top of page

Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania

  • Gary Snyder – Długie włosy

    Sezon polowań: Raz do roku jelenie polują na ludzi. Robią różne rzeczy, żeby ich do siebie przyciągnąć; każdy jeleń wybiera konkretnego człowieka. Potem strzelają a człowiek musi wtedy obrać jelenia ze skóry, zanieść mięso do domu i je zjeść. Od tej pory jeleń jest w człowieku. Czeka i ukrywa się w nim, a człowiek o tym nie wie. Kiedy jelenie opanują wystarczająco dużo ludzi, wtedy jednocześnie uderzą. Nawet ludzie, którzy nie mają w sobie jeleni będą wzięci przez zaskoczenie i wszystko trochę się zmieni. To się nazywa “przejęcie od środka” Jelenie ścieżki: Jelenie ścieżki biegną po zboczach wzgórz             przecinają wiejskie drogi dojazdowe             wyżłobione do kości koleiny              wiejskie domy             obrócone w ruinę               Po pas przez krzewy manzanity Przez lepkie, kolczaste, trzaskające                         suche złociste letnie trawy Jelenie ścieżki prowadzą do wody, Schodzą się ze wszystkich stron Tworzą jeden dobrze wydeptany trakt – Znowu się rozchodzą I znikają nie wiadomo gdzie. Jelenie ścieżki pod autostradami             wiodą się do miast             zygzakami w zboża i sady             susami wzdłuż szkolnych płotów! Jelenie tropy i przecinające się zakurzone ścieżki Pojawiają się w domu: zbiegają ze ścian: Znajdują przystań w moich włosach  przełożył Mirosław Drabczyk   Gary Snyder (ur. 1930) – amerykański poeta, eseista, wykładowca i aktywista klimatyczny. Obszerną notę o jego życiu i drodze artystycznej zamieściliśmy w poprzednim numerze Suburbii. https://www.magazyn-suburbia.com/post/gary-snyder-obchodzi-urodziny

  • Mario Montalbetti – pięć wierszy

    Śpiew ptaków (dla Alberta Blanco) śpiew ptaków ukrytych w listowiu ledwo co sięga trzech sylab potem cisza potem znów sięga trzech sylab potem cisza to sposób ptaków, by nic nie powiedzieć potem znów trzy sylaby potem cisza i potem znów śpiew ptaków ukrytych w listowiu figowców trzy sylaby cisza znów to sposób ptaków,  by nic nie powiedzieć trzy sylaby cisza trzy sylaby ale śpiew jest piękny i regularnie się powtarza o zmierzchu i potem znów i potem znów i nic nie mówi Już cię nie kocham, maleńka Już cię nie kocham, maleńka teraz kocham konie.  Jutro pokocham wyspy a pojutrze jakiegoś ptaka. (Może za trzy lata znów pokocham ciebie). A potem będą krowy łaciate a potem będą minerały — no wiesz, miedź, żelazo — a potem będą miasta (jakaś tam żyrafa) a potem mosty. Wcześniej tęcza niż miłość do ciebie, maleńka już cię nie kocham teraz kocham kobietę która rozpuszcza swoje ciała w jesiennych deszczach rozświetlona / związana / zalana jaskrawym neonem ulicznej latarni. (Och maleńka) już nie (kocham cię Och kobieto) już cię nie kocham kocham tylko ulice które niosą mnie ku nocy podczas gdy noc nie jest już nocą lecz morzem a morze grobowcem lunatycznych oceanów, likierem. Wiersz na cześć V Krajowego Kongresu Filozofii Języka, Huampaní 26–28 czerwca 2010 jaka jest różnica między krową a językiem? krowa czym jest krowa?krowa pasie się przy drodze droga bierze zakręt i prowadzi do ogródka krowa przechodzi przez drogę bez ogródek język tego nie potrafi Znacznie mniej niż myśl Nie wierz w prawdę. Nie wierz w piękno. Nie wierz w miłość.  Usiądź przy fortepianie zadmij w róg szarpnij strunę i będziemy kwita. Nie podawaj mi tabletki gdy boli mnie głowa. Nie powtarzaj ze mną filmów które już widziałaś. Nie łudź się że jest coś  ważnego w tym co robisz. Nawet dobry uczynek nie jest tak dobry jak żaden uczynek. Ósma chmura lub dziewiąte niebo osobno pewnego dnia ciało samo w sobie wystarczy. Dorada Na pytanie: jak bardzo kochałeś? odpowiedz, jakby język, a jeszcze lepiej, jakby wino się skończyło. Powiedz, że musisz iść po więcej. Następnie naostrz nóż i wypatrosz doradę, która leży, wykrwawiona na podłym kuchennym kamieniu. I tym samym ostrzem oddziel to, co twoje od tego, co twoje. To jest twoje. z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Mario Manuel Bartolo Montalbetti Solari (ur. 1953) – peruwiański językoznawca, eseista i poeta, akademicko związany z Massachusetts Institute of Technology oraz Papieskim Uniwersytetem Katolickim w Peru.

  • Mary Noonan – dwa wiersze

    Najeźdźca  Spocząłeś na suchym lądzie, byłeś owłosionym ciężkim niezdarnym morsem ze skłonnościami do rozbijania mebli i wzniecania  świetlistych fontann z drobnych przedmiotów. Kuchnia kurczyła się, gdy w niej stawałeś, żeby na skrawku papieru robić listę zakupów, drżał  liść  limonki, gdy poranne letnie słońce prześwietlało jego żyłkowania Twój charakter pisma  Tak mogłyby pisać elfy zostawiające zamówienie dla szewca. Twoje ulubione danie salade de boeuf à la parisienne ,  wołowy przekładaniec przykryty srebrnym welonem – Szeherezada musiała takim przysłaniać ciało i twarz, kiedy snuła swoje opowieści, trzymając śmierć po drugiej stronie nocy. Jaskrawo pomarańczowe skrzydła Rusałki Admirała, szalona iskierka z pustyni Mojave kiedyś była pomidorem. Kromki chleba spod twojej ręki są cienkie niby króliczy obojczyk, nasączone pluskającą wodą albo koronką tkaną w beginażu z nici niemal niewidzialnej. Teraz cię widzę. Nie jesteś morsem lecz ostrygą, nieco zdumioną wzrastaniem wokół ziarnka piasku gdzieś w zagłębieniu morskiego dna, pozwalającą falom wciąż i wciąż przetaczać się po sobie,  muzyczna orkiestracja wszystkich mórz skupiona w opalizującej kropli otulonej  twoim płaszczem. Ćmy Doskonale nieruchomy, artysta siedzi  pod morwowym drzewem, któremu się przygląda. Trwał w tej pozie cały dzień. Białe ćmy wleciały do mego pokoju przez otwarte okno, zwabione światłem nocnej lampy. Teraz są już wszędzie – pokrywają  ściany, śpią w zakamarkach pościeli, łażą po butach na podłodze. Próbuję je unicestwiać gazetą, ale jest ich za dużo, kładę się między nimi. Wkrótce obsiadają mnie całą a ich łaskotliwe łapki suną w zagłębieniach oczu, drżą mi rzęsy   od dźwięków tysięcy łopoczących skrzydełek. Przewracam się w łóżku. Ćmy wylatują z moich włosów, przemykają po skórze czaszki i łona. Leżę i uśmiecham się. O poranku, w migotliwym welonie ze skrzydeł, przechodzę z sypialni do łazienki. Mijam artystę. Który zasiadł  obok akwarium patrząc, jak za szybą czarna pirania śmiga w zimnej wodzie. Czy on tu siedział całą noc?  przełożył Mirosław Drabczyk Mary Noonan – irlandzka pisarka, wykładowczyni literatury francuskiej na uniwersytecie w Cork, tłumaczka poezji Nervala i Baudelaire'a. Jej pierwszy tom Fado house  (2012) zdobył uznanie krytyki i przyniósł poetce kilka nagród. Tom drugi Stone girl  (2019) zawiera wiersze pisane w czasie opieki nad ojcem chorym na Alzheimera. Fascynacja twórczością francuskich symbolistów znajduje odbicie w niektórych wierszach Mary Noonan nasyconych melodyjnością i malarską ozdobnością. Motywem przewodnim wielu jej utworów są impresje podróżne, wspomnienia z dzieciństwa, nawiązania do mitologii i obserwacje przyrody.

  • Piotr Maur - dwa utwory prozą

    Strach na wróble Pewnego dnia mężczyzna, który tak naprawdę był strachem na wróble, oświadczył się dziewczynie wypasającej krowy. Dziewczyna wyśmiała go i poszczuła psami. Mężczyzna z rozpaczy zaciągnął się do legii cudzoziemskiej. Uczestniczył w wielu bitwach, zdobył wiele odznaczeń, zarobił mnóstwo pieniędzy, ale, gdy wrócił w swoje strony ani jego rany, ani medale, ani pieniądze nie robiły na dziewczynie, która teraz zajmowała się kozami, wrażenia. Mężczyzna jednak nalegał. Któregoś dnia dziewczyna rozerwała poły jego kurtki. „Spójrz!” – powiedziała. Mężczyzna podążył wzrokiem w miejsce wskazywane przez jej podbródek. Zobaczył do sękatego drąga, z którego był skonstruowany, przyczepione drutem i sznurkami serce. „Co z tego?” – zapytał. „Jak to co?” – wykrzyknęła dziewczyna „Może i masz wielkie i dobre serce, ale brak ci wielu innych rzeczy”. „Nikt nie jest doskonały – powiedział mężczyzna. „Ty także…” – dodał. Dziewczyna poczuła się dotknięta tą uwagą. Zrozumiała, że nawiązuje do opinii jaką powtarzają o niej głupie, zazdrosne, stare kobiety. „Może i jestem tanią dziwką, ale tak nisko jeszcze nie upadłam, aby zadawać się z kimś takim jak ty. Odejdź i nie wracaj nigdy. Jesteś tylko strachem na wróble. I choćbyś nie wiem co zrobił, strachem na wróble pozostaniesz!” Mężczyzna odszedł z krwawiącym sercem.  Znalazł sobie miejsce na polu, z którego mógł widzieć dziewczynę, i żeby  ona też mogła go widzieć, wbił się z całej siły w ziemię i znieruchomiał. Wkrótce, czując łatwy żer, nadleciały kruki i wrony. Jeden z kruków siedząc na jego ramieniu powiedział: „Nie ma co rozpaczać. Jesteś przecież w końcu tym kim jesteś”. Mężczyzna nie był pewien czy były to słowa pociechy, czy raczej podłe szyderstwo. Stal na polu, obserwował dziewczynę i rozmyślał o słowach kruka. Stał zatopiony w rozmyślaniach a tymczasem ptaki rozdziobały jego poranione serce. Potem już nie myślał. Kobieta, patyk, pies Kobieta spaceruje w parku z psem. Podchodzi do niej mężczyzna, podaje jej patyk i mówi: „Niech pani rzuci.” Widząc, że kobieta waha się, powtarza głośniej i mniej przyjaźnie; „No rzucaj pani.” „Nie tym tonem, proszę” – mówi oburzona kobieta i odwraca się plecami do mężczyzny ciągnąc za sobą psa, który właśnie zaczyna sikać. „Co pani robi?!” – mówi mężczyzna. Kobieta, zawstydzona, zatrzymuje się i próbując zatrzeć złe wrażenie tłumaczy, że nie chciała spuścić psa ze smyczy, bo on lubi uciekać, i, że tak naprawdę to on nie aportuje, i że ubrudzi się przy tej pogodzie. „Niech pani wreszcie rzuci ten cholerny patyk!” – wrzeszczy mężczyzna. Kobieta wystraszona rzuca patyk całkiem daleko i spuszcza psa ze smyczy. Mężczyzna startuje razem z psem i ku zdziwieniu kobiety pierwszy dopada do rzuconego patyka. Przynosi go w zębach kobiecie, mimo że pies przez całą drogę próbuje wyrwać mu patyk. Bawią się tak jakieś dziesięć minut. Aż mężczyzna mówi: „No dobra, dość, jestem wykończony.” Ale pies ani myśli skończyć, zorientował się już, że nie o prostą zabawę tu chodzi, i chciałby za wszelką cenę wyrównać stan rozgrywki. Kiedy mężczyzna nie chce już więcej aportować pies rzuca się na niego. Wywiązuje się krótka, zajadła bijatyka. Mężczyzna jest jednak silniejszy i zna obezwładniające chwyty. Pies zdaje się rozumieć swoją coraz trudniejszą sytuację. Ale jest już za późno. Kobieta rzuca patyk wprost do rwącego potoku. Pies desperacko rzuca się za nim. Kobieta zapina mężczyznę na smycz i razem, wracają do domu.  Piotr Maur (ur. 1963) – poeta, prozaik. Opublikował książki: siedemdziesiąt sześć  (1996), 28 i 5 (2002), Bezmiar miłości  (2006), Pogrzebowe obrzędy, miłosne ceremonie  (2010), Po papierosy i z powrotem  (2015). Obecnie mieszka w USA.

  • Radosław Biniek – dwa wiersze

    ALL INCLUSIVE nigdy nie pozwalali więc wyglądam przez okno i mocno wciągam powietrze pędzący świat czuję go na kilometr to miejsce gdzie teraz jestem jest inne jakby moje zostań! zostań! więc czekam czekam zapach oddala się światła znikają dobrze że osikałem koła ślady opon same zaprowadzą do domu trzeba tylko przegryźć sznurek VENTUS ES ET IN VENTUM REVERTERIS ptaki nie mają grobów nie usypują kurhanów nie stawiają sobie piramid rozkładają się w powietrzu pióra zmieniają w wiatr dusze ptaków unoszą się w lekkim podmuchu wróblego zgiełku w bryzach mew w huraganach orłów moc wiatru jest wprost proporcjonalna do ptasiego lotu nieba pochowanego za horyzontem Radosław Biniek  (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej  Joint The Vision. Publikował w „thefragmentach”, „Helikopterze”, „Toposie”, „wydawnictwie j”. Autor tomów: Śladomość  (2019), Skądinąd  (2020), Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach  (2021), 30 dni królika  (2024). Laureat konkursów literackich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze.

  • Michał Piechutowski – cztery wiersze

    Pies Lokalny patriota Broni przed obcymi Lokalu mieszkalnego Jak niepodległości Gotowy Do każdego poświęcenia Jak żołnierz Cesarskiej Armii Japońskiej Śmierć To zaszczyt Dlatego muszę uważać Wracając do domu Bo sąsiad-alkoholik Zapomina Domykać drzwi Wiewiórka Drogę przebiegła Roztargniona wiewiórka To szczęście czy pech? Chyba zjawisko Ezoterycznie obojętne Nawet nie skojarzyła mi się Z tobą Nigdy nie miałaś Aż tak rudych włosów I wanna be your dog Jestem ci psio oddany Patrzyłbym wiernie w oczy I odgadywał polecenia Nie grymasiłbym przy misce Cieszył każdą chwilą spędzoną z tobą Zniósłbym najgłupsze psie przebranie Ale ty wolisz koty Streszczenie wykładu Od kiedy skład atmosfery uległ zmianie (Zabrakło w niej jednego składnika - twojego oddechu) Niektóre okazy niedużych i lekkich roślinożerców Musiały podjąć wzmożoną walkę o byt Szczególnie jeden – Najpierw zmienił nawyki żywieniowe I przeszedł na bardziej oportunistyczną dietę To spowodowało wzrost masy ciała Kosztem szybkości i zwinnego poruszania się Niedostatki zrównoważył sobie Wzrostem poziomu agresji A nawet wytworzył zęby jadowe Którymi kąsa dotkliwie i wyjątkowo boleśnie Przestał już być już konsumentem pierwszego rzędu Zaczął przejawiać zachowania Typowe dla właściwych drapieżników Jednak niechęć do podejmowania wysiłku powoduje Że nie gardzi padliną Mimo wszystko dał się oswoić Niestety dużo je i nie ma Większego znaczenia gospodarczego Ciekawostką jest to Że w jego genach zachowała się pamięć O tym kim był przed zmianami klimatycznymi Czytała Krystyna Czubówna Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.

  • Urszula Morga – pięć wierszy

    minu/ta ciszy boli kiedy giną endemity ludzie specjalnej czułości zwierzęta, których mowy nie dane nam było zrozumieć rośliny, o istnieniu których nie mieliśmy bladego pojęcia dzikie plaże, gdzie szum morza nie musiał nikogo przekrzykiwać lasy bez sideł, pola bez upraw literackie czasopisma, których ostatnie wydania kurzą się w bibliotekach a my już nie zdążymy nic w nich opublikować boli kiedy giną endemity coraz częściej celebruję życie minu/tą ciszy kultury bakterii inwazyjne gatunki, które zagrażają rodzimym, należy eliminować wszelakimi sposobami powiedział mężczyzna którego ego wypełniło cały wagon pociągu relacji Gdynia - Katowice patrzę na moje dłonie na nich miliardy lat istnienia a długość życia całego pokolenia trwa zaledwie godzinę oto uczę się pokory od kultur bakterii bez znieczulenia zoperuj mnie bez znieczulenia pozwól poczuć jak staję się gorszym gatunkiem podziel moją tuszę na elementy daj doświadczyć polowania, zjadania zapnij na łańcuch wydój, zedrzyj skórę a potem wybudź mnie ze świata, w którym zabija się dla satysfakcji nie przetrwania wie/rzę skaczę wzrokiem po gałęziach szukam schronienia w ciasnej dziupli szpaka uważnie śledzę jak wiatr zaplata wierzbom warkocze niespiesznie liczę i kataloguję igły na sośnie ślimaczę się po pniu topoli zostawiając na korze lepką linię życia a potem spadam jak kasztan roztrzaskując się o ziemię by pęknięta skorupka odsłoniła delikatną prawdę że wie/rzę wyłącznie w naturę człowiek/człowiekowi moknę choć nie pada przemakam od łez z tęsknoty za światem gdzie człowiek człowiekowi wilkiem nie człowiekiem Urszula Morga – laureatka XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Janusza Różewicza. W 2024 roku zadebiutowała tomem poetyckiem fundamenty . Autorka dwóch książek dla młodego czytelnika Panda Bonia oraz O rzece, która szukała morza. Na co dzień reżyserka i lektorka - prowadzi w Gdyni studio animacji Esy-floresy. Aktywistka i orędowniczka idei miasta wielogatunkowego. Chodzi swoimi drogami jak kot, choć jak pies przywiązuje się do ludzi, nie do miejsc. Wierzy w Naturę.

  • Arkadiusz Sieroń – Zgubiliśmy pańskiego kota

    – Przepraszam, ale zgubiliśmy pańskiego kota. – Jak to zgubiliście? – Grzegorz był zmęczony powrotem do kraju. Miał zgarnąć Mruczka w drodze do domu i położyć się spać. Nie spodziewał się komplikacji. Zostawił przecież kota w ekskluzywnym hotelu dla zwierząt. – Nie ma go tam, gdzie powinien być – wyjaśnił młody pracownik. Wyglądał na dwadzieścia parę lat, a jego rzadki zarost nagle zaczął niebywale denerwować Grzegorza. – Już jakiś czas – dodał, a ironiczny, nieprzystający do sytuacji, uśmiech nie schodził z jego twarzy. – O Boże, kiedy to się stało? – Trudno powiedzieć, nie zostawił listu. Kilka dni będzie. – Dlaczego nie zadzwoniliście do mnie? – Liczyliśmy, że się znajdzie. Nie chcieliśmy też panu psuć urlopu. I nie mogliśmy znaleźć numeru telefonu. Trudno powiedzieć. Mamy tutaj ostatnio małe zamieszanie. – Mieliście go pilnować! Tym się chyba zajmujecie? Szukaliście go w ogóle? – krzyczał Grzegorz. – Ma się rozumieć. Dzwoniliśmy do Departamentu Psów: aż wyrywali się, aby go znaleźć. Ostatecznie nie daliśmy im tropu. Znaczy się zlecenia. Uznaliśmy, że być może chciałby pan odzyskać swojego kota żywego. – Oczywiście, że żywego! Czy wy do reszty oszaleliście? Proszę oddać mi natychmiast mojego kota! – Proszę nie wrzeszczeć. To źle wpływa na zwierzęta – młody człowiek zganił Grzegorza. Po czym dodał, wyszczerzając zęby: Jeszcze gotowe pouciekać przez ten hałas. Grzegorz opadł bezwładnie na stojący za nim fotel. Zrobiło mu się gorąco. Odpiął górny guzik koszuli, przetarł czoło chusteczką, wziął łyk mineralnej. „Tylko spokojnie, oddychaj, za chwilę poprosisz kierownika i wszystko się wyjaśni” – uspokajał się w myślach. – Jak już panu mówiłem – podjął pracownik – pański kot niestety… jakby to ująć… nie był… – Nie był dostatecznie pilnowany. No i się zgubiła biedaczyna – przerwał mu łysy mężczyzna z lekką nadwagą, który wszedł właśnie do recepcji. – Kim pan jest? – wybąkał Grzegorz. Był coraz bardziej zmęczony i zdezorientowany. – Alojzy Gamajda, jestem kierownikiem hotelu. Wie pan, że założył go mój prapradziad, w czasie pierwszej wojny światowej, by ludzie mogli zostawić zwierzęta pod opieką i całym sercem oddać się wojowaniu? Ale to tylko taka dygresja. Chciał pan ze mną rozmawiać, prawda? Grzegorz spojrzał zdumiony. Wymamrotał: – Prawda, chciałem, ale nie zdążyłem tego powiedzieć. To skąd… – Mniej więcej po takim czasie klienci żądają widzenia się z kierownikiem. – To wy regularnie gubicie zwierzęta? Czy to żart z ukrytą kamerą? Jeśli tak, to zupełnie nieśmieszny! – Skądże, to nam się bardzo rzadko zdarza. Tych kilka przypadków rozdmuchała prasa. Jesteśmy profesjonalistami, ceny mówią same za siebie. – Kierownik zrobił pauzę, w trakcie której wydawał się coś rozważać. Wziął głęboki wdech i wyrzucił szybko: – A nie chciałby pan może innego kota? Mamy nawet tej samej rasy, kłębuszek w kłębuszek jak Mruczek. A do tego młodszy i – to już moja subiektywna opinia – przyjemniejszego usposobienia. Grzegorza zamurowało. – Możemy dorzucić papużkę. Mamy akurat jedną. – Kierownik zerknął w komputer. – Albo żółwia. – Nie chcę innego kota, chcę Mruczka! Chwila, czy pan mnie chciał właśnie przekupić żółwiem? Dość tego, dzwonię na policję! – Ach, po co te nerwy, szanowny panie! To był tylko żart. Dla rozładowania atmosfery. Gdy pan powiedział o tej ukrytej kamerze, to pan trafił w sedno – cały obiekt jest monitorowany. Niech pan jedzie do domu się przespać, a my w tym czasie obejrzymy nagrania i na pewno znajdziemy Mruczka. Co pan myśli? – Sam nie wiem – Grzegorz zaczął niepewnie, ale był wyczerpany podróżą i tą sytuacją – Dobrze, to czekam jutro na telefon. I lepiej, żeby Mruczek się znalazł. Ja znam pewne osoby! – pogroził niejasno na odchodne. W domu rzucił się na łóżko i zasnął jak kot, to znaczy suseł. Śnił mu się Mruczek, ale sen był bardzo dziwny: jego pupil stał na czele rewolucji. *** Nikt z hotelu nie zadzwonił, mimo że dochodziło już południe. „Czy oni nie mówili, że zgubili mój numer?” – Grzegorzowi przypomniało się mgliście. Sam zatem zatelefonował, ale nikt nie odebrał. Postanowił, że tam pojedzie. Gdy dotarł na miejsce, coś mu nie pasowało. Nie był jednak w stanie określić, co dokładnie. Dopiero gdy wyszedł z auta i zbliżył się do budynku, zorientował się, że zniknął szyld hotelu. Wszedł do środka ze ściśniętym gardłem. Tam, gdzie jeszcze wczoraj znajdowała się recepcja, była pusta przestrzeń. Poza kilkoma zdezelowanymi meblami wszystko zniknęło. – Halo, jest tu kto? – zapytał, choć nie liczył na odpowiedź. W pomieszczeniu panowała głucha cisza. Przerwał ją dopiero szloch Grzegorza, który zrozumiał, że już nigdy nie zobaczy swojego kota. *** Tymczasem na dachu budynku dwaj obserwatorzy odprowadzali Grzegorza wzrokiem do samochodu. – Dobrze się spisałeś, Alojzy! Oto koperta: tak jak się umawialiśmy – wymruczał Mruczek, dopalając cygaro. – Viva la revolución! – rzucił na odchodne i skoczył na sąsiedni dach. Arkadiusz Sieroń  (ur. 1988) jest poważnym doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych, ale w przerwach między malwersacjami finansowymi a kąpielami w złotych monetach udaje mu się powiedzieć coś śmiesznego. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii UWr. Oczywiście kocha swoją pracę, ale postanowił spróbować sił w pisarstwie. W chwilach wolnych od pisania podróżuje i zdejmuje obrazy za pomocą światła. Uwielbia muzykę i zachody słońca (wschody też są piękne, ale rozgrywają się za wcześnie).

  • Leszek Pułka – dwa wiersze

    Lato w Cagliari poza nadmorskim korso nawet najwytrawniejsi geodeci nie wyznaczyli tu ulic które są poziome przekonany że czas i przestrzeń są niepodległe instrumentom mierniczym idę zawsze pod górę lub w dół przesłaniając oczy lub wielbiąc  płatki twoich uszu łaskotane światłem jak kwiaty magnolii zamykając dendrologiczną aplikację z wolna unosząc głowę  pytam nieznanych drzew czy jest dla nas miejsce  w ich snach chwilę później  nieopatrznie płosząc kota łowcę ptasich piórek rozumiem jesień  niebawem  i tak wszystko zrówna  do szelestu Psie kolory A co by było gdyby pieski ogon miały niebieski Białki Czarusie Śnieżynki Pinezki uszy sterczące a ogon niebieski Pikusie Klopsy Kropki i Kreski jęzor różowy ogon niebieski I tylko latem Gdy łąki złocone może się zdawać, że są zielone Potem na powrót aporty skoki i arabeski poduszki łap czarne ogon niebieski Na nic pretensje gwizdy szczekanie ogon niebieski i tak już zostanie Leszek Pułka (ur. 1956) – poeta, krytyk, historyk literatury i medioznawca. Debiutował w obiegu niezależnym zbiorem Defekty fetysza  (1979). Opublikował tomy: Made in Poland, Tak tylko w cyrku, Niepokalane, Pomiędzy wierszami. W 2023 roku ukazała się Wieża Monatigne’a, rok później tom Osobne . Wiersze drukował m.in . w „Więzi”, „Twórczości”, „Formacie Literackim” i „Odrze”.

  • Aleksandra Szymkowiak – Gołąb woła na bis

    W sypialni powinna panować cisza. Oto rytuał: Ania przed snem włącza w telefonie tryb samolotowy, odwiesza szlafrok i kremuje dłonie. Zapach jaśminu pomaga jej się zrelaksować. Wchodzi do sypialni, zapala lampkę i wybiera książkę, najczęściej jakiś reportaż. Wślizguje się pod kołdrę. Od kilku miesięcy nie musi jej z nikim dzielić. Wieczorny spokój mąci ból zęba. Przychodzi nagle; jest tępy i intensywny, przeszywa nerwy i uderza aż do skroni. Kobietę mdli na samą myśl o kolejnej wizycie u lekarza. Pół roku temu w przychodniach spędzała całe tygodnie. Leży cierpliwie i przełyka ślinę, która smakuje żelazem. Wie, że prędko nie zaśnie. Próbuje czytać, ale przychodzi Marcin. Od roku są małżeństwem. Mężczyzna siada niezdarnie na łóżku i wyciąga piżamę spod własnej kołdry. – Jak twój dzień? – pyta. – W porządku. – Co robiłaś? – Nic konkretnego. – Ania nie odrywa wzroku od książki. – To pogadane. – Masz jakiś problem? – Chcę wiedzieć, jak twój dzień. – Kiepski jak zawsze. – Rozmasowuje palcem dziąsło. – Przesadzasz. – Zapytałeś, to odpowiadam. – Okej. A nie jesteś ciekawa, jak mój dzień? – Jak twój dzień? – Kiepski jak zawsze. – Nie nabijaj się. – Kobieta wkłada do uszu zatyczki. Ból zęba wżera się w całe ciało. Ania mruży oczy. To pewne, jakiś ptak postanowił wydziobać jej mózg. Próbuje odkręcić słoik z lekami. Długo się z nim mocuje, dłonie ma śliskie od kremu. Mogłaby poprosić męża, ale woli pomóc sobie rąbkiem poszwy. Plastikowe wieczko w końcu odskakuje. Połyka tabletkę ketonalu. Cierpki smak pigułki miesza się z krwią. – To dobranoc. – Dobranoc. Odwracają się do siebie plecami i zanurzają we własnych myślach, które co wieczór krążą wokół seksu. Nie kochali się od tygodni. Przestali już liczyć, od ilu dokładnie. Kiedyś zbyt wiele odmierzali. Zapisywali daty poronień i slogany motywacyjne z kliniki. Odznaczali w kalendarzu każdy stosunek, początek i koniec owulacji, godzinę i minutę wytrysku. Ciszę w sypialni przerywa miarowe stukanie. Ania wyciąga z uszu zatyczki: – Słyszałeś? – Co? – To trzaskanie za ścianą. – Pewnie jakiś ptak wpadł do szybu. – Marcin przykłada głowę do ściany. – Brzmi jak gołąb. – W radiu podawali, że jakaś rodzina z Hiszpanii żyła z rojem os za ścianą. Musieli wezwać straż, żeby ich nie zagryzły przez sen. – Patrzy na mężczyznę, ale ten nie odpowiada. Ciszę w sypialni zakłóca gruchot zza ściany. – Co, nie słuchałeś? – Słuchałem. – To o czym mówiłam? – O pszczołach i parze z Hiszpanii. – I masz jakieś przemyślenia, czy to tyle? – O co ci znowu chodzi? – Odwraca się w stronę żony. – Ty to od razu się irytujesz. – Bo tobie zawsze coś nie pasuje. – To czego ty byś chciał? – Może porozmawiać. Przytulić się przed snem. – Już rozmawialiśmy o tym na sesji. Non stop mi to wypominasz. – Wypominam? – Tak – zamyśla się. – Czy nie możesz wypierdolić stąd tego jebanego gołębia? – Jak, dzwonić po straż pożarną? Dzień dobry, wprawdzie jest środek nocy, ale mamy gołębia w szybie wentylacyjnym. Pomogą panowie? Opanuj się. Problem to będzie jutro, jak nam zgnije. – Jezu, czy ty musisz być tak obrzydliwy? – Paniusia się znalazła. Może jeszcze załóż ten jedwabny szlafroczek. – Mówiłbyś tak, gdybym nie straciła ciąży? On rozchyla usta, jakby chciał odpowiedzieć, ona przygląda mu się wsparta na łokciach. Milczą. Obracają się na plecy i splatają dłonie na piersiach. Żona opiera głowę o bark męża, uchem muska jego obojczyk. Zaczyna nucić kołysankę, którą matka śpiewała jej w dzieciństwie. Idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd. Gwiazdki błyszczą i migocą, aż wyjrzały ptaszki z gniazd. Jak wyjrzały, zobaczyły, to nie chciały dłużej spać. Kaprysiły, grymasiły, żeby im po jednej dać. Gwiazdki nie są do zabawy, tożby nocka była zła. Jak usłyszy kot kulawy, śpijcie, ptaszki, aaa… Melodii wtóruje pohukiwanie gołębia; woła na bis. Kobieta podnosi jedną rękę ku górze i powoli przesuwa dłonią, jakby wygładzała powietrze. Tak jak w dzieciństwie sięga się do sufitu po gwiazdy. Mała też by tak robiła. – Dawno jej nie śpiewałaś. – Komu? – No jej. – Przestań. – Słyszę ją czasem, tak, jakby była obok. – Dotyka brzucha żony. – Pewnie bałaby się tego hałasu. – Jeszcze powiedz, że jest z tym ptakiem. – Może ona czeka, aż ją wypuścimy? – Marcin prostuje się na łóżku. Ptak łomocze skrzydłami o ściany szybu. – Chodź, pomóż mi ją wyciągnąć. – Chyba żartujesz. – Gdzie mamy śrubokręt? – Ona wcale nie chce, żebyśmy ją wyciągnęli. – Nie wygaduj bzdur, tylko się odsuń. – Próbuje podważyć kratkę. Na zmianę szarpie i wali w nią pięściami, ale metal jest za mocno przytwierdzony. Gołąb podlatuje pod sam otwór. Ania kładzie się z powrotem. Przejeżdża palcem po dziąsłach; są chropowate. Marcin wraca do żony i przykrywa się kołdrą. – Możemy spróbować jeszcze raz. – Przytula kobietę. – Przecież nie wyważysz tej kratki. – Chodzi mi o to, żebyśmy zaczęli od nowa. – Aha. Teraz? – Proszę, nie zaczynaj. – To ty zacząłeś. – Bo czasem, kurwa, chciałbym o niej porozmawiać. – Po co? – Pocałuj mnie na zgodę – odpowiada jej po chwili. Kobieta zaciska wargi. Krzywi się, kiedy język męża dotyka jej ust. Sama nie wie, dlaczego. Może przez wyrzuty sumienia. Nie chciała zaczynać tego tematu. Całuje mężczyznę jeszcze raz, ale znowu się krzywi. To pewnie ból zęba. Od kilku minut dokucza jej coraz bardziej. – Powinniśmy byli poczekać ze ślubem. Ciężar tych słów ściska ją w piersi. – Co masz na myśli? – Tak tylko mówię. – Chciałaś, żebym ci się oświadczył. – Marcin głośno przełyka ślinę. Gołąb przestaje się szamotać. Nastaje cisza. – Tęsknisz za nią czasem? – pyta po chwili. – Dobranoc. – Ania z powrotem wkłada zatyczki do uszu. Odwraca się na drugi bok i ciasno otula kołdrą. Zagryza zęby. Ketonal nie pomógł, a ból coraz śmielej rozsadza czaszkę. Kobieta chucha na dłoń i przyciska ją do nosa. Śmierdzi krwią. Przejeżdża językiem po podniebieniu. Z dziąsła wyrasta jej pióro i pęcznieje w buzi. Aleksandra Szymkowiak (ur. 2002) – studentka psychologii, badaczka i początkująca pisarka. Publikowała na stronie "Odry". Mieszka we Wrocławiu.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page