Przeszukaj tę stronę
Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Karol Maliszewski - wiersz (audio)
czyta Wojciech Masacz poemać daj ja ci poemam, a ty się obrusz (z księgi) tylko ranek jest pewny dzień przynosi zwłokę i zwątpienie co zdobi bondę gówno mnie to obchodzi tylko ranek jest pewny wydęte brzuszki nadmorskich kurortów spuśćmy trochę powietrza niech zejdzie siarka i opłata klimatyczna trwają przygotowania do sezonu i referendum czy jesteś za tym by nosić małego w prawej nogawce w końcu każdy ma prawo decydować o własnym ciele wydęte brzuszki nadmorskich kurortów spuśćmy trochę powietrza z ziemi może spadną ceny z piedestału zejdą smażalnie spłyną podtrute ryby tylko ranek jest pewny cisza trwa potem dzieli się na części wdech wydech wdech oddychaj w pełnym zakresie ostatnie rabaty w tym roku wydęte brzuszki nadmorskich kurortów obrzmiałe wargi napięty cyc jedziemy do tych lal z plastiku bujają się na słonym wietrze nie mamy innego wyjścia w morze w horyzont w to wszystko kocham tego psa pisze na fejsie i wszyscy gratulują znalazł sens w życiu pies czy właściciel? tego komentującego nie lubimy podkreślamy go na czerwono tylko ranek jest pewny potem fejs przynosi zwątpienie nikt mu nie powiedział że pycha przed upadkiem teraz prezes jest zaskoczony ten autor to odkrycie a zrobiliście mu już lewatywę? przeżył? tylko ranek jest pewny dzień przynosi pytania wstrzymuje się od odpowiedzi ciąg dalszy nastąpi masz to zapewnione w piśmie od kościoła wolisz obrazek z maryją w portfelu obok innych członków rodziny dla wnuków zabrakło przegródek babcia marzyła że zostaną księżmi zakonnicami wybrali it tylko ranek jest pewny dzień przynosi komplikację i znudzenie bierze miarę po cichu na trumnę wieczoru pora spać poemacie czy jak ci tam tu już nie ma nic więcej do roboty. Karol Maliszewski (ur. 1960) – dr hab., profesor UWr., pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. Opublikował kilkanaście zbiorów wierszy i książek prozatorskich, m.in.: Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach, Nowa poezja polska 1989–1999. Rozważania i uwagi, Rozproszone głosy. Notatki krytyka, Po debiucie, Pociąg do literatury. Ostatnio wydał: Piosenka o przymierzaniu (2019), Bez zaszeregowania. O nowej poezji kobiet (2020), Czarownica nad Włodzicą. Baśnie i legendy z Nowej Rudy i okolic (2021) oraz Diabeł z Wilkowca. Baśnie i legendy z okolic Nowej Rudy (2023). Mieszka w Nowej Rudzie.
- Paweł Majcherczyk – 12 Bar Blues
Samotnicza wrażliwość Scotta Weilanda Era grunge’u, określająca lata 90 oraz pokolenie X, powoli wygasa. Odchodzą jej najważniejsi przedstawiciele: Kurt Cobain (1994), Layne Staley (2002), Scott Weiland (2015), Chris Cornell (2017) i ostatnio Mark Lanegan (2022). Na scenie jeszcze można zobaczyć jednego przedstawiciela brudnego grania z lirycznymi tekstami - Eddiego Veddera. Oczywiście, pojawiają się sentymentalne książki „Grunge. Bękarty z Seattle” (2023) Piotra Jagielskiego czy Anny Gacek Ekstaza. Lata 90. Początek (2021), które interesująco opisują ostatnią muzyczną dekadę XX wieku, zwłaszcza książka Jagielskiego przede wszystkim skupia się na genezie grunge’u (spora jej część dotyczy Mudhoney). Te publikacje, mimo swego uroku i sentymentu, nie są bez wad, pominęły analizę, wzmiankę (oczywiście nie da się o wszystkim napisać), uważam wybitnego solowego albumu Scotta Weilanda 12 Bar Blues (1998). Płyta Weilanda, jest pewnym projektem, odmiennym aranżacyjnie od dokonań ze Stone Temple Pilots czy później z Velvet Revolver, jest sumą wypadkową odwyków, rozstań, różnorodnych inspiracji; bez wahania stawiam ją obok takich milowych krążków jak Above (1995) Mad Season, Grace (1994) Jeffa Buckleya czy Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt (1994) Johna Frusciante. Krytyk muzyczny Stephen Thomas Erlewine trafnie ocenił, iż 12 Bar Blues to nieprzewidywalna, karnawałowa płyta potwierdzająca, że Weiland był wizjonerem stojącym za brzmieniem STP. Fascynuje go dźwięk, nakładający się na warstwy postrzępionych gitar, pętli perkusyjnych i klawiszy, dzięki czemu każdy utwór brzmi drastycznie inaczej niż jego poprzednik”. To prawda, 12 Bar Blues, to nieprzewidywalne doznanie muzyczne, melancholijne, dziwne, powstałe w afekcie, bardzo ważne świadectwo, mające wiele odniesień do literatury. To bardzo ważny zapis 12 piosenek bluesowych, jazzowych, rockowych ballad, elektronicznych, psychodelicznych w świecie improwizacji grungowej. Pierwsza płyta miała być przepustką do odłączenia się od zespołu, miała sprawić, że Scott, który napisał do znakomitej większości kawałków na 12 Bar Blues muzykę i słowa, miał rozpocząć karierę jako samodzielny artysta. Solowy debiut nie był skrojony pod skomercjonalizowane ucho, mimo 42. miejsca na cenionej, amerykańskiej liście przebojów Billboard, nie mógł osiągnąć wielkiego sukcesu. Scott Weiland autor dwóch solowych krążków 12 Bar Blues nagrana w 1998 roku oraz 10 lat później Happy in Galoshes (2008). W autobiograficznej książce Not Dead & Not for Sale (nadal nieprzetłumaczonej na język polski) piosenkarz mówi o swojej nieodłącznej „samotniczej wrażliwości”, która zmaterializowała się w solowych albumach: „Wzorzec jest całkiem jasny: kiedy wypadłem ze STP po Tiny Music, poszedłem i zrobiłem swój pierwszy solowy projekt, 12 Bar Blues. Kiedy później pokłóciłem się z Velvet Revolver, zespołem do którego dołączyłem po STP, poszedłem dalej i zrobiłem mój drugi solowy projekt Happy in Galoshes . Oba projekty przyniosły mi głęboką satysfakcję”. Oznacza to, że owa samotnicza wrażliwość ujawniała się właśnie podczas burzliwych odejść ze znanych zespołów, bez wątpienia owe wydawnictwa pełniły funkcję autoterapii, pewien rodzaj kanalizowania emocji. Należy nadmienić, iż drugi solowy krążek jest przyjemny, ale nie wybitny, brakuje tego synkretyzmu gatunkowego, który był na 12 Bar Blues. Jest kilka czynników, dlaczego solowy debiut z 1998 jest tak ważną improwizacją muzyczną: Heroiczne (czyli bohaterskie) i heroiniczne (od heroiny) wzloty i upadki Scott jest po kilkunastu odwykach, ostatni w październiku 1996 r. w Kalifornii. Inspiracja wschodnią kulturą, przede wszystkim książką Hermana Hessa Siddhartha. Konflikt z żoną oraz z zespołem Stone Temple Pilots. Wielka inspiracja The Beatles oraz Davidem Bowiem Opis utworów jako odbicie filmów Felliniego. Określiłbym jednym słowem 12 Bar Blues — poetyckość (!), mimo elektronicznego grania, to dla mnie najważniejsze numery są spokojne: „Son”, „Where’s the man” i chyba najpiękniejsza „Divider” — definiujące cały album. Weiland odchodzi od mocnego grania, płyta obfituje w refleksyjne ballady, w których znajdują się smyczki i fortepian. Depresyjna piosenka „The Date” — opowiada o relacji z byłą żoną Janniną, napisana i zagrana na wszystkich instrumentach przez Weilanda. Jest tu także wiele psychodelicznych kawałków, jak „Jimmy Was A Stimulator”. Fascynacje Davidem Bowiem można dostrzec w utworze „Barbarella”, w odniesieniu do teledysku tej piosenki, Scott powiedział, że jest ona oparta na filmie „Człowiek, który spadł na ziemię” (1976), w którym Dawid Bowie gra głównego bohatera Thomasa Newtona. W jednym z wywiadów na pytanie: „W jaki sposób pomogło ci nagranie 12 piosenek w procesie leczenia się”? Scott odpowiada: „Chodzi o proces leczenia zarówno mojego uzależnienia, jak i z moich związków, ale nie chodzi tylko o mnie, są piosenki o innych ludziach, których znam. Dla mnie płyta jest jak film z wieloma różnymi postaciami”. Album 12 Bar Blues jest pełen sprzeczności, jest ładny i brzydki, melancholijny i odrzucający, poukładany i eksperymentalny, nastrojowy i psychodeliczny. To niezwykłe zestawienie zainteresowań: Fellini, Hesse, Bowie — owocuje niezwykłą poetyckością. Warto odnotować jeszcze słowa Weilanda odnośnie solowej płyty, iż w tej improwizacji świetnie się odnalazł, był z niej bardzo zadowolony, twierdził też, że najważniejszym doświadczeniem, jakie człowiek może przeżyć jest — miłość. I być może ta miłość jest najważniejszym tropem owego krążka. Paweł Majcherczyk – autor dwóch tomów poezji oraz książki krytycznoliterackiej. Publikował w „Twórczości”, „Odrze”, „artPapierze” i „eleWatorze”.
- Katarzyna Woydyło – Tańcz jak tańczy wąż
Tańcz jak tańczy wąż Nigdy nie tańczyłam w miejscach publicznych. Podrygiwałam czasem przy gotowaniu ryżu we wspólnej kuchni, kiedy do ilości minut z opakowania dodawałam dwie i przekręcałam kurek kuchenki gazowej. Czternaście minut drżenia na prostych nogach ciężko byłoby nazwać tańcem, choć dotąd nikt w naszym wspólnym mieszkaniu tego nie skomentował. Pomiędzy płatkami a mąką w sklepie słuchałam tłustego bitu, co miażdży przeponę i rozgniata serce, ale ani razu nie przytupnęłam do jego rytmu. Czasami szurałam nogą pod stołem w knajpie, kiedy niewygodna rozmowa z Pedro uwierała bardziej niż kamyk w bucie. Nie pomagał wtedy ulubiony makaron z chrupiącym kurczakiem, ani dorysowany przez Pedro odręcznie uśmiech na otłuszczonej serwetce. Liczyłam, że jeśli poszuram trochę, to strzepnę z siebie w końcu odpowiedź, jak zaschnięte błoto, które zbyt długo nie chciało skruszeć. Szuranie ostatecznie go irytowało. Upomniana raz, a potem drugi, zrozumiałam, że tańczenie w miejscach publicznych, nawet tak powściągliwe, jest irytujące. Przestałam więc tańczyć i poruszać rytmicznie ciałem. Przestałam ruszać nim nawet nierytmicznie. Ostatecznie zastygłam na kilka miesięcy. W nocy nie musiałam się w niczyją stronę przesuwać, ani tańczyć na niczyich biodrach, co ułatwiało sprawę ciągłego bezruchu. Rzadko dochodziło do zrywów, podczas których desperacko wracałam do czasów, kiedy ciało reagowało na bodźce. Szukałam wtedy wzruszeń w starych reklamach, a jak już odpowiednią dorwałam, to zapętlałam. Odczytywałam dźwięki po jednej nutce, rozkładałam ręce tak samo jak piosenkarka w reklamie napoju. Może w myślach robiłam niezłego backflipa, ale jedyne, na co się zdobywałam w realu, to przesunięcie palcem w stronę krzyżyka, by zamknąć stronę. Kilka razy napisałam do Pedro, żeby wpadł do mnie i mnie czymś poruszył. Rzadko jestem w pokoju sama, dlatego nie zdecydował się przyjść. Nie żywiłam urazy. Widziałam go w piątki w klubie i patrzyłam na jego pląsy na rozgrzanym neonami parkiecie. Był wężem w człowieczej skórze, którą zrzucał wyłącznie w tańcu. Po drugim drinku próbowałam wysyczeć w jego kierunku: chodź do mnie, a jednak dopóki nie odważyłam się wejść na parkiet, on nie reagował. Wahałam się, czy utknąć pomiędzy jedną nutą, a drugą i dać się w niej zamknąć, czy może złapać kilka rytmicznych tonów i dać się im ponieść ku jego osobie. Mogłabym przylgnąć wtedy do Pedro jak dawniej, stać się dla niego zastępczą skórą, której nie chciałby z siebie zrzucić. Musiałabym znów poruszyć ciałem, zatańczyć publicznie, a potem dać zmiażdżyć sobie przeponę i rozgnieść serce. W skórze węża rozpoznałabym dawną siebie. Od razu, po jednej nutce. Katarzyna Woydyło (ur. 1992) – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Śląskim. Jej opowiadania opublikowane zostały w "Stronie Czynnej", "Tlenie Literackim" oraz w "Epei". Mieszka w Zabrzu.
- Łukasz Kamiński – Miniatury tatrzańskie
Cień Księżyca Jak Konwicki, mylę fikcję z rzeczywistością. Trudno jednak nie oszaleć, gdy diabeł prowadzi przez ciemne korytarze. Idziemy godzinę, drugą, trzecią… Opuszczamy się przez komin (wąski bardzo!) i nagle czuję świeże, choć niestety chłodniejsze powietrze. Myślę, że jestem pierwszym człowiekiem w tym miejscu, ale on odwraca się momentalnie i mówi: - Byłem tu już z Micińskim. Nietota to jedna z tych lektur, które mocno wpłynęły na moją fascynację Tatrami. Mistyczna, wizyjna, surrealistyczna, intrygująca. Fantastyka alternatywna. Prekursorska na wielu poziomach, ale też zbyt wymagająca od przeciętnego czytelnika. Klasyczna, lecz głównie w zestawieniach pobocznych. Miciński pisał w mroku gwiazd: Wichry i dżdże – niebo od gromów rozdarte, węże błyskawic i wycie szatanów – duch mój zgnieciony głębią Oceanów Bo Tatry postrzegał również prehistorycznie. Albo: Kropel wieczny szmer monotonnych kropel tajny jęk Swoją melancholię zastępował obłędem. A może melancholia zawsze jest obłędem. Z pewnością pasja tatrzańska często przypomina niezdrową obsesją. Poeta pisał: Ja wybierając los mój, wybrałem szaleństwo i porzuciłem raj i zeszłem w czarne groty. Jest w tym i Słowacki, i Przybyszewski. A wśród nieświadomych uczniów Józef Piłsudski, którego napis nagrobny również został podszyty śladem narodowej psychozy. - Ja też w swoim sercu słyszę śpiew słowiczy. Hala Kondratowa Julian Tuwim uwielbiał góry. Najbardziej lubił patrzeć na nie poprzez okno karczmy lub restauracji. W cieple pić wódeczkę, zagryzać ogóreczkiem i obserwować zaśnieżone szczyty. Oczywiście, w odpowiednio rozgadanym towarzystwie. Na Hali Kondratowej nie zobaczyłby zbyt wiele. Rozpoznałby Kasprowy (aktualnie znikający we mgle). - Wszyscy znają anegdotkę o głazie, który spadł z Giewontu i wbił się lekko w kuchenną ścianę, nie niszcząc budynku. Jakby tylko chciał odwiedzić kucharki. Turyści do dziś go oglądają, głaszczą, nie dowierzają jego pochodzeniu. Mało kto pamięta o skoczni, którą tutaj mieliśmy. Sam Marusarz na niej skakał i wygrywał mistrzostwa Polski. Tuwim wówczas omijał takie miejsca. Zbyt dużo nieznajomych i zagranicznych. I zbyt daleko od centrum. Dziś schroniska tracą swój charakter. Przestają chronić. Wracając późno z gór, nigdy nie masz pewności, czy zostaniesz łaskawie wpuszczony. Czy pozwolą ci spać na glebie, bo liczy się komfort turystów płacących. Tych, którzy przynieśli ze sobą elektryczność, ciepłą wodę, wi-fi i rury ze ściekami. W takich miejscach nie można już spać spontanicznie. Wszystkie noclegi trzeba bukować rok wcześniej. Niektórzy robią dwumiesięczne rezerwacje, przyjeżdzają jak na wczasy z dziećmi, siedzą na dupskach i udają wielkich taterników. Najgorzej jest w Murowańcu. Tam wynajęli ochroniarza, który wygania ludzi bez rezerwacji w ciemną noc. To pseudo-schronisko nie ma już ław i stołów, ludzie siadają na gwoździach. Byś zapłacił, zjadł i wypierdalał, bo za tobą jest już ogon z pełnymi portfelami. Twoje przesiadywanie nie zwiększy przecież zysków. Zrobili nawet apartament (sic!) pod instagramerów, świetnie pozorujących swoją pasję tatrzańską (te wszystkie zdjęcia z czekanami na prostych szlakach). Władze Murowańca dawno powinne być z Tatr przegonione, bo przez zachłanność takich ludzi schroniska tracą też swoją podstawową funkcję ochronną. Stając się zwykłymi obiektami komercyjnymi – wygodnym i modnym noclegiem w górach. Kondratowa to najmniejsze tatrzańskie schronisko. Z najlepszym w Tatrach piernikiem. Przed nami kwiatki polskie: od miłosnej po goździki. Czasami w okno zajrzy łania, czasami przyjdzie sam jeleń. Zaglądają też niedźwiedzie z polany. Żeby jednak nie być jeleniem, mieszczuch Tuwim mógłby brać wzór z innego łodzianina (Micińskiego) i czasami pójść na grań. - Zanim zdechł w Zakopanem, na serwetce napisał swój ostatni wiersz. Piękny. Zacytuję: „Ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą”. Poeta po ostatni wers. Dolina Białego Wielka parująca kupa. To po niedźwiedziu, największym tatrzańskim ssaku. Świadczą o tym liczne fioletowe kropki na brązowym tle, ślady po jagodach. - Faktycznie mają bardzo wegańską dietę. Padliną nie pogardzą, ale same wolą nie polować. Najbardziej mnie zadziwia, że wciąż boją się ludzi. Tych mizernych istot. Przecież ich szpony są kilkucentymetrowe (jak wasze drobne dłonie). Rozszarpałaby was w trymiga. Ten strach jest nie tylko genetyczny. Do dziś przecież celujecie w nie pistoletami, gdy chcecie założyć obrożę. Silniejsze, zwinniejsze i szybsze. Kiedyś strażnicy zjeżdżali z Morskiego Oka, pędzili ze 200 km/h, a misiek wcale nie był gorszy. Potrafił dotrzymać tempa. Ucieczka przed nimi nie ma żadnego sensu – tylko je rozsierdzacie. Na szczęście zawsze je spotykam w bezpiecznej odległości. Znam wiele historii z bliższych kontaktów, które kończyły się różnie, w poprzednie wakacje także trupami. Stoimy pod Zameczkami, gdzie jest najbliższa gawra. Nie mamy jednak zamiaru jej odwiedzać. - Ostatnio zauważyłem nowy trend. Misie lubią zasypiać głęboko w jaskiniach. Ciekawe, kiedy zjedzą jakiegoś speleologa. Najgorsze co możemy zrobić to zaskoczyć niedźwiedzia w nieprzewidzianym przez niego miejscu (schodząc poza szlak). Gdy raz o czwartej ruszyłem z Palenicy nad Morskie Oko przez całą drogę śpiewałem sobie pod nosem, aby mnie słyszał i nie wyszedł się przywitać. Ten śpiew był tym bardziej sensowny, gdyż jego gawra w tamtym rejonie znajduje się 150 metrów od asfaltu. Nieświadomy turysta może zatem pójść siusiu w krzaki i wrócić bez siusiaka. Kupa przy Białym Potoku ma też inne konotacje. Rosjanie po wojnie szukali tutaj uranu i znaleźli gówno. Pozostały po nich zakratowane sztolnie. Największą kupę spotykamy jednak w Lasku Białego – nowy deweloperski shit. Ponoć śmieszni biznesmeni zastraszają pozwami dziennikarzy, którzy opiniują ich brzydkie i perfidne projekty apartamentowców, niszczących przyrodę. No cóż, jaka jest kupa każdy widzi. Wołowiec Burza w górach jest straszna. Zwłaszcza w Tatrach, gdzie dźwięki piorunów rozchodzą się echem po skałach, tworząc naturalny efekt surround. Zwłaszcza, gdy jesteśmy w nich sami zmarznięci, zmoknięci, zmęczeni i otoczeni ciemnością Mordoru. Nie każdy będzie dzielny jak Frodo. – Przez cały tydzień zapowiadali, że w czwartek nastąpi załamanie pogody. Groźne burze na południu Polski. Już rano nad Kondratową było ciemno. Nie wystraszyło to turystów. Maszerowali raźno zbitą masą. Chwilę przed tragedią wracał z góry toprowiec, który prosił, ba, rugał wchodzących. Kazał im natychmiast zawracać. Nie posłuchali, bo oni nigdy nie słuchają. Ani ostrzeżeń ratowników, ani pracowników parku, ani innych turystów. A przecież góry nie uciekną, zdrowie macie tylko jedno. Piorun momentalnie przeniósł się nad Giewont i trzasnął w łańcuchy. Cztery osoby zginęły na miejscu, w tym dwójka dzieci. Ponad stu pięćdziesięciu było rannych. Błyskawice pozrzucały też turystów w innych miejscach. To jednak schronisko na Kondratowej wyglądało jak obszar wojenny. Z poparzonymi ciałami na podłodze, zwijającymi się z bólu. Śmierdziało od tej spalenizny, jakby ktoś mięsa nie zdjął z rusztu. Może to wasz Bóg walczył z ludzką głupotą? Po długim marszu docieramy na Wołowiec – najdalej wysunięty na zachód punkt po polskiej stronie parku. W nim mają początek trzy wielkie rzeki: dwie słowackie i nasz Czarny Dunajec. Tu łączy się zlewisko Morza Czarnego z Bałtykiem. Chciałbym się rozkoszować widokiem Rohaczy, Banówki, Spalonej Kopy czy Stawów Rohackich. Czarna chmura nad Krywaniem jest jednak jak rozkaz – trzeba szybko schodzić. Przy opuszczaniu grani słyszę początek burzy… Naprzeciwko nas turyści. Lekko ubrani, zadowoleni. Ojciec z brzuszkiem, z żoną i dziećmi. Macho pokazujący rodzinie góry. – Proszę zawrócić – staram się przemówić sugestywnie. – Idzie burza, na górze nie będzie bezpieczenie. Pan patrzy na mnie jak na idiotę. Po sekundzie stwierdza, że już się rozjaśnia. On nie dostrzega żadnego zagrożenia. Wiedziałem, że dyskusja nie ma sensu (pomogą tylko modlitwy do Peruna). – Pamiętam, jak się wybrałem na Ciemniak. Przy Piecu popsuła się pogoda. Mgła zgęstniała, do tego silny deszcz i przeszywający ciało wiatr. Pokornie zawróciłem. Zejście szybko zmieniło się w potok. Buty mi przemokły. Tego dnia cały szlak w Kościeliskiej wyglądał jak rzeka. Przy zejściu kolejna rodzina. Obcojęzyczna. Wchodzę zatem na wyżyny retoryki i tłumaczę, że na górze wiatr, deszcz, apokalipsa oraz armagedon w jednym. Niech idą na Krupówki jeść schabowe. – Pan nie rozumie. Był z Anglii. Spacer w deszcz? U nich to przecież normalne. Rysy Jest taki moment przed samym szczytem, że wystarczy puścić łańcuchy i lecisz w przepaść. Przyznaję, jest to bardzo kuszące. Podoba mi się określenie „korona Polski”. O insygnia należy dbać. Nie są też dla każdego. Potwierdzają to nieodpowiedzialni turyści. Nie podoba mi się natomiast fraza „dach Polski”. Ani on nie łączy przy wspólnym stole, ani nie jest pod nim zbyt bezpiecznie. To dość mieszczańska kategoria – można wówczas z niechęcią zerkać na dachy sąsiadów. Wyższe, ładniejsze, bardziej groźne. Korona przypomina również, że do pełni majestatu potrzebny jest król – widoczny ze szczytu Gerlach. I że w kwestii Tatr polityka parków, rządów i samorządów powinna być bardziej jednomyślna. Nie ekscytuje mnie specjalnie ta góra. Rozumiem jej fenomen florystyczny, krajoznawczy (pozdrawiamy Kraków) czy zwierzęco-bakteryjny (zdjęcia lisów, rzadkie roztocze). Bardziej podoba mi się na Buli pod Rysami – słynnym lotnisku toprowców. Dobre miejsce na grilla, ale nie rozwijam tej myśli, bo jeszcze faktycznie postawią tam jakieś budy z goframi (a jak twierdzi mistrz Cywiński – głazy tu będą spadać). Imponuje mi, że góra wciąż rośnie (wiem, to naturalne). Niektóre podręczniki jednak nie nadążają i wciąż nie widzą w Rysach jedynego polskiego 2500 (słowackie wierzchołki są trochę wyższe). Jest wcześnie rano. Przed nami ostatnie minuty macania skał. Z góry zbiega (!) dziadek. Pytam o warunki na szczycie, a on wesoło rzecze: „Jak zawsze na Rysach, nic nie widać” i biegnie dalej. Potwierdzam: mgła potrafi być bardzo romantyczna. Polana Rusinowa Nigdy nie spotkałem tatrzańskich wilków. Widziałem je na fotopułapkach i filmach. Znam opowieści leśników i diabła. Wiem, gdzie śpią i polują. Widziałem zakrwawione owieczki. Żaden pies pasterski nie wygra ze sforą. To najlepsza partyzantka w parku. Pies może je odstraszyć, nigdy pokonać. Może zmniejszyć liczbę ofiar, ale nie powstrzyma wilków przed atakiem. Ten zawsze będzie nagły i skuteczny. – Gdy rodzic chce nakarmić dziecko, zjada padlinę, a później wymiotuje, by z tych rzygowin najadły się młode – opowiada rozkosznie rogacz. Na Rusince można oglądać piękną panoramę, wypas kulturowy czy granice geografów. Czasami pojawi się lis, sarna, jeleń. Można też zobaczyć wilcze spojrzenia juhasów. Młodzi nie pogodzili się z wywłaszczeniem, które w PRL park zafundował ich rodzicom. Patrzą zatem wilkiem na pracowników, którzy też mają po trzydzieści lat i nie są niczemu winni. Jakby chcieli dokonać zemsty. Obserwować można również przewodników tatrzańskich. Miałem zaszczyt poznać wyjątkowych, ale spotkałem także gnidy. Zawistnych wobec kolegów, chciwych i nijakich w prezentowanych usługach. Przed nami cała seria wspaniałych szczytów. O każdym można opowiadać długimi godzinami albo przynajmniej spróbować. Przychodzi starszy pan z blaszką i od niechcenia wskazuje na Rysy czy Gerlach, by szybko grupę zostawić i pić kawę na ławce. Moje wilki robią: auuuuuuuuuuu! Łukasz Kamiński (ur. 1991) – mieszka(ł) w Zakopanem. Autor czterech książek poetyckich: 1 (2019), 2 (2021), 3 (2022), 4 (2024). W tym roku ukaże się tomik tatrzański o tytule 5. fot. Karolina Kukowska
- Mariusz Grzebalski – cztery wiersze (audio)
czyta Wojciech Masacz Dzień jak każdy, jak żaden inny Wychodzi z rowu przeciwpowodziowego – najstarszy wiekiem sierżant – i niecierpliwym gestem przywołuje ciężarówkę z kruszywem. Charczy, pluje, smarka pod stopy – centralny punkt zamglonej przestrzeni. Jego pluton klnąc, tonie w błocie. Dzień po dniu nieużytek, teren zalewowy ustępuje miejsca betonowi, nowe zbrojenia wznoszą się ku górze. Teraz rządzi tu on – stary, wkurwiony troll. Nie ma zmiłuj się. Dziewczyny przy szosie Tańczą i machają do mnie, kiedy je mijam – rozbawione i nie zważające na nic. To moment, kiedy świat należy do nich, a dzięki nim trochę do mnie. Dlatego odmachuję im też się śmieję i nawet żałuję, że nie mogę zatańczyć. Nie inaczej pamięci Norberta Leśniewskiego Szukałem twojego grobu na wiejskim cmentarzu i kiedy w końcu go znalazłem, poczułem takie zmęczenie, że przysiadłem na pomniku. Liście szemrały, wiał lekki wiatr. Nie spotkaliśmy się po twoim telefonie, a powinienem był zrozumieć, że będzie to nasz ostatni wspólny raz. Wiał lekki wiatr, liście szemrały. Przysiadłem na pomniku i poczułem, że leżysz odwrócony do mnie plecami. Że tak właśnie jest i zawsze będzie. Pod asfaltem Dziś rano, jadąc do pracy, minąłem potrąconą przez auto wiewiórkę. Na tle świeżego śniegu była jeszcze bardziej ruda. Wyglądała jakby nic złego się jej nie stało. Jakby leżała na jezdni i ze zdziwieniem słuchała jak ziemia pulsuje pod asfaltem. Mariusz Grzebalski (ur. 1969) – poeta, redaktor, wydawca. Opublikował dziewięć zbiorów wierszy, ostatnio Tylko kanarek widział (2024), a także wiersze zebrane w tomie Kronika zakłóceń (2010), zbiór opowiadań Człowiek, który biegnie przez las (2006), oraz wybór wierszy Dziennik pokładowy (2016). Laureat nagród m.in. Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998, 2007), Huberta Burdy (2002), Silesius (2014), Fundacji Kultury (2014). W 2014 nominowany był do nagrody im. W. Szymborskiej. Mieszka w Dąbrówce koło Poznania.
- Marcin Wróblewski – osiem wierszy
Portal Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że okna to tak naprawdę drzwi, i tak nic z tym nie zrobiłem. Musiało upłynąć wiele czasu, bym zaczął z nich korzystać. Na początku, zwyczajnie wybijałem szybę, by po chwili – okaleczonym – deptać łąki ulicy. Gdy zacząłem dostrzegać uchwyt, szarpałem się z nim, a świat wydawał mi się wtedy kawałkiem gówna. Któregoś dnia, zupełnie przypadkiem, ujrzałem w szybie dziwny kształt. Postać ludzką, która patrzyła szklanymi oczami. Duch okna, pomyślałem i zrobiło mi się go żal. Od tamtej pory starałem się wychodzić oknem, jak każdy. Wtedy dotarło do mnie, że okna nie służą do wychodzenia. One są po to, by wchodzić. calakmul nosiłem na twarzy jadeit obsydian garściami latami grymasy uśmiechów chimery strapienia szrony powagi nosiłem filmy piosenki uczelnie i szkoły ulice podwórka domy kościoły się ożywiały stawały się kopiowały i wklejały na mnie we mnie przeze mnie beze mnie Dal Chmury, zimne chmury. Dziennik pokładowy – data nieznana. Otwarte kapsuły hibernacyjne. Człowiek przeżył. Przed nami jeszcze długa droga. Człowiek maluje obraz, dziecko, chłopiec. Na płótnie dominuje antracyt. Ruchy pędzla powolne, nieznaczne. Przed nami długa droga. Chłopiec patrzy w górę, w niebo. Człowiek maluje chmury, grafit. Podwyższone tętno, antracyt i grafit. Ręka chłopca wskazuje na punkt umiejscowiony w górnej części obrazu. W chmurach. Punkt, kropka, ślad, zalążek, czerń. Tętno wysokie, poza normą, czerń. Przed nami długa droga. Zadanie ukończone. Człowiek odrywa pędzel. Wraca do kapsuły. Ustawiona. Gotowa. Wchodzi do środka. Zamyka. Sprawdzam. Parametry daleko wykraczające poza czas podróży. Zasypia. Przed nami droga. Hiperprzestrzeń Na pierścieniach Saturna jest sklep. Sprzedają w nim zgwałcone noce, pijane dnie i te maleńkie tabletki rozpierdalające system nerwowy. Robiłeś tam zakupy tyle razy, a za każdym razem jesteś zdziwiony, że masz tę walutę. ai manufacture ułomność schematów rtęciowe łzy pragnienia w drugim gatunku Żałuję Że na pogrzebach zaglądałem śmierci pod spódnicę. Że przez lata używałem życia jak chusteczek jednorazowych. Że kochałem się w lustrach i lustra nienawidziłem. Że nadawałem ludziom imiona z katalogu Ikei. Że winę chowałem pod spódnicę śmierci, a śmierć była wtedy niczyja. Profanum Czy bakteria pływająca w wodzie święconej przestaje być zwyczajnym mikrobem? Na przykład escherichia coli, którą nagle otacza płynne sacrum, zostaje błyskawicznie egzorcyzmowana i zmienia swą naturę – staje się „dobrą” bakterią. A może zostaje świętą za życia? Doznaje iluminacji i mocą wody, od której demony dostają bąbli na skórze, przeistacza się w mikroskopijnego anioła (bez skrzydełek – po co w wodzie?). No bo jeśli mam być tak, że bakteria pozostaje bakterią i świętość jej wszechświata nie ma na nią wpływu, to i kranówka pozostaje kranówką i człowiek pozostaje człowiekiem. Dojrzewanie Nie radzę sobie ze swoją duchowością. Bywa, że nie zamykam drzwi od toalety. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał dwa zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023) i Brama (2023). Ukończył filologię polską, przez czternaście lat pracował jako nauczyciel. Publikował m.in. w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mąż i ojciec dwojga dzieci. Mieszka pod Nałęczowem.
- Jukka Male – coraz gorsze wojny
W każdej wojnie jest jej pierwsza ofiara, która ginie a na jej końcu także ostatni, który ma zostać zabity. Nikt nie wie, czy lepiej było zostać zabitym jako pierwszy lub ostatni. Śmierć oznacza koniec świata jednostki ale jednocześnie istnieje też życie podczas wojny. W byłej Jugosławii to nie była jedna wojna. Sfotografowałem wszystkie grupy etniczne, które walczyły ze sobą jako odrębne grupy. Każda z nich doświadczyła bycia ofiarą. Coraz gorsze wojny To są zdjęcia wojen z różnych perspektyw. Bośniacy, Chorwaci, Albańczycy z Kosowa i Serbowie – ich ranione przez wojnę. Wszyscy oni mieli własne zdanie na temat wojny. Podobne, ale też bardzo inne. Żyliśmy długo w czasach, gdy większość obywateli Europy nie mieli bezpośredniego doświadczenia wojny. Kiedy na Bałkanach wybuchła przemoc, wojna była dla nas czymś nowym. Zorganizowaną wrogość trudno zrozumieć. Chociaż wydarzenia związane z wojnami są złożone pod względem kompleksowego tła, są proste pod względem przemocy. W stanie wojny społeczeństwo walczy z taką moralnością, którą samo wytworzyło. Powinniśmy zatem umieć przeciwstawić się wojnie i jednocześnie zaakceptować jej agresywny charakter. Nasiona wojny ukryte są w pokoju. Uczy się nas, że obecność armii jest czymś zupełnie naturalnym. Każde państwo dąży do utrzymania swojej potęgi militarnej. Jest to sposób państwa na zaistnienie na arenie międzynarodowej. Choć ideologie mają charakter duchowy, niepowodzenia zamieniają je w trupy. Gdy ostatnie tysiąclecie dobiegało końca, europejska idylla została zniszczona, gdy w państwie federalnym Jugosławii wybuchła przemoc. Struktura żelaznej kurtyny nie została w pełni poznana. Dawne „państwo partyzanckie” zostało podzielone na sfery narodowych lub religijnych interesów, które początkowo miały na celu zwiększenie swojej władzy wobec władzy centralnej. Negocjacje między nimi zakończyły się niepowodzeniem i grupa państw, deklarując niepodległość na swój własny sposób, zaczęła określać swoje wzajemne stosunki za pomocą siły. Słowenii stosunkowo łatwo udało się odłączyć od Jugosławii. Spór między Chorwacją a Serbią przerodził się w pełną wojnę o prawa do obszarów zasiedlonych przez obie grupy etniczne. W Bośni i Hercegowinie podobny podział miał miejsce z udziałem muzułmanów, Chorwatów i Serbów. W Kosowie ludność albańską i serbską nie łączyło nic więcej poza wspólnym położeniem geograficznym. Z politycznego punktu widzenia sytuacja przerodziła się w teatr wojny, którego ostatnim aktem, była kampania bombowa prowadzona przez NATO, kontrolowane przez Amerykanów, przeciwko macierzystemu państwu, Jugosławii, której celem było położyć kres przemocy, która trwała już zbyt długo. Można było całkiem uniknąć bałkańskiej tragedii ostatniej dekady. Decyzje podejmowali jednak ludzie. Zarówno na Bałkanach, jak i w miejscach mających wpływy w regionie zapadały złe oceny polityczne. Ściana między tym, co się wydarzy, a tym, czego nie ma i nie będzie, jest cienką. Jedna tragedia następowała po drugiej i narastała, jak gdyby żadna interwencja nie była możliwa. Różnice etniczne początkowo zyskiwały na znaczeniu jako środek zdobycia lub utrzymania władzy, jednak później ich znaczenie zmieniło się w taki sposób, że definiowało cały obraz konfliktu. Wielu postrzega problemy zniszczonej Jugosławii jako problemy lokalne. Bałkany są odbiciem ich przeszłości. Sprowadzili na siebie mit, według którego co drugie pokolenie musi mieć swoją wojnę. Przemoc wydaje się odległa, dopóki nie jest blisko, tak jak miało to miejsce w Sarajewie, gdy w Chorwacji szalała wojna. Później wojna dotarła także do Sarajewa, podobnie jak do wielu regionów upadającego państwa federalnego. Wiele lat wojny przyniosło Bałkanom niewypowiedzianą nędzę: ćwierć miliona zabitych, niezliczona liczba rannych, zniszczony przemysł i infrastruktura, a ludność wypędzona. Zubożone gospodarki i panująca w nich nieokiełznana korupcja tworzą wizje przyszłości równie ponure jak gospodarki, które je definiują. Problemy trwają do dzisiejszego dnia. Żaden naród nie jest odrębnością, nawet jeśli, w drodze uogólnienia, osiągnie pewną reputację. Każdy naród reprezentuje całe spektrum wartości. Niemniej jednak wojny wpływają na stosunki międzynarodowe. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Serbowie zyskali taką samą reputację agresora, jak Niemcy podczas drugiej wojny światowej. Piętno, które będzie bardzo powoli zanikać. Społeczeństwo zranione wojną nie jest łatwo pozbyć się skazy wojny. Zbadałem wszystkie strony zaangażowane w konflikty na obszarze znanym wcześniej jako Jugosławia, począwszy od Chorwacji w 1992 r., aż po Kosowo i Serbię współcześnie. Moimi poddanymi byli ranni zarówno w okresie wojny, jak i w czasie po niej. Najwięcej i najczęściej byłem tam w latach 1998 i 1999. Mój pogląd jest prosty. Przedstawiłem ciężko rannych po wszystkich stronach konfliktów, jednym z nieuniknionych skutków wojny, w której wszyscy są przegrani; w tych wojnach Serbowie, Chorwaci, bośniaccy muzułmanie i kosowscy Albańczycy. Celem tych obrazów jest przebicie się przez cienką skorupę, jaką skrywają słowa. Zamiast szukać powodów, próbuję ukazać konsekwencje wojny. Moje zdjęcia jedynie w niewielkim stopniu ukazują przerażającą historię kryjącą się za polityką przemocy na Bałkanach, której suma jest niemożliwa do zdefiniowania. Choć podejmuje się próby przełożenia zniszczeń, jakie wyrządziły społeczeństwo, na język ekonomii, cierpienia jednostki nie da się zmierzyć. Rany te zostały zadane celowo. Nie powstały przez przypadek, zostały zaplanowane. Przyzwyczailiśmy się do upamiętniania historii i jej nagrobków, zapominając jednocześnie o cichych chwilach wokół kamieni śmierć. Historia tradycyjnie była historią rewolucji społecznej i przemocy. Wojna i pokój, jedno rodzi drugie, jedno następuje po drugim, każde z kolei stwarza miejsce na zmianę, zmianę, która może prowadzić w obu kierunkach. Koniec tysiąclecia nie oznacza nieuniknionego końca czegokolwiek. Pokój nie jest stanem trwałym, mimo że ludzie mówią o nim jako o celu. Niezmienna jest tylko ta historia, która już została stworzona. Jeśli dobro jest bierne i bezsilne, zło jest zwycięzcą. Wiemy o tym coraz bardziej. Na Ukrainie. Na Bliskim Wschodzie. Teraz jest teraz. To jedyny moment, na który możemy mieć wpływ. Jaki wpływ? Bardzo często rozczarowujący. Jukka Male (ur. 1954 w Helsinkach) – jest byłym fotografem, ciągle filmowcem, trochę muzykiem i też pisarzem. Spędził czas w różnych częściach Europy, dokumentując życie i lokalną ludność w różnych sytuacjach. Między innymi w Polsce, Finlandii, Grenlandii, Hiszpanii, Ukrainie, USA, ZSRR, Niemczech i w byłej Jugosławii w czasie wojny.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (7)
28 marca 2022. Sisu, co to znaczy sisu? A właśnie to Po fazie szoku, mobilizacji, adrenaliny zawsze przychodzi jakiś rodzaj osłabienia, spowszednienia, przesilenia. To normalne, nie ma się co tego bać. Ważne jest to, co się udaje wpisać na stałe do planu. Także tutaj - na zafronciu. Tropić trole, być dobrym dla gości, złym dla ości. Pamiętać o drugiej granicy. Nie zamykać oczu na hipokryzję naszych polityków. Jakoś im nie wierzę. Oto nagle są zdziwieni zachowaniem swojego kolegi Orbana. Serio nie wiedzieli z kim sie spotykali w Madrycie? Nie wiedzieli że Salvini Putini miłośnikiem wielkomoskwy jest? I Lepenica? I serio Orbanem są zaskoczeni? Coś mi się zdaje, że chcieli mieć Budapeszt u siebie i dalej chcą mieć. Tylko im wstyd bo okazało się, że mimo jątrzenia - Polacy stanęli za Ukrainą. I jakoś tak muszą jechać jak im społeczeństwo zagra. A w tej bandzie, która nami rządzi kto niby miał wcześniej serce do Ukrainy? Nikt. Trochę kpili, trochę lekceważyli, trochę jątrzyli. I nagle stali się strasznie dzielni? Chyba na swojej dzielni. Zatem wpisać sobie wytrwanie, czujność i dzielność do planu dziennego. Czytałem znowu u jakiegoś analityka, że zły koniec tej wojny to tylko kwestia mobilizacji kacapów, że mogą czapkami pozakrywać Ukrainę. Akurat kiedy kacapy zwijają swoją strategiczną ofensywę pojąwszy że Sum, Charkowa, Kijowa, Czernihowa nie zdobędą. Kiedy poranek zaczyna się od wiadomości, że baćka dalej się nie ruszył. Że Mariupol mimo nieludzkiej przewagi nadal się broni. Tak. Ruskie ich czapkami pozakrywają. Acha. Tylko skad te czapki wezmą? I kto im łapy rozbuja. Gdyby tak miało być, to by to już zrobili raczej, nie? Tymczasem wypływają coraz ciekawsze historie z tamtej strony. Trudno oceniać ich wiarygodność, ale jakoś dziwnie pasuje, jakby to powiedział Król Julian. Poczytajcie. "Siły rosyjskie starają się odzyskać jak najwięcej zniszczonego sprzętu, który udało się ewakuować z pola walki ale również przywrócić do użytku zasoby które znajdują się w magazynach. Na przykład na lotnisku we wsi Klimove (obwód briański), 35 km od granicy z Ukrainą utworzono bazę naprawczą. Obecnie rosyjski punkt serwisowy próbuje „uruchomić” znaczną ilość sprzętu pochodzącego z długoterminowych składowisk. Stan tego sprzętu jest w większości skrajnie niezadowalający, co uniemożliwia jego pełne wykorzystanie. Głównym problemem są kradzieże. Z wozów bojowych całkowicie skradziono urządzenia optyczne i elektronikę zawierającą metale szlachetne. W szczególności 4. Dywizja Pancerna Federacji Rosyjskiej stwierdziła, że z 10 zmagazynowanych czołgów tylko jeden jest mniej więcej w stanie operacyjnym. Reszta jest "zdekompletowana". Niektóre z nich nie mają nawet silników. Według dostępnych informacji, dowódca 13. pułku czołgów 4. dywizji czołgów Federacji Rosyjskiej zastrzelił się ze względu na fatalny stan jego oddziału skrajnie odbiegający od teoretycznych założeń." To byłby kolejny kacapski dowódca stracony na śmierć. I kolejna opowieść o tym, jak to na papierze siła, a w zderzeniu kiła. Zatem owszem, kiedy czytam analityka, że pokonanie Ukrainy to tylko kwestia mobilizacji zasobów kacapskiej państwowości to generalnie się zgadzam. Tak owszem jest to kwestia mobilizacji. A skoro możliwości mobilizacyjne wyglądają jak powyżej, to powiem, owszem, można zmobilizować w sowietenlandii pewnie i kolejne dwieście tysięcy ludzi i posłać ich na front w transporterach bez radia i celownika i liczyć, że trupami i złomem zasypie się Ukrainę. A wtedy wszystko zależy od ukraińskiego sisu. Nie wiecie co to jest sisu? No ja też nie wiedziałem. Zaczęło się od tego, że znajoma, Dorota Kyntäjä zamieściła na FB zdjęcie pieska na wietrze i śniegu, nieco rozmiękłym, a zarazem zamarzającym i napisała, że to jest "sisu". I nie wiedziałem czy to piesek jest sisu, czy ten śnieg jest sisu, czy ten deszcz jest sisu. Pytałem o to też Tapaniego Kärkkäinena, ale jakoś skrywali moi znajomi Finowie ten sekret, co to jest sisu. Aż końcu mi wytłumaczyli, bo nie ustępowałem, że sisu to jest wytrwałość i zaciętość. To jest to, co daje fińskiemu narciarzowi siłę do biegu wiele kilometrów chociażby burza, śnieg, deszcz, lód i ogólna dupa. Przypomniało mi się jak podchodziliśmy kiedyś z córcią do Doliny 5 Stawów Polskich. Był roztop, a my nawet bez raczków. A tu jęzory lodu w lesie takie, że szliśmy trzymając się korzonków, kamyczków, gałązek. Lód w lesie, który nie pozwala podejść do Doliny Pięciu Stawów Polskich, pomyślelibyście? Chodzę po górach od dziecka, ale takiego deptania w tamtym miejscu tiptopkami nie pamiętam. Pod ostatnim podejściem na próg doliny, tam gdzie zimą się skręca w stronę Litworowego okazało się że śniegu już nie ma tyle ile by się chciało i są tylko dwie lodowe ścieżki - jedna koło Siklawy a druga ta czarnym szlakiem letnim. Litworowy bez śniegu odpada. Wybraliśmy te drugą ścieżkę, letni czarny. Ale doszliśmy do miejsca, gdzie był tylko jęzor lodu i zero podtrzymania z obu stron, powiedziałem dziecko, możemy iść, ale nie musimy, możemy zejść do Starej Roztoki, tam zawsze są miejsca noclegowe, pójść sobie na następny dzień na wycieczkę do Morskiego Oka czy coś. A dziecko wtedy powiedziało: - Spróbujmy jeszcze do tego zakrętu. - i w oczach - teraz to wiem - dziesięciolatka miała właśnie sisu. A ja w sercu poczułem dumę, wiecie, mało mi żeber nie wyrwało. Brak myśli o poddaniu, mimo że nikt by nie miał żalu, honor był, zaszliśmy w tych warunkach naprawdę daleko. Trasę na godzinę i 45 minut szlifowaliśmy już czwartą godzinę. To zacięte - spróbujmy jeszcze od zakrętu. To jest sisu. Sisu - czyli wszyscy kapitulują we wrześniu, my wytrzymamy do października. Na przykład. Zatem kiedy pojawiły się zdjęcia z Trościańca odbitego przez 93 Brygadę "Chołodnyj Jar", a na zdjęciach co najmniej dwie zniszczone haubice samobiżne "Msta" - pomyślałem to jest sisu. Wiem, miało nie być już analogii. Ale co poradzić, że tak słabo sobie radzę z niezwykłością tego zjawiska. Nie wiem czy jest kozackie słowo na ten upór. Mama mówi - "czarne podniebienia". Finowie mówią - sisu. Jestem pewien, że pojawi się jakieś nowe słowo na tę zaciętość, na ten spokój, determinację. Wszyscy jesteśmy dłużnikami ukraińskiego sisu. Teraz i zawsze i na wieki wieków. Koniec marca albo uśmiech numeru W związku z tym, że powiedziane jest w dobrej księdze aby umacniać braci i siostry swoje, no to przy poniedziałku dwa dowcipy. Jeden w obrazku, który objaśnię na końcu. Najpierw mój ulubiony dowcip frontowy, który, jak to dowcip, przerysowuje coś do absurdu, żeby powiedzieć coś istotnego. No więc jedzie przez Ukrainę kacapska kompania strzelecka, zmechanizowana. Siedzą chłopaki w tych swoich BTR-ach, i na tych BTR-ach, bo nie wszyscy się zmieścili, wiadomo, awaryjność. Jadą, jadą, droga długa, błotnista i nagle na wzniesieniu drogi patrzą - stoi jeden Ukrainiec - w jednej ręce kałach, w drugiej NLAW. Nic nie mówiąc kacapy porzucają wozy i spierdalają przez step, przez bruzdę wiosenną ile sił w nogach, szeroko rozsypując się po polu, żeby trudniej było trafić, a Ukrainiec za nimi z okrzykiem bojowym. I tak biegną i jeden kacap dysząc nagle mówi do drugiego: - Ty, to jest jakieś głupie, nas jest stu, a on jeden, czemu my przed nimi spierdalamy? A ten drugi kacap dysząc: - Abo to wiesz któremu z nas pierwszemu przyjebie? Pośmialiście się? To teraz objaśnienie rysunku poniżej. Napis na obrotowej płycie brzmi "Czarnobajewka". Podpis u góry rysunku "Sezon 6, seria 1". Czarnobajewka to lotnisko koło Chersonia, na którym co kilka dni kacapy ustawiają w rządkach śmigłowce, samoloty, wozy sztabowe, centra łączności, stacje radiolokacyjne. Do tego putlery umieściły wokół lotniska sztaby wszystkiego co miało z Chersonia uderzać na Mikołajów i Odessę, czyli między innymi: 22. Korpusu Armijnego, 7 Dywizji Desantowo-Szturmowej, 127. Samodzielnej Brygady Wywiadowczej i 20. Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej a do tego jeszcze dowództwo ogólne odeskiego kierunku operacyjnego. Dane z 22 marca 2022 mówią, że Czernobajewka była atakowana na różne sposoby siedem razy. Raz artą, raz rakietami. I tak popali się kilka dni, kacapy znowu ustawiają swoje cuda techniki. I znowu jeb, dup, ciul. I tak w kółko. Jak to mówił jeden ukraińskich żołnierzy do kamery kilkanaście dni temu - to nie walka, to nie robota, to przyjemność! Koniec marca 2022. Kwestia poezji Jest coś głęboko poruszającego w ich zaufaniu do wiersza, poezji właśnie teraz. Nie, że teraz nie będziemy pisali, bo jest wojna, bo się nie da. Odwrotnie. Teraz jest potrzebny wiersz. W okopach, ruinach, w piwnicy. Pamiętam dawno temu zapytałem przyjaciela czemu nie piszesz wierszy, tu i teraz, przecież zawsze chciałeś pisać, teraz masz siłę, czas, materiał. A on powiedział zdanie z tych, które zostają w głowie i huczą latami, jakby zdanie było sercem a głowa dzwonem. I jakby przy każdym poruszeniu głową zdanie odbijało się od ścian dzwonu, głowy. - Żeby pisać poezję a nie technicznie dobre wiersze trzeba być szczerym, być w porządku samemu ze sobą. Zamilkliśmy obaj. Bo co tu mówić. Dwóch facetów co się znają po dwadzieścia parę lat, jak ci dwaj rabini, co to jeden wie już wszystko, drugi też wie wszystko i o czym tu gadać. Siedzieliśmy na ławeczce gdzieś przed jakimś blokiem w średniej wielkości mieście w Polsce, był ciepły wieczór, on palił, ja nie. Technicznie sprawny wiersz można napisać. Ale poezja wymaga podstawowego poukładania się z własną wiarygodnością. Dowód nie wprost, ale znaczący, jakby komukolwiek brakowało argumentów, dowodów. Te wiersze znad karabinu. Czyjeś albo swoje, pisane ukradkiem jak status na FB, odpowiednik niegdysiejszego notatnika, kartki, etykiety z puszki po konserwach, kawałka mydła, na którym można wyryć wiersz, nauczyć się na pamięć i zmydlić, żeby nikt nie widział. I jest w tym coś równie poruszającego jak to ratowanie psów, kotów, papużek. Pisał Rebe Radwański, że to jest starcie cywilizacji. Z tej strony zamiast zabrać srebro, maszynę do pisania, pierzynę, laptopa raz za razem ktoś zabiera kota, psa, ptaszka, świnkę. Życie jest życie. Przyjaciel jest przyjaciel. Byliśmy razem tam, będziemy tu. A tamci nawet poległych nie chcą zebrać i pochować jak ludzi. Orki, mówią na nich w Ukrainie. Orki. I z tymi wierszami podobnie. Człowiek prawy śpi spokojnie w nocy, a jak umiera to we śnie, bez krzyku agonii, bez szarpaniny, mówiły babcie. Nic nie mówiły o pisaniu wierszy. Będziemy mieli co tłumaczyć i wydawać, próbując zrozumieć co się wydarzyło tego roku w Ukrainie. I to też jest bitwa, w której Ukrainki i Ukraińcy wygrali. Może dlatego, że byli poukładani ze sobą, z poczuciem własnej wiarygodności. Chociaż może powstaje jakiś dedykowany wojsku federacji poemat o operacji specjalnej, albo o wzięciu szturmem Mariupola? Może nawet będzie technicznie dobry. Ale mi zostanie w oczach i uszach recytująca wiersz Jurija Izdryka - Krystyna Kudriawa w mundurze, ładująca w rytm fraz wiersza magazynek: "kiedy rozpacz i trud, strach, zwątpienie i ból ścisną serce głuchą żałobą odkupienie odczytaj z ruchu jej warg: «nie martw się jestem tu jestem tu z tobą»" I szczęk wsuwanych do magazynka kolejnych pocisków. I nie, wiersz się pod tym nie załamuje. To codzienna mowa się załamuje. Sprawozdawcza mowa codzienna nie jest w stanie tego wypowiedzieć. I ja wierzę temu wierszowi i żołnierce ładującej swoją broń w rytm wiersza. Jeszcze na Majdanie, szli z poezją na barykady i w kurz płonących opon. Znali swoje wiersze, swoich poetów, poetek na pamięć, a gdy ich nie znali to stwarzali ten język na nowo. Bez lęku i nabożnego drżenia, że poezja jest niemożliwa. Jakże to niemożliwa, skoro jest. Czasem zostaje jako jedyna, kiedy wydawałoby się nie da się tego opisać. Nie musi być zaraz wielka, ale musi być, bo mowa się załamuje, pęka i odsłania swoje kości, mięśnie, nerwy. I tylko poezja może posklejać to wszystko na nowo w jakiś świat. Jest blisko, jest pod ręką tak samo jak wycior do lufy, rolka bandaża, sznurówki butów, zapasowy magazynek. Wraca na kwaterze po powrocie z walki, nie opuszcza przy kopaniu okopu, przewożeniu rannych, ewakuacji ludzi, ewakuacji kotów. To bardziej przeczucie, niż myślenie, kiedy budzę się w środku nocy (tak to zdarza mi się teraz niemal codziennie) i nasłuchuję głosów. Ja mogę się mylić one - nie. Im się wierzy. Nie pytaj dlaczego. Po prostu. 1 kwietnia 2022. Sen o odsieczy Mariupola Przegrupowanie, powiadacie? Będzie ze dwa tygodnie tego przegrupowania. I jakoś nowych postępów nie ma, poza tym, że katują Mariupol. Tyle potrafią. Ogólnie cofają się - a nie przegrupowują - z tego obszaru na zachód i północ od Kijowa. Tam się toczyły ciężkie walki z cyklu złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma. Ruskie chciały zdobywać Kijów, ale wyszły wąskim relatywnie klinem i zamiast odciąć miasto od zachodu to sami co chwila byli zagrożeni odcięciem. Nie dali rady, teraz się cofają. Opuścili Czernobyl, Iwankowkę, Irpień, Buczę. Podobno sprzętu na drogach tyle, że traktory nie nadążają holować. Czernihów raczej musi być na siłę deblokowany, chyba nikt się tam nie cofa sam, chcieliby zrobić z Czernihowa drugi Mariupol. Sumy, Trościaniec, Ochtyrka tamte cęgi już zniknęły. Wokół Charkowa tylko strzelają z artylerii, bo nic więcej nie potrafią na razie. Pomiędzy Sumami a Czernihowem był ten zagon pancernej armii gwardyjskiej co szedł na Browary po dwóch osiach, między innymi przez Konotop, a ściślej chyba wokół Konotopu bo ja do tej pory nie wiem czy ten Konotop był wzięty czy nie. I ten zagon też się zwija od południa i od zachodu ku granicy. Od Charkowa pod Kijów - nie pykło. To żadna deeskalacja ani przegrupowanie, to regularny wpierdol. Przypomnę, że czwartego czy piątego dnia wojny jak królika z kapelusza putlery wyjęły na Białorusi niejakiego Janukowycza, który miał być osadzony na stolcu z Kijowie, żeby "dokończyć kadencję". Wychodzi na to, że dokończyć to on może robienie kupy. I to dobry news dla niego. Myślę, że gdyby ruskie zdobyły Kijów po niewyobrażalnie krwawym szturmie i osadziły w jego ruinach jakiegoś Janukowycza, to jego dni byłyby policzone. Myślę, że by go tam utłukli kamieniami i pięściami. I jakby poszedł zrobić kupę, to by go spłuczka własnego kibla udusiła w trakcie. Nikt już nie wspomina o największym osiągnięciu strategicznym Władimira Ciulewicza Hujlera - tak nastraszył Baćkę Łukaszenkę, że ten nie ruszył ani jednego żołnierza w kierunku Ukrainy. I jak dotąd jedyny oddział białoruski walczący na Ukrainie to Батальён "Кастуся Каліноўскага". Drugie wielkie osiągnięcie Wołodi to fakt, że nawet Kazachstan powiedział mu – baw się sam. Ba, Kazachstan próbuje grac swoje i pokazać, że jest niemal europejskim, szanującym reguły gry państwem – na tle putlerowskiej Moskowii. Trzecie niesłychane osiągnięcie geopolityczne Władimira to fakt, że nawet Japonia się obudziła i powiedziała, okej, to może pora pogadać o naszych Kurylach, coście nam zajebali w 1945? O Sachalinie jeszcze nikt nie wspomina, ale kto wie? W odpowiedzi Władimir Siurkowicz Fiutin ogłosił wielkie manewry na Dalekim Wschodzie które objęły całe… trzy tysiące żołnierzy. Demonstracja siły godna sił zbrojnych Sri Lanki. Japońskie Siły – nomen omen – Samoobrony liczą około ćwierć miliona etatów. Więcej niż wszystko co putlery zebrały do agresji na Ukrainę więc myślę, że samuraje trzymają się ze śmiechu za jaje. Jedno wyszło putlerowi. Poparcie społeczne kacapskiego społeczeństwa wzrosło mu do 83%. Żal mi w tym wszystkim odważnych Rosjan pod biało-niebiesko-białą flagą nawiązującą do tradycji Nowogrodu Wielkiego. Zdaje się, że potrzeba jeszcze więcej trumien wracających z Ukrainy. Z tej okazji dwa ukraińskie Mi-24 przeleciały nad granicą i podpaliły skład paliw pod Biełgorodem, gdzie dzień wcześniej w tajemniczych okolicznościach wyleciał w powietrze skład amunicji. Przypadek? Nie sądzę. Oczywiście to wszystko nie oznacza, że nie można z regularnego wpierdolu wojska nie wyprowadzić ku przegrupowaniu i kolejnemu uderzeniu. Sytuacja nawet ku temu skłania. Z punktu widzenia butlerów, widzę to tak, że: 1. Walimy we wszystko co cenne, krytyczne na Ukrainie z tego co nam zostało z zapasów broni średniego i dalekiego zasięgu. Te wszystkie kalibry, toczki, iskandery. Promocja na demolkę trwa do wyczerpania zapasów. Bo w tym nie chodzi o żadne wojskowe cele, ale o to aby zdemolować Ukrainę, żeby się odbudowywała kolejne 30 lat. 2. Korzystając z tego, że nam nieźle – na tle – poszło na południu, przerzucamy tam wszystkie siły jakie mamy w łapach, uzupełniamy poborowymi, sprzętem z rezerw i rzucamy do ostatecznej bitwy u wrót Mordoru. 3. Miażdżymy przeciwnika na lewym brzegu Dniepru i ogłaszamy że już oto stajemy się pokojowym gołąbkiem i teraz gotowiśmy na rozmowy pokojowe. Emanuel Macron połyka z radości telefon komórkowy i drży z rozkoszy ilekroć włączy się alarm wibracyjny. Niemcy znowu mogą handlować. Co mogą zrobić Ukraińcy? Wahałbym się jednoznacznie coś stwierdzić, tak ta wojna jest inna od wszystkich, których byłem świadkiem na odległość, o których czytałem. Ale skorzystałbym z zalet tzw. położenia środkowego. Zapytacie co to takiego? No bo tak. Putlery, żeby wprowadzić na nowo strzępy oddziałów wycofywanych spod Kijowa, Czernihowa do walki na południu, mówiąc obrazowo – muszą jechać naokoło. Nie wiadomo czym jechać. Bo taki sprzęt pancerny, na gąisennicach to jednak się zużywa, dlatego na dłuższych przemieszczeniach się go wozi na lorach samochodowych albo kolejowych. A to jest kupa czasu. Wycofać z Ukrainy do miejsca gdzie można załadować na lory, załadunek, przewóz, rozładunek i domarsz do nowych pozycji wyjściowych. Niemcy w to umieli. Ale wiele dekad temu. Ukraińcy mają tą drogę przegrupowania o wiele krótszą, bo nie jadą naokoło Ukrainy, bo są w Ukrainie. Mają też wyższe morale, bo właśnie wygrali. I może coś takiego z dala od naszych oczu się dzieje. Może dlatego nie domykają tych potencjalnych „kotłów” na zachód i wschód od Kijowa. Liczą dni i godziny. Zaciągnięcie okrążenia to dodatkowe straty i czas, bo przeciwnik będzie się wtedy bronił do końca bo nie ma nic do stracenia. No i okrążenie np. na oko patrząc trzech czy czterech brygad to konieczność zaangażowania ze swojej strony sił nieco większych. A Ukraina nie ma nieskończonych rezerw. Musi umieć liczyć. Głównie – liczyć na siebie. Zatem zostawili jednostki do kąsania i gryzienia – tak projektuję, stawiam tu hipotezę, nie wiem tego – żeby kacapstwo nie miało poczucie, że odchodzi swobodnie, ale żeby ciągle ponosiło straty i czuło nacisk. Może też chodzi o moralny wydźwięk widoku cofającego się przez granicę potoku zdezelowanej armii, co w przypadku blokady informacyjnej może mieć większe znaczenie niż wzięcie do niewoli pięciu czy sześciu tysięcy ludzi. Tym bardziej, że te pięć czy sześć tysięcy nie wróci do mateczki Moskowii nie opowie co tam się działo. Nadążacie jeszcze? Zatem za cofającym się przeciwnikiem, zamiast puszczać główne siły – puszcza się harcowników, czambuły łuczników konnych, oszczepników. Regularna armia przesuwana jest właśnie na południe, żeby być tam szybciej niż putlerowskie rezerwy. Żeby tam pobić – niewątpliwie już zmęczone wojska, zdobywców Czornobajewki i Chersonia, oprawców Melitopola i Mariupola. Tam zresztą już się coś zaczęło. Ruskie były pod Mikołajowem a teraz idą kontrnatarcie od Krzywego Rogu i od Mikołajowa właśnie w stronę Chersonia i Kachowki. Coś się zaczęło dziać na północ od drogi Zaporoże-Mariupol. Nie wiem czy to odsiecz Rohirimu dla obleganego Minas Tirith. Bardzo bym chciał. Śnię o tym. Świt i oto a wzgórzu za umęczonym miastem pojawia się najpierw groty jednej włóczni, potem drugi, trzeci i wychodzi na tyły orków nagle cała kawalkada Rohanu. Wiem, pierwszy kwietnia właśnie mija, ale ja myślę cały dzień o Mariupolu. Chciałbym wierzyć, że odsiecz dla Mariupola jest w drodze. W każdej innej sytuacji powiedziałbym – nie ma szans, oni są skazani na zagładę, będą się bronić, przejdą do legendy, ale nie ma szans. Zatem nie budźcie mnie z tego snu zanim pójdę spać. Dajcie mi chwilę śnić o odsieczy Mariupola. Na wzgórzach za miastem pojawia się lśniący w promieniach słońca jeden grot spisy, przypadkowy odbity promień trafia w oko jakiegoś orka strzelającego z czołgowej armaty na oślep po wypalonych wrakach budynków mieszkalnych i niedowierzanie na jego pysku zamienia się w zaskoczenie a zaskoczenie w strach. Za jednym błyskiem na podniesionej lancy błyskają kolejne. Powiedziałbyś morze skrzy się po sztormie gdy patrzysz pod słońce, tyle tych odbić na ostrzach. Słychać jak grom rogi, setki rogów, w które dmą sygnałowi i okrzyk z tysięcy gardeł – Śmierć! (albo Слава Україні!) Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator, promotor literatury piszący wiersze, prozę, wyżywający się publicystycznie pracownik hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (7)
Ruiny Ludzie przystają w takich miejscach w zdziwieniu, zachwycie, tęsknocie, smutku i czym tam jeszcze. Spektrum emocji wzbudzanych przez ruiny jest doprawdy spore! Zwiedzamy ruiny chętnie, a to zamki, a to slumsy w Meksyku, a to zapomniane wiejskie domy. Każdy zna ten dreszczyk. Tylko ruin życia nie lubimy. I bardzo słusznie. Tymczasem ulegamy fascynacji inspirującymi widokami umierających domów w opuszczonych dzielnicach, resztkami bogatych pałaców, wyobrażeniami lepszości, której już nie ma. Hm… nie była taka znowu lepsza! Gdy przeszłość patrzy na nas półprzymkniętym okiem, trochę tracimy rezon, a trochę zyskujemy na sile. Jesteśmy w „tu i teraz” tak mocno, jak ruina jest w „tam i wtedy". Ale szczerze: jak reagujesz na umierający dom, co czujesz głęboko w swoim środku? Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy offowy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Szymon Florczyk – trzy wiersze
czytelniku czy chciałbyś ujrzeć wielopiętrowe łaknienie władzy nad tobą i dookoła wyznawcy różni ale związani w snopy palone jednym płomieniem frazowani na ciepło i zimno albo rzuceni w rozpęd wytelepani po kocich łbach lub sunący mechanizmami na skraj ironii wierząc w inteligentny projekt czy łzy odmierzone na uroczystość składania ofiar i oto ktoś przeszedł mimo może się nawet nie otarł obraz dekapitował spojrzeniem no cóż powiadam podparłszy brodę ...taki również ma prawo do życia zbieram po samotnych oficynach wysuszone słowa karmię dotrzymuję towarzystwa czasem wyniosę na słońce (i chodzę jak jakiś klaun z popękaną farbą na wargach) ostatnio taki odklejony starzyk tragicznie wypadł pod nogi sfokusowanego tłumu dedykującego mi wielkie oczy schyliłem się szybko podnoszę a jemu pęka łupina znów mi się coś takie dziwne wykrzewiło Przepisana fotografia to właśnie definicja tego (a może każdego) wiersza. Do dyspozycji mam tu przerzutnię dającą wrażenie ciągłości w chaosie i oczywiście (kiedy się pożegnałaś, na lotnisku czy wcale?) – życia. Zamykam w ramę ze strof. Ważny jest rytm i adekwatne brzmienie (jasne włosy, zapięte w okrąg, pachną odlotem), żeby oddać zmysłowy rdzeń chwili (na ile tamtej, a może tutejszego teraz?) piszę i piszę, nie mogąc dogonić sensu przechodzenia do puenty po słownych zaspach, gdzie mi uciekasz? Szymon Florczyk (ur. 1986) – mieszka i pracuje w Krakowie. Publikował wiersze m.in. w "Toposie", "Odrze", "eleWatorze", "Migotaniach", "Akancie", "Helikopterze", kilku antologiach. Jest autorem ilustracji do zbioru haiku Doroty Czerwińskiej nieboziemia (2024). Jako amator próbuje sił również w muzyce z pogranicza rocka i klasyki.










