top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Marcin Mielcarek – Na krechę

    Czułem się cholera podle. Chodzi mi o to, że od dawien dawna czułem się podle, ale ten ostatni tydzień dał mi mocno w kość. Sprawy nie wyglądały zbyt dobrze, w ogóle i w szczególe, jakoś się cholera nie układało. Starczy powiedzieć, że mój szef orżnął mnie na sezonowej premii, auto wymagało remontu silnika, sąsiad zalał mi mieszkanie i nie chciał i nie miał z czego zapłacić, jakiś koleś z którym biłem się na ulicy przed barem zgłosił sprawę na policję, a na dodatek wszystkiego nie chcieli drukować moich opowiadań w “Odrze” czy “Twórczości”. Naprawdę nie wyglądało to najlepiej. Znajoma poetka, której nie miałem okazji jeszcze przelecieć, napisała mi, że siedzi na Krecie, w cieple i słonku, kiedy ja tkwiłem u mojego innego znajomego poety, a za oknem na ulicy była tylko szarość i deszcz i niespełnione marzenia, leżące na mokrym, śmierdzącym asfalcie niczym zgniłe liście. Ten mój znajomy poeta był pedałem, przepraszam to znaczy homoseksualistą, chociaż on sam mówił o sobie, że jest pedałem, więc sam już nie wiem czy kajać się czy nie. W każdym razie zaprosił mnie do siebie, zorganizował posiadówkę. Miało przyjść kilka osób, głównie słabo rokujących poetów i pisarzy, ludzi, którzy w pewnym momencie wymyślili sobie, że pisanie stanie się ich hobby, kiedy tak naprawdę pisanie było nadzieją i męką i bólem tkwiącym głęboko w tobie, czymś każącym ci zwariować albo się powiesić albo jedno i drugie. Na miejscu okazało się, że wszyscy są homoseksualistami, a jedyna babka na kwadracie identyfikowała się jako lesba. Jakiś czas próbowałem poddać próbie jej deklarację, ale dałem sobie spokój, bo wcale mi się nie podobała. W każdym razie w ciasnym korytarzu i tak wsadziła mi jęzor w usta. Miała mały, śliski język i smakowała czymś nieciekawym, chyba szarym mydłem. Przyglądał nam się z odrazą Autoportret Vincenta van Gogha wiszący na ścianie. – Cholera, ale jestem napalona – wyrwała, prawie mnie opluwając. Była rzecz jasna naćpana. Wszyscy tu byli naćpani albo nagrzani - ja też piłem. W końcu ona sobie poszła - do dziewczyny czy coś w tym stylu - i zostali sami faceci, to znaczy chłopaki. Tak, zostały same chłopaki o miękkich dłoniach, sercach i zadkach. Siedzieliśmy w salonie i gadaliśmy, a raczej ja głównie słuchałem, właściwie myślałem o tym całym kurewskim życiu. Dlaczego to mnie spotyka? Dlaczego nie mogłem urodzić się jako ksiądz, agent ubezpieczeniowy albo chociażby hydraulik? Czy Głowacki też miał tak ciężko? Siedząc sobie w Ameryce, popijając drinki na Manhattanie za wielką wodą? A Hłasko? Czy on miał ciężko? Do czasu, znaczy krótko. Himilsbach? Może. Może tak, ale pociągnął całkiem długo jak na etatowego pijaka. Uniłowski zdechł zanim na dobre się rozkręcił. W pewnym momencie któryś z tych gładkich gogusiów powiedział: – Pissing podczas analu. To jest moje marzenie. Pissing podczas analu. To był jakiś niski grubas, którego imienia nie kojarzyłem. Miał pryszczaty ryj, to znaczy pryszcze pokrywały mu połowę twarzy. Drugą połowę zasłaniała czarna broda. Chłopaki włączyli jakąś muzę, to znaczy słuchali Lany Del Rey i zaczęli w jej rytm podrygiwać, popijali winko i kręcili swoimi pedalskimi zadkami. Któryś z nich w końcu wsadził jednemu ozor do gardła. Zaczęli się całować, jeden przez drugiego. Jedna wielka komuna. – Całowanie jest bardziej intymne od seksu – rzucił któryś z nich. – Tak, całowanie ma w sobie coś głębokiego – odparł inny. – Ja wolę się całować niż bzykać – dodał trzeci. Nagle stanął nade mną jeden z tych pedków. Chudy drągal o niebieskich oczach, jasnych włosach i nieciekawej twarzy. Pracował na stacji benzynowej czy coś takiego. Jego nos był zaczerwieniony od kataru albo koki. – Chcesz się całować? – zapytał mnie. – Nie jestem w nastroju – odparłem. – No dawaj, będzie fajnie. – Zaraz stracisz resztkę zębów koleś. – Jak sobie chcesz. Odwrócił się i dobrał do kogoś innego. Chłopaki migdalili się kilka minut, masując po tyłkach i fiutach. Kiedy mój przyjaciel poeta wyciągnął swojego drągala, a drugi uklęknął, aby zacząć mu obciągać, powiedziałem: – O, kurwa! Jak dla mnie to za dużo! Podniosłem się z kanapy, poszedłem do korytarza i wzułem buty. Na nogach zacząłem wracać do swojego mieszkania. W międzyczasie spotkałem na ulicy białego kota, który nie miał przedniej, lewej łapy. To znaczy miał białe umaszczenie, bo cały był szary od brudu. Poruszał się jak kulawy. – Kici, kici – zachęciłem go, udając, że mam coś w dłoni. – Kici, kici. Spojrzał na mnie z niechęcią, potem zasyczał i wskoczył w krzaki. Najwyraźniej pomimo tego kurewskiego braku kończyny potrafił sobie radzić samemu – w przeciwieństwie do mnie. Naprawdę mi zaimponował, dlaczego o takich jak on nie robi się bajek dla dzieci? Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Izy. Odebrała za czwartym razem. – Dasz mi na krechę? – zapytałem bez pardonu. – Jezu to ty. Wiesz, która jest godzina? Dawno już śpię, miałam cholernie ciężki dzień. Po co mnie budzisz o tej porze, co? Coś się stało? – Pytam czy dasz mi na krechę. – Nie dam ci na krechę. – A zrobisz mi herbaty? Przez moment się nie odzywała, ale w końcu oznajmiła, że zrobi mi herbaty. Iza mieszkała niecały kilometr od mojego kumpla poety, więc znalazłem się tam po kilku minutach. Znałem ją jeszcze z liceum, potem gdzieś mijaliśmy się w życiu, pracowaliśmy nawet razem krótko w hurtowni części do maszyn rolniczych. W końcu ona została prostytutką i cholera miała do tego rękę, naprawdę znała się na rzeczy. Poza tym nie dawała sobie w kaszę dmuchać i niejeden napalony małpolud został ustawiony do pionu. Brała dużo, ode mnie mniej, ale jeszcze nigdy nie prosiłem jej o seksualną przysługę. Potrzebowałem tego jak nigdy. Kiedy stanąłem przed jej drzwiami otworzyła mi w białym szlafroku. Farbowane na jasny blond włosy miała związane, twarz bez makijażu. Nie była śliczna jak księżniczka, ale miała w sobie coś interesującego, jej buzia przykuwała wzrok, samo spoglądanie na nią sprawiało przyjemność. Jej brązowe oczy nie wyglądały jak zwykle, czyli nie wyglądały na wkurwione. Raczej ciekawiło ją dlaczego do niej przyszedłem. Wpuściła mnie do środka. Usiadłem w kuchni i rzuciłem: – Cholera Iza, przecież nie musisz paradować w tym czymś! – Oglądanie też kosztuje. A poza tym pracuję do jedenastej. – Czyli nie dasz mi na krechę? – Absolutnie. Wstawiła wodę na herbatę, a potem zaczęła coś przekładać w szafkach. Patrzyłem jak się krząta, przypominając sobie jej nagie ciało, które teraz niestety zostało przede mną ukryte. Iza była całkiem wysoka, miała ładne, duże piersi, do tego długie nogi i fajny, duży tyłek. Nic dziwnego, że brała pół tysiaka za godzinę. Na jej miejscu też bym tyle brał. – Iza, kochanie, jesteś moją jedyną przyjaciółką – powiedziałem, kiedy w końcu postawiła przede mną kubek z gorącą herbatą. – Czytałam dzisiaj ciekawy artykuł – odparła. – Gdzie? – W Wirtualnej Polsce. – Nie czytam portali internetowych. – Ty niczego przecież nie czytasz. – Fakt. – W każdym razie był o rosnącym poparciu dla terroryzmu. Wiesz chodzi o to, że znaczna część niemieckiego społeczeństwa sympatyzuje z tym co robi Hezbollah i Hamas. Oczywiście mowa o muzułmanach mieszkających w Niemczech. To okropne, co? Ta cała postępująca radykalizacja społeczeństw. Dokąd ten świat zmierza? – Wisi mi to i powiewa. Powiedziałem jej, żeby usiadła obok mnie. Blisko mnie. Na tyle blisko, żebym mógł pomacać ją po nogach. Naprawdę miała świetne nogi. Gładkie i opalone, to znaczy lekko muśnięte słońcem, a nie spalone na solarze. Położyłem dłoń na jej kolanie. Nie zabrała mojej ręki, więc pozwoliłem sobie na więcej. – Daj spokój – sprzeciwiła się, ale był to sympatyczny sprzeciw. Zbliżyłem się do niej i pocałowałem ją. To był dopiero pocałunek. – Nie całuję się z klientami – powiedziała po wszystkim. – Poza tym piłeś, tak? – Nie jestem klientem – odparłem. – I ja zawsze piję kochanie. – Nadal liczysz, że dam ci za darmo, mam rację? – Po co mówić w ten sposób, co? – Jak mówić? – Jak dziwka. – Jestem przecież dziwką. – Ale jesteś też moją przyjaciółką. – Powtarzasz się. Znowu ją pocałowałem. W końcu powiedziała, że mam iść się umyć, bo śmierdzę. Poszedłem do łazienki, ale zamiast wziąć prysznic, władowałem się do wanny. Nalałem sobie gorącej wody, wrzuciłem nawet sole do kąpieli. Na powierzchni zrobiła się pachnąca, gęsta piana. Brałem kąpiel od kilku minut, kiedy w końcu postanowiła do mnie zajrzeć. – Ostatnio płacę strasznie wysokie rachunki – oznajmiła. – Dlatego ja nie mam wanny. – Nie mówię tylko o wodzie. Prąd, gaz. – Wszystko poszło w górę. Na szczęście dobrze zarabiasz. – Na szczęście. Podeszła do mnie i zamoczyła dłoń w wodzie. – Wskakuj – rzuciłem. Zaśmiała się i powiedziała, żebym nie robił sobie żartów tylko wyłaził. Zrobiłem to, to znaczy podniosłem się, ukazując jej się w całej okazałości. – Miałam dzisiaj takiego jednego klienta – oświadczyła. – Chciał mi włożyć w tyłek, ale miał takiego jak koń. Ostatecznie skończyło się tylko na pettingu. – Pissing podczas analu – oświadczyłem. – Że co? – Nic. Jeden gej dzisiaj powiedział, że ma takie marzenie. Pokiwała głową i udała się powolnym krokiem w kierunku sypialni. Ja natomiast wytarłem się w jakiś ręcznik leżący na koszu do prania – potem pomyślałem, że pewnie wytarłem się jakimś facetem – i pognałem za nią. Była już bez szlafroka, w pełnej krasie. Leżała na plecach. Kiedy wszedłem do sypialni szeroko rozłożyła nogi. Miała cudowną, różową cipkę, jej cipka była tak śliczna, że pewnie zajęłaby podium w jakimś konkursie, może nawet pierwsze miejsce. Powiedziała mi, żebym założył gumkę i na nią wszedł. Chyba chciała mieć to z głowy. – Trochę więcej romantyzmu, kochanie – powiedziałem, kładąc się na niej. Zacząłem pieścić jej szyję, całowałem ją, a ona zaczęła się śmiać. – Łaskoczesz – wysyczała. – Daj spokój. Nie przestawałem, jej śmiech zaczął mnie rajcować. Potem polizałem prawy sutek, następnie lewy. Ssałem i gryzłem jej brodawki, ściskałem delikatnie jej piersi. Moja lewa dłoń powędrowała między jej uda. Odnalazłem łechtaczkę i łechtałem ją jak Bóg przykazał. W końcu oznajmiła, że mogę w nią wejść. Oczywiście dwa razy upewniła się czy założyłem gumę. Kiedy już w nią wszedłem nie trwało to długo. Brałem ją na misjonarza, było mi dobrze, za dobrze nawet, bo omal nie doszedłem w minutę. Przestałem ją posuwać i znowu pobawiłem się jej pięknym upiersieniem. – Kończmy to i chodźmy spać – szepnęła. – To był naprawdę ciężki dzień. Położyła się na brzuchu. Wlazłem na nią jak lew na lwicę i zacząłem posuwać. Całowałem jej skórę na karku i powtarzałem w kółko, że ją kocham – tak mnie coś wzięło. Szybko było po wszystkim. – Gdyby to potrwało trochę dłużej mógłbyś sprawić mi orgazm – oznajmiła, kiedy już leżałem obok niej. – Naprawdę? – Tak. Tak z kwadrans dłużej. Zaśmiałem się. Ona poszła do łazienki, a ja leżałem przez chwilę, rozkoszując szumem płynącej w rurach wody. Jednak dostałem na krechę, czyli życie nie było aż takie złe. Pozostało jeszcze zapytać ją czy mogę zostać na noc. Miała miękki, fajny materac. Naprawdę milusią, ciepłą kołdrę. Kto wie, może załapię się jeszcze na jakiś numer? Rzecz jasna nadal czułem się podle. To znaczy jakby trochę mniej. Ale wciąż. Marcin Mielcarek  (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki  w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych . W 2022 roku wydał powieściowy debiut Sztuka latania . Mieszka w Zielonej Górze.

  • Małgorzata Domurat – Misja: Benefity pozapłacowe

    Ewa otworzyła oczy. Proces teleportacji musiał dobiec już końca. Znów zaczęła czuć swoje ciało i słyszeć myśli. Jak zwykle w takiej sytuacji, zanim zdążyła się zastanowić, jak się czuje po wyjściu z komory teleportacji, wgrana instrukcja misji już nasuwała Ewie natrętną sugestię, aby otworzyła pakiet startowy.  Tym razem miał formę średniego rozmiaru podniszczonej czarnej torebki ze sztucznej skóry. Znalazła w niej szczotkę do włosów, szczoteczkę do zębów, dezodorant, szminkę, podpaski, gumę do żucia, jakieś tabletki i dwie plastikowe karty. Jedna miała rysunek pojazdu, a druga napis: Ewa Nowak Junior Account Manager. Ta druga była zawieszona na kolorowej wstążce, która nie wiadomo czemu zadziałała na Ewę kojąco. Chciała od razu założyć wstążkę na szyję i prezentować dumnie na piersi plakietkę Junior Account Manager. Podświadomie wiedziała już, że Ewa Nowak to ona, a ta karta będzie dla niej gwarancją dostępu do miejsca wykonywania misji.  Wiedziała już również, że pełen dostęp do tubylczych zasobów będzie miała dopiero dziesiątego dnia drugiego miesiąca misji. Do tego czasu będzie musiała sobie poradzić, żyjąc w foliowym namiocie tu w parku w centrum metropolii, w którym Korporacja umieściła komorę teleportacji. Co ciekawe, byli tu też inni w takiej samej sytuacji. Zgodnie z II. Kosmiczną Konwencją o Nieagresji pomiędzy Korporacjami przy Podboju Kosmosu, nie zamierzała sabotować ich misji, ani im przeszkadzać. Ot, taki pakt o korporacyjnej nieagresji. Zdarzyło się jej już kończyć teleportację w obozie pośród innych agentów. Wszyscy byli najemnikami, każdy myślał tylko o swoim zadaniu i planowanym powrocie do bazy. Nikt nie przeszkadzał innym, była tu więc bezpieczna. Od innych kloszardów dowiedziała się zatem, skąd zdobyć ubrania na pierwsze dni swojej pracy Junior Account Managera. Trzeba było wystać swoje pod kontenerem, gdzie tubylcy oddawali niepotrzebne ubrania, wypatrzeć kobietę podobną do niej samej wiekiem i figurą, a następnie poprosić, aby nie wrzucała ubrań do kontenera, tylko oddała je prosto w ręce potrzebującej, a nie tej firmie, która przemieli jej piękne garsonki i wykorzysta je w recyklingu. Patenty na zdobycie jedzenia również podpowiedzieli koledzy z konkurencji. W supermarkecie wystarczyło wsadzić palec do jogurtu i zaalarmować personel, a po piętnastu minutach odebrać jogurt ze śmietnika na zapleczu. Wiadomo było, że to był jej jogurt, po jej paluchu. Na koniec dnia trzeba było jeszcze zrobić obchód warzywniaków i barów, zebrać wystawiane zwiędnięte, nadgniłe jabłka, marchewki i ziemniaki. Zatem, miała się już w co przebrać ze skafandra do teleportacji i miała już co zjeść. Pora zacząć pierwszy tydzień pracy. Co dokładnie miała robić w biurze, nie wiedziała. Nikt z Korporacji nie był w stanie przygotować dla Ewy sensownej instrukcji wyjaśniającej, czym zajmuje się Junior Account Manager. Dlatego misja wymagała agenta, który będzie się w stanie płynnie dostosować do zmiennych warunków i nieznanych oczekiwać inwigilowanej firmy. Ewa została wytypowana do misji jako agentka średniego szczebla. Jej profil psychologiczny idealnie pasował do powierzonego zadania. Była cierpliwa, wytrzymała na stres, presję, nudę i była zaradna w przestrzeni miejskiej.   Oficer prowadzący Ewę uspokajał ją, opowiadając, że nawet inni pracownicy biura, z którymi przyjdzie jej pracować, nie wiedzą właściwie, czym zajmuje się Junior Account Manager. Ustalili między sobą jedynie listę ogólnych wytycznych, na której znalazły się m.in .: być miłą, zachowywać się spokojnie, nie zwracać na siebie uwagi, być responsywną, otwartą na nowe wyzwania, komunikatywną, być dobrym graczem zespołowym, umieć pracować pod presją czasu i być odporną na stres. Ustalili, że Ewa będzie się starała odpowiadać na wszystkie wiadomości ze średnim czasem reakcji i w umiarkowanym tonie. Jeśli czegoś nie będzie wiedziała albo rozumiała, powinna raczej się zgadzać niż protestować. Będzie tam miesiąc i dziesięć dni, więc wszelkie terminy realizacji zadań najlepiej umawiać po upływie tego okresu. Nie wiedząc zatem wiele, stanęła rano przed godziną 9:00 w przeszklonym holu i włączyła się w rzekę ludzi, pracowników inwigilowanej firmy, kopiując ich ruchy. I tak udało się Ewie przejść przez bramki wejściowe, wjechać windą na właściwe piętro i znaleźć swoje miejsce w bezkresnym open space . Jej stanowisko pracy to był mały box, miała do dyspozycji biurko, krzesło, komputer, telefon i słuchawki. Bitlocker, hasło i login do komputera znalazła napisane na żółtej karteczce przyklejonej pod klawiaturą. Korporacja się spisała.   Misja umieszczenia agenta w inwigilowanej firmie była przygotowywana przez Korporację od lat. Celem było zdobycie przez agentkę Ewę najcenniejszego benefitu pozapłacowego w całej galaktyce – bonów Sodexo Lunch Pass. Towar ten był na wagę złota w rozliczeniach między korporacjami handlującymi odległymi kosmicznymi terytoriami i metalami ziem rzadkich. Czemu był to środek płatniczy tak wyjątkowy? Aby go otrzymać, trzeba było przepracować miesiąc w inwigilowanej firmie bez ani jednego dnia spóźnienia, bez narażenia się managerowi, bez skonfliktowania się z zespołem i bez załamania nerwowego i depresji. Odbiór bonów odbywał się dziesiątego dnia kolejnego miesiąca, pod warunkiem pełnej frekwencji, osiągnięcia wszystkich miesięcznych key performance indicatorów  i pomyślnego przejścia testów psychologicznych w postaci pozytywnej oceny przez zespół i menedżera na comiesięcznym podsumowującym spotkaniu zespołu. I tak właśnie zaczęła. Szło jej nieźle. Mijał trzeci tydzień pracy Ewy, gdy siedziała w open space  zabijając czas. Poprawiła szal otulający jej tułów pod bluzką. Zakładała go, żeby nadać swojej sylwetce przymioty bułowatości i obłości. Zyskiwała tym niewidoczność u kolegów i koleżanek z biura. Makijaż też trzeba było zrobić taki średni, bez podkreślania oczu i żadnego wyraźnego koloru ust, a naturalny rąbek czerwieni dobrze pobledzić sypkim pudrem. Nie dopilnowała tego kiedyś i od razu pojawiły się kłopoty – zagadywanie w socjalnym, lustrowanie od góry do dołu. Każdy przejaw zwiększonego zainteresowania rodził ryzyko wyczucia zapachu osiedla kloszardów, starego potu z niepranych ubrań albo rozszyfrowania optymalnego systemu rotacji kilku sztuk garderoby, którymi dysponowała. Dlatego też nauczyła się na pamięć rytmu korzystania z biurowej kuchni i toalet. Znała minutowe sloty, kiedy można było spokojnie przejrzeć prowiant współpracowników. Zdążała wtedy przełożyć do swojego pustego pojemnika ze ściankami wyklejonymi niby prześwitującym spaghetti bolognese po trochu z kilku zestawów lunczowych. Po trochu – akurat tyle, że nikt nie zauważył, a dzięki temu koleżanki i koledzy z biura wyglądali szczuplej. Z kolei dobrze wykorzystany wolny slot w firmowej toalecie pozwalał umyć się pod pachami i podmyć się przy biurowej umywalce. Z myciem włosów musiała poczekać aż wszyscy wyjdą. W myślach cały czas odliczała do terminu zakończenia misji. Nie identyfikowała znaczących zagrożeń na horyzoncie, ale koszty misji ponosiła ogromne – codzienny ból głowy, ból pleców, opuchnięte nogi, dodatkowe kilogramy, niekończące się zapalenie gardła i zatok od klimatyzacji oraz pogorszenie wzroku od braku światła słonecznego. Do tego popadnięcie w marazm i szereg lżejszych oraz cięższych objawów otępiennych. Czuła się jak bezradny szczur wrzucony do dziury, z której nie jest w stanie się wydostać, gdyż ciągle ześlizguje się w dół po gładkich ściankach. To była jedna z trudniejszych misji, które pamiętała. Kilkukrotnie była już bliska zrezygnowania, gdy ukrywała się wieczorami w swoim foliowym namiocie w miejskim parku i myślała o kolejnym poranku i dniu spędzonym w inwigilowanej firmie. Było jej bardzo ciężko. Samotna, cały wolny czas musiała poświęcać na zdobycie pożywienia i zorganizowanie stroju na kolejny dzień pracy, który nie będzie się wyróżniał od strojów pozostałych Junior Account Managerów. W dni, kiedy menadżer kazał im zostawać dłużej, nie miała wystarczającej ilości czasu na obchód po sklepach i barach. Ewie pozostawało wtedy jedynie podkradanie jedzenia kolegom z biura. Jednak myśl o zdobyciu Sodexo Lunch Pass rozbudzała w Ewie taką żądzę, że gotowa była poświęcić całe zdrowie i przynajmniej część mózgu. Było z nią coraz gorzej. Dni mijały podobne do siebie jak maile, które otrzymywała. Aż nagle przyszedł TEN mail od kadr informujący o zmianie systemu benefitów pozapłacowych. Drodzy, mamy dla Was wspaniałą wiadomość. Od tego miesiąca likwidujemy dodatek do Waszych pensji w postaci bonów żywieniowych Sodexo Lunch Pass. W zamian za to wprowadzamy owocowe czwartki i możliwość korzystania w biurze z wody bez ograniczeń. Liczymy, że spotka się to z Waszym uznaniem, pozwoli Wam cieszyć się lepszym zdrowiem i nie będziecie obżerać się jak świnie w firmowej kantynie, którą tym samym likwidujemy. Serce Ewy waliło jak oszalałe. Z trudem powstrzymała przyspieszony oddech. Podniosła oczy, spodziewając się rebelii pozostałych pracowników, która oczywiście zakończyłaby jej misję. Mail jednak nie wywołał większego poruszenia w open space, widać objawy otępienne dotykały współpracowników mocniej. Ewie natomiast zrobiło się gorąco, poruszyła obrzękniętymi nogami i wysłała sygnał alertu do oficera prowadzącego z Korporacji. Nie minęło 5 minut, gdy na ekranie komputera Ewy pojawiła się wiadomość: Uciekaj szybko! Ratuj się! Aktywacja wrót teleportu za półgodziny w namiocie. Uwaga! Rozkaz natychmiastowego powrotu do bazy! Wiele można było mówić o Korporacji, ale dbała o swoich i nie pozwalała na narażanie zdrowia fizycznego i psychicznego swoich agentów… bez benefitów. * Opowiadanie powstało w ramach koleżeńskiego Projektu Ewa i zostało wcześniej opublikowane w formie audiobooka na kanale na YT Wytwory Wyobraźni. https://www.youtube.com/watch?v=uOsqzjKEWq4 Małgorzata Domurat   – czytam od zawsze, piszę  od kiedyś. Wciąż szukam, gdzie jest krawędź zasłony rzeczywistości, żeby unieść jej brzeg i przyjrzeć się temu, co znajdę pod spodem. Balansuję na granicy wolności i niewoli, by w wolnym czasie móc zajmować się ruchem, chodzeniem po krzakach i nudzeniem się. Publikowałam w „zakład.magazyn”, „Ypsilon”, „Siła-Paka Runga”, prowadzę profil literacki Zza krawędzi, byłam uczestniczką Pracowni przed debiutem prozą 2024  na festiwalu TransPort Literacki 29.

  • Michał Piechutowski – sześć wierszy

    Predestynacja A może wszystko ma swój sens Wydarzenia układają się jak pasjans Albo pierwiastki na tablicy Mendelejewa Wpadają uporządkowane kształtami W stosowne otwory dziecięcej zabawki I w ustalonej sekwencji przez kowala losów Być może biali muszą czuć się lepsi Żółci - być pracowitsi Czarni - pogardzani A Indianie północnoamerykańscy Wytępieni Jan Kalwin w coś takiego wierzył No może nie do końca aż tak Z tobą chcę podpalić świat Rozpętajmy światową pożogę Niech pochłonie stare formy Jak u Hasiora zapłoną portrety Prezydentów i pierwszych sekretarzy Kościelne chorągwie wojskowe sztandary Czerwone czarne i tęczowe flagi Bandery proporce wimple Loga wszechwładnych korporacji Oraz hasła demonstrantów Runą katedry i biurowce Świątynie i betonowe termitiery Ogniem oczyśćmy świat By powstał nowy bez wad Nasz gniew sięgnie nieba i spopieli Gwiazdy chorągiewki na księżycu Zaczniemy od ogniska na działce Zagrabimy suche liście i naznosimy chrustu I słusznie Życie to zbiór strat Ich ilość rośnie wraz z jego długością W postępie geometrycznym Granicę stanowi kres istnienia Niegłupio to wymyślone Coraz mniejsza liczba rozmaitych uwikłań Pozwala na obniżenie poziomu stresu Związanego ze świadomością kresu życia W panującym porządku rzeczy Śmierć jest nieodzowna by zrobić miejsce Następnym pokoleniom ludzi I stopniowo oduczać ich zachłanności A jest czym się zachłysnąć Młodość Miłość Przyjaźnie Ambicje Nadzieje Życiowe plany To tylko wybrane przykłady Na szczęście wszystko Kruszy się i ściera Jak kamień w zapalniczce Hydrant (Świetlickiemu) Zobaczyłem neon więc wszedłem Pchnąłem drzwi i się otwarły Nie wszedłem zamawiać Nie wszedłem zapijać Nie wszedłem awanturować się z ochroną Ja wszedłem się odlać Mam już we krwi dwa promile I nie ma w niej miejsca na trzeci Odpada dylemat czysta czy whisky Wszedłem się odlać Zobaczyłem neon więc wszedłem Pchnąłem drzwi i się otwarły Nie wszedłem zamawiać Nie wszedłem z sanepidu Nie wszedłem wszczynać bójki Nie wszedłem uciekać nie płacąc Ja wszedłem się odlać Graliśmy Najpierw w piwnicy U kumpla w kamienicy Potem w domu kultury Ostro Bezkompromisowo Cali my Chcieliśmy podpalić świat Spaliliśmy wzmacniacz A ja dostałem Zapalenia gardła Wypieprzyli nas z domu kultury Bunt się skończył Do matury pół roku Nasi ojcowie nasze matki Z biegiem czasu Nasze matki Znienawidziły naszych ojców Klasyk tamtych czasów Wódka i rękoczyny A kiedy owdowiały Czują się samotne Nie wiedzą co zrobić Z dalszym życiem Więdną nadspodziewanie szybko Może jednak ich kochały A może życie straciło sens Bo złość była dla nich Paliwem na każdy dzień I dlatego tęsknią Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

  • Agata Litwin – siedem wierszy

    Na Bajkał patrzę tylko o świcie Selenga, Górna Angara, Barguzin, Turka, Śnieżna, Sarma i wiele podobnych substancji i zawiesin wysokiej przezroczystości. W odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu widać dno. Jezioro przypomina morze. Znajduje się w dorzeczu ryftowym i ma podobną budowę jak Morze Martwe. Na dnie znaleziono wiele fragmentów meteorytów i niewytłumaczalne układy pułapek. Podobno wody jeziora zawierają szkatułkę Pandory i magiczny kryształ Kali-We. Nazwane Świętym Morzem przez Buriatów. Największą wyspą na jeziorze jest Orchon. Miejscowi wierzą, że odwiedził ją Jezus i wielu kapłanów błogosławiło północne brzegi. Wracam tu często, choć tylko w marzeniach. Na razie musi to wystarczyć. Hydranty Teraz kiedy dużo wiemy i prawie nic nas nie rusza. Może takie elektrony od atomów wodoru strzelające do atomu tlenu. Może takie atomy wodoru, co niosą ładunek dodatni, z atomami tlenu o ładunku ujemnym. Z rachunek ujemnym utworzonym w biegu. Z łatwością wchodzimy w związki paranormalne. Zbyt pochopnie, nagle, uderzająco i telepatycznie, przyciągamy się.  Cząstka goni cząstkę.  Na razie na straconej pozycji rozluźniamy zbroje polerując powietrze w przedziale wagonu odpinając pasy pozornego światła jeszcze jednej chwili nasyconej fenolem i nic nad poziom słowa i nic nad pozycję, którą wyznaczamy – przy szybach – może nawet głębiej – drapiemy się po nosie chmury kępkami skaczą po koronach na razie jesteśmy przed czasem na razie mamy to w głosie Robiłeś zdjęcia ptakom mówiliśmy różnymi językami a i tak coś nas przyciągało ta inność w identyczności kołysała ciepło uczuleni na chłód prosto z ulicy wchodziliśmy w morze morze przypadku obiecywało co nieco morze dni – jakieś uniki  nikt nie zdradzał myśli nie ruszył niczym wiatr w podróż podwodną – żadną a i tak coś się wymknęło coś co się wciąż wymyka – wypiętrza w innej linii czasowej odrywa od matrycy pęka i uczłowiecza coś co skrzypi drzwiami upuszcza szklankę  dzwoni w uchu po czwartej i nie ma pytań do drzewa ani innych ptaków to co gra ponad ciszą  i we wszystkim ma władzę Jednokierunkowa zelówki deszczu wrastają w dno tankowca komunikacja między wejściem a promenadą rozmyła się  mur z papieru pod którym trzeba swoje odstać widać z kosmosu  chińska kaligrafia przechodzi sama siebie połknęła węża i syczy w ciemno prześwietla noc buszując przy ziemi odsuwa jak najdalej czarne rzeki  setki kilometrów nad nami robi się jasno mam wrażenie że tam już można przedostać się i wskoczyć w kamień  a potem długo długo iść i  niebo brać jak własne pod płaszcz  i nawijać  przez bluszcz mikroprocesorów  i grzechoczące ścieżki tęczówek  wejść w skórę drzewa i posłuchać o czym papla  być bliżej  bliższym niczym sarna trawie  patrząc tylko na tą wierną zieleń  Nie wybacza się takiego lata może wybacza się późną wiosnę kilka stopni mniej w czerwcu trepanację gleb i bezczelne korczowanie drewienek przesiąkanie światłą przez wielowarstwową skorupę  i nieznośną zaborczość lepkich czułek można wybacza się pająkom chwilowe zasiedlenie kątów i drzewom chybotliwym słabość zakręconych liści  ciągłe czekanie, siąpienie, cielesne zaćmienia  uzurpujące sobie prawo do stałego dostępu  może wybacza się brak prądu i parasola, gdy biegliśmy z duszą na ramieniu i nadzieją, że jutro jednym tchem uratujemy przedświat afrykańskiej biedronki może te dni, których już nie odmienimy, te noce, których się nie da przespać, kiedy rzucaliśmy się jak pchły stanowią jakiś grunt, by uratować cherlawe słońce może chłód od morza, chłód od morza, co się z nas naśmiewał, jakimś cudem wyssie ciemność słońcu, krążąc bez ustanku, wszędzie, byle gdzie, nagminnie. Wiersz pisany nocą ten wiersz jest niewyspany ten wiersz jest o nas ten który ci nic nie powie ten wiersz nic nie powiedział ten wiersz śpiewa o miłości ten wiersz rozkłada miłość ten wiersz dzień i  śmiech ten wiersz jak woda i wino ten wiersz nikogo nie zdradził ten wiersz nikogo nie pocałował ten wiersz powstał z martwych ten wiersz pójdzie do mnie Agata Litwin (ur. 1976) – autorka książek: Bezsenność sekundnika  (2016), Przestrzeń heretyków  (2019), W dolinie Sanu – Haiku  (2019),  Za Słońcem (2021), Noc dromaderów (2021). Publikowała w pismach artystyczno-literackich oraz w prasie elektronicznej.

  • Michał Kaczmarek – trzy wiersze

    Dzień w którym byłeś szczęśliwy mam prawa autorskie masz masz odpowiedziała matka ładując pralkę kubek z logo długopis chyba nic więcej piłeś kawę latami Kłamstwa kryształowego pryzmatu tymi słowami wygrałeś konkurs na tytuł elektronicznego utworu w Polskim Radiu miałem może dwanaście lat poruszenie dzwoniłeś do redakcji w sprawie wysyłki nic nieznaczących gadżetów jakbyś odbierał wielkie trofeum zagubiony adres w rozgłośni opóźniona dostawa płynące z kolumn przez kilka sekund trzy wyrazy Nocne przywidzenie tacy sami różnimy się ilością i kształtem znamion drogi którymi robaki drążą korytarze w mózgach w przeciwnych albo podobnych kierunkach marcowe popołudnie zdradliwe ciepło ojciec w samej bieliźnie po rodzinnym wypadzie na obwoźną wystawę węży dziś trzeźwy umrze dopiero za dwadzieścia kilka lat syn dorośnie dojrzeją guzy wewnątrz ciała zgęstnieją płyny ustrojowe po drodze młodzieńcze myśli samobójcze niegroźne ale kto wie gdyby stróż nie wygonił z klatki schodowej na jedenastym piętrze pępowina  pompa ssąca podłączona do kilku ciał żywych albo martwych Mateuszku Zbyszku Oskarku kiedy dotykam w nocy prostujecie palce w skurczu przy świetle księżyca i szczekaniu psów ssanie tłoczenie dojrzewanie treści Kazimierz Jerzy Tadeusz trupiobladymi twarzami patrzą na was przez okna dałbym głowę widziałem jednego z nich na środku podwórka nad ranem sypał się z nieba węglowy miał powietrza Katastrofa klimatyczna kręgosłupy ze skrzywieniami dawno zdławione lęki jak ołowiane kulki przetaczane z nierównym chrzęstem opowieści wyżęte i bez blasku Anna Fidecka mój ojciec przeszedł na drugą stronę zgodnie z gorzkimi wierszami palił siedząc przy oknie nie rzucił nałogu do końca czujniki dymu w hotelu nerwy przed rodzinnym wyjazdem gdzie na papierosa gitara akustyczna zespół wódka koncerty w knajpach nazwisko znalezione po latach w internecie nie laureat uczestnik festiwalu na kilka miesięcy przed śmiercią wieczorne wydanie Wiadomości pożary w Grecji i na Hawajach odżywający wulkan na Islandii a on rozżarzony pet może gorący palnik prawie nic to nic nosiło sweter i szelki miało duży brzuch w ostrych fazach śmierdziało lumpem w łagodnych okresach trzeźwości dało się kontrolować nie zostawiało pieniędzy w barze majowy dzień przynosi obiad z budy z pierogami cytuje śmieszny fragment z wczorajszego słuchowiska poeta muzyk bez dokonań kiedy usłyszy głos w telewizji powie kurwa mój kumpel Michał Kaczmarek (ur. 1986) – nauczyciel języka angielskiego. Publikował w pismach i na portalach, między innymi: „Śląsk”, „eleWator”, „Projektor”, „Polska Canada”, „Pro Libris”, „Protokół Kulturalny”, „Migotania”, „Gazeta Kulturalna”, „Akant”, „Afront”, „ Pisarze.pl ”, „Helikopter”, „Tlen Literacki", „artPAPIER", „Szpol”, „Wytrych", „Wobec", „Szorty”, „Zupełnie Inny Świat”. Jego wierszy oraz ich interpretacji można posłuchać w „Poczcie Poetyckiej” PR Koszalin.

  • Mariusz Sambor – siedem wierszy

    äüö Jako drugi najwyższy człowiek na świecie / żyjący wciśnij klawisz ALT i jednocześnie 129 jeśli chcesz to zapisać tak, to ü z umlautem, jak błogosławieni ubodzy w duchu jak ty, który jesteś biedny, jak twoje 246 centymetrów wzrostu  jak zapis w notacji, określający czas trwania ciszy jak dwugłowy pies i jego trzygłowy brat strzegący bramy jak czas, nieprzeliczalny, bezczelnie jowialny grubas drwiący z cienkich wskazówek chronometru jak Gaja i Tartar — Jak Tartar? Jak ty i ja jak Anna Magnani jako Mamma Roma  jak półnuta jak Malawi King jak kowadło z brązu zrzucone z nieba, co osiągnie ziemię  po dziewięciu nocach  i dziewięciu dniach  jak Monica Vitti piękna Maria Luisa Ceciarelli  jak kropki umlautów, jak ubodzy w duchu nie pora na sandały  Zostałem, zupełnie z tyłu, tak właśnie  wydawało mi się, jeszcze lato, ciepło i ciągle już tylko tak będzie, nic się nie zmieni, bo co może jeszcze się zmienić, my? Może miasto, lasy, ale łąki i pola to raczej nie, ani ty, to nie to samo co drzewa i inni ludzie i całe życie, bo kiedy otwieram okno, wstrząsa mną chłód, już nie, nie pora na sandały i gdzie podziały się wszystkie  zielone liście klonu, czerwone liście buka, żółte liście topoli.  Zimny powiew. Chciałem jeszcze powoli, powoli,  choć to nie Šumperk, ani Zábřeh, czy to ważne, gdzie, Litomyšl czy Výprachtice, szum samolotu nad głową, gdzieś wysoko, jak przestrzeń, jak sfera Dharmy, która  jest niezmienna i nie tworzona, w której wszystkie zjawiska  powstają, trwają i rozpuszczają się, chciałem jeszcze,  chociaż przez jedną chwilę. Gulasz Lato  malarza Lászla Gulyása  a w chałupie coraz zimniej myślę komu to potrzebne rozlegną się głosy Gdybym o tym napisał to by się rozległy Tak, dziewczyna w obrazie już po kostki w wodzie koronkowa sukienka prześwit fale długie nogi Raczej przedświt wnet rozlegną się głosy Wszak zmieniają się nie tylko ceny mieszkań tak zmienia się cały twój świat Godżirro  A powinno być Gulyás László i tak by to szło  Naprawdę wysoka kobieta rozlegną się głosy  i że nie jednemu to się wydarzyło Na ulicy po deszczu pachnie proszkiem do prania może trochę arbuzem znów deszcz pada na przejściu  facet z brzuszkiem gada czarna łupina orzecha leży w kałuży  amerykański sen No i siedziało się przy szeroko otwartych oknach  — wiał wiatr  jednak nie był znany historii i byłoby dość przyjemnie  nic już za bardzo nie chciało się robić nic a nic  nawet myśleć, o czym zwykle się myślało przez dużą część życia  Oglądam zdjęcie / stare kombi na tle ścierniska / błękitnego nieba białe kanciaste z lat sześćdziesiątych wtedy jeszcze niestare pokryte kurzem / okryte pyłem jak na prerii — tak to jakoś już będzie, tyle dotychczasowego życia Numery ze Stuttgartu, to nie mógł być amerykański sen rano biegałem, świeży kopiec końskiej kupy musiał dłużej stać w miejscu / nie robić w biegu — Już nie myślisz tyle o mnie  Jeszcze przyjemny, ciepły wiatr, gdy stoi się w oknie Siostry Three Sisters  sto kilometrów od Sydney. Mówiłem przecież —  jak Katoomba . Ładna  nazwa i melodyjna. Jak Borgward Isabella TS . Piękny wóz. A trzy siostry? Miałem jedną  i nie było nam z sobą po drodze.  Teraz trochę w rozkroku.  Tak, wiem, jak każdy, między przeszłością,  a przyszłością, ale jaka czeka mnie przyszłość?  Świadomie nie piszę, jaka jest, to zwykły sofizmat,  jednak myślę, co będzie, raczej, co być może. I nie czuję, że wszystko,  całe to myślenie, może być mocno na wyrost,  i żebym miał jakikolwiek, nawet niesprecyzowany,  ale przecież moralny niby obowiązek,  okupić tę ruinę czymkolwiek. Warstwa żelaza Poczuj ulgę od upału i przyjemne orzeźwienie najgorętszy dzień w historii pomiarów klimatu już za nami animal collective czeka nas wszystkich  rodziny dzików na ulicach miast serowe czipsy smakują jak błoto Kamala Harris bije rekordy przyciągania darczyńców Jedenastoletnia Clodagh Phelan wypadła z hotelowego balkonu  na siódmym piętrze zza okna zapach sznycelków  a ja czuję się coraz mniej związany z ruchem olimpijskim  moja droga Waran z Komodo posiada cienką warstwę żelaza  pokrywającą zęby A dla zwycięzcy złoto Aura Noc miejscami będzie rześka. Trwają już czynności serwisowe.  A kiedy z rzadka coś odpowiadasz i raczej od niechcenia, gapię się w niebo. Samice komarów żywią się nektarem kwiatów, samce potrzebują krwi, jako źródła białka. Myśliwy zabity na polowaniu. Wilk nie przyznał się  i usłyszał zarzuty. A może i z nami wszystko było odwrotnie?  Dzień przyniesie przeważnie pogodną aurę.  Warunki na ogół zapowiadają się korzystnie.   Mariusz Sambor  (ur. 1965) – autor surrealistycznej powieści poetyckiej Cztery Filary  (2021), powieści wszyscy go opuścili…  (2021) oraz zbioru krótkich form prozatorsko-poetyckich Nieoczekiwane przestoje w chmurach  (2022). W listopadzie 2023 roku ukazał się jego epistemologiczny komediodramat Pani Kołodziej. Kawki i gołębie  (2023). Publikował w czasopismach literackich oraz w antologiach: Strefa wolna. Wiersze przeciwko nienawiści i homofobii  (2019), Wiersze i opowiadania doraźne 2020  (2020), Wiosnę odwołano. Antologia dzienników pandemicznych  (2020) oraz Kosmonauci Nośnych Haseł  (2022). Mieszka w Krakowie.

  • Krzysztof Katkowski – trzy wiersze

    Espresso w Bike Café  poparzony język jak mój język kiedyś na skraju ławki gdzie powtarzałaś wkółko że nie do twarzy mi będzie w różowej brodzie i różowym kolorze jak dobrze poparzać się kawą espresso z kawiarki kiedy paznokcie cielistego koloru grają na pianinie walca z wierszy Federico García Lorki a światło oświetla /najmilsze promyczki        a zaduszki są takie smutne           i nawet AI          generuje najsmutniejsze obrazki wiersze w stylu zdjęć Chrisa Niedenthala a w dniu umarłych dniu śmierci rozmawialiśmy z moją przyjaciółką przez telefon, udając, że od zawsząd mieszkamy w Krakowie 1.11.2024 a. o. krzyki uuuuu 1. to nie halloween to zapętlony utwór Socunbohemio słuchany w pociągu bo przecież Jan Hus nigdy nie płonął na Małej Strànie a pan malarz Peter nigdy się do nas nie dosiadł a na skraju tamtego krzesła została moja lekko wykrzywiona ręka tak żeby złapać cię za koniuszki twoich wszystkich płaszczy  2. a kiedy odleciałaś razem z pomnikami z moich opowiadań które przyjęto już do publikacji w piśmie o toruńskiej nazwie ArtPapier to ja dalej trzymałem koniuszek i mówiłem po polsku bo inaczej nie umiem i pisałem wiersze możliwie proste jak pisanie kredą po tablicy jak posmętne kradzieże koniuszków 3. koniuszki w końcu uciekają przecież każdego dnia a w każde zaduszki koniuszków najstarszy z nich wraca do domu 4. mama-koniuszek gotuje zupę a tata-koniuszek cieszy się, gdy pies-koniuszek rozpływa się w dolinie koniuszków kompot-koniuszek gotuje się z koniuszkowego suszu chciałbym zdobyć się na jak największe wyrazki infatylizmków ale nie umiem urodziłem się podczas wojny nie umiem w autonarrację a umrę podczas kolejnej wojny gdzie nauczę się pisać o sobie a urodzę się w dzień zaduszny który dalej obchodzą gnający przez Pragę turyści 6. a na grobie cicho zamienię się w susz i najlepsze będą z tego      kompoty 7. bo poezja to nic jak powtarzanie ogranych metafor leczenie depresji klasowa walka tyrteizm nadętych ławeczek śpiew Czesława Mozila na gali Nike uchlanie mordy w kawiarnii Amatorska która nie wiem czemu nazywa się kawiarnią 8. a ja, A., chciałbym zostać najwybitniejszym poetą żeby dostać tyle grantów od ministerstwa żeby móc z kimś wziąć kredyt i dostać pracę na etat w gazecie, której nikt nie przeczyta Album „ulubione” za dużo zdjęć niepousuwanych za dużo żeby usunąć na samej górze - mój pies suczka Sonia yorkshire terrier odeszła w dniu mojego egzaminu ze średniowiecznej literatury francuskiej do którego nawet nie musiałem podchodzić żeby zaliczyć rok Krzysztof Katkowski - publicysta, socjolog, student Kolegium MISH UW i barcelońskiego UPF. Współpracuje z OKO.press , Kulturą Liberalną i Dziennikiem Gazeta Prawna. Jego teksty ukazywały się też między innymi w Gazecie Wyborczej, Jacobinie, Guardianie, Brecha, El Salto czy CTXT. es. Współpracownik Centrum Studiów Figuracyjnych UW.

  • Paweł Berkowski – Samotny wędrowiec  

    1. Samotny wędrowiec poszedł nad fiord zamoczyć nogi w ożywczej wodzie, która mieniła się kilkoma kolorami – żółtym, zielonym, turkusowym i niebieskim – tego ostatniego było najwięcej. Fale opluskiwały jego stopy. Nie ruszał się z miejsca długi czas i piasek pod nim ustępował – zapadał się; a on stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż zniknął całkiem.  2. W betonowym przejściu pod torami kolejowymi w Porsgrunn, niedaleko stacji benzynowej włóczęga zobaczył kolorowe graffiti. A wśród licznych bazgrołów wprawną ręką namalowana postać Liv Yage (nad nią napis Drama ). Stanął obok zgarbionej czarownicy z długim nosem w postrzępionej sukni. Dotknął dłońmi ściany i tak znieruchomiał aby ulżyć choćby na chwilę jej samotności. Kiedy zrobił kilka głębokich oddechów mrugnęła do niego pojednawczo, chwyciła za rękę, jakby na chwilę stała się swoim odbiciem. Nagle ożyła – wyprostowana, zgrabna i niezbyt stara. 3. Wędrowiec wybrał się do lasu, aby nazrywać młodych, dojrzewających owoców leszczyny. Małe orzechy przeznaczył na zrobienie nalewki, a rosnące wokoło nich zielone wyrostki suszył i nabijał do drewnianej fajki. Gdy wypuszczał dym ku niebu wzlatywały trawiaste chmury, które wraz z myślami starca wędrowały nad miastem - owijały księżyc powabnym, jedwabistym szalem ściągając na ziemię Liv Yage.         Ubrana była w zieloną suknię, a na głowie miała koronę z aloesa. Usiadła przy ognisku w milczeniu. Wpatrując się w żar chwycili się za ręce i tak doczekali razem poranka. Nazajutrz na stacji benzynowej pojawiły się małe, kudłate stworki w szarozielonych ubraniach i wysokich butach za kostkę. Były wszędzie. Wyłaziły nawet z termosu do kawy. 4.  Wśród rozłożystych liści paproci na niewysokich krzewach rosły fioletowe kulki. O poranku samotny wędrowiec kucał wśród nich zbierając jagody, a w jego nozdrza wpadały przeróżne zapachy kwiatów i roślin, którymi starzec zdawał się być oszołomiony. Usiadł nad urwiskiem wpatrując się w przestrzeń pomiędzy granią, a linią drzew, gdzie zauważył ledwo widoczne suszone uszy melona. Na skraju lasu stanęła łania, napotkała jego wzrok i znieruchomiała. Wędrowiec rozłożył zebrane owoce na liściach leszczyny. Sarna podeszła, spróbowała jagód i przemieniła się w długowłosą dziewczynę, ukłoniła się, pocałowała go w czoło i znów przeistoczyła – tym razem w pliszkę. Siedem razy zatrzepotała skrzydłami zostawiając na ziemi magiczną laskę namaszczoną przez boginie Eir, Gna i Sigyn. I odleciała.  5. Pewnego razu dwa zające bawiły się szyszkami na polanie. Był to czas, kiedy wielki, owłosiony pająk cerował jego skarpety, a mrówki pracowicie znosiły materiał na ubranie – słońce tkało z niego koszulę. Usychajace liście na drzewach delikatnie ocierały się o siebie cicho szeleszcząc, opowiadały historie przezroczystych chmur. Pomyślał, że zającom najnormalniej w świecie zaschło w gardłach. Podniósł z trawy magiczną laskę, uderzył w kamień trzykrotnie, a ze skały trysnęło źródełko. Noc ustępowała jak zabliźniająca się rana. W lesie unosiła się mgła i przyciągała wszystkie duchy – niosąc ze sobą tuziny zapachów. Ptaki latały robiąc młynki w powietrzu. Kiedy samotny wędrowiec zechciał się spotkać z Liv – wystarczyło, że zapalał fajkę i zaraz dym sprowadzał ją – powstawała z kłębów tajemnicy i siadała razem z nim przy ognisku. Włosy miała splecione w warkocze, a jej bystre pomarańczowe oczy świeciły jak dwie zaprzyjaźnione komety. - Mój drogi – rzekła, całując go w spierzchniete usta – nadaję ci imię Leve. - Leve, Leve, Leve – odbijało się od skał, a starcowi mocniej zabiło serce, szeroko otwarł źrenice, bo nie wyobrażał sobie w życiu piękniejszej chwili. Na błękicie nieba planeta bogini Sol ułożyła z promieni jego neonowe imię – Leve – błyskało ponad chmurami jak błyskawica. 6. Samotny wędrowiec przechodził obok drzewa, po którym wspinał się dzięcioł poszukując pokarmu – raz dwa, stuk – puk – uderzał w stary pień dębu jak wytrawny muzyk w bęben. Starzec rozpostarł ręce, pokłonił się i zatańczył.  – Nikt tak nie uzdrawia drzewa jak ty, dobry ptaku – powiedział, a słońce zamrugało trzy razy i dzwony we wszystkich pobliskich kościołach nagle rozbrzmiały.     7. Włóczykij szedł górską ścieżką szukając drzewa tajemnicy. Niektórzy urodzili się po to, żeby szukać – inni, aby znaleźć. Cisza przeszywała noc jak biały sztylet. Rośliny wyglądały niczym jeźdźcy w czarnych płaszczach z kapturami na głowach - z niepokojąco rozwartymi paszczami. Cienie padały gęsto i groźnie mrucząc usuwały się spod jego stóp. Stanął pod jesionem i padł na kolana, pokłonił się, a z dziupli starego drzewa wyleciały owady, ptaki i inne zwierzęta, a na końcu słowa i ludzkie dusze uwięzione w próchnie. Na niebie zawrzało, zerwała się wichura, gałęzie wygięły, aż do ziemi. Starzec złapał najbliższą witkę i jesion wystrzelił go jak z procy. Wędrowiec ruszył w dalszą drogę.  8. Wagabunda zobaczył na środku drogi siedzącego kota. Jeżeli zdarzyłoby się, że jakiś kundel przechodziłby tędy, zapewne ominąłby kocura szerokim łukiem, ale psy bez smyczy tutaj się raczej nie zdarzają, najwyżej są takie, które wyszczerzają kły za ogrodzeniem. Leve podszedł, pogłaskał mienkiszota, a ten odwzajemnił mu się pięknym, głębokim mruknięciem. Zapowiadał się niewinny poranek, lecz kto wie, jaka tajemnica kryje się pod ślepą przykrywką dnia?      9. Leve postanowił zbudować szałas z szyszek, aby razem z Yage mieli gdzie wracać z dalekich podróży. Zające sześć dni i sześć nocy zbierały owoce iglaków, a tułacz poprosił drzewa o żywicę. Liv ścinała liście paproci na posłanie i zbierała leśne delicje, przygotowywała małe zapasy. Kiedy wszystko było już gotowe Leve za pomocą magicznej laski sprowadził biały obłok. Wsiadł na niego razem z Liv i odpłynęli w dal.    10. Leve i Liv przeniknęli chmury, by dotknąć nieskończoności, zbadać niezbadane. Kiedy płynęli białym obłokiem w przestworzach na ich drodze pojawił się czarny cumulus przeradzając niespodziewanie w upiornego smoka o siedmiu głowach, ze skrzydłami wielkimi jak dach katedry Nidaros, czerwonym jak krew ogonem siekącym powietrze na prawo i lewo. Prawdopodobnie był wysłannikiem Pana z najgłębszych czeluści piekła. Machnął siedmioma jęzorami wytrącając z ręki Leve magiczny kij i białym obłokiem zatrzęsło - zmalał nagle, a powietrze uszło z niego jak z przebitej dętki. Liv Yage i Leve zaczęli na łeb na szyję pikować w dół. Z jej oczu kapały łzy - spadając szybciej niż oni sami na ziemię - natrafiały na rosnące w czarodziejskim ogrodzie Gikk czerwone kwiaty maku. Z cudownych roślin oderwały się płatki i wystrzeliły w górę tworząc miękki dywan, na którym wylądowali nieszczęśnicy. 11. Samotny wędrowiec usiadł na mostku nad brzegiem fiordu nieopodal łowiących ryby. Wpatrywał się w głębie wody i kiedy tylko ryba łapała się na haczyk spoglądał na nią, a ona wymykała się niepodziewanie jak pod wpływem czarodziejskiej sztuczki. - Idź stąd! Przynosisz pecha! – krzyczał jeden z wędkarzy, ale Leve jakby tego nie słyszał. Zanurzył się myślami w granatową toń wody, docierając do samego dna. - Nie słyszysz!? Mówię do ciebie! – wrzasnął rozgniewany człowiek. Wagabunda powoli odwrócił głowę w jego stronę. - Nie krzycz, płoszysz ryby – powiedział spokojnie. Wędkarz odłożył sprzęt i podszedł do starca z zamiarem złapania go za kołnierz i zrzucenia z pomostu, lecz wtedy stało się coś dziwnego. Nadpłynęła wielka fala i zmiotła do wody łowiących, jedynie Leve siedział dalej mocząc nogi w fiordzie, a jego postać przypominała teraz Neptuna. 12. Obieżyświat ujął poły płaszcza i uniesiony podmuchem zefiru szybował ponad wzgórzami południowej Norwegii. Przybył do miejsca, gdzie najbardziej pachnie pokrzywa. Bardzo brakowało mu Liv Yage, więc wylądował na szczycie góry Ynde w magicznym ogrodzie Gikk. Zapalił fajkę nabitą suchymi liśćmi leszczyny, wtedy zobaczył ją na grzbiecie białego konia. Kiedy już zbliżali się - nagle rumak wraz z Liv runęli w dół. Zapadli się w szczeliny skały. Leve poprosił więc pająki, aby zaplotły ratunkowy warkocz. Zszedł po nim sprawnie w głąb wyrwy, a Liv i jej koń tonęli już w czarnym, bulgocącym kotle rozgrzanego piekła. Gdy poczuł w nozdrzach drażniący zapach siarki - zrozumiał, że dotarł do końca. Zobaczył diabła, który czekał cierpliwie na swoje ofiary. Wędrowiec wypuścił z rękawa świetliki oślepiając na chwilę demona i szybko wyrwał się, wyciągając Liv, a później rumaka. Targani czarnymi siłami, zaplątani w płomienie ognia wydostali się z czeluści z wielkim trudem. Wreszcie znaleźli się na powierzchni, Leve nazbierał suchych kwiatów wrzosu wzniecając przyjazne ognisko. Magiczny dym suszył ich ubrania, a kiedy dołożył do ognia szyszki chmielu, oraz konopi zatrzymało to na jakiś czas diabelskie moce. Czekali do rana, a potem wsiedli na rumaka i pocwałowali dalej.  - Zasadzki czyhają na nas nawet wtedy, gdy czujemy się zupełnie bezpieczni – pomyślał wędrowiec i wysłał uśmiech w stronę wschodzącego słońca. Na niebie zbierały się ciemne, burzowe chmury. Wieczorem było tak parno, że z trudem łapali oddech. Gdyby nienaładowane jodem powietrze - trzeba by zanurzyć się w morską głębię, aby przeżyć dzisiejszą noc. Raz słychać było furkot motorówek – gdzieś w oddali, a raz brzęczenie owadów tuż za plecami. Trudno rozstrzygnąć – czy to dźwięk nadlatującego odrzutowca, czy odległy, głuchy trzask grzmotu. Zerwał się wiatr. Śmieci zaczęły tańczyć, wirować po trawnikach i placach, panoszyć po ulicach. Wicher wydawał się mówić ludzkim głosem. Wszystko wskazywało na to, że za chwilę coś się wydarzy. Tajemnica wisiała w przezroczystej przestrzeni realnego obrazu. 13. Samotny wędrowiec spotkał na drodze drzewo pomarszczone jak stara panna, a pod nim rosły grzyby z błękitnymi łebkami, które pod spodem uzbrojone były w cienkie, różowe blaszki. Leve zebrał je i włożył do swojego brązowego kapelusza zrobionego z mchu. Wszedł do szałasu, gdzie razem z Liv ugotowali je, przyprawili liśćmi melisy i lubczyku - i spożyli w skupieniu. Nad ogniskiem unosił się śnieżnobiały, czarowny dym. Noc była duszna, wiatr przesuwał chmury zasłaniając księżyc. W lesie panował mrok, ale oni widzieli lepiej niż w dzień i czuli zapachy wszystkich roślin wokoło. Gdy poszli na spacer linie drzew nabrały niesamowitej symetrii i spójności, zaczęły układać się w litery i słowa. Ich kolory miały wyrazistą barwę, jakiej jeszcze do tej pory nie zdołali poznać. Usiedli przy drodze, a nad nimi wisiał najpiękniejszy dach świata. Ich włosy falowały. Wokoło roznosił się słodkawy zapach lawendy i rumianku. Zaczęli czytać z księgi lasu, trzymając się za ręce upajali mądrością zdań zapisanych wśród dzikiej przyrody. - Liv – powiedział samotny wędrowiec. - Leve – rzekła Yage. Usłyszeli, rytm wystukiwany na polanie kopytami zwierząt, a wszystkie stworzenia fruwające pohukiwały i ćwierkały w niesamowitym ptasim chórze wydając nieziemskie głosy, które poderwałyby nawet umarłego. Wstali więc i zaczęli tańczyć.      14. Liv Yage i samotny wędrowiec poszli nad fiord zachłysnąć się nocną kąpielą. Żółty rogal wisiał na niebie połyskując jak stukaratowy brylant. Wdychając przejrzyste powietrze rozebrali się i wskoczyli do wody. Oddalili się od brzegu wpływając w mroczną czeluść, gdzie falowały tylko nieliczne odbicia srebrnego globu. W tym samym momencie, razem odwrócili się na plecy - wyglądali jak para dryfujących delfinów. Nagle przed nimi woda zabulgotała tworząc kilkumetrowy krater i zaczęli spadać na samo dno, gdzie czekała na nich w otchłani wielka, biała jak śmierć hydra. Rozwarła paszczę, żeby ich pochłonąć i wściekle ruszała głowami. Gdy zobaczyli jarzeniowe odbicia ślepi i ogromne siekacze potwora – ławica meduz pojawiła się na ich drodze tworząc dywan, na który wpadli odbijając się od galaretowatych cielsk stworzeń i poparzeni prądem w delirycznych konwulsjach zaczęli wypływać na powierzchnię. Ich kończyny pracowały niczym silniki motorówki. Do brzegu dotarli w otoczeniu chmary makreli, dorszy i łososi, które jak straż przyboczna pilnowała, aby wylądowali bezpiecznie na skałach fiordu. 15. Włóczęga szedł brzegiem stawu, w którym pływały duże, zielone liście w kształcie serc. Z nich wyskakiwały jak fallusy żółte szmeraki i białe lilie wodne przypominające kwitnące łona kobiet. Usiadł na zwalonym pniu sosny, a z zarośli wyłonił się człowiek o twarzy zwęglonej, wyglądającej jakby była uratowana (ale niekoniecznie jednak uratowana) z pożaru - w której wiły się jasnoróżowe dżdżownice. Leve podrapał się po brodzie i zauważył przyrośnięte do postaci przezroczyste skrzydła w jagodowe plamy. Człowiek – motyl usiadał na kamieniu w bezpiecznej odległości i tak wpatrywali się w swoje odbicia w niezmąconej wodzie. Samotność jest jak drgający na wietrze liść – żółknący powoli, lecz nieustannie, do bólu - jak przebiegające nad ulicą linie wysokiego napięcia w zimową noc, drzazga tkwiąca w stopie, pojedyncza chmura na niebie poszukująca bliźniaczych kształtów - jak choroba – jak płatki kwiatów opadające wolno w gęstą czuprynę traw - niknące pomiędzy rozedrganymi źdźbłami. Jak ptak siedzący na czubku drzewa beznadziejnie nawołujący bliskie mu stworzenia; jak skurcz nogi po długotrwałej pielgrzymce do ziemi niczyjej, jak głuchy trzask suchej gałęzi w ciemnym lesie, ciche brzęczenie ważki o zachodzie słońca – rozmyślał Leve. Spojrzał jeszcze raz na taflę wody, która poruszyła się pozostawiając na powierzchni zanikające kręgi i nie zobaczył już odbicia siedzącego obok. Zostały tylko skrzydła leżące na kamieniach. 16. O brzasku słońca samotny wędrowiec i Liv Yage wybrali się nad staw, gdzie rosły białe lilie wodne z żółtymi pręcikami. Wpatrywali się w taflę wody licząc kwiaty pływające pośród zielonych serc liści. Rozebrali się i zaczęli pluskać, oczyszczając swoje ciała. Nacierali się nawzajem olejkiem z zielonych szyszek sosny, kiedy na niebie pojawiła się wielka, ciemnoszara chmura. Nagle zaczęło padać. Ucieszyli się, ponieważ krople deszczu miały turkusowy kolor i spadając tworzyły kręgi na powierzchni, dodając im impresjonistycznego czaru. Nurkowali, próbując trafić w środek powiększających się kół, jak w tarczę. Nagle staw poruszył się, zatrząsł jakby pod wpływem ruchów tektonicznych i ich oczom ukazał się ogromny, pomarańczowo–zielony jaszczur, pokryty łuskami z żeliwnych obręczy. Przypominał trochę prehistoryczne zwierzę. Potwór wylazł z wody, machnął ogonem wyrąbując ścieżkę w lesie, a wszystkie ptaki z niebywałym skrzekiem opuściły gniazda i gałęzie drzew. W popłochu odleciały trzepocząc skrzydłami tak szybko, że na niebie można było zauważyć tylko wykrzykniki ich piór. Stan wody zmniejszył się drastycznie. Liv wraz z Leve brodzili teraz po kostki w bagnie, a na dnie mulistej ciapy wiły się węże. Z ich paszcz wyskakiwały spiczaste, czerwone jęzory pełne jadu. Leve schwycił Liv za rękę, lecz nie poruszyli się - mieli marną szansę ucieczki. Gady otaczały ich ze wszystkich stron, a oni stali grzęznąc niczym pierwsi ludzie na ziemi, ich stopy kąsały pijawki.    Wtedy ukazał się jedyny promyk słońca, przebijając przez atramentową watę chmury. Ponad głowami zobaczyli pająka, który zaczął rozwijać jedwabną nić. Zdołali się jej uczepić w ostatnim momencie i próbowali wymknąć z zatrutego błocka. Zanim przedostali się na bezpieczny grunt skakali po konarach wygiętych jak trąby słoni. Gdy stanęli na lądzie - żaby i zaskrońce umykały z pod ich nóg, a rechot odbijał się o skały i usłyszeli niesione pogłosem swoje imiona. - Liv, Liv, Liv... - Leve, Leve, Leve... 17. Liv Yage wybrała się na górę Ynde, która wznosi się w centrum magicznego ogrodu Gikk. Brnęła krętymi leśnymi ścieżkami zbierając po drodze owoce lasu. Ze wzgórza widziała fiord, za sobą miała zachodzące słońce, na wprost księżyc w pełni. Żaglówki i koggi majaczyły na turkusowym tle wody, liście drzew robiły się coraz bardziej rdzawe. Usiadła obserwując tajemnicze trasy mrówek – na pewno mają swoje stacje metra – pomyślała. W powietrzu można było wyczuć czarowny zapach grzybów, jej włosy smagała łagodna bryza. W powrotnej drodze spotkała borsuka, który badawczym wzrokiem wpatrywał się w nią i nagle zawrócił. Księżyc nadął policzki i odepchnął płynące w pobliżu chmury. Nagle suche jak zapałka drzewo trzasnęło, runęło w dół i uwięziło Liv swoimi nagimi gałęziami. Yage upadła i straciła przytomność. Leżała tak długo, aż spadające liście z pobliskiej brzozy ułożyły na niej senną kołdrę, a ich ciemne żyły zaczęły odbierać jej oddech. Borsuk podbiegł i swoim długim nosem zaczął odgarniać liście z jej ciała. Potem położył się na niej oddając swoje ciepło, biało – brunatne futro promieniowało, lecz Yage nie dawała znaku życia. Zwierzak nie wiedząc, co ma począć, poczłapał powiadomić o wszystkim Leve. Kiedy wrócili na miejsce wypadku, ciało Liv było zimne jak lodowa kra. Samotny wędrowiec podniósł ją, założył na ramiona jak worek kartofli i zaniósł do szałasu. Przez trzy dni i trzy noce sporządzał wywar z korzenia mniszka lekarskiego, szałwii, pokrzywy i rumianku, dodając pestki owoców dzikiej róży. Czuwał przy niej medytując. Borsuk siedział wlepiając w nią swoje okrągłe gały jak hipnotyzer - próbując wyciągnąć z niej złe moce. Leve zapalił fajkę, aby odpędzić wszelaką ciemność, lecz rozgniewał tylko Belzebuba, który wciągnął dym w nozdrza jak zupę i podgrzewał czarne niczym smoła diabelskie kopyta. Kiedy wędrowiec po raz trzeci natarł jej ciało rybim tłuszczem Liv wreszcie otwarła oczy. – Morze, góry, morze, góry, niebo – powiedziała niezbyt wyraźnie. – Oj, musisz jeszcze trochę odpocząć – zawyrokował Leve i dołożył magicznych ziół do ogniska. Będzie teraz trzeba strzec całe towarzystwo leśne przed zaklęciami demona. Aby osiągnąć większą koncentrację, podwoić skuteczność obrony (wyrachowane chowanie się za podwójną gardą), oraz uzyskać lepszą lotność myśli - wysuszył jad węża i zmielił mieszając z plastrem miodu – schował pod dziąsło jak snus. Czekał.  18. Liv wyzdrowiała i nabrała sił. Rano zbierała zioła nie oddalając się jednak zbytnio od szałasu. Wieczorem razem z Leve siadali przy ognisku nabijając do fajki konopne szyszki. Chodzili teraz codziennie kąpać się w fiordzie. Borsuk widząc, że Yage czuje się dużo lepiej poszedł dalej swoją własną ścieżką. Nieuchronnie zbliżała się jesień, noce były chłodne, a o poranku każdego dnia na trawie pobłyskiwała rosa. Oboje zapragnęli uroczyście pożegnać się z latem i postanowili urządzić święto. Liv zawiązała włosy w warkocze, upiekła miodowe pierniki, a Leve przyciął brodę i powyrywał kłaki wystające z nosa. A żeby zachęcić koty zebrali worek nepeta cataria oraz trzy worki pajęczych nici z których zrobili kłębki do zabawy. Rozwiesili je na niskich gałęziach i zaroślach, wokoło siedziska tak, że wyglądały jak świecące bombki na choinkach w lunaparku. Udekorowali drzewa żołędziami, oraz różnokolorowymi kwiatami. Leve przyniósł dwie kanki koziego mleka i porozlewał do dużych morskich muszli. Zwabione zapachem nepeta cataria koty zaczęły się schodzić około północy. Na początku były trochę nieufne, dopóki nie wlazły na stóg kocimięty i zaczęły się w niej tarzać – przewracały się na grzbiety kręcąc łbami, zapominając o bożym świecie. Pozbywały się mroku w duszy, oczyszczały umysł. Ich oczy dostarczały piękne purpurowe i błękitne światło. Bawiły się kulkami z pajęczyn – trącając je wprawiały w ruch, właziły na drzewa, skakały. Liv i samotny wędrowiec patrząc na to widowisko pokładali się ze śmiechu. Nad ranem koty urządziły koncert. Dmuchały w brzozowe liście i szerokie trawy, wybijały rytm uderzając sosnowymi witkami w odwrócone muszle, bębniły ogonami, mruczały w chórze, a nawet tańczyły stając na dwóch łapach i obracając się dookoła; niektóre dęły w trzcinowe rurki wydając wibrujące dźwięki, które obudziłyby nawet suszone uszy melona.         O wschodzie słońca wyczerpane koty ułożyły się na posłaniu z kocimięty i zapadły w błogi sen, a Liv i Leve czuwali przy dogasającym ognisku paląc na zmianę konopne lolki z akacjowej fajki.          Paweł Berkowski (ur. 1960) – poeta, performer, autor tekstów i muzyki.   fot. Magda Słocińska

  • Mariusz Grzebalski – cztery wiersze

    Karna kompanio z Wrześni, pamiętasz jeszcze swoje dzieci rocznik 1989? Pamiętasz ich czarne mundury i sine twarze? Byłaś z nimi choć raz  na porannej zmianie? Sprzątałaś jak oni syf po nocy wtopiony w piach? To byli nasi bracia. W ciszy jedli chleb i tłusty boczek. Lali płynną stal w kolejowe formy. Parę minut po dziewiątej Krzyczy do mnie z daleka, kiedy po raz kolejny w tym tygodniu mijamy się przy działkach.  Jak zwykle,  na swoim rozklekotanym składaku, wiezie naręcza baź.  Trudno go opisać – twarz jak skorodowana puszka? Kaszkiet, w którym zapewne śpi? Prawdziwy rowerzysta – nie jak giganci ścieżek rowerowych na wypasionym sprzęcie,  pedałujący z zaciśniętymi ustami na zbyt nisko ustawionych siodełkach. Kogo i dokąd wieziesz w pustym wózku inwalidzkim, opalony przyjacielu? Twoje przyjaciółki, torby foliowe, drżące na poboczu z przejęcia – w jaką wybierają się podróż? Kwiaty nic sobie nie robią z naszych rozterek W poniedziałek tak samo jak w piątek wychylają się ku słońcu. Mariusz Grzebalski  (ur. w 1969) – poeta, redaktor, wydawca. Opublikował dziewięć zbiorów wierszy, ostatnio Tylko kanarek widział (2024), a także wiersze zebrane w tomie Kronika zakłóceń (2010), zbiór opowiadań Człowiek, który biegnie przez las (2006), oraz wybór wierszy Dziennik pokładowy (2016). Laureat nagród m.in . Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998, 2007), Huberta Burdy (2002), Silesius (2014), Fundacji Kultury (2014). Nominowany do nagrody im. W. Szymborskiej (2014). Mieszka w Dąbrówce koło Poznania.

  • Wystan Hugh Auden – wiersz

    Wiktor Wiktor urodził się słaby. Żeby go ustrzec od winy, Ojciec go tulił i mówił: „Nie splam honoru rodziny.” A Wiktor patrzył z podziwem – Mój synu, obyś nie łamał Boskich przykazań, a zwłaszcza, Wiktorze, nie waż się kłamać. Wiktor jechał w wózeczku, Gdy ojciec z miną proroka, mędrca, Wyjął z kieszeni Biblię: „Błogosławieni czystego serca.” Minął sezon na owoce, Nastał grudzień lodem skuty; Ojciec nagle padł na zawał, Zawiązując sobie buty. Wiktor spłakany zeskoczył Do grobu i szaty rozdzierał. Wujek załatwił mu w banku Spokojną posadę kasjera, I to szybko, jeszcze w grudniu. Chociaż miał osiemnaście lat. Ale był czysty i schludny, Mankiety prasował na kant. Wynajął pokój w Peveril W porządnym domu z widokiem, A Czas patrzył na Wiktora, Jak kot na mysz głodnym wzrokiem. Koledzy kpili z Wiktora – Nie miałeś nigdy kobiety? – Chodźmy na miasto w sobotę. Skinął głupio uśmiechnięty. Szef banku paląc w biurze cygaro, Powiedział z przymkniętą powieką: „Wiktor to dobry kolega, ale Nieśmiały nie zajdzie daleko.” Wiktor w sypialni nastawił Budzik z pokrętłem i stanął na szczebel, Wskoczył na łóżko i długo Czytał o życiu królowej Jezebel. Był pierwszy dzień kwietnia, kiedy Anna się w mieście zjawiła. Buzią, biustem i biodrami Męskie żądze rozpaliła. Z wyglądu niewinna jakoby Pierwszą Komunię dziś miała, Z ustami o smaku szampana, Gdy się darmo oddawała. Drugiego kwietnia ją spotkał: Szła w płaszczu futrzanym po schodach. Z miejsca urzekła Wiktora Cudowna, wręcz boska uroda. Pierwszy raz prosząc o rękę, Spotkał się z kpiną, odmową. Drugi raz zastygł bez ruchu – Z uśmiechem kręciła głową. Anna mrugała do lustra, W ogóle lubiła pozować. Mówiła: „Wiktor to nudziarz, Ale już pora się ustatkować.” Trzeci raz prosił o rękę Nad zalewem cały w nerwach, Dostał buzi jak cios w głowę – Pragnę cię z całego serca! Początek sierpnia. Ślub brali. – Całuj, chłoptasiu. Czego się boisz? Wziął ją w ramiona, zawołał: „Moja Heleno, Królowo Troi!” Była połowa września, Gdy Wiktor wszedł do kantorka Z różą zamiast guzika, Spóźniony, cały w skowronkach. W pracy mówili o Annie, Drzwi były w połowie otwarte: – Biedny Wiktor, jego szczęście Nie jest funta kłaków warte. Stał nieruchomo jak posąg, Drzwi były w połowie otwarte. – Boże, tamte chwile z Anną W aucie były grzechu warte. Wiktor wychodził na High Street I zmierzał na przedmieścia; Na działkach i hałdach śmieci Wylewał łzy nieszczęścia. Wiktor stał tam sam jak palec, Spoglądając, jak się zmierzcha. Krzyknął: „Ojcze, jesteś w Raju?” Niebo też nie wie, gdzie mieszka. Wiktor popatrzył na góry, Góry, które przykrył śnieg. – Ojcze, jesteś ze mnie dumny? Echo odparło, że nie. Wiktor w lesie spytał Ojca: „Czy była względem mnie szczera?” Dęby, buki pokiwały: „Ani wcześniej, ani teraz” Wiktor zawołał na łące – czując zimny wiatr na skórze – „Ojcze, tak bardzo ją kocham!” Wiatr odparł: „Musi umrzeć!”  Wiktor pobiegł nad brzeg rzeki, Spokojnie płynęła w wądół. Płakał: “Ojcze, co mam zrobić?” Rzeka odrzekła: „Zamorduj!” Anna siedziała przy stole Nad kartami i w szlafroku. Anna siedziała przy stole, Nasłuchując jego kroków. Karty Joker, Walet Karo Nie wyjęła, jako pierwszej, Ani Damy, Króla Kier –  To As Pik był na rewersie. Wiktor nagle stanął w drzwiach, Spojrzał na Annę bez słowa. – Co się stało, kochanie? Stał jak głuchy i niemowa. Ktoś mu mówił do lewego, Ktoś mu do prawego ucha, Ktoś mu w głowie podpowiadał: „Musi dziś wyzionąć ducha.” Wiktor uniósł nóż do mięsa, Mając niewzruszoną twarz: „Byłoby lepiej dla ciebie, Gdybyś nie przyszła na świat.” Anna odskoczyła od stołu, Anna krzyknęła: „O, Boże!” Wiktor ruszył wolno w jej stronę    Tak jakby grali w horrorze. Schowała się z płaczem za sofę, Zasłonę, karnisz spadł na podłogę. Wiktor ruszył wolno w jej stronę: „Teraz się spotkasz ze swoim Bogiem.” Anna zdołała wyważyć drzwi, Biegła co tchu przez podwórze, A Wiktor jak zmora po schodach, W końcu ją dopadł na górze. Stał nieruchomo nad ciałem, Stał z nożem na samym szczycie, A krew spływając, śpiewała: „Jam Jest Zmartwychwstanie i Życie.” Poklepali go i skuli, Uśmiechnięty nie zaprzeczył, Zasiadł grzecznie w furgonetce, Mówiąc: „Jam Jest Syn Człowieczy.” Wiktor siedział w małej celi, Lepiąc w kącie Ewę z gliny, Mówiąc: „Jam Jest Alfa i Omega –  Przyjdę sądzić ludzkie czyny.” przełożył Jacek Świerk Wystan Hugh Auden (1907-1973) – angielski poeta i pisarz. Wykształcony w Oksfordzie, otrzymał niższy stopień naukowy (bakałarza) po trzech latach studiów. Następnie spędził rok w Berlinie. Tam zaczął wyrażać swój dotychczas skrywany homoseksualizm. Po powrocie do Anglii uczył w szkołach dla chłopców. W tym okresie, pomiędzy 1930 a 1935 r. napisał najlepsze ze swych wczesnych wierszy.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page