top of page

Przeszukaj tę stronę

Znaleziono 895 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Andrzej Molenda – Gatunki chronione

    Zawahał się przed wejściem na schody prowadzące do wnętrza przejścia podziemnego. Odwrócił głowę, diodowe światła lamp i błyszczących reklam tworzyły niezliczone przemieniające się wzory na śliskich i brudnych - o tej porze roku, płytach chodnikowych. Na prawo od niego świecił się czerwony napis drogerii. Na wprost schody ciągnęły go do korytarza oświetlonego tanimi świetlówkami, dającymi zielonkawo białą poświatę. Na alei widocznej po lewej stronie ciągnął się sznur metalicznie srebrnych opływowych skorup. Spojrzał na witrynę sklepu – witryna to takie stare słowo. Wyglądały inaczej niż dawniej, ostatnio ciągle miał poczucie, że coś traci. Przedmioty, uczucia – coś uciekało ze świata, a on nawet nie wiedział co to było kiedy się zaczęło i kiedy naczynie, do którego to wszystko spływa zapełni się zupełnie. Przynajmniej nie miał subskrypcji na platformy streamingowe – jedna rzecz mniej do utraty. Spojrzał jeszcze raz na drogerię i wszedł tam kupić batonika. Od rana przebywał w pomieszczeniu oświetlanym przez sztuczne światło. Nie zdążył nawet zjeść obiadu, a kiedy wychodził z pracy dawno miął moment, w którym lutowe słońce różowiło na chwilę szary krajobraz miejskiej zimy. Dojeżdżał pociągiem z innego miasta – kiedy wychodził z domu było jeszcze ciemno, a teraz znów panowała noc. Wychodząc ze sklepiku usłyszał dźwięk skutera. Ktoś pomimo pogody, wyraźnie niezniechęcony panującymi warunkami, przemknął się pomiędzy korkiem na żółtej vespie, zostawiając zaraz po sobie dziurę szybko zapełniającą się kolorem srebrnym. Przynajmniej tak mu się wydawało zza okularów. Zawiązał lepiej szalik i skierował się do przejścia podziemnego. Wpadł w tłum ludzi, którzy wychodzili co chwila z bocznych korytarzy wyłożonych imitacją marmuru. Minął kilka sklepów, świecący automat z produktami konopnymi, punkt malowania paznokci, i zupełnie nie zauważył, kiedy znalazł się na peronie. Jeden z ostatnich sensownych pociągów do jego miasta. „Prawie dziewiąta, a jeszcze nie zdążyłem zjeść obiadu” . W tej chwili zorientował się, że dookoła nie ma nikogo. Widział stąd na przestrzał puste perony i zakręcający tor, który biegł w ciemność tunelu wyprowadzającego tory na powierzchnię. „Powierzchnię Planety Ziemia” – pomyślał, sam nie wiedząc czemu. Odruchowo wyjął ręce z kieszeni, obserwując bezruch, który zaczął mu ciążyć – zupełnie jak jego oddech, którego brzmienie wydawało się tak nienaturalne, że próbował je bezskutecznie przykryć szalikiem. Wreszcie kiedy myślał, że nie wytrzyma już dłużej, z głośnika dobiegł komunikat „Pociąg relacji ...”. Drgnął i poczuł zimną małą kropelkę potu przemieszczającą się nieprzyjemnie po jego plecach. Po kilku minutach zobaczył światła pociągu – te nadające mu znajomy kontur, który zaraz ujawnił się w pełnym kształcie, wjeżdżając na stację ze zgrzytem i gwizdem hamulców zaciskających się na kołach. Z wagonu wychodzili ludzie zapatrzeni w jasne ekrany telefonów, szukający połączeń, rozbiegający się w swoich kierunkach. Wsiadał chyba tylko on. Usiadł tuż koło okna, zdjął kurtkę, plecak położył obok siebie dbając o to, żeby pasek był zaczepiony za jego łokciem. Oparł się głową na fotelu i powoli zasypiał, kiedy ze snu wyrwał go gwizdek konduktora, dającego znak do odjazdu. Już mieli ruszać, kiedy zobaczył, że do pociągu biegnie dziewczyna ubrana w beżowy elegancki prochowiec, może zbyt lekki jak na tą porę roku, skórzane wysokie buty i czarne okulary przykrywające jej oczy, oraz górną część kości policzkowych. W ostatniej chwili udało się jej włożyć rękę do zamykających się drzwi pociągu i wsiadła. Konduktor coś mruczał na nią pod nosem ale obróciła się w jego stronę i wycofał się. Pewnie nie chciało mu się kłócić – to i tak prawie koniec trasy, na tym odcinku nikt już nawet nie sprawdza biletów. Oparł głowę z powrotem na oparciu fotela. Kolejny raz już zasypiał, kiedy usłyszał szelest płaszcza – dziewczyna najwyraźniej usiadła naprzeciwko niego. „A cały wagon pusty” – pomyślał – „ludzie za bardzo pilnują się tych rezerwacji. Teraz nie będzie jak wyprostować nóg”. Otworzył na chwilę oczy, wyjechali już z tunelu. Dziewczyna rzeczywiście usiadła naprzeciwko. Nie zdjęła płaszcza, siedziała tylko ściskając na kolanach czarną torbę, której wcześniej nie zauważył. Coś jak połączenie worka marynarskiego i damskiej torebki – nigdy nie rozumiał mody. Po raz trzeci próbował zasnąć, jednak miał wrażenie, że ktoś się mu uporczywie przygląda. Otworzył oczy, ale dziewczyna patrzyła prosto w okno. Jej odbicie rysowało się delikatną kreską na szybie, tylko w miejscu, w którym miała okulary ziała czarna pustka zlewająca się z nocą, przysłaniająca światła mijanych miejscowości. Znowu poczuł zimno. Przykrył się kurtką, był wykończony, ale nim zasnął, dziewczyna powiedziała: Zanim doliczę do pięciu, zawsze pojawia się jakieś światło. Miał na końcu języka: „Słucham...?”, ale dziewczyna chyba nie mówiła do niego, brzmiało to bardziej jakby rzucała słowa w stronę szyby, licząc, że wprawią ją w drgania, które przeniosą się na zewnątrz do mijanych domów. Przez chwilę nic nie mówiła i już wydawało mu się, że się przesłyszał kiedy zaczęła znowu. – Wszystko się zmienia, dużo rzeczy tracimy, zupełnie jakby ktoś przelewał je do innego naczynia. Ciekawe co się stanie, kiedy ono się zapełni. – Słucham? – powiedział tym razem głośno, wyraźnie zirytowany. Pewnie stała za nim przed drogerią, kiedy to sobie... no właśnie, kiedy to sobie pomyślał? – Przepraszam, pani mówi do mnie? Dziewczyna nie odpowiedziała, cały czas patrząc w szybę. – Co ma pani na myśli? – niemal warknął. Miał już dość i tego dnia, i jakiś wariatek z nocnych pociągów. Dziewczyna wreszcie odwróciła głowę uśmiechając się lekko. – Mówiłam tylko, że rzeczy się zmieniają. Założę się, że dawniej można było przejechać tą trasą i doliczyć nawet do piętnastu nie widząc świateł domów. Teraz po czterech sekundach zawsze jest jakieś osiedle. „Niezła wariatka” – pomyślał. „Lepiej z nią rozmawiać, albo się przesiąść... ale wtedy może pójdzie za mną. No dobra, lepiej kontynuować.” – Tak – odpowiedział. Nagle zorientował się, że bezwiednie zaczął liczyć do pięciu. Zawsze przy czterech i pół pojawiał się za szybą jakiś dom. – Ludzie oceniają pochopnie, a dużo rzeczy się zmienia – dodała ciszej, a jej głos zlał się z rytmicznym stukotem kół pociągu. – Czemu „do pięciu”? – zapytał. Roześmiała się niespodziewanie i zaczęła mówić trochę przytomniej: – Kiedyś tą trasą jeździł ksiądz, który dawno temu stracił wiarę i obiecywał sobie, że jeżeli uda mu się przez więcej niż pięć sekund nie zobaczyć światła, szczerze zmówi modlitwę. Jeździliśmy długo tym samym pociągiem i za którymś razem się wygadał. Ale to było dość dawno temu... To on mnie tego nauczył. – Tego, żeby liczyć do pięciu? – zapytał. – Nie, tego, że wszystko się zmienia. Noc już nie jest taka sama jak kiedyś. Czy to nie dziwne, że kiedy ja myślę o nocy i kiedy William Blake pisał o nocy, to były dwa inne gatunki...?Gatunki nocy. – dodała w zamyśleniu. Nigdy o tym nie myślał. Wyjrzał za okno z niepokojem próbując określić zjawisko, które rozciągało się za drżącymi szybami pociągu. – Dużo rzeczy się ostatnio wymieszało, nie ma pan takiego wrażenia? – dodała poprawiając torbę na kolanach. Był już trochę zdezorientowany i nie wiedział jak odpowiedzieć. Faktycznie, też od pewnego czasu miał wrażenie, że sprawy idą dziwnym torem. – Mówię o nocy – dodała dziewczyna, chyba próbując rzucić mu koło ratunkowe – Oczywiście dużo rzeczy jest teraz wymieszane. Na ulicy można zobaczyć zabytkowy samochód i kuriera na elektrycznym rowerze, można słuchać Nirvany w wykonaniu Elvisa Presleya, oglądać aktorów, którzy nigdy nie istnieli, mogę mieć dostępne najlepsze narzędzia do fotografii, a robić zdjęcia na kliszy, nie wspominając o polity.. – Interesuje się pani fotografią? – przerwał jej czując, że może to jakiś solidniejszy temat. Uśmiechnęła się: tak, kiedyś fotografowałam zawodowo. Zdjęcia naświetla się tylko tysięczne części sekundy, to wystarczy. Bardzo trudno zrobić ciemnię fotograficzną, dosłownie kilka fotonów i zdjęcie, przedwcześnie urodzone do światła, zostaje na zawsze białą plamą. Dziewczyna rozpięła torbę i wyjęła z niej polaroida, chyba oryginalnego z lat osiemdziesiątych, sądząc po wyglądzie szarego plastiku. – Czy mogę...? – zapytała. – Są fotografowie, którzy robią zdjęcia z ukrycia, ale Susan Sontag pisała, że pionierzy woleli, kiedy fotografowany miał świadomość tego, w jakiej relacji jest z człowiekiem trzymającym aparat. Moim zdaniem to uczciwsze. Ogranicza to naszą żarłoczność... – Tak – skinął głową. Sam nie wiedział czemu się zgodził. Dziewczyna nie zdejmując swoich ciemnych okularów nacisnęła spust i po chwili, z lekkim zgrzytam wyjechał z aparatu ciemny papierek. Powachlowała nim trochę w powietrzu, odwróciła tak, że zdjęcie nie było widoczne i położyła na stole. – Proszę nie patrzeć, póki nie dojedzie pan do końca – powiedziała lekko drżącym głosem. – Dobrze – odpowiedział, dziwiąc się sobie, że nie czuje już ani złości, ani zażenowania tą sytuacją. Może był po prostu zbyt zmęczony. – Chciała pani opowiedzieć o nocy? – dodał, jak sobie później tłumaczył, z czystej ciekawości. – Tak – położyła rękę na czole, jakby sobie próbowała coś przypomnieć. – Noc nie jest już taka sama, zmieniła się. Jest jej coraz mniej. Ludzie myślą o nocy, jako o czasie kochanków, morderców, złodziei... a noc to już gatunek chroniony, jest jej coraz mniej. Nawet jeżeli znajdzie się miejsce gdzie jeszcze jest, to i tak zmienił się wygląd gwiazd. Pomiędzy pasem Oriona, a planetą Wenus znajdują się nowe linie wyznaczane przez satelity. Człowiek zmienił nawet krajobraz stałej sfery ciał niebieskich. – A dzień? – zapytał. – Dzień to ciepło, które czuję na twarzy – uśmiechnęła się. – Ale nie chodzi o opozycję, po prostu najgorsza jest chciwość. Dlatego należy chronić gatunki wymierające. Inaczej... inaczej wszystko zawsze będzie... Pociąg zwalniał dojeżdżając do przedostatniej stacji. – Są rzeczy tak okropne... – nie dokończyła zdania. Zauważył, że spod jej okularów po policzku powoli spływa łza. Już się domyślił. – Od dawna pani nie widzi? – Od kilku lat. Byłam fotoreporterką na wojnie... biały fosfor – dodała zdejmując powoli okulary, odsłaniając dwa zdeformowane oczodoły. Pociąg zatrzymał się. Dziewczyna wyjęła z torby białą laskę i niepewnym krokiem skierowała się ku drzwiom. Zanim zdążył coś powiedzieć, już jej nie było. Pociąg ruszył. Ostatnia stacja. Wjechali w tunel, światła wyjść awaryjnych zlewały się w jeden zielony pas odbijający się na podłodze, aż wreszcie zamieniły się w oświetloną przestrzeń pustej hali dworcowej. „Dziękujemy za podróż...” usłyszał komunikat z głośnika. Odwrócił zdjęcie: na portrecie widać było, przykrytego szarą zimową kurtką, oświetlonego jakby płomykiem świecy, śpiącego mężczyznę. „Osoby wysiadające proszone są o zabranie bagaży i rzeczy osobistych...”. Andrzej Molenda – doktor fizyki, popularyzator nauki, tancerz, ruchowiec, poeta. Absolwent UŁ i AM w Łodzi. Pracował m.in. w Centrum Nauki Kopernik i na Uniwersytecie Łódzkim. Jego prace taneczne tworzone w duecie artystycznym z Zuzanną Kasprzyk były pokazywane w Polsce, Litwie, Łotwie, Węgrzech i Izraelu.

  • Aleksandra Szymkowiak – Niewłaściwy przystanek

    Samolot z Seszeli ma wylądować chwilę przed północą. Obiecałam, że odbiorę męża z lotniska. Przed wyjściem po raz kolejny robię test ciążowy. Chociaż jestem sama w domu, rygluję drzwi do łazienki. Zamykam oczy i odliczam szeptem do trzystu, a potem jeszcze do sześćdziesięciu, w razie, gdybym wcześniej liczyła zbyt szybko. Na wynik testu czeka się pięć minut. Głośno wypuszczam powietrze. Znowu dwie kreski. Męski głos zachęca pasażerów ostatniego LOT-u do Warszawy, żeby swoje bagaże podręczne odłożyli do wózka przy wejściu. Oświetlenie na lotniskach powinni dopasowywać do pory dnia. Zbyt jasny hol wybudza mnie z letargu. Podłoga, śliska i błyszcząca, świeżo wymyta płynem o zapachu zielonego jabłka, lepi się do podeszwy, piszczy przy każdym kroku. Wymijam zalegających na krzesłach studentów, którym nie chciało się płacić za nocleg, bo odlatują z samego rana. Mąż zjawia się na samym końcu, na tyle późno, że nawet kolejka do toalety zdążyła się rozładować. Idzie jak na rzeź. W pustej hali przylotów wydaje się jeszcze mniejszy niż zwykle, wątły i nieszczęśliwy. Jest taki tylko przy mnie, na wyjazdach z klientami szeroko się uśmiecha, wypina klatkę piersiową. Widzę to po zdjęciach, które udostępnia. Witaj, kotku, zaczyna na mój widok, niby zadziornie. Nie daje się objąć, ale delikatnie muskam jego policzek, całuję powietrze między naszymi twarzami. Opłacam postój w automacie, a on stoi z tyłu, zgarbiony, i kładzie palce na kieszeniach, potem wsuwa je do środka, i znowu wyciąga, ale kciuki zaczepia o szlufki w spodniach. Wszystko, co robi, wykonuje w sposób opieszały, całkowicie niepasujący wizerunkowi mężczyzny, za jakiego chciałby być uważany. Udaję, że tego nie widzę. W drodze do auta milczymy. Zerkam na niego. Jest zajęty ciągnięciem walizki po kostce brukowej. Stukot kół mnie dyscyplinuje, zachęca do działania. Szykuję się do walki, zupełnie tak, jakby to miała być moja ostatnia noc na świecie. Kiedy docieramy na miejsce, otwiera bagażnik i zamiast włożyć do niego walizkę, wpatruje się w tablicę rejestracyjną. W końcu słyszę, że jednak wrzuca torbę, plastik uderza o gaśnicę. Wsiada na miejsce pasażera i zapina pas, a potem głośno wzdycha, jak mają w zwyczaju ludzie, którzy wiele przeżyli i zbierają się, żeby o tym opowiedzieć. Kiedy włączam silnik, wreszcie zaczyna. Mówi o resorcie, gdzie tym razem zorganizował klientom podróż poślubną, drewnianych domkach zawieszonych na wodzie, restauracji z gwiazdką i płaszczkach. Wyłączam się, ale on nadal mieli językiem, nie zwraca uwagi, że nie odpowiadam. Od dawna zdradza mnie z inną kobietą. Raz do niego zadzwoniła, jak brał prysznic. Przez przypadek odebrałam, mamy takie same telefony, myślałam, że to mój. Wiedziałam o wszystkim już po tym, jak się odezwała. Co u ciebie, zaczęła łamaną angielszczyzną. Natychmiast się rozłączyłam, usunęłam połączenie z historii i wyszłam do innego pokoju. Głos tej kobiety, miękki i płynny, jeszcze długo falował w moim ciele; przypominał szum morza, śpiew słowika, śmiech dziecka. W nocy odblokowałam telefon męża i przeczytałam wiadomości, jakie z nią wymieniał, a potem zanotowałam jej numer. Nie mogłam zapomnieć brzmienia wyrazów, które do mnie wypowiedziała. Od tamtego czasu dzwoniłam zawsze, kiedy tęskniłam. Rozłączałam się po jej niepewnym przywitaniu. On nadal opowiada, nawet nie zauważa, że zamiast wyjechać z parkingu, kilkukrotnie objeżdżam go w koło. I wiesz, ciągnie, ta para w przedostatnią noc zdecydowała się na pokaz tańca. No to mówię im, że mamy takie bardziej ludowe, z mężczyznami w tradycyjnych strojach, i takie, no wiesz, tańce brzucha, z kobietami, raczej młodymi, takie lepsze pod filmik z wakacji. Ja wolałem, żeby wybrali te drugie, wiadomo, no i udało mi się ich namówić. Piękne, naprawdę poruszające. Mhm, kwituję. Podjeżdżam pod szlaban. Jak w zwolnionym tempie kręcę korbką, żeby uchylić okno, wyciągam drżącą rękę w stronę kasownika i wciskam bilet, który nie chce się wczytać. Automat ciągle go wypluwa. Zza pleców słyszę, że podczas kolejnej podróży poślubnej będzie proponował swoim gościom raczej peeling z bananowca niż z łupinki kokosa. Nagle przerywa. Słyszę swoje imię, więc odwracam się w jego stronę. Wyciąga z torby naszyjnik ze srebrnym medalikiem. Ma kształt owalnej blaszki, na której wygrawerowano jego inicjały. Noś go zawsze, kiedy będziesz tęsknić, mówi i próbuje mnie pocałować. Wiem o niej, odpowiadam. Patrzy na mnie wzrokiem, który wszystko rozumie, ale nie chce tego przyznać. Wiem, że masz romans. Automat wreszcie wczytuje bilet. Szlaban się otwiera, ale nie odjeżdżam. Przez chwilę żałuję. Podczas jazdy on otwiera okno, wyciąga rękę, a potem wychyla całą głowę i zaczyna krzyczeć. Przedzieramy się przez szorstką zasłonę nocy. Światła wściekle mrugają na pomarańczowo, dźgają mnie w oczy. Jadę zdecydowanie za szybko, w razie kontroli na pewno odebraliby mi prawo jazdy. Jestem otwarta na każdy możliwy scenariusz. Jako mężczyzna zapewne paliłabym teraz gumę. Zamiast tego po prostu zaciskam zęby. Mąż nadal krzyczy przez uchylone okno, a jakiś przechodzień pokazuje mu uniesiony kciuk, zataczając się po alkoholu. Dociera do mnie, że tym momencie nie dzieje się nic, co miałoby wpływ na moje życie. Wszystko rozegra się, kiedy podjedziemy pod blok, powolnym ruchem zatrzaśniemy bagażnik i ruszymy w stronę mieszkania; kiedy staniemy pod drzwiami i będziemy się zastanawiać, kto ma wyciągnąć klucze, padnie na mnie, w końcu to ja mieszkam tu na stałe, on ciągle wyjeżdża; kiedy zostaniemy sami, tylko my dwoje, w ciszy zbyt głębokich jak na noc oddechów. Znowu dochodzi do mnie jego krzyk. Gdybyśmy grali w filmie, po tej scenie zginęlibyśmy w wypadku. Kiedy parkuję, zapominam wrzucić wstecznego i zarywam kołami o krawężnik. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu o dziecku. Do mieszkania maszerujemy jak na egzekucję. Chłodna noc łaskocze mnie w nozdrza. Nigdy nie widziałam tego mężczyzny w roli ojca, nie tak naprawdę. Drzwi do klatki głośno plaskają, odbijają się kilka razy od ościeżnicy. Sąsiedzi śpią, mówi szeptem i na palcach skrada się po schodach, złodziej we własnym domu. W salonie nadal milczymy. Płaczę, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego; wiem o wszystkim od dawna, chłodno to wykalkulowałam, przecież tu nie chodzi o miłość. Od kiedy, pyta w końcu. Nie podchodzi, żeby mnie objąć. Od zawsze taki był, chłodny i wycofany. Nie wiem, co dostrzegałam w tym mężczyźnie, najbardziej chciałabym cofnąć czas, nigdy go nie poznać. Od dawna, odpowiadam, od roku. Patrzy się tak, jakby widział mnie po raz pierwszy. Podczas seksu zamykałeś oczy, wyobrażałeś sobie ją, tłumaczę głośno, cedzę każdą sylabę. Wte-dy się do-wie-dzia-łam. Sąsiedzi śpią, odpowiada tylko. Krzyczę, choć sama nie wiem, co. Wylatują ze mnie pierwsze lepsze słowa; robię to tylko dla wydawania dźwięków. Mam ochotę pobiec do kuchni i potłuc o ścianę wszystkie talerze, jakie posiadamy, a już zwłaszcza te, które jego babcia podarowała nam w prezencie ślubnym. Nigdy ich nie lubiłam. Ostatkiem sił stawiam się do pionu. Nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie ta noc. Dotychczas nie rozważałam rozwodu. Nasze małżeństwo było wystarczająco luźne, by pomieścić trzy osoby, mnie, męża i jego kochankę, ale nie wiem, jak miałoby to wyglądać z dzieckiem. Bez słowa wychodzę z pokoju, w łazience płuczę twarz na zmianę zimną i gorącą wodą, kładę się do łóżka i odwracam w stronę ściany. Słyszę, że człapie za mną. Niezdarnie przebiera się w pidżamę i siada obok, materac skrzypi przy każdym ruchu. Czuję na sobie jego wzrok. Co dalej, pyta. Udaję, że śpię. Patrzę na zegarek. Dochodzi czwarta. Wszystko w mojej głowie milknie, jakby świat był tylko złudzeniem, cudzą fantazją: osoba, która ją śni, wkrótce się wybudzi. Raz na jakiś czas sypialnię oświetlają snopy reflektorów przejeżdżających ulicą aut. Zasypiam z myślą, że nasze małżeństwo od dawna jest już tylko konwenansem. Moje ciało, wcześniej pełne żalu, tężeje. Śni mi się dziewczynka, na oko pięciolatka, być może moja przyszła córka. Czeka na autobus, który nie przyjeżdża od wielu godzin. Stoi na niewłaściwym przystanku, tym z drugiej strony ulicy. Nikt jej nie ostrzega, ludzie wręcz nakręcają sytuację, dobrze robisz, dziecko, oby tak dalej, krzyczą. Ona niepewnie się uśmiecha. Ściemnia się, a autobus nadal nie nadjeżdża. Do wytrwałych świat należy, powtarzają dziewczynce, bo widzą, że upada w niej nadzieja. W końcu pojawia się na horyzoncie: czerwony, dwupiętrowy, taki, o jakim marzy każda pięciolatka. Za kierownicą siedzi postać z kreskówki, łysy mężczyzna z dużym brzuchem i pociesznym wyrazem twarzy. Dokąd, młoda, pyta. Dziewczynka nie potrafi odpowiedzieć, chociaż wie, że najlepiej wszędzie, do matki, babci, ojca, ulubionej koleżanki. Kierowca zdaje się czytać jej w myślach. Mój autobus może być w kilku miejscach jednocześnie, mówi. Wybudzam się z jękiem. Światło dnia sprawia, że pokornieję; sprawy nabierają wyrazistych kształtów. Spoglądam na śpiącego obok mężczyznę i delikatnie go obejmuję. Wiem już, że zostanę. Przy dziecku wszystko ulegnie zmianie. Nachylam się, żeby wyłączyć budzik. Muszę odwieźć go na lotnisko, ma do zorganizowania podróż poślubną dla kolejnej młodej pary. My po ślubie nigdzie nie pojechaliśmy. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – publikowała w "Suburbiach", "Epei", "Składce", "Tlenie Literackim", "Szkicach" i na stronie "Odry". Mieszka na wrocławskich Krzykach.

  • Bogdan Nowicki – Relikt

    Przy skwerze pacam na ławkę i chciwie obserwuję te zawodowe. Przewodzi najstarsza, Galatea: zasapana, mżawka klei się do powiek. Zdejmuje rudą brodę i dredy. Pozostają z niej tylko worki pod oczami. Obok, machinalnie pstryka palcami dresiarz, alfons, na krzywych nogach, kiwający łepetyną pod takt słuchawek. Wszystkie zdążają do ula, pobliskiego baru, na łyk kawy. Gapię się na ich zamszowe buciki na wysokich obcasach ze srebrnymi klamerkami, na błękitne pończochy, kuse spódniczki, opięte szerokim paskiem brzuchy, wylewające się biusty, włosy wzniesione do góry, brokat policzków. A potem te głuche spojrzenia: ich czarne, osobliwie połyskujące oczy są przeciwieństwem takich, które określa się jako szczere, ale nie są to też oczy ogniste – w zasadzie trudno je określić, właściwie to są bezwładne. Nie pozwalają się w siebie wtulić, zagnieździć, zamrugać. Jednak ja wsuwam klucz w ten zamek Yale, jak złodziej, podkradam się i wyjadam z głębi pojedyncze morele. Ta ostatnia, ruda – Płonący Chrust – wyciąga spod biustu broszkę i rzuca w moją stronę tego motyla. Łapię tę tulejkę gorzkiego cynizmu. Mnę. Między kamienicami kładą się tory świetlne latarń, istne palisady, rozwichrzone, to znów kręcące się w krąg przeciągów. Najtaniej jest w Zlewni. Truchtam tam. Osacza mnie wąska ulica, prawie pusta, wychodząca pod kątem prostym z ulicy głównej. Arteria, żyła, kanalik wiecznie zgryźliwy i zajęty tylko sobą. Z kapryśnym klimatem i reumatyzmem mętów. Ten czy ów sztorcuje mnie. Pokazuję palcami nul. Ci, co mnie rozpoznają nawet nie próbują. Zrzędzą i skarżą się, że znowu lizie „ten fiut”, co się miga. Na roku cuchnie rybny magazyn. Szlachtują. Wchodzę w celownik. Zapuszczam żurawia. Na blacie ociekającym śluzem leży karp: duży, ciężki, jeszcze całkiem ciepły, jak żywy. Mongoł z zadowoleniem pociera ręce, płatając jego brzuch. – Widzisz, ile tu tłuszczu, na cztery palce, dobra – i łokciem przeciera kłaczastą brodę. Z wnętrzności zostawia tylko wątrobę i serce. Mazgajowate kapie do miski. Pochyla się nad rozpłataną tuszą i tnie wątrobę na cząstki. Trochę posypuje solą i połyka surowe kawałki, cmokając z zachwytu. Wywala jęzor pokryty tłuszczem. – Bierz – zachęca z wyliniałą szczeciną na paluchach. Więc biorę nogi za pas. Lepka mucha siada mi na ręku i toruje sobie drogę między włosami na wierzchu dłoni. W owalnym, półmrocznym wgłębieniu czai się nastroszona i ponura Zlewnia. Przed nią całe ławy palących, głośno gdakających parchów, dopiero co zdjętych z afisza nocy. Mają jeszcze z tego odklejenia załzawione oczy i zasmarkane wargi. Dopóki nie nastąpi w nich homeostaza pod wpływem ożywczego płynu, klną i siorbią gęstą ślinę. Żujący tytoń zjeb, w bluzie łatanej i barwy mokrego wodorostu, chce mi sprzedać rogowe guziki i czerwone naszywki. – Jeszcze po ruskich, za piątkę – skrzeczy, jak oskubana sroka nad padliną. Błaźnię się, pokazuję figę z makiem. Nie wolno było tego robić. Nie wolno było reagować. Zastawia drogę buciorami. Żuje. Kręci nochalem. Wytrzeszcza gały. Stroszy rdzawe igły rzęs. Śmiga kosą. Uznaję go za szantażystę i z impetem kopię w same jaja. Zgina się w pół. Wokół rechot. Mam fart, był sam. Wpycham się skrzypiącymi wrotami do wodopoju. – Yno mi tukej bez żadnych rozrób – naciera na mnie podstarzałe babsko, z bujną koafiurą na łepetynie. Ze skrofułami we krwi, bo wciąż ma: albo chroniczny katar, albo zapalenie powiek, albo wysypkę i owrzodzenia. – Trzy – gwiżdżę przez zęby. – Na pohybel. Stawia flaszki na podartej ceracie ławy z miną wydestylowaną z jakichkolwiek uczuć. – Hakenkreuzlerka – syczę, stukając butelkami w płóciennej torbie. Podążam żwawym krokiem do Akacjowego Gaju, taszczony przez krążek księżyca. Zupełnie wyodrębniona przestrzeń. Nie z tej bajki. Czy raczej nie z tego zadupia. Buchta zieleni. Buchta kwitnących na biało drzew. Zawierająca w sobie obręcze: coraz ciemniejsze, gęstniejące, jak w rozsuwanej, długiej lunecie. Wsysają one wszelką obecność. Wszelki czas. Hipnotyzują. Więc tylko zerkam w głąb, aby nie zostać pochłoniętym. Zdejmuję otwieraczem kapsel. Robię łyk. Unoszę butelkę. Wiatr gra na harfach drzew, rozlewając strumienie dźwięków, potrząsa z lekka kwiaty i płyną z nich nocne trele, kląskanie, gwizdy. Kształt każdego kwiatu jest dźwiękiem. Trwa to całą wieczność i tylko krótką chwilę. Każde drzewo ma lat siedem tysięcy, chociaż to pniom nie dodaje ani jednego słoja. Mech jest odmianą motyla żałobnika. Zawieszam sobie lunetę na szyi i ściągam nią odległe, zgrzytliwe młyny, kołujące wokół rentgenowskich obłoków. A potem znowu świat śniedzieje. Ele mele dudki. Jeszcze jeden browar. – Kurzysz? – z matecznika wynurza się raptus zawinięty w konopne farfocle. Z wilgotnego karku i pleców, unosi się woń potu i tytoniu. Bez przerwy ssie cybuch. Zaglądam w jego ślepia: błyszczący tunel nocy. Kominiarz zajmujący się przeczyszczaniem zatkanych kominów. Tutaj? To jakiś upiór? – Rzuciłem w przedszkolu – odgaduję i macham ręką, jakbym odganiał się od trutnia. Usadawia się na spłachetku ściółki. Bagna. Snuje gadkę. Przędzie. Komu? Czemu? – Siedziałem żech na skrzyniach i torbach, a obok mie trumna. Bus podskakiwał, gdy równa droga zamieniała się w wyboje. Silnik warczał i łomotał. Od pewnego zakrętu, jakbym jechał i nie jechał, bo świat za szybą się nie zmieniał. Ocknąłem żech sie i tu i ówdzie ktoś rzucił mięchem. Szofer zatrzymał busa, wyłączył terkocący silnik. Wziął łom i oderwał wieko trumny. A tam leży siwiutka dziewczynka z powitym co koźlątkiem, jeszcze wymazanym krwią. Ona martwa, ono żywe. Żałośnie meczy: Mee, mee, mee… Szofer chciał mnie zdzielić prętem, ale zrobiłem żech unik i prysnął żech… Rzeczywiście Obdartus czmycha, gdzie pieprz rośnie. Czuję się pokryty grubą warstwą żółtej papki. Oblepiony pyłkami, nasionami, nitkami pajęczyn. Szarfy fruwają gdzie chcą. Gwiazdy naprzykrzają się. Wejrzenie – z ruchu naprzód i z czekania. Samo wejrzenie, dosłownie nic. Wydaje się urojone i bez wyjścia. Czyściec. Irytujący, nie przemijający stan. Przez moje oczy przepływają resztki chmury. Odsłaniają otchłań golonego nieba. Jego srogość. Złowrogą gołość. Wlokę się do starej czynszówki. Gdzie płoty, ceglaste ściany, spróchniałe drzwi dławi bylica. Piołun. Jej gwiaździsty pył osiada wszędzie i na wszystkim. Rdesty gęste, jak pajęczyna. Skarłowaciałe rumianki. Rogownice. Łopiany. Chwasty pleniące się ospale. Śnięte, ale żarłoczne: gryzą nawet kamienie. W padlinie wiją się robaki. Koprofagi. Zardzewiałe rynny ociekają rdzawą wodą. Wodą, która już niczego nie obmywa. Im bliżej celu, słychać tym wyraźniejszy gwar. Nie, nie gwar. Szmer tysięcy larw jedwabników pożerających liście morwy. Z sieni wieje smród i mające zabić ten melanż kadzidło. Łachmany tokują. Ćmią i wydrapują ze skóry bąble. Na końcu zaśmierdłego, zaśmieconego korytarza są żelazne wierzeje. Pod zakichanym, zaplamionym sufitem dynda żarówka. To iskrzy się, to gaśnie. Panuje tu straszny ścisk. Przez dłuższy czas nie ma mowy, żebym wtargnął do środka. Wielu ma podarte szmaty ponaciągane na głowy. To są czerepy wielbłądzie, szczerzące się szyderczą żuchwą. Bukłaki warg zaciskające oddech. – Te pindka, dobij piontaka – nagabuje mnie krępy aborygen. Walę go łokciem w bok. Nagle między drzwiami, a futryną robi się szczelina. Jasność. Snuje się smugą gęstą od dymu. Rozpycham się. Kopię zawalidrogów po kostkach. Jestem buńczuczny. Zdeterminowany. Zacietrzewiony. Mędruszka powoli wysuwa główkę obwiązaną chustką, potem wyłazi. Podparta na dwu kosturach. Unosi sękaty drąg. - Tyn, tyn, tyn – wskazuje namaszczonych łaską. Pod przeponą czuję ciepłe mrowienie. Padło więc i na mnie. Wciskamy się do izby. Raz trupioblada, to znów fioletowa Mędruszka, opiera kostury o tłustą lamperię. Siada na taborecie. Na porżniętej ławie stoją trzy kubki. Wyciąga kościstą, drżącą dłoń. Płacimy. Nalewa z kwaterki gęsty płyn. Oblizuje szyjkę, by nic nie kapnęło. Podnosimy kubki. Wypijamy jednym haustem. – Ukulele!!!… We mnie nie ma już wilgoci, tylko błogie mokradła. Zwietrzeliny głosek. Cegły świecą selektywnym okiem. Lornetującym. Filują mnie bardziej bezlitośnie, niż ukrzyżowanie. Zapach i park idący z wnętrza kości jest paraliżujący. Czuję ciężar ołowiu, spływający na dno żołądka. Znajduję się pomiędzy jakąś wyspą i lądem. Mimowolnie badam stan rąk, nóg, twarzy, włosów. Przy estradowej muszli mruga szyld piwiarni „Jaworowe”. Byle się dowlec do któregoś drucianego stoliczka. Łażą po mnie mrówki, mają łapy kocie i łby rybie, ogólnie są śliskie i w ogóle nie wiem, dlaczego nazywam je mrówkami. To mogłyby być na przykład krowy albo salamandry. Salamandry?... O bogowie, o bogowie moi!... Jakże straszna jest nocna ziemia!... Witają mnie ukwiecone drzwi. Okrzyki i klaskanie. Człapię do dużej sali. Do lady przy piecu, który w lecie przyjemnie chłodzi, a zimą przyjemnie grzeje. Wokół, przy suto zastawionych stolikach siedzą baby. Mają usta ściągnięte, wąskie nozdrza. Włos odczesany ze skroni. Kiwają się we wstęgach, bufiastych rękawach, chustach i kolorowych spódnicach. Obok nich ćmią mężczyźni w lakierkach. W czarnych, zapinanych na krzyż kurtkach. W haftowanych pasach. Z podkręconymi wąsami. Obrotni w gębie. Rechoczą do rozpuku. Z zaplecza dwóch hardych młokosów wynosi wiadro piwa. Zebrani w krąg czerpią z niego chochlami i kuflami. Opryskują się. Droczą. Gonią. Wyginają. Łapię osieroconą chochlę…, tę matuchnę najświętszą od kojących łyków… Panna młoda jest pochłonięta dreptaniem w trzyćwierciowym rytmie, który nie pasuje do niczego. Śpiew dusi jej gardło. Dyszy na tle wianka z krwistych maków. Nagle zbiega po drewnianych schodkach. Z tarasu. Do parku. W czerń. Wystraszone pawie żałośnie krzyczą za nią. Zabawa przenosi się na dwór. Wodzirej macha ręką. Dwóch podlotków w granatowych mundurkach i kolorowych getrach przynosi stoliczek. Za nimi tęga baba niesie michę z gulaszem. Z fartucha wystają plastikowe łyżki. Pochłania mnie noc. Takiej nocy nie było dotąd. Nawet niebo jest inne. A ostra linia dachów, rysująca się w głębi, przypomina dekorację teatralną. Wzdycham, przecinając ulicę na ukos. Podchodzę do dwóch domków odsuniętych od chodnika. Oba są puste i martwe. Wybite szyby. Ciemno za oknami. Zaglądam do środka jednego z nich. Widzę zarysy przedmiotów: splądrowana szafa, przewrócony stół, rozharatane łóżko, z bebechami na wierzchu. Kopię w drzwi. Są otwarte. Korytarz – zupełna studnia. Ciemność przestrzeni kosmicznej. Zamykam oczy. Zawrót głowy. Upadek w próżnię. Zupełna nieważkość. – Zajęte – warczy ktoś spod ściany. Kłuje mnie błyskiem latarki. Oślepia migającym oczkiem. Osłaniam się dłonią. W kącie na materacu dygocący pałąk współżyje z innym pałąkiem. Jego ręce drżą od podniecenia. Ma wybałuszone oczy. Twarz zaciętą. Oddycha szybko. Widać, jak oddycha, jak wzdyma się i opada w sobie. Jestem patrzącym z góry. Czuję pulsowanie krwi pod jego skórą. I pleśń. Nienasyconą, dziką, dławiącą. Buchającą zewsząd. A zwłaszcza z nieba, spadającego z dziurawego dachu, polepionego okopconą papą. – Właź albo wyłaź – komenderuje podglądacz, a jego głowę okrywa duży kapelusz z rondem w postaci skrzydeł. Znowu korytarz. Drzwi. Ale teraz od innej strony. Wychodzę na ulicę i dopiero, gdy staję na jezdni, dostrzegam, że on idzie za mną. Nie słychać jego kroków, ale jest bardzo blisko. Tuż za moimi plecami. I zatrzymuje się wraz ze mną. Zupełnie jak wierny pies, którego się już nie pozbędę. Latarnie świecą puchem. Na placu stoi zardzewiała, martwa pompa. Relikt. Bogdan Nowicki – pochodzi ze Śląska, pisze wiersze, prozę i eseje. Organicznym filarem jego twórczości jest krypto dialog z wybitnymi postaciami literatury (Schulz, Leśmian, Kafka, Beckett, Cioran). Znacząca dla jego literackiej świadomości jest także poezja obszaru czeskiego i niemieckojęzycznego. Publikował m. in. w „Twórczości”, „Akcencie”, „Odrze”, „Toposie”, „Śląsku”, „Wyspie”.

  • Władysław Edelman – Czarny deszcz

    Wróciłem do pustego domu. Żona była na zebraniu czy naradzie w pracy, obiecała, że w drodze powrotnej odbierze córkę z lekcji tajskiego. Wyjąłem z zamrażarki pierogi, wrzuciłem na wrzątek, kiedy były gotowe zjadłem i postanowiłem poczekać na moje dziewczyny gapiąc się w ekran. Przerzuciłem kilkanaście kanałów i w końcu zniechęcony wyłączyłem. Podszedłem do biblioteczki i wyjąłem książkę, o której zapomniałem. Może nie tyle zapomniałem, ile po prostu zapodziała się gdzieś podczas przenoszenia się na wyższy poziom. Trzymałem w dłoni stare wydanie Niezwyciężonego Stanisława Lema. Kiedy brałem je do ręki, coś spadło na podłogę i potoczyło się w nieznanym kierunku. Pewnie jakieś koraliki czy inne skarby jednej z moich dam, pomyślałem, znajdą się przy sprzątaniu. Lubię być sam w domu, oglądam wtedy ulubione filmy, czytam, lub po prostu nic nie robię. Celebruję ciszę. Jak się ma dwie kochane kobiety, które odczuwają potrzebę podzielenia się wszystkim, dosłownie wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia, chwil dla siebie masz niewiele. Jak przyjemnie trzymać w dłoniach ten zapomniany już, staroświecki przedmiot z papieru. Usiadłem wygodnie w fotelu, na stoliku obok postawiłem filiżankę czarnej kawy i szklaneczkę whisky z lodem. Mimo późnej pory, za oknem wciąż jeszcze było jasno, zaczął bowiem padać pierwszy śnieg. >> "Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w... << – tu przerwałem, bo odniosłem wrażenie, że w pokoju coś się poruszyło. Przecież to niemożliwe, wszystkie roboty domowe i osobiste wyłączyłem zaraz po powrocie, a dziewczyny swoich asystentów mają ze sobą. Pewnie mi się zdawało. Wróciłem do lektury i straciłem poczucie czasu. Skończyłem rozdział pierwszy - na planetę spadł właśnie "czarny deszcz". Podniosłem się aby dolać złocistego płynu do pustej szklanki. Zrobiłem dwa kroki i na coś nadepnąłem, aż syknąłem z bólu. Schyliłem się ale niczego nie znalazłem. Z pełną szklanką wróciłem do lektury. Swoją drogą ciekawe, że człowiek trzy wieki temu tak trafnie przewidział przyszłość. Nie wszystko się sprawdziło, musieliśmy nieco poprawić jego katastroficzną wizję ale i tak autor stał się naszym guru. W końcu to on zainspirował ludzi do poszukiwania lepszych, bezpieczniejszych planet. W naszym świecie mamy wszystko czego dusza zapragnie. "Czego dusza zapragnie.." - ciekawe, że to powiedzenie zachowało się w języku. Fakt jest faktem, mamy wszystko o czym pomyślimy, "dusza" nie ma z tym nic wspólnego. Lektura książki, którą czytałem w młodości wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie zauważyłem kiedy zrobiło się prawie ciemno. Dotknąłem włącznika światła lecz ono się nie zapaliło. Podszedłem do skrzynki z bezpiecznikami. Gdy ją otworzyłem, ze środka wypadły kolejne małe, twarde przedmioty, takie same jakie były w biblioteczce. Wypadły i błyskawicznie zniknęły. Odniosłem nawet wrażenie, że spadając musnęły mnie w policzek. Bez przesady, nie żyjemy w XXI wieku, żeby po domu gnieździły się jakieś myszy, muchy czy inne stworzenia latające. Czy dziewczyny poukrywały coś przede mną? Dotąd nic takiego się nie zdarzyło, ale kto wie? Lisa jest już w wieku, kiedy dziewczęta zaczynają używać do tych spraw, hm, pewnych pomocy naukowych, może to ten problem. A Nora? Może i ona tego potrzebuje. Trochę ją ostatnio zaniedbywałem... Było coraz ciemniej. Włączyłem lampę stojącą, ale rezultat był przeciwny do zamierzonego, światło stawało się coraz ciemniejsze. Nie słabsze tylko ciemniejsze, aż stało się całkiem czarne. Nic z tego nie rozumiałem. W końcu ogarnął mnie całkowity mrok. Po omacku, dotykając ścian, przedostałem się ponownie do strefy technicznej i w najniższej szufladzie, wśród starych, niepotrzebnych narzędzi natrafiłem na świeczkę. To taki stary, prehistoryczny ziemski wynalazek, kiedy pomieszczenia oświetlano żywym płomieniem, doprawdy nie wiem skąd się to tutaj wzięło. Wiedziałem, że to wielka nieostrożność ale nie miałem wyjścia. Były tam też zapałki, równie historyczne jak świeca. Udało się, zapałki i świeca były sprawne. Pojawił się maleńki, kołyszący się płomyczek, z którym bardzo powoli wróciłem do salonu. Kiedy tak posuwałem się jak ślepiec, nad głową słyszałem jakiś chrzęst czy chrobot. A może to było skwierczenie świecy? Cała ta sytuacja była absurdalna i irracjonalna. Od kilku stuleci jesteśmy panami naszego świata, ujarzmiliśmy źródła energii, światła, eliminację odpadów, mamy wszystko pod kontrolą. O braku zasilania czytamy tylko w starych kronikach. Usiadłem i zamknąłem oczy. Rozmyślałem, wspominałem czasy, kiedy korzystaliśmy jeszcze z energii słońca. Ale to było dawno, jeszcze na Ziemi. Dziś, w naszej nowej ojczyźnie, na planecie Regis III mamy wszystko - podane lekko, łatwo, bez wysiłku. Chodzimy do pracy, uczymy się, ale jest to raczej forma rozrywki. Z sentymentu za starą planetą stworzyliśmy nawet cztery pory roku, dzień i noc. Migający płomyczek świecy oświetlał nieśmiało książkę, która wciąż leżała otwarta na stoliku. Jej kartki były czarne! Wyjrzałem za okno - jak okiem sięgnąć pokrywał wszystko czarny pył, po czym ponownie zanurzyłem się w fotelu. Zbliżała się noc, a moich dziewcząt nie było. Wtem bezszelestnie rozsunęła się ściana wejściowa i obie moje panie, jak zwykle śmiejące się i rozgadane, pojawiły się w mieszkaniu. Wołały coś do mnie, ale nie miałem siły się odezwać. Słyszałem ich kroki i potrącane po ciemku przedmioty. Chyba mnie szukały bo w końcu usłyszałem nad sobą głos: - Mamo, tu jest tata, zasnął w fotelu - zawołała Lisa i natychmiast zamilkła. Stała tak dłuższą chwilę nieruchomo i bezgłośnie, wpatrując się we mnie, a ja czułem jej palący wzrok. W końcu nachyliła się i dotknęła mojej twarzy, po czym odwróciła gwałtownie i przewracając stolik, przeraźliwym głosem zawołała: - Mamo, mamo, choć szybko, tata jest cały czarny! Świeczka spadając ze stolika, zgasła. Wyciągnąłem przed siebie dłoń ale jej nie widziałem. Nie widziałem nic, słyszałem tylko dobiegający zewsząd cichutki szelest. Zamknąłem oczy. Władysław Edelman (ur. 1952) – autor opowiadań, humoresek i wierszy nagradzanych na wielu konkursach. W 2022 roku wydał Anomalie, w 2024 roku tom poezji Niepotrzebne skreślić. Mieszka w Zielonej Górze.

  • Dorota Czerwińska – dwa wiersze

    wena na jedenastym piętrze licząc od parteru w trzecim wierszu od prawej a w ósmym od lewej nikt nie zapalił światła pomimo że ciemno jest już od wpół do czwartej aż do ósmej rano nikt nie zapalił będąc w wierszu trzecim od prawej licząc i na jedenastym piętrze widnieje w czarnym oknie poświata księżyca może tam mieszka luna i właśnie przygląda się odbiciu własnemu w nieludzkim zachwycie ale od dwóch tygodni cholera dlaczego może warto podjechać zapukać rozważyć wejście do domu Luny w asyście policji bo ona niczym bomba zegarowa tyka nieprzejrzystość pomyślałby kto że to zwykły motyl między szybami rozłożywszy skrzydła ocienił słońce po obu stronach muru błądzi ranek twarz zakutana szmatą wyciągnięte ręce zaraz rozbije się o plecy nocy wyzwoli mgłę i otumani stumanione miasto ciągiem bez dat Dorota Czerwińska (ur. 1968) – nauczycielka oraz terapeutka pedagogiczna. Wiersze publikowała m.in. w "Afroncie", "Helikopterze", "e-eleWatorze", "Migotaniach", "Post Scriptum", "Akancie", "Przekroju", "Papierowym Żurawiu". Autorka objętego patronatem Polskiego Stowarzyszenia Haiku zbioru haiku nieboziemia (2024) oraz zbiorów poezji Ba!Lans! (2024) i Naloty (2025).

  • Maja Kulczycka – trzy wiersze

    nie jest hydrą nie patrz na jej rany kiedy odwrócono talię kart nie wiedziała jak przekazać że wcale nie jest hydrą jej rany to żadne pole do popisu dla rodzących bez bólu prostych i drobnych jak wykałaczki impulsów w poprzednim wcieleniu rozbłysła bladą iskrą na nieboskłonie otaczał ją ramieniem gwiazdozbiór oriona dlaczego więc teraz impas tasuje żongluje przerzuca ostre krawędzie asów w rękawie i dziewiątek na urodzaj choć powinna pielęgnować w sobie to światło nocą ale gdzieś zgubiono gdzieś zgubiono poprzedni biogram i na pytanie skąd przybyła musi objaśniać że horoskop w centrum oriona czeka na fortunne ułożenie gwiazd tasuje raz jeszcze dobra wróżka zwiastuje obietnicę nocy stroboskopy cellulit nagie foty umiejętności rodzenia nabywasz gdy rozstawiasz stopy krzywo na tantrycznej szachownicy dobra wróżka tasowała karty odporne na mansplaining jesteś boska siostro tyle że ja jestem bratem odpowiedz czy zatańczymy salsę nie jestem tu po to żeby deptać po palcach wszystkich mężczyzn którzy wierzą że wymiana śliny o smaku soplica malinowa to wątły akt miłosierdzia co uwiera detale na światło dzienne wynosi top anegdotkę miesiąca lepszy jest już tylko stanik bez push-upu komplement o kształtnej dupie w stringach po długiej sobocie – obietnica rozgrzeszenia ponad błogosławieństwo i linie wysokiego napięcia głos miała czysty i niski kontralt kumulował frazy drążył w skroniach nowe kanały półkoliste zanim zaśnie uklęknie nad oknem przeglądarki oświetli źrenice ślepym światłem żarówek jarzeniowych jak akumulatory fabryk sięgnie ponad własne linie wysokiego napięcia by wpisać: nowenna do Matki Boskiej wersja skrócona leczeniem wewnętrznej dysharmonii jest cisza konfesjonału wieże najstarszych katedr także sięgają ponad linie wysokiego napięcia Maja Kulczycka (ur. 2002) – studentka psychologii na Uniwersytecie Śląskim. Publikowała w ,,Tlenie Literackim”, pracuje nad debiutanckim tomikiem poetyckim. Mieszka w Katowicach.

  • Przemysław Jaźwiński – trzy wiersze

    pościelono trudna wyprawa po sen szukanie długiej przerwy pomiędzy enumeracją dni rozczarowuje szczegółami złudność zamykania oczu światło z sąsiednich okien wyświetla na powiekach kreskówkę na dobranoc rytm ustalonego oddechu myśli zacumowane obok bawią szwedzkie poduszki puzzlami chmurnego czasu wszędzie da się dojść pieszo bycie piechurem w ogóle nie wyklucza przystanków podpatruję drzewo zdejmujące powoli liście na noc owinięte szlafrokiem konary szukają pilota do snów na ekranie jeziora wyobraźnia wyświetla roje gwiazd faktycznie mało kto przechodzi obok lesistą pierzeją krucha trawa szeleści pod butami jak połać celofanu mój oddech kropliście wchodzi w dialog z pajęczyną szyszki wygrywają staccato na kapturze tanich słów skrzypiące deski tak wielu dawno schodzonych dróg każda z nich potrafi opowiedzieć historię z morałem szron od ręki rzeczywiście srebrzy hojnie nasze łany już wiem jak rimbaud zaklinał wiatr pod podeszwami szukam człowieka ponoć kiedyś dosyć często wyłączali prąd wysoki stopień zasilania nagle kradł dzień czas mierzono kapaniem wody z lodówek każdy wiedział gdzie leżą świece i zapałki odłączenie nazywano przekleństwem i ulgą krajalnice skrywały w sobie chleb na potem zamiast czterdziestolatka w pudle z okleiną można było zobaczyć jak przeciąga się noc brak połączenia z netem to teraz kataklizm właśnie zgasł zasób wszystkich bez wyjątku w błocie pozostały tylko awatary nicki hasła lampa na końcu drogi ma swą taryfę no limit Przemysław Jaźwiński – doktor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki, fotograf, perypatetyk. Wiersze publikował w pismach literackich oraz w antologiach i almanachach pokonkursowych.

  • Laura Alszer – trzy wiersze

    Erotyk wieczorny noc unosi sukienkę fen całuje skrzące uda gdy zrywa podwiązkę srebrzysta łuna sprawia że ślepnie Czarna koronka przeszukuję szafę żeby znaleźć tę jedną wyjątkową na dzisiejszy wieczór rubinowa szminka na ustach powieki błyszczą jak złoto maluję rzęsy kolorem twojej koszuli noc tańczy dla nas burleskę prywatny pokaz kokardki wstążki biodra pośladki ręce zachłanny wzrok obraca w popiół sukienkę powolne ruchy biodra pośladki i ręce sól na języku szybciej mocniej więcej Niech to szlag pamięć jest maszyną która wytwarza cienie przywołujące wspomnienia dawno niewymawianych imion noc zimną dłonią łapie mnie za kark żeby sprawdzić czy jest tak gorący jak tamtego dnia kiedy para owinęła się wokół szyi rysuję plac i mapę na niebie przerywaną kreską czarną jak w Back to black głos Amy we only said goodbye with words we only said goodbye* Rozbłyśniedź zbieram z asfaltu odpryski światła żeby ułożyć nowy poranek taki którego nie pochłonie mrok nawet jeśli chwyci ostrymi zębami wygryzie w ścianie czarnodziurę zostanie mi blask dnia na opuszkach nocnerzęta tułają się szukając pożywienia kiedy głaszczę zasypiają zwinięte w kłębki Laura Alszer – pseudonim literacki pod którym publikowała w „Ypsilonie”, „Akancie”, „e-eleWatorze”, „Wydawnictwie j”, „Kwintesencji”, „Mojej Przestrzeni Kultury”, „Czterech Zeszytach and after”. Jej wiersze można usłyszeć w Radiu MagMa.

  • Marek Kucak – trzy wiersze

    Pastwiska Nocą dajemy sobie dostęp do swoich baz Dezaktywyjemy wszystkie tarcze Nie musimy obawiać się ataku Zdemilitaryzowani biegniemy przez pola minowe Zamienione w łąki Mijamy wyrzutnie rakietowe Teraz to klomby Budynki wojskowe przeszły rebranding Ciepłe domy których nie otaczają druty kolczaste Nie tworzy się w nich strategii bombardowań Nie ma tam sztabu generalnego z dyktatorem Zamiast rozkazów z głośników leci "Piece of my hart" Jesteśmy sobie sojusznikami A więc chodź Niech ta noc zamieni się z nami Tak by łóżka były gwiazdami Patrzymy z boku na księżyc Pytasz mnie: Zrobiłam ci miejsce w snach Położysz się tam ze mną? Cudownie jest leżeć Together A te kostropate, szpetne i krzywe też się mogły wydawać ciekawe i pociągające. T. Konwicki W nocy obudziłem się z twoją twarzą na mojej twarzy Z twoją ręką pod moją ręką Z twoim tułowiem które usadowiło mi się zgrabnie Pomiędzy żołądek pęcherz i wątrobę Poznałem cię po smaku krwi Zapachu śliny Teraz byłaś tak blisko jak zawsze Chcieliśmy To może być dowcip Boga Ale zanim się skończy Wstaliśmy do łazienki Pośmialiśmy się przed lustrem Z naszych dwukolorowych oczu Jakby bursztyn spotkał się z niebem Z naszych dziesięciu palców u jednej dłoni I dziesięciu u drugiej Wziąłem głęboki wdech Przynajmniej teraz lepiej się oddycha Pomyślałem bo ty nie palisz i masz młode płuca Nasze umysły się synchronizowały Poznawałaś techniki rąbania drewna Koszenia trawnika Walki z cieniem Rodzaje gwintów w żarówkach Różnicę pomiędzy silnikiem dwusuwowym a czterosuwowym Przesyłanie danych z folderów miłość Na wspólnym serwer pewnie zajmie resztę nocy Twoje serce biło w tym samym momencie Twoje oczy widziały to samo co moje Uczyliśmy się chodzić prosto na czterech nogach Dla kogoś niewstajemniczonego Bylibyśmy potworem z Lovecrafta Dla siebie byliśmy Doskonali Zaczęliśmy nieśmiało tańczyć do "Marlene on the Wall” Gwiazdy za oknem zapalały się i gasły Fałszowaliśmy na dwa głosy I byliśmy tej nocy Sobie najbliżsi Ciemna strona Ziemi Jaka jest noc każdy widzi I mrok zgęstniały każdy pozna Światło ma pewność czerń ma czułość Początek ogon końca nosi Na schyłku stronie ton dotyku Gra jak na skrzydłach konik polny Finisz jest wszakże początkiem świtu Człowiek z ciemności się wywodzi I w ciemność wejdzie jak w noc ciepłą Kiedy całuje się dziewczęta Jak dobrze nieraz przy księżycu Wspomnieć mi ciebie choć odeszłaś Marek Kucak (ur. 1992) – studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Laureat kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikował w m.in. w „Helikopterze”, antologii Wiersze i opowiadania doraźne (2019, 2020). Finalista projektu Biura Literackiego na książkę poetycką (2019, 2020). Mieszka w Pawłowicach.

  • Marta Bocek – trzy wiersze

    Wielki Wóz Nie znam większej nocy niż tam. Nie trzeba zamykać oczu, tak jest gęsto, smoliście. Kto nieprzyzwyczajony, to strach, że nie widzi. Noc rozciąga się po równo we wszystkie strony. Pachnie wilgoć i papierówki. Psy zaczynają próbę chóru. Krowa wydojona, kury policzone, śpią, a może muszą, bo akurat są ślepe. Mleko przecedzone, porozlewane do baniek. Wszystko ustaje skąpane w czarnym syropie, to i dobrze, i źle. Dobrze, jak do łóżka i spać zaraz, bo jak nie, to źle. Smutki wychodzą, rozpamiętywanie jakieś, które w bólu pleców drzemało, tam w dole, w krzyżach, a teraz cicho i miękko, to wyłazi. Nie ma na kogo ani na co winy zwalić, rąk zająć, choćby grabiami, pszenicą dla kur czy kartoflami ze śrutem dla świniaka. Ale ona spała i śniła o krowie zdrowej i mlecznej, o wozie pełnym siana, kąpaniu w Tanwi, udkach z kurczaka, o kolorowych apaszkach, i o tym, jak wnuczka już będzie dorosła. Przedrzeć się przez to czarne. Smoliste. Nie znam większej niż tam. Zadrzeć głowę, bo tuż nad domem, którego zarys zawsze widoczny, świeci Wielki Wóz. Betelgeza Konstelacje to dziecięce zabawy w łączenie kropek. Lubiłam to, linia chwiała się, ale znajdowała brata, siostrę. Kapryśna pajęczyna. Byk, pies, trójkąt, ciało. Gwiezdne punkty gubią się, widzę tylko jasną geometrię lata: Deneb, Wega, Altair. Głodne ślepię Syriusza. Klejnot, czyli Arktur. Roześmiana Korona Północna. Zrozpaczona Kasjopeja. Do znudzenia Wielki Wóz. Łabędź, Orzeł i Lutnia. Zimą głaszczę ramię Oriona z Betelgezą, która podobno wybuchła, ale potrzebuje czasu na wyrok. Bellatrix, Rigel, Betelgeza. Jest czy jej nie ma? Imiona znaczące, trudne i piękne. Jak w niebie, tak i u nas, tu, na Ziemi. Nazwami ściągnęliśmy je dla siebie. Światło stało się jasne, bliskie. Jest czy jej nie ma? Wyciągam dłoń, ona jak Betelgeza śpi pod pachą, w lewo, podtrzymuje ramię, bije, teraz i potem. Łączę kropki. Wszystko staje się jasne. Nocny lot Tłumy zasiewają ból głowy. Czy to szary pies biegnie z pianą u pyska? Potem już cisza. Wszyscy poukładani w swoich fotelikach. Za czarnym okiem szum silników powinien uspokajać. Usypiać jak okrągła tabletka. Ale nie. Sen jak lot: opóźniony. Włosy układają się w macki. Przeżuwam i trawię twoje dłonie, usta, powieki. Nie chcą się wysłowić. Czy to szary pies biegnie? Podpełza na dzień dobry czuły pas lądowiska. Marta Bocek – poetka dwujęzyczna, autorka dwóch tomów, ostatnio Na zdrowie (2021). Laureatka konkursów im. G. Trakla i R. Wojaczka. Pisze po polsku, czasem inkrustuje wiersze gwarą cieszyńską. Publikuje w pismach literackich i w przestrzeni internetowej. Pracuje jako nauczycielka, mieszka w Czeskim Cieszynie na Zaolziu.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page