Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Adam Lizakowski – dwa krótkie opowiadania
Historia medalu noblowskiego Trzymałem ten medal noblowski w swoich rękach wiele razy, oglądałem, robiłem zdjęcia. Medal leżał na stoliku obok kamiennego kominka po prawej stronie w salonie na wprost kanapy i stolika na krótkich nóżkach. Nad kominkiem wisiał portret właściciela domu pędzla Czapskiego. Nawet myślałem, aby medal po prostu wrzucić do torby z książkami z wierszami i z nim jak gdyby nigdy nic wyjść. Poecie chyba był niepotrzebny, użył go, jako dekoracja wnętrza, coś w rodzaju muszli przywiezionej z wakacji znad morza, albo kawałka kamienia z wyprawy w góry. Był na wierzchu po prostu leżał i kusił, ciekawiło mnie ile jest w nim prawdziwego złota. Brałem w dłonie i ważyłem, był ciężki można nim orzechy było tłuc. Rozważałem, co będzie można kupić za te złoto. Wahałem się schować go do torby, czy nie chować, więc go nie brałem. Poza tym nie chciałem rozczarować pana Czesława tym, że wpuścił do domu, pod własny dach Polaka, który go okradł. A był uczulony na Polaków, to wiedziałem. Byłby to wielki skandal a dla poety nóż w samo serce. Polak go okradł, gorzej nie mogło być. Wiedziałem, jak bardzo poecie podobało się to, co robiłem dla polskości w San Francisco Bay Area. Gdy się zdecydowałem kupić nowe auto postanowiłem zabrać medal, " niech się dzieje wola nieba nowe auto kupić trzeba". Gdy mnie aresztują powiem policji, (jako prośba o łagodny wyrok kary), że nie miałem, czym do pracy dojeżdżać, głód zaglądał mi do oczu, a tu leży tyle złota, kurz i muchy na nim załatwiają swoje sprawy, nawet nie ma, komu go przetrzeć od czasu do czasu. Umówiłem się z poetą na spotkanie, kupiłem dobrą butelkę szwedzkiej wódki i pojechałem z bijącym sercem. Ale on chyba mnie wyczuł, medalu nie było na stoliku. Niechętnie wyjąłem flaszkę z torby wypiliśmy ją do połowy rozmawiając o poezji i życiu na emigracji. Przebiegła Carol musiała schować medal gdzieś do szafy. Dobrze, że zdjęcia zrobiłem wcześniej, bo już nigdy potem go nie widziałem. Pieszyce i Czesław Miłosz* Nie mogę nic powiedzieć o swojej znajomości z poetą Czesławem Miłoszem zanim nie powiem co mnie do niego doprowadziło, jak zapamiętałem jego nazwisko. Było to nazwisko tłumacza poezji amerykańskiej a nie poety, emigranta mieszkającego na drugim końcu świata, do którego dotarłem pięć lat później. Pieszycka Biblioteka miejska mieściła się w tym samym poniemiecki dwu-piętrowym budynku, co magiel, do którego od czasu do czasu zabierała mnie mama, gdy trzeba było wymaglować pościel. W budynku mieszkali ludzie, a nawet mój kolega ze szkolnej ławki Czesiu Paczkowski. Biblioteka mieściła się ściana w ścianę z Urzędem Miasteczka, które dekadę wcześniej otrzymało prawa miejskie. Do budynku wchodziło się po kilku stopniach kamiennych do ciemnego korytarza, w którym z lewej strony znajdował się magiel, a z prawej drzwi do biblioteki. Po śmierci matki nie zaglądałem do biblioteki ani do magla przez kilka lat. Po maglu nie było już śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało, prawdopodobnie się zepsuł, nikt nie umiał go naprawić, więc lokatorzy prawdopodobnie spalili go w piecach, bo był drewniany. W korytarzu pozostała pustka, która męczyła moją pamięć o tym miejscu, tym bardziej, że zapamiętałem je poprzez matkę gładzącą czule prześcieradła i poszwy, nieżyjącą już wtedy od kilku lat. Do biblioteki trafiłem za poezją, którą wtedy bardzo „namiętnie” czytałem. Była to poezja przede wszystkim polska XIX i XX wieku. Niektórych wierszy Staffa, Tuwima, Norwida, Asnyka, Gałczyńskiego, Mickiewicza czy Leśmiana uczyłem się na pamięć. Tak dla siebie, ale też chytrze je wykorzystywałem podczas rozmów z przyjaciółmi, a przede wszystkim z koleżankami. Poezja wtedy była dla mnie pomostem pomiędzy mną, a osobą, na której mi bardzo zależało. Oczywiście nie zawsze informowałem te osoby, że „przemawiam” nie swoimi słowami. Nie było to popisywanie się, ani świadome wykorzystywanie sytuacji, w której należało powiedzieć coś, co wzrusza. Dzisiaj „taki numer” wśród nastolatków prawdopodobnie by nie przeszedł, ale wtedy w moim środowisku, w którym dorastałem, poezja, wiersze, książki były tym czym dzisiaj są gry komputerowe, czy iPhone. Do pisania własnych wierszy jeszcze nie „dorosłem”. Wtedy byłem dystrybutorem czyichś pięknych słów i myśli, czasem łącząc dwa wiersze dwóch poetów w jeden własny, bo była taka potrzeba chwili. Gorzej było, gdy trafiłem na dziewczynę, która akurat dany wiersz znała i mrużąc oczy zapytała: „czyje to słowa? Chyba nie twoje?” Poezja była także narkotykiem, tak na mnie działała i na niektórych moich znajomych. Dostarczała potężnych dawek wzruszeń i doznań. Słowa powoli je uwalniały, najpierw docierały do mózgu, później do serca. Osób potrzebujących realnego doznania przeżyć wyższego rzędu było niewiele, ale były. Poezja, słowa trafiają tylko do właściwych odbiorców, wcześnie już to odkryłem i nie przed każdym można było recytować Norwida, bo można było narazić się na kpinę. Pewnego dnia w bibliotece trafiłem na książkę obłożoną w celofanową okładkę, grubą, prawie „cegłę” pt. Poeci języka angielskiego , wydaną przez PIW. Książka leżała na małym stoliku, przy którym czytałem prasę literacką. Dzisiaj mam wrażenie, że czekała na mnie, innego wyjaśnienia nie znajduję. Od tego dnia polska poezja z każdym rokiem schodziła na plan dalszy. Trafiłem w niej na wiersze Walta Whitmana właśnie w tłumaczeniu Czesława Miłosza. Wiele lat później o tym zdarzeniu powiedziałem poecie w jego domu w Berkeley. Ucieszył się i nie zdziwił. Nie byłby Miłoszem, gdyby mnie nie ostrzegł, zmarszczył czoło i powiedział: „proszę wracać do poezji polskiej, do Gałczyńskiego i Iwaszkiewicza, zostawić amerykańską na boku, proszę opisywać Amerykę polską poezją, nie dać się zamerykanizować. W dzisiejszych czasach – dodał – Ameryka podbiła cały kulturalny świat, młodzi ludzie w Polsce nie piszą już polską poezję, tylko amerykańską. Ameryka wchodzi do Polski nie tylko komputerami, ale i poezją. Poezja tych młodych jest wtórna, nijaka, ta »szkoła nowojorska« sprzed trzydziestu, a nawet czterdziestu lat w Polsce podcięła skrzydła polskiej poezji, dzisiejszym poetom, stali się siódmą wodą po kisielu. W Polsce nikt już poza Adamem Zagajewskim nie pisze polskich wierszy. Proszę czytać jego wiersze, on przez to, że tak pięknie pisze po polsku, ci młodzi atakują go, zwalczają. Proszę czytać wiersze Zagajewskiego po angielsku, brzmią wspaniale, bo są napisane po polsku. Wiersze tych młodych w języku angielskim to katastrofa, banał goni banał, tego nie da się i nie wolno tłumaczyć na angielski. Rozumie pan”. Skończył, brwi jego wróciły na swoje miejsce, bo gdy mówił unosiły się wraz ze słowami. Zapadłem się w sobie. Zapadła cisza. Prawdę mówiąc niewiele rozumiałem z tego, co powiedział, nie miałem odwagi zapytać go, co miał na myśli mówiąc: „młodzi w Polsce piszą poezję amerykańską”. Wtedy jeszcze nie znałem ani poetów z Nowego Jorku, ani poetów znad Wisły piszących à la Frank O’Hara czy John Ashbery. Nie znałem powiedzenia, że Tadeusz Różewicz otworzył drzwi poezji dla grafomanów, a Piotr Sommer dla poetów wtórnych. Nie chciałem się odzywać, bo żadnych nazwisk nie znałem, a Noblista dyskretnie nikogo nie wymienił. Wcześniej, gdy wręczyłem mu moje tomiki poezji napisane w języku angielskim poprosił o wiersze w języku polskim. Gdy je mu dałem bez słowa wybrał kilka z nich i wysłał do Giedroycia do Paryża. Sam to zrobił, bo ja nigdy nie zdobyłby się na odwagę poprosić go o to. Wciąż byłem tym młodym człowiekiem z prowincji gdy czytałem jego przekłady, wiersze publikowane w „Literaturze na świecie”, przed i po Nagrodzie Nobla. Właściwie nikt nic o Miłoszu u nas u podnóża Gór Sowich nie wiedział. W czasach, gdy o dolarach i Ameryce, i audycji radiowej Głos Ameryki raczej nie wypadało głośno mówić ja już miałem swoich dwóch amerykańskich poetów, jeden pisał po angielsku, drugi po polsku. Czesław Miłosz lubił czytać wiersze innych poetów, a także je tłumaczyć na język polski, tych oczywiście, którzy według niego powinni być obecni także w kulturze polskiej. W tym momencie można byłoby się zapytać, czy poeta był dobrym tłumaczem? Czy na tyle znał język angielski, aby tłumaczyć poezję? Zdecydowanie należy odpowiedzieć, że poeta świetnie znał język angielski, a czy był dobrym tłumaczem – tutaj można dyskutować. Bo są dwa rodzaje tłumaczenia poezji. W jednym z nich poeta oddaje ducha poezji przekładanej. a drugi przypadek: poeta tak przekłada wiersz, aby czytelnik go czytający miał wrażenie, że został on napisany w jego języku. Jako gospodarz poezji polskiej autor Wypisów z ksiąg użytecznych dbał o polskiego miłośnika szeroko pojętej kultury, uważał, że światy poezji, choć nieprzetłumaczalne z jednego języka na drugi, powinny jednak przenikać się, nawet oświetlać drogi mroku jednego i drugiego języka nawzajem. Nie rozważał zbytnio trudności przekładu poezji z jednego końca świata na język poezji z drugiego końca świata. Tłumaczył tych, których lubił, tych poetów, których cenił. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kiedykolwiek poznam osobiście tłumacza Whitmana i że kiedykolwiek sam zacznę tłumaczyć jego poezję na język polski. Dużo wtedy rzeczy nie wiedziałem, nawet tego, że ukochana poezja z czasem nie tylko dla mnie, ale i w moim środowisku, i w XXI wieku straci swoją moc, nie będzie miała już siły legalnego narkotyku, przestanie być źródłem mojej wrażliwości na świat. Z czasem stanie się lekiem na ból, samotność, ucieczką od realnego świata. Nie ma tutaj winnego, to nie jest wina poezji, ale dorastania i stawania się dorosłym, wchodzenia w świat ludzi dorosłych. Książka staje się symbolem, poezja amerykańska słusznie lub nie zdominowała lirykę polską, tłumacze w komputerach przetłumaczą wszystko, lepiej lub gorzej, ale przetłumaczą. Postęp cywilizacyjny w tym przypadku okazał się strzałem w serce, jeszcze tak do końca nie wiadomo czyje to jest serce. *Powyższe fragmenty pochodzą z książki pt. Czesław Miłosz w Ameryce, wydanej przez Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku, 2024. Adam Lizakowski (ur. 1956) – poeta, tłumacz, fotograf. Debiutował w 1980 roku w „Tygodniku Kulturalnym”. Od 1981 roku przebywał poza granicami kraju. Studiował na Columbia College Chicago (BA) i Uniwersytecie Northwestern w Chicago (MA). Tłumacz poezji amerykańskiej m.in . Walta Whitmana, W.C. Williamsa, Allena Ginsberga, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, Roberta Pińskiego i Boba Dylana. Przekładał wiersze chińskiego filozofa i poety Lao Tse, oraz perskiego poety Rumiego. Wielokrotnie publikował wiersze w paryskiej „Kulturze”. Jest autorem ponad tuzina książek m. in. Złodzieje czereśni, Jak zdobyto Dziki Zachód i Pieszycka księga umarłych .
- Małgorzata Południak – Silience*
Wyjedźmy z tego miejsca, ucieknijmy Jak wtedy, z raju, gdzie już nie ma drzwi. Nadzy, a przed nami tylko droga – ledwo widoczna z drona. Na prześcieradle czaszka, malowana błękitnymi kwiatami, jakby śmierć mogła być łagodna, jakby coś mogła znaczyć, gdy patrzymy prosto w jej puste oczy. Nie pytaj, skąd jestem, bo nie ma już domu, który by nas zatrzymał. Jesteśmy tylko dwojgiem ciał – wyślizgnęły się z raju, a wszystko, co nam pozostaje, to rzucić się na wiatr i patrzeć, jak się oddalamy. Akt "Words are all we have" – odpowiedziałeś, gdy dwie kobiety w czekoladowych tutus wirują w zamazanych ruchach na tle sceny, nic nieznaczącej. Obok stoi mężczyzna, w znajomym ciele, z zamkniętą dłonią, jakby chował ostatni wiersz, ostatni gest. Patrzymy, a wszystko niknie w śladach oddechu na zimnym szkle – obietnica śniegu, który nigdy nie spadnie, dom, który budowaliśmy od początku, rzeczy, już nie do dotknięcia. Kiedyś był dzieckiem w body z napisem „my baby” Teraz stoi na progu – senny, odrobinę zagubiony, jakby nigdy nie widział muszli, kruszących się w dłoniach jak suche strupy. Na ramieniu haftowana skaza: dom, do którego wraca – pamięć ledwie tkwiąca pod skórą. Śnię wiktoriańską dziewczynę w czerwieni, kroplę krwi w nurcie migrującej pamięci. Przypomina o odległych miejscach, gdzie piekąca sól odpływa z pierwszym krzykiem. „Płyń” – szepcze, gładząc szorstką skórę, jakby to były kamienie w rzece. Kula spleciona z dwojga, przyciągniętych migotaniem latarni, co drżą w ciemności jak nadzieja, której nie widać. Dostaję pocztówkę z napisem „twoje miejsce tutaj.” Odkładam ją na później – gdy wrócisz i zapomnisz, jak pachnie zimna woda. Czekamy, spokojnie unoszeni pomiędzy naszym początkiem a końcem. * Silience is the unnoticed brilliance woven into the fabric of everyday life – the hidden talents, the fleeting expressions, the unrecognised creations that pass under the veil. It is the whispered elegance of things not yet appraised, the quiet works of art that could be masterpieces, if only seen through a different lens, beyond the boundaries of popular taste. Brilliance is not always rare; it can be found in the unnoticed, the imperfect, yet somehow complete. Małgorzata Południak – graficzka, fotografka i felietonistka “eleWatora”. Przynależy tu i tam.
- Marcin Ostrychacz – kilka krótkich utworów
1 Brzuch, z którego coś kiełkuje i pnie się niby głodny bożodrzew, ma cechy ziemi. Dlatego kobiety są telluryczne. 2 Po raz tysiąc czterysta któryś, miłorząb zrzucił liście. Tak stary, że już święty. Drzewa! Po waszych ramionach małpy schodzą na ziemię. 3 Oddaj drzewom stres, jak miejskie powietrze oddaje toksyny. Kiedy będziesz wśród nich weź wolny oddech. 4 Mantis religiosa modli się w bezruchu przy poidełku dla kolibrów. A ja jestem kolibrem spragnionym po locie. 5 Dookoła energia mieni się jak zorza. Nie widzimy jej, pewni, że do widzenia służą tylko oczy. 6 W ogrodzie komicznego imperatora, psy-roboty bez zębów, ale z karabinami, bez oczu, ale z kamerami, bez uszu, ale z czujnikami. fot. Michał Kowalczuk Marcin Ostrychacz – autor czterech książek poetyckich: Zamiatając pod wiatr, Ruje i wyciszenia, Cielenie lodowca, Lirogon . Wszystkie książki ukazały się w wydawnictwie WBPiCAK w Poznaniu. Laureat konkursu im. Klemensa Janickiego. Mieszka w Poznaniu.
- Joanna Roszak – angles morts
martwe pola kolega powiedział że wiersze o wierszach nie są ciekawe dla czytelników bo co ich interesuje skąd się bierze i jak powstaje wiersz i pomyślałam że ma rację wtedy koleżanka zaczęła ich bronić bo każdy może pod wiersz – nieudany na przykład – podstawić własne zajęcie taki choćby lekarz więc może lepiej nie lufty najpiękniejsze są domy które wyglądają jakby nikt w nich nie mieszkał z przedmiotami na właściwych miejscach z połyskującymi blatami podłogą bez włosów gładko ułożonymi poduszkami nieskazitelnie czystą ścianą za zagłówkiem łóżka trzymające się zimnej podłogi bez pofałdowanych okryć sierści na wycieraczce bez wycieraczki i okryć powtarzamy sobie zamęt pocieszamy się wieloma małymi literami ryzą niezadrukowanego papieru deszczem w zaduszki złapani na gorącym wierszu na nadmiarze na jutrze usypujemy domy jak mrówki angles morts najpiękniejsze są wiersze które wyglądają jakby nikt ich nie napisał sadhana ryby do góry brzuchami i koty i kobiety od czego oddzielają nas nasze tajemnice między łąką a wiecznością rozplatamy koszyk splatamy z witek kamienie uczciwie piszemy o tym wszystkim co ludzie robią z miłości uczciwie piszemy o tym wszystkim co ludzie robią ze śmierci jak byśmy byli zwierzętami gdybyśmy byli zwierzętami opowiedz mi o zwierzętach i językach niezagrożonych wyginięciem przestronne baśnie i pleśń brokat napisać długi wiersz żeby nie marnować papieru czy napisać krótki wiersz żeby nie marnować papieru tam gdzie nas nie ma pada deszcz tkamy i prujemy w nieskończoność Joanna Roszak – poetka, profesorka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W bieżącym roku wydała książki: Krall. Tkanie oraz Poezja w odcinkach. Wiersze w czasach Netflixa.
- Robert Frost – wiersz
Mój listopadowy gość Mój smutek, kiedy ona jest tu ze mną, Myśli, że te mroczne dni z jesiennym deszczem Są tak piękne, jak tylko być chcą; Ona kocha uschniętego drzewa postać nagą: Idzie ścieżką, idzie podmokłym pastwiskiem. Przyjemność z bycia z nią zatrzymać się nie pozwala. Ona mówi, a me słowo się do tego przychyla: Jest zadowolona, że gromada ptaków odlecieć musiała, Cieszy się, że jej prosta szarość wełniana Jest teraz jak srebrna przylegającą mgła. Opuszczone, samotne drzewa, Wyblakła ziemia i ciężkie niebo, Piękno, które ona tak naprawdę spostrzega, Myśli, że nie mam na nie widzenia, Dręczy mnie i nie powie dlaczego. Nie od wczoraj to wiem, Że kocham nagie dni listopada, Przed pierwszym śniegu opadem, Lecz teraz jej tego nie powiem, Bo one są lepsze niż pochwała dana. z tomu A Boy’s Will (1913) przełożył David Magen Robert Frost (1874-1963) – amerykański poeta. Czterokrotny laureat nagrody Pulitzera. Jego poezja, cechująca się prostotą formalną, ma głównie charakter refleksyjno-filozoficzny, a zasadza się często na motywach związanych z krajobrazem, wiejskim życiem oraz obyczajami Nowej Anglii.
- Langston Hughes – trzy wiersze
Ballada o Gin Mary Wzięli mnie wozem do sądu, Sędzia już siedział na sali. Wszyscy ludzie dookoła Krzywo mi się przyglądali. Sędzia Pierce powiedział, Mary, Do Mary Jane, Stary Sędzia, Znowu cię muszę oglądać, Nie będę tu tyle siedział. O, Boziu! Boziu, kochana! O, Boziu, kochana nad życie! Chyba mi Sędzia, Pan Sędzia, Nie zrobi nic złego za picie. Martwię się, boś pijanica – Odparł Sędzia – Szkoda życia. Spędzisz rok i sześć miesięcy Bez lenistwa i bez picia. – Rok i sześć miesięcy w pace! Tyle miesięcy pod kluczem! Nie zjedzą mnie w pace, ale Gardła ginem nie przepłuczę. O, panie Sędzio, miej litość! Proszę, tylko nie do kicia! – Cisza, rok i sześć miesięcy Bez lenistwa i bez picia. Krzyż Moim ojcem był biały człowiek, Zaś moja matka była czarna. Jeśli kiedyś przekląłem białego ojca, To cofam przekleństwa od zaraz. Jeśli kiedyś przekląłem swoją czarną matkę, Życząc jej ognia piekielnego, To teraz żałuję, że jej złorzeczyłem, I życzę wszystkiego dobrego. Mój ojciec umarł w pięknym, dużym domu. A mama w chałupie tak marnej, Że pytam sam siebie, gdzie legniesz i zemrzesz O skórze ni białej, ni czarnej? Murzyńska Matka Dzieci, do was dziś przychodzę Opowiedzieć wam o długiej, mrocznej drodze, Jak się przebijałam, jakie rzeczy zniosłam, Żeby moja rasa przeżyła i rosła. Przypatrzcie się twarzy – czarnej jak mrok nocy – Rozjaśnia ją słońce: miłość pełna mocy. Mnie trzysta lat temu rodzicom ukradli, W Afryce na piasku gonili, dopadli. Ja, czarna dziewczyna, przez wielki ocean Z ziarenkiem wolności pod sercem płynęłam. Ja, czarna kobieta, zniosłam z pola pełno Worków z kukurydzą i koszy z bawełną. Bili mnie, męczyli, swoją niewolnicę. To była zapłata za moją krwawicę. Dzieci mi sprzedali, męża też sprzedali, Grozili, gnębili i nie szanowali. To trzysta lat temu, pośrodku Południa, Bóg włożył mi pieśni i modlitwę w usta. Bóg duszę ugodził marzeniem, jak nożem. Spełni się przez dzieci, które w sobie noszę. Ich młodość i wolność, i siła ich głosu – To dla mnie największa nagroda od losu. Nie umiałam pisać. Nie umiałam czytać. Nie miałam nic, spałam niczym nieokryta. Dolina się czasem zalewała łzami, A jednak szłam dalej samotnie latami. Czasem droga była gorąca od słońca, Ale mi kazali pracować do końca. Ja, ziarno wolności, musiałam iść dalej I bez przerwy, żeby wreszcie mogła nadejść. Żyłam tym marzeniem, nic go nie zdusiło. Bo w Murzyńskiej Matce zbyt głęboko tkwiło. Tylko jedno mogłam – wierzyć całą duszą, Że się dzięki moim wnukom spełnić muszą. Czarne dzieci, pot mój, ból i rozpacz czarną, Zapiszcie gdzieś, żeby nie były na darmo. Opiszcie te lata tak ciężkie od smutku. Pochodnię z nich zróbcie ku lepszemu jutru I drogę do światła z tej mrocznej przełęczy, Na której mnie biały pan gonił i dręczył. Podnieście mój sztandar z prochu, stańcie wokół, Jako wolni ludzie u mojego boku. Wierzcie i nikomu stłamsić się nie dajcie. O pręgach na plecach zawsze pamiętajcie, O tych, którzy kładli – słowem głodem biciem – Wam kłody pod nogi, niszczyli wam życie. Idźcie dalej razem, łamiąc kraty, każdy Z was niech z wiarą patrzy na słońce i gwiazdy. Moje czarne dzieci, moje sny i modły Będą pchały was na coraz wyższe schody, Póki z ręki białych braci z nich nie zleci Już żadne, najsłabsze z was, murzyńskie dzieci. przełożył Jacek Świerk Langston Hughes (1902–1967) – amerykański poeta, pisarz, dramaturg. Jego dziadek był ważną postacią w ruchu walczącym z niewolnictwem, a babcia, która jako pierwsza kobieta uczyła się w Oberlin College, wpoiła mu poczucie sprawiedliwości rasowej. Studiował na Uniwersytecie Kolumbia, musiał jednak przerwać edukację z powodu rasistowskich prześladowań. W latach 20. zaciągnął się na statek, popłynął do Europy i na pewien czas osiadł w Anglii. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych osiadł w Harlemie. Stał się czołową postacią ruchu Harlem Renaissance.
- Francisco Ferrer Lerín – dwa wiersze
Laura Jestem tutaj, z dala od tamtych lat, gdy ceniłem Saroyana, a nocami potrząsałem buteleczką toniku. Teraz jawnie przybliżam się do możliwości trwania w bezczynności i zadawania pytania o sens mego durnego życia. Rzeczywiście wiele się zmieniło, nie wiem jednak, czy w sposób świadomy. Palce me unurzane w dymie, który ponownie napełnia śmiechem szklankę pełną podłej hiszpańskiej whisky i śpiewam, by być punktem odniesienia w całym tym zgiełku szturmów wspaniałych i ballad weselnych. (Mogliśmy byli być gigantami wojny dwóch róż, a także samą różą wypadłą z flakonu niezrównanego przyjaciela złożonego z blizn z zepsutym zębem och, ileż ich i jakie są urodziwe wybryki mej pięknej Clary z Herstad noc jest blisko a ja jej nie dostrzegam.) Każdy żywy pirat Każdy żywy pirat nosi w sobie martwego rycerza w swej najbardziej diabolicznej otchłani lub, co na jedno wychodzi, długie przebywanie wśród kanibali kończy się, często, w grotach, w których jakiś hałas, nieznanego pochodzenia, wyrywa z naskalnych rysunków, grube skóry bizonów łagodzące wieczny chłód ciał starców. Próbuje wstać z krzesła i rozpada się na kawałki na podłodze powleczonej linoleum, podczas gdy głosy, niczym więzienne kuchciki, wyśmiewają się z niego i przychodzi jakaś dziwka nazywają ją Cień. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Francisco Ferrer Lerín (ur. 1942) – hiszpański literat, prawdopodobnie najznakomitszy poeta wśród ornitologów i najlepszy ornitolog wśród poetów.
- Alí Calderón – dwa wiersze
*** Begoña była Granadą i to byłeś ty i dziedziniec Los Patos i jego liście i twój zielony brial, jej dekolt, twoje szelki i jasne światło bardziej tam wśród liści ptasie skrzydła krótkie rozstanie Ventury Rodrígueza a w nocy wróciłem do twojego ciała światło w pamięci trwałej i szybko by zobaczyć z dalekaczerwień sygnalizacji świetlnej czerwienie Plaza de España i kolce w powietrzu a chciałem iść za rękę z tobą na cmentarz Byliśmy smutnym spacerem smutnych ludzi bo złapana chwila to już popiół Cały lot jest siłą upadku Meksykańska demokracja kolejne zwłoki znalezione w czarnym worku blisko stąd ciało i wiatr na moście dwie przecznice dalej: kudłata głowa otwarte oczy wśród innych newsów: trzydziestu straconych w weekend strzał łaski* niektórzy ze śladami tortur nieudany okup porwanie palec pierścionek paczka gazet wśród innych newsów: kampanie zakończone i rozpoczęte, jest dobra wola w Waszyngtonie reforma migracyjna w tym bimestrze ubóstwo spadło o jeden punkt dobrobyt szczęście w oddali ucieczka ciężarówki a potem cisza otwierają czarną torbę smród pleśni na ciele: dopiero co narodzona * tiro de gracia po hiszpańsku. przełożył Krzysztof Katkowski Alí Calderón (ur. 1982) - meksykański poeta i literaturoznawca, krytyk literacki. Autor licznych tomików poetyckich. Założyciel wydawnictwa i elektronicznego magazynu literackiego „Círculo de Poesía” ( www.circulodepoesia.com ). Jest współdyrektorem Editorial Valparaíso México oraz Encuentro Internacional de Poesía Ciudad de México.
- Enrique Vila-Matas – Godzina umęczonych
Dla Mercedes Monmany Jest dopiero szósta i robi się już ciemno, gdy zatrzymuję się, by kontemplować nagłe wtargnięcie na La Rambla pasażerów metra, którzy właśnie wysiedli na stacji Liceu. Ten spektakl nigdy nie zawodzi. Dziś na przykład, w Wielki Czwartek, z tłumu wyłania się posępny starzec, który pomimo trupiego wyglądu i ciężkiej aktówki porusza się z zaskakującą zwinnością. Z wprawiającą w osłupienie szybkością mija rząd zaspanych pasażerów, z wielką determinacją zatrzymuje się przed plakatem teatru Liceu, w skupieniu przegląda obsadę opery Verdiego, niemal natychmiast czyniąc gest ogromnej irytacji, jak gdyby gwiazdorska obsada głęboko go rozczarowała i dotknęła do żywego. Ten mężczyzna, mówię sobie, ten chodzący trup ma w sobie coś, co wzbudza we mnie niepokój a zarazem intryguje. Postanawiam go śledzić, jednak prędko zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe zadanie. Owszem, miałem długi i ciężki dzień w pracy, o też godzinie jestem już wyczerpany, lecz faktem jest, że mimo iż mam czterdzieści lat, a on dwa razy więcej, starzec idzie tak szybko, że niemal tracę go z oczu, gdy skręca w Calle Boquería. Przyspieszam kroku i przez kilka chwil odczuwam pewne osłabienie i mówię sam do siebie, że zaraz upadnę na asfalt. Następnie zdaję sobie jednak sprawę, że to przecież nic wielkiego, jestem jeszcze młody, po prostu zawsze wyobrażam sobie, że jestem na skraju omdlenia, ponieważ ustawicznie jestem w mniejszym lub większym stopniu zmęczony, zmęczony tym pożałowania godnym miastem, zmęczony światem i ludzką głupotą, zmęczony całą tą niesprawiedliwością. Czasem staram się przezwyciężyć ten stan osłabienia ciała i umysłu, rzucając samemu sobie wyzwania, jak to, żeby trwać w bezcelowej pogoni za starcem, który w ogóle się nie męczy. Nagle mój cel, jakby chciał dać mi chwilę na złapanie oddechu, zatrzymuje się przed witryną sklepu z dewocjonaliami. Idę więc spokojnie, trzymam się blisko ścian i witryn, już bez pośpiechu. Doganiam go, staję obok, widzę, że lustruje wnętrze sklepu, w którym czarnoskóry mężczyzna kupuje właśnie figurkę Praskiego Dzieciątka Jezus. Już mam się odezwać do starego, lecz wtedy czarnoskóry mężczyzna w pośpiechu wychodzi ze sklepu na ulicę, bardzo zadowolony z zakupu, a starzec odwraca się na pięcie i podąża za nim. Mężczyzna wydaje się szczęśliwy, ale po około dwudziestu krokach przeistacza się nagle w zmęczonego człowieka i zwalnia, aż w końcu idzie bardzo powoli, prawie powłócząc nogami, jak gdyby zakupy go wymęczyły albo akurat uświadomił sobie, że o tej porze każdy staje się beznadziejnie wyczerpany. Za nim starzec również zwalnia kroku, a ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mój ścigany przez jakiś czas musiał gonić czarnoskórego, który wydaje się niczego nie podejrzewać i z pewnością byłby zaskoczony, gdyby odkrył spontaniczną procesję, która się za nim uformowała. Cała nasza trójka, bardzo już zmęczona, jakbyśmy zarazili się nawzajem jakimś rodzajem umęczenia, ruszyła powolnym tempem Calle de Banys Nous. Czarnoskóry jest mężczyzną postawnym i bardzo eleganckim, około pięćdziesiątki, o aparycji delikatnego i zmęczonego boksera. Jest już całkiem oczywiste, że niczego nie podejrzewa, ponieważ nagle zatrzymuje się, aby kontemplować swój nowy nabytek. Podnosi go na wysokość ramion, jakby chciał go złożyć na wyimaginowanym ołtarzu. Za nim, by tylko go nie wyprzedzić, nagle zatrzymał się starzec, a za starcem ja. Musimy stanowić bardzo ciekawą procesję wielkoczwartkową. Następnie mija kilka dziwnych i niekończących się minut, aż w końcu czarnoskóry mężczyzna wznawia swój powolny marsz i po kolejnych kilku minutach, które wydają się wiecznością, wchodzi do baru, gdzie zamawia piwo, potem kolejne i jeszcze jedno. Od czasu do czasu śmieje się do siebie, prezentując przy tym straszliwe zęby kanibala. Po drugiej stronie baru starzec bacznie przygląda się każdemu szczegółowi ceremonii picia, ja natomiast, znajdując się tuż obok starca, bacznie obserwuję każdy szczegół jego obscenicznego szpiegostwa. Cała nasza trójka jest tak bardzo pogrążona w gestach, że kelner aż traci cierpliwość i okazuje się, że reaguje alergicznie na wszelkiego rodzaju przejawy wielkiego zmęczenia, a dodatkowo, wiedząc, że nastał zmierzch, czyli pora, kiedy nawet cienie są umęczone, zaczyna uwijać się jak szalony, rzucając nam przy tym nienawistne spojrzenia. Gdyby mógł, zastrzeliłby nas bez najmniejszego zastanowienia. Wkraczam więc na wojenną ścieżkę i mówię sobie, że najwyższy czas, by wszyscy umęczeni tego świata zjednoczyli siły, by wreszcie raz na zawsze położyć kres całej tej niesprawiedliwości i głupocie. Podczas gdy ja w najlepsze oddaję się podobnym rozmyślaniom, stary szuka czegoś w aktówce. Po charakterystycznym tykaniu wnoszę, że musi to być budzik. Lecz może to też być, czemu nie, bomba. Jeśli to bomba, to jej nie widzę. Jednak stary wyjmuje z aktówki coś zupełnie innego, to jest ani budzik, ani bombę. Otóż wyjmuje czerwoną teczkę z napisem „Raport 1763. Badanie życia innych. Historie, które nie są moje”. Wewnątrz teczki znajduje się mnóstwo kartek papieru, pełnych notatek sporządzonych ołówkiem lub długopisem. Stary pospiesznie notuje coś w papierach i zaraz potem zamyka teczkę, wkłada ją do aktówki i wpatruje się w sufit, gwiżdżąc rytm habanery. Niezły sposób, żeby nie zwracać na siebie uwagi, mówię sobie tylko po to, by coś powiedzieć, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, o co właściwie mu chodzi. Rozważam różne opcje i w końcu zaczynam się zastanawiać, czy może nie jest śledczym, tropicielem życiorysów innych ludzi, rodzajem bezczynnego detektywa, autorem opowiadań. Tymczasem czarnoskóry mężczyzna płaci za piwo i szybkim krokiem kieruje się do wyjścia. Kiedy w końcu wychodzi na ulicę, starzec płaci za swoją kawę, ja płacę za swoją i zakładam, że wracamy do naszego powolnego, spokojnego pochodu. Ale tak się nie dzieje. Docieramy do Baixada de Santa Eulalia, a czarnoskóry mężczyzna wykazuje oznaki odzyskania sił. Piwo najwyraźniej zdziałało cuda, a procesja nabiera tempa. Można by pomyśleć, że czarnoskóry dostał skrzydeł, ponieważ prze naprzód, jakby chciał pobić rekord świata. Stary wydaje się zachwycony możliwością ponownego uprawiania swojego ulubionego sportu, a ja, rzecz jasna, również nie zamierzam zostać w tyle. Chociaż wiem, że przy takiej prędkości nie sposób pozwolić sobie na myślenie o innych rzeczach, to myślę o porze dnia, w której się znajdujemy, o zawsze tajemniczym zmierzchu, tej rozległej, uroczystej porze, bezkresnej niczym przestrzeń: nieruchomej godzinie, która nie jest oznaczona na tarczy zegara, a jednak jest lekka jak westchnienie, szybka jak spojrzenie, myślę o godzinie umęczonych. Wpadam na mur, sto metrów od katedry. Cios, który przyjmuję, jest ciosem mistrza świata w boksie, a najbardziej w tym wszystkim przeszkadza mi to, że czarnoskóry mężczyzna i starzec, nieświadomi wypadku, kontynuują swój nieokiełznany wyścig. Odrzucam zarówno pierwszą pomoc gorliwych współobywateli, jak i perwersyjne gesty rytuału ostatniego namaszczenia, improwizowane przez księdza w sutannie i, podnosząc się na nogi z wściekłością, wznawiam pościg na tyle, na ile mogę, zostawiając za sobą żałosny ślad w postaci niewielkich kropli krwi, cenę mego szaleństwa, mojego bezsensownego wtargnięcia w życie innych ludzi, w historie, które nie są moje. W pobliżu jednych z bocznych drzwi katedry lokalizuję śledzącego i śledzonego. Uspokajam się, gdy odzyskuję swoje trzecie miejsce w naszej osobliwej sztafecie, ale nie jest to spokój całkowity, ponieważ po zderzeniu z murem walczę z wciąż przybierającym na sile bólem i choć nie mogę powiedzieć, że widzę gwiazdy, to mogę powiedzieć, że rozpoznaję kulę ognia, żyrandol żarzący się tysiącem świateł. Na wpół oślepiony tym światłem dostrzegam, jak stary zatrzymuje się przed parą bocznych drzwi, wyjmuje z aktówki okazały brelok i wchodzi do miejsca, które zapewne jest zakrystią katedry. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Po głośnym trzaśnięciu drzwiami starzec znika mi z oczu, nie zaszczycając mnie nawet przepraszającym spojrzeniem za zepsucie całej zabawy. Żadnego pożegnania, spojrzenia wyrażającego pogardę bądź litość. Nic. Znika jak błyskawica, zostawiając mnie samego w pogoni za czarnoskórym mężczyzną. Myślę sobie, że być może się pomyliłem, że starzec tak naprawdę za nikim nie podążał i nikogo nie śledził, tylko zwyczajnie niósł bombę, która wysadzi katedrę w powietrze i obróci jej mury w perzynę. Ale co ja robię, goniąc za czarnoskórym mężczyzną? Widzę, jak wchodzi do katedry i klęka przed Chrystusem z Lepanto. Mówię sobie, że na dzisiaj wystarczy. Czuję się bardzo zmęczony. Myślę o mojej żonie, mojej zmarłej żonie, i przypominam sobie dni, kiedy spotykaliśmy się przed tym Chrystusem. My, umęczeni ludzie, też mamy serca, my, umęczeni, też od czasu do czasu się zakochujemy. Bardzo ją kochałem. Pamiętam pewną letnią noc, nas dwoje tańczących na wiszącym tarasie, ja przyciskający ją do mojego zmęczonego ciała, myśląc, że nigdy nie pozbędę się zapachu jej skóry i włosów. I pamiętam muzyków grających „Stormy Weather”. Cóż to były za dni. A potem spotkania przed obliczem tego Chrystusa i obietnice, że nigdy się nie rozstaniemy. My, umęczeni ludzie, bywamy też sentymentalni. Niemal odruchowo — gest będący reliktem przeszłości — żegnam się i myślę o bitwie pod Lepanto, wzdrygam się, słyszę huk armat, przypominam sobie o bombie, którą niósł starzec, i że lepiej byłoby jak najprędzej opuścić świątynię, opieram się o kolumnę, postanawiam zawrócić i zapomnieć o czarnoskórym, odwracam się i zmęczonym krokiem wychodzę na plac katedralny, poszukuję zaschniętych plam krwi, wracam po własnych śladach, idę w stronę La Rambla, której nigdy nie powinienem był opuszczać. Idąc, palę. Po każdym zaciągnięciu się przechodzę przez chmurę dymu i znajduję się tam, gdzie jeszcze przed chwilą mnie nie było. I nagle odnotowuję za plecami ochrypły oddech, a zaraz potem otrzymuję ostry cios w tył głowy. Odwracam się przestraszony i widzę czarnoskórego mężczyznę, który posyła mi swój najlepszy uśmiech kanibala i zapytuje, dlaczego za nim idę. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Odpowiadam, że to raczej on podąża za mną. Przestaje się uśmiechać i patrzy na mnie wyzywająco, wydaje się naprawdę wściekły, po czym daje mi kilka sekund na udzielenie satysfakcjonującej odpowiedzi. Jest dla mnie jasne, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, prawdopodobnie zostanę pożarty żywcem. Szczęśliwie przypominam sobie o aktówce starego. Mówię mu, że jestem tropicielem życiorysów innych ludzi, rodzajem bezczynnego detektywa, autorem opowiadań. Że żyję poza sobą. Wyjaśniam, że lubię spędzać czas na świeżym powietrzu i mieć oczy szeroko otwarte. Że śledzę ludzi, aby dowiedzieć się o nich różnych rzeczy, które następnie wprowadzam do swoich historii. Kładzie ogromną, groźną dłoń na moim ramieniu i pyta, jaki tytuł ma opowiadanie, nad którym pracuję. Mówię mu pierwszą rzecz, która przychodzi mi do głowy: „Sprzedaję parę czarnych oczu”. Patrzy na mnie z absolutną podejrzliwością, a następnie mówi, że nie chce być bohaterem żadnego opowiadania. Pokazuje mi swoją pięść i zapewnia, że jest większa niż Cassiusa Claya. Nie, nie i nie, wydaje się mówić. Nie mam ochoty występować w tej historii. Odpowiadam, że jestem bardzo zmęczony, że zdecydowałem się nie włączać go do tej historii i proszę, aby pozwolił biednemu umęczonemu człowiekowi iść swoją drogą. O dziwo, jego twarz traci całą dzikość. Wydaje się, że słowo „umęczony” dokonało cudu. Znów jest delikatnym, zmęczonym bokserem, którego ujrzałem na Calle Banys Nous. Mówi mi, że ma na imię Romeo i pyta, czy może mi towarzyszyć na La Rambla. Oddycham z ulgą i odpowiadam, że oczywiście, i że po drodze opowiem mu historię starego, zmęczonego zakrystiana-anarchisty, którego dziś śledziłem. Idziemy, opierając się o siebie, strasznie wyczerpani. Jest już ciemno, a w oddali słychać kościelne dzwony wybijające godzinę siódmą. Mówi, że chce mi podarować Praskie Dzieciątko Jezus, kiedy skręcamy w Baixada de Santa Eulalia i słyszymy głośną eksplozję. Gaz, mówi Romeo. Raczej bomba starego kamikadze, prostuję. Czarnoskóry mężczyzna staje się jeszcze bardziej delikatny i sentymentalny, gdy mówię mu, że katedra została wysadzona w powietrze, a jej mury obrócone w perzynę. opowiadanie pochodzi z tomu Cuentos barceloneses z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Enrique Vila-Matas (ur. 1948) – hiszpański prozaik i eseista, mistrz metafikcji, ekscentryczny erudyta. Po polsku ukazało się kilka jego powieści ( Dublineska, Bartleby i spółka, Krótka historia literatury przenośnej, Paryż nigdy nie ma końca ) oraz jeden zbiór opowiadań ( Eksploratorzy przepaści ). Laureat prestiżowych nagród literackich, w tym Premio Rómulo Gallegos, Prix Formentor, Premio FIL de Literatura en Lenguas Romances.
- Enrique Lihn Carrasco – pięć wierszy
Kandinsky 1904 Stosunki między rzeczami powoli wymazywały same rzeczy Wersy bez słów Formy bez figur. Ledwie tylko statek oddalił się od brzegu nie było już brzegu, ni statku, ni oddalenia Nigdy nie zostawiłem za sobą straszliwego Chile Nigdy nie zostawiłem za sobą straszliwego Chile moje podróże, choć niewyobrażone późne raczej — chwile w chwili — nie wyrwały mnie z jałowej ziemi odległej i zuchwałej Nigdy nie zostawiłem za sobą mowy, którą dwa dziedzińce Liceo Alemán narzuciły mi, niby podczas musztry, przeżuwając w niej pył niemożliwej tułaczki Inne języki napawają mnie świętą odrazą: strachem przed utratą wraz z ojczystym językiem całej rzeczywistości. Nigdy niczego za sobą nie zostawiłem. Nieomal przekraczam barierę Nieomal przekraczam barierę lustra, by ujrzeć to, czego ujrzeć nie sposób: świat, jaki byłby gdyby to rzeczywistość odbijała, a nie na odwrót, lustro wypełnione, w końcu, swoją nicością. Nieczas Nasz entuzjazm podsycał te dni biegnące pośród mnogości dni jednakich. Nasza słabość pokładała w nich naszą ostatnią nadzieję. Zatapialiśmy się w myślach, a czas, ponoć bezcenny, roztrwonił się nam nieubłaganie i takie są, no cóż, nadchodzące lata. Zamierzaliśmy właśnie znaleźć rozwiązanie wszystkiego. Mieliśmy przed sobą całe życie. Najlepiej było się nie spieszyć. Epilog Żyjemy wszyscy w ciemności, oddzieleni łatwo przekraczalnymi murami pełnymi fałszywych drzwi; obracaną w dłoni monetą na drobne wydatki na przyjaźń lub miłość nasze rozmowy wobec tego co niewyczerpalne nie potrafią go dotknąć kiedy już trzeba je rozpocząć na nowo, obrać inną drogę, by dotrzeć do tego samego celu. Trzeba się przyzwyczaić, by umieć żyć dniem dzisiejszym, każdy na swój sposób, jak w najlepszym z możliwych światów. Świadczą o tym nasze sny: jesteśmy podzieleni. Możemy współczuć sobie wzajemnie, i to więcej niż dość: to wszystko i trudno zbliżyć naszą historię do historii innych pozbywając się nadmiaru nas samych, odwrócić uwagę od tego co niemożliwe i skierować ją na to co wspólne, i nie nalegać, nie nalegać zbytnio: opowiadać historię, wywiązywać się ze swej roli gdzieś między błaznem a kaznodzieją. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Enrique Lihn Carrasco (1929–1988) – chilijski poeta, prozaik, eseista i krytyk literacki, animator życia literackiego i kulturalnego Santiago. Do inspiracji jego twórczością przyznawali się m. in. Roberto Bolaño i Alejandro Zambra.










