Znaleziono 644 wyniki za pomocą pustego wyszukiwania
- Elazar Benyoëtz – Światło jego pytań
Aforyzmy Co słowo oświetli, zdanie musi objaśnić Zadanie myślenia: uczynić dającym się pomyśleć Ideę prześwietlił jej własny cień Granice, które znamy, już przekroczyliśmy Jeśli coś ci nie gra, musisz się nastroić Prawdę się popiera dowodami, a nie dowodzi poparciem Co chce trwać, nie może stać w miejscu We śnie konwencje nie zmrużają oka Odnaleziony Bóg jest zawsze straconym Bogiem, a nie tym poszukiwanym Taki obraz: Drzewo Poznania i każdy stoi na innym liściu Dobro jest strefą chronioną przez zło Wolność słowa zapobiega zniewolonym myślom Jeśli brak ci bożego daru, musi wystarczyć co łaska Podrzędność błaga o zrozumienie, potęga je narzuca Kto widzi światełko w tunelu, temu krzyżyk na drogę Nadzieja – rozbłysk gasnący z prędkością światła Pokój istnieje tylko wtedy, gdy ludzie nie tylko sprzeciwiają się wojnie, ale także zwycięstwu Dopóki milczysz, nadal masz coś do powiedzenia Milczenie innych rozumie się pod warunkiem, że można je znieść Najczęściej pytania nie chcą, żeby na nie odpowiadać, tylko żeby przez nie przejrzeć Humor – iskierka w czarnej rozpaczy Każdą Viktorię trzeba wyptaszkować Gdy już znajdziesz, łatwiej będzie ci szukać przełożył z niemieckiego Paweł Marcinkiewicz Elazar Benyoëtz (właściwie Paul Kloppel) – pisarz urodzony w 1937 roku w Wiener Neustadt w rodzinie austriackich Żydów, uważany za mistrza jerozolimskiej niemczyzny. Gdy miał rok, jego rodzice wyemigrowali z nim do ówczesnej Palestyny. W 1959 roku zdał egzamin na rabina, ale nigdy nie pracował jako rabin. W 1962 roku Benyoëtz wyjechał do Niemiec, gdy nie było jeszcze stosunków dyplomatycznych między Niemcami a Izraelem. W Izraelu był za to ostro atakowany, jako Ocalony, który chciał zamieszkać w kraju odpowiedzialnym za Szoa. Dla niego była to potrójna podróż: do Niemiec, do języka niemieckiego i do Mojżesza Mendelssohna, ważnego filozofa oświecenia. Dzięki Fundacji Forda Benyoëtz rozpoczął w Niemczech projekt badawczy, który filozof Theodor W. Adorno pochwalił jako ważny i produktywny: opisanie żydowskiego wkładu w niemieckie piśmiennictwo aż do czasów współczesnych. Dzieło to dostępne jest w 21 tomach pod tytułem Bibliographia judaica i wymienia wszystkich żydowskich autorów, którzy kiedykolwiek opublikowali jakikolwiek tekst w języku niemieckim. W 1969 roku Benyoëtz powrócił do Izraela, ale mimo iż debiutował w języku hebrajskim, od prawie 60 lat pisze niemal wyłącznie po niemiecku. Mieszka obecnie w Tel Awiwie i Jerozolimie, jest stałym gościem na spotkaniach autorskich w Niemczech, a jego literatura – głównie aforyzmy – staje się coraz bardziej obecna w świecie niemieckojęzycznym. Od 2017 roku wydawnictwo „Königshausen & Neumann” wznowiło około dziesięciu jego książek oraz opublikowało kilka nowych. Tylko w 2021 roku ukazały się Finden macht das Suchen leichter, Die Zukunft sitzt uns im Nacken oraz Fazittert. Eine Spätlesung. Aforyzmy pochodzą z przygotowywanej do druku książki Benyoëtza W świetle pytań, która ukaże się w przyszłym roku w przekładzie Pawła Marcinkiewicza.
- Lluïsa Lladó – Arki Wisławy
Suwerenność Przenosić się z miejsca na miejsce jak owad, co czmycha przed światłem i szuka otuchy w odgłosie silnika zamrażarki. Popod szynami pociągów, wśród obłych kamyków, zbłąkane korsarstwo – zawsze – znajduje się w błędzie. Kaszmir i Moher Na odmiennych równoleżnikach – ty i ja – usiąść naprzeciw siebie niczym dwoje obcych na Syberii. Niespójność – tak splątać się bez odzienia – krótkotrwały rozejm. Niczym dwie wełniane nici zasupłane w demencji. Moja ma kolor nadziei. Jaki kolor ma twoja? Dziennik pokładowy z Pallares Lilian powiedziała mi ze spokojem typowym dla nas, dziedziczek daru jasnowidzenia: – Luiso, w jakimś innym życiu mieszkałaś w Polsce. Masz połączenie z Wisławą. Kolaż Co wyszło z czerstwego chleba? A ze skórek od sera? Co się stało z każdym słowem, gestem i zapiskiem? Gratulacje, zdjęcia i pocałunki odciśnięte na szklankach. Wyszła nam miłość. Odkurzyliśmy parujący talerz makaronu. Babcie na całym świecie gotowały kurczaki w letnie popołudnia. Takie jest życie. Wyszła nam miłość. Zeszyty Wisławy Wisława podała mi rękę, abym się nie zgubiła. Pomyślała – kolejna, co ucieka przed Yeti i wierzy w człowieka i w teorię Darwina; co konwulsyjnie kolekcjonuje przeżycia. Zbyt wiele podróży dla współplemieńczyni, która lubiła lewą stopę buta i dla innej, która w czerwonych szpilkach jest jak Dorotka ze zbyt wieloma ochroniarzami. Co za szkoda, gdy jakieś zwierzę wymiera. Dekadencja kabaretu i jego sztuk walki. Geneza Ja, siedząca w kącie kawiarni Twych pożegnalnych świtów, wdychałam popiół z Twojego ostatniego papierosa. Jak dwie kotki – jednakowe, lecz różne. Wszechświat Będzie to trwało tak długo, jak przewidziano, więc jeśli chcecie się uratować; chodźcie i posłuchajcie poetyckiego słowa, Arka czeka, najpierw filozofowie o lwich czuprynach, odaliski martwych języków, wsiadajcie bez zwłoki do Arki Szymborskiej. przekład: Amelia Serraller Calvo i Alicja Kudelska Lluïsa Lladó (ur. 1971) – studiowała projektowanie i sztuki plastyczne w Castellón w Hiszpanii. Była laureatką 5. Międzynarodowej Nagrody Poetyckiej Miasta Segovia (2014), finalistką konkursu na mikroopowiadanie Surowa zwięzłość. Literatura w czasach zapaści (Oxford, 2020) . Poezja Lladó pojawia się w dwujęzycznych antologiach San Diego Poetry Annual 2016-2017/2020-2021; w antologii Poeta w Nowym Jorku. Poeci Ziemi i Księżyca poświęconej Federikowi Garcíi Lorce (2018) oraz w Antologii Współczesnej Poezji Hiszpańskiej Cała reszta jest Ciszą ( 2015). Lladó od dekady prowadzi blog https://elcohetevolador.blogspot.com/. fot. Georgia Iordache
- Mary Noonan – pięć wierszy
Rue St Paul Widzę ich niepewnych w małym pokoju, który wynajęłam im w hotelu du Septième Art na Rue St Paul. Para pod pięćdziesiątkę, z Irlandii. Hotel stał przy ulicy zawalonej sklepikami ze starociami. Czy wyglądali tam obco? Wcześniej mieszkali w Londynie i w mniejszych miasteczkach, ale w ich żyłach płynęła krew małej parafii hrabstwa Cork. Jestem dziś starsza niż oni wówczas W tamtych niemodnych ubraniach i obciachowych fryzurach Przystanęli obok łoża na tle ściany pokrytej czarnobiałymi plakatami – Bogie, Bacall, James Dean – wyłożyłam im plan zwiedzania, przejazd Od kościoła Sacré Coeur do Wieży Eiffla, potem przejażdżka łodzią Po Sekwanie, zgodzili się chętnie na tę banalną odmianę turystyki. Moja matka, którą nakręcała menopauza, wczesnymi rankami wychodziła spotykać Dzikie koty w dzielnicy. Nie wiem, czy spotykała tam duchy zwierząt z królewskiego ZOO. Ojciec przeglądał strony francuskich wyścigów konnych usiłując rozgryźć system obstawiania gonitw. Dogadał się nawet z portugalskimi emigrantami z lat pięćdziesiątych, którzy żyli na ulicach, Kiedy szalała tu gruźlica. Stałam tam z nimi patrząc na fasadę taniego hotelu, jego marna imitacja Hollywoodzkich tęsknot nijak nie pasowała do okolicznych siedemnastowiecznych domów, w których Widma kupców i zakonników wciąż chrobotały między belkowaniem dachów. Widzę moich rodziców Stojących obok łóżka w tym małym pokoju, desperacko starających się pokazać, że owszem, Rozumieją, o co cały ten zgiełk. Mam nadzieję, że byłam dla nich dostatecznie miła. Ale czy na pewno byłam. Moja matka w wieku lat czternastu Ramiona miałyście nieco przykurczone, pewnie z zimna, a może stłamszone strachem, ubrania biedne, blade uśmiechy, główki lekko przekrzywione, spojrzenia mocno zdziwione. Spódniczki z parzonej wełny i rozpinane swetry, widać, że spłowiałe z przykrótkimi rękawami. Płaskie pantofelki sznurowane błotnymi wzorami. Jesteś tam jedyną, która nosi płaszczyk, siedzisz prosto i błyszczą ci oczy. Czy widzę w nich bunt, czy na wytartej fotografii chcę dostrzec nazbyt wiele? Podeszwa lewego bucika, który niezdarnie próbujesz schować za prawą łydką, wyraźnie odłazi. W twojej głowie wciąż tańczy tamta Dorota wciąż stuka obcasami ciemnoczerwonych sandałków a rytm przenosi ją z powrotem do Kansas. There’s no place like home, there’s no place like home. Dokąd traficie potem? Do sklepu z zasłonkami w Fermoy, do bukmachera Hilla, czy na Picadilly Circus? Albo z piątką dzieciaków do dzielnicy socjalnych mieszkań w Cork? Twoje stopy wciąż noszą ślady odmrozin. Czy mogłaś się wtedy spodziewać, że twoje dzieci oraz ich dzieci będą latać do Nowego Jorku, żeby kupować markowe buty lansowane przez facetów o zabawnych imionach Manolo, Louboutin, Jimmy Choo? Albo, że ich konfekcja też będzie miała nazwy - Very Prive` Toutenkaboucle – oraz głębokie wcięcia odsłaniające paluszki? Albo, że te buty będą tak modelowane przez inżynierów aby uwydatniać biodra, obniżać lub podwyższać pośladki i zapewniać stan obuwio-błogości? Co o tym myślisz, moja mateczko smutno patrząca na zakonnicę, która w ostatnim dniu szkoły bije cię po twarzy? Jak ci się podoba ten obuwniczy karnawał, słodycz naszych stóp? Elizejskie Przez soczewkę zieleni oglądam szczątki mego miasta. Z wyniosłej wieży z zielonego szkła, reliktu czasów celtyckiego tygrysa, której jestem teraz jedynym mieszkańcem, pilotuję kryształowy okręt wojenny, sunę wysoko, po linii, która kiedyś była linią nieba, teraz jest granicą wody. Groszkowa zieleń spowija horyzont. Bystrym okiem lustruję trzy kopuły pokryte zieloną śniedzią, zwieńczenie Ratusza, kościół Franciszka i budynek sądu unoszące się na chmurach ciemnych jak mech. Złota latająca ryba, miejskie godło – wciąż na swoim miejscu, nienaruszona. Ja, czujny jastrząb krążę nad nieskończonością alg, mapuję okolicę po najdalsze krańce. Ale mój punkt obserwacyjny nie jest bezpieczny. Przelatują ciała. Szczątki zielonych żurawi. Pierwszą demonstracją mocy było wyrywanie drzew z korzeniami, przewracanie pojazdów. Potem panika, wzajemne tratowanie. Morderstwa, czystki. Pomagałem zrzucać martwe ciała z balkonów penthause’ów. Teraz korzystam z ich chłodnych marmurów. Szmaragdowe światło wieczoru zalewa niezamieszkałe od dawna puste pokoje. Nasłuchuję dźwięków domu, mruczenia silnika w szybie windowym, szumu automatycznych drzwi Duch windy, duch drzwi. Zasypiam, a we śnie wracam do starego miasta – tajemnice tartacznego podwórza na Water Street, gdzie pracował mój ojciec, budząca zachwyt fasada budynku kolei West Cork na nabrzeżu Alberta; oliwkowa majolika w publicznych łaźniach na Eglinton Street, kafelki tańczące w oczach szczypiących od chloru. nasze mieszkanie na Lower Road, gdzie wodne szczury harcowały ponad łóżkami, gdy zasypialiśmy. Skakałyśmy z siostrą na skakance w portowych dokach i gapiłyśmy się, jak w górę rzeki idą barki wyładowane szwedzkim drewnem albo ładunkami bananów z Afryki lub Jamajki. Godzinami mogłyśmy czekać w deszczu, żeby złapać swoją nagrodę, gdy ciemnoskóry marynarz rzucił nam przejrzałego banana. Nasz plac zabaw, port zbudowany przez Holendrów w czasach ich kupieckiej potęgi, gdzie wymieniano wina z Bordeaux na masło. Zamykam oczy i próbuję przywołać tamten zapach masła, potem twarze ojca i siostry. Połacie kwiatów. Elizejskie Pola, na które bogowie poszli umierać. Kalwaria Nad brzegiem jeziora trzy drzewa, rosną lekko pochylone ku światu, jak znane krzyże na wzgórzu Golgota. Dwaj łotrowie po bokach trzymają się dziarsko, ale stojący pośrodku kasztanowiec już wyzionął ducha. Jego naga sylwetka mocno odcina się od pełnych kolorów lata w hrabstwie Monaghan, gdzie wszystko jest szmaragdowe, w kolorze limonki i jabłek, ubranym w rojsty, mchy i paprocie. Drzewo-krzyż wyraźnie góruje nad tymi dwoma, wciąż zielonymi, przypomina postawnego ojca z dwójką małych dzieci po obu stronach. Co stało się staremu, że soki nie chcą dłużej płynąć w jego żyłkowanych kanałach, co zatrzymało pracę tej misternej maszynerii zamieniającej światło w cukier? Czy musi biedaczysko na oczach potomstwa trwać w tej agonii, gdy ślepy świat kręci się wokół niego niczym koło tortur? Na przykład dziś, gdy miękkie białe fale przetaczają się radośnie po jeziorze jego drętwy korpus nie reaguje na wietrzne zaczepki, poszarzałe gałęzie kościstymi palcami wskazują śmietankowe niebo. Czy nikt go nie zetnie? Czy jego kruche kości nie przydadzą się nawet na opał, nawet jeśli on cały nie kiwa się w rytm pojękiwań wiatru, i nigdy więcej nie zrzuci kolczastego kasztana na przechodzące gąsienice? Persefona Dzień Św. Brygidy przyszedł i poszedł, a ja tkwię w nieskończoności swego grobu, błąkam się po komnatach podziemia nasłuchując odgłosów – rutynowych bijatyk driad w liściach, nagłych spazmów roślinnych pędów wysuszonych na wiór, kropel lodowatej wody kapiącej z kamieni Ponad moją głową, na powierzchni ziemi, nadal żadnego poruszenia. Czuję ten sam martwy ciężar drzew niemych więźniów na wzgórzu, ścinanych, żeby mogły wzrastać kolejne. Smutna maszyneria Wiosny jeszcze nie zaczęła powolnego otwierania kolejnych zasklepionych kryjówek i pozwala kwiatowym konchom szlochać, gdy paraliżuje je mróz sunący od łodyg Patrzę z grobu na organiczną plątaninę – kłącza sykomoru na tle mysioszarego nieba, grube kulasy poranionego piaskowca, rozwarte szczęki popiołu jakby zamarzłe w powietrzu. Wszystko, co tu czeka, żywi się martwotą. Czy jest nadzieja dla nas stłoczonych w Hadesie, gnijących i pokurczonych z dłońmi niezmiennie otwartymi na ulotny dotyk Demeter, tej upragnionej matki, niezdolnej nas ocalić, jak nie ocaliła nas wtedy, gdy jeszcze wędrowaliśmy przez kwietne pola? przełożył Mirosław Drabczyk Mary Noonan – irlandzka pisarka, wykładowczyni literatury francuskiej na uniwersytecie w Cork, tłumaczka poezji Nervala i Baudelaire'a. Jej pierwszy tom Fado house (2012) zdobył uznanie krytyki i przyniósł poetce kilka nagród. Tam drugi nosi tytuł Stone girl (2019). Fascynacja twórczością francuskich symbolistów znajduje odbicie w niektórych wierszach Mary Noonan nasyconych melodyjnością i malarską ozdobnością. Motywem przewodnim wielu jej utworów są impresje podróżne, wspomnienia z dzieciństwa, nawiązania do mitologii i obserwacje przyrody. Nagromadzone obrazy, delikatna ironia, ufność wobec czytelnika i dystans do własnego osądu pozwalają określić wiersze Mary Noonan mianem "czułej narracji".
- Maciej Melecki – cztery wiersze
Ubycia Kursowanie między przedziałami, kiedy wzrost jest zgiętą tuleją. Stokrotne Opadanie bez żadnej trakcji, na skraju wyradzania się przepadku. Wznoszenie galwanizuje przechył. Dławisz się coraz bardziej puściejącym, Obrazkowym komunikowaniem. Lodownie w każdej łyżce ciepła. Ogołacanie z kory, podciąganie bez haka, na zawietrznej rojenia Innych zasupłanych przejść, gdy odmęt tężeje jak śniedź w wodnym Ujściu. Zza kręgiem, i poza nim, delta rozpleniania ugoru w raźnym Korycie biegnącym przez sążnie cienia. Wystrzelany kram chłamu. Tam, W szybie serca, skłębiony swąd, bez kratki wywietrznika, w zaduchu, Przeszytym ścinającym przymrozkiem, mieszczą się same ubytki, niestrawione Piędzi, odpadki z wcześniejszych zakratowań. Skawalone ślady chybionych Połączeń, bezpowrotne wychynięcia zatrzymane w odbiciu skracającym przepaść. Przewyższenia spodu Prędkie przepadanie w sinicy zastanego ciągu niewyodrębnionych nigdy Części minionego zagęszcza wszelkie tutejsze podłoża, aż do usztywnienia Ruchliwej spadzistości poszczególnego krańca kolejnego chybienia, gdyż Dookolność rośnie tylko perzyną takiego właśnie zapętlenia, codziennego Kupczenia z nachalnością niczego, w osmolonej luce chromego podglądu, Przez którą przeciska się chciwe jarzmo kolejnego rozkluczenia, jakby powała Tej szerokątności była wiecznie lodowym nawisem nad wędrowną wydmą, Kiedy jesteśmy ściągani nieustannym przewyższaniem w ten marny spód Supłającego nas okrążenia. Mimowiednie przegłębiony, ostrością Ściekowego wyziewu przeniknięty, aż po rozchodzenie się kierunkowych Odejść w podglebia stwardniałych kwadr, gdzie uwidacznia się obopólny Trach każdego wiązadła, dzięki czemu martwiejemy między rowami A murem, jakie sprzęgają wszelkie azymuty w wahadłowy hak. Trawiony Szmatami splątanych tras, od krawędzi dachu do pierwszego nacieku Kominowych wyziewów, jesteś wciąż niezdjętym celem, kiedy przed nami Pleni się gorzka marszruta najlichszych zwidzeń grodząca każdy gest, Szatkująca poziom zatraty na nikłe już ścinki wzmożenia, które pozwoliłyby Prześcignąć cień o bławy milimetr wyprzedzenia ścieśniającego nas Spłachcia kolonizującej każdy powidok rdzy. Doczesne rozrywanie strun Przeradza się monotonnie w wysokopienny niż, który przetyka nam głowy Jak strzępiasty pomór na rozsianych wnykach, we wnętrzu chochli Wygrzebującej ze stale niedomkniętych ust resztki skawalonego prochu, Pośród knotów i pstrokatych zniczy, albowiem udeptujemy żwir między Krawędziami mogił wżerającymi się swymi łapczywymi pędami w trakty Chaotycznych śladów. Włókniejący spad rwącego ubabrania się pospólną Mierzwą dociska skronie do poręczy, wądół tego zniesienia zasilany jest Niczym prostopadły skręt solnym nawiewem, wyżarzają się przeto przeguby Serii zamaszystych ciosów, trzebiących zaciekle uschnięte peryferia, skryte W szczeliniastych fałdach każdego naprężenia mety. Iglaste zmory jawy, Zaludniające ziemiste wyrwy oraz betonowe wzniesienia, skażają niczym Płowiejący piołun, będąc przez to tężcem dni, jęczmieniem potasu na spojówce Zaniku. Zetlały sztorm. Wypłukany szpik. Węzłowy pat. Bury chów. Rozbieg Ucięty przed połową kończy się następną rundą migotu, jako odchylonej osi Kumulującej wielomiany awersji, kiedy drętwiejemy od przyrostu nabrzeżnych Delt cienistych wirów, wydaleń bełtliwych omamów, stęchłych niczym odór Zawilgoconej piwnicy porzuconego domu, w tym mrowiu ślepych zdzieleń. Przestępność zmian Kluczymy nieustannie w przęśle tego lądolodu, w jego mikrych rozprzęgnięciach, Pozostających płaskowyżem przesilenia każdego obrotu wokół swej zwichrowanej Osi. Oni nigdy nie byli w oku twej zatraty innym pierwiastkiem niż zwykłym Minerałem odpadu, rozmokłą grudą zamglonego szadzią wspomnienia o wiecznym Urywaniu się następnego ogniwa, a jednak zjawiali się ze swoistą nachalnością Rozkrawającego pomoru w kolejnych klepsydrach, choć rozświetlany był cały Kwartał wraz z paroma odnogami zejść, gdzie grupowało się dziesiątkowane Życie, wyrzucane poza burty tego przesyłu rozmigotanych wieści, nie mogli Więc przez to uchodzić za nic innego, co przesłaniał ich kramarski szwung. Dowodliwa flauta rozpryskuje się po rosnącym wzburzeniu w rogówce spalonej Mety, jaka nas przecinała za każdym razem, kiedy stawaliśmy się na krótko Konkretnym omamem w plazmie czyjegoś uroczyska, jakby podwaliny nie Były sypkim nawiewem cementu i piachu, wkopanym w przegub przeoczeniem Serii usterek, kierujących wyborami, co do dalszych losów tej jedynej ogniskowej, Która przepala nam niestabilny rdzeń. Wszelkie podwoje są tylko rozsypanką Ulicznych przepychanek, złożoną z akordów pospólnego harmidru, jaki wyjada Mózg aż po wnętrze piszczela czasu tak, że zostajemy z tym bagażem bezliku Spławieni w jeszcze większy dół zamroczenia, przechyłu jarzma, które dociskając Skronie, jest lekkie jak hel. Nadpobudliwość każdej ze zmian symuluje w nas Konieczność przenoszenia się w coraz odleglejsze strony tej, skądinąd frywolnie Zaprogramowanej, tułaczki, zuchwalsze wobec poskromienia choćby jednej z ich Stałych blokad, lecz jednak wciąż mocno przyszpilone szpicem cienia do tego Przymrozka podłoża, wędzidła nakładanego przez przenikające szpik podmuchy, Ciaśniejsze niż zimna obręcz, jakby brzemienność tego spotworniałego końca Roku była nieco butwiejącą już kupką trocin pod stołem zastawionym krzesłami Do góry nogami, na tej zestruganej gałęzi tego czy tamtego tygodnia, kiedy Mechanika czynności szpuntuje wszelkie otwory, przez które mógłby sączyć się Krzepliwy kadr jakiegoś ustania, gdzie byłoby się wypuszczonym balonem, Dryfującym nad skośnymi dachami, wiatami przystanków, miejscem upragnionego Nieustalenia owego indziej, szerszego od pospólnej marskości, jaka przerzyna Stawy przepony i dźga skoblami natychmiastowych zwrotów na podziałce ledwo Znoszącej bańkę stęchłego powietrza, w tym parogodzinnym spuście kadzielnicy Zaćmienia. Rozkop coraz większych przepołowień. Dwudzielna antresola wciąż Nowych schodzeń tych samych podniet i nigdy nieprzedawnionych chciejstw, abyś Dokładnie, praktycznie z całą surowością kary, zdawał sobie sprawę tylko z najbliższych Węzłowisk, stale rosnących wokół głowy umocnień nikłych światłocieni, turbulentnych Grani bezwiednie przeszywających ten napowietrzny areał, śrubujących cię w biegnący Aż do środka wyrwy kant, płynniejszy niż wniosek z odbytej ad hoc rozmowy. Stałe Lądowania nie pochodzą z żadnych wzniesień. Nigdzie wszak nie będziesz już mógł Się wybrać, lasso dali pełza pod stopami, i za chwilę, za jednym szarpnięciem, skończysz Z głową w dół, dyndając już tak od zarania tych poronionych kwadr wyszarzania, nie Będących nigdy tylko tłem, w tej pylącej łunie przezroczystego wychylania się poza Gnojny rant. Przez watolinę parnej krzątaniny dobiega nikły dźwięk dzwonka, W wizjerze kluje się obła postać, której otwierasz drzwi, i ten ktoś prosi cię o klucze Do piwnicy, i na pytanie, po co mu one, mamrocze coś pod nosem. Okazuje się Wysypywaczem trutki. Wręczony mu klucz jednak nie pasuje, zamki wymieniły Szczury. Owe przywidzenia są jedną realną stratosferą, zestalającą cię dystrakcją W tym płaskim chomącie, ażebyś mógł niekiedy otrzeć się o więźbę innego horyzontu, Omijając gruzowisko tych małodusznych sprzęgnięć z jamistością tego ascendentu Płowienia. Taki odpływ, jaki włok. Zgubna piędź wyparć. Spiralna prowadnica. Pobór Kręty spad między skroniami. Widłowy próg. Kartonowe wiaty zamiast Rozwartych ścian. W oku cyklonu przebiega wytłumiona ciszą krzątanina, Jako codzienny przyrost lodowych nawisów, pod którymi grzybnią kolonizuje Się nie tylko przenośny jej placet. Ścierne zdejmowanie warstw aż poza Spękany garb, w który przerosło serce zagrody tej marszruty, trwale Już usztywniający chów dalszego pętania. Tylko w tym prześwicie nie Stępia zewnętrza krawędź, między kątowa cięciwa narzyna na supłach Chropawe rowki, ażeby twardniejąca już maź mogła jeszcze dopłynąć Do najbliższej delty braku, gdzie wytrzebienie będzie jedyną wypadkową Ze wszystkich miar docisku, rojnych kieratów tej naziemnej depresji, Po jakiej przechodzimy osuszeni ze wszystkich niestrawionych kierunków, Coraz bardziej karbowani zawiesiną z wyrwanych gwoździ, zmielonych pakuł I przerdzewiałych szprych, w wirniku tego rozkrawania na czterolistność Stron momentalnego przepadania w kuble echa, płaskiej niczym poziomica Klepsydrze oniemienia, kiedy sunie się tylko zakosem po coraz częstszych Zagnieceniach. Taki jest tego ostęp. Wędzarnia aż po świt. Szeroki rozłóg. Dyfuzyjnie kostna szadź. Masz jeszcze mniejsze na to dowody, drobnoustroje Pobudzane wiązkami wieści o uwłaszczaniu się skarlałych mar, trzymających Lejce i bat w koszącym przelocie nad mogilną powłoką kanciastych poruszeń Mrowia zszarzałych trucheł, skonanych na długo przed nastaniem moru, Gdyż oset tej pląsawicy przepala ostatnią tamę i zewłok sczeźnięć rozgrabia Mieszczący cię jeszcze odprysk cienia. Odczyny przesiewów są piastą tej Kołującej plątaniny, postradaniem wahadłowych przepustów, nieustannym Przesuwem owej kadzi o strzęp szpiku. Piołunowy pobór kolejnych rozpruć. Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu – wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2023) oraz tomów prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021), Żywe mumie (2023). Mieszka w Mikołowie.
- Rafał Muszer – cztery wiersze
elektryczne hulajnogi prosta droga prowadząca do celu jeśli zagłuszył ją zabłąkany pomysł, nieodfiltrowany śmieć, okruch zwątpienia wrzucony na globalną mapę miasta, doprowadzić może na zamknięty po północy ale skatalogowany cmentarz i już nie znam albo znam ostateczną współrzędną ale zamykam oczy aby niczego sobie nie ułatwiać nawet jeśli i tak każde położenie jest nieokreślone zależne od chwili nieustannie zmieniającej się w czasie masochizm racjonalnego wyboru natrafia na złą konstelację albo co gorsza na cały niekorzystny horoskop i nic nawet nie do ruszenia polarna gwiazda nie pomaga uniknąć rozczłonkowania się o wierzchołek śmiertelnej góry oczekiwań naturalnie chcę dotrzeć na miejsce tak po prostu bez bólu czy problemu bez sensu nawet byle w skrócie i nie na niby ale wskrzeszany od wiosny kret buduje wewnętrzny kopiec zakrywający słońce, gwiazdy i systemy gps próbuję się więc przechytrzyć nie poruszając wcale zdając jedynie na pragnienie, w którym każdy cel sam wybiera drogę w moim kierunku, a ja staję się jądrem przyciągającym wszystko. Nawet siebie zamiast wybierać spośród tysiąca nieprzejezdnych dróg stać się końcem każdego nieprzetartego szlaku bez błędnie odczytanych znaków okołodrogowych i pandemicznych skrzyżowań, który weźmie na swoje barki potencjalną trasę stosując zewnętrzną, kosmiczną, a może nawet boską nawigację nie uwzględniającą obaw, braków w pamięci ani żadnego niekorzystnego wariantu prześwietlenie skóra ślepnie gdy horyzont jest trudny tak naprawdę do wyobrażenia jest bardzo ciasno i szorstko a długi zakręt uwiera coraz mocniej gdy twarde pokryte solą sutki dręczy nasączona potem koszulka poranne powtórki odpowiedzią na wczorajsze seanse w oczekiwaniu na brakujące obrazy znowu po omacku wybieram kadr z nieodległej i niedotykalnej przestrzeni aby posiadać i nie mieć skrupułów aby nie posiadając nic śnić pozorne gry ceregiele nie zarzucę na plecy worka ceregieli ciężkich odłamków niechcianych wizji wierzę w zwykły pech gdy potykam się na polnej drodze o własne nogi zdzieram stopy idąc instynktownie ścieżką impulsywnych dźwięków wierzę w wino, które wlokę polaną w zmarznięte dłonie i rozpalone czoło ławkę pomiędzy drzewami i kilka gwiazd, które przyszywam sobie jak własne dzieci dopóki żyjemy 1. muszę otrząsnąć się z brudu lepkiego syfu przytwierdzającego się do skóry jak grzech, którego nie chcę, ale który jest nie dającą się oddzielić częścią naszego i mojego ja czasami na przekór bez przekonania ale z pełną świadomością o nieskuteczności działań obliczonych na pozorny spokój wewnętrzny próbuję uwolnić się od przypadłości, które kiełkują na mojej skórze jak chore bąble, wulgarne i zaropiałe byłoby łatwiej gdyby każdego roku pozbywać się zadymionych swetrów, przetrawionych myśli, zgwałconych ideałów, skóry jak wąż pozbywa się grzechów pierworodnych potem jak larwa rocznej gąsienicy wdrapać się na nowe, żywe jeszcze i soczyste drzewo zanurzyć spragnione wargi w słodkim nektarze, który mnie kusi i zwodzi po to tylko abym się stał bezwolny. Łakomy na każdy gest 2. dopóki żyjemy i zanim umrzemy z głodu do życia, nie mogąc włożyć nic do ust, nic na język dopóki żyjemy powtarzać ten cykl, początków, otrząsania się i ponurych zakończeń, rozrachunków dających złudną nadzieję wyrwania się z tego okrążenia Rafał Muszer (ur. 1977) – mikołowianin, po drodze trochę prażanin, a ostatecznie łaziszczanin z wyboru. Autor trzech tomów poetyckich: O tym, jak wymykać się i nazywać (2002), Laboratorium (2009), Wakacje w Avignon (2012). Programista, fotograf, muzykoholik.
- Sławomir Shuty – Czyż nie ogławia się wierzb
kurwa pięknie młody pięknie że aż dupa pęknie kleisz widzisz tam się twój stary bawił za młodego spędził pół życia kurwa się działo ja jebe kurwa takie rzeczy że ja jebe o jezu o kurwa co za jaja ty młody kurwa nie masz wizji nie umiesz tego zobaczyć wy kurwa młodzi macie siano w mózgach po gównach się ślizgacie w nic nie wierzycie mrugnijmuże chujowi długimi co tak kurwa stanął rozkraczył się jebus co się tak rozkraczyłeś chuju ni w dupe ni w oko się kurwa kutas rozgląda na boki to jest droga kurwa nie piknik ciśnij po nim młody dźwiękiem no co no co nie widzisz chuju co korek kurwa zrobiłeś na kilometr na wczasy przyjechałeś kurwa ludzie też chcą wypocząć wydostać się z tego jebanego miejskiego ścierwa korek kurwa bez końca do chuja z tym wszystkim następnym razem jedziemy do stolca kurwa zdroju patrz młody ale szlauchy no ja cipie jakbym ja był młody jak ty młody to ja jebe o jezu nie chce przewijać co się by odjebało o ja jebe co się działo kurwa w dwutysięcznych dupy mnie lubiły kleiły się suki lepiej żebyś nie wiedział ale to były czasy ale to było młody jak tatuś nie znał mamusi jak tatuś był młody nie pierdol bierz chuja na ciągłej depnij kurwa pokaż jaja młody no bez jaj zostaniesz kurwa ofermą i popychadłem frajerem zjebusem w rurkach patrz tu masz takiego co pedale żałuj że cię matka nie wysrała kurwa się młody zdziwił rurkarz jebany ciśnijże kurwa do oporu zdejmiemy mu te jebane rurki kurwa ssie mnie coś ssie młody ale zobacz sam jak tu kuszą tu karczma tam karczma a ceny z kosmosu kurwa młody chuj mnie boli obiecałem se zjesz kurwo w zakopconym byłeś kurwa w zakopconym sto pro że byłeś ale nie pamiętasz gówno pamiętasz nie chciałem ci kupić ciupagi bo to była kurwa gówniana ciupaga nie trać kaszy na gówno młody takie są zasady Hej bansujże baunserze całą nockę najebki hej bansujże hej bansujże całą nockę najeby ale po kolei młody tatuś ci pokaże wszystko co najpiękniejsze znajdź mi tu tylko parking o jakaś biedra tu się przyklej ale już chuj idzie ochroniarz co panie przecież nie stoimy na parkingu marketu stoimy obok że co nas kurwa zwiezie straż miejska macie tu kurwa straż miejską myślałem że to jebana wiocha dobra jedziemy młody z pałą nie pogadasz i nie pokazuj mi tego gazu cipo pałki frajerze bo ci ją wsadzę tam gdzie cie pedały ruchają pięć dych kurwa za kawałek pola bo to nie jest parking skurwiele górale górale to są skurwiele zedrą z ciebie ostatnią szmatę wyduszą do skóry z miedzi ale chuj nie co rok w zakopconym lądujesz młody dobra daj mu kurwa chujowi daj za dobę a potem zobaczymy może się uda opierdolić górala trzeba umieć obejść sytem masz głowę i chuj to kombinuj kurwa nie stój jak ćmoj ale oni są też cwani kurwy góralskie centusie pokój niczego sobie młody dwa ręczniki dwie prycze zagłówki jak w pierdlu co młody twój tatuś nie pierdział nie słuchaj matki jak ci mówi że kwitł pod celą ona bo nie mówi prawdy łże sączy truciznę chce pogrążyć tatę tata może kurwa coś tam kiedyś zrobił dziwnego pojebanego ale było się młodym młody i nic nikomu się nic nie stało żadna krzywda i koniec tematu słuchaj tu żydziłem na spaniu a patrz teraz pyk w miasto jak biali ludzie znasz zasadę przekimasz gdziebądź w rowie jak się w chuj nadżgasz ładny pokój z widokiem ci na chuj potrzebny widoki to ty masz kurwa jak wyjdziesz z tego pokoju jak zostawisz to gówno za sobą spałem kurwa nie raz na dworcu w zakopconym a teraz idziemy w miasto jak biali panowie pamiętaj bo cie dziwki z krupówek nie będą brały dobre kichy tu czilują młody a tu patrz ile żarcia karczek kiełbasy golonko żeberka góralskie przysmaki kurwa jak to dobrze brzmi smacznie co młody ale zobacz to jest talerz bacy mięcho od rana i moc barana no ten tu to kawał przechuja jakie rogi o kurwa jaka cena Młody paragon grozy osiem kurwa dziewięć prawie dych za kurwa frytki fragment żeberka boczku co tam kurwa jeszcze jest chuj wie co kaszanka kurwa chuj z tym górale to chuje kurwa muszę się dojeść patrz kebabik o kurwa ale smoluchy zrobiły super mega eleganckiego dojebane sosiki dobre mięsko też chyba baranie czuję to podniebieniem nie kumam kurwa młody czemuś se wziął z kurczakiem kurczak to nie mięso jesteś w zakopconym to jedz barany owce kurwa kozice niedźwiedzie czy co tu kurwa jest a nie kurwa kurczaka jedz kurczaka w wawce u wietnamca albo na stacji co to za dąsy pląsy młody nie zachowuj się jak matka ona tak robiła matka uwielbiała krupówki też je kurwa kocham i co zrobić ty patrz na kurwa cwaniaka pacjenta obcy kurwa ósmy pasażer ja pierdole tam piraci z karaibów chcesz zdjęcie z batmanem młody lubisz batmana co młody mam bekę młody już kurwa nie rób min znów na mordzie jak matka co u niej dalej pije dalej z tym frajerem nic więcej nie mów pedał jebany pała kurwa sześćdziesiona nawrócony gangster chuj z nim chuj z tym chuj z wszystkim na wszystko chuj jebać kurwa jedziemy z koksem chyba kebab mi nie wejdzie chcesz Młody bo widzę wpierdoliłeś jakbyś jedzenia nie widział przez tydzień co nie jesz baraniny i nie jesz wołowiny wiesz ile taki kurczak ma chemii jebać idziemy chodź kurwa młody stąd idziemy do normalnego miejsca tu jest w chuj tego rozrywka goni rozrywkę a zjesz oscypka nie dlaczego do chuja coś ty kurwa taki markotny ja jebe życie ci naginam zapraszam do raju do chuja a ty kurwa jak ta smęta kiep kurwa panie góralu bierz pan normalnych turystów nie emigrantów w burkach brudasów pakuj baco do wozu daje ci tu kurwa pieniądze nie dyskutuj i kurwa jedziemy ja jebie młody ja jebie jedziemy kurwa ludzie to są kurwa ludzie będą szli butem trzy kilosy bo szkoda ci na bilet frajerze kurwa w dupieście byli gównoście widzieli wsiadajcież do wozu do bacy trzy kurwa i pół godziny marszu wsiadajcież narodzie nie dajcież się zwariować telewizji pojedziemy chuj wie gdzie chcemy pomóż kurwa polakowi to ci palca pokaże nigdy nie pomagaj polakowi za granicą się nie przyznaje do polaka polak to jest kurwa ale kurwa jebać to jebać wszystko my se tu pojedziemy za dwie dyszki to do chuja można chyba wyżydzić no i jest piwko i ćwiara o jedziemy baco strugnij tę szkapę batem ja jebie jak ja kocham te rzeczy rośliny drzewa skały Młody popatrz na te piękne polskie góry coś chujowo ciągnie szkapisko aj kurwo nie szarp tak mlody kurwa jesteś cały co mnie pan pchasz to nie moje ręce kurwa chodzę po czymś młody po rękach gdzie mój ajfonik kurwa jest kurwa w kieszeni co się dzieje do chuja co to to tu młody wyjdź ja pierdole co ten koń o ja pierdole baco postawże go do pionu nie można chuj z ciebie bracie w takim razie nie góral konia nie umiesz skarcić lej chuja pianę toczy to niech toczy niech się nauczy jebany leniwiec młody jak myśmy jeździli wtedy do zakopconego to były konie kurwa jechaliśmy w dwudziestu do morskiego i kobyła ani nie stęknęła góral dał się jej wódki napić ty wiesz jak ona tą wódkę piła jak pojebana kurwa ta szkapa nie ciągnie co cztery osoby nie wejdą sam bym pociągnął cipo tobie się po prostu nie chce lej ją baco lej ja niech zapłacze niech się ślini pizda jedna nieruchawa się kurwa podnosi na kopytach batem ją kurwa baco spadła ale wstanie batem ją sukę co ja mam do tego a co panie macie do tego co ty z tą policją do mnie babo i nie nagrywaj mnie bo mnie tu nie wcale było nic nie widziałem zdupcamy stąd młody skisiła się kurwa atmosfera dawaj w bok bo tym nasiąkniemy syfem gównem agresywne grube baby kurwa eko feministki tłuste foki toksyczna damskość kurwa zobaczysz kurwa poznasz kurwa młody nic ci mówić nie będę zobaczysz kurwa przekonasz się sam co to jest kobieta ty patrz jaki aparat teraz obrońca zwierząt przed chwilą jechał z nami gruby jak wieprz ile by się młody z niego tłuszczu wytopiło smażylimyby fryty do końca życia a teraz lepiej zdupcajmy stąd szymek tu są jakieś jaja koń leży chuj niech leży wyjebał się kutas bo był zmęczony na wczasy by chciał zaraz mu dadzą wody i siądzie i pojedzie w górę jak chuj pojedziemy baco jeszcze nie to kiedy to kurwa zwrot za bilety górale myślą że my nie myślimy nie widzimy że my są młody kurwa z pierwszej łapanki i chuj kurwa gdzie to morskie oko gdzie to kurwa morskie oko kiedyś było bliżej poważnie ci mówie było bliżej tylko górale te chuje zwiększyli kilometry żebyśmy dopłacili za bilety na bryczkę bo tu się płaci od kilometra idziemy z buta kurwa dość już sie nachapaliście góralskie syny goralenvolk skurwiele o tym nie pamiętacie patrz jakie piękne schronisko wbijaj do środka ludzi chyba skądś wysrało ale tłum idź mi młody po herbatkę góralską weź se frytki dziwki już kurwa jesteś przechuj daj kurwa czuję że to złodziejska herbata góralska nie ma w niej wódki złodziejski naród góralski tylko patrzy żeby człowieka ojebać ze wszystkiego weź mi weź młody przynieś jeszcze tej herbaty kurwa góralskiej siupy poproś panią żeby nalali od serca ja jebie ile tu sałaty przesrałem żeby te wasze jebane góry zobaczyć a gówno tu macie kupa kamieni i tyle nie zatankujesz w promieniu dziesięciu kilo a może tak chuj wie mnie to obchodzi górale cie ścisną jak cytrynę i jeszcze chuje się nie szczepią młody te mordy żyją w średniowieczu nie mówię żeby się szczepić na wszystko bo to kurwa jest paranoja na punkcie zdrowia ale jebać wirusy ale mi ta lufa siadła i to piwko chuj nie musze jechać na jebany kasprowy nie wpuszczą mnie do kolejki bo się nie szczepie chuj z tym nigdy się nie szczepiłem kurwa morskie oko kurwa gówno widać a tak zachwalali gdzie jebany staw na twojej dupie młody górale to chuje dwa razy to samo i duże jasne zostaw mnie młody precz kurwa z łapami gdzie mnie kurwa ciągniesz kto nam herby góralskiej nie chce sprzedać tu dawaj go tu jedziemy z frajerami to jest kurwa kraków to jest nowa huta zaraz zobacz z kim przysrał kurwa się sadzi z lapami ał kurwa młody i chuj im w dupę pizda jebana mać skurwysyny złodzieje dziwki kutasiarze cipa mać nie ciągnijżesz mnie tak kutasie dobra nie będę nic mówił luz wycofuję przepraszam odszczekam o ja jebie gdzie ty nas młody wjebałeś skurwysyny toaleta pięć zyla kurwa z każdej strony cię ruchają w dupę płacisz za piwo płacisz za wstęp płacisz za wszystko kurwa to jest polska tooo jeeeeest poooooooolskaaaaa jebać wszystko jebać hip hop młody całkiem zjechałem na dupie ale szlam moje bojówki ja pierdole gdzie kurwa czołówka a ty jesteś kurwa idziemy z buta tym skrótem nie mogę już kurwa patrzeć na te kwaśne polskie mordy frajerów turystów kiedyś były zasady ale wy młodzi to zjebaliście co młody to ty rum w nerce coś się kołysze jakaś butelka a nie mówiłem tatuś myśli o wszystkim gdzie kurwa gdzie jesteś gdzie kurwa co nie byłeś jeszcze na takiej wyprawie co męskiej kurwa wyprawie kurwa góry dzikość i my i jeszcze to słowackie gówno jebany rum ale siedemdziesiąt procent pij chuj z wszystkim z wszystkim kurwa wszystko się zesrało w dupie jestem w dupie jest wszystko ciemność absolutna nic nie widać gdzie jebany księżyc nic jebana pustka gdzie jesteś cipo gdzie jesteś młody pierdole człowiek się kurwa przedziera przez las jebane drzewa o jakie wielkie jakie grube dawno powinni to ściąć na deski do zera kurwa wasze krzaki ranią turystę o tam gdzieś idą już czekaj idę tam co chuju gdzie są was jebana się wyjebałem ja jebie kurwa kurwa kurwa pizda was wezwała jebana jama chuj wie po co kto tam mieszka młody do chuja do cipy gdzie jesteśżesz młody kurwa wychodź stamtąd co ty tam kurwa młody kurwa ja pierdole co ty odjebiasz kurwa szukałem cię po całym jebanym lesie ja jebie idziemy na busa masz coś jeszcze jakieś piwko coś gdzie flaszka co ty kurwa masz na sobie zdejmij to gówno jesteś pojebany jak matka kurwa młody zostaw mnie co robisz bierz ręce łapy to jest kurwa młody miś ty jesteś chuju nie czekaj co to jest chuj niedźwiadek skurwysyn mały jeden pierdolona rura parówa kurwa cipa patrz młody pierdolony się kurwa się kurwa rzuca poczekaj misiu damy ci ptysia masz jedz kebaba suko smaczny kurwo i jeb cię kurwa raz i jeb cię drugi raz kutasie jeb zachciało się kebaba chuju chujowi się zachciało kebaba dziwko suko gówno cipo człowiekowi żresz z plecaka kurczaki patrz młody rozjebałem gnoja rurę pałę rozjebusa zrobiony na miazgę kurwa flaki mu wyszły jeszcze coś miauczy to nie jest kot co to kurwa jest ja jebie nie chce wiedzieć jakie to jest pojebane w chuj nie wiem kurwa młody ale trzeba to jakoś poprzykrywać i zdupcać Sławomir Shuty – artysta ruderalny; pisarz, scenarzysta (Zwał, Cukier w normie, Freestyle), reżyser (Luna, Pokój, Trip), rolnik, stały współpracownik Korporacji Ha!art, w Nowej Hucie mieszkał do 30 roku życia, obecnie wrócił do karpackich korzeni, skąd pochodzą jego rodzice, którzy w tamtym stuleciu przyjechali budować nowe robotnicze miasto.
- Michał Piechutowski – cztery wiersze
Miłość Taka sytuacja Dziewczyna na wózku Wiozła na kolanach drugą Maleńką która ważyła chyba tyle Co moje ciężkie buty Plus skórzana kurtka Kiedy przejechały pasy Ta druga zeszła z kolan Była bardzo pokrzywiona Towarzyszył im mężczyzna Niemłody i też na wózku Patrzyłem na tę ludzką kruchość Jak na obraz Trójcy Świętej Nie wiem czy łączyło ich Jakiekolwiek pokrewieństwo Ale było widać łączącą ich Ogromną miłość A dziś spotkałem na drodze Dwie staruszki Pogodne mimo chłodu Wyższa prowadziła za rękę Mocno pochyloną towarzyszkę Twarze miały tak jasne i piękne Że musiałem się do nich uśmiechnąć Choć czułem że nie jestem godzien Spojrzeć nawet na ich cienie Wino Sobotni wieczór Pewnie teraz pijesz wino I kołyszesz biodrami do muzyki Patrząc zalotnie Nie na mnie Nikt przecież nie tańczy Przed starą fotografią Na porcelanie Istota rzeczy O pustce można pisać pełnymi zdaniami Nie będzie to kuglarską sztuczką Ani zafałszowaniem rzeczywistości Choć ze swej natury wszechświat Jest bardziej z niczego niż z czegoś A te drobne zaburzenia energii Zagęszczone do materialnej postaci Są pomijalne przy pomiarach twoi powiernicy chciałbym czasem przeczytać co u ciebie nic ponadto dziś więcej o tobie wiedzą reklamy śledzące w internecie i filmy na portalach które lajkujesz po obejrzeniu Michał Piechutowski (ur. 1973) – młody, zdolny, atrakcyjny. Brak talentu nadrabia pracowitością. Prowadzi bloga, którego nikt nie czyta. Z wykształcenia politolog. Z zamiłowania magazynier/archiwista w szpitalu.
- Radosław Biniek – siedem wierszy
Lato na wyspie vol. 2 Oppenheimer buduje w sercu Barbie bombę z plastiku ogień otula naszą wyspę różowym dymem oplata suche porty stąd do morza jest asfalt wylizany gumą w głębi są myśli wykrzywione horyzontem niezmiennie udajemy mężczyzn choć umrzemy kobietą świat to tylko kolorowy balonik na sznurku z bożych pomyłek będziemy palić grabić i gwałcić cudze fajki resztki drobnych myśli niespokojne miękkie i puchnące młodość oddaliśmy tym na przystanku co śpiewali whisky i mówili że rodzice słuchali i mają szacunek a koleżanki ich pachniały tak jak nasze dziewczyny najlepszego lata nasza droga nie biegła szlakiem skróty ledwo szelesty westchnienia niemniej blisko i zawsze cicho w wielkim błysku plastikowego grzyba Poprawny ty już teraz nie jesz mięsa sumienia świata bez kości a ja jestem cała w kawałku wysmażona przyprawiona na wynos tak jak lubisz a ty już nawet nie pijesz nie fermentujesz myśli ja od dawna wytrawna mnie od leżakowania boli cała ta miłość a ty jesteś już o krok od oświecenia tak czuły na wszelką niejasność ja drepczę za tobą ślepo zjadając twój cień C C niezdolny ale za to inny święty co nie był aż taki święty wciąż za mało męskie kobiety za mało kobieci mężczyźni wojna co jest już wygrana zagłada co wisi i nie spada strachy strachy strachy mój drogi Paspartou złe rzeczy od zawsze mieszkają pod moimi paznokciami czasem zostawiają ślad na szklance rodzą się ze śliny i drżenia rąk nigdy nie odejdą uklęknij przeproś poproś o więcej Channel nr 10 głuche miejsca po bombardowaniach jak przestawienie zegara cofać się o dwa trzy spacery leśnym traktem miny robić na drodze dla kolejnych wędrowców na siłę pisać i szczać jednocześnie być szaleństwem na końcu łańcucha ślepe miejsca po zachwytach jak nieme ścieżki niewybuchy Popołudnia nie umiem już drzemać po obiedzie zmęczony zmęczeniem drżeniem trącam nerwowo ciszę myśli przeskakują nie kończą się znikają kiedyś były linearne bioproste ekoczułe dzień trwa i noc trwa czasami się wydarza pulsując arytmicznie synapsę zniewala echem Primum pisces litterae znów się sobie śnimy na wielkiej łące członek w milczeniu wskazuje piersi one sutkami patrzą mi prosto w oczy a ręce mamy jak spuszczone charty to są wciągające historie wchodzą przez nos do mózgu na butach mają naszą ślinę budzi mnie głowa w kamieniu poduszki ziemia ciągnie w dół za płuca za serce ból stoi zdrętwiały w kącie szpitalnego pokoju olejną farbą ścian listy pisane do ciebie ciągną się serpentyną czerwonych bandaży w zamkniętym oknie pływają śnięte ryby On Zapytałem czy jest megalomanem. Stanowczo zaprzeczył. Potem godzinę tłumaczył mi jakim jest naprawdę. Radosław Biniek (ur. 1973) – poeta, aktor, animator kultury, pedagog. Założyciel grupy artystycznej Joint The Vision. Publikował w "Thefragmentach", "Helikopterze", "Toposie", "wydawnictwie j". Debiutował zbiorem młodzieńczych wierszy zebranych Śladomość (2019). Autor Skądinąd (2020) i Kilka opcji trwania – tomik w trzech aktach (2021). Laureat konkursów poetyckich. Zawodowo związany z Teatrem Animacji w Jeleniej Górze.
- Maciej Krotke – trzy wiersze
Historia kina nie mego /poranek napis pod powiekami widziany przy zamkniętych oczach nie inaczej jak tylko z bardzo bliska/ Orzeszki ziemne po swej słonej stronie, Są jak ślady butów na ciemni księżyca. to był ten dzień w którym wieszaki zostały przewieszone a ja wziąłem kubek z kategorii kubków które biorę pomijając te które zawsze pomijam każdego dnia poświęcając im nanosekundę uwagi pytając - dlaczego wy wczoraj tak miarowo narastał szum kółek na płytach chodnika słychać było płaski stuk o gumowym odcieniu gdy stopa szukała odbicia potem mikrofilm ciszy wyświetlił niemą kliszę ułamkiem zmrużonego oka i łomot ciała o granit na tektonicznej płycie dograł się samplem do soundtracku ulicy stało się pewne że ktoś dostał rolę bez dublera a ktoś nakręcał z okien reżyserek wiedząc że powtórki raczej już nie będzie tak oto krótka historia ulicznej kinematografii zajęła umysł na następne stulecia a potem on łysiejąc na Chruszczowa wprost z bramy wyłonił się z prośby na wino i zadał kilka prostych trudnych pytań moja niema odpowiedź na nie wszystkie brzmiała że wrócę z drugiej strony ścieżką koło bloku /wieczór napis pod powiekami widziany przy zamkniętych oczach nie inaczej jak tylko z bardzo bliska/ Orzechy ziemskie po postronnej stronie, Są jak źródła wiedzy w źródlanych księżycach. Mim o wszystko opuściłem salę bo odczyt zwyczajnie mnie znudził stałem na dworze odpalając od poprzedniego z hotelowej restauracji wyszły dwie z tych co jedzą za darmo i psy się snuły i auta i było miejskopodobnie bo miarą dużych miast są przecież wieżowce w sensie drapacze chmur szklane a nie dziesięciopiętrowe bloki z epoki ludów demo więc idąc za przedmówcą było miejskopodobnie a potem mim podjechał mimochodem i pokazał nieznośną lekkość bytu wszystkie maski z ludzkiego teatru sens życia miarę wszechrzeczy i niezmienność człowieka na przestrzeni dziejów i zmienność wszystkiego na przestrzeni dziejów zakrzyknąłem też by ujrzeć wodę na herbatę i jak się boczek kroi bo bez tego to wszystko przecież nic mówił ciałem że nie pamięta już podstaw i że skłonny jest teraz widzieć sens jedynie w zaawansowaniu ale mówił już bez przekonania trzasnął sobą i odjechał mnie znów porwał marazm i potrzebne było coś na wskroś gwałtownego jak szybkoopadająca deska pośród ech łazienek w poprzek ścian pustostan stałem Zobaczyć Czasem jest tak, że widzimy coś po raz pierwszy, a to było od zawsze. Czy ma to związek z tym sławetnym wykorzystaniem iluś tam procent mózgu? Czy może z niewykorzystaniem iluś tam procent mózgu? Kiedyś znałem takich, co pożyczali pieniądze na procent. Wykorzystywali znaczny procent mózgu. Łamali jakiś procent kości, jeśli ktoś bagatelizował procent mózgu przez nich wykorzystywany. Klika lat temu zobaczyłem po raz pierwszy to, że mogę pisać. A to od zawsze tam było. Maciej Krotke (ur. 1976) – absolwent filologii polskiej Uniwersytetu w Białymstoku, laureat XXXIII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. J. I. Kraszewskiego zorganizowanego przez Bialskie Centrum Kultury w Białej Podlaskiej (2017, kategoria proza). Teksty publikował m.in. w piśmie literackim „Epea”, gazecie „Migotania”, e-dwutygodniku literacko-artystycznym „Pisarze.pl”, pomorskim magazynie „Latarnia Morska”. Mieszka w Białymstoku.
- Dorota Ryst – pięć wierszy
w związku z pogodą za oknem wciąż bieleją spłachetki śniegu. powtarzasz się przysłowiami chociaż wiesz że tą ludową mądrością można wybrukować piekło. wtedy przypominasz sobie że to nie ten związek frazeologiczny. zawsze miałeś kłopot ze związkami. to podobno wina wadliwego połączenia w mózgu. mniejsza z tym. tak naprawdę piszesz to tylko dlatego że podoba ci się słowo spłachetki. ale zamiast cieszyć się nim i bawić usiłujesz otworzyć w głowie szufladkę z napisem gramatyka historyczna. stąd już tylko krok do polityki historycznej. wojna trwa. nie uciekniesz. biały wiersz o braku zimy ten wiersz uparcie chce się zrymować. schować. knować. wędrować stąd do częstochowy nowomowy. wybielam go. uparcie pozbawiam rymów rytmów. arytmia ma nas wybielić. wcielić słowa w ciało. na biało pomalować ulice. na nice wywrócić stary świat. rad nierad ustąpi. jednak skąpi nam słów. znów się rymuje. słownik w telefonie nie zna słowa zrymować w zamian proponuje zrujnować. ćwiczenia z chemii na ulicy słonecznej upał. szczęśliwy zbieg. okoliczności są sprzyjające. kropla potu wolno płynie po karku. chciałbyś zlizać. podążać językiem po jej śladach. schodzić coraz niżej. już wiesz że to będzie coś. proces już się zaczął. niedziela. słoneczna wspina się na skarpę. niebezpiecznie skracamy dystans. zapominamy o maskach (nie szukaj metafory mówimy o pandemii). liczysz na więcej. efekt motyla. tego lata trzepot skrzydeł to tylko wielkie rude ćmy. apostazja taki dzień. poniedziałek który podobno jest czwartkiem. jeden z tych kiedy wierzę że nie udałam się nawet sobie. taki miesiąc. znów umierają mężczyźni o pięknych głosach i kobiety o zimnych sercach. a może odwrotnie. ten rok jak wyrok. kiedyś ulegnie zatarciu. w natarciu trzeba wziąć udział. porzucić wiarę ojca i matki w to że jestem nikim. przednówek chłód podchodzi do gardła drapie w krtani. słowa stygną zanim zetkną się ze światłem. wiosna ciągle nie może się zacząć. mówisz o żurawiach i czaplach a ja widzę tylko szare wróble. czasem sikorki zawiedzione brakiem ziarna. białe zmienia się w mokre. mokre w słone. sól prowadzi nas do szarych przylądków które nazywają się zielone. śnią się mężczyźni po których miało nie być już śladu. wychodzą z kątów lata chude po których nie chcą nadejść te tłuste. Dorota Ryst – absolwentka Wydziału Polonistyki UW. Wydała osiem tomów wierszy – najnowszy to i inne miasta (2023). Jej twórczość była publikowana w licznych almanachach, antologiach i czasopismach literackich. Jest jedną z założycieli Stowarzyszenia Salon Literacki zajmującego się promocją polskiej poezji. Organizuje i prowadzi spotkania autorskie, festiwale, warsztaty poetyckie. Jest redaktorką almanachów oraz tomów poezji, jurorką w konkursach poetyckich. Od 2017 roku prowadzi Spacery Literackie po Warszawie i innych miastach. fot. J. Kessler










