Search this site
Znaleziono 834 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Rafał Gawron – pięć wierszy
Mamy Więcej księżniczek w telefonie na wyciągnięcie ręki niż szejk na oazie Królowie umarli by z nadmiaru a power bank byłby zapięty do konia trzymają nas za uzdę i obracają jak chcą chociaż nas nie stać nawet obok Dlatego siedzimy z wypiętym tyłkiem do ściany i patrzymy by nikt nie widział gdzie błądzą oczy które nie mają swojego miejsca nawet pomiędzy udami Pyk pyk Sformułowany tłum kula śnieżna nabiera tempa nabiera różnorodności Demokracja traci grunt w ringu dzieją się zaplanowane cuda chłop bije babę sędziuje arbiter wszystko jest opłacone publiczność piszczy prawa telewizyjne sprzedane wyrok pobicia sprawiedliwy uznany Firma zrywa kontrakt pięści biją dalej w rękawiczkach się nie klaszcze tęczowa parodia Dionizos nie udaje ukrzyżowania krzyżuje szyki wyznawcom przecież ma swój pokój w centrum Europy skąd oburzenie zaprawdę powiadam nie wiem Bandaż krzyże ustawione szeregiem jeden przed drugim drugi przed ostatnim wyglądają jak schody do wolności przez schody piekła przynieś mi jego rękę błagam nie mam nogi to rozkaz to ja wnętrze czy ktoś mnie słyszy? Teatr Gdzie jest moja mąż ta co chodzi męskim krokiem damskim kroczem Gdzie jest moja mąż ta co biust ma z przodu a oczy z tyłu pleców Gdzie jest moja mąż co kradnie męskie spodnie co kradnie kobiecy oddech Gdzie jest moja mąż ta co ubiera tył na przód górę na dół i leży odłogiem z zaciśniętą dłonią do zgniatania ta co gdyby mogła karmiła by dzieci piersią od lewej trybuny sejmowej po prawą stronę senatu przez pryzmat kandydatów na prezydenta Ani to góra Ani to anioł Co tak wyrywa ręce z kieszeni i kładzie na inne ciepłe dłonie które były zimne nonszalanckie projektowanie Utopijne dawanie nadziei z grymasem jak gzyms opadającym jak powieka do człowieka który jest kobietą Rafał Gawron – przygodę z poezją rozpoczął w wojsku, zajmując II miejsce w Konkursie Poezji „Strofy mojego lata”. Autor książek poetyckich Apteka (2016) oraz Fest tchnienie (2019). Publikuje w internetowych czasopismach literackich oraz w ogólnopolskiej prasie literackiej Od 2024 współorganizator dwóch imprez literackich w Rzeszowie, gdzie mieszka i pracuje.
- Beata Kołodziejczyk – pięć wierszy
zwrotnica wczoraj miałam pełno w nawiasie, ale widziałam tylko pusto. musiał być czarny lub biały, szary to nuda i frajer. teraz szarość jest moim mówieniem. po drugiej stronie ktoś słucha, wreszcie nie każe połykać słów. Łucja wie, że kiedy maszeruję przez sen, wtedy piszę i może lepiej, jeśli zostanie po drugiej stronie łóżka. inaczej nakrzyczę na nią, na smog, na nieudolne rządy. zamiast o tym pisać. Sen o życiu Od czterdziestu lat próbuję osiwieć i nie mogę. Odkładam nawet jakieś monety. Na wypadek, gdybym zdecydowała się jednak dożyć siwizny. Albo nie dożyć i przynajmniej po wszystkim nie sprawiać problemów. A może zwyczajnie, żeby chociaż raz było po mojemu. W kolejnym wcieleniu mogę być wszystkim, tylko nie jelitem. Nuży mnie powtarzalność. jungowski cień przez trzynaście lat mieszkałam z kundlem. patrzył z wyrzutem, kiedy zbyt długo malowałam oko przed wyprawą na trawnik. mam wrażenie, że rasowiec lepiej by mnie zrozumiał. jednak rasowce nigdy nie kręciły, za dużo nabroił w nich człowiek. czułam podskórnie, bo przecież zbyt wiele nie wiedziałam przez trzynaście lat. i dłużej. Bezlitosna łaska Chodzisz sobie bezczelnie po moim śnie, nikt nie ma tyle odwagi. Jestem dla ciebie taka gotowa, nawet nie musisz się starać. Miałam być kobietą z waginą, nie waginą, ale otwieram przed tobą na oścież. Nic, co podskórne, nie jest już tylko moje. Aż się chce uciekać. Nawet Houston skończyła w wannie Odganiam się od ciebie, najrozsądniejszym pomysłem nie jesteś na pewno. Tyle mamy do przerobienia, chociaż ani dnia nie przeżyliśmy razem. Ale po kolei, bo rzeczy jednak są i może lepiej o nich teraz. Dwoje połamanych na dwudziestu metrach to mocno ryzykowna gra. Tacy idealni do przegadania całego życia, bez dzieci i niedzielnego obiadu. Może nawet nie byłoby nas dzisiaj, gdyby nie te białe skurwiele na językach. Mamy walnięte hamulce, nie umiemy wziąć tylko trochę. Brak dobrze wypełnia nam wódka i szybki szczyt. Nigdy nie podcięliśmy sobie żył, chociaż w najgłębszych dołach śniliśmy o żyletce. Za to na raty zabijamy, w końcu broń jest wszędzie. Boję się, chyba nawet bardziej o ciebie. Tak łatwo przystawić spluwę do skroni. Beata Kołodziejczyk – odkąd pamięta, zapisywała świat słowami. Dawniej sprejem na warszawskich murach, teraz klawiszem.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (20)
Czy cicha mantra może choć na chwilę uspokoić ten nasz głośny świat? Zanim to sprawdzimy na sobie, na świecie, czy na własnej strefie komfortu, spróbowałam tej sztuki na Gutku – psim wulkanie, chaosie na czterech łapach. OM, w stu życiowych sytuacjach, OM w stu wersjach, Om narracyjne, OM sekwencyjne, czy... zadziałało? O tym tu: Ale generalnie wierzę, że dobre, porządne, okrągłe, wypasione OM - nikogo nie pozostawi obojętnym. No… chyba, że zostawi. Tak właśnie próbuję dać ciszy głos, swój głos, żeby odebrać innym głosom-chaosom ich siłę rażenia. Ommmmmm Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Radosław Wiśniewski – Bany ukraińskie (20)
Dzień 104 albo Poemat prozą o sześciu francuskich i siedmiu wyobrażonych niemieckich haubicach w Ukrainie Gdy wieczorem przy kolacji przełykając grzankę z serem, żując pomidora wkrojonego do miski pełnej białego serka – myślisz o niemieckiej i francuskiej racji stanu, albo o wieloletniej tradycji dyplomacji zachodnioeuropejskiej, która w gruncie rzeczy jest tradycją francuską, kiedy myślisz o języku tej dyplomacji, francuskiej i niemieckiej, a także o tym, że jesteś tylko Polakiem, który mógłby skorzystać z okazji, by siedzieć cicho, wiedz, że w Ukrainie walczy sześć haubic z Francji, a niebawem pojawi się siedem haubic z Niemiec. I nieważne, czy przemawia marszcząc brew prezydent Macron, Chirac, Mitterand lub Sarkozy, czy podobnie marszczy brew Helmuth Khol, Olaf Scholz czy Gerhard Schroeder i nieważne czy ten ostatni marszczy na ciebie swą germańską brew jako kanclerz czy też zupełnie bezstronny doradca Gazpromu, ważne, że już teraz w Ukrainie strzela sześć haubic francuskich i będzie strzelać siedem haubic niemieckich. I kiedy francuski prezydent po sto osiemnastym telefonie do prezydenta federacji rosyjskiej, mówi, że trzeba dać wyjść putinowi z twarzą z wojny, którą sam wywołał, pamiętaj, że ciągle powietrze rozrywa huk sześciu strzelających haubic francuskich i niebawem zadrży od huku siedmiu haubic z Niemiec I nawet kiedy zastanawiasz się, czy prezydent Francji robiłby takie stroskane miny i martwił by się wyjściem z wojny z twarzą kogoś, kto by napadł na Francję, dokonał zbrojnego zaboru Normandii, Bretanii i okręgu Lille, zgwałcił trochę kobiet, zabił nieco dzieci, spalił katedrę w Remis, a w jakimś Cherbourgu wymordował dwadzieścia tysięcy mieszkańców zaś ich trupy spalił w mobilnych krematoriach, pamiętaj, że jednak w Ukrainie nie stygną lufy sześciu haubic z Francji i rozgrzeją się niebawem lufy siedmiu haubic z Niemiec. I nieważne, że wojna trwa dzień sto czwarty a Niemcy mówiły już o dostawach starych czołgów, które mogłyby trafić do Ukrainy jesienią następnego roku i mówiły o zestawach rakiet przeciwlotniczych IRIS-T, które mogłyby trafić do Ukrainy jesienią tego roku, i o zestawach samobieżnych dział przeciwlotniczych „Gepard”, które mogłyby trafić, gdyby tylko udało się skołować do nich amunicję, ale pech, tym razem Szwajcaria nie pozwala wielkim Niemcom sprzedać broni z jej amunicją i mówi nu-nu brzydkie Niemcy, jeszcze ktoś będzie strzelał z waszej broni naszą amunicją i nie daj boże kogoś trafi, ważne że siedem niemieckich haubic niebawem będzie w Ukrainie, a sześć francuskich już tam jest. I kiedy mówisz, że przecież każde coś, to jest więcej niż nic, że w sprawach wielkich, nie ma małych gestów mając na myśli głównie jednak gesty, zachowania i uczynki pojedynczych ludzi, niewielkich społeczności, które w trudzie, mimo rosnących cen paliw, kosztów kredytów hipotecznych, jedzenia, picia, ubrań, przyborów szkolnych – zbierają grosz do grosza na drony, kamizelki, celowniki, kamery termowizyjne, pasy, ładownice, leki, stazy, opatrunki, żywność, karmę dla zwierząt, pobyty uchodźców, pomnij, że sześć haubic z Francji, które są i siedem haubic z Niemiec, które będą, to także jest coś. A kiedy w Internecie ktoś udostępnia mem, fotos ekranizacji powieści Henryka Sienkiewicza „Kryżacy”, na którym to fotosie herold zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego przekazuje Władysławowi Jogaile, królowi polskiemu narodowości litewskiej dwa nagie miecze przed bitwą pod Grunwaldem, zwaną też bitwą pod Tannebergiem z podpisem – „ostatni raz kiedy Niemcy przekazali jakąś broń na czas”, wiedz, że sześć haubic francuskich oddaje strzały w Ukrainie i siedem haubic z Niemiec do nich dołączy. I nie myśl co z tego, że mniejsza od Niemiec Słowacja przekazała walczącej krwawo Ukrainie osiem samobieżnych haubic, a małe Czechy przekazały takich haubic dwadzieścia, że Polska przekazała tych haubic dwadzieścia starszych i osiemnaście nowszych, że Norwegia takich samych haubic samobieżnych przekazała dwadzieścia, to wszystko niknie w pomroce dziejów wobec tego, że sześć haubic francuskich już jest a siedem niemieckich haubic będzie, tam gdzie być należy. I nie szkodzi, że w Ukrainie nie ma żadnego francuskiego czy niemieckiego samochodu pancernego, czołgu, bojowego wozu piechoty, wozu minoodpornego, samolotu, śmigłowca, radaru, podczas gdy sama Polska przekazała dwieście trzydzieści sprawnych czołgów, chwilowo rozbrajając trzecią część swoich jednostek pancernych, ważne, że honoru Francji broni sześć samobieżnych haubic, a honoru Republiki Federalnej Niemiec bronić będzie niebawem takich haubic siedem. I niech Ciebie nie boli, że gdy rosyjskie rakiety zestrzeliły cywilny samolot malezyjskich linii lotniczych numer MH17 z dwustu dziewięćdziesięcioma ośmioma cywilami na pokładzie – Francja nadal sprzedawała Rosji sprzęt elektroniczny, w tym celowniki i kamery termowizyjne do czołgów, rękami swoich firm takich jak Thales i Sagem, a teraz kiedy wojna trwa w pełnej skali, francuskie firmy takie jak Decathlon, Auchan i Leroy Merlin nadal kontynuują jako jedne z nielicznych działalność na terenie federacji, twój ból uśmierzy niewątpliwie fakt, że sześć haubic francuskich, siedem haubic niemieckich, powtarzam to do znudzenia, bierze lub będzie niebawem brać pomstę. I podobno nawet Królestwo Maroka, które zamówiło dwanaście haubic samobieżnych we Francji, dało do zrozumienia, że może zaczekać na nie chwilę, skoro Francja ma tych haubic tylko siedemdziesiąt sześć, to Królestwo Maroka na swoje dwanaście zaczeka, byle by nie zostały samotne francuskich sześć haubic i niemieckich siedem w Ukrainie. I tak można by było bez końca o tych sześciu francuskich obecnych w Ukrainie i siedmiu niemieckich haubicach w drodze do Ukrainy, pomijając pięć haubic z Portugalii, cztery z Kanady, pięć z Łotwy, sześć z Australii, sto osiem z Ameryki, dziewięć z Estonii, ale jeszcze ktoś gotowy pomyśleć, że drwię tutaj z Francji, Niemiec, z ich dyplomacji, tradycji politycznych, z ich haubic, w ilości odpowiednio sześć i siedem a przecież wydaje się, że to Francja i Niemcy drwią z Europy, Ukrainy, wojny, świata i nas wszystkich. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych. Od półtora roku publikuje tutaj kolejne odsłony relacji z wojny – Bany Ukraińskie.
- Marcin Wróblewski – sześć wierszy
słowo tego słowa jeszcze nie wymyślono kto wie może za milion lat na pewno nie jutro mimo to zachowujmy się tak jakbyśmy je znali udawajmy że jest z nami od początku że w rankingu najpopularniejszych wyrazów nigdy nie schodzi z pierwszego miejsca udawajmy dogłębne rozumienie jego znaczenia we wszystkich znanych i nieznanych językach udawajmy ochronę słowa przed niepozorną deformacją i interpretacjami które mogłyby mu zaszkodzić udawajmy poświęcenie i gotowość do ponoszenia ofiar w imię słowa wyszeptanego w twarz wykrzyczanego w dłonie udawajmy wiedzionych mądrością słowa jak gdybyśmy dobrze wiedzieli czyje usta pierwsze je wypowiedziały udawajmy proszę Oddalenie Wtedy, pod moim domem rosły malwy. Ktoś mnie nauczył łapać w ich kwiaty nieostrożnie pracowite trzmiele. Zamykałem bladoczerwone płatki półszybkim ruchem ręki, która przenosiła stłumione wibracje na później. Nie robiłem tego zbyt często, bo szkoda mi było trzmieli, jak również malw, a najbardziej ludzi, którzy je zasadzili. Współbrzmienie Nie jestem swoimi myślami, lecz każdym płatkiem polnego kwiatu. Kamykiem na skraju drogi, kroplą mgły dźwiganą przez źdźbło. Uschniętym liściem jabłoni, zamkniętą w pąk pamięcią chłodu skurczonej, jasnej nocy. Gdy czasu tak dużo, że aż za mało. pozycja obowiązkowa tyle świętości dokoła że odbierz chuju peregrynacja Kciuka z pozycji spoczynkowej w kierunku światła pozornie łatwe kim jestem by tworzyć ruch w drugim człowieku być siewcą czyjejś woli prawo do informacji o stanie zdrowia słowa zbyt wiotkie może uwiędłe bez cukru z niską zawartością sodu bez smaku uwagi mieszczące się w jednotomowym wydaniu napisanej literą czasu biblii pod tytułem jak odnieść sukces Pochwyt W łunie kolorowych świateł szczerzy się niebo. Zęby błyszczą gładkim soczystym szkliwem. Pachnie kadzidłem moczem i mirrą. Podeszwy butów dotkliwie całują spoconą posadzkę. Głos pana boli w kakofonii szeptów, rani w trzaskach tranzystorów. Spadł na mnie snop światła i ujrzałem dziesiątki ciał powstałych z martwych. Musiałem wyjść, to już moje ostatnie życie. Metsej Mieszkałem w ludzkim szepcie lub przenosząc się z kąta w kąt przypadkowych oczu odrywałem je od pozorów patrzenia w centrum wszechświata, gdzie rzeczy są proste i chciane. Tymczasem wagony myśli swobodnie zmierzają do miejsca kaźni. Marcin Wróblewski (ur. 1980) – wydał trzy zbiory wierszy: Zimne Ognie (2023), Brama (2023) i Widać nóż (2025). Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Publikował m.in . w „Toposie”, „Odrze” „Papierze Ściernym”, „Helikopterze”, „Art Papierze”, „Tekstualiach”. Laureat XLVI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Limesu” (2023), wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Georga Trakla (2023). Mieszka pod Nałęczowem.
- Marcin Wróblewski – industrial feeling
Cykl Industrial feeling to prezentacja ludzkich uczuć i emocji przy pomocy elementów przemysłowych, fabrycznych. Pojemna metafora niedostępności współczesnego człowieka jest tylko jednym z wielu kierunków interpretacji serii. hatred hope frustration love irritability trust curiosity Marcin Wróblewski (ur. 1980) – Ukończył filologię polską, pracował jako nauczyciel. Pochodzi ze Zwolenia, mieszka pod Nałęczowem.
- Elizabeth Bishop – Włamywacz z Babilonu
W Rio rośnie straszliwa plama Na wzgórzach jasnozielonych. To biedni zmierzają do Rio, Nie wrócą w rodzinne strony. Na wzgórzach widać milion ludzi, Milion wróbli, lęgowiska, Niby zabłąkani migranci Mają postój przy ogniskach, Budują gniazda albo domy, Z puchu albo z byle czego, Na wietrze by się nie ostały, Nie mają zaczepu żadnego. Tłum się rozrasta jak porosty, Schodzi się tym, innym szlakiem. Jedno wzgórze zwą Katakumbą, Z kolei drugie, Kurczakiem. Jest tam też wzgórze Kerosene, Wzgórze Kościotrupa blisko, Stoi sobie wzgórze Zdumienia I pnie się wzgórze Babilon. Micuçú włamywacz, zabójca, Wróg porządku społecznego Dał nogę trzy razy z więzienia, Jak się mówi: „najcięższego”. Nie wiedzą, ilu ludzi zabił – nigdy nie popełnił gwałtu – A kiedy ostatnio uciekał, Poranił dwóch policjantów. Mówili: „Ucieknie do ciotki. Wychowała go jak swoje. W sklepiku na wzgórzu Babilon Ciotka sprzedaje napoje.” Więc poszedł prosto do ciotki, Wypił ostatni kufel piwa. – Ciociu, żołnierze nadchodzą, Nie mogę się tutaj ukrywać. Dziewięćdziesiąt lat w więzieniu. Kto by marzył o takim życiu? Wolę dziewięćdziesiąt godzin Na wzgórzu Babilon w ukryciu. Nie mów nikomu, że byłem, Uciekam, jak długo dam radę. Byłaś przedobra, kochana. Skazali mnie na zagładę. Spotkał mulatkę z dzbanem wody, Kiedy opuszczał chałupę: „Jeśli doniesiesz na mnie, siostro, To już teraz jesteś trupem.” Tam są jaskinie i kryjówki, Stara forteca się wali. Francuzom ze Wzgórza Babilon Tubylcy się przyglądali. Pod tym wzgórzem leży ocean Po niebo na horyzoncie, Ocean był płaski jak ściana, Po nim pływały frachtowce, Albo wspinały się po nim, Aż każdy był mały jak mucha, I potem spadał i znikał. Zrozumiał: „Wyzionę ducha!” Gdzieś w oddali beczały kozy. Słyszał niemowlęce wycie. Latawce trzepotały w górę. Wiedział, że żegna się z życiem. Sęp tak trzepotał skrzydłami, Że z bliska widział nagą szyję. Micuçú machał i krzyczał: „Nie, proszę, niech jeszcze pożyję!” Wtem wojskowy helikopter Kołując, głośno wylądował, Dwóch mężczyzn było w środku. Micuçú sprytnie się schował. Żołnierze byli z każdej strony Zielonego wzgórza, stali Tuż przy linii horyzontu, Cali zastygli i mali. Dzieci patrzyły przez okna, Mężczyźni w barze bluzgali, Cachaçę w szczeliny w podłodze Drobinami wypluwali. Żołnierze byli cali w nerwach, Mimo że z karabinami, I jeden w panice zastrzelił Oficera z pagonami. Miał trzy rany postrzałowe. Panikarz puścił długą serię. Zaszlochał jak małe dziecko I wpadł w rozpacz i histerię. Umierając, im powiedział: „Zróbcie, co trzeba zbiegowi.” Oddał swoją duszę Bogu, Synów – Gubernatorowi. Szybko pobiegli po księdza I proboszcz go Niebu polecił. Zmarł mężczyzna z Pernambuco, Jedno z jedenaściorga dzieci. Chcieli przerwać poszukiwania. Nie przerwali mimo zgonu – Rzucili się pędem na rozkaz Znów na wzgórze Babilonu. Bogacze w apartamentach Patrzyli, stojąc z lornetkami Tak długo, jak było jasno, I całą noc pod gwiazdami, Micuçú na łące, na drzewie, Przed pościgiem się ukrywał, Na latarnię morską na morzu Gapił się, i nasłuchiwał. A ta spoglądała na niego. Gdy nastał poranek pogodny, Micuçú na wzgórzu Babilon Był mokry od rosy i głodny. Na morzu niczym z porcelany Surowe jajo leżało. Przeklął to żółte, brzydkie słońce. Zły los przypieczętowało. Widział długie białe plaże, Gdzie ludzie szli pływać i leżeć Z ręcznikiem i parasolem, A jego ścigali żołnierze. Na samym dole ludzie byli Kolorowymi plamkami, A ich pływające głowy Brązowymi kokosami. Usłyszał sprzedawcę orzeszków, Gwizdkiem ludzi nawoływał, Dalej – sprzedawcę parasoli, Jak kołatką wymachiwał. Kobiety z koszami z towarem Na rogach ulic gadały, Potem idąc na plac targowy Ciągle w górę spoglądały. Bogaci mieszkańcy znów wyszli Ze swoimi lornetkami I wielu z nich na płaskim dachu Stało między antenami. Wcześnie, ósma, ósma trzydzieści, Spojrzała na niego głowa, Wojskowy się wdrapał, wystrzelił, Po raz ostatni spudłował. Słyszał z bliska jak żołnierz dyszy, Że go złapać nie potrafi. Gdy Micuçú zaczął uciekać, Żołnierz za uchem go trafił. Małe dzieci głośno płakały Gdzieś w oddali w jego głowie, Psy ciągle szczekały przy budach. Wyczuły, że umarł człowiek. Obok niego leżał rewolwer, Miał potargane ubranie, Lśniły dwie monety w kieszeni, Zesztywniał z dłonią na ranie. Policji i całej ludności Po jego zgonie ulżyło. A ciocia płakała za ladą – Taka to była zażyłość. – Od zawsze nas szanowano. Mój sklep jest porządny i schludny. Kochałam go, choć od dziecka Micuçú był wredny i trudny.” – Od zawsze nas szanowano. Siostra ma pracę, nic nie musiał, Dostawał od nas pieniądze. Więc czemu wyrósł na rabusia? – Przy mnie w slumsach Babilonu Wyrósł na kogoś uczciwego, A klienci sposępnieli, Zerkając jeden na drugiego. Jeden powiedział drugiemu Za drzwiami, jakby coś ukrywał: „Ponad sześć razy złapany – To musiał być kiepski włamywacz.” Dziś grupka żołnierzy na Wzgórze Przybyła rano raz jeszcze. Błyszczą hełmy i długie lufy Owiewane drobnym deszczem. Micuçú już leży w grobie. Kolejnych dwóch próbują schwytać. Mówią, że biedny Micuçú To jednak groźniejszy bandyta. Rozrasta się straszliwa plama W Rio na wzgórzach zielonych. To biedni zmierzają do Rio, Nie wrócą w rodzinne strony. Jest tam też wzgórze Kerosene, Wzgórze Kościotrupa blisko, Stoi sobie wzgórze Zdumienia I pnie się wzgórze Babilon. przełożył Jacek Świerk Elizabeth Bishop (1911-1979) – amerykańska poetka, tłumaczka i powieściopisarka, jedna z najważniejszych poetek anglojęzycznych XX w. W latach 1929-1934 studiowała w Vassar College. Po studiach zaprzyjaźniła się z Robertem Lowellem, który wywarł na nią wielki wpływ. W 1956 otrzymała Nagrodę Pulitzera za tom North & South - A Cold Spring . Mieszkała w Nowym Jorku, Paryżu, San Francisco, Meksyku, Brazylii. Zmarła w Bostonie.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (19)
Słowa, które dojrzewają Słowa to nie tylko treść – to także brzmienie, rytm i energia, które niosą. Dlatego, afirmując własną dojrzałość, coraz częściej sięgam po dwa języki. Pozwalam, by polski i angielski przenikały się, tworząc wspólną przestrzeń dla refleksji i spokoju. Sometimes, a thought needs more than one voice to truly resonate. Niech to naprawdę wybrzmi. Nie, nie czuję angielskiego, nie znam bardzo dobrze i może dlatego - wychodzę poza te ramy. Z naukowego punktu widzenia dojrzałość to nie suma doświadczeń ani metryka w dowodzie. To przede wszystkim zdolność do autorefleksji, rozpoznawania własnych emocji i świadomego podejmowania decyzji. Psychologowie powtarzają, że nasz wewnętrzny głos jest efektem rozwoju samoświadomości i empatii wobec siebie. To właśnie ten głos pozwala nam oddzielić impulsy od prawdziwego „ja”, zatrzymać się na chwilę i wybrać to, co naprawdę nam służy. W mojej twórczości podcastowej ta refleksja stała się czymś więcej niż teorią. Wychodze od minireportaży i od audiopoezji – tu formy, a jednak znienacka, z tej przestrzeni, zaczęłam nagrywać alternatywne, dwujęzyczne afirmacje. Polski i angielski zaczęły się przenikać nie tylko w słowie pisanym, ale i w dźwięku – tworząc nową, osobistą ścieżkę wyrażania dojrzałości i spokoju. W tej afirmacji dojrzałość to spokojna pewność, która podpowiada: „Hej, przecież wiesz, co masz zrobić. Przecież wiesz, co masz powiedzieć.” Sometimes, all you need is to listen – and trust that inner voice , niezależnie od języka, w którym się do Ciebie odzywa. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy Dziennik Zmian, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami i regularnie prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Marian Lech Bednarek – proza
Wydarzenie artystyczne Jak ja się bałem, zanim te klocki do mnie przyjechały, jak ja się bałem. A najbardziej ceny za transport się bałem, bo dzisiaj wszystkim właścicielom wszelkich opałów odbija z tymi cenami. Na szczęście ten właściciel zachował się przyzwoicie i przy życiu mnie zostawił. Od razu pomyślałem czy przyjazd drewna kominkowego może być Wydarzeniem Artystycznym ? Tak. Tak pomyślałem, ale niekoniecznie z udziałem orkiestry dętej, czy czegoś tam podobnego. Trzeba najpierw ułożyć scenę ze starych desek, na którą wysypią się z samochodu wszystkie ciężkie kloce z dębu i buku. Ale nie daj Boże jak jakiś kloc spadnie na świętą zieloną trawę gospodyni, to zaraz wielki wrzask roznosi się po okolicy, jakby zranioną trawą była. Spektakl przerwany. A cała służba porządkowa, czyli ja i kierowca bagażówki idziemy do gospodyni na dywanik. Publiczność ogrodowa poirytowana, zrzuca z siebie postrzępione liście i podgniłe jabłka w formie protestu. Ptaki wystraszone. A to przecież publiczność bardzo delikatna, trzeba o nią dbać a nie straszyć biedulki. Kierowca skasował za drewno i odjechał. Miną godziny, zanim wszystko wróci do normy sprzed spektaklu – gdzie przestrzeń jest cały czas otwarta jak wszystkie bramy i dziennikarze są dopiero na tropach nowych trendów w sztuce. Scenografię z klocków wywożę ze sceny na taczce (kilkanaście kursów), kryjąc ją pod zadaszeniem szopy, gdzie doczeka się dramatycznych scen w spektaklu „Zima”. Pojedyncze deski sceny wywożę w ciemny kąt ogrodu, gdzie maliny już na mnie czekają, kołysząc się, jakby wszystko już wiedziały o tym tragicznym upadku kloca na świętą trawę i teraz chcą mnie pocieszyć soczystym pocałunkiem. Całą twarz mi obcałowały i ręce gdy się w nie zaplątałem. Niektórzy artyści mają przerąbane. Nie zadbałem o wielki hałas Wydarzenia na You Tube i Facebooku, ani o nadużywanie słowa „masakra” jak niektóre trywialne głupki to robią prawie w każdym zdaniu. Mam dość tego masakrowania codziennie każdego słowa, aż ucho mi się zwija w jakąś wykoślawioną formę, gdy to słyszę. Stoi taka obok mnie znajoma prykwa i masakruje i masakruje. Co wypowie to zaraz zmasakruje, masakra… masakra...aż krew się leje. Zapluty tym wylewem masakry ledwo utrzymuję świadomość kim jestem. Jakaż ulga gdy między malinami mogę sobie postać i posłuchać jak szeptają… na czym życie polega (poza masakrą trywialności). Ich czerwone i piękne główki, powinny się znaleźć na plakacie reklamującym moje Wydarzenie Artystyczne z klockami. Tak sobie nagle pomyślałem, jakby mnie coś olśniło, kończąc moją przygodę z drewnem. Lewy prawy Lewy prawy, lewy prawy, lewy prawy. Oddycham powietrzem lewy-prawy. Widzę jak idą miliony lewych i prawych. A ja? Ja jadę do wnuka na mecz i przyciskam pedały lewy, prawy, lewy prawy i gazuję. Tyle razy to moje kibicowanie mu obiecywałem, ale nigdy mi się nie udało, bo zawsze światy lewego i prawego zderzały się ze sobą za mocno, aż wypadałem z mojego boiska prywatności. Teraz wreszcie jadę. Każdy dzień to huśtawka egzystencji lewy-prawy, lewy-prawy, kosmos biegających za piłką, do szaleństwa. To już niemal uniwersalny rytm, według którego toczy się życie milionów Polaków, gdzie każdy dzieciak chce być lewym strzelającym bramki, wielką gwiazdą z dziewiątką na plecach. Ale świat lewego i prawego nigdy się nie połączą. Bo co tu jest do łączenia? On kopie piłkę a ja dziury w ogrodzie kopię łopatą, by zasadzić krzak czarnej porzeczki. Ale też nie obchodzi mnie życie lewego, bo on zawsze będzie lewym z przewróconą szóstką na plecach, czyli dziewiątką, a ja będę jakimś prawym, bez numeru, czyli tym nieznanym, może na szczęście? Wolę wkopywać do ziemi krzak, z którego na wiosnę wykwitną czarne małe piłeczki do zjedzenia, a nie do kopania. Choć przyznam, lubię piłkę nożną. I w młodości dużo w nią grałem, ale niestety, nie pamiętam już żadnego numeru koszulki. Dojeżdżam do stadionu. Lewy prawy, lewy prawy pedał pod stopami pracują. Wita mnie córka i prowadzi na trybuny. Jej mały lewy już gra. W czarnym stroju, drobny, chudziutki jakiś wygina się, kręci nogami, przygnieciony aż za bardzo tą dziewiątką na plecach. Ale widać że gwiazda lewego w nim świeci, choć pada deszcz. Kibice (w większości rodzinki grających małolatów) skuleni pod parasolami wrzeszczą, klaszczą, gwiżdżą, mruczą, skomlą. Mnie to nie rusza. Widziałem tylko gmatwaninę pogubionych nóg i parasol w mojej ręce. Drużyna wnuka wygrała 2 zero z jakąś drużyną z innej wioski. To znaczy że lewy nadal króluje na świecie. Pogratulowałem wnukowi wygranej, uściskaliśmy się. Kiedy już lewizm i prawizm całkowicie wymieszały mi się w głowie, pomyślałem, że będę zawsze skazany na bycie między lewym a prawym, gdzieś pośrodku, gdzie lewe rodzi prawe, a prawe rodzi lewe. Spakowałem się, uruchomiłem samochód, nacisnąłem lewy pedał sprzęgła, prawy pedał gazu i odjechałem z ulgą, jako już nie całkiem do dupy dziadek. A nade mną piłka słońca, z ledwością przebijała się przez chmury. Garderoba Wstąpię do majtek wojennych. Ciekawe gdzie mnie wyślą i jakie będę miał przygody? Mogę zginąć, to fakt. Ale jak przeżyję, to mogę wstąpić do spodni wojennych. Te to dopiero dokazują, któż przed nimi ucieknie? Chyba tylko sukieneczki rezolutne, które spodniaków owijają sobie dookoła palca, jak chcą. Spodniak to spodniak. Niech nadepnie na minę nogawki i wyleci w powietrze, przecież wiedział do jakich spodni wstąpił. A jak mu się nie podoba, to wtedy buty wojenne wezmą go w opiekę i poprowadzą tam gdzie trzeba się bić za wolność i demokrację homo butusa i innego homo. Po takich doświadczeniach można wstąpić do koszuli wojennej. Tutaj też nie ma żartów, pełno guzików, dziurek, mankiety, wzorki, koronki, kołnierzyki, wszystko jak celny wystrzał w akcji sabotażowej. W tej koszuli wojennej to w koszulizmach jakichś się obracamy jak obłąkani. Każda głębokość jest niebezpieczna, bo cholera wie, gdzie taka ręka w koszuli nagle zacznie grzebać i tłamsić coś, że koszula zaraz cała ubabrana. I tak człowiek błąka się i walczy. Ale czuje że czegoś mu brak. Spojrzy w lustro i już wie, że marynarki wojennej mu brakuje. No to wstępuje do marynarki wojennej, eleganckiej, ze złotymi guzikami, nad falami oceanu rozchełstanej. Z każdej kieszonki wystaje stosowne działo przeciwlotnicze i rakieta. A na plecach małe lotnisko z samolotami, bo to przecież lotniskowiec, marynara wojenna. No to strzelać trzeba! Strzelać! Nie wiem kogo ustrzelę? Ale teraz jestem już całkiem ubrany w tą marynarę i mogę się bić, jeśli trzeba będzie, choćby w obronie własnej teściowej. Pociągnę serią z karabinu aż mewa spadnie na pokład. Wkrótce dopłynę do jakiegoś brzegu, jak będę miał szczęście. I pójdę sobie gdzieś na piwko. Oczywiście. A co? Laski będą się za mną oglądać i tyle. A tchórze i maminsynki niech mi zazdroszczą takiego ubranka. Ta biała furażerka na głowie jak kapelusz damski, robi wrażenie, że aż szczena opada. Marynarka wojenna Armii Światowej to nie byle co. Człowiek jest już całkiem ubrany, kompletny w tej swojej międzynarodowej garderobie militarnej i gotowy do prezentacji wystrzału swojej gęby, torsu i całej reszty. Potem przechodzi do kuchni, albo do pokoju z telewizorem, by obejrzeć najświeższe wiadomości z pola bitwy, a raczej z pola masakry, uuuffff… Przydałaby się jakaś rewolucja w modzie, by te ciuchy bardziej się uśmiechały a nie przepocone cuchnęły tylko zasraną wojną. Upał Upał to takie coś, że słowa wylewają się na ciało, lepią się, latają jak ciężkie muchy żeby usiąść gdzieś na jakimś temacie i wyssać go lub co najmniej nadgryźć. Każdy opis pogody będzie tylko opisem gęstej, gorącej zupy. Starzy ludzie w tych swoich zacienionych altankach trajkoczą na całego, jakby byli dziećmi upałów, bo córka przyjechała z Niemiec na urodziny matki, więc nie podskakuj tu panie Upał! – bo my tu tego… Ich czupurność i swada unoszą się nad domami, przedzierają przez krzaki i docierają aż do mnie. Zadziwia mnie to. Moja głowa! – ktoś krzyczy. Dookoła wyrastają nowe domy, ale sprawcy po paru godzinach nie wytrzymują i umykają z budowy. Niektórzy w ogóle uciekają przed robotą. Naprzeciw moich okien ekipa jak z PRL-u lata tylko do sklepu po piwko. Ich rechot co chwilę rozrywa powietrze a disco-polo z radyjka skleja to wszystko do kupy i szafa gra, lecz robota leży. Ponieważ nie mam z kim rozmawiać o upale, bo nie da się o upale rozmawiać i napadają mnie ciężkie bóle głowy, piszę właśnie o upale, jakbym się chciał przebić przez jakiś mur ostatniego ratunku, złapać byka za rogi. Tymczasem upał jest zupełnie aliteracki, przynajmniej dla mnie. Można pisać o upale z daleka, ale nie o upale w upał. Kolor nieba dalej przypomina gęstą, gorącą zupę. Mantruję „Hare Kryszna, Hare Kryszna…”, by sobie jakoś pomóc w tym karmicznym kotle, do którego podobno sam się wrzuciłem i pływam w nim jako ten skwarek świadomości. Niewzruszone galaktyki cóż mogą pomóc w upale, gdzie samemu trzeba rozstrzygać we wszystkich sprawach. Niech mój kapelusz przeciwsłoneczny będzie miał z 2 metry średnicy, pomyślałem. Co to jest? Przecież to nie fantazja. Ciężki jest. Poruszam się w nim jak satelita. Upał wszystkich przenika. Słoneczniki na sąsiednim polu przemawiają znaną tragedią van Gogha. Wszyscy uciekają przed upałem. W telewizji tylko o nim trąbią i jęczą, nawet gdy chodzi dosłownie o Putina czy Grecję. Prezenterzy już nie wiedzą jaką przybrać pozę i jaką najmodniejszą koszulę założyć by coś o nim sensownego z siebie wykrztusić. Ten kulinarny potwór jest wysłannikiem bogów, byśmy nie przestali podskakiwać na ich patelni jak skwarki. Mozolnie przebijam się przez słowo „upał” jak górnik w ciemnym chodniku. Wydobycie trwa. Nie wiem ile jeszcze wydobędę sensownych słów, które coraz bardziej przypominają mi owady zastygłe w bursztynie. Chmury przesłoniły bezlitosną żółtą wesz, czyli słońce z wiersza Różewicza. Powiał lekki wiaterek. Hare Kryszna, Hare Kryszna… zamantrowałem. No i zaczął kropić deszcz. Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor tomów wierszy: Kawałek życiorysu (1991), Notatki z prowincji ,( 1998), Granice-Graniczki (2004), Kim jestem? (2007), Obrazowiersze (2008), Rozmowa z ptakiem (2014), Widowisko (2018), Prowincja – wybór wierszy (2021) oraz zbiorów próz Sianoskręt (2012) i Zapiski (2016). Publikował w "Twórczości", "Czasie Kultury", "Frazie", "Ricie Baum", "Nowej Okolicy Poetów", "Toposie", "Elewatorze", "Wyspie", "Miesięczniku Literackim", "PsiVino" (Czechy), "Helikopterze", "Wytrychu", "Formacie Literackim". Założyciel i lider Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Wolnej Inicjatywy Artystycznej „Wytrych” oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Katowicach. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.
- Marcin Liszkiewicz – cztery wiersze
Adamie Mateuszu piekło to cierpienie podniesione do potęgi nieskończonej przyjaciel w moim pokoju zegar nie tyka wypuszcza czas na parapecie talerz z granatem zapomniał że miał dojrzeć modlę się do czajnika bo syczy jak prorok żona w palcach obraca kmin wymówki glitchują w cyberzakrystii sanctus retina w Malborku był chrzest *** jakim być w tobie wypłynie ropa studenci z Nigerii głoszą ewangelię sukcesu big and shine adehadowe ody kiedy słabnie moc streamingu wizualizuj kapuśniak *** w pamięci roślin pochodne rewolucji czerwone serca tofu słomiany zapał samotność w konstrukcjach w zdjęciach najlepsze zioła rosną obok kałuż ochrypłe stringi róż kot pies i pyra cofnij gratyfikację wszelką idź w olchy ja za późno *** modlę się trwaniem potem skórą jeszcze naturalną przez chwilę transfer polnych kamieni w układ małżeński zarządcą elektroniczny anioł mięsny wystrój katedry cyberbarok z kadzidła aktualizuję przepływ: nie udał się projekt Olaf koniec litanii przepychu Ułan Marcin Bator Marcin Liszkiewicz – pasjonat tenisa stołowego i sauny. Pojedyncze wiersze wydawane są w Polsce. W przeszłości również za granicą. Zafascynowany przemianą ludzkich serc. Protestant. Ulubione poezje obecnie: poezje nowohebrajskie. Ulubiona proza obecnie: Jaume Cabre. Ulubiony zapach obecnie: mirra. Ulubiona kuchnia obecnie: indyjska. Ulubiona muzyka obecnie: Piotr Damasiewicz.










