Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Radosław Biniek – dwa wiersze
ALL INCLUSIVE nigdy nie pozwalali więc wyglądam przez okno i mocno wciągam powietrze pędzący świat czuję go na kilometr to miejsce gdzie teraz jestem jest inne jakby moje zostań! zostań! więc czekam czekam zapach oddala się światła znikają dobrze że osikałem koła ślady opon same zaprowadzą do domu trzeba tylko przegryźć sznurek VENTUS ES ET IN VENTUM REVERTERIS ptaki nie mają grobów nie usypują kurhanów nie stawiają sobie piramid rozkładają się w powietrzu pióra zmieniają w wiatr dusze ptaków unoszą się w lekkim podmuchu wróblego zgiełku w bryzach mew w huraganach orłów moc wiatru jest wprost proporcjonalna do ptasiego lotu nieba pochowanego za horyzontem Radosław Biniek (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w „thefragmentach”, „Helikopterze”, „Toposie”, „wydawnictwie j”. Autor tomów: Śladomość (2019), Skądinąd (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021), 30 dni królika (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze.
- Michał Piechutowski – cztery wiersze
Pies Lokalny patriota Broni przed obcymi Lokalu mieszkalnego Jak niepodległości Gotowy Do każdego poświęcenia Jak żołnierz Cesarskiej Armii Japońskiej Śmierć To zaszczyt Dlatego muszę uważać Wracając do domu Bo sąsiad-alkoholik Zapomina Domykać drzwi Wiewiórka Drogę przebiegła Roztargniona wiewiórka To szczęście czy pech? Chyba zjawisko Ezoterycznie obojętne Nawet nie skojarzyła mi się Z tobą Nigdy nie miałaś Aż tak rudych włosów I wanna be your dog Jestem ci psio oddany Patrzyłbym wiernie w oczy I odgadywał polecenia Nie grymasiłbym przy misce Cieszył każdą chwilą spędzoną z tobą Zniósłbym najgłupsze psie przebranie Ale ty wolisz koty Streszczenie wykładu Od kiedy skład atmosfery uległ zmianie (Zabrakło w niej jednego składnika - twojego oddechu) Niektóre okazy niedużych i lekkich roślinożerców Musiały podjąć wzmożoną walkę o byt Szczególnie jeden – Najpierw zmienił nawyki żywieniowe I przeszedł na bardziej oportunistyczną dietę To spowodowało wzrost masy ciała Kosztem szybkości i zwinnego poruszania się Niedostatki zrównoważył sobie Wzrostem poziomu agresji A nawet wytworzył zęby jadowe Którymi kąsa dotkliwie i wyjątkowo boleśnie Przestał już być już konsumentem pierwszego rzędu Zaczął przejawiać zachowania Typowe dla właściwych drapieżników Jednak niechęć do podejmowania wysiłku powoduje Że nie gardzi padliną Mimo wszystko dał się oswoić Niestety dużo je i nie ma Większego znaczenia gospodarczego Ciekawostką jest to Że w jego genach zachowała się pamięć O tym kim był przed zmianami klimatycznymi Czytała Krystyna Czubówna Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.
- Urszula Morga – pięć wierszy
minu/ta ciszy boli kiedy giną endemity ludzie specjalnej czułości zwierzęta, których mowy nie dane nam było zrozumieć rośliny, o istnieniu których nie mieliśmy bladego pojęcia dzikie plaże, gdzie szum morza nie musiał nikogo przekrzykiwać lasy bez sideł, pola bez upraw literackie czasopisma, których ostatnie wydania kurzą się w bibliotekach a my już nie zdążymy nic w nich opublikować boli kiedy giną endemity coraz częściej celebruję życie minu/tą ciszy kultury bakterii inwazyjne gatunki, które zagrażają rodzimym, należy eliminować wszelakimi sposobami powiedział mężczyzna którego ego wypełniło cały wagon pociągu relacji Gdynia - Katowice patrzę na moje dłonie na nich miliardy lat istnienia a długość życia całego pokolenia trwa zaledwie godzinę oto uczę się pokory od kultur bakterii bez znieczulenia zoperuj mnie bez znieczulenia pozwól poczuć jak staję się gorszym gatunkiem podziel moją tuszę na elementy daj doświadczyć polowania, zjadania zapnij na łańcuch wydój, zedrzyj skórę a potem wybudź mnie ze świata, w którym zabija się dla satysfakcji nie przetrwania wie/rzę skaczę wzrokiem po gałęziach szukam schronienia w ciasnej dziupli szpaka uważnie śledzę jak wiatr zaplata wierzbom warkocze niespiesznie liczę i kataloguję igły na sośnie ślimaczę się po pniu topoli zostawiając na korze lepką linię życia a potem spadam jak kasztan roztrzaskując się o ziemię by pęknięta skorupka odsłoniła delikatną prawdę że wie/rzę wyłącznie w naturę człowiek/człowiekowi moknę choć nie pada przemakam od łez z tęsknoty za światem gdzie człowiek człowiekowi wilkiem nie człowiekiem Urszula Morga – laureatka XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza. W 2024 roku zadebiutowała tomem poetyckiem fundamenty . Autorka dwóch książek dla młodego czytelnika Panda Bonia oraz O rzece, która szukała morza. Na co dzień reżyserka i lektorka - prowadzi w Gdyni studio animacji Esy-floresy. Aktywistka i orędowniczka idei miasta wielogatunkowego. Chodzi swoimi drogami jak kot, choć jak pies przywiązuje się do ludzi, nie do miejsc. Wierzy w Naturę.
- Arkadiusz Sieroń – Zgubiliśmy pańskiego kota
– Przepraszam, ale zgubiliśmy pańskiego kota. – Jak to zgubiliście? – Grzegorz był zmęczony powrotem do kraju. Miał zgarnąć Mruczka w drodze do domu i położyć się spać. Nie spodziewał się komplikacji. Zostawił przecież kota w ekskluzywnym hotelu dla zwierząt. – Nie ma go tam, gdzie powinien być – wyjaśnił młody pracownik. Wyglądał na dwadzieścia parę lat, a jego rzadki zarost nagle zaczął niebywale denerwować Grzegorza. – Już jakiś czas – dodał, a ironiczny, nieprzystający do sytuacji, uśmiech nie schodził z jego twarzy. – O Boże, kiedy to się stało? – Trudno powiedzieć, nie zostawił listu. Kilka dni będzie. – Dlaczego nie zadzwoniliście do mnie? – Liczyliśmy, że się znajdzie. Nie chcieliśmy też panu psuć urlopu. I nie mogliśmy znaleźć numeru telefonu. Trudno powiedzieć. Mamy tutaj ostatnio małe zamieszanie. – Mieliście go pilnować! Tym się chyba zajmujecie? Szukaliście go w ogóle? – krzyczał Grzegorz. – Ma się rozumieć. Dzwoniliśmy do Departamentu Psów: aż wyrywali się, aby go znaleźć. Ostatecznie nie daliśmy im tropu. Znaczy się zlecenia. Uznaliśmy, że być może chciałby pan odzyskać swojego kota żywego. – Oczywiście, że żywego! Czy wy do reszty oszaleliście? Proszę oddać mi natychmiast mojego kota! – Proszę nie wrzeszczeć. To źle wpływa na zwierzęta – młody człowiek zganił Grzegorza. Po czym dodał, wyszczerzając zęby: Jeszcze gotowe pouciekać przez ten hałas. Grzegorz opadł bezwładnie na stojący za nim fotel. Zrobiło mu się gorąco. Odpiął górny guzik koszuli, przetarł czoło chusteczką, wziął łyk mineralnej. „Tylko spokojnie, oddychaj, za chwilę poprosisz kierownika i wszystko się wyjaśni” – uspokajał się w myślach. – Jak już panu mówiłem – podjął pracownik – pański kot niestety… jakby to ująć… nie był… – Nie był dostatecznie pilnowany. No i się zgubiła biedaczyna – przerwał mu łysy mężczyzna z lekką nadwagą, który wszedł właśnie do recepcji. – Kim pan jest? – wybąkał Grzegorz. Był coraz bardziej zmęczony i zdezorientowany. – Alojzy Gamajda, jestem kierownikiem hotelu. Wie pan, że założył go mój prapradziad, w czasie pierwszej wojny światowej, by ludzie mogli zostawić zwierzęta pod opieką i całym sercem oddać się wojowaniu? Ale to tylko taka dygresja. Chciał pan ze mną rozmawiać, prawda? Grzegorz spojrzał zdumiony. Wymamrotał: – Prawda, chciałem, ale nie zdążyłem tego powiedzieć. To skąd… – Mniej więcej po takim czasie klienci żądają widzenia się z kierownikiem. – To wy regularnie gubicie zwierzęta? Czy to żart z ukrytą kamerą? Jeśli tak, to zupełnie nieśmieszny! – Skądże, to nam się bardzo rzadko zdarza. Tych kilka przypadków rozdmuchała prasa. Jesteśmy profesjonalistami, ceny mówią same za siebie. – Kierownik zrobił pauzę, w trakcie której wydawał się coś rozważać. Wziął głęboki wdech i wyrzucił szybko: – A nie chciałby pan może innego kota? Mamy nawet tej samej rasy, kłębuszek w kłębuszek jak Mruczek. A do tego młodszy i – to już moja subiektywna opinia – przyjemniejszego usposobienia. Grzegorza zamurowało. – Możemy dorzucić papużkę. Mamy akurat jedną. – Kierownik zerknął w komputer. – Albo żółwia. – Nie chcę innego kota, chcę Mruczka! Chwila, czy pan mnie chciał właśnie przekupić żółwiem? Dość tego, dzwonię na policję! – Ach, po co te nerwy, szanowny panie! To był tylko żart. Dla rozładowania atmosfery. Gdy pan powiedział o tej ukrytej kamerze, to pan trafił w sedno – cały obiekt jest monitorowany. Niech pan jedzie do domu się przespać, a my w tym czasie obejrzymy nagrania i na pewno znajdziemy Mruczka. Co pan myśli? – Sam nie wiem – Grzegorz zaczął niepewnie, ale był wyczerpany podróżą i tą sytuacją – Dobrze, to czekam jutro na telefon. I lepiej, żeby Mruczek się znalazł. Ja znam pewne osoby! – pogroził niejasno na odchodne. W domu rzucił się na łóżko i zasnął jak kot, to znaczy suseł. Śnił mu się Mruczek, ale sen był bardzo dziwny: jego pupil stał na czele rewolucji. *** Nikt z hotelu nie zadzwonił, mimo że dochodziło już południe. „Czy oni nie mówili, że zgubili mój numer?” – Grzegorzowi przypomniało się mgliście. Sam zatem zatelefonował, ale nikt nie odebrał. Postanowił, że tam pojedzie. Gdy dotarł na miejsce, coś mu nie pasowało. Nie był jednak w stanie określić, co dokładnie. Dopiero gdy wyszedł z auta i zbliżył się do budynku, zorientował się, że zniknął szyld hotelu. Wszedł do środka ze ściśniętym gardłem. Tam, gdzie jeszcze wczoraj znajdowała się recepcja, była pusta przestrzeń. Poza kilkoma zdezelowanymi meblami wszystko zniknęło. – Halo, jest tu kto? – zapytał, choć nie liczył na odpowiedź. W pomieszczeniu panowała głucha cisza. Przerwał ją dopiero szloch Grzegorza, który zrozumiał, że już nigdy nie zobaczy swojego kota. *** Tymczasem na dachu budynku dwaj obserwatorzy odprowadzali Grzegorza wzrokiem do samochodu. – Dobrze się spisałeś, Alojzy! Oto koperta: tak jak się umawialiśmy – wymruczał Mruczek, dopalając cygaro. – Viva la revolución! – rzucił na odchodne i skoczył na sąsiedni dach. Arkadiusz Sieroń (ur. 1988) jest poważnym doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych, ale w przerwach między malwersacjami finansowymi a kąpielami w złotych monetach udaje mu się powiedzieć coś śmiesznego. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii UWr. Oczywiście kocha swoją pracę, ale postanowił spróbować sił w pisarstwie. W chwilach wolnych od pisania podróżuje i zdejmuje obrazy za pomocą światła. Uwielbia muzykę i zachody słońca (wschody też są piękne, ale rozgrywają się za wcześnie).
- Leszek Pułka – dwa wiersze
Lato w Cagliari poza nadmorskim korso nawet najwytrawniejsi geodeci nie wyznaczyli tu ulic które są poziome przekonany że czas i przestrzeń są niepodległe instrumentom mierniczym idę zawsze pod górę lub w dół przesłaniając oczy lub wielbiąc płatki twoich uszu łaskotane światłem jak kwiaty magnolii zamykając dendrologiczną aplikację z wolna unosząc głowę pytam nieznanych drzew czy jest dla nas miejsce w ich snach chwilę później nieopatrznie płosząc kota łowcę ptasich piórek rozumiem jesień niebawem i tak wszystko zrówna do szelestu Psie kolory A co by było gdyby pieski ogon miały niebieski Białki Czarusie Śnieżynki Pinezki uszy sterczące a ogon niebieski Pikusie Klopsy Kropki i Kreski jęzor różowy ogon niebieski I tylko latem Gdy łąki złocone może się zdawać, że są zielone Potem na powrót aporty skoki i arabeski poduszki łap czarne ogon niebieski Na nic pretensje gwizdy szczekanie ogon niebieski i tak już zostanie Leszek Pułka (ur. 1956) – poeta, krytyk, historyk literatury i medioznawca. Debiutował w obiegu niezależnym zbiorem Defekty fetysza (1979). Opublikował tomy: Made in Poland, Tak tylko w cyrku, Niepokalane, Pomiędzy wierszami. W 2023 roku ukazała się Wieża Monatigne’a, rok później tom Osobne . Wiersze drukował m.in . w „Więzi”, „Twórczości”, „Formacie Literackim” i „Odrze”.
- Aleksandra Szymkowiak – Gołąb woła na bis
W sypialni powinna panować cisza. Oto rytuał: Ania przed snem włącza w telefonie tryb samolotowy, odwiesza szlafrok i kremuje dłonie. Zapach jaśminu pomaga jej się zrelaksować. Wchodzi do sypialni, zapala lampkę i wybiera książkę, najczęściej jakiś reportaż. Wślizguje się pod kołdrę. Od kilku miesięcy nie musi jej z nikim dzielić. Wieczorny spokój mąci ból zęba. Przychodzi nagle; jest tępy i intensywny, przeszywa nerwy i uderza aż do skroni. Kobietę mdli na samą myśl o kolejnej wizycie u lekarza. Pół roku temu w przychodniach spędzała całe tygodnie. Leży cierpliwie i przełyka ślinę, która smakuje żelazem. Wie, że prędko nie zaśnie. Próbuje czytać, ale przychodzi Marcin. Od roku są małżeństwem. Mężczyzna siada niezdarnie na łóżku i wyciąga piżamę spod własnej kołdry. – Jak twój dzień? – pyta. – W porządku. – Co robiłaś? – Nic konkretnego. – Ania nie odrywa wzroku od książki. – To pogadane. – Masz jakiś problem? – Chcę wiedzieć, jak twój dzień. – Kiepski jak zawsze. – Rozmasowuje palcem dziąsło. – Przesadzasz. – Zapytałeś, to odpowiadam. – Okej. A nie jesteś ciekawa, jak mój dzień? – Jak twój dzień? – Kiepski jak zawsze. – Nie nabijaj się. – Kobieta wkłada do uszu zatyczki. Ból zęba wżera się w całe ciało. Ania mruży oczy. To pewne, jakiś ptak postanowił wydziobać jej mózg. Próbuje odkręcić słoik z lekami. Długo się z nim mocuje, dłonie ma śliskie od kremu. Mogłaby poprosić męża, ale woli pomóc sobie rąbkiem poszwy. Plastikowe wieczko w końcu odskakuje. Połyka tabletkę ketonalu. Cierpki smak pigułki miesza się z krwią. – To dobranoc. – Dobranoc. Odwracają się do siebie plecami i zanurzają we własnych myślach, które co wieczór krążą wokół seksu. Nie kochali się od tygodni. Przestali już liczyć, od ilu dokładnie. Kiedyś zbyt wiele odmierzali. Zapisywali daty poronień i slogany motywacyjne z kliniki. Odznaczali w kalendarzu każdy stosunek, początek i koniec owulacji, godzinę i minutę wytrysku. Ciszę w sypialni przerywa miarowe stukanie. Ania wyciąga z uszu zatyczki: – Słyszałeś? – Co? – To trzaskanie za ścianą. – Pewnie jakiś ptak wpadł do szybu. – Marcin przykłada głowę do ściany. – Brzmi jak gołąb. – W radiu podawali, że jakaś rodzina z Hiszpanii żyła z rojem os za ścianą. Musieli wezwać straż, żeby ich nie zagryzły przez sen. – Patrzy na mężczyznę, ale ten nie odpowiada. Ciszę w sypialni zakłóca gruchot zza ściany. – Co, nie słuchałeś? – Słuchałem. – To o czym mówiłam? – O pszczołach i parze z Hiszpanii. – I masz jakieś przemyślenia, czy to tyle? – O co ci znowu chodzi? – Odwraca się w stronę żony. – Ty to od razu się irytujesz. – Bo tobie zawsze coś nie pasuje. – To czego ty byś chciał? – Może porozmawiać. Przytulić się przed snem. – Już rozmawialiśmy o tym na sesji. Non stop mi to wypominasz. – Wypominam? – Tak – zamyśla się. – Czy nie możesz wypierdolić stąd tego jebanego gołębia? – Jak, dzwonić po straż pożarną? Dzień dobry, wprawdzie jest środek nocy, ale mamy gołębia w szybie wentylacyjnym. Pomogą panowie? Opanuj się. Problem to będzie jutro, jak nam zgnije. – Jezu, czy ty musisz być tak obrzydliwy? – Paniusia się znalazła. Może jeszcze załóż ten jedwabny szlafroczek. – Mówiłbyś tak, gdybym nie straciła ciąży? On rozchyla usta, jakby chciał odpowiedzieć, ona przygląda mu się wsparta na łokciach. Milczą. Obracają się na plecy i splatają dłonie na piersiach. Żona opiera głowę o bark męża, uchem muska jego obojczyk. Zaczyna nucić kołysankę, którą matka śpiewała jej w dzieciństwie. Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd. Gwiazdki błyszczą i migocą, aż wyjrzały ptaszki z gniazd. Jak wyjrzały, zobaczyły, to nie chciały dłużej spać. Kaprysiły, grymasiły, żeby im po jednej dać. Gwiazdki nie są do zabawy, tożby nocka była zła. Jak usłyszy kot kulawy, śpijcie, ptaszki, aaa… Melodii wtóruje pohukiwanie gołębia; woła na bis. Kobieta podnosi jedną rękę ku górze i powoli przesuwa dłonią, jakby wygładzała powietrze. Tak jak w dzieciństwie sięga się do sufitu po gwiazdy. Mała też by tak robiła. – Dawno jej nie śpiewałaś. – Komu? – No jej. – Przestań. – Słyszę ją czasem, tak, jakby była obok. – Dotyka brzucha żony. – Pewnie bałaby się tego hałasu. – Jeszcze powiedz, że jest z tym ptakiem. – Może ona czeka, aż ją wypuścimy? – Marcin prostuje się na łóżku. Ptak łomocze skrzydłami o ściany szybu. – Chodź, pomóż mi ją wyciągnąć. – Chyba żartujesz. – Gdzie mamy śrubokręt? – Ona wcale nie chce, żebyśmy ją wyciągnęli. – Nie wygaduj bzdur, tylko się odsuń. – Próbuje podważyć kratkę. Na zmianę szarpie i wali w nią pięściami, ale metal jest za mocno przytwierdzony. Gołąb podlatuje pod sam otwór. Ania kładzie się z powrotem. Przejeżdża palcem po dziąsłach; są chropowate. Marcin wraca do żony i przykrywa się kołdrą. – Możemy spróbować jeszcze raz. – Przytula kobietę. – Przecież nie wyważysz tej kratki. – Chodzi mi o to, żebyśmy zaczęli od nowa. – Aha. Teraz? – Proszę, nie zaczynaj. – To ty zacząłeś. – Bo czasem, kurwa, chciałbym o niej porozmawiać. – Po co? – Pocałuj mnie na zgodę – odpowiada jej po chwili. Kobieta zaciska wargi. Krzywi się, kiedy język męża dotyka jej ust. Sama nie wie, dlaczego. Może przez wyrzuty sumienia. Nie chciała zaczynać tego tematu. Całuje mężczyznę jeszcze raz, ale znowu się krzywi. To pewnie ból zęba. Od kilku minut dokucza jej coraz bardziej. – Powinniśmy byli poczekać ze ślubem. Ciężar tych słów ściska ją w piersi. – Co masz na myśli? – Tak tylko mówię. – Chciałaś, żebym ci się oświadczył. – Marcin głośno przełyka ślinę. Gołąb przestaje się szamotać. Nastaje cisza. – Tęsknisz za nią czasem? – pyta po chwili. – Dobranoc. – Ania z powrotem wkłada zatyczki do uszu. Odwraca się na drugi bok i ciasno otula kołdrą. Zagryza zęby. Ketonal nie pomógł, a ból coraz śmielej rozsadza czaszkę. Kobieta chucha na dłoń i przyciska ją do nosa. Śmierdzi krwią. Przejeżdża językiem po podniebieniu. Z dziąsła wyrasta jej pióro i pęcznieje w buzi. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała na stronie "Odry". Mieszka we Wrocławiu.
- Marcin Hanuszkiewicz – człowiek i kamień
Marcin Hanuszkiewicz – w sercu mistyk, z konieczności opowiadacz wielofunkcyjny. W konkursach wyróżniany, ale nie zwycięski; wiersze ukazały się w antologiach pokonkursowych Nowego Dokumentu Tekstowego z lat 2021 i 2022. Autor książki Światło. Miniatury i historie (2024). Pisze recenzje starych książek i wierszy dla białostockiego czasopisma "Epea". Prowadzi otwarte spotkania literackie Tchnienie w Bielsku-Białej.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (18)
W tym odcinku siedzimy sobie w ogrodzie, który powoli zapada w sen. Zamyka się ciepły dzień, zaczynają bzyczeć komary – pora kolacji dla owadów. I pytam Mamę, ekspertkę od przyrody, o owadzie menu, a to prowadzi nas prosto do bajki o skrzętnej mrówce i beztroskim koniku polnym. Tak, można spojrzeć na tę historię inaczej... Na wszystko można spojrzeć inaczej. Wystarczy zapytać. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Dackard Prot – żart ponadczasowy
Święty Kazimierz – powracają czajki (w odpowiedzi na Sonety z chałupy – Jana Kasprowicza) Nie wiadomo, który to dzień tej zimy nadszedł. Mężczyzna w brązowej, mocno wyblakłej, więc może już beżowej, a może wiśniowej kurtce plisowanej otwiera piknik przy płocie. Śpi snem głębokim, ściskając dłonią puszkę podpieraną falą brzucha.W koronie, jak nad upadłym Jezusem, powiewają w wilgotnym jeszcze podmuchu piórka opadające z pożartej przez kota sikorki. Już nadleciały. Znaczy zima ma akurat swoje południe. Utopią ją wkrótce okrutne dzieci miejskich karaluchów. Popłynie spalona żarem jak ciała pstrągów u drogi strumienia. Betony pokryją się żółcią, zielenią, aromatem ozonu z rur żrących powietrze pojazdów, w oddechach gorączkującej wiosny, studzonej wieczorami i gwizdami z syberyjskich stepów. Śmietniki wypełzną na polany cementowych mozaik. Już ozdób z psich kup, jak bombek na choince wigilijnej Mikołaj, nie ujrzy przechodząca sprzątaczka w zamarzniętych rękawicach. Żółtych malunków i liter nie znajdzie ksiądz przy murach kościoła na śnieżnobiałej tablicy, polerowanej codziennie na wszelki wypadek. Dzieci radośniej z fajkami w dłoni za szkołą się zgromadzą, by choć chwilę promieniem podepilować skórę. Wiosna nadchodzi. Kolejny koniec przynosi. Numeracja (w odpowiedzi na Sonety krymskie – Adama Mickiewicza) Przeczytałem wiele książek Koontza. Czy jest się czym chwalić? Nie ma. Przeczytałem też kilka książek autora Hannibala, w oryginale i po polsku. Jest się czym popisywać? Nie ma. Pisanie to proces twórczy, jego efekt rzeczywisty ujawni się w głowie odbiorcy, aczkolwiek odbiorca jest raczej urojony. Piszący bez problemu powinien poradzić sobie z prostym zadaniem, jakim jest przetłumaczenie [na język współczesny] osiemnastego sonetu krymskiego Adama Mickiewicza. Banalna sprawa. Nauczyciel twierdził, że tam nie ma czego tłumaczyć, bo tekst jest całkowicie zrozumiały, wyzwanie pojawia się dopiero wtedy, gdy próbujemy napisać go prozą. Do pomysłu podszedłem z entuzjazmem. Odszukałem nawet te sonety. Krymskie. Przeczytałem je z uwagą. Ku mojemu zdziwieniu, nie są ponumerowane. Nie nazywają się również sonet taki lub owaki. Wytłuszczoną czcionką, co jakiś czas, pojawia się w długiej treści, bez podziału na strony coś na miarę tytułu. Moja niewątpliwa inteligencja podpowiedziała, że to muszą być tytuły. Chyba tytuły, bo kiedy je liczyłem [po trzykroć], zawsze wychodziło mi osiemnaście. Tyle ile sonetów. Krymskich. Ewidentnie, ten liczący ja, nie był w stanie zaakceptować faktu, że ten ja piszący ma przetłumaczyć na prozę coś, co nosi taką nazwę, której nawet przeczytać się nie da. Po trzecim liczeniu, ten liczący, mógłby już przyjąć za pewnik zasłyszaną sugestię, że osiemnasty, oznacza ostatni. Nie. I ten liczący, nieźle już wkurzony, po raz czwarty raz sprawdził od końca, czy trafi na ten sam tytuł. Próby doszukiwania się numeru kolejnych sonetów w losowo pojawiających się cyfrach nad tytułami spełzły na niczym. Tu na przykład liczba 73 umieszczona ciasno przy słowie Ajudah w ogóle nie przypomina osiemnastu. Liczby te są jak przypisy w pracy doktorskiej, ale przecież napisał je sam Adam Mickiewicz, więc nie robiłby przypisów w swoich sonetach, Dziadach czy innych Litwach Ojczyznach moich. Ajudah⁷³ W tym momencie na scenę wkroczył ten ja piszący. – Zapoznam się z tekstem - pomyślałem, ignorując porażki liczącego. Pierwszy wers, spoko: “Lubię poglądać wsparty na Judahu skale” zakończone przecinkiem, więc spodziewam się kontynuacji. Niewątpliwa inteligencja podpowiedziała mi, że Judah to jakaś skalista góra, więc podmiot liryczny na coś patrzy, pewnie w przestrzeń… Już byłem pewien. Przetłumaczę. Drugi wers przemówił do mnie ”Jak splecione bałwany, przecinek”. Zatrzymałem się jak autor nakazał przecinkiem, dokładnie tak, jak teraz w wordpresie kursor, który aż przestał migać na ekranie, czekając na kontynuację myśli. Ale myśl - podpowiada mi niewątpliwa inteligencja – sama z siebie nie nadejdzie. Trzeba ja napisać. Zbliżyłem oczy do ekranu. Ach! “Jak spienione bałwany przecinek”. Postanowiłem czytać dalej, bo pewnie to nieznany zabieg literacki z tamtego okresu i wszystko wyjaśni się w drugiej połowie, choć nie wiadomo, skoro perypetie pojawiły się już w drugim wersie: ”Jak spienione bałwany, to w czarne szereg bez przecinka”. Znam już ten zabieg. Adamie Mickiewiczu, nie wykończysz mnie drugim wersem, bo jak pani w klasie kazała, wąż boa oburącz do ust go przycisnął, więc kontynuowałem poszukując rozjaśnienia myśli w wersie trzecim: “Ścisnąwszy się przecinek”. W zasadzie tu już nie miało znaczenia, czy tam jest przecinek, czy go nie ma. Doczytałem do końca wersu czwartego i nawet nie zatrzymałem się nigdzie po drodze. Nie zadziwiły mnie wielkie litery w środku zdania między przecinkami, nic mnie już nie zadziwiło i tak galopowałem po wersach. Zatrzymałem się na kropce w piątym wersie i stwierdziłem, że Adam Mickiewicz nieźle wszystkich wyrolował. Musiał być kompletnie narąbany, pisząc te słowa. Znam ten stan. Napiszesz coś wieczorem na bani, a rano czytając, nie znajdujesz w dziele ni grama treści. Adaś jednak uznał, że to będzie żart ponadczasowy. Ale nie dziwię się, mój wujek, po dużej dozie alkoholu, mówił do mnie w podobnym artystycznym dialekcie. Ośmielony sukcesami wujka, napisałem Ajudah prozą. Księżyc i skały na końcu mojej drogi stanęły u bram urwistego oceanu. Koniec Ziemi, a jednak mój dom. Przemierzyłem cały świat, by w końcu odnaleźć się na mokrej skale suchego lądu, wśród znajomych i przyjaciół. Nie potrzeba mi więcej. Kamienie, lustrzane odbicie speszonego słońca, mchy ujmujące głowę w opiekuńczych dłoniach, kojące sklepienie i źdźbła kołdrą otulające ciało do spokojnego snu. Gdzież byłoby mi lepiej… Fale słoną mgłą omiatają moją duszę jak struna powietrze w dudniącym instrumencie. Na szczęście przez życie idziemy trzymając kogoś za rękę. Mimo, że podróż się zakończyła, droga przed nami jeszcze długa. Czymże bym był, gdyby nie gwałty i ciosy, szaleństwo i szmer szeptów błagalnych o pomoc we wspólnej samotności. Czy słowo wyplute palcami przekaże myśl moją tym wszystkim w potrzebie radości... Czy nakarmi i wzmocni… Żyję, a skoro powstałem, to może i będę trwał wiecznie, w skupieniu i ludzkiej wolności. Nazywam się Dackard Prot. Tak, wiem, jakoś dziwnie. Nie wiadomo, które to imię, a które nazwisko. Istnieję na gumowanym, tanim, spoconym od życia, krześle. Brzuch siedzi przede mną i pisze historie. Gdyby nie mózg, gdyby nie zasady fizyki, to by sobie pojadł i popił, tymczasem, bez mojej zgody, wszedł z mózgiem we wspólnotę. Dlatego piszę – aby zaprotestować przeciw samowoli organów, których władzy poddać się nigdy nie zamierzałem.
- Marcin Liszkiewicz – pięć utworów
& Fani muzyki Hip-Hop wkręceni ćwiczą dumny wzrok ich obszary terytoria bloki i dekady. Ona gra w tenisa stołowego La senorita z Puerto Rico czupurność istnie królewska swingujący przystanek w podróży. & Ongaku świst eksces na nogach biała smuga piłeczka japanese choppers bronią parabola markowa frotka na ludzki pot. & Taki cichy szept w Jazz Club z futerału korpulentnej Lucy płacz wiewióreczki pieguski. Improwizujące lewary na niej po koncercie żółto palczaste Nephilim szurają wloką i dyszą. Ojciec zapłakał. Córka uciekła w granicach listopada nadyma policzki zlękniony jazz. & Lucy rozproszona artystka frakcje towarzyskie pędy eksperymentalny jazz witraż rani twarz. Tęskni za ciszą do krwi rozdrapuje obraz zimowego połowu pęknięcie lodu trach jak w studio nagrań jeden znika tu inny tam ryby nie dowierzają. & Gdzie jesteś Lucy u siebie w innych śpisz ojciec się nie dowie o spoconych dłoniach. Tam za betonową łąką ramiona żurawi tną atomowe powietrze taki spokój na cmentarzu słowa zdumiewają rybitwa i prorok a w piwnicach uduchowiony jazz. Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz. Adres na instagramie: https://www.instagram.com/roseofjerycho_olaf/profilecard/?igsh=MWp4a21kdzI2NW1lcw==










