Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (16)
Armia rosyjska z nagrodą imienia Karola Darwina Rozumiem, że konkurs piosenki, od lat uznawany zgodnie przez wielu za konkurs nie-wiadomo-czego okazał się na dwa dni ważniejszy od wyjących syren, spadających pocisków, ginących średnio po dwustu, trzystu dziennie żołnierzy, może więcej. Dyskusja na temat eurowizji jako źródła cierpień oraz niesprawiedliwości wydawała mi się zawsze żenująca, ale tegoroczna edycja, dzięki kontekstowi - przebiła wszelkie normy. Zwrócę zatem uwagę, że w mijających dniach prezydentowi Francji, którego główną - z mojego punktu widzenia - zaletą jest to, że nie nazywa się Le Pen, udało się dodzwonić do władmira ujłowicza. No i jak już chłopaki pogadali to wyszła z tego propozycja, że Ukraina zrzeka się części terytoriów i rosja daje słowo honoru, nawet na piśmie, że na tym jej apetyty zostają zaspokojone i już więcej nie będzie napadać na nikogo. No chyba że nie będzie miała wyjścia, wiecie, co nie? Ukraina odrzuciła wielkoduszną propozycję pana, który nie ma na nazwisko Le Pen. Trwa obrona "Azowstalu" w Mariupolu. Armia orków zmusiła obrońców do wycofania się z części północnej kompleksu (jakiś czas temu), podobno także z portu w zachodniej części kompleksu i zajęła hałdę na południowo-wschodnim krańcu. Możecie sobie zobaczyć na google maps tę hałdę. Z niej ma się po kontrolą cały kompleks. Ale obrońcy się nie poddają. Osiemdziesiąty drugi dzień trwa walka. Tam się broni jeszcze może z tysiąc ludzi, mówią że połowa z nich jest lżej lub ciężej ranna. Nie poddają się. Nie mają po co. Tu śmierć i tam śmierć, tylko tam okrutna, bez świadków, w torturach. A tak się składa, że główna droga biegnąca z Krymu do Rostowa nad Donem przechodzi w pobliżu kompleksu "Azowstal", zatem dopóki oni się bronią nie ma mowy o pełnym uzyskaniu przez władimira wampirowicza lądowego korytarza między rosją a Krymem. Oczywiście obrońcy "Azowstalu" nie mają już za bardzo czym szkodzić ewentualnej komunikacji tą drogą, ale póki się bronią, to przeciwnik nie może mówić o pełnej kontroli. Przeciwko nim użyto wszystkiego co było do użycia, w tym bronie wykluczone przez międzynarodowe konwencje. Na przykład bomby kasetowe, bomby fosforowe. Wiecie dlaczego fosforowa broń zapalająca jest zabroniona? Bo pali się nawet w bardzo niskiej temperaturze. Pali się na ubraniach, na skórze, na kościach. Nie daje się ugasić niczym bo niczego do palenia się nie potrzebuje, pali się tak długo aż się wypali. Ale pokusa użycia jest oczywiście zbyt silna, by tego nie robić. W sieci są zdjęcia blizn i ran po fosforze. Zbyt drastyczne by je pokazywać. Wpiszcie sobie w Google'a fosfor biały i zobaczycie. Stosowali fosfor w Syrii przeciwko Aleppo i Wschodniej Ghucie, stosowali w Czeczenii. Stosowali Niemcy w Powstaniu Warszawskim. Sypali fosfor na rannych w szpitalach powstańczych na Starówce. Mamy w pamięci zbiorowej czym jest fosfor. Front naprzeciwko Krzywego Rogu-Mikołajowa jest bierny, nic tam się wielkiego nie dzieje. I raczej nie będzie się działo. Rosjanie nie mają sił by pójść na przód i nie mają gdzie. Naddniestrze za daleko, Odessa za daleko. Flota orków cofnęła się na odległość 100 i więcej kilometrów od ukraińskiego brzegu. Przestraszyli się jednak ukraińskiej obrony nadbrzeżnej, chociaż jak się okazuje fregata "Admirał Makarow" jednak nie zatonęła. Ale coś musiało ich niezgorzej nastraszyć. Nie ma wiarygodnych doniesień o ukraińskiej próbie desantu na Wyspę Węży. Ale blokada wywozu ukraińskiego taniego zboża trwa, co grozi klęską głodu w wielu miejscach świata i nadaje tej wojnie zupełnie nowy kontekst od wielu tygodni. I jak dla mnie tu jest miejsce na interwencje międzynarodowych sił, na mandat dla takich sił, np. pod przewodem NATO. Zdjęcie blokady to może być interes nazbyt wielu państw na świecie by władimir potworowicz mógł to lekceważyć. No i Łuk Dońca. Biłohorywka. Ten przyczółek został wskazany przez jednego z oficerów ukraińskich wojsk saperskich, zanim jeszcze powstał. Chłopak pojeździł, popatrzył, pomyślał i powiedział tu, tu, tu i tu takimi a takimi środkami pewnie będą się przepychać na nasze skrzydło i tyły. Mówił nawet podobno chłopakom ze zwiadu jaki dźwięk będą miały motorowe promy, które będą pchały pontony w to miejsce i ile tych pontonów prawdopodobnie będzie. Miał rację. Między 8 a 15 maja orki raz łapały przyczółek, a raz go traciły po nawale artyleryjskiej, łapały i traciły. Nie tylko ten, w sumie było ich trzy albo cztery, ale ten był główny. Biłohorywka Z niego mieli wyjść na tyły Siwierodniecka, albo pójść dalej na południe i odciąć już nie cały Donbas, ale tę jego cześć z Liszcziańskiem i Siewierodnieckiem. Ale nic z tego. Arta, lotnictwo (tak , po osiemdziesięciu dniach wojny ukraińskie lotnictwo pola walki madiefiakier!) i kontratak od czoła elementów ukraińskiej brygady pancernej zrobiły tam miazgę. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Pytał się podobno kanadyjski ochotnik jeńca, pocoście leźli czwarty, piąty raz ta samą drogą? Widzieliście przecież wypalone wraki maszyn waszych kolegów, bo nikt ich nie zgarnął, widać je na naszych zdjęciach. A na to zmobilizowany bidny ruski mówi, że im kamandir skazał, szto eto były ukraińskie tanki dla niepoznaki pomalowane znakami szybkiej identyfikacji "Z" i "V", że to Ukraińcy na nich uderzyli. A tutaj ciekawostka. Otóż na zdjęciach tych miejsc przeprawy nie widać, żeby teren był specjalnie zryty nawałą artyleryjską. Część pocisków trafiła w lustro rzeki lub rzeczy które na tym lustrze się znajdowały to pewne, wtedy nie zostawiły śladów, ale część sprzętu została zniszczona na obu brzegach Dońca. A śladów nawały brak. Węgorze z Dońca mówią, że to wynik użycia przez artę ukraińską darowanego sprzętu przez sojuszników, głównie haubic M777 z amunicją precyzyjną "Excalibur". A do tego systemu zarządzania ostrzałem w czasie rzeczywistym, który powoduje że ukraińska arta może strzelać w rozproszeniu, a wychodzi z tego i tak nawała. I do tego ten bajer, że nawet jedna haubica czy moździerz strzela serie pocisków pod różnymi kątami w ten sam punkt w taki sposób, że wystrzelone w różnym czasie - trafiają w tej samej sekundzie, więc przeciwnik nie ma czasu się ogarnąć po pierwszym trafieniu i rozproszyć bo jest kilkadziesiąt pierwszych trafień na raz. Z kolei ukleje z tego samego Dońca mówią, że nawet część arty może być obsługiwana przez jakichś ochotników, może nawet kanadyjskich, dlatego efekty są szybkie i definitywne. A z kolei szczeżuje z Dońca mówią, że teraz już nie będzie memów z czołgiem z jeziora, bo w Dońcu śpiewa już ich pół kompanii jak chór wujów. I te M777 i "Excalibury" to równie dobre wyjaśnienie jak ten zdolny oficer saperów a zresztą jedno drugiego nie wyklucza. Także władek, władek, miałeś tyle celów a tu jeden ch. ci wyszedł. Do tego natarcie z Charkowa idące odepchnęło orków na granicę. Dlaczego to jest ważne, chociaż wydaje się nieważne? Po pierwsze im dalej orki, tym mniejsza szansa udanego ostrzału artylerią lufową Charkowa. Teraz te szanse spady w zasadzie do zera. A Charków to wielka fabryka czołgów. Także ten. Po drugie ukraińska arta strzelająca ze stanowisk nad granicą, posługując się na przykład pociskami "Excalibur", które jak wiemy już dostała i być może użyła nad Dońcem - miałaby w zasięgu skutecznego ognia drogi zaopatrujące swoje siły pod Izjum. Także słynne składy paliw i amunicji pod Biełgorodem, które już kilka razy się paliły. Nie ma co wpadać w szał, ale dzieje się, w krwawym, trudnym do wyobrażenia znoju. Praca, tak mówili na początku. Ciężka, trudna, krwawa robota. Za Ciebie, za mnie, za Europę, nawet za eurowizję. Stałem w tę niedzielę w kościele, po raz pierwszy od bardzo dawna, bo wiecie pierwsza komunia w rodzinie. Słuchałem intencji wypowiadanych przez dzieci, rodziców, jakbyśmy w bańce wszyscy byli z tęczy unoszącej się nad płonącym młynem, zamkiem, wsią. Myślami byłem gdzieś tam, na ile tylko potrafiłem. Gdy jeden z rodziców czytał Apokalipsę św. Jana miałem wrażenie, że słyszę świst, huk, łomot - którego nigdy nie słyszałem, że widzę to, czego nigdy nie widziałem. "Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga". Tymczasem w rosji kolejne pożary, giną kolejni oligarchowie, ostatnio jakiś wiceprezes Łukoilu, kto by ich tam policzył i łże po nich uronił. Ruskie za to nie kłócą się o to kto komu ile dał punktów w konkursie eurowizji bo w ogóle w nim nie brali udziału. Mają swoje wizje. Wygarniają z magazynów kolejne pociski kierowane, ostatnio supersoniczne Ch-22, konstrukcja z lat 60-tych ubiegłego wieku. No, cóż w magazynach pustki. Nowoczesne środki wystrzelane, nowych nie będzie bo na czipach z zajebanej z ukraińskiego domu lodówki nie da się skonstruować pocisku manewrującego. Reporterzy "Komsomolskiej prawdy" zaprzeczają, że nie ma kaszy, sami jeżdżą i pokazują zdjęcia, że owszem, nawet przedmieściach moskwy kasza jest. I cukier można dostać. Nikt nie wie dlaczego to zawsze cukier znika pierwszy w krajach słowiańskich na wieść o wojnie. Problemem, mówią inni publicyści rosyjscy jest sposób pakowania. Gdyby cukier był w torebkach po 20 deko to by ludzie nie byli w stanie tyle wynieść ze sklepu. Tak samo mleko - w kartonach, to każdy targa skołko ugodno, a jakby tak wrócić do czasów, że tylko butelka pełna mleka ze szkła za pustą to i nie byłoby niedoborów towarów i ekologia by zyskała. Nie wierzycie? Posłuchajcie kanału Marcina Strzyżewskiego. A, byłbym zapomniał. Ukraińska artyleria dokonała jubileuszowego, dwudziestego skutecznego ostrzału lotniska i bazy lotniczej w rękach drugiej armii świata znanego jako Czrobnobajewka. Sztab dowodzącej tam 49 armii kacapskiej ma murowane miejsce w TOP3 tegorocznych nominacjach do kapituły nagrody imienia Karola Darwina. Także, tak czy tak - jakiś światowy sukces to jest. z Eurowizją czy bez. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – piszący wiersze i prozę animator i promotor literatury. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Lesław Nowara – cztery wiersze
Co robię w wolnym czasie? W wolnym czasie czas z natury jest wolny i taki powolny, że wyprzedzają go wszystkie minione zdarzenia, rozbite talerze i szklanki odrywają się od podłogi i w jednym kawałku rzędem się ustawiają na stole, ptaki kurczą się w locie do rozmiaru piskląt i zamykają w skorupkach jajek, kałuże wypruwają się z siebie długie nici deszczu i ściekają w burzowe chmury. Ten wolny czas porusza się tak wolno, że można go objeść z każdej strony, wyprzedzać go o kilka kroków albo podążać o parę kroków za nim, można w nim mieszać dowolnie kolejność i miejsca wydarzeń, zbudować Koloseum w Gizie, a piramidy w Paryżu, Drugą Wojnę Światową wyznaczyć na rok tysiąc dziewięćset osiemnasty, a Pierwszą na trzydziesty dziewiąty, można zamienić miejscami Europę z Afryką, i sprawić, aby Ziemia krążyła wokół Księżyca. W wolnym czasie można spokojnie się przyglądać, jak okna zarastają pajęczyną, jak odrastają włosy i paznokcie, w wolnym czasie nic nie jest szybsze, niż pokrywanie się chleba pleśnią i polnych kamieni mchem. Ten wolny czas jest taki wolny, że wolniej od niego porusza się tylko światło, i można swobodnie wybierać mu takie miejsca, do których kiedyś dotrze i się w nich zapali, i takie, które opuści bezpowrotnie i na zawsze w nich zgaśnie. Meine Liebe Stadt Gleiwitz Kocham to moje miasto Gleiwitz, szczególnie teraz wczesną jesienią. Wzdłuż całej Bahnhofstraße od Peter Paul Platz aż po Germaniaplatz, wzdłuż bulwarów rzeki Ostropki i dalej aż po nabrzeże portowe na Kanale Kłodnickim, mienią się jesiennymi kolorami liści olchy, buki, graby i klony. Spaceruję tam codziennie, ubrany w elegancki surdut, z gracją wspierając się o dębowej lasce z mosiężną rączką w kształcie smoka. Duży dziś ruch na ulicach, zewsząd dochodzi skrzypienie drewnianych i stalowych kół i do klaskania podobny tętent końskich kopyt na bruku. Mijam hurtownię piwa Dickman & Gutt, fabrykę lemioniady Otto Ahlgrim und Benjamin Otto oraz Urząd Celny, przechodzę obok poczty na Niederwallstraße, a potem idę przez Wilhelmstraße, aż do hotelu Haus Oberschlesien, gdzie jak zwykle wypijam filiżankę kawy. Przy sąsiednich stolikach widzę panią Beermann i małżonków Schultze, jest też Pan Schwürtz, jak zwykle z wnuczką i córką. Jest i pan Neumann, choć schowany za rozpostartą nad stolikiem gazetą. Chyba od zawsze, odkąd pamiętam, taki właśnie był niemal każdy mój dzień, aż po miniony piątek, aż to tę noc, kiedy przyśniło mi się to moje miasto. W tym moim śnie, to miasto Gleiwitz ktoś ukradł i ukrył na całe sto lat i porzucił w następnym stuleciu. I nie poznałem mojego miasta. Ujrzałem na ulicach mężczyzn i kobiety zupełnie bez nakrycia głów, wszyscy poubierani byli jak kuglarze uliczni, jak cyrkowcy, w kubraczki kolorowe, kolorowe trzewiki, kolorowe koszule i swetry, a niektóre kobiety, o zgrozo, przyodziane były nawet w męskie spodnie. Ani jednego konia na ulicy, żadnego wolantu, dorożki, czy choćby węglowej fury. Tylko automobile obite blachą o obłych kształtach z wytrzeszczonymi reflektorami. I wszystkie szyldy nad sklepami wypisane były w obcym słowiańskim języku. Niektóre domy ściany całe miały ze stali i szkła, bez żadnych balkonów czy loggii. A w oknach domów i w witrynach sklepów, tyle było świateł, jakby w nie wstawiono gazowe latarnie i żar tych świateł wylewał się na ulice, które całe, aż po trotuar, pokryte były gumą czarną nazywaną asfaltem. Wybudzałem się z tego snu, zupełnie nagi, ograbiony doszczętnie z całego mojego miasta, wygnany i porzucony na pastwę czasu, a całe moje ciało krwawiło, poprzebijane wskazówkami zegarów jak włóczniami. Była sobota. Kościół zamknięty. Ale zaraz po mszy niedzielnej uprosiłem pastora, by mi objaśnił, co mógł oznaczać ten sen. A on mi na to, żebym spożywał mniej wina, nie jadł tak tłusto i dobrze wietrzył pokój przed snem. Miasto zakaźne Moje miasto rodzinne jest zakaźnie chore, a ja chory jestem na rodzinne moje miasto, zakażone są nim moje dziecięce wspomnienia, przenoszone w mojej ślinie i krwi. Roznoszę to moje miasto rodzinne po obcych miastach jak dżumę i syfilis, a moje dziecięce wspomnienia ciągną się za mną, jak stada szczurów, jak chmary much, jak watahy bezpańskich kotów i psów. Nie ma znaczenia, czy to Tarnobrzeg, Wałbrzych czy Krosno, czy to Madryt, Wiedeń, czy Rzym. Wiem dokładnie, na której ławce w Paryżu odnajdę w parku te same wyrżnięte kozikiem litery, pamiętam dobrze tę kamienicę w Bytomiu z dębowymi drzwiami i poluzowaną klamką, pamiętam ten sklep obuwniczy w Monachium z żółtym neonem mrygającym po zmroku, no i przecież ten trzepak na podwórzu w Weronie, wygląda tak samo jak w Zabrzu i dokładnie takie same są piaskownice i huśtawki na placach zabaw w Berlinie, Opolu i Jaśle. Przez pięćdziesiąt lat nic się nie zmieniło. Woda z kranu w każdym hotelu ma taki sam smak wody dobywanej wprost ze studni i czerpanej dłonią prosto z wiadra, jak pięćdziesiąt lat temu na Podlasiu, w wiejskiej zagrodzie u ciotki. Więc czy po to płacę za te hotele, autobusy i tramwaje, po to opłacam taksówki, dorożki i riksze, żeby idąc przed siebie, odnajdywać pozostawione w dzieciństwie własne ślady w parkowych alejkach, odciski własnych butów w błocie i w śniegu? Każde to obce miasto wabi uśmiechniętymi kobietami na bilbordach, ciałami modelek i hostess na ulotkach biur podróży, a potem wciąga do zamków, pałaców, muzeów i kościołów, jak do burdeli i sprzedaje się drogo, a przecież na końcu i tak, każde z nich opuszcza się z ulgą i wyrzuca z pamięci, jak tanią dziwkę. Uliczna spowiedź publiczna Każda ulica w mieście to kościół w którym każdy napotkany znajomy jest kapłanem zmuszającym mnie do spowiedzi: - to powiedz co u ciebie? - kiedy się spodziewasz awansu? - jak wam się udały wakacje? - przeprowadzacie się jeszcze w tym roku? - a jak miewa się twoja Anka? - Madzia chodzi wiąż do tej samej szkoły? Każda moja odpowiedź jest szczera jak dobre kłamstwo bez którego nie byłoby rozgrzeszenia Więc zanim uderzy we mnie ten grom z jasnego nieba albo pochłonie mnie czeluść piekielna Może zdążę się jeszcze pożegnać i odejść dźwigając do domu tę ciężką teczkę z pracy i siatki z zakupami fot. Michał Buksa Lesław Nowara (ur. 1963) – poeta, felietonista, recenzent literacki. Ostatnio wydał: Ość wieloryba (2020) i Przed nami jeszcze potop (2023). Mieszka w Gliwicach.
- Łukasz Jarosz – Teksty poboczne
Apokryf W ciepłym powietrzu jechałem rowerem przez wieś, co chwilę zamykając oczy. Chciałem zobaczyć, czym jest szczęście, by przestać do niego dążyć. Zatrzymałem się przy kaplicy; nikogo nie oburzała nagość Jezusa. Po powrocie bezmyślnie wykreśliłem z wierszy wszystkie przymiotniki, nie wiedząc, że być może właśnie one są najważniejsze. Podróż ciała Rowerem po leśnej, kamienistej drodze. W krzakach połamane betonowe ogrodzenie, w ciele miech, dysza płuc. Co mnie pcha ku pisaniu jak ludzie na koncercie, w kolejce po bilety? Jakaś „siła boska”? Córka? Ci, którzy tego nie przeczytają: chłopak, słuchający motorycznego umpa-umpa, wytrzepujący samochodowe chodniczki, kobieta plewiąca truskawki, facet w toyocie z miną jakby jechał do piekła? Przystanąłem obok krzyża z tablicą pamiątkową. „Ten krzyż w miejsce starego zniszczonego wykonał Kajdan Stefan w 60-tą rocznicę pacyfikacji Ryczowa, dziękując Bogu za ocalenie od śmierci w czasie pacyfikacji i za przeżycie w obozie koncentracyjnym”. Kręci się kółko kosmosu. Przyjdą następni: młodzi, nieznający dobra. Też byłem dobry. Teraz rozkładam karimatę głęboko w buczynie, zasypiam w butach i swetrze, by móc w każdej chwili uciec. Unisono Po raz kolejny wyciągam kurtkę z szafy – znów powraca zima. Wczoraj mogłem umrzeć pod kołami ciężarówki z drewnem, trzymając w dłoniach zimną kierownicę. Ale żyję, oddycham. Myję talerze, co chwilę zakręcając wodę, wsłuchując się, czy ktoś nie nadchodzi. Na korytarzu i nad śnieżnymi dachami turla się jednak cisza. List z Ziemi Przy drodze spojrzałem na uśmiechnięte krasnale przejeżdżającej karuzeli z wesołego miasteczka. Zimne i ślepe. Zjadłem kilka bukowych orzeszków, z tablicy przy szlaku dowiedziałem się o istnieniu paru gatunków roślin: kruszczyk szerokolistny, gnieźnik leśny, żłobik koralowaty. Świat harmonijny i perfekcyjny, aż trudno w nim wytrzymać. Obojętny wobec bólu, dlatego dający wolność. Nad stawem spojrzałem w oczy figurki przybitej do sosny. Jadłem las. Potem oglądałem zdjęcia, filmy; z tej Ziemi, gdzie jedni czekają na koniec, inni myślą, że już nastąpił. Gdzie się jeszcze nie stworzyłem, gdzie się rodzę, na nagiej wyspie. W nagiej kołysce, pośród zwierząt i roślin: tu tańczę, tam przeskakuję przez bramę, odpycham od brzegu kajak. A jeszcze dalej modlę się na stojąco. Utrwalony w powietrzu. Sfotografowany rybim okiem. Fala Włączam radio, by choć chwilę mówił do mnie świat. Zdetronizowany król, którego co dzień chowają w grobie z koniem i sztyletem. Stawiam litery – wścibskie mrówki, które mogą obleźć wszystko. Dopóki nie zacząłem ich kreślić i pokazywać tego innym, nie wiedziałem, ilu jest złych ludzi. Samotnych. Buduję przeciw nim własną złość, dobroć, odosobnienie. A także dom, nad którym ślęczy księżyc. I nie rusza się z miejsca. Posłaniec Blask telewizorów, latarnie miasta. Tam ludzie kłócą się, kąpią dzieci, milczą. A ja tu pochylam się nad dywanem z rurą odkurzacza w dłoni, przecieram ceratę, szoruję przypalony garnek. Wciśnięty w ziemię, między ciało i duszę, zostawiając po sobie kurz, włosy, tłuszcz ucha na szybce telefonu. W tej kuchni zostałem jak inni po odpłynięciu arki: na kruszejącej skale, zmniejszającym się wierzchołku Ziemi. Zapada zmierzch. W nim chcę być zrozumiany, rozumiejący. Chciałem mówić coś wysokiego, dalekiego, a czepiałem się szczegółu. Ust wołających w powietrzu. Dłoni głębokiej w wodzie. Przebieg Motyw jak z filmu – umiera kolejny uczeń, a profesor żyje, choć przeuczył już kilka pokoleń, połowę miasta. Jak kadr – nieokrzesany niegdyś wychowanek leczy nauczyciela, wycina z jego wnętrzności śmierć. A niebo nad lądowiskiem śmigłowca jest wyżłobioną w pniu łodzią, wydrążoną rzeką. Za murem na placu dzieci krzyczą: „Ziemia jest lawą!” i wskakują na drabinki. Hadwao Kalinie Tak bardzo się bałem, biorąc cię malutką na ręce, to śliskie jak świeca ciałko, kruchy kryształ. Dziś już cię nie udźwignę, musisz sama płynąć przez czas, który jest jak srebrny wąż ławicy, rozpadający się co chwila na tysiące ryb. fotografia na okładce Nina Czerwińska fot. Jacek Berg Łukasz Jarosz (ur. 1978) – poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców, Baza Ludzi Żywych. Autor kilkunastu tomów poetyckich, z których ostatnie to Pełnia Robaczego Księżyca (2022), Widoczna i niewidzialna (2023) oraz zbioru aforyzmów Czynności i stany (2019). Laureat Nagrody im. Wisławy Szymborskiej (2013), dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike. Mieszka pod Olkuszem.
- Marcin Zegadło – cztery wiersze
Przyszli i powiedzieli, że rozdają nagrody dla mężczyzn, którzy polegną, albo pozostaną wierni. Żony były spokojne, dzieci były niegrzeczne, gospodarka była kapitalistyczna i ciała były kapitalistyczne, więc poszliśmy odebrać nagrody, które dla nas mieli, a tam zamęt i nieporządek, ogólnie wydarzenia pornograficzne i śmierć, ponieważ nie ma w tej książce wiersza, do którego śmierć nie zostałaby zaproszona. I wtedy powiedzieliśmy: "Hej, a gdyby tak zwolnić nas z obowiązku pola chwały i ciała nasze wyprowadzić z gospodarki wolnorynkowej przez morze czerwone jak robotnicze zamieszki to bylibyśmy mniej męscy zamiast tego bylibyśmy dużo bardziej inkluzywni i współczujący, a przede wszystkim bylibyśmy w normie - zupełnie nieneurotypowi, bezpieczni pomiędzy biegunami, medykalizowani w cierpieniu i w naturalnej skądinąd radości. Co wy na to? "A o oni do nas: "Chyba was pojebało" No to zostaliśmy w okopach i giniemy. 13.01.2025 76. I wtedy powiedzieli: "Tutaj będziecie uprawiali waszą ziemię, o której mówi się Niczyja, tutaj będziecie mnożyć diagnozy, zaczniecie się wreszcie leczyć, ponieważ kobiety leczą się i kontrolują stan zdrowia dzięki czemu żyją od was dłużej. Tutaj nauczycie się mówić o uczuciach, przez co być może zmniejszy się odsetek samobójstw, które są dziesiątkującą was plagą, chłopaki. Wprawdzie nie mówi się o tym głośno, bo gospodarka jest kapitalistyczna i lubi się obrażać na beksy i mazgajów, ale to prawda najprawdziwsza. A my na to: "Hej, a może moglibyśmy jeszcze trochę poczekać, bo mamy jakieś rachunki do zapłacenia i jeszcze inne do wyrównania, mamy synów, którzy w nas nie wierzą i córki, z którymi nie potrafimy rozmawiać. Tak że ogólnie zgoda, ale jeszcze nie teraz." I wtedy oni mówią: "Tak was wymyśliliśmy, więc lepiej nie pierdolcie głupot, albo umierajcie, bo to akurat potraficie jak nikt na świecie." Więc mamy taki plan żeby zginąć na wojnie, albo zabić się po pijaku na drodze szybkiego ruchu. Bo gospodarka jest kapitalistyczna i ruch musi być szybki. 14.01.2025 77. Mężczyzna, który we mnie mieszkał używał liczby mnogiej. Bo liczba mnoga to jest wygodne mieszkanie, w którym dzieci mają swój pokój, pies legowisko, a kobieta jest jasna i odważna. I wtedy zjawia się śmieszny demon z bukietem recept albo rozpoznaniem i mówi: "Wstań i pójdź w taką przestrzeń, żeby za tobą nie pobiegli. "Więc jeszcze wstążka na wietrze, ptak w locie, jeszcze kołyska i trumienka, a później tylko łezki, łezki, łezki, żeby mi nie pomarli wszyscy, jedynie ci co trzeba. A demon robi wielkie oczy i śpiewa piosenkę o takich formach rozpadu, że albo w to wchodzisz, albo nie. 14.01.2025 78. Rozpuszczasz mnie teraz w kolektywnej winie słodka narracjo, mądra przyjaciółko - mówi mężczyzna, który we mnie mieszka. Chociaż od dawna nasze wspólne sprawy stały się dla nas kwestią niewierności, bo nie ma we mnie bezpiecznego miejsca, w którym mężczyzna pozostałby wierny - tobie - słodka narracjo, mądra przyjaciółko i w wam, które byłyście bezpiecznym zmyśleniem. A nocą śniłem chłopca, który się wymknął z ramion i poszedł na wojnę, żeby o tym później napisali w książkach - że niebinarność ofiar i binarność sprawców, że należy się wstydzić, bo stamtąd skąd patrzysz wstyd w przypadku mężczyzn wydaje się słuszny, niemal - pożądany. I wtedy powiedziałaś - słodka narracjo, mądra przyjaciółko - "Uważaj, bo jeśli ten wiersz ktoś wyrwie z kontekstu to wyjdzie na to, że zgadzasz się na wszystko. "A ja opowiedziałem: "Hej, napisze taką książkę, do której zaproszę wielu mężczyzn i wtedy się okaże." 15.01.2025 Marcin Zegadło (ur. 1977) – poeta, publicysta, recenzent. Wydał: Monotonne Rewolucje (2003), Nawyki Ciał Śpiących (2006), Światło powrotne (2010), Cały w słońcu (2014), Hermann Brunner i jego rzeźnia (2015), Zawsze Ziemia (2018), Martwe i Ozdobne (2022) oraz Tak pięknie ci umarłem (2024). Publikował teksty o książkach oraz publicystykę społeczno-polityczną. Prowadzi bloga recenzenckiego Księgozbiry . Wiersze i prozę publikował w wielu czasopismach literackich, jego wiersze tłumaczone były na język ukraiński, serbski, czeski i hiszpański.
- Maw Shein Win – trzy wiersze
Uwaga W wypadku napotkania artysty w bezpośredniej bliskości: zachowaj spokój natychmiast zabezpiecz małoletnich wyprostuj się zachowaj kontakt wzrokowy wycofuj się powoli pozbieraj gałęzie pomaluj je na biało poobserwuj sójkę odpuść sobie obiad napij się wina siedź do późna, bardzo późna podążaj śladem okruchów chleba wezwij pumy! wezwij kuguary! spisz wszystkie doznania wykaż asertywność - jeśli się zbliży, poruszaj ramionami jak podczas pływania stylem grzbietowym w jeziorze odzywaj się sporadycznie i, przede wszystkim, nie uciekaj Pytania do ćmy srebrzystej Czy piękno boli? Tylko na wdechu. Czy ta ścieżka doprowadzi do słonowodnych paproci? Nie licz swoich kuchni. Czołga się antylopa po autostradzie na podwyższeniach i nad podkopami. Czy kochamy bo musimy? Wybierz sobie jednego. Nie, weź tego rozbitego. Róże z ciała, pełen kosz. Jasna krew. Sympatyczni kuzyni. Czy koty czują? Podstęp. Dlaczego boli? Budda jeden raczy wiedzieć. Kto przywołuje tęsknotę? Sadzone jajko. Kiedy przypłynie łódź? Wciśnij repeat. A twoje pierzaste bytowanie, co z nim? Ocean się srebrzy, bo odbija niebo. Wózek Blizna jest dziewczyną a wózek inwalidzki jest kobietą. Kula jest babochłopem. Leki są dobre. Światło jest suche. Powietrze jest farbą. Łóżko nie jest. Pielęgniarka ma pelerynę a lekarz jest chłopcem. Wózek jest. Blizna jest zagubiona. Koło łapie światło odbite od wody w worku. Worek jest na słupku. Balkonik jest mężczyzną w niebieskich spodniach. Krem na blizny nie jest. Powietrze jest niebieską farbą. Światło jest małą dziewczynką z twarzą w poduszce. Kula jest lekarzem z diamentem na czole. Diament jest tunelem w jedną tylko stronę. Karetka jedzie na wschód. Łóżko jest zaschniętą farbą a blizna odrzuca wodę. Torba sączy strużkę tycich niebieskich diamencików. przełożyła Agnieszka Gorońska Maw Shein Win (ur. 1964) – birmańsko-amerykańska poetka, redaktorka i nauczycielka, mieszkająca i pracująca w rejonie Zatoki San Francisco. Jest autorką tomów poezji: Storage Unit for the Spirit House (2020), Invisible Gifts: New and Selected Poems (2018) oraz chapbooka Score and Bone (2016). Jest członkinią The Writers Grotto i zasiada w zarządzie Oakland PEN. Jej poezja charakteryzuje się starannie skonstruowanymi, staccatowymi pejzażami dźwiękowymi, łączącymi liryzm autobiograficzny z elementami koanów i poetyki filmowej. W jej twórczości istotną rolę odgrywa pamięć, traktowana z subtelnością i precyzją, co przypomina styl autorek takich jak Dickinson lub Szymborska. Agnieszka Gorońska (ur. 1987) – pisarka, tłumaczka i edukatorka z Poznania. Napisała Wprowadzenie do Japońskiego Języka Migowego (2012) i Chorobę Szalonych Słów (2006). Jej kolejny tom czeka na wydawcę. Ciągnie ją do prozy poetyckiej, eksperymentów lingwistycznych, języków ideograficznych oraz przełamywania formy. Narracje queerowe i neuroróżnorodne są bliskie jej sercu.
- Almudena Sánchez – cztery wiersze
Trucizna Gram na pianinie tak, byś słyszała, do-re-mi-fa-sol a twoja duma elektryzuje rękawice do cięcia. I z materiału rękawic wystrzeliwuje błyskawica, która przecina na dwie części cyprys, palmę i znudzonego kaktusa. Tyle ogrodu dla tak małego katharsis. Jeśli połknę twoje nasiona z dawką lekarstwa, to po to, by coś zakwitło w moim żołądku: magnolia. Rozmawiałam z moimi wnętrznościami: są gorsze od mojej głowy, kiedy wyobraża sobie ekosystemy i stada szpaków latające dookoła. Któregoś dnia zobaczyłam zielsko nie do udomowienia. Było piękne wśród tej całej schludności. Oby tylko hipnotycznie czuwał nad nami wąż, a my będziemy bierne, trochę nastroszone, dzielące się tym dzikim terrorem. Tryptyk tego co nie Trzy rzeczy nigdy się nie skończą. Wojna. Pragnienie. I matka. Dziedzictwo Z moich gestów, które wymyślam, by się odróżnić od twojego roztargnienia oraz trzepotania, wyłaniają się nieprzerwanie twoje gesty. I zmieniam ekspresję twarzy, i maluję zmarszczkę na czole a ukośną na profilu, i unoszę łukowate brwi a żuchwę dociążam, chociaż wiem już, co się stanie z moją twarzą, kiedy skończę pięćdziesiąt lat: stopi się i będę musiała uwydatnić kości policzkowe, stawiać się w tych miejscach, które obiecują symetryczną doskonałość w niezadowolonej pozie. Chcę wierzyć, że mrugałam inaczej, i że płakałam inaczej patrząc w kosmos, i że kochałam się w inny sposób, żarliwiej i rytmiczniej. I cała ta mowa jest tylko z jednego powodu, z wiecznej niewygody, bo gdy napadają mnie słowami „przypominasz bardzo swoją matkę”, nie mam żadnej odpowiedzi poza oczywistą, nieśmiałą, być może niedorzeczną „no tak, ale nie jestem nią”. Słownik rodzinny Synonim słowa matka: nie ma. przełożył Paweł Orzeł Almudena Sánchez (ur. w 1985 w Andratx na Majorce) – autorka dwóch książek prozatorskich: La acústica de los iglús (2016) i Fármaco (2021); poniższe wiersze pochodzą z jej debiutu poetyckiego pt. Gramática de mi madre ( Gramatyka mojej matki, 2024).
- Gosia Żygadło – projekcje panglosowsko-kasanadryjskie
Kolaże obrazkowo-humorystyczne z elementami absurdu. Do wykonania użyto magazynów dla kobiet, dzieci i dorosłych, nożyczek, kleju oraz własnego doświadczenia osobisto-zawodowego. Skierowane do ludzi w każdym wieku w celu przerzucenia na nich ciężaru emocjonalnego wynikającego z ogólnie pojętej frustracji. Jak się dobrze przyjrzeć, widać hipokryzję, manipulację, udawanie emocji, powierzchowność relacji, brak poczucia sensu i samoprzylepny uśmiech na każdy dzień tygodnia. Jak się nie przyglądać, to niewiele widać, ale można chociaż powiedzieć, że ładne, kolorowe i miłe dla oka. Można wydrukować na obrusie lub koszulce i tak chodzić po mieście. Gosia Żygadło – prawie z Wrocławia. Inżynier, budowlaniec samozwaniec i psychopatopoetka codzienna w jednym. Uprawia styl romantyczno-katastroficzny z wiecznie źle ulokowanym optymizmem. Publikowała swoją prozę i wiersze w piśmie literackim „Epea” (Książnica Podlaska) oraz w Pocztówkach Literackich „Odry”. Aktualna wicemistrzyni Wrocławia w slamie poetyckim. Podróżnik, powsinoga. Czyta gazety. Robi kolaże.
- Alberto Szpunberg – trzy wiersze
Stare rzeczy Unosi się aż tutaj zapach spalonego drewna. Gdyby ten dom, niczym w bajkach, miał kominek, ogień z pewnością wzbiłby się, by dodać nocy gwiazd, a tak, dym się gromadzi i sękate belki dachu czernieją z czasem. I tak jak te belki, wszystkie rzeczy: po tylu, tylu trudach życie przy ogniu mąci wzrok, a zgaszone cygaro w ustach już nie dymi, choć wciąż plami drżące wargi; ciepło jesiennego powietrza można by rzec, niczym cisza, usypia, drżą sękate dłonie, a oczy — kto by pomyślał — giną bezpowrotnie. Proste rzeczy Ciepły dzień w środku jesieni zwiastuje deszcz: mylą się liście, które jeszcze pozostały lecz nie ptaki, które wcześnie odleciały w dal; wspomnienia znają wszystkie drogi, dlatego powracają z daleka i pachną ziemią, zbierają się, ulatują, zawsze pozostają. Człowiek, który jest blisko i daleko, wie, że to jesień i że żył, jesiennymi wieczorami spogląda na ulicę i chociaż ciepły dzień w środku jesieni mniej dymi jego pokój wciąż pełen jest dymu. W Buenos Aires takie zmiany pogody nie są rzadkością: zapach deszczu, który jest zapachem ziemi, czuć z daleka a wszystko układa się, jak zwykle, w najbardziej zwyczajny sposób. Upór Zabiją mnie zabiorą kilka z moich najbardziej oszalałych kawałków będą badać moje oczy, jak szeroko otwarte patrzyły w noc moje ręce, jak mogły moje ręce umrzeć, tyle razy się witając moje stopy, jak nie uciekły, choć miały aż nadto czasu i wrócą po mnie po więcej kawałków po więcej i więcej zniszczeń moje serce zacisnęło się w pięść moja głowa pośród wszystkich ludzi był dobrym chłopcem powiedzą o garstce moich kawałkówale oni co jak kiedy, nigdy się nie dowiedzą, myślę że nigdy. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Alberto Szpunberg (1940–2020) — argentyńsko-hiszpański poeta i dziennikarz.
- Leopoldo María Panero – pięć wierszy
Dedykacja Poza tym, gdzie jeszcze skrywa się życie, pozostaje królestwo, pozostaje uprawiać niczym król swą agonię, sprawić, by rozkwitał niczym królestwo brudny kwiat agonii: ja, który wszystko skurwiłem, wciąż mogę skurwić swą śmierć i uczynić ze swych zwłok ostatni wiersz. Poezja niszczy człowieka Poezja niszczy człowieka, podczas gdy małpy skaczą z gałęzi na gałąź, na próżno szukając samych siebie w świętokradczym lesie życia słowa niszczą człowieka a kobiety pożerają czaszki z takim głodem życia! Piękny jest tylko ptak, gdy umiera zniszczony przez poezję. Szaleniec dotknięty klątwą niebios Szaleniec dotknięty klątwą niebios śpiewa upokorzony na rogu jego pieśni mówią o aniołach i rzeczach które kosztują życie ludzkie oko życie gnije u jego stóp jak róża i już blisko grobu, obok niego przechodzi księżniczka. Szaleniec spoglądający z bram ogrodu Człowieku normalny, który na chwilę skrzyżowałeś swój los z losem wariata wiedz, że nie za zabicie pelikana, lecz za nic leżę tu pośród grobów i że nie świętej woli demona czy boga, ale przypadkowi zawdzięczam swój upadek. Szaleniec, którego nazywają królem Jestem błaznem i odgrywam człowieka na tych zamkniętych schodach z martwymi rybami na stopniach i syreną utopioną w dłoni, którą pokazuję niemo przechodniom, prosząc, jak poeta, o jałmużnę dłoń, która dusiła, dotyka twej dłoni na progu, który łączy mnie z człowiekiem mijającym mnie w odległości rumaka i naiwnie pieczętuje pakt nie wiedząc, że tonie na dziewiczej stronie na wierzchołku linii, pośród nicości w okrucieństwie zwiędłej róży gdzie nie ma mnie ani nie ma człowieka z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Leopoldo María Panero (1948–2014) – hiszpański poeta wyklęty, członek awangardowej i eksperymentalnej grupy „Novísimos”.
- Karina Caban – dwa wiersze
Żegna się Z gratami rozprawia się na kilka sposobów. Rzuca nimi długo, aż rozbiją się na kawałki. Zbiera do trzydziestu worków po 120 litrów. Pracownik MPO nie daje im rady w pojedynkę. Pomaga. W drugim podejściu – jeśli coś jeszcze zostaje – przytula szpeje. Nadaje im sentymentalne imiona, zagaduje i gładzi, i gładzi. Owija w bąbelkową folię, chowa w pawlaczu. Wyjmuje tylko wtedy, gdy potrzebuje sobie z niej postrzelać. Hawaje Od trzech miesięcy pobudka o piątej. Znam już większość głosów ptaków porannych i nocnych. Część z nich się pokrywa. (Pomaga mi w tym aplikacja birdnet – stworzona przez naukowców, ale czasem i ona się myli. Na przykład, kiedy twierdzi, że głos należy do ptaka żyjącego tylko na Hawajach). Bogatki zbierają w ogródku sierść suki do gniazda. Specjalnie ją więc tam wyczesujemy i zostawiamy kępki. Wyobrażamy sobie, że żyjemy na wyspie. fot. Michał Lichtański Karina Caban – autorka dwóch książek poetyckich: Dużo drobnych (2022) oraz Niewiele nieszczęścia (2023). Laureatka 9. edycji Konkursu na Książkowy Debiut Poetycki im. Anny Świrszczyńskiej oraz zdobywczyni I nagrody w XXX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim o Nagrodę im. K.K. Baczyńskiego. Publikowała m. in. w „Helikopterze”, Magazynie „Zakład”, „Wysokich Obcasach”, „Liberté”, Miesięczniku „ZNAK”. Jej wiersze były tłumaczone na język chorwacki.










