ze środków interpunkcji i naszych, wyniesionych ze szkoły przyzwyczajeń i schematów. W Czarnym organizmie mieliśmy do czynienia z uwolnieniem komunikatu od dyktatu przecinka poprzez jego... nagromadzenie. Tymczasem w Przeciwwierszach mamy do czynienia z sytuacją zgoła odwrotną. Czyli ze schowaniem komunikatu pod warstwą pozornie trywialnych obrazów i dobrze znanych nam rekwizytów, które mają uśpić naszą, czytelniczą czujność. Dlatego wydaje mi się, że rozumiem dość prowokacyjny tytuł książki. Pielichowski jest nie tyle, co przeciw wierszom, przeciw tzw. „polish school”, którą w licznych utworach wyśmiewa choćby Grzegorz Wróblewski, mając na myśli zbytnie przywiązanie do języka metafor obecne w poezji polskiej, ile jest przeciw naszym przyzwyczajeniom, jeśli chodzi o odbieranie tego, co jest nam przedstawiane. To stąd tzw. „przeciwwiersze” celowo są wierszami pozbawionymi energii, wierszami, zaryzykuję stwierdzenie, zepsutymi. Są po to, żeby po raz kolejny zdemaskować nasze schematyczne myślenie o świecie zewnętrznym i płynących z niego zagrożeniach. Nie po raz pierwszy mówienie do otoczenia jego językiem ma być impulsem do działania, reakcji. Co jednak w sytuacji, kiedy mówienie o czymś zamienia się w pozorne mówienie o niczym, bo w mówienie o uniwersaliach, czyli de facto o wszystkim? Czy odbiorcy nie przejdą nad takim postawieniem sprawy do porządku dziennego? Kiedy w świecie-nic chcemy powiedzieć również  „nic”, żeby uzyskać… coś? I tutaj dochodzimy do wspomnianego świata przedstawionego w tych utworach. Jest to świat jakby „po wszystkim”, w którym to, co już miało się wydarzyć – się wydarzyło. Siwczykowe Centrum likwidacji szkód. Krajobraz księżycowy. Świat martwy. Czy można go ożywić, opisując to wszystko, co zamieniło się w pustkę, w „nic”? Czy działanie równa się ożywianiu, czy jedynie przypominaniu o tym, w jakim miejscu, jako ludzie się znaleźliśmy? Bo te wiersze przecież raz jeszcze mają za zadanie przypomnieć nam takie tematy, jak miłość, śmierć, samotność czy sens pisania. Mamy tutaj do czynienia z zaplanowanym powrotem do podstawowych spraw determinujących nasze istnienie czy działanie. To jednak coś więcej niż odkrywanie tajemnicy zawartej w najprostszych, rzekłbym, pierwotnych rzeczach. To, co jednak łączy obie książki to przypomnienie roli instynktu w naszym życiu. W Czarnym organizmie samczy instynkt zdobywcy pchał podmiot liryczny ku władzy rozumianej dwojako: jako władzy nad organizmem kobiecym, czyli jej ciałem i jako władzy nad organizmem państwowym. W obu przypadkach chodziło o posiadanie, dominację.  W Przeciwwierszach dominuje natomiast instynkt przetrwania, chęć zapisania i nadpisania „pustki”. Przypomina się tytuł drugiej książki Waldemara Jochera Przetrwalnik. Zarówno u Pielichowskiego, jak i Jochera nasze życie stało się zmechanizowane, sztuczne, zależne od systemu, nowych technologii, które coraz bardziej stają się częścią nas samych, naszego „ja”. Konieczne więc stało się zatrzymanie, nawet chwilowe, wzięcie ożywczego (życiodajnego?) oddechu. O ile do wspomnianej „walki o oddech” Pielichowski zaprzągł w debiucie wspomniany przecinek, tak w drugiej książce zaprzągł już do tego cały wiersz. Przeciwwiersze składają się bowiem z cykli wierszy-wszywek. Można je potraktować, zarówno jako przerywnik i konieczną pauzę w poddanym dyktatowi cywilizacji śmierci…życiu albo (znów!) odwrotnie. Bo gdzie ten oddech, skoro wszywki są gęste, celowo rozbuchane, pełne słów, tak jakby przecinek z debiutu rozrósł się i ewoluował? W epoce nadmiaru, nie tylko dóbr, ale i konfliktów, począwszy od katastrofy klimatycznej, przez pandemię koronawirusa, aż po wojnę, taka ewolucja wcale nie jest niemożliwa. I wydaje mi się, że te właśnie wszywki są tym, co może łączyć Przeciwwiersze z Czarnym organizmem. A zatem nie radykalna rewolucja, lecz przemyślana i powolna ewolucja. Mimo że i tak obie drogi prowadzą nas do nieuchronnej katastrofy. Wspomniałem powyżej o uczuciu nadmiaru, które towarzyszyło lekturze drugiej książki Pielichowskiego. I nie jest to przypadek. Czytając najnowsze utwory poety miałem wrażenie potykania się o słowa, taplania się w błocie. Są gęste, lepkie i – przy całym doborze zwykłych rekwizytów – łatwo jest się w nich zgubić. Wspomniane wszywki również idealnie wpisują się w strategię spowalniania lektury i paradoksalnie mogłyby nigdy się nie kończyć. Tak jakby autorowi zależało na tym, żeby wiersz, jaki by on nie był, istniał po to, aby nas co jakiś czas zatrzymywać i przypominać nam o tym, o czym wolimy nie pamiętać, o czym nie chcemy mówić. A nie chcemy pamiętać o tym, że władzę nad nami sprawuje biologia, że jesteśmy – właśnie – organizmami śmiertelnymi i agresywnymi, które nie do końca jeszcze panują nad instynktami. Co jak co, ale Pielichowski wierzy w siłę słowa i pisanie traktuje bardzo poważnie. Antyświat chce więc zwalczać właśnie przeciwwierszami. Tylko czy ta ambitna próba wyciągnięcia nas z odrętwienia, które wzięło się z nadmiaru negatywnych wydarzeń i przytłoczenia odpowiedzialnością, może zakończyć się sukcesem? Cóż, w pisaniu chodzi chyba o podejmowanie wyzwań, w większości skazanych na porażkę. Tylko to nie wiersze Pielichowskiego są porażką, przeciwnie: są celnym komentarzem do ginącego świata. Bo jeśli jedynie słowa nam pozostały, może tak właśnie powinny wyglądać i wybrzmiewać te ostatnie? Zwyczajnie? Przeciwwiersze to ważna książka, choć skromna zarazem. Pielichowskiemu więcej niż dobrze udało się przejść test drugiej książki i udowodnić, że „projektowanie” nie musi polegać na usilnym dopisywaniu brakujących utworów, w ramach z góry narzuconego sobie konceptu. To wspomniane zapisywanie „pustki” przebiega naturalnie. Nie możemy więc tutaj mówić o jakichś powtórkach, czy o zbędnych utworach. Szkoda tylko, że WBPiCAK zmieniło format wydawania książek na kieszonkowy, przez co mam nieodparte wrażenie, że pozornie tak „zwyczajnym” wierszom, jak wierszom Pielichowskiego coś ten format jeszcze odbiera. I umniejsza, czyniąc z jego niepozornych wierszy jeszcze bardziej niepozorne „wierszyki”. Nawet jeśli chodzi w nich o tak kluczowe kwestie, jak losy świata, a zwłaszcza losy poezji. Juliusz Pielichowski, Przeciwwiersze, WBPiCAK, Poznań 2023. Rafał Różewicz (ur. 1990) - autor trzech książek poetyckich m.in. Po mrok (2019), Podwójna ciągła (2022) oraz powieści Land (2022). Nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius i dwukrotnie do Nagrody Kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski, ukraiński i rosyjski. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

  • Marek Kucak – sześć wierszy

    sprawca nie pozbawiaj się ojca szczególnie kiedy leżycie w tym samym szpitalu psychiatrycznym biorąc garść tabletek rano i garść tabletek wieczorem nie łatwo jest go przepędzić kiedy przebywa na oddziale dla schizofreników tak samo wiele potrzeba aby zapomnieć o wszystkich żywych i umarłych kiedy jest się w izolatce (dajcie mi haloperidol) i trzeba ciągle wracać do Pawłowic lub Lipnika [za ścianą umiera mój ojciec] za ścianą umiera mój ojciec lecz ja do niego nie pójdę nie powiem tato jestem poetą i mogę unieśmiertelnić cię w wierszu ja do niego nie pójdę kiedy chory leży w pasach po paranoidalnym widzeniu się (dajcie mu Haloperidol) muszę odciąć pępowinę oddalić się do innego skrzydła gdzie nie dosięgną mnie jego obłąkańcze krzyki szczególnie zaś zadbać o siebie w sali obok umiera mój ojciec tracąc język inny niż żargon schizofrenii a ja nie jestem w stanie jakkolwiek mu pomóc (dajcie mu choć Relanium w zastrzyku) odlot jeszcze mogę stąd wyjść rozwinąć skrzydła kiedy mój ojciec kurczy się w sobie i coraz trudniej odnaleźć do niego drogę dzieli nas wszakże ściana izolatki i jasny anioł choroby któremu rosną skrzydła z naszych krzyków chciałbym przenieść się do innej części szpitala z dala od ataków mojego ojca wszakże jestem poetą mogę w każdej chwili stworzyć to i owo na nowo (dajcie mu chociaż Zolafren) znamię nie pozbawiaj się ojca nawet jeżeli robiłeś to dotąd całe życie spójrz gdzie skończyłeś nie gorzej niż ten którym nie chciałeś się począć w katowickim szpitalu psychiatrycznym w którym przebywał uprzednio mój tata oddziałowa kojarzy nazwisko nawet jeżeli chciałem się go pozbyć lecz ostatecznie nie przepędziłem jak wszystkich żywych i umarłych których przynoszę na oddział pełne kieszenie Olmów Sierków i Półtoraków lub słów tak pięknych jak maszkiety tak kolorowych jak serwet ruch i opór na szczęście nie zasiedziałem się ani w Hałcnowie ani w Pisarzowicach nawet u Sierkowej byłem krótko i już muszę wracać do Pawłowic ileż razy przetnę jeszcze granicę cesarsko – pruską i do ilu rzek będę wzdychał tak często jak do Białej zanim dotrę do kropki nad ypsylonem lub będę mógł położyć się nad Sołotwą przeczytać nekrolog Niewęgłowskiej zobaczyć upadek gwiazd plum plum plum w nicość i nie rozmyślać nad okrucieństwem katowni bielskiej UB przy ulicy Krasińskiego 30 tabula rasa poeta to ten kto każdego dnia godzi się z pustą kartką nie wypominając jej bezpłodności po jakże owocnej nocy kiedy śnił sto wierszy o miłości lecz nawet jeden się w nim nie zapisał ze wszystkich snów żaden nie może być trwalszy od kwiatu pomarańczy kiedy rano jestem bezpłodny niegodny wyrazów co splatają się w ustach jak języki przy pocałunkach poeta to ten któremu słowa objawiają się na ulicy w kształcie kobiecych bioder a on nie rzuca się na nie i tylko kiedy niekiedy dostaje ochłap Marek Kucak (ur. 1992) – studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Laureat kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikował m.in. w „Helikopterze”, antologii Wiersze i opowiadania doraźne (2019 oraz 2020, Biuro Literackie). Finalista projektu Biura Literackiego na książkę poetycką (2019 oraz 2020).

  • Juliusz Pielichowski – pięć wierszy

    Plac Inwalidów Chory wróbel umiera wtulony w piwniczne okno. Kobieta pokazuje ubrania innym kobietom. Wszystko jest na sprzedaż, mówi. Życie to handel żywym towarem. Zgarniasz i wyrzucasz do śmieci resztki ciał, których nie zjedliśmy: ości, skórę, trochę warzyw. Aparat mowy to pierdolony pistolet. Przystawiasz go sobie do głowy. Jakieś dziecko na ulicy krzyczy, że jest człowiekiem. Jesteś po jego stronie, ale przyglądasz się matce, jej piersiom mleka pełnym nie dla ciebie. Światy, w których żyłeś, zostały odłączone. Słychać gdzieś echo, to z serca. Czas rozłożony w czasie, poprzez czas. Ta znajda w tobie. Te zapiski, strzępienia. Tak wyglądają ludzie, w których brakuje słów. Tak wygląda plac w tobie, na którym się nie spotkamy. Teraz już będzie tylko ona, rozpacz. Ten rozpad. Wszywka o poezji widmowej Gdy umarł twój brat, nie dowiedziałeś się. Przez kilka miesięcy. Nikt się nie dowiedział przez kilka miesięcy, że umarł twój brat. Gdy potem ty umarłeś na kilka miesięcy, nie dowiedziałeś się, przez kilka miesięcy, że to byłeś ty. Nawet teraz tego nie wiesz, choć wyraźnie słyszysz głos, który mówi ci o tamtej śmierci, niezauważonej. Z jego domu zapamiętałeś trudną do objęcia rozpacz, w której swój koniec znalazły tysiące błyszczących much, niczego nieświadomych. Zanim zdechły, zjadły jego ciało. Zamiatałeś je przez wiele dni. Teraz oglądasz w sobie jego widmo. To ty, trochę tylko starszy. Wszystko nosi w sobie coś innego, o znajomej twarzy. Jest bliższe niż cokolwiek, co można zobaczyć na powierzchni. Zwłaszcza, gdy się patrzy tak, żeby zobaczyć. A czasami tak właśnie się patrzy. Z martwego 1 Te wiersze. Jakbym wszedł do domu, w którym ktoś umarł. 2 Z martwego domu te wiersze. Z martwego domu te słowa wyprowadzane przez martwych ludzi, do ludzi bez wyjścia i bez wejścia. 3 Martwy język czegoś od ciebie chce. Nie rozmawiaj z nim martwym językiem. Nie potrzebujesz więcej tej śmierci. Całe życie się o nią ociera teraz. 4 Nasłuchują wiersze. Nie odchodzą tylko nasłuchują. Są czymś większym, niż sobie wyobrażałem; są z czegoś większego wyrwane, wydalone. 5 Dotyka i uśmierza. Wodzi palcem po zwojach, rozwija je i zostawia, zaspokojone. 6 Ten wiersz, etui na oko, które nic już nie widzi, tylko patrzy. 7 Spotykam go w ciele, z którym mnie łączy. W innych ciałach nie spotykam nikogo. 8 Te miejsca na wiersze z innego języka, pustoszejące. 9 Przychodzi znikąd i mówi: zajmijcie się nim, jego bełkotem. Zajmijcie się mówiącym wierszem w nim, samym. 10 Co mówi, to nie jest coś do powiedzenia. To tylko słowa, zasłyszane. Tu zwracane. 11 Te wiersze, donikąd, to bezdroże, które chce najbardziej samo w sobie. Jego ujadanie. Jules dans l’ascenseur Z kolejnym miastem robisz się bardziej, samotny. Nierzeczywistość w sercu miasta. Miasto w sercu nierzeczywistości. To końcówka, dalszego ciągu nie będzie. Są we mnie czyjeś sny, które zszywam. Jest we mnie grób nieznanego, coraz głębszy. Ten język z osierdzia jest, ze środka. Miałem ci w nim coś powiedzieć, ale zmieniłem zdanie. A może to zdanie zmieniło mnie. To jedyne zdanie, którym się stałem. Widziałem dziś jego cień, jak włóczył się po mieście, bez człowieka. To inne, oko. Nie wiesz, czyj jesteś. Nigdy nie wiedziałeś. Blizny, nimi szedłeś naprawdę. To te miejsca w tobie, w których nawiązałeś z nią kontakt. Nie wiesz, czym jesteś. Nigdy nie wiedziałeś. Teraz trzymasz w rękach coś jak słońce, coś głęboko ironicznego. To happy end. Nie wiesz, czy jesteś; nigdy nie wiedziałeś. Jedziesz obcym wierszem, jak windą, zawsze w dół. W lustrze wyświetlają już twoje wnętrzności. Z kolejnym miastem roisz się bardziej, samotny. Zwierzęta nocy Andrzejowi Sosnowskiemu Śnisz, czy o drogę pytasz. Wytraca się poczucie realności. Our small hours. To człowiek, we mnie, który podważył noc. On żyje też w tobie, dottore. Co raz weszło do wiersza, już z niego nie wyjdzie. Tej nocy przyszedł jakiś chłopiec, mówił przez sen. Nie mówił nic, czego sen nie potrafiłby się domyślić. Pozwoliłem mu się zabrać. To zdanie, pomyślałem, i tak nie przeżyje kolejnego nalotu. Zjawi się inne i połknie je – ciemną przynętę, którą jestem. Choć to mógł być inny wiersz, z bliskiego wschodu słońca. Kto przed snem odmówił wiersz, zostanie uprowadzony. Wcześniej tylko powtórzy się sobie obce nie-pytanie: śnisz, czy o drogę pytasz. I pójdzie sobie gdzieś dalej. Juliusz Pielichowski (ur. 1984) – autor tomów wierszy Czarny organizm (2019) oraz Przeciwwiersze (2023). Przekłada na język polski eseje i pisma H. D. Thoreau (O chodzeniu –wybór z „Dziennika”, „Literatura na Świecie” nr 9-10/2020). Przygotował wybór szkiców i opowiadań Elizabeth Bishop (razem z Andrzejem Sosnowskim i Marcinem Szustrem 2020) oraz – z angielskiego przekładu – spolszczenie zaginionego opowiadania Marka Hłaski Diabły w deszczu (2020). Współpomysłodawca i członek Rady Programowej Nagrody Dramaturgicznej im. Tadeusza Różewicza.

  • Mateusz Lisowski – cztery wiersze

    Liston Churchill Lis Albionu wykasływa słowa do whisky to stałe zagrywki to dziś bierze gryzki szklanki ostrząc arsenał języka za nic ma słowo śledzika podanego na cześć śliskim osobom dyktatorom katatonicznym ich logos milczy kiedy nie liczy się banknot cygarIqos pośwituje mu w dłoni od monotonii się wzbrania schrony znajduje na baniach przyjaciół którym okazjonalnie wchodzi na łeb ale but zdejmie przejmie się i nimi mają jego słowo poda suma na cześć ślicznym osobom bo kocha mimo że zazdrocha nieco zdrowszych głów junkie junkier nie starcza mi luster                             w półśnie o szklankach ubity cukrzanie w migdałach nie panuję nad marcepanem nad zielonymi szałasami których jestem arcy panem moje duszne latyfundia za złamanego funta wymagają spacerów w kapciach przez porozbijane ega przyjdź popaplać poplątać pyszny język przyjdź przeżyć chochliczne imp                                                                                     rezy przyjdź przeleżeć przaśny tydzień pospadać z rynien powbijać wzrok w sufit aż się na coś nawrócisz aż ucałujesz moi w policzek oblicze bez obliczeń moi w sprawie szkiełek jestem konserwatywny lub koneserem lub konserwą nerwom na deserek w sztywnej ramię funduję latyfundia morze przestrzeni o smutnej zawartości która mieni się wtórnie                              bo za długo wbijam wzrok R60 freestyle smutne wagony rzeczy którym marzą się pagony toczą się koleją a przeciw dzisiejszym dziejom kolei przeczy osobisty Rejtan przeciwko kolejnemu z kolei prostych torów niewyboistych kolejnych z kolei powyżyna Katarzyna Aleksandryjska patronka zabierze prąd! konie da! wiśta wio!                   kawalerzy co z niej za mizantrop kawa leży na żołądku klikamże w cuś aż brzusio puści i ulży z główki poleci wolność                      koleją jelit znajdując ujście w dolnej partii ple  ców                                           \/ incydent nietakurtkowy bramka głodna identyfikacji pyta mnie o kartę wejścia do budynku ta… zapomniana w innej kurtce leży pełna gracji razem z chęcią tłumaczenia się ta… cóż za nietakt cóż… dziś chyba nie wejdę dziś chyba będę się lenić dziś chyba nie jestem szczurkiem dziś chyba pójdę do łazienki siać dżumę on company time gdyż jestem wise za prawem do trucia trucicieli Mateusz Lisowski – lekko autystyczny, w pełni autentyczny mieszkaniec Ząbek, które można w gruncie rzeczy zaliczyć do suburbii. Szczęśliwy posiadacz złamanego nosa i blizny przy nim. W życiu kocham przede wszystkim słowa i rower. Codziennie uciekam w ocean tych dwu uciech i wesoło się w nim taplam, choć po moim nosie można wnioskować, że bywa tam niebezpiecznie.

  • Katarzyna Zając – pięć wierszy

    Kardiogram Chciałam wejść do katedry pełnej światła, wzniesionej z dębów i buków, sięgającej wieżami nieba. A wędruję przez sterylną ciszę szpitalnych korytarzy, wciąż nie wiedząc, czy usłyszę, że pacjent żyje. Tak, jeszcze czuć puls. Po długiej nocy, kiedy wszystko zawisło na zielonej drobince mchu, pojawia się promień słońca. Krytyczne godziny minęły, ale chory wciąż balansuje na granicy życia i śmierci. Widzę wokół martwe ciała drzew, broczące krwią konary, ranne czeremchy i głogi. Nie śpiewa żaden ptak, przez drogę nie biegnie sarna. W napięciu wpatruję się w poszarzałą twarz lasu, czekając, aż rumieńce zabarwią policzki, spojrzą na mnie nieprzytomne i zamglone oczy. Wznoszę modlitwę do samotnego drzewa, na którym wyryto szkarłatną literę. I goreje we mnie jak krzew płonący. Drzewo oliwne. Baranek ofiarny. Mówi: mam dwadzieścia cztery lata ocalałem prowadzony na rzeź. W jego koronie dwa kruki wiją swoje gniazdo. Ich mroczny krzyk przenika jak lodowaty podmuch wiatru. Czerwona gwiazda W mroku łęgu narodziła się po raz drugi. I pierwszy raz umarła. Przyciśnięta przez mężczyzn do ściółki. Wdychała zapach grzybni i mokrych liści. Księżyc wschodził w pełni. Z każdą chwilą ubywało bladego i niewinnego ciała. Nie pomogły ostrzyżone włosy, zbyt luźne ubrania chłopaka. Kiedy jej księżycowe ciało uniosło się ponad lasem, przestała istnieć. Nim odeszli, splunęli na nią. W brzuchu wyrosły kolczaste chwasty. Odtąd stała się starą wariatką, choć miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Zbierała rośliny, rozumiała mowę lasu i ptaków. Sprzedawała zioła, owoce i własne sery. Zamieszkała na uboczu, stroniła od ludzi. Jej najbliższą rodziną były drzewa i hodowane zwierzęta. Teraz przycupnęła w lesie. Szóstym zmysłem słyszy, że znów maszerują żołnierze, świszczą śmiercionośne kule. Niebo ma smak piołunu, kiedy wschodzi na nim gwiazda w kolorze krwi. Rozdrapuje palcami mokrą ściółkę, krztusi się ziemią, ciężko łapie oddech. Chciałaby być podobna do rosochatej wierzby. Połączyć się w jedno z jej korzeniami i posiwiałymi włosami. Umrzeć drugi raz. Przestać jak zjawa krążyć między światem żywych i umarłych. Wypluć z ust zdławiony krzyk, nim rozpłynie się niczym trujący opar znad bagien. Gęsta czerwień Skapuje kroplami z maków – a razem z nią dym i pył, stukot żołnierskich butów, marszowa melodia. (To nie dźwięki migawki, łapane w pośpiechu kadry). Światło drży, jakby stało się ranne. Wycieram o trawę poplamione palce. I kołyszę, mocno kołyszę – nabrzmiałe czerwienią spódnice, i ukryte w nich puste kołyski-kołysanki dla nienarodzonych dzieci makowych panienek. Światłoczułość Było to lato, które stawało się już jesienią. Jak słońce, które zniżając się ku zachodowi kładzie przed sobą coraz dłuższe cienie (…) William Faulkner „Światłość w sierpniu” Światło rodzi się w sierpniu, kiedy ziemia nabrzmiała od zbiorów pęka jak skóra złotego węża, którego przed wiekami wypędzono na moczary. Na dłoń dziecka wysypują się ziarna. Powietrze drży od upału – duszne od wibrujących skrzydeł, lepkich plastrów miodu wyciąganych z uli. Na polach tańczą słoneczniki, przy drogach złocą się nawłocie. Wchłaniamy miękkie światło i kolory, na chwilę zapominając, że ziemia wydaje obfity plon z bezsennych nocy, mrozu i szczękających zębów, samotnych łez i krwi. Rozkoszujemy się dniami pełnymi słońca – sennie zawieszeni na hamaku z pajęczych nici. Pod dom podpełzają mgła i niewidoczni dla nas umarli. Nie wiemy, że zbliża się pierwszy szron. Na skroniach. Otwieramy drzwi do ogrodu. Niepostrzeżenie wchodzimy do tunelu, z dreszczem dotykając martwych dłoni. Po długiej zimie rozmarzła ziemia Można wyciągnąć z kokonu skrzydła, odurzyć się zapachem pąków, podziemnych łodyg i korytarzy, w których krążą soki. Skrzydła stają się coraz lżejsze. Już nie pamiętają ostrych szpilek szronu, szaroburych, jednakowych dni. Znowu nadejdą coraz krótsze noce, a ćmy będą tańczyć w gęstwinach ostrężyn i paproci. I będą śpiewać: Jestem piękną Sulamitką, o wąskiej kibici i dorodnych biodrach. Jestem ulepiona z mleka i miodu, nasyć mną dziś głód, zliż z ciała całą słodycz. A jeśli spojrzysz ukradkiem na roztańczone, skrzydlate cienie, zauważysz, że w oku noszą zastygłą grudkę soli – słony karmel, bardzo słony karmel. Katarzyna Zając (ur. 1977) – ukończyła ochronę środowiska na Uniwersytecie Opolskim. Debiutancki tom wierszy Pęknięcia (2011). Publikowała w prasie literackiej, m.in. "Latarni Morskiej", "Frazie", "Migotaniach, przejaśnieniach", „Okolicy poetów”. Laureatka wielu konkursów poetyckich, m.in. OKP im. K. Ratonia (2010), XVIII OKP im. Rafała Wojaczka (2009), OKP im. M. Stryjewskiego (2023). Pasjonatka przyrody i fotografii przyrodniczej. Mieszka w Ozimku.

  • Karolina Sałdecka – dziewięć wierszy

    Powiedz mi tak jeśli chcesz mieć truskawki musisz wyjebać chwasty jeśli chcesz mieć chwasty musisz wyjebać truskawki G. Ryczywolski *** (chwasty siedzą głęboko…) maliny są twarde i smakują lasem. para Afgańczyków zrywała je nad ranem. może przeżyli może nie. układam na kuchennym blacie kształty z noża i zapałek. są tam figury geometryczne i człowiek. podczas spotkania online, które nazywamy callem, płaczę, szerując ekran i key performance indicators. rozlewam się i tężeję jak wosk: od zawsze wierzę w miłość, a dostaję awans. Przyczepy moja przyjaciółka mówi że ma problem z przyczepami ścięgien dlaczego widzę przyczepy pełne ścięgien? pod powiekami dla P. ty piasek ja błoto a wokół nas memy które tworzy się teraz nawet o śmierci świat dalej płonie kiedy spokojnie jadę rowerem przez puste miasto jest pełnia lata jeśli ktoś powie że kłamię będę nadal jeść truskawki początek i koniec wołają do mnie z bram pewnie nie wiesz jeszcze że mogę płynąć w nieskończoność i nigdy się nie męczę wciągają mnie twoje otwarte wody Sola dosis facit venenum zaczęło się tak że nikt niczego nie chciał: tłusty Egipcjanin z siwym wąsem i podobnej szarej galabii palił papierosa przy wejściu jego oczy jego dusza pył jego serce pył mimo to właśnie ten dzień pamiętam najbardziej ze wszystkich innych w tamtej chwili zrozumiałam że najbardziej słoną kroplą kiedy wychodzę z morza (bez tchu) jesteś ty Abu Simbel w starożytnej świątyni ludzie depczą sobie po palcach układają oczy włosy usta do zdjęć a przecież to na nic na ścianach wojownicy niewzruszenie strzelająz kusz przez sufit biegną czarne postaciktoś wylewa puchar z winem albo truciznązasypia ucieka przepada w ciemnościtak naprawdę nikt nie lubi tej świątyni wloką się do niej autokarami w środku nocy obowiązkowy konwój przenosi wszystkich do światła (co z tymi którzy pozostają w mroku?) faraon jest dumny i ma spokójrazem z piękną Nubijką spoglądają w stronę jezioranic sobie nie robiąc z porwań francuskich turystówi petów rzucanych na piasek w dużym markecie o niemieckiej nazwie pytam o chleb z ukrainy nie ma i nie będzie ale możesz zrobić go sama z zaplecza wychodzi do mnie piekarz wystarczy że najebiesz tam dużo kolendry kotku powiedział i masz swój chleb tak jak chciałaś tak jak oni mają nasze wszystko może mu dobrze w piekarni a jego mowa ma być bardzo crispy w polskim ciepłym smrodliwym piekiełku czuję jak jego skóra pachnie vifonem pikantnym z pietruszką Dwa słodkie wiersze krew w środku krzyczy biegnij zanim strach podstawi ci nogę nie lubię mężczyzn kiedy mówią nie myśl nie da się w nich na nowo zanurzyć są jak wyschnięte źródła wszystko się wtedy kończy: świerszcze piszczą jakby zjadały własny odwłok drzewa umierają w białym świetle księżyca jeszcze mieszka żar ale coraz słabszy ratuje mnie zapach rozgrzanych w ciągu dnia traw i liści mój przyjaciel lekarz podłącza mi wenflon mój przyjaciel lekarz miał już wychodzić z pracy dlatego jest w stroju kolarza mimo to zakłada gumowe rękawiczki zamiast tych na rower wpływają we mnie strużki poltramu ketonalu pyralginy rozmawiamy o ranach i złamaniach żeby odwrócić uwagę od palącego przedramienia po chwili jest nam lepiej wkładamy pod język dwa słodkie wiersze W ostatni dzień roku wymroziłam wszystkie moje kwiaty żeby sprawdzić śmierć (czy jest nieodwracalna). badylaste trupy widzę tylko przez szybę o ile zdecyduję odsłonić rolety. niedaleko rosja strzela do prawdziwych ludzi jak w grze. boję się: oddychać pić kawę prasować odkurzać jeść klopsiki w occie kochać mężczyznę (którego i tak kocham) podawać psu leki przytulać dziecko narzekać na pracę i durną szefową a przecież jest rosja. przyjdzie i po to Wadi El Gemal pociągi lądują jak wielkie statki kosmiczne ludzie szarpią mięso na tyłach starych magazynów kurwa mać płyną zdławione głosy bez koloru (gdyby były chociaż czarne) mgłę można przecież pić podzielić na hausty albo dopiero w gardle próbować dźwignąć ludzie szarpią wszystko co się da szarpią nawet cegły na tyłach starych magazynów ptaki pikują za szybko ku wilgotnej ziemi śnieg wypala rany po rosyjsku nocne statki kołują na oparach Karolina Sałdecka – polonistka i romanistka, doktor nauk humanistycznych. Publikowała m.in. w „Twórczości”, „Kwartalniku Literackim TEKA”, na stronach internetowych „Dekady Literackiej”, „Arteriach”, „Blizie”, „Autografie”, „Znaku”. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich. Autorka zbiorów wierszy: Na własne oczy (2011), Psi blues (2016), Wieżowiec: zero (2020), Rekuhkara (2021), książki Żyjemy wciąż jeszcze na rusztowaniach. Wizerunek kobiety w polskich powieściach doby realizmu socjalistycznego (2013) oraz powieści Psycho Killer (2016). Mieszka w Bydgoszczy.

  • Jacek Sadkowski – wiersze 

    Sanctus Czy ryby jeszcze drżą w oceanie Czy wiatr się zrywa czy bije dzwon Czy przyjdziesz znów daleko stąd Opowieść zimowa, Armia sroka na brzozie kawka na wierzbie niebiański wilk księżycowo mlaszcze niebieskim jęzorem. wiatr wieje. [nie obchodzą ich ludzie] [nie ma nas w ich świecie] wiatr wieje tam gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża. tak jest z każdym, który narodził się z Ducha*. a kto tu narodził się z Ducha? tu nie wolno nikomu podążać tam gdzie chce. nie ma nas w Duchu. Ducha nie ma w nas. wymyśliliśmy sofizmy teizmy agnostycyzmy hermeneutyki solipsyzmy niestyczne linie styczne niestykające etyki dialektyki nakazy zakazy. stosy kazamaty. trucizny. wszystko co jest nakazane jest zakazane. nie ma w nas zdolności widzenia Ducha. oślepliśmy. z Niego i z Nim jest brzoza sroka wierzba kawka niebiański wilk o księżycowym spojrzeniu. [nie obchodzą ich ludzie] [nie ma nas w świecie] ______________ * J 3, 5-8 Róża Różewicz Kadżagugu na lekcji polaka w ogólu wiecznie skacowany psor władek rozwrzeszczał się że jesteśmy bandą debili których nic nie rusza. a nie rusza dlatego że nie czytamy polskiej poezji współczesnej. a nie czytamy bo nic nie kumamy. a nie kumamy bo mamy mózgi przeżarte wiejskimi dyskotekami z chujową muzyką. miał trochę racji. klasa o profilu podstawowym czyli bez. trafiłem tam za karę na rok i czułem że zejdę przedwcześnie samopowieszony albo po zapiciu bimbrem kilku blistrów relanium. wszyscy dookoła żyli tańcami disko i kłótniami gdzie było fajniej w zeszłą sobotę - w brachlewie ryjewie czy kurwa sadlinkach rozpędzinach tudzież nowymi laskami limala kadżagugu gazebu hjumenlig. szaro zimno parszywie. to wtedy w czasie wagarów kupiłem tomik nieznanej mi lipskiej. nie o śmierć tutaj chodzi i chwycił mnie poważny poetycki haj. we łbie mi się przestawiało z wrażenia że jest ktoś kto tak myśli widzi zapisuje cudaniewidy. wyśpiewałem władkowi o lipskiej i w ogóle o tym co czytam myślę a on z pogardliwym wydęciem warg powiedział że gówno rozumiem i gówno wiem i wyciągnął z szafy tomik różewicza i przeczytał głośno że róża to kwiat albo imię umarłej dziewczyny i przez pół godziny tłukł mnie po mózgu kretyńską analizą skądinąd dobrego wiersza. a w tym czasie limal zaliczył gazebu kadżagugu z hjumenlig bzyknęli stado lasek w sadlinkach znudzone panny dłubały w paznokciach znudzeni kolesie układali poppersowskie grzywki poezja umierała we mnie rosła nienawiść do niewinnego różewicza. gdyby pisanie wierszy życie wierszem naturalne wierszożycie polegało na klepaniu drętwych formułek zostałbym fanem duran duran albo skawińskiego z kombi i wyjechał na wieczny fajf do ryjewa. katujący poezję skacowany władek i fani czajnakrajzis niczego nie kumali. nie kumali że są gotowym tłem wierszy wierszożycia zajebistego piękniejszego niż pierdyliard czerwonych róż Słodki flet i niski klucz Liryka, liryka - gorycz w piołunach, Rwijcie się, wijcie dźwięki na strunach, Obłęd wyzwolił mnie, w gędźbę przetopił, Muzyka! Muzyka! Nicość i popiół! Muzyka, Jan Brzechwa dobrze że ostatnio jakby mniej wszystkiego w okolicach głowy. jeszcze niedawno drobiazgi niepotrzebnie zajmowały dużo miejsca. niecierpliwie rozpychały się imiona tytuły nazwiska adresy. zapamiętane rysy twarzy budziły drgnienia elektryczne wibracje synaps przy rozmowie neuronów. jesień. w chłodach i szarościach przeciągłych przedświtów to wszystko niepotrzebne. wystarczy ogólne wrażenie. dźwięki. miłości. rozsypane nuty. pojedyncze słowa. trochę szepczących zmierzchem barw. przygasa świat. nazwy są nieistotne. nie wydaje mi się żeby prawda była w powiedzeniu stat rosa pristina nomine nomina nuda tenemus. nie widzę sensu w gromadzie nazw. nie chcę pamiętać nazwy róży chcę pamiętać jej ideę. to co budziła we mnie nieważne czy była różą czy pokrzywą kwiatem wilczego łyka. była różą. ideę róży zamyka w sobie flet. ideę fletu zamyka w sobie róża. jedna z kilku rzeczy które chcę pamiętać zamyka się w październikowym zmierzchu w katedrze. w muzyce którą tam widziałem. w potężnej ciemnej ciszy którą słyszałem. pięć grających dziewcząt przebranych w renesansowe suknie. próba opisania tego przy użyciu jakichkolwiek słów figur stylistycznych zabiegów jest z góry skazana na niepowodzenie. muzyki ciszy zapachu ciemności nie da się przełożyć na słowa. trzeba usłyszeć ciemność zobaczyć dźwięki nut. kije deszczowe guillaume dufay klawesy gwiaździste sklepienie josquin des prez przewodnie żebro. nieważne który rok jaka epoka. przed koncertem gdy niebo błyskało jeszcze światłem paliłem przed katedrą papierosa a z chmur wynurzył się październikowy klucz żurawi. ptaki leciały nisko nad zamkowym dachem zdawało się że mogę dosięgnąć je ręką. może to kiczowaty lanszaft sentymentalne wspomnienie banalnych ptaków i nocnego koncertu a przecież widziałem i słyszałem tam czystą i głęboką wieczność bez czasu. [cisza noc ptasie nuty tercja seksta polifonia] jest jesień. jesień w chłodach i szarościach przeciągłych przedświtów. potrzeba mi tylko garści piktogramów emotikon emoji ptak lot noc dźwięk katedra cisza wieczność cisza wszechwieczność wszechcisza. Armia cieni Oko do nieba, do ziemi trup Pomiędzy tym żałosna lampa słów Cały mój świat nie znaczy nic Ja Ciebie ścigam, wołam Cię, aby żyć Światło świeć, Światło prowadź mnie! Przebłysk; Armia nie powinienem tu wracać. od początku wszystko szło źle. mówiąc prościej wyglądało to chujowo. morze gotowało się w śnieżnym sztormie. nawet czterej pijani w sztok szwedzcy nafciarze zaprawieni w bojach i idiotycznym szczaniu pod wiatr rzygali jak koty. w pewnym momencie promem bujnęło tak mocno że wyrwało mnie z fotela prasnąłem o ścianę a tablet eksplodował szkłem. dziwacznie. największa łajba na bałtyku wiozła ledwie kilkunastu pasażerów obsranych ze strachu i wsłuchanych w hipnotyczny wiatr wyjący w sklepach z tanią wódką i w salonach kosmetycznych. widmowa załoga widmowego statku. terminal był pusty. mróz. ciemność. śniegu od zajebania. żadna taksówka nie jechała za trójmiasto. na szczęście przytuliłem się u kumpla w sopocie. nocna tułaczka uberem po zasypanych bezludnych ulicach to temat na kilka wierszy. rankiem spadłem ze stromych schodów z drugiego piętra. kumpel pozbierał mnie i przerzucił sto kilkadziesiąt kilometrów do domu. a w domu było jak to w domu. bardziej pusto niż pusto. dwie zebrowate amadyny które zwykły śpiewać na mój widok tydzień wcześniej odleciały z tęsknoty na nadrealną plażę którejś z sundajskich wysp. usiadłem. siedziałem bez ruchu przez kilka miesięcy. potem rozpakowałem walizki i dalej siedziałem bez ruchu. kupowałem czasem marchewkę i podlewałem kwiaty. ni stąd ni z owąd wielka szeflera po raz pierwszy od piętnastu lat wystrzeliła jasnozielonym pędem zakipiała musującą falą drobnych kwiatów. w paru ogrodniczych forach wyczytałem że muszę mieć zwidy bo szeflerze w domu nie mogę stworzyć warunków do kwitnienia. chyba że w tropiku. ale nie. mój krzak rozigrał się kwiatami. może szeflerze potrzeba ciszy i szelestów pustki ocierającej się o pustkę. wtedy kwitnie. potem w grudniu tuż przed świętami nagle rozbłysło światło w moim korytarzu. niby banał ale żarówka nawaliła kilka miesięcy wcześniej. z nawyku przy każdym powrocie do domu wciskałem w ciemności włącznik. bez skutku. aż nagle nagłe zapłonęło i płonie światło. teraz usiłuję zrozumieć - sztorm puste miasto lot z drugiego piętra. śmierć amadyn cisza. kwiat szeflery. światło znikąd. jeszcze jestem Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Miłka Malzahn, Marcin Sas – mJAsto

    Głos i tekst: Miłka O. Malzahn mJAsto - Jestem Narratorką różnych światów. W przypadku naszej współpracy zapuszczam dren w miasto. Słucham miasta, piszę miasto, szukam miasta w mieście. To jest fascynująca przygoda. Spełniła się częściowo poprzez sztukę teatralną mJasto, którą napisałam uczestnicząc w projekcie Teatru w Rzeszowie. Sztukę można poczytać w sieci, a jej urywki, nastrojowe narracje, dźwiękowe widoki - tworzą ten Całkiem Miły Separatyzm. Przed pełnym zanurzeniem można przywołać myśl, która przydaje się w czasie eksploracji miast: Ludzki organizm jest ewolucyjnie dostosowany do jasnego dnia i ciemnej nocy dr inż. arch. Karolina Zielińska-Dąbkowska, badaczka i architektka światła z Politechniki Gdańskiej Na moje - ewolucja wplata miasto w nas. I na odwrót. Ewidentnie ;) Poza tym każde miasto, widziane z wysokości lecącego samolotu, wygląda nocą jak podzespoły połączone światłowodami, jak mechanizm służący jakiejś wyższej racji. I to jest prawda. To informacja o ludzkim życiu. Miasto – ten żywy organizm, posiada serce, płuca i arterie pulsujące przepływającą krwią, esencją życia – ludzkimi komórkami, oraz sumą i efektem komórek mieszkalnych. W komórkach mieszkamy, z komórek się składamy, w komorach mózgowych przechowujemy wspomnienia i gdyby samoloty mogły latać także w nas - zobaczylibyśmy mechanizm, bardzo precyzyjny, naładowany elektrycznie. Mieszkamy w wielu miastach. Każde z nich ma swój plan. Plan miasta. Pora rozpoznać te plany! PS. A jesteśli słowo „miasto” zamienisz na „miejsce” – otworzy się nowa opowieść. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią i dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Nieustannie łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami oraz regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok. Marcin Sas (ur. 1983) – poeta; zajmuje się muzyką elektroniczną i produkcją muzyki; całkiem miły separatysta to projekt, który trwa i nie zamierza się skończyć. W ramach projektu zrealizowane zostały nagrania z polskimi poetkami i poetami. Poezję i prozę publikował w czasopismach literackich. Aktualnie w trakcie dopisywania wierszy do książki poetyckiej. Mieszka w Otwocku.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page