Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Maksymilian Tchoń – trzy wiersze
Je suis content Sterylne opatrunki na rany zadane przez stulecie Chirurgiczna precyzja doboru środków wyrazu masowego rażenia Enklawa złośliwego nowotworu Dwór z renesansowym kieratem Na jednym człowieku spoczywa oddech epoki Kiedy z brązu kują medale Nie istnieje kolumna rzymskiej architektonicznej perły Ważące się słowa Jestem spichlerzem dostojnych słów Nie jestem perłą na dnie Mam w sobie patos i żart Opanowałem zbawienie Krępujące erupcje spojrzeń kiedy w ziemię swą spoglądam kiedy stawiam krok na ciszy niczyjej kiedy hejnał, a kiedy hymn Kiedy kontrybucja braw gładzi nieistnienie w porządku obrad pełni i nowiu je suis content Ujść z życiem w blasku tych latarń - stoimy bezczelnie piękni, patrząc na siebie wczoraj, dzisiaj, jutro rzucasz na mnie swój cień, a ja uchodzę z życiem Światło na krańcach świata I znów tyle sestyn spisanych nadaremno. Mam tę lichą przenośnię w mocy rzutu twego cienia na mnie. Mam tę wielką dosłowność w bezsilnej zamieci słów twego uchodzenia z życiem kiedy trafiasz we mnie pociskiem ziemia-powietrze balistycznym. Na styku granic naszych girland oddechów półprawd, półkłamstw, półjaw, pół-żyć w teatralnej sali z majestatycznym sklepieniem – uszytym na potrzeby napaści dwojga dusz spragnionych siebie: ust skazanych na dotykanie serc na oddanie dłoni na czekanie ciał na wahanie a szeptów na niedocieranie. (Jednak na siebie skazanych odwiecznym prawem szczęścia) Ścieram się z tobą na pograniczu tutaj i teraz, a tam i kiedyś będzie jeszcze jutro: pomimo braku znaków widzialnych. Będzie jeszcze jutro: pomimo braku znaków słyszalnych. Będzie jeszcze jutro: pomimo braku odczucia wiary, gdyż ufam wieczności zdobytej brawami, w płaszczu z miłości o przetrwaniu na zimę i na lato w polo kiedy płaczą zestroje akcentów i łkają stopy pod jedną banderą wiedzione blaskiem sutych latarń, w których stoimy bezczelnie – piękni. Maksymilian Tchoń (ur. 1987) - absolwent Filologii Polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest autorem 23 tomów poezji, m. in.: Kto zatrzyma perseidy (2023), 40 i 4 (2022), Ziemia złych wyroków (2019), Potępiony (2016), Http (2015), a także książki eseistycznej Rezerwat znaków przestankowych (2018). Publikował w wielu ogólnopolskich pismach literackich. Pasjonuje się muzyką. Tłumaczony na język angielski, włoski, portugalski, rosyjski i ukraiński.
- Łukasz Jasek – trzy wiersze
Reja brązowy szum przenika w trociny, nakładanie się kakofonii – poród konfliktu, przecięcie naszych dróg w poprzek aorty. Pokaźna kolekcja śledzin zbiera się między a perspektywy mamią całokształt. promień słoneczny w końcu dziurę wypali i krem przeciwparanoiczny nie wiem gdzie kupić ostatecznie żar, który w sercu się tlił zdołał jedynie wywołać pożogę, co z kolei spowodowało martwotę wewnętrzną. okoliczni mieszkańcy czczą charakteropatię na pamiątkę tragedii. rozpadało się na zewnątrz rozpadało się wewnątrz całość na części, części na wióry wszystko na nic. bezgranicznie oddany konsumpcjonizmowi swoje ciało pośmiertelnie powierzam Działowi Mięsnemu w sklepie Carrefour, CH Borek, w celach, naturalnie, konsumpcyjnych. prosi się o szczególne uwzględnienie żeberek, karkówki, udek, piersi, flaczków, łopatek. całość uprasza się dostarczyć starannie zapakowane w jelito. Kamienna paszkwil masz w krwi pluć się możesz już tylko dla picu rdzy dominacja w szkielecie wypadek włosów ścięgien naderwanie chrobot rzeczywistości ścian ruch niejednostajny kurczy się wszystko wiruje w kuchni zaczynają wyciekać wciąć niewyrzucone worki spod oczu musze tango nad stosem naczyń krwionośnych. Nowowiejska przelaliśmy treść krwistą i krwi ilości treściwe tylko po to by się upewnić że nadal to mamy. wątłych wątków topienie masowe powietrze zanika w small-talkowym klimacie. jazgoczą wyobraźni przetwory w gęstwinie dnieniowej. chodzenie prosto nie przysparza szans na przygodę, mawiał mi zawsze, i gdy matka kazała z samochodu wysiąść to się zarzekał, że setka znaleziona w łazience za pralką jest tam od wczoraj, a odór wydychany się wziął z niewyspania. wspominała w drodze, że na rozwód za późno, co by nie zrobił, lekarka mówiła, że z pięć lat jeszcze tylko pociągnie; a jej emerytura nie starczy na życie, więc się złościć na dym w sypialni przestała. gruba warstwa degrengolady siadła na stronę czystą; chodzi wyłącznie o patynę nadającą odzień rzeczywistości. dobrze, że można palić w pokoju, istnieje szansa, że niedopałek rzucony na dywan ogień roznieci, a wtedy warto przyjść by było, mimo towarzystwa ichniego. Łukasz Jasek - substytut poety, epigon Ciorana.
- Lula Sarnia – wiersze
bardzo jasny punkt koniunkcja jowisza i saturna to pretekst, by wpaść w ramiona ciepłej materii mieszają się barwy nocy, zbliżają spojrzenia najjaśniejsze, entropia wzrasta dynamicznie planety krążą po pokoju, przyciągają ruchome ściany, okna, lampy przyczyna nas nie obchodzi, dotykamy światów równoległych wszędzie jest tak samo, wokół rozdmuchany księżycowy pył przez kolejne kilka minut podchodzą bliżej drzewa, krzyżują się drogi wybierzmy jedną niemożliwą ślady nieuchwytne szklane domy rozpychają się łokciami, więc singapur zmienia położenie jak magellan opływa świat – tylko szybciej, był już w mediolanie paryżu i san francisco nie ma czasu zwiedzać mijanych miejsc statua rafflesa przy moście golden gate robi selfie z wieżą eiffla mówią, że to fotomontaż/ po kilku latach wciąż nic nie wychodzi na jaw a singapur już w drodze na marsa ciągle się zmienia – poszukuje, oszukuje last minute zodiakalne rybki nie pływają w pobliskim stawie ale na nowej planecie wszystko może się zdarzyć – (to jak zlizywać serek danio z wieczka żeby dowiedzieć się że kółko i kreska przecinająca obrazują człowieka w sombrero na rowerze) tylko co, jeśli po starcie złapie kogoś głód – nie ma odwrotu Lula Sarnia – poetka, malarka i projektantka graficzna. Jest autorką książki poetyckiej Wiśni mi się (Nagroda Główna 27. edycji Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina). Wyróżniana i nagradzana w konkursach literackich.
- Paweł Nowakowski – sześć wierszy
stara rzeźnia w samą porę zrzucamy skórę, na języku i powiekach zastaje nas miedź, póki inna gałąź jest w zasięgu chwytu. jak znane kształty w przypadkowych transzach ciągle żyjemy w okresach przejściowych, pod ziemią, na niebie i wysoko w chmurach. tak najprościej można opisać muchę na taśmie: połączone komórki, niedaleko kanał; spoczywa obok mętnie, a wewnątrz doraźnie. drugi termin mała jest szansa, że kogoś tutaj spotkam, tym mniejsza na coś, co nie miało miejsca, wychodzę na jaw ze względu na obłość, za utraconą korzyść chciałbym dopiąć swego. często, coraz częściej – bez większych względów, tym bardziej okazji – stawiamy w kloszu podział: na obóz zastany w gusłach, bałwan podstawiony i upozorowany. szansa, że kogoś tu zobaczę jest żadna – bardzo wąska, zachwiana; chciałbym być świecki, ale jestem złoty, rządzący i rządzony; w przenośni bez wyboru, bez burdy. tradycyjny podział nazwij to zrządzeniem, ponieważ są tylko dwie daty: przed i po, podzięka i dalsze prośby w odpowiednim przypadku i liczbie. tak to jest, symbolicznie do bólu: porozumiewamy się na sznurek, dwa kubki, latawiec to torba foliowa u drewnianej nóżki. w międzyczasie jest dyskusyjnie: z pantałyku na połysk, spod szyldu na kadłub. hulajpole! to było jak plaga, a jednak zapędzam w róg świtę zastawionych sideł, na z góry upatrzonych pozycjach rozpycham się w szkopule. w samą porę to mało powiedziane: łapiemy gałąź; krocie i koncylia. czasy panowania gżegżółka? nie dajmy się prosić: krążymy, tracimy rozmach, co ma swoje żale, gzyms to absolutny chaos, łudząco podobny do kiści. krzesanie jest porą kamienia. a z życia osiedla: gdzie się podziały wszystkie hydranty? ostatnia prosta larum gorące, w gorączce. za drugim podejściem trwa kołysanie w szpik, uwaga staje się podzielna, a zagon tak niewielki jak szansa na egzystencję spokojnego żeru. jestem częścią masy: darów do ognia i darów do ziemi, rąk własnych; gatunkiem na wyparciu, różnicą w zwyczajach, podziałem przez związanie i zmarszczką na szyi. Paweł Nowakowski (ur. 1992) – autor książki poetyckiej Między innymi (2017). Wiersze publikował w "Afroncie", "Kontencie", "Fabulariach", "Stronie Czynnej" i "Stonerze Polskim". Z zawodu radca prawny. Mieszka w Poznaniu.
- Krzysztof Bencal – Nadzieja bankruta
1. Błyskając forsą Wkrótce, podczas zetknięcia z firmamentem Ziemi, dam Bogu w pacht gwiazdeczki i wszystkie ogniska, aby płomienie jęły wam z wysoka zwisać i nie można było zmieść rozżarzonych śmieci. Znowu błysnąłem między ludźmi w sposób łatwy kradzionymi pieniędzmi, których już nie oddam. Każda cudza pożyczka będzie kiedyś moja, a wszelkie długi w końcu ktoś odsprzeda mafii. Pociecha dla samego siebie po swym zgonie to obraz na ścianie w tym zamkniętym miejscu: niedźwiedź patrzy na miód w słońca kolorze, krówkę w skoku uwiecznił czub na tle fioletu. Tylko plamy kawy na długim korytarzu świadczą, że noc też tędy biega do lombardu. 2. Bezładne latanie Widząc już następnego dnia po Bożym Ciele krople deszczu na oknie otwartym na oścież, pomyślałem, że ja też wnet wrobię pogodę w szatkowanie kratami nocy na much wiele. Na talerzu leżały resztki rzodkieweczki, pokrojonej przez panią w drobniutkie plasterki, oraz skorupki jajka, które wczesnym rankiem gotowała tak długo, aż zrobiło się twarde. Saszetka zanurzona w kubku zabarwiała wodę i nadawała jej smak oraz zapach, a na sznurku, co zwisał z kolistego brzegu, był kwadracik z napisem „Lipton”. Bezdomnemu pielęgniarki rzekły, że tutaj nie ma Wi-Fi, chociaż jego smartfon tę sieć szpitalną wykrył. 3. Kamizelka Wójcika Dla uczciwych, biednych i brzydkich ekspedientek, kiedy we Wrocławiu do sklepików najdroższych wchodziłem z plecakiem, acz zgoła bez forsy, wciąż byłem fordanserem, żigolem, modelem. Również stare i młode kurtyzany szpetne zawsze, nie patrząc na mnie, wiedziały, kim jestem, jeśli samotnie lub z kimś do domów publicznych wkraczałem bezszelestnie jako facet inny. Spojrzyj, na kamizelce owego starego Tomasza Wójcika są guziki ozdobne, jakby niebo ze sprzętem, minąwszy Golgotę w drodze, po prostu po nim przypadkiem stąpnęło! Czy wyszedłeś, Krzyśku B., z wariatkowa – w którym ujarzmiłeś dziadka – by wyzwolić znów swój chich? Rozbita szybka telefonu Zbyt grube są wasze pineski świetlicowe, bym wysunąć mógł tackę ze swoją SIM kartą! Azali Pan Bóg kolejny raz był nietrzeźwy i z tej przyczyny, znów patrząc na mnie przeciągle, zrzygał się z wysoka? Mróz, z samym sobą walcząc, ponoć porozsiewał wokół taneczne dźwięki. Wymiociny, niestety, nie spłyną już niczym: mój ni niczyj złoty posąg nie będzie przytupywał, nikomu nieżywemu szkielet nie pomoże w żaden sposób dłońmi białymi, a Smerfetka, wciąż kochana, przekłuje sobie pępek, by na oczach Parki zacząć kolczykiem bawić się z nudów. Za dużo o jedną chwilę, chociaż brak zarówno wcześniejszych, jak i onej. Krzysztof Bencal (ur. 1983) – poeta z Oławy. Opublikował kilka tomów wierszy. Ostatni to DEMO(N).
- Maciej Skomorowski - dziewięć wierszy
Przyszłość pewnego złudzenia Z wiekiem dorastasz do wprawy w masturbacji, którą tak namacalnie zademonstrował Derrida w związku z Rousseau, (to, tamto pismo) z wiekiem jako singiel w wielkim mieście uczysz się ukraińskiego od krasnych Ukrainek, cieszysz się z szans życiowych w kosmopolitycznym kosmosie tuż przy metrze Rondo Daszyńskiego, ale nie wypada ci z głowy, wypaść nie może, ta stara piosenka Sweet Jane (jej automatyzmu psychicznego terapeutka Magda nie uznała za zaburzenie), więc przed całym miastem przyznajesz się do wprawdzie usprawiedliwionej przez miłość nikczemności miłości, oskarżenia o okrucieństwo, która jednak nie odnalazła tego, co było do znalezienia, chyba że dziś Karolina będzie przez jeden dzień Joanną - któż jak nie ona? a umówiony piątek jako spotkanie pożegnawcze potraktujesz z estymą, winną tej, która prowadziła cię przez te cztery ostatnie lata, nawet jeśli nie zrozumiała szczytu: (tłumaczę: na szczycie jest płaskowyż, miejsce dla kilku naszych flag, nie jednej). Polegamy. Ja już nie śpię, nie śnię, nie śmiem; za mojego życia kilkukrotnie zmieniały się oficjalne klasyfikacje DSM, ta cała nowa prokrastynacja w magazynach na półkach stacji benzynowych… Pod piekielnym słońcem sierpnia - gdzie znajdę duszę twardą twardością światła, hardą i trudną miłość, moje polisemiczne dzień dobry dla ciebie, sąsiedzie, znów chcę być sam, niesłusznie zarzucasz mi utratę kierunku. Tego lata przyjaciele nazywają mnie Ulisses. w progu urodziłem się pierzasty i ślepy. moja akuszerka nie spała przeze mnie. była zima stulecia, noc. przemarznięte, głodne tłumy wychodziły na ulicę. wiele razy zmieniałem opierzenie i wzrok ćwiczyłem na tym, co akurat nazywało się sztuką. zimy powracały cyklicznie. ulice pożerały tłumy. wolę, wiedzę, pamięć przesłoniły pióra. akuszerka miała zimne ręce, kiedy przyjmowała noc. jej sztuka była ludowa, wskazywała na tłum. okazało się, że warunkiem pamięci jest przeciwieństwo ślepoty. wiedza zaczyna się wraz z nowym stuleciem, a wola jest dana pierwotnie przy kruszeniu skorupki. stulecie wydało zimną sztukę przetrwania. trzeba wiele wiedzieć, aby czynić nowe pochody. pióra przesłoniły widok nocą mojej akuszerce. tłum nakarmił się jajem i skrył się w skorupce. wiedzieć to widzieć ślepy głód ulicy. stroję się w piórka, stojąc w progu, niedługo. Etyka jakości życia Prowadzę kalendarz, więc - zakładając stabilności postanowień (za to ręczy się głową) - mogę powiedzieć, że znam przyszłość. Ruch wyprzedzający jak w "Traktacie o dobrej robocie", bo dobrej roboty można się nauczyć, nie można nauczyć się jedynie moich wskazań, "Patrz na to!" - Wittgenstein przytacza powiedzenie arabskich matematyków czynią różnicę między mówieniem i pokazywaniem, nie patrz na palec, księżyc… Jutro znów, jak w najwyższej amplitudzie lipca, czekają nas trzydziestki, pot, tłumaczy amerykańskich proszę o przekład Na Farenheity. Kim stałem się po odejściu najlepszych przyjaciół, porzuceniu rodziny? - Czas ujawnia się w każdej sekundzie, z wolna zaczynam myśleć o tym, co na starość, to już się zaznacza, kostycznie, już teraz jestem delikatnie żulerski, let's say, ale zdrowe odżywianie i joga mogą bardzo pomóc, zawsze ufam lekarzom, MM, a ułatwienie dostępu do zawodu psychoterapeuty dla ludzi po filozofii, to nadal dla mnie perspektywa na przyszłość - dobra, i tu, na ulicy Czumy, gdzie żyję od dziesięciu lat, gdzie umrę zapewne, bo tu chcę umrzeć, gdzie każdy mnie zna (mogę także zrobić karierę w Radzie Nieruchomości, ale zaprzyjaźnione garnitury z ratusza o tej spółdzielni mają to samo zdanie: złodzieje!) - nie życzę sobie więcej złamanych serc. Od większych pieniędzy w tej wolskiej korpo dzielą mnie dwa, trzy kliknięcia, dystans niebotyczny, lecz chcę pokazać ojcu, że potrafię zarobić na siebie, bo na mnie kończy się linia, więc milczeć nie mogę. Jest sierpień i lekkie zmęczenie latem, kondycja wolnego człowieka, słońce. Nieznani sprawcy Przed oświetleniem Reja w Puławach popełniono na tej ulicy kilka morderstw. Za chwilę osiągnę granicę administracyjną miasta, nie jest zimno, idę prosto. Za ścianą ciemnych drzew, przeciwlegle na torach hamują pociągi. Mogłem się przekonać, że mój krzyk byłby niedosłyszalny w okolicy niemalże przez minutę. Tyle trwa żelazny szczęk. Coś mogło się wydarzyć, ktoś mógł zbiec. Zima, nie wiem, czy ktoś stoi w cieniu, gdzie. przed świętami chciałbym, żeby jakiś bóg się wreszcie narodził. chciałbym na święta trochę lepszych piosenek w w radio i rozejmów na świecie. chciałbym, żeby jakiś bóg się wreszcie narodził i przemówił nowym, potężnym słowem, któremu znów moglibyśmy uwierzyć. Biografie Tomaszowi Wojtasiowi, lubelskiemu filozofowi Staliśmy się tylko odrobinę bardziej drobnomieszczańscy. Wyrobiliśmy nawyki, naczynia pozmywane. Zwielokrotniliśmy punkty widzenia, gromadzimy je, porównujemy. Lekarz nas osłuchuje i z gabinetu wychodzimy pocieszeni, bo przecież z niczego nie musimy jeszcze rezygnować – ryzykujemy. Nadal czujemy się młodzi, choć alimenty są jak najbardziej na poważnie. Identyfikujemy się poprawnie politycznie oraz gramy racjami, wymieniamy argumenty, przede wszystkim na własny użytek. Prowadzimy życie, umywamy ręce, oczekujemy erotycznych snów. Mogłoby się wydawać, że gładko dociągniemy do końca – upewniają nas o tym znajomi, wybrane książki, już teraz monotonna zmiana pór roku. W końcu coś wiemy, choć koniec wymyka się myśleniu. I nie jest to płacz. Nie jest to śmiech. Nie całkiem milczenie w tych pourywanych, najczęściej z grzeczności, zdaniach. I powiem, że testamenty, które powoli rosną w nas w coraz zwięźlejszą formę, będą doskonalsze niż możemy to sobie teraz wyobrazić. Będzie padać Dziś mam szansę na bitcoina. Padało, pada i będzie padać cały dzień. Tylko pomyśleć co telefony zrobiły z naszymi życiami… To niby proste sylaby, wietnamski, jednakże nie potrafię powtórzyć co w chińczyku mówił sprzedawca frytek. Załapałem się na przypadkowy kadr wczoraj wieczorem w parku - u mnie młodzież, jak widać, także jest postępowa i uprawia sztukę. Może srebro we krwi? Może domu ściany wywalone jak języki? Może być też i tak, że wcale nie musimy odrabiać lekcji - to Wy musicie odrobić lekcje. Czas do tego przykładany niedokładnie odzwierciedla nakłady pracy, nie jest lustrem doskonałym. - Ta jedna, jedyna. Pierwsza. Okazja czyni złodzieja, więc kradnę buziaka. Nieprawda podawana na słodko, z imbirem i suszonymi pomidorami - jak ci smakuje? W tle drzewa kanadyjskiego lasu na pulpicie, na ekranie, ja teraz tylko powielam siebie samego z najlepszych chwil, bowiem szczęście, piękno i dobroć zawsze mają jednaką twarz, uśmiech i łagodne skinienie. Mam te zdjęcia dla ciebie. Nie zawiodę na środę. bliżej, dalej, niepotrzebnej śmierci ze spraw pilnych urząd skarbowy, dwa dni na znalezienie trzeciej roboty, ponawianie prób zapewnienia sobie odrobiny więcej snu, od dziś siostra u mnie. oczywiście ukraina. poza tym chciałbym dokończyć artykuł o lyotardzie, spotkać się z eweliną w puławach, przeprosić kilka osób, kilku osobom zaszkodzić, na wakacje wyjechać w góry. dalej moje horyzonty nie sięgają. małżeństwo około pięćdziesiątki. a jeżeli się rozmyślę - kupię jakieś zwierzę. Popieram zamknięcie nieba Przyjechała ze Stanów, więc gdy z lekkim akcentem zacząłem objaśniać, że interfejs jest easy to use sądziła, że ją podrywam. Skończyliśmy na kawie. Na kawie się skończyło. Potem wracaliśmy - jakby wielokrotnie - do tego ciemnego pomieszczenia na 34 piętrze, gdzie ludzie są dziwnie ubrani i niektórzy nie mogą mieć gabinetów z powodu lęku wysokości (przeszklone okna), np. zamiatają, a misją tych w gabinetach są pieniądze - wracaliśmy z kawy przez Żabkę okrężną drogą i trafiliśmy na kolejkę złożoną z ukraińskich dzieciaków wylewającą się na Świętokrzyską - byli ubrani jakby kupowali w Pepco i bardzo radośni, pewni swojej młodości, nastoletni Ukraińcy... Ona chciała już być na górze, ja miałem tam tylko drobną sprawę do załatwienia, więc poszedłem jej na rękę i po kawie nie kupiłem hot-dogów (łatwe przejście od easy to use) jak obiecywałem (kolejka...), może i słusznie, w Stanach mają lepsze, ale wjechaliśmy tam szybko i słowem nie napomknąłem, że w radosnym tłumie roześmianych i pryszczatych nastoletnich Ukraińców widziałem śmierć ojca w oczach jednego z tych dzieciaków. Maciej Skomorowski – poeta, filozof, dziennikarz, demokrata. I tak jak niczego pomiędzy błogosławionym ciepłem blasku miłości i chłodnym wyrachowaniem nienawiści nie odnajdywał od dekad, tak w pierwszych dniach listopada 2023, kiedy nadal przebywa w ukochanej Warszawie - próbuje zaproponować sferze publicznej kilka nowych określeń szarej, zupełnie pośredniej i centralnej strefy egzystencji, w której z większym jeszcze niż w znanych jego dawniejszych eksklamacjach o szczęściu człowieka odnajduje szczęścia esencję i racjonalny ład świata, oferując tę perspektywę jako możliwą do podzielenia, uniwersalną i inkluzywną z założenia, a jednak naznaczoną ostatecznie oryginalnością ciała własnego, które dotyka strun, rzeczy, źródeł światła, czułych punktów innych ciał ożywionych, zdolnych do inteligentnych zachowań werbalnych i odwzajemniania szorstkości dłoni, którą podaje-(ę).
- Ewa Olejarz – trzy wiersze
co ty wiesz o miłości Dziewczyna wpadła ci w oko i nagle spędzasz z nią pięćdziesiąt sześć lat Srasz pod siebie w kinie – a ona to sprząta To jest miłość będę wracać (ała) do bułki z masłem w zaułku solnego po przyprawy przy wita stwosza chodzi mi tylko o to żebyś od czasu do czasu mnie pochwaliła nadmieniła że świetnie wyglądam wiesz - takie tam u nas wczoraj fruwały monstrualne płaty śniegu wiatr i deszcz zrobił resztę teraz widzę na pruskich dachach trochę bieli - zaraz zniknie wisła daleko patrz: jedni wolą dworki inni chaty też się cieszę złamałam (orężną) straciłam miedź i łódź (salaminy) brak – jego a był wilk wdzięczny pognębiałam runął pognębiałam – chwaląc pisał rosłam ile trzeba – spraw dotknąć pętał drę, czytam imię: dach – dom żar – ogry chyba zaczynam rozumieć PLASTYCZNY nie potrafię ani myśleć, ani pisać syntetycznie zazdroszczę wam tej umiejętności, wam - poetom cenię sobie takie zdania, nie przegadany zapis (…) SYNTETYCZNA a my z (?) – tak inaczej nie będzie prawniczka historyk ten sam pień zero spóźnień umiłowanie zegarów przyrodę fotografujemy z kolana (bez cudów) dziwna znajomość Ewa Olejarz (ur. 1974) - Milczenie placu zabaw / Pfu / Wszystko jest inaczej / Mongolski cyrk / (...) fot. Anna Nowaczyńska
- Lesław Nowara – cztery wiersze
Lotnisko Szybowce, które po raz pierwszy zobaczyłem na gliwickim lotnisku, wcale nie wyglądały jak wyrzucone z gniazda pisklęta, raczej jak ciotka na polanie, bokiem leżąca na kocu i wsparta na łokciu, bo jednym skrzydłem w taki właśnie sposób opierały się na trawie. A drugie skrzydło jak palec wskazujący w niebo wyglądało jak ręka topielca na próżno wzywającego pomocy. Od czasu do czasu widywałem te szybowce nad Sikornikiem i Trynkiem, krążące jak nad stawem szpaki i rybitwy. I nie było w tym mitu żadnego, żadnej legendy czy magii, żadnego Gryfa ani Ikara, Żwirki i Wigury czy Dywizjonu 303. A i przy samym lotnisku był już tylko skład z węglem, tartak i hurtownia ryb. Trzy baraki na trzech zabłoconych placach. Po nocach z hurtowni ryb wcale nie było słychać pyrkania silników na rybackich kutrach, a jedynie monotonne charczenie agregatu w chłodni. Z tartaku nie dochodziły żadne jęki buków i sosen, słychać było jedynie szczekanie psa przy budzie i wizgotanie pił. Tylko ze składem opału coś było inaczej i każdy woźnica gotów byłby przysiąc, że fury z węglem mijając lotnisko ledwo dotykały tam ziemi i trzeba było dwiema rękami z całych sił ściągać lejce, by koła furmanek nie oderwały się całkiem od jezdni. Koniom wprawdzie jeszcze żadne skrzydła nie rosły, ale na ich grzbietach, w okolicach kłębów, można było już dostrzec pierwsze stosiny i dudki, a u niektórych wałachów i klaczy nawet już całe chorągiewki piór. Joanna i palce Odkąd skończyła czternaście lat zaczęły prześladować ją palce. W kinie wpełzały jej pod sukienkę, wsuwały się w szorty pod szkolną ławką, w autokarze na szkolnych wycieczkach przeciskały się przez pasek spodni, nawet w sklepach, w kolejkach do lady, do kasy, na pośladkach i udach, czuła mrowienie tych palców. Te palce śniły jej się co noc. Ledwo zamknęła oczy, a już wpełzały pod kołdrę, pełzły po jej piersiach i brzuchu, zwijały się w kłębek w pępku, śluzem znaczyły ślady na jej nogach i zagnieżdżały pomiędzy udami. Bała się wychodzić z domu, bo te palce pod postacią dżdżownic i ślimaków już czyhały na ulicznych chodnikach, czaiły się w liściach drzew, na parkowych ławkach, na wiatach przystanków. Czuła śluzowe ślady tych palców na każdej poręczy i klamce, na klawiszach komputerów, na monetach, nożach i widelcach, wyraźne ślady tych palców widziała na wszystkich szybach, lustrach, lusterkach. Od tych palców nie było ucieczki. Nie było sposobu, by się przez nie przedrzeć, bo wszystkie okna i drzwi w mieszkaniu całe były już zarośnięte palcami i nawet do kuchni broniły jej dostępu, więc jedyne wyjście wiodło przez łazienkę. I jedyna nadzieja, że mama zostawiła tam w szafce niedawno kupione tabletki. I jedyny ratunek w ojcu, że na półce nad umywalką pozostawił dopiero co rozpakowane, staroświeckie żyletki. Franz K. Tak bardzo bał się śmierci Że ze strachu przed nią Umierał Strach nie ma wielkich oczu Strach ma oczy zamknięte A powieki tak zaciśnięte Że wypływa z nich krew Bał się śmierci tak bardzo Że ze strachu miał wymioty i dreszcze Ze strachu w dłoniach nie mógł utrzymać kieliszka i szklanki Spomiędzy palców wypadały mu widelce i noże Nawet łyżki nie był w stanie utrzymać palcami Od jego strachu na stole trzęsły się talerze Skrzypiały krzesła i szafy Chybotały obrazy na ścianach i lustra I drgały szyby w oknach Ze strachu przed śmiercią Chorował na dżumę i czarną ospę Był ciężko chory na raka Co dzień umierał na udar i zawał Choć jedynym objawem Było tylko spocone czoło I trzęsące się ręce Płakał codziennie Opłakując swoją śmierć I nie mógł w żaden sposób pogodzić się Z własną śmiercią A i pokłócić się z nią nie był w stanie Strach przed śmiercią Był nawet gorszy od samej śmierci Bo nie dawał od śmierci Wytchnienia W końcu zaczął się bać Nawet własnego strachu przed śmiercią Bał się śmiertelnie własnego strachu Tak bardzo że z tego strachu Bałby się nawet umierać Aż w końcu na miejscu śmierci Pozostał jedynie strach Śmiertelny strach Od którego jednak nie da się umrzeć I od którego nawet śmierć Nie dałaby uwolnienia Mokra robota Zaczął padać deszcz Krople jak opuszki palców przebiegają po pajęczynach jak po strunach harfy i bębnią miarowo jak pałeczki uderzając w pancerzyki chrabąszczy i żuków A pół godziny wcześniej na niebie nie było ani jednej chmurki i świeciło słońce Dokładnie pół godziny wcześniej gdy wychodziliśmy z domu powiedziała że zaraz zacznie padać I co teraz? co teraz? Pomyślałem o stosie ale kto by chodził w tym deszczu i zbierał gałęzie które są już mokre i raczej na pewno nie zechcą się palić Do studni i jeziora stąd jest za daleko a kałuże jeszcze raczej są zbyt płytkie nie mam nawet noża a rzadko na spacer wychodzę z siekierą Więc nie pozostaje teraz chyba nic innego jak z tą mokrą robotą zabrać się do domu i tam przeczekać póki nie przestanie Lesław Nowara (ur. 1963) – poeta, aforysta, felietonista, recenzent literacki. Wydał tomy wierszy: Zielona miłość, Dom o zielonych oknach, Trzecie oko, Rosyjska ruletka, Kokon, Cichociemno, Ciemna strona światła (wybór wierszy), Ość wieloryba oraz Przed nami jeszcze potop. Mieszka w Gliwicach.
- Mateusz Melanowski – wiersze (1)
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce Pierwsze próby podjęliśmy w 1957, lecz zakończyły się fiaskiem. Szesnaście lat później natomiast nasza sonda dotarła do celu i przez kilka dni krążyła na orbicie. Lądowały za to: Viking 1 oraz Viking 2 w 1975, dostarczając obszernych badań. Ani jeden, ani drugi niestety nie zdobył dowodów na istnienie życia, lecz w 1996 odkryliśmy tam starożytne ślady wody, co potwierdziły siedem lat później łaziki Spirit i Opportunity. Od tego momentu mieliśmy jeszcze dziesięć misji. Kolonizacja zatem to tylko kwestia czasu. (Na księżycowym regolicie już sadzimy rośliny). Są jednak związane z tym ogromne zagrożenia. Bo przecież z czasem nasze stare, ziemskie metafory zaczną tracić sens. Postuluję zatem, żeby w pierwszych kontyngentach wysyłać poetów. I ja zgłaszam się na ochotnika. Plan miasta Przy pneumatycznych odgłosach czekamy na swoją kolej. Gawrony tymczasem ogołacają okoliczne wierzby z gałązek, a kawki przejmują po kolei pobliskie kominy. Pierwsze ciepłe i słoneczne dni. Od Krasnegostawu nadciągają żurawie. Zmieniają kierunek i przelatują nad naszymi głowami. Przede mną w starym volkswagenie mężczyzny w średnim wieku, na półce pod tylną szybą, dostrzegam plan miasta Tokio. Słuchając w korku Gene'a Krupy Nawet za bardzo się nie przejąłeś, gdy przewrócił ci się kubek z resztką kawy, a ty wykonałeś gwałtowny ruch i poczułeś mocny ucisk w klatce piersiowej. Nawet za bardzo się nie przejąłeś. Tym bardziej, że zaczęło się If You Were the Only Girl in the World, a ciebie po paru sekundach puściło i mogłeś wrócić do swingowania na kierownicy. Ciekawe tylko czy masz kolejną bliznę na sercu. Forum Romanum The Rolling Stones na scenie są nieprzerwanie od 1962 roku. Tak samo Status Quo, ale oni początkowo występowali pod inną nazwą. Rok wcześniej jednak powstał Golden Earring, tyle, że w 2021 zakończyli działalność z powodu choroby jednego z muzyków. Dobrze sobie niektóre rzeczy uzmysłowić. Dinozaury wyginęły po 160 milionach lat, Historia Homo Sapiens natomiast to tylko 200 tysięcy. Niedaleko Forum Romanum handlarz sprzedaje butelki z wodą, mając za ladę fragment kolumny z I w. n. e. Dobrze sobie zdać sprawę z niektórych rzeczy. Ostatnie dwieście lat to nagły skok technologiczny i zdaniem niektórych, gdyby nie upadek Cesarstwa Rzymianie lataliby w kosmos już w 7 w. n. e. Odpoczywamy nieopodal. Też na jakimś głazie. Duszno. 37°C w cieniu. Dylatacja czasu Ma pan zwyrodnienie w prawym oku i jeżeli panu na co dzień nie przeszkadza, to nic nie będziemy z tym robić. Zresztą to w zasadzie normalne u młodych mężczyzn - powiedziała trzy lata temu. Prawe jeszcze trochę słabsze, ale minusy przechodzą w plusy. Tak już teraz będzie z wiekiem, panie Mateuszu - stwierdziła dzisiaj. Nic o szczęściu Stres albo silna wola przetrwania. I jedno i drugie mogłoby wyjaśnić ten poranny ból zęba, z którego z tego co pamiętam, dawno już usunięto nerw. Wątpliwości jednak zostaną rozwiane, kiedy w testach okaże się, że wciąż mam nadzwyczajne pokłady optymizmu i radości życia. Co przecież jednoznacznie wskaże na drugą młodość. Za co dostanę gratulacje i kilka dodatkowych punktów. Jednak, choć trzymali nas do późna, nadal nie wiadomo kto dostanie tę pracę. Obudzić się tylko raz Śniło mi się, że śpię i mam sen o tym, że śpię i śnię, że się budzę. Haiku ślimacze stukanie pod oknem - wstężyk ogrodowy którym drozd tłucze o beton. Mateusz Melanowski (ur. 1977) – publikował w czasopismach. Laureat licznych konkursów. Otrzymał nagrody główne w konkursie imienia Anny Kamieńskiej na najlepszą książkę poetycką województwa lubelskiego wydaną w latach 2016 i 2017 oraz 2020. Autor czterech tomów wierszy. Ostatni to Pierwsi napotkani (2020). Perkusista heavy metalowy i przewodnik dla amstaffki i boksera. Mieszka na wsi pod Krasnymstawem.
- Robert Lis – wiersze
Akurat w momencie kiedy przynosisz mi jabłko Jezus Chrystus zaprasza Buddę Siakjamuniego na pierwszą Wielkanoc po krwawych świętach wyprowadzają się na bezludną chmurę w innej galaktyce jeszcze nikt nie wymyślił takiej formy Dobroci która pochłonęłaby całe to piekło głupoty i nie dostała od tego religijnej sraczki miłości. Toccata i fuga d-moll (D-moll BWV 538) melodia polega na tym że klatka jest niemierzalna czym daje nadzieję na wolność i złudzenie że można uciec z klatki będąc w niej i nie zdając sobie z tego sprawy to powinno być na końcu ale Bach od razu rzuca pierwszą nutę panu Bogu w okno żeby przewietrzyć zakrystię jakby był bez grzechu pierworodnego a organy to archanioł Gabriel zapładniający kompozycję kolejne takty są ucieczką i zmaganiem na argumenty wykluczające się wzajemnie tezy wewnętrznie sprzeczne ale rozmowa dopiero ma się zacząć po pierwszych spienionych falach dźwięki łagodnieją jakby zaczynały sobie przypominać miejsca na pięciolinii tam gdzie zostały poczęte i że nie jedna dłoń w przyszłości sprowadzać będzie je do życia z otchłani ludzkiego serca Bach na organach chciał zagłuszyć lęk przed śmiercią uchwycić Absolut w ludzkiej materii bez szans na więcej spłodził dwadzieścioro potomstwa i grał w ciemno to dopiero jest Sztuka. wynoszą trumnę teraz możesz płakać w umyśle jak z majonezu mieszka znikająca żyrafa i zapisany kredkami pamiętnik z przeznaczeniem na okres panowania niepokalanej przewodniczki demencji. Śmierć nie zagląda do dwóch miejsc: trumny i kobiecego łona z powodu klaustrofobii i symulowanej bezpłodności dlatego większość woli z odkrytym wiekiem w kaplicy na marach obecność ciała wypiera śmierć jak psychotrop. To dlatego kobiety myją blade zwłoki bez lęku a mężczyzn nawiedzają koszmary o vagina denata. Ale kiedy pojawia się znerwicowana żyrafa w majonezie której plączą się nogi gdy próbuje złapać równowagę lub chwycić choćby jedną pewną gałąź drzewa życia drogi powrotnej lub paszczy lwa z błyskawicznym znieczuleniem wszystko może zostać w jednej sekundzie zdmuchnięte przez Myśl przenikającą dowolne ziarenko piasku prawdopodobieństwa ziemi gdzieś na Marsie. hektyczny poranek oparty krzywo o odświeżoną elewację gustownej cukierni z napuchniętymi wargami pod zaropiałym spojrzeniem młody menel splunął na chodnik zieloną flegmą z domieszką nicości uczesany pachnący szamponem i perfumami swojej panci mały uśmiechnięty Shih tzu podszedł żeby polizać drgający cyjanowy embrion spłodzony w najciemniejszych korytarzach ludzkiej duszy z otwartym rozporkiem właścicielka psa wyszła ze sklepu z instagramowym zadowoleniem jak na all inclusive będzie dogadzała sobie dzisiaj torcikiem do wymyślonej kaprysem okazji kiedy odpinała stęsknionego psa pozwoliła mu pobuziać się w usta i polizać po brodzie to chyba dobrze że zygota znajdzie lepsze warunki do rozwoju miłosierdzia i choroby. Jep Gambardella heurystycznie płodny umawia się z pojęciem bycia nikim. dostrzega wyrazy bez twarzy twarze bez duszy łona bez matek urządzonych jak mnich online w celi wystawiający się na kuszenie. osamotniony podważa absurd śmierci przypomina sobie wykład Rabbi Friedmana który mówił że: Życie żyje a ciało powraca do prochu z którego powstaje. śmierć nie może żyć tak jak życie nie może być martwe. w myślach ze stali chirurgicznej kołysze się chandra jak płomień striptizerka zadaje ciosy i zbiera napiwki; drinki z lęku i bezsenności gnają szkielet światła w noc a kto rano wstaje siebie nie poznaje. Mała Ewangelia wg Lucymona dla pożytecznego papieża rób tak dalej nic nie zmieniaj tradycja wymaga poświęcenia zamiataj pod dywan przypadki milcz o czym trzeba krzyczeć kłaniaj się posążkom i obrazkom strasz mną i gniewem naszego Ojca pocieszaj odkupieniem mojego braciszka zmieniaj często bieliznę myj zęby ukrywaj tych co kochają bez wzajemności rozgrzeszaj każdego z żołnierzy Pana stawiaj pomniki bohaterom wiary w luksusie staraj się być miły i zawsze uśmiechnięty do kamer opowiadaj historyjki o swoim dzieciństwie o tym że dobrze żyć w biedzie bo to kształtuje nauczaj o empatii i nie zakładaj czerwonych trzewików módl się publicznie wybielony jak dotychczas zbawiaj dusze i nie zabraniaj dzieciom przychodzić w razie jakichkolwiek pytań i wątpliwości wiesz gdzie mnie szukać. poranny Jep Gambardella leży w łóżku i kontempluje pustkę po wyśmienitym fellatio to Norma podniesie rolety i pokaże niebo jak z fusów układa się do jesieni możliwe że przeszłość nie zapisuje się nigdzie na dłużej niż to co pamiętamy jak rybki po zrobieniu jednego okrążenia w akwarium zachwycają się tym samym Norma woła Jepa na liściastą czarną herbatę słodzoną cukrem trzcinowym nierafinowanym dzięki Normie Jep wychodzi z łóżka na świat i odgrywa specjalnie dla niej przygotowane role. Życie to zły nauczyciel Już prawie niewidzialna zdążyłaś jeszcze powiedzieć moje imię. Osuwając się po ścianie nabierało świeżej otchłani jakby wiosna mogła zapuścić korzenie w naszej śmierci; wypadało jedynie wierzyć i rzucać się sobie w ramiona ale wtedy krzyczałaś że nic nie widzisz bo wszystko wiruje nawet płacz i oddech spłoszony jak szkic gazeli w skale; pędziły prosto na mnie i do mnie jakbym był żaglem który oderwie się od tonącej dłoni gdy ta nabierze mgły do pełna. Oczy są winne i zimne niebo rozsypane z tłuczonego szkła dlatego małe dzieci płaczą przed zaśnięciem bo słyszą jak z drugiej strony marzy się o tym samym w nieskończoność boga szatana jakby nie można było żyć. Inflacja ludzie kupują mniej jedzenia pod śmietnikami żadnych resztek w tym roku na święta pierwszy raz od wielu lat silosy na osiedlu nie były przepełnione żadnych niedojedzonych sałatek, pieczywa, bigosów, ryb wszystko zostało docenione w śmierdzących bebechach klapy do wsypów domknięte z niedosytem obok na trawniku dwie kawki może para rozkoszują się dziobaniem w psim gównie są tak pochłonięte że nie płoszą się kiedy przechodzę blisko już nie takie butne i pyskate jak niegdyś ludzie podobnie obniżyli strój o pół tonu to chyba nowy odcień globalizacji i systemu naczyń powiązanych nieopisany przez socjologicznych ornitologów od ekonomii jakości życia i gospodarki odpadami dobrobytu a czasami wystarczy stwierdzić czy stary chleb jest zjadany do końca po kilkunastu krokach obejrzałem się i nadal grzebały w zielonkawym klocku po jakimś szczęśliwym zapasionym rasowcu którego pewnie chętnie by zadziobały całym stadem gdyby mogły poczęstowały by się moimi oczami twoimi oczami małymi dziećmi ledwo chodzącymi starcami na szczęście nie wiedzą jak łatwo podciąć nam skrzydła w przeciwieństwie do zarządców i kapłanów Inflacji. Robert Lis – kontemplacyjny mizantrop, miłośnik Bacha, zielonej i czarnej herbaty. Lubi filmy z Tonym Servillo oraz B. Lahaie (od której dostał dwa zdjęcia z autografem). Zamieszkały w Szczecinku, gdzie co miesiąc na ulicach miasta odbywa się męski różaniec. Nieprzerwanie uprawia Sztuki Piękne.










