Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Alí Calderón – dwa wiersze
*** Begoña była Granadą i to byłeś ty i dziedziniec Los Patos i jego liście i twój zielony brial, jej dekolt, twoje szelki i jasne światło bardziej tam wśród liści ptasie skrzydła krótkie rozstanie Ventury Rodrígueza a w nocy wróciłem do twojego ciała światło w pamięci trwałej i szybko by zobaczyć z dalekaczerwień sygnalizacji świetlnej czerwienie Plaza de España i kolce w powietrzu a chciałem iść za rękę z tobą na cmentarz Byliśmy smutnym spacerem smutnych ludzi bo złapana chwila to już popiół Cały lot jest siłą upadku Meksykańska demokracja kolejne zwłoki znalezione w czarnym worku blisko stąd ciało i wiatr na moście dwie przecznice dalej: kudłata głowa otwarte oczy wśród innych newsów: trzydziestu straconych w weekend strzał łaski* niektórzy ze śladami tortur nieudany okup porwanie palec pierścionek paczka gazet wśród innych newsów: kampanie zakończone i rozpoczęte, jest dobra wola w Waszyngtonie reforma migracyjna w tym bimestrze ubóstwo spadło o jeden punkt dobrobyt szczęście w oddali ucieczka ciężarówki a potem cisza otwierają czarną torbę smród pleśni na ciele: dopiero co narodzona * tiro de gracia po hiszpańsku. przełożył Krzysztof Katkowski Alí Calderón (ur. 1982) - meksykański poeta i literaturoznawca, krytyk literacki. Autor licznych tomików poetyckich. Założyciel wydawnictwa i elektronicznego magazynu literackiego „Círculo de Poesía” ( www.circulodepoesia.com ). Jest współdyrektorem Editorial Valparaíso México oraz Encuentro Internacional de Poesía Ciudad de México.
- Enrique Vila-Matas – Godzina umęczonych
Dla Mercedes Monmany Jest dopiero szósta i robi się już ciemno, gdy zatrzymuję się, by kontemplować nagłe wtargnięcie na La Rambla pasażerów metra, którzy właśnie wysiedli na stacji Liceu. Ten spektakl nigdy nie zawodzi. Dziś na przykład, w Wielki Czwartek, z tłumu wyłania się posępny starzec, który pomimo trupiego wyglądu i ciężkiej aktówki porusza się z zaskakującą zwinnością. Z wprawiającą w osłupienie szybkością mija rząd zaspanych pasażerów, z wielką determinacją zatrzymuje się przed plakatem teatru Liceu, w skupieniu przegląda obsadę opery Verdiego, niemal natychmiast czyniąc gest ogromnej irytacji, jak gdyby gwiazdorska obsada głęboko go rozczarowała i dotknęła do żywego. Ten mężczyzna, mówię sobie, ten chodzący trup ma w sobie coś, co wzbudza we mnie niepokój a zarazem intryguje. Postanawiam go śledzić, jednak prędko zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe zadanie. Owszem, miałem długi i ciężki dzień w pracy, o też godzinie jestem już wyczerpany, lecz faktem jest, że mimo iż mam czterdzieści lat, a on dwa razy więcej, starzec idzie tak szybko, że niemal tracę go z oczu, gdy skręca w Calle Boquería. Przyspieszam kroku i przez kilka chwil odczuwam pewne osłabienie i mówię sam do siebie, że zaraz upadnę na asfalt. Następnie zdaję sobie jednak sprawę, że to przecież nic wielkiego, jestem jeszcze młody, po prostu zawsze wyobrażam sobie, że jestem na skraju omdlenia, ponieważ ustawicznie jestem w mniejszym lub większym stopniu zmęczony, zmęczony tym pożałowania godnym miastem, zmęczony światem i ludzką głupotą, zmęczony całą tą niesprawiedliwością. Czasem staram się przezwyciężyć ten stan osłabienia ciała i umysłu, rzucając samemu sobie wyzwania, jak to, żeby trwać w bezcelowej pogoni za starcem, który w ogóle się nie męczy. Nagle mój cel, jakby chciał dać mi chwilę na złapanie oddechu, zatrzymuje się przed witryną sklepu z dewocjonaliami. Idę więc spokojnie, trzymam się blisko ścian i witryn, już bez pośpiechu. Doganiam go, staję obok, widzę, że lustruje wnętrze sklepu, w którym czarnoskóry mężczyzna kupuje właśnie figurkę Praskiego Dzieciątka Jezus. Już mam się odezwać do starego, lecz wtedy czarnoskóry mężczyzna w pośpiechu wychodzi ze sklepu na ulicę, bardzo zadowolony z zakupu, a starzec odwraca się na pięcie i podąża za nim. Mężczyzna wydaje się szczęśliwy, ale po około dwudziestu krokach przeistacza się nagle w zmęczonego człowieka i zwalnia, aż w końcu idzie bardzo powoli, prawie powłócząc nogami, jak gdyby zakupy go wymęczyły albo akurat uświadomił sobie, że o tej porze każdy staje się beznadziejnie wyczerpany. Za nim starzec również zwalnia kroku, a ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mój ścigany przez jakiś czas musiał gonić czarnoskórego, który wydaje się niczego nie podejrzewać i z pewnością byłby zaskoczony, gdyby odkrył spontaniczną procesję, która się za nim uformowała. Cała nasza trójka, bardzo już zmęczona, jakbyśmy zarazili się nawzajem jakimś rodzajem umęczenia, ruszyła powolnym tempem Calle de Banys Nous. Czarnoskóry jest mężczyzną postawnym i bardzo eleganckim, około pięćdziesiątki, o aparycji delikatnego i zmęczonego boksera. Jest już całkiem oczywiste, że niczego nie podejrzewa, ponieważ nagle zatrzymuje się, aby kontemplować swój nowy nabytek. Podnosi go na wysokość ramion, jakby chciał go złożyć na wyimaginowanym ołtarzu. Za nim, by tylko go nie wyprzedzić, nagle zatrzymał się starzec, a za starcem ja. Musimy stanowić bardzo ciekawą procesję wielkoczwartkową. Następnie mija kilka dziwnych i niekończących się minut, aż w końcu czarnoskóry mężczyzna wznawia swój powolny marsz i po kolejnych kilku minutach, które wydają się wiecznością, wchodzi do baru, gdzie zamawia piwo, potem kolejne i jeszcze jedno. Od czasu do czasu śmieje się do siebie, prezentując przy tym straszliwe zęby kanibala. Po drugiej stronie baru starzec bacznie przygląda się każdemu szczegółowi ceremonii picia, ja natomiast, znajdując się tuż obok starca, bacznie obserwuję każdy szczegół jego obscenicznego szpiegostwa. Cała nasza trójka jest tak bardzo pogrążona w gestach, że kelner aż traci cierpliwość i okazuje się, że reaguje alergicznie na wszelkiego rodzaju przejawy wielkiego zmęczenia, a dodatkowo, wiedząc, że nastał zmierzch, czyli pora, kiedy nawet cienie są umęczone, zaczyna uwijać się jak szalony, rzucając nam przy tym nienawistne spojrzenia. Gdyby mógł, zastrzeliłby nas bez najmniejszego zastanowienia. Wkraczam więc na wojenną ścieżkę i mówię sobie, że najwyższy czas, by wszyscy umęczeni tego świata zjednoczyli siły, by wreszcie raz na zawsze położyć kres całej tej niesprawiedliwości i głupocie. Podczas gdy ja w najlepsze oddaję się podobnym rozmyślaniom, stary szuka czegoś w aktówce. Po charakterystycznym tykaniu wnoszę, że musi to być budzik. Lecz może to też być, czemu nie, bomba. Jeśli to bomba, to jej nie widzę. Jednak stary wyjmuje z aktówki coś zupełnie innego, to jest ani budzik, ani bombę. Otóż wyjmuje czerwoną teczkę z napisem „Raport 1763. Badanie życia innych. Historie, które nie są moje”. Wewnątrz teczki znajduje się mnóstwo kartek papieru, pełnych notatek sporządzonych ołówkiem lub długopisem. Stary pospiesznie notuje coś w papierach i zaraz potem zamyka teczkę, wkłada ją do aktówki i wpatruje się w sufit, gwiżdżąc rytm habanery. Niezły sposób, żeby nie zwracać na siebie uwagi, mówię sobie tylko po to, by coś powiedzieć, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, o co właściwie mu chodzi. Rozważam różne opcje i w końcu zaczynam się zastanawiać, czy może nie jest śledczym, tropicielem życiorysów innych ludzi, rodzajem bezczynnego detektywa, autorem opowiadań. Tymczasem czarnoskóry mężczyzna płaci za piwo i szybkim krokiem kieruje się do wyjścia. Kiedy w końcu wychodzi na ulicę, starzec płaci za swoją kawę, ja płacę za swoją i zakładam, że wracamy do naszego powolnego, spokojnego pochodu. Ale tak się nie dzieje. Docieramy do Baixada de Santa Eulalia, a czarnoskóry mężczyzna wykazuje oznaki odzyskania sił. Piwo najwyraźniej zdziałało cuda, a procesja nabiera tempa. Można by pomyśleć, że czarnoskóry dostał skrzydeł, ponieważ prze naprzód, jakby chciał pobić rekord świata. Stary wydaje się zachwycony możliwością ponownego uprawiania swojego ulubionego sportu, a ja, rzecz jasna, również nie zamierzam zostać w tyle. Chociaż wiem, że przy takiej prędkości nie sposób pozwolić sobie na myślenie o innych rzeczach, to myślę o porze dnia, w której się znajdujemy, o zawsze tajemniczym zmierzchu, tej rozległej, uroczystej porze, bezkresnej niczym przestrzeń: nieruchomej godzinie, która nie jest oznaczona na tarczy zegara, a jednak jest lekka jak westchnienie, szybka jak spojrzenie, myślę o godzinie umęczonych. Wpadam na mur, sto metrów od katedry. Cios, który przyjmuję, jest ciosem mistrza świata w boksie, a najbardziej w tym wszystkim przeszkadza mi to, że czarnoskóry mężczyzna i starzec, nieświadomi wypadku, kontynuują swój nieokiełznany wyścig. Odrzucam zarówno pierwszą pomoc gorliwych współobywateli, jak i perwersyjne gesty rytuału ostatniego namaszczenia, improwizowane przez księdza w sutannie i, podnosząc się na nogi z wściekłością, wznawiam pościg na tyle, na ile mogę, zostawiając za sobą żałosny ślad w postaci niewielkich kropli krwi, cenę mego szaleństwa, mojego bezsensownego wtargnięcia w życie innych ludzi, w historie, które nie są moje. W pobliżu jednych z bocznych drzwi katedry lokalizuję śledzącego i śledzonego. Uspokajam się, gdy odzyskuję swoje trzecie miejsce w naszej osobliwej sztafecie, ale nie jest to spokój całkowity, ponieważ po zderzeniu z murem walczę z wciąż przybierającym na sile bólem i choć nie mogę powiedzieć, że widzę gwiazdy, to mogę powiedzieć, że rozpoznaję kulę ognia, żyrandol żarzący się tysiącem świateł. Na wpół oślepiony tym światłem dostrzegam, jak stary zatrzymuje się przed parą bocznych drzwi, wyjmuje z aktówki okazały brelok i wchodzi do miejsca, które zapewne jest zakrystią katedry. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Po głośnym trzaśnięciu drzwiami starzec znika mi z oczu, nie zaszczycając mnie nawet przepraszającym spojrzeniem za zepsucie całej zabawy. Żadnego pożegnania, spojrzenia wyrażającego pogardę bądź litość. Nic. Znika jak błyskawica, zostawiając mnie samego w pogoni za czarnoskórym mężczyzną. Myślę sobie, że być może się pomyliłem, że starzec tak naprawdę za nikim nie podążał i nikogo nie śledził, tylko zwyczajnie niósł bombę, która wysadzi katedrę w powietrze i obróci jej mury w perzynę. Ale co ja robię, goniąc za czarnoskórym mężczyzną? Widzę, jak wchodzi do katedry i klęka przed Chrystusem z Lepanto. Mówię sobie, że na dzisiaj wystarczy. Czuję się bardzo zmęczony. Myślę o mojej żonie, mojej zmarłej żonie, i przypominam sobie dni, kiedy spotykaliśmy się przed tym Chrystusem. My, umęczeni ludzie, też mamy serca, my, umęczeni, też od czasu do czasu się zakochujemy. Bardzo ją kochałem. Pamiętam pewną letnią noc, nas dwoje tańczących na wiszącym tarasie, ja przyciskający ją do mojego zmęczonego ciała, myśląc, że nigdy nie pozbędę się zapachu jej skóry i włosów. I pamiętam muzyków grających „Stormy Weather”. Cóż to były za dni. A potem spotkania przed obliczem tego Chrystusa i obietnice, że nigdy się nie rozstaniemy. My, umęczeni ludzie, bywamy też sentymentalni. Niemal odruchowo — gest będący reliktem przeszłości — żegnam się i myślę o bitwie pod Lepanto, wzdrygam się, słyszę huk armat, przypominam sobie o bombie, którą niósł starzec, i że lepiej byłoby jak najprędzej opuścić świątynię, opieram się o kolumnę, postanawiam zawrócić i zapomnieć o czarnoskórym, odwracam się i zmęczonym krokiem wychodzę na plac katedralny, poszukuję zaschniętych plam krwi, wracam po własnych śladach, idę w stronę La Rambla, której nigdy nie powinienem był opuszczać. Idąc, palę. Po każdym zaciągnięciu się przechodzę przez chmurę dymu i znajduję się tam, gdzie jeszcze przed chwilą mnie nie było. I nagle odnotowuję za plecami ochrypły oddech, a zaraz potem otrzymuję ostry cios w tył głowy. Odwracam się przestraszony i widzę czarnoskórego mężczyznę, który posyła mi swój najlepszy uśmiech kanibala i zapytuje, dlaczego za nim idę. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Odpowiadam, że to raczej on podąża za mną. Przestaje się uśmiechać i patrzy na mnie wyzywająco, wydaje się naprawdę wściekły, po czym daje mi kilka sekund na udzielenie satysfakcjonującej odpowiedzi. Jest dla mnie jasne, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, prawdopodobnie zostanę pożarty żywcem. Szczęśliwie przypominam sobie o aktówce starego. Mówię mu, że jestem tropicielem życiorysów innych ludzi, rodzajem bezczynnego detektywa, autorem opowiadań. Że żyję poza sobą. Wyjaśniam, że lubię spędzać czas na świeżym powietrzu i mieć oczy szeroko otwarte. Że śledzę ludzi, aby dowiedzieć się o nich różnych rzeczy, które następnie wprowadzam do swoich historii. Kładzie ogromną, groźną dłoń na moim ramieniu i pyta, jaki tytuł ma opowiadanie, nad którym pracuję. Mówię mu pierwszą rzecz, która przychodzi mi do głowy: „Sprzedaję parę czarnych oczu”. Patrzy na mnie z absolutną podejrzliwością, a następnie mówi, że nie chce być bohaterem żadnego opowiadania. Pokazuje mi swoją pięść i zapewnia, że jest większa niż Cassiusa Claya. Nie, nie i nie, wydaje się mówić. Nie mam ochoty występować w tej historii. Odpowiadam, że jestem bardzo zmęczony, że zdecydowałem się nie włączać go do tej historii i proszę, aby pozwolił biednemu umęczonemu człowiekowi iść swoją drogą. O dziwo, jego twarz traci całą dzikość. Wydaje się, że słowo „umęczony” dokonało cudu. Znów jest delikatnym, zmęczonym bokserem, którego ujrzałem na Calle Banys Nous. Mówi mi, że ma na imię Romeo i pyta, czy może mi towarzyszyć na La Rambla. Oddycham z ulgą i odpowiadam, że oczywiście, i że po drodze opowiem mu historię starego, zmęczonego zakrystiana-anarchisty, którego dziś śledziłem. Idziemy, opierając się o siebie, strasznie wyczerpani. Jest już ciemno, a w oddali słychać kościelne dzwony wybijające godzinę siódmą. Mówi, że chce mi podarować Praskie Dzieciątko Jezus, kiedy skręcamy w Baixada de Santa Eulalia i słyszymy głośną eksplozję. Gaz, mówi Romeo. Raczej bomba starego kamikadze, prostuję. Czarnoskóry mężczyzna staje się jeszcze bardziej delikatny i sentymentalny, gdy mówię mu, że katedra została wysadzona w powietrze, a jej mury obrócone w perzynę. opowiadanie pochodzi z tomu Cuentos barceloneses z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Enrique Vila-Matas (ur. 1948) – hiszpański prozaik i eseista, mistrz metafikcji, ekscentryczny erudyta. Po polsku ukazało się kilka jego powieści ( Dublineska, Bartleby i spółka, Krótka historia literatury przenośnej, Paryż nigdy nie ma końca ) oraz jeden zbiór opowiadań ( Eksploratorzy przepaści ). Laureat prestiżowych nagród literackich, w tym Premio Rómulo Gallegos, Prix Formentor, Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances.
- Enrique Lihn Carrasco – pięć wierszy
Kandinsky 1904 Stosunki między rzeczami powoli wymazywały same rzeczy Wersy bez słów Formy bez figur. Ledwie tylko statek oddalił się od brzegu nie było już brzegu, ni statku, ni oddalenia Nigdy nie zostawiłem za sobą straszliwego Chile Nigdy nie zostawiłem za sobą straszliwego Chile moje podróże, choć niewyobrażone późne raczej — chwile w chwili — nie wyrwały mnie z jałowej ziemi odległej i zuchwałej Nigdy nie zostawiłem za sobą mowy, którą dwa dziedzińce Liceo Alemán narzuciły mi, niby podczas musztry, przeżuwając w niej pył niemożliwej tułaczki Inne języki napawają mnie świętą odrazą: strachem przed utratą wraz z ojczystym językiem całej rzeczywistości. Nigdy niczego za sobą nie zostawiłem. Nieomal przekraczam barierę Nieomal przekraczam barierę lustra, by ujrzeć to, czego ujrzeć nie sposób: świat, jaki byłby gdyby to rzeczywistość odbijała, a nie na odwrót, lustro wypełnione, w końcu, swoją nicością. Nieczas Nasz entuzjazm podsycał te dni biegnące pośród mnogości dni jednakich. Nasza słabość pokładała w nich naszą ostatnią nadzieję. Zatapialiśmy się w myślach, a czas, ponoć bezcenny, roztrwonił się nam nieubłaganie i takie są, no cóż, nadchodzące lata. Zamierzaliśmy właśnie znaleźć rozwiązanie wszystkiego. Mieliśmy przed sobą całe życie. Najlepiej było się nie spieszyć. Epilog Żyjemy wszyscy w ciemności, oddzieleni łatwo przekraczalnymi murami pełnymi fałszywych drzwi; obracaną w dłoni monetą na drobne wydatki na przyjaźń lub miłość nasze rozmowy wobec tego co niewyczerpalne nie potrafią go dotknąć kiedy już trzeba je rozpocząć na nowo, obrać inną drogę, by dotrzeć do tego samego celu. Trzeba się przyzwyczaić, by umieć żyć dniem dzisiejszym, każdy na swój sposób, jak w najlepszym z możliwych światów. Świadczą o tym nasze sny: jesteśmy podzieleni. Możemy współczuć sobie wzajemnie, i to więcej niż dość: to wszystko i trudno zbliżyć naszą historię do historii innych pozbywając się nadmiaru nas samych, odwrócić uwagę od tego co niemożliwe i skierować ją na to co wspólne, i nie nalegać, nie nalegać zbytnio: opowiadać historię, wywiązywać się ze swej roli gdzieś między błaznem a kaznodzieją. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Enrique Lihn Carrasco (1929–1988) – chilijski poeta, prozaik, eseista i krytyk literacki, animator życia literackiego i kulturalnego Santiago. Do inspiracji jego twórczością przyznawali się m. in. Roberto Bolaño i Alejandro Zambra.
- Carlos Díaz Dufoo, hijo - Epigramy (fragment)
Obojętny i odległy głos naucza go szacunku do praw, miłości do ludzi i Bożego miłosierdzia. *** Jest pokorny i pracowity. Wierzy, że z czasem uczeń staje się mistrzem. Reprezentuje, w czasie, teorię Bacona o geniuszu. W przestrzeni — problem Achillesa i żółwia. *** Naiwny. Sztuką jest płakać słodkimi łzami. *** W tragicznej desperacji brutalnie wyrywał sobie włosy z peruki. *** Czyta z mądrą powolnością, przepełniony dionizyjską rozpaczą, z duszą prozelity i duchem adwersarza. Czyta nieustannie, szukając dopełnienia życia i przedłużając w nim swoje lektury. *** Skonstruowawszy, w duchu Państwa Środka, wszechświat przyjemny, spokojny i optymistyczny, w którym wszyscy mężczyźni byli dobrzy i bezcieleśni, a wszystkie kobiety piękne i bezduszne, doznał rozczarowania. Jego życie stało się od tego momentu transcendentną korektą, dogmatycznym jękiem, agresywnym lamentem. Był Hamletem pozbawionym ogólnych idei. *** Bez końca podążamy tą samą nigdy niekończącą się ścieżką. Gdy wędrujemy w niezmiennym tempie, te same idee, krajobrazy, tragedie powracają w koniecznym następstwie. Automatycznie, te same problemy znajdują identyczne rozwiązania. W jednej chwili, tysiąc razy powtórzone, odradza się odległe zaskoczenie, które prowadzi do dawnej rozpaczy. Ciało jest z kamienia, a człowiek zbliża się do Boga. — Nigdy nie wejdziemy do nowej rzeki. *** Rozsądek opuszcza go w chwili największej potrzeby. *** Wspaniałe życie, lśniące jak świeżo wyprana bielizna, donośne jak pieśń pochwalna. Obfita chwała i chwalebna pamięć. Na skraju śmierci, Przetapiacz Guzików. *** Wierzył, że heroiczne akty nie niosą za sobą konsekwencji, że są odosobnionymi przypadkami codziennego życia — rozpowszechnione literackie uprzedzenie. Pewnego dnia popełnił heroiczny czyn, starannie zaplanowany. Lecz ten sui generis czyn zaowocował wulgarnymi zdarzeniami, groteskowymi sytuacjami, podrzędnymi relacjami, które związały go z odrażającym i nieuniknionym życiem. *** Zaczął raz, a potem znowu. Zaczął na nowo, zaczął tysiąc razy, zawsze zaczynał. Gdy inni przybywali, on zaczynał. Nigdy nie dotarł. — Kontynuacja nie jest konsekwencją rozpoczęcia. Kontynuacja jest obowiązkową perspektywą człowieka. Zaczyna się wewnątrz, kontynuuje na zewnątrz. *** — Proszę wyjaśnić swą prawdę. — Naprawdę uważa pan, że prawdy można wyjaśnić? Niespójność jest wadą jedynie dla tych dusz, które nie potrafią skakać. Oczywiście, uprawiać ją mogą jedynie te dusze, które skakać potrafią. Por. „Peer Gynt” Henrika Ibsena (przyp. tłum. — A.K.). z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Carlos Díaz Dufoo, hijo (1888–1932) – syn swego ojca, Meksykanin cierpiący na syndrom Bartleby'ego, bodaj najbardziej nieznany aforysta w historii literatury. Obecnie nadal raczej nieznany, choć skakał wyżej niż inni.
- Michalina Cendrowska – cztery wiersze
bajeczka niedługa aż wylały się na ulice poprzebierane w białe sukienki jak dzieci jak do chrztu tylko że im ciągle śnił się ciemny ogród pełen dzikich bluszczów i rosłych krasnali przyglądających się im zagadkowo to były ich spotkania poza czasem poza kształtem świata ich ostatnia komunia i ostatnie życzenie wyrywać słodycz garściami rozgniatać na skórze dojrzewające czerwienie godzina aż rozpłyniesz się jak godzina wyjawisz przede mną i przed światem swoją pustkę i jak wysuszona gałąź pęknie na dwa czarna opalizująca kula obca planeta wykuta z obsydianu nacierająca materia rozkruszysz ją w ręce aż wytryśnie lepka słodycz – falami – jak pulsujące życie żywotna jak mrówcza kolonia jak źrenice gdy w krwiobieg uderza extasy aż będziemy podkładać języki aż będziemy nabierać garściami aż będziemy wysysali jak szpik aż spłynie po nogawkach aż rzeka wypluje na brzeg ślimaki okutane w trzęsidła zdumiałe ryby o wstęgowatych torsach i pulsujących żołądkach perlistymi ogonami uderzające o kamienie aż wsiąkną na powrót w ziemię zasklepią się koryta i wyciągniemy się cisi i nadzy – niby martwi ciężkimi oczami przewracając jak cielęta pryzmat zaklaszcz a to tańczy wreszcie z jakichś mgieł i szeptów wyłania się kanciata kreatura może chłopiec w przetartych spodenkach nie wiesz kiedy przeżywasz świat po trzykroć skomlesz o jeszcze jak szczenię wyrywasz się o jak niemiło cię widzieć któregoś dnia to wszystko zaczyna się nie tak budzę się nie z tym ciałem nie z tymi myślami dryfuję po błękicie i zaraz jasno skrzy się północ wymykami się dzień szybko przechodzi w nowe to chodzi to papla to krzyczy to czuje się przez sny przez płotki śni mi się seks na perskim dywanie gonią za nami rydwany to nie jest sen Michalina Cendrowska (ur. 1997) – absolwentka kulturoznawstwa i sztuki pisania na UAM. Swoje teksty publikowała m. in. w “Odrze” i “Czasie Kultury”. Współzałożycielka Stowarzyszenia Slamka, zajmującego się promocją literatury kobiecej i queerowej oraz organizacją wydarzeń literackich w Poznaniu.
- Natalia Grudzień – Wiśniowy
* Wiśniowa poświata odbijała się w jej oczach. W końcu zstępowała na usta i powoli przenikała na piersi, uda, aż nastała ciemność. Był udawany krzyk. Po wszystkim. Pierwszy raz drugi raz no i trzeci (ostatni) * Nigdy nie zanotowała pierwszego momentu pożądania. Kiedy w ogóle człowiek przestaje spoglądać na ciało i widzieć w nim jedynie żyły, przeprosty i mięśnie? W którym momencie człowiek się budzi i dostrzega w tym chęć muśnięcia, styknięcia. Czasami był to zwykły dotyk. Innym razem nie. Zastanawiała się, z czego wynikał ten podział. Dlaczego to zwykłe pociągnięcie palcem po strukturze dłoni bywało niekiedy odrażające, innym razem pociągające a jeszcze innym razem przypadkowe. Pamiętała ulotny dotyk nieznajomych, którzy chwilę później przestali być nieznajomymi, bo czy można kogoś tknąć i jeszcze się nie znać. * Przypatrywała się sobie dosyć często. Nigdy jednak nie spoglądała w lustro. Za każdym razem obserwowała siebie w oczach innego. We wpatrujących się na nią ślepiach można było zauważyć znacznie więcej niż w jakimkolwiek innym zwierciadle. Pamiętała młodego bruneta, który prawdopodobnie robił to po raz pierwszy, być może po raz drugi w życiu. Wpatrywał się w jej ciało z nutą odrazy, być może zawodu. Jednocześnie wstydził się jej dotykać, a z drugiej strony gdy już ocierał się twarzą o jej uda, zaczynał ją gryźć aniżeli całować. Pozostawiał mocne ślady. Nawet na nie nie spoglądał. Po prostu schodził z góry na dół i na odwrót. W tamtym momencie zdawała sobie sprawę, że się starzeje. Inaczej było w przypadku starszych mężczyzn. Wpatrywali się w nią jak w obrazek. Była niczym rzeźba, od której nie sposób odwrócić wzroku, a nawet to nie przystoi. Za każdym razem umiała zobaczyć swoją nową fałdkę odbijającą się w ślepiach jednego, drugiego i także gdy ta fałdka już znikała w oczach trzeciego. Wiedziała i czuła, gdy sutki sterczały jej w odpowiedni sposób. Jeśli nie, były one natychmiast poprawiane. Znała swoje ciało od podszewki i nie musiała nawet spoglądać na siebie. Nie chciała też tego. Wyrzuciła ze swojego mieszkania wszelkie lustra. * Dłonie przebiegały po fakturze ścian. Były zimne i chropowate. Najczęściej ludzie mieli bardzo rozgrzane do czerwoności dłonie, lepkie, spocone. Były nieprzyjemne, często ciężkie. Po jednym dotyku dłoni była w stanie wyczuć, czy dzisiaj będzie się pieprzyć czy może jednak kochać. Bywali tacy, którzy już na samym początku zgniatali jej dłoń, próbując pokazać, że mają o wiele więcej siły. Byli też tacy, co czekali, aż zgniecie się im tę dłoń. Jedno i drugie było niekompatybilnie podobne. * Pachniesz kokosem. Nie Wanilią Pachniesz latem, takim młodzieńczym marzeniem. Pachniesz słońcem, rześkim powietrzem po deszczu Pachniesz maliną, truskawką, dojrzewającymi wiśniami A może perfumami, ciągle tymi samymi. Niekiedy to po prostu wyprana pościel. Innym razem pot wymieszany ze świecami. Pachniesz. Jak właściwie pachnie skóra po seksie? * Bywało tak, że niektórzy nie znajdowali wejścia, a gdy już je znaleźli, to byli dość powolni. Kobieta myślała wtedy o tym, ile kosztuje dotyk, jak cenny jest. Nie rozpatrywała tego na złotówki. Ten przelicznik dobrze znała. Myślała bardziej o tych wszystkich mężczyznach dookoła niej. Ile dla nich znaczy to jedno muśnięcie. Bała się pytać, czy mają dziewczyny, żony, dzieci. Niektórzy mówili. Inni nie Masz znacznie lepszy tyłek niż moja żona. Gdyby tylko ona potrafiła tak jak ty. Pewnie teraz spoglądały na siebie w lustrze i martwiły się, że ich piersi są za małe. Dziewczyna w domu i w łóżku to dwie różne rzeczy, tłumaczyli niekiedy. Gdybym tylko zauważył cię z mopem w ręce, nie mógłbym cię rżnąć, rozumiesz? Kiwała głową. Tak jej kazano. Dopiero gdy wtargnął między jej uda, był w stanie wycedzić, że jest piękna. Jest cudowna, zniewalająca. Nikt tak dobrze nie potrafi jak ty. Jesteś wyjątkowa, fascynująca. Rób tak dalej. Co dziwne, wcześniej milczał. Nie wiedział, co powiedzieć, gdy wchodził. Wychodząc, był równie bezgłośny. ** Dawali jej głos. Ściskali ją mocno za szyję i kazali patrzeć sobie głęboko w oczy. Spoglądała w ich puste ślepia. Zwykle odbijała się w nich wiśniowa poświata światła. Ściskali wtedy mocniej i dyszeli potem. Masz się mnie słuchać. Mów, gdy ci pozwolę. Jesteś moja. Była ich. ** kocham cię - powiedział jeden z Michałów czy Marcinów, gdy naciągała na siebie zakolanówki. Nie pamiętała słowa kocham cię. Nie pamiętała kochania. Było to raczej pieprzenie. Kocham się z tobą pieprzyć. Kocham twoje cycki. Kocham wchodzić w ciebie i przesuwać palcami w tobie tam na dole. Tam na dole. Nigdy nie ma na to odpowiedniej nazwy. Kocham pada może w takich wariantach. Zwykle jednak trwała cisza. Mężczyznom wystarczało uśmiechanie się. Nie potrzebowali oni głosu. Potrzebowali jęku, nie rozmowy ** Wiśniowa poświata odbijała się w jej oczach. W końcu zstępowała i zamieniała się w blask sztucznego światła. Widziała swoje odbicie i nie potrafiła na siebie spojrzeć. To nie była ona. Istniała tylko w jednej barwie. W końcu była ciemność. Było głuche milczenie i cisza. Żadnego raz, dwa ani nawet trzy. Natalia Grudzień – jestem studentką filologii polskiej w Poznaniu. Na co dzień można mnie zauważyć ze stosem książek. Dużo przebywam w radiu, gdzie prowadzę audycje o literaturze i jestem reporterką. W wolnej chwili gram na gitarze; słucham Pink Floyd i Fleetwood Mac. Gdybym mogła wskrzesić jednego poetę – bez wahania wybrałabym Wojaczka.
- Dorota Czerwińska – trzy wiersze
nerolandia powiedzmy że stworzymy miejską grę i będzie trzeba wejść na najwyższe piętro porachować światła rzucić kośćmi potem postawić makietę osiedla z zapałek i odmawiać modlitwę o samozapłon odlot konał kolejną dobę kobiety takt tracąc i pomyślunek w letargu śpiewnym do spoczywania wiecznego doszły mężczyźni rozleli flaszkę bo łez rozlewać nie godzi śmierć w każde życie wpisana i oby nie mnie i nie teraz i od powietrza i wojny nagłej głupiej bolesnej a ona cicha spokojna wolno rozeszła się w żyłach dając mu ukojenie dzisiaj na wieki wieków i zamulone amen lifting współczesna sztuka nie dociera do Joanny ona próbuje dojść do sedna sprawy może za szybko ale jak pogonić kiedy co krok potykasz się o sople kaleczącej metafory i odniesienia od niesienia garb wyrośnie a zgrabną gibką pragnie być Joanna współczesna sztuka choć naciera nie podchodzi Dorota Czerwińska (ur. 1968) – nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej oraz terapeutka pedagogiczna, trenerka umiejętności społecznych. Wiersze publikowała między innymi w „Helikopterze”, „Afroncie”, „eleWatorze”, „Migotaniach, „Post Scriptum”, „Akancie”, „Przekroju”. Autorka zbioru wierszy haiku nieboziemia (2024) oraz tomu poezji Ba!Lans (2024). Mieszka w Warszawie.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (13)
2 maja 2022. Dzień flagi Kiedy kładę się spać ostatnią rzeczą jaką robię jest sprawdzenie co wydarzyło na froncie. I podobnie kiedy się budzę - sprawdzam co wydarzyło się przez noc. I tak trzeci miesiąc. Od momentu kiedy dostałem od Tomka Bohajedyna sms jadąc do pracy: "A więc wojna!" I zaraz głowa dopowiedziała resztę: "Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: walka aż do zwycięstwa." Głowa huczy od parafraz. Chociaż dzień po dniu, tydzień po tygodniu zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to moja głowa ich potrzebuje, bo brakuje słów by wyrazić najwyższy rodzaj szacunku dla heroizmu. Bo po prostu brak słów. Nie przeczytałem, wybaczcie, żadnego zbioru wierszy, żadnej powieści, żadnej książki historycznej. Nie ma ważniejszej książki niż ta, która pisze się przed moimi oczami. Waszymi też. Jak napisałem wczoraj w dzienniku literackim, którego też od dwóch miesięcy nie prowadzę, że może gdzieś to czuwanie się jednak łączy w jakiejś wielkiej nastawni dziejów? Gdzieś się zbiegają wszystkie słowa, myśli, godziny, kiedy miałeś iść spać, ale nie, jeszcze sprawdzasz czy nie posypała się linia obrony. Może to jest ten gram więcej, to dziwne poczucie, o którym mówią żołnierze, żołnierki, że w największym zmęczeniu był jakiś okruch czuwania wokół, mówią anioł stróż, mówią żołnierskie szczęście, przeczucie, intuicja, instynkt, który kazał się uchylić, zostać, przywrzeć do muru? Nie mam pojęcia. Może tak jest, a może nie. Tymczasem szybki przegląd myśli w moim miejscu internowania. Dzisiaj rano koło Wyspy Węży ukraińskie siły obrony wybrzeża zatopiły dwa szybkie kutry desantowe typu "Raptor" rosyjskiej marynarki wojennej. Podobno to były "Bayraktary". Mimo tego, że podobno zostały już zniszczone w całości kilka razy. I nie chodzi o to że te "raptory" miały wysadzić jakiś desant. Nie. Podobnie jak zaległa na dnie "Moskwa". Tu chodzi o blokadę wywozu zboża z Ukrainy, czym można wywołać głód w wielu miejscach na świecie. A głód to kolejne fale uchodźcze zalewające Europę, no bo przecież nie Moskwę. Dla zboża nie bardzo jest alternatywa dla transportu morskiego. I blokada portów ukraińskich, w zasadzie przy braku własnej floty jest trudna do zniesienia. Bo takie "raptory" to wystarczający środek odstraszania cywilnych statków handlowych. Narasta fala piromańskich psot kota Behemota w całej Rosji. Po zakładach w Twerze, Korolowie, składach paliwa i amunicji w pobliżu Biełgorodu, Kurska i Briańska, po bazie lotniczej w Ussuryjsku, sfajczyła się elektrownia na Sachalinie a wczoraj zapaliła się baza floty w Niżniewartowsku na Dalekim Wschodzie. Jebły mosty pod Kurskiem, Biełgorodem i na zachód od Melitopolu. Oczywiście wszystkie przypadki są wynikiem spięcia w elektrycznym czajniku. Może nawet jednym i tym samym. Kot Behemot go przenosi raz po raz. Ostatecznie Kot Behemot istnieje dzięki Bułhakowowi. A ten urodził się w Kijowie, co warto nadmienić. Ale oczywiście władmir chujłowicz powie, że taki pożar można kupić w każdym sklepie. Trwają żniwa wśród oficerów rosyjskiej armii. Niedawno ukraińska artyleria zmiotła z powierzchni ziemi część sztabu 49 armii pod Chersoniem. Dwóch generałów martwych, jeden ciężko ranny. No to dwa dni temu - potwierdzone info - ześrodkowanie arty przypierdoliło w sztab 2 armii pod Izjum, jeden z centralnych punktów nowej ofensywy szmaciarzy o który tak się tłukli. Mówiłem wam, że jak się ma dorbą artę to nie trzeba czasem fizycznie zajmować terenu opanowanego przez przeciwnika? No to macie dowód. Izjum zdobyte, a sztabu 2 armii onuc nie ma. Zginęło 20 oficerów w tym generał Andriej Simonow, a zastepca sztabu rzeźnika Dwornikowa - Walerij Gierasimow został ranny w nogę. Nie wiemy jak bardzo ranny w tę nogę, ale nie potańczy jakiś czas. Pytacie się który to generał? Ja już nie wiem. Taki z potwierdzoną tożsamością - dziewiąty. Ale jakby doliczyć tych dwóch ze sztabu 49 Armii to jedenasty. I jakby policzyć tego co to w stanie krytycznym w szpitalu - to dwunasty. Gierasimow zatem, gdyby mu jakaś gangrena się wdała w te ranną nogę - byłby dwunasty albo trzynasty, zależy jak liczyć. Przypomnę - w deszczu żelaza i stali jesienią 1939 roku wojsko polskie tłuczone ze wszystkich stron i nie zawsze dobrze dowodzone straciło w walce czterech generałów. W tym dwóch - Józef Kustroń i Mikołaj Bołtuć po prostu poszło do ataku na bagnety ze swoimi żołnierzami. Grzmot-Skotnicki i Wład zmarli w wyniku ran po ostrzale artyleryjskim. Jeden - Wincenty Kowalski w zasadzie przeżył przez przypadek, bliska eksplozja pocisku artyleryjskiego go kontuzjowała, a mogła zabić. Kacapy straciły już, zależnie jak liczyć dziewięciu albo jedenastu. A z generałami giną inne szarże, a najliczniej szeregowcy. Łączna liczba strat rosyjskich podana dzisiaj przez ukraińskie źródła to 23800 zabitych. I pękł tysiąc zniszczonych czołgów. Tysiąc. Nadludzkim wysiłkiem armia ukraińska znowu połatała dziury w obronie, ukraińska arta znowu celnie, bo na marnowanie amunicji nie ma zasobów, posiekła po tyłach i wszystko zwolniło. Nie ma mowy o okrążeniu w Donbasie, chociaż powiedzieć, że jest tam dramatycznie, to nic nie powiedzieć. Mówi się na to "masakra". Ale jak pisze i mówi wielu mądrzejszych ode mnie idzie przesilenie w tej bitwie. Przesilenie czyli moment, kiedy funkcja matematyczna zbliża się do punktu przegięcia. Pójdzie albo w jedną albo w drugą. Mariupol nadal niezdobyty, niepokonany. Seria drobnych kontruderzeń ukraińskich wokół Charkowa doprowadziła do tego, że artyleria lufowa orków nie może już sięgać północnych dzielnic miasta. Specjaliści od białego wywiadu zliczają sztuki artylerii jakie państwa NATO wysyłają do Ukrainy. To są już liczby idące w setki. To ważne, bo wyczerpują się wojskom Ukrainy zapasy amunicji 152mm, tej do haubicoarmat dalekiego zasięgu. NATO takiej amunicji wiele nie ma, bo standardem jest 155mm. A zatem zdaje się że idzie na wymianę generacyjną większości sprzętu. Bo pocisków 155mm w NATO są milijony. Zatem posyła się nowe haubicoarmaty i nowe setki tysiące pocisków. I tak nie będąc w NATO formalnie Ukraina będzie w NATO. I to NATO powinno na tym bardzo, bardzo zależeć. Pojawiają się też, zapewne nie przypadkiem wizualizacje różnych samolotów w barwach Ukrainy. A to F-16 (podobno jeszcze tej jesieni), a to mój ulubiony A-10 Warthog, czyli guziec. Ten ostatni to jeden z moich ulubionych samolocików. Trochę dlatego, że rodzice przywieźli mi model Revella kiedy miałem 7 czy 8 lat i oczywiście wieczorami wiele godzin go sklejali i malowali, żebym miał się czym bawić a ja oczywiście w pół godziny owoc ich ciężkiej pracy zdemolowałem. No ale A-10 to coś więcej niż wspomnienie jednego z artefaktów dzieciństwa. To samolot latająca-armata, płatowiec praktycznie obudowany wokół działka GAU-8, 7 lufowego potwora, a każda lufa kalibru 30mm, a z każdej lufy pociski wolframowe, a z całej armaty w minutę można by wystrzelić 4000 sztuk. Można by, tylko żeby przenieść taki zapas, trzeba by mieć drugi samolot. Zatem A-10 ma zapas około 1350 pocisków i strzela krótkimi seriami. Oprócz tego ma zawieszenia pod skrzydłami na pierdylion strasznych zabawek i może wisieć wiele godzin nad linią frontu i czekać, aż coś sie nawinie. Bez osłony lotniczej sam sobie raczej nie da rady, ale tandem F-16 plus A-10 to już coś co mogłoby działać, szczególnie wsparte rozpoznaniem celów, łącznością i dobra obroną p.lot. F-16 wymiata niebo, a na to niebo wlatują A-10. I mamy efekty. Jakie? Na przykład takie jak to widać na zdjęciach z 1992 roku z "Autostrady śmierci" w Kuwejcie. Nie muszę dodawać w Dzień Flagi, że w tym roku flaga polska na ukraińskiej się wspiera a ukraińska na polskiej. Nie mam z tym problemu. 3 maja 2022. Miało być o konstytucji a wyszedł papież, który mógłby jednak mniej mówić i zaczął gadać Zawiedziony afekt to gorsza trucizna dla serca niż zwykła niechęć, nienawiść, gniew. Mówią, wróg to wróg, jak cię dopadnie pierwszy to ci wpierdoli, ty jego dopadniesz pierwszego, w rozpiętych spodniach w sytuacji defekacji pod drzewem - to masz szansę, że ty jemu wpierdolisz pierwszy. Normalna gra sił, póki się przestrzega jakichś reguł. Ale kiedy na kogoś liczyłeś, widziałeś w nim nadzieję dla siebie, dla innych i nagle ten ktoś odwraca się i mówi, kiedy osiłek napierdala twojego znajomego – wszyscy jesteśmy winni - to jednak czujesz się inaczej, niż gdyby sytuacja zakończyła się jedynie na tym, że osiłek napierdala twojego brata, przyjaciela, a reszta milczy. Czujesz, że ktoś cię zdradził, wsadził nóż w plecy. I afekt jest mocniejszy, zajadły. Z plus dziesięć sytuacja obraca się na minus dziesięć. Nie na zero. Zero to obojętność. Pojawia się zaciekłość, zajadłość i to wszystko ma tendencję do umacniania się w czasie a nie wygasania. Bo z czasem coraz wyraźniej widzisz co ten ktoś, na kogo chciałeś liczyć tak naprawdę ci zrobił. Tak, myślę cały dzień o kolejnym popisie pana papieża. Tak, już z małej litery. W końcu to funkcja administracyjna jak inspektor inspekcji weterynaryjnej, albo inkasent z gazowni, kasjerodysponent w banku, konduktor, kanar, rewizor, windykator, komornik, cieć. Dlaczego niby funkcja ciecia, dozorcy budynku, do którego obowiązków należy na przykład dbałość o czystość w częściach wspólnych miałaby budzić politowanie (a budzi),a funkcja papieża już nie? Przypomnę co się dzieje. The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. Tysiące cywilów deportowuje się w głąb Rosji, ostrzeliwane są dzielnice mieszkalne, szpitale, domy seniorów, szkoły, dworce w ukraińskich miastach. Zabijane są dzieci, gwałcone są kobiety. Tylko jednej strony tego konfliktu. Nawet w języku objawia się starcie wartości. Pamiętacie? Jakiś czas temu - obrońcom Mariupola jakiś chan wykopany na jakimś mongolskim cmentarzysku, połatany ze zginłego mięsa i losowo dobranych kości zaproponował kapitulację, a wtedy będzie im darowane życie. Daruje im życie. Tak napisano. Nie ma zatem Konwencji Haskich, Konwencji Genewskiej, że o obyczaju wojennym nie wspomnę. Jest jakiś wytwór nekromanserów z Moskwy, jakieś mongolskie truchło, któremu się wydaje, że jest wszechwładne, więc jak obrońcy Mariupola się poddadzą to d a r u j e im życie. Nie można darować czegoś, do czego nie miało się nigdy prawa. Ale nawet w tych warunkach pan papież mówi, wszyscy jesteśmy winni, a potem pisze do patriarchy Moskwy Cyryla, herbu droga cebula, per "bracie". To zabawne, że to właśnie ten papież, sprawia, że czuję się już poza wspólnotą. Nie sądzę żebym ja się jakoś zmienił. Nadal mam swoje małe potrzeby wiary, modlitwy, wspólnoty. No ale, kurwa, nie za wszelką cenę. I ja jestem tam gdzie byłem, a pociąg, peron, tory - wszystko odjechało. Tak, Ukraina jak się okazało jest jedną z ostatnich moich stacji. Może nawet ostatnią. Sam się nie spodziewałem tego po sobie. Tym bardziej, że zaraz potem pan papież coś zabrąchał, że niemoralne jest sprzedawanie broni krwawiącej i broniącej się nadludzkim wysiłkiem Ukrainie. Czyli najlepiej by było jakby Ukraina była uprzejma i miła i nie broniła się za skutecznie dała się zgwałcić, zarżnąć, spalić w mobilnym krematorium i wysypać do rzeki. Ale ani razu papież z końca świata nie powiedział, że mamy do czynienia z agresją Rosji na niepodległe państwo w którym mieszkają wolni ludzie, którzy mają prawo zechcieć zdecydować o swoim kraju. I postanowić na przykład, że przystąpią do Unii Europejskiej, NATO albo Zrzeszenia Producentów Mango na Księżycu. Pan papież z końca świata czyli ze światłej jednak, oczytanej na tle innych państw kontynentu - Argentyny tego nie widzi, nie rozumie. Tak jak inny papież nic nie wiedział o pedofilii wśród najbliższych podwładnych. Acha. Potem pan papież z Argentyny ma pomysł, żeby na drodze krzyżowej krzyż niosły wspólnie Rosjanka i Ukrainka. Pomysł równie dobry jak ten, żeby w roku 1943 na drodze krzyżowej krzyż niosły Polka wyciągnięta z Pawiaka albo Żydówka z getta z dobrze odżywioną Niemką z Kӧnigsbergu albo Breslau. No i dzisiaj wywiad w którym mowa o tym, że pan papież nie pojedzie do Kijowa bo chciałby najpierw do Moskwy z pogadać ze zbrodniarzem. Opowieści zgwałconych ukraińskich kobiet z Buczy, Irpienia, Hostomela, Borodzianki jakoś go nie poruszyły. Martwi go pewnie czy aby donoszą płody do porodu - o ile są w ciąży. To dużo ważniejsze od wszystkiego innego. W końcu jak śpiewali Monty Pythoni - every sperm is sacred, every sperm is good. I dalej mówi pan papież: "Orbán, kiedy go spotkałem, powiedział mi, że Rosjanie mają plan, że 9 maja wszystko się skończy. Mam nadzieję, że tak właśnie jest." Serio. Głowa kościoła mówi, że jest spoko bo rosjanie mają plan zakończyć wojnę za kilka dni. Podmiotowość Ukrainy i Ukraińców, ich sprawczość nie jest przedmiotem troski pana papieża. Nie rozważa co o tym myślą ludzie na okupowanych nielegalnie i przemocą terytoriach wolnego państwa. Ważne, że już nie będzie brzydkiej wojny. Niech ona się skończy bo tak strasznie razi czułe serduszko pana papieża. Niech się skończy jakkolwiek. Byle się skończyła. Może być, że wyniszczeniem napadniętego. Ostatecznie mordy na cywilach w czasie pokoju to już nie brzydka wojna. I jeszcze potem to zdanie, że "szczekanie pod drzwiami Rosji przez NATO" sprowokowało zbrodniarza do zbrodni. "To złość; nie wiem, czy została sprowokowana, ale może tak ułatwiona" To też nic nowego w tej teologii zwalania winy na ofiary. Czego to już nie było w tej kulturze wartości krześcijańskich. Małe miki, że kobiety oczywiście prowokują facetów do gwałtu, na pokuszenie wodzą. To stały element gry. Ale pamiętacie cytat z nie jakiegoś proboszcza - ale samego arcybiskupa Michalika? "Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga." To było o ofiarach pedofilii w kościele. Pedofilia to jest wtedy, kiedy dorosły gwałci seksualnie dziecko. Widzicie wzór rozumowania? Ofiara ma nadstawiać policzek. Albo i coś więcej niż policzek. Wtedy będzie cacy i papież, arcybiskup pomodli się za ofiarę. I rozumiem wrażliwych moralistów, którzy wywodzą że papież nie może publicznie pochwalić handlu bronią, nie może publicznie wezwać do walki, czyli pochwalać zabijania jednych przez drugich. To znaczy teraz nie może, bo przez wieki było mniej lub więcej od tego wyjątków. Ostatecznie na wieść o uchwaleniu w Rzeczypospolitej Konstytucji 3 Maja papież Pius VI wysłał na ręce rosyjskiej carycy Katarzyny II list dziękczynny, w którym sławił jej dokonania, między innymi I rozbiór Rzeczypospolitej. Jego nuncjusz namawiał ostatniego króla Rzeczypospolitej do przystąpienia do konfederacji targowickiej, a biskupi - Sierakowski, Kossakowski, Skarszewski, Naruszewicz, Okęcki i Massalski aktywnie współdziałali z konfederacją na rzecz obalenia tej Konstytucji, koniec końców razem z obaleniem państwa. Znowu jakiś wzorzec się nam układa? Ojej, oni tak zawsze mieli słabość do silnych łap? Ale wracam do wątku - rozumiem, że zdaniem subtelnych teologów i moralistów rzymskich papież nie może tego i tamtego powiedzieć. Dlaczego jednak w takim razie nie skorzysta z szansy, żeby nic nie mówić? Kiedy na szczycie państw ibero-amerykańskich w Santiago de Chile, dokładnie 10 listopada 2007 roku, niejaki Hugo Chavez chamsko przerywał premierowi Hiszpanii, niejakiemu Zapatero, w końcu wychylił się ze swojego krzesła król Hiszpanii Juan Carlos, który chyba sympatii do Zapatero miał tyle ile ja pokładam nadziei we papieżu franku, czyli nic, i warknął na Chaveza: - ¿Por qué no te callas? W wolnym tłumaczeniu - a może byś się tak zamknął? W strefie hiszpańskojęzycznej ta fraza przez jakiś czas robiła taką karierę jak russkij wajennyj karabl' - idi nachuj. Bo wreszcie ktoś krótko i treściwie osadził kolesia. I był to król, który miał luz, bo był królem. I chociaż ja w ogóle monarchię słabo we współczesnym świecie rozumiem, to za ten gest Juan Carlos miał u mnie plusa (obok wielu minusów). I tak myślę, pan papież jest z kraju, gdzie mówi się po hiszpańsku, to by może zrozumiał dobitne i wyraźne, wyszeptane wprost do ucha: - ¿Por qué no te Callas? 5 maja 2022 Kot z Czernihowa Jestem prawnukiem zesłańców, uchodźców, ofiar wojny. Niepotrzebne skreślić. Prababcia ostatni raz widziała swojego męża pewnie jakoś wiosną 1940. Pierwsza wywózka z Kresów dotyczyła funkcjonariuszy państwa polskiego więc pradziadek Szopf został zwinięty do czegoś. Nie wiemy czy więzienie, czy od razu wagon czy samochód. Jaką drogę przeszedł. Wiem, że siedział, został skazany, był kilka miesięcy w łagrze, zwolniony trafił do Andersa, ale nie wyszedł z polską armią, zmarł w szpitalu w odległym Uzbekistanie, przy granicy z dzisiejszym Iranem. Wiele lat opowieść rodzinna głosiła, że tak tylko twierdził niewiarygodny ocaleniec po wojnie, mieszkaniec Solic-Zdroju koło Wałbrzycha. Ale gdy bliżej przyjrzałem się papierom, skonfrontowałem z tym co ma Ośrodek Karta- wychodzi, że tak, że przeżył aresztowanie, więzienie, łagier, dotrwał do zwolnienia i zmarł już po wyjściu Andersa, w jakiejś nie dającej się ogarnąć sercem i umysłem samotności na pograniczu ubzecko-perskim. Mój pradziadek, który był policjantem i miał taki charakter, że jak babcia kazała mu wymierzyć karę synowi pasem na dupę, to się z nim zamknął w pokoju i prał podobno tak, że babcia przerażona wpadła, że zaraz dziecko zabije, a to się okazało że dziadek Franek prał pasem krzesło, a stryj Staszek stał obok i darł się wniebogłosy. Do dzisiaj podobno raszyści wywieźli z Ukrainy milion ludzi na zsyłkę. Milion ludzi. W 71 dni. Na wywiezienie partiami ponad miliona Polaków w latach 1940-41 potrzebowali kilku zorganizowanych akcji w odstępach co kilkanaście tygodni. Pradziadek wpadł w pierwszej akcji, jego żona, moja święta prababcia Sabina z dziećmi została zawinięta w ostatniej, tuż przed wybuchem wojny z III Rzeszą. Mówiła, że pociąg z zesłańcami jechał i modlił się, żeby może jednak czołówki Wehrmachtu były szybsze. Tak to było wpaść między młot a kowadło. Minęło 71 dni tej wojny a oni wywieźli podobno milion osób. I nie dowiemy się nigdy ile zabili osób w Mariupolu bo od 15 kwietnia pracują tam mobilne krematoria. Wypływają nagrane rozmowy rzekomo bandytów jak się chwalą rodzinom że gwałcili Ukrainki, a żona mówi, żeby tylko na siebie uważał i niczym jej nie zaraził po powrocie, że odcinali ludziom palce, że ukraiński ogródek różany to jest wtedy jak facetowi odetnie się 20 palców i penisa i masz 21 róż, że na filtracji zabił jeden z nich dziesięć osób a potem przestał liczyć. Kiedy znajomy opisywał dwa miesiące temu jak jemu opowiadała znajoma, po którą miał jechać na granicę, że pogubiła drogę i wpadła na rosyjski bolkpost i tamci zabrali wszystkich do autobusu i ostrzelali autobus z kałachów, a ją zostawili, bo błagała o życie dla dzieci, to nie wierzyłem, szukałem błędu w relacji, że coś nie gra w jej opowieści, a potem urwał się z nią kontakt. A dzisiaj pewnie bym nie uwierzył że najemnikom chujła z kremla serce zmiękło do kobiety z dziećmi. Kiedy nie ma nowych doniesień spod Izjum, nie ma nowych informacji spod Hulajpola, Charkowa, nie ma heroicznych lub humorystycznych akcentów, które pomagałyby nie myśleć o gehennie narodu ukraińskiego niszczonego tylko za to że jest ukraiński, jak kolec wbity za paznokieć brzmi nazwa Mariupol. Jak drugie imię narodu, do którego orki doliczyły też psy, koty i wszystko co żyje w Ukrainie. Bo wiecie może, że Borodziance jak wpadli do schroniska dla zwierząt to rozstrzelali na miejscu ponad 300 kotów i psów. Bo były ukraińskie. I to nie był odosobniony przypadek. Kiedy zatem nie ma nowych filmów pokazujących wraki płonących kacapskich czołgów, transporterów, łodzi, armat - - zostaje tylko jak cierń wbity w okolicach serca Mariupol. Mariupol broni się nadal. Nachalne parafrazy. Kiedyś komunikaty zaczynały się od informacji, że Westerplatte broni się nadal. Jeżeli ciągle chodzą za mną te nachalne parafrazy to tylko dlatego, że tak bardzo uważam te wojnę za swoją. Ale zaraz się ganię. Bo nie ma porównania (na szczęście nie ma). Tylko popatrz na Azowstal i popatrz na Westerplatte. I pomyśl, że komunikat o Westerplatte pojawiał się przez siedem dni pod rząd. Komunikat, że Mariupol walczy wdziera się w ciszę przedpołudnia nad bezpiecznym Wrocławiem krzyczy nad spokojnym Paryżem płonie nad ruchliwym Londynem siedemdziesiąty pierwszy raz. Dziesięć razy dłużej niż Westerplatte, o miesiąc dłużej niż wymordowane warszawskie getto, o tydzień dłużej niż zmasakrowana Warszawa w 1944 roku. Mariupol, Mariupol. Dlaczego się nie poddadzą, pytają syci Hiszpanie, Francuzi, spokojni Niemcy, pogodni Włosi, pełni radości życia Argentyńczycy tańczący na ulicach, stateczni Chińczycy. Dlaczego się nie poddadzą, pyta odziany na biało pan papież, czekający pokornie aż wampir zaprosi go do stołu, pytają jego chłopcy na posyłki w śmiesznych kardynalskich czapeczkach, ze stłuszczonymi wątrobami, zawalonymi cholesterolem żyłami, obwisłymi brzuchami, nadużywający zaimka "my", co pewnie wynika z bezgranicznej samotności w której żadne małe "my" nie chce ich do siebie przytulić. Nie potrafią sobie odpowiedzieć. Dla czego się nie poddadzą pyta piękny prezydent Francji, którego główna zaletą intelektu i ducha jest to, że nie nazywa się Marine Le Pen. To takie nieprzyzwoite, że Ukraina nie chce się poddać, że Mariupol, wolny Mariupol zepchnięty do katakumb pod Azowstalem nie chce się poddać. A ja mówię - jak nie wiecie dlaczego, to popatrzcie na zdjęcie ukraińskiego kota wydobytego spod gruzów budynku gdzieś w Irpieniu albo Czernihowie albo Charkowie. Popatrzcie jak siedzi na swoich gruzach. Ma to wszystko wypisane w postawie. Ktoś rozjebał mu świat. Nie da się powiedzieć - zniszczył, zburzył - bo nie oddaje furii tego aktu. Rozjebano mu świat. Ale on siedzi dumnie na gruzach, bo to są kurwa jego gruzy. Przeżył i nie podda się, bo tak postanowił. Kiedy widzę to zdjęcie, myślę jak okrutnym,ale też głupim zasrańcem musi być władimir pizdowicz chujło. Popatrz na tego kota kretynie. Popatrzcie putlerwoskie popychła od Lizbony przez Paryż, Berlin po Budapeszt i Warszawę. To jest ukraiński kot. A was tak naprawdę już, kurwa, nie ma. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator i promotor literatury piszący wiersze i prozę. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Maciej Woźniak – Na cześć i na przekór
Tren dla Sutherlanda Z Donaldów tego i poprzedniego wieku okazuje się najważniejszy. Nawet niekoniecznie blady Casanova, świr w hełmofonie, szpieg z odciętą przez ukochaną kobietę dłonią, wystarczy pięć minut: tato w ponurym aucie, bo wzniecił moralny niepokój służb, greps jego uśmiechu, który wrósł we mnie, ojca też wątpliwego, i krople deszczu na cześć i na przekór. Wuj Zbyszek Czy talerz z rosołem może pęknąć? Raz mógł, na oczach chłopca, który szurał nogami pod stołem, a nerwy dorosłych – Fijałkowskich, Zaleskich, Wróblów, kilka pokoleń wstecz i w przód zszargane przez premierów, od Cyrankiewicza do Tuska, przez częsty w rodzinie alkohol, dzikie kolejki w przychodni, kołchoźnik w domu, który się zmieni w TVN 24, mróz, że kostniały palce podczas strajku komunikacji, likwidację cukrowni, bo spółka ma zarabiać więcej, przez rozwody, w tym najsłynniejszy ciotki Iry i wuja Heńka, hochsztaplerskie oferty przedstawicieli, nowotwory, pierdoły powtarzane po „Radiu Maryja”, przez śmierć dwojga maleńkich dzieci u Janki i u Eli, gazety w ubikacji, kiedy skończył się papier – skupiły się w soczewce pięści i jej grzmotnięcia w blat. Rubinstein w Liszynie Siedzi w telewizorze Ametyst, śmieje się i tłumaczy, jak grać, choć stary, nadal jest kwiatem. Niewiele młodszy niż on wtedy, idę przez trawy sięgające do płatków uszu, z głową w wietrze. W telefonie pani z banku pyta o lokatę, odpowiadam, że mam od dziecka. Czerwcu, dziergaj swoje piksele. Krystyna na brukowanej drodze dla Gośki i Kaśki Czy była rzeczywistość tak silna jak tamta fotografia, o to spierają się głosy bardziej donośne niż ten tutaj. Krystyna idzie drogą, jeszcze z drzewami i brukiem, jest szczupła, tą chudością Woźniaków wbitą w krajobraz, w zapach ulęgałek, fosforanów na polu pod Bielinem, niechcianego psa z worka wrzuconego do Wisły. Kiedy będę z nią siedział, już w pokoju na Piastowskiej, i trzymał za rękę jakby była moją dziewczyną, choć jutro jej pogrzeb, głosy w przestrzeni metafizycznej, Wojtyły z Urbanem, Michnika z Kaczyńskim, zrobią się martwe jak u tego niemieckiego filozofa. Żywy to będzie głos dziadka Mirka z clickbaitem, że rozkwitały pąki białych róż. Na razie Krystyna pracuje na poczcie, dzięki niej w domu jest aparat z tarczą, gminny przyczółek awangardy. Dlatego z łatwością mogłaby dać znać, co tam u niej i jaki to skądinąd ma sens. I tak właśnie robi, idąc po bruku wzdłuż topól. Szymon Parulski gra Pendereckiego W Bazylei nie ma dnia ani godziny, ani nic o tym, że los Europy właśnie waży się w urnach, klarnet mówi o lusławickich azaliach i rododendronach, lecz on jest źdźbłem z łąki schodzącej do Słupianki, jego ojciec sonorystycznie ścinał tam olszyny, żeby woda mogła lśnić w porze notturno, w Polsce, czyli gdzieś. Tangerine Dream dla Beaty i Darka Na żadnym koncie nie mam tyle, co nam tym z pinem WIH 2867, mityczną rejestracją malucha, którym szwagierek od kielonka i domowy tyran powoził jak rydwanem odwołanego już ognia. Ostatni, w świetle historii prywatnej, mazowiecki Janusz przed inkorporacją do świata korporacji, drobny miasteczkowy cwaniaczek, jego pospawany trzepak na podwórku pożarł Breżniewa, a łyknie i Putina. Miał taką ulubioną akcję: w niedzielę zbudzić wszystkich o świcie, z grymasem Karajana dyrygować śniadaniem, szczypior na jajecznicy smakując jak kawior, po czym wrócić do łóżka i zasnąć na dobre. Umierając, nic więcej nam zrobił, i nic więcej, ani draśnięcia na pomarańczowym lakierze z FSM, nie zrobiła mu śmierć. Tren dla Delona Mówi się, zgoda buduje, on wolał tą drugą robić dionizje z twarzą zanurzoną w kamieniu Antonioniego. Tamte zimne manieryczne nerwice podszyte winą to teraz codzienność leczona u terapeutów, na czerwono kręgi wokół błędów kreślą pedagodzy, a on na to umierał. Zabijali go najlepsi: Gabin, Bourvil, Bronson, najlepiej jak potrafi kino. Maciej Woźniak – poeta i bibliotekarz, autor kilku książek z wierszami (wkrótce ukaże się U otwarte ) oraz kilkuset felietonów i esejów o sztukach wszelakich (muzyce, literaturze, kinie, teatrze), redaktor i sprawca wydarzeń poetyckich, mieszka w Płocku i okolicach.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (12)
Ożywiona impresja o decyzyjności Przede wszystkim: zawsze są przed nami jakieś drogi, rozdroża, skrzyżowania, różne ścieżki, trasy na przełaj i na skróty. Więc w którą stronę? - to takie codzienne pytanie, na które każdego dnia można odpowiadać inaczej. Lub tak samo. Załóż proszę, że wybór nie jest po prostu wykluczeniem innej opcji, na zawsze, na konieczność. Jest po prostu ustaleniem kierunku. Czymś łagodnym i naturalnym. To tak, jak z podziwianiem krajobrazu: automatycznie zwracamy się twarzą w stronę pięknego widoku, patrzymy w otwarciu, w zachwycie. Piękno jest harmonijne i łagodne. Tak dokonuje się wyboru. Podejmuj decyzje, kierując się pięknem. Tym szeroko pojętym, głęboko odczutym. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.









