top of page

Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania

  • Jacek Sadkowski – cztery wiersze

    Wrześny lament  Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.  Kto teraz jest sam, długo pozostanie sam                                                            Rainer Maria Rilke  drzewa tańczą w powietrzu do góry  korzeniami ja  próbuję trzymać się krawędzi  świateł rozsypanych między jeżykami  kasztanów w trawie. ciężko podnieść ciało  z parkowej ławki trudno pozbierać się siebie  poskładać po rozpasanym lecie locie przez długie łagodne  błękity cięte piskiem furkotem ćwierkiem  ptaków. wszystko wokół się pali  mdleje umiera w orgii dojrzałości. teraz chwała słońca  w żółknących tryumfalnie liściach a za chwilę zimna czerwień zdusi  ostatnie chlorofile za chwilę  stanie się szarość. zegary staną na mrocznej  godzinie ściemnieje światło. może zacząć prosić -  słońce  słoneczko nie zachodź święta pomarańczo boska mandarynko nie opuszczaj mnie .  trzeba będzie uważać by nie  stanąć w złym stuporze  i trwać i nietrwać w żywej śmierci oddychać  płytko głęboko pod leniwym nurtem  lete. wystarczy jeden łyk za dużo i najbliższą  wieczność aż do nieskończonego końca  spędzę tak zostanę trupią kością  z kości ni to żywy ni nie. nie znikaj słoneczna  święta pomarańczo kołysz się łagodnie chodź usiądź  zostań ze mną. zaparzę ci różaną herbatę  z dziką różą górskim różeńcem żeń szeniem. Ucieknijmy Wszystkie konie świata. Wszystkość  teraz  nie ma czasów  a kiedyś były. i w ogóle nic  nie ma. sensu  brak najogólniej rzecz biorąc  we wszystkim które jest niczym. kiedyś  chodziłem do szkoły. a gdy szedłem  ulicą kamienną i starozamkową i generała  karola to każda rzecz była na miejscu logicznie  wyjaśniona. na kamiennej leżał kamień z okien  domu na starozamkowej było widać wieże  starego zamku na dodatek w ogrodowych grządkach  nasturcji kosmosów floksów trafiało się  wiosną na kruszejące ceglane resztki po jeszcze  starszym zamku. a generał to był świerczewski i nawet  kiedyś wziął mnie na kolana i opowiadał mi  o frankistowskich faszystach siwiutki staruszek jego  dobry kolega. każda rzecz była tam gdzie  być powinna.  myślę sobie że te braki  teraz spowodowane są brakiem  koni. pamiętam doskonale że kiedyś  gdy były konie to były i czasy. ulicą kamienną  i starozamkową i generała karola spacerowało mnóstwo  koni ciągnących wozy z zazwyczaj pijanymi woźnicami  kapustą i kartoflami węglem i czym tylko chcesz wszystkim potrzebnym  do przetrwania srogiej zimy. i ja też miałem konia. co  prawda na biegunach  ale jednak. miał na imię ed. mister ed  zupełnie tak jak koń który mówił w serialu  w telewizorze. i miałem tatę który miał  na imię edek bardzo podobnie jak ten koń.  i to było dobre. konie zaczęły znikać  dokładnie wtedy gdy w słodkiej dziurce  tuż obok szkoły zaczęli sprzedawać amerykańską gumę do żucia z historyjkami o kaczorze donaldzie. teraz  miesza mi się wszystko. zamki bez kluczy klucze  bez zamków konie i główki kapusty i wędrówki  ulicami bez nazw.  Jacques Bonhomme nie jestem  zadowolony chyba nigdy  nie byłem  zadowolony z siebie z tego  co robię. zawsze  mi nie tak. w kółko do znudzenia. no ileż kurwa razy można  kłaść się i wstawać się  sprężać siłowo by położyć się i podnieść  i się i to wszystko co się  nagromadziło samo spadło sypnęło  skądś albo sam nazbierałem sobie na zatratę na  pohybel na nic. kiedyś chociaż widziałem mogłem  zobaczyć gdy nie chciałem  nic. nic  siedziało  w kącie i gapiło się śliniło warczało. wściekle okrutnie  krwiożerczo. ale zajara widzieć to  nic . teraz  wschodzi słońce. i to jak wschodzi! zajebiście wschodzi w róży  kwiecącej się kwiatem różu zapachu  nieprawdziwie prawdziwego. razem ze słońcem  pojawiają się znaki przeczucia odczucia drgnienia drgania  chuj wie co jeszcze. wszystko. ale zamiast  stać i się jarać obrócę się  na pięcie i pójdę do kuchni zjem dwieście  czterdziesty ósmy raz w tym roku owsiankę i zabiorę się za krojenie warzyw na ratatuj. może to mnie uspokoi.  będę śpiewał:  jebać wszystko wszystko chuj  ratatuj  ratatuj  ratatuj  mnie uratuj Biblioteka na rozstaju  wczoraj kwiat jabłoni  dzisiaj jabłko w dłoni  Emilia  ach ach poranku czysty jasny i jeszcze  tam jakiś  - wszystko we mnie wykrzykuje choć  milczę. jest piąta rano cisza tnie  światłem światło miesza świetliście świetliste  kolory. chciałem medytować odmówić  mantrę  maranatha maranatha maranatha  ale  szkoda mi czasu. kończy się nieskończony  lipiec. hatifnatowie ruszają w drogę niepokojąco  cichy złoty karp plusnął nad namiotem  włóczykija. czas zaczyna się odmieniać. a ja nie  zdążyłem zrobić niczego z tego  co zaplanowałem choć przecież dobrze  wiem że to ostatnie takie lato i w tym roku  nigdy ach nigdy nie nie wybrzmi już  tak hipisiarsko jak  july morning *. rock  w rock na początku czerwieniejącego czerwiami czerwca  sięgam po wiedzę o wieczności i przez chwilę wiem że tym razem  wielka ciepłość czystego lata nigdy  się nie skończy i jak zawsze układam na biurku kilka  starych jak świat książek czytanych  pod kasztanowcami  w rozżarzone białym upałem żółte dnie.  siódma minęła ósma przemija ludzie z planety ziemia  pokażcie mi testament adama napad z bronią  w ręku sprawa honoru nocny kowboj czyż nie dobija się koni.  jestem starszy  ściągam ich na lato więcej i więcej i więcej.  bukiniści zacierają ręce i podrzucają mi wciąż nowe  stare książki -  łap i trzymaj będziesz nieśmiertelny  tyle razy ile zechcesz  wołają chytrze i liczą wpływy. ja  zamykam i otwieram oczy bo wiem  że już nigdy papieros nie będzie tak smaczny  wódka taka zimna i pożywna  nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt  nigdy nie będzie tak pysznych ciastek**  –––––––––––––––––––––––––––––––– *piosenka grupy uriah heep z płyty  look at yourself (1971)  ** nigdy nie będzie takiego lata , marcin świetlicki  Jacek Sadkowski (ur. 1965) – od ponad dwudziestu lat redaktor Portalu Literackiego Fabrica Librorum.

  • Przemysław Walczak – Znów spadnie śnieg

    W moim życiu jest coraz więcej miejsca na medykamenty, na różnokolorowe pastylki, syropy, zawiesiny. Objadam się przeważnie tabletkami na głowę, bo z moją głową podobno coś nie tak. Może powinnam teraz słuchać Bacha i spisywać wspomnienia, spoglądając w górę, kontemplować przecierające się chmury. Trzeba oddychać, oddawać się medytacjom, a ja zawsze z zazdrością i pożądaniem patrzyłam na pięknych ludzi. Na smukłe kobiety o smukłych nogach, długich włosach rozwiewanych przez popołudniowy wiatr i na mężczyzn o szerokich ramionach, wyrzeźbionym torsie. Pięknych i wystawiających swe ciała na prześwietlony słońcem dzień i na ciemność nocy. Staram się o niczym nie marzyć, bo marzenia to ryzykowna rzecz, a ja nie mam ochoty na niebezpieczne przedsięwzięcia. Brak mi sił na wyzwania, pragnę bronić jedynie tego, co mi się już przytrafiło i w miarę szczęśliwie prześlizgnąć się przez resztę życia, tak jak prześlizgnęłam się przez dzieciństwo i młodość. Chyba mi z tym brakiem marzeń do twarzy. Najlepsze chwile mojego życia cierpiałam z powodu bycia niekochaną, a teraz sama uciekam przed miłością. Byłam rozszczebiotaną z miłości kretynką, a z tej miłości została jedynie unosząca się w moim mieszkaniu mdła i melancholijna aura pozostawiona przez mojego ostatniego faceta. I został jeszcze zapach jego włosów na poduszce. Nuda bywa niebezpieczną, może popychać nawet do zbrodni, ale ja z nudów zaledwie wyglądam przez okno. Zupełnie niedawno ćpałam upalny i słodki czerwiec, kiedy od zachodu wiał gorący wiatr, jak z piekarnika, a ludzie cieszyli się słońcem i gorącymi nocami. Świat był wtedy oblepiony wydzielinami ich czułości. Tymczasem dziś jest najprawdziwsza jesień. Wyglądam więc przez okno jak jakiś czarny listopad opadł na umęczoną planetę. Jest zimno i brudno, poziom nagłej depresji przekroczył skalę. W oddali wychudłe drzewa uginają się od wiatru nad zaślinionymi brzegami Odry. Wszędzie tylko spleen, chandra, smuteczek, a chodnikami spiesznym krokiem idą ludzie o twarzach udręczonych, twarzach koloru spleśniałego chleba. Idą szybko, to znów mozolnie człapią pochyleni pod ciężarem nieznanych mi trosk, zagryzający spierzchnięte wargi i umęczeni pracą za cztery dwieście brutto. Wyglądają wszyscy, jakby mieli zaszczepioną w genach jakąś dziedziczną klęskę, która od pokoleń przygniata kark do ziemi i pluje prosto w twarz. Zbliżyłam się jeszcze raz do mojego okna z widokiem na wyrastającą po drugiej stronie ulicy, ociekającą deszczem, kamienicę. Pełną rozdeptanych wycieraczek pod drzwiami, wymacanych poręczy wzdłuż schodów i okien ślepych od brudu. W bramie tej kamienicy stał pryszczaty chłopak, gryzł kotlet w bułce z sosem dworcowym i patrzył w pustkę. Widywałam go codziennie i teraz także patrzyłam na niego i nagle wiedziałam już, w tamtej chwili miałam to przeczucie, że umrze młodo, bo są ludzie, których przeznaczeniem jest żyć krótko i umrzeć głupią lub tajemniczą śmiercią. Mają tacy dziwną aurę, którą zwykle rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy naznaczony nią wreszcie umrze. Zginie tragicznie, umrze głupio, tak jakby można było umrzeć mądrze. Może i da się, tego nie wiem, bo właściwie to nie znam się na umieraniu. Pryszczaty dojadał właśnie bułkę, a ja byłam pewna, że umrze głupio, bo zostanie potrącony przez tramwaj, utonie w gliniance albo zakrztusi się własnymi wymiocinami. Coś bardzo przypadkowego się z nim stanie, rozpaczliwie przypadkowego. Umrze nim wszystkie raki świata zdążą przypełznąć i pożreć jego tkanki. Każdemu, co mu jest pisane. Jednemu bieda, cuchnąca znojem i popsutą krwią, drugiemu narkotyczna śmierć w obłoku o chemicznym posmaku w ustach. Bezcelowa śmierć i głupie życie. Za szybą jakieś smętne deszczowe crescendo, a u mnie w mieszkaniu z zachrypłych głośników taniego laptopa ktoś śpiewa o nieszczęśliwej miłości i zagłusza dźwięki pustego mieszkania – warczenie lodówki, szum kaloryferów, tykanie zegara. Wkrótce za moim oknem spadnie śnieg. Zima w mieście jest taka ohydna. Przemysław Walczak (ur. 1982) – autor powieści Wądoły i Lolobrygida . Publikował opowiadania w „Helikopterze” i „Epei. Piśmie Literackim”. Mieszka we Wrocławiu.

  • Jonáš Hájek – sześć wierszy 

    Plac Jerzego z Podiebradów   Na pace ciężarówki wiozą znaki: groźna drużyna trafia na właściwe miejsca. Instrukcja – łódź ratunkowa. Sprzedawca salami woła: „Zmieńcie Boga!”. Madonna ze sklepu zoologicznego jedzie na wakacje.   Ten przyjazny plac jest jak spódnica mamy. Dzwony nad rampami wybijają szóstą. Doktor Nouza uczy mnie, jak znieść w ciszy  przygody, z którymi nie chciałoby się mieć do czynienia. Co nadejdzie?  Co mam promować?  Za jaką cenę?  Możemy przestać myśleć o liczbach? Nieliczby liczbom wydają się tylko wspomnieniem. W zachłannych rękach piękno zawsze więdnie. Mosty nad Rokytką* Swąd z pieca, przez długie lata napis użyj umysłu na niedokończonym wiadukcie... W miejscu odpowiednim dla tego słowa pasę oślicę Balaama, ale to prowadzi mnie gdzie indziej: najpierw na  Náplavkę,** szczęśliwe miejsce, gdzie nie ma sensu się ukrywać, gromadka tańczy tam w kręgu o zmierzchu. A potem gdzie indziej, całkiem poza sceną. _______________ * Rzeczka w Pradze.  **Bulwar nad Wełtawą w Pradze, słynący z wielkich targów produktów rolnych. Porządny ojciec                              Natalii Pięknych lat przybywa, a życia ubywa. Idziesz długą ulicą i ze zbyt ciasnych spodni sterczy ci koszula. Idziesz długą aleją, nad nią lecą ptaki. Być może jesteś chirurgiem przed pierwszą operacją i zaraz masz być w Motoli.* Może jesteś listonoszem i pod kilka adresów niesiesz jaskrawą kopertę, przekaz, schemat podziemnego budynku. Może jesteś sprzedawcą, stoisz za kasą, Brodzisz w szprotkach i twoje ręce stają się złote, przełożony o tym wie. Jakieś dno, które obmacujesz kotwicą. Jakaś wiklina, w której przestrzeń albo dobra ciemność. Bądź trochę ironiczny, trochę czuły, bądź dobry dla żony, nie pij i nie pal za dużo, przynajmniej przy dzieciach. _____________ *Szpital Uniwersytecki w Pradze. Prajzká* Mieszkała tu przez sto lat. W jednym miejscu, w wielu krajach. W tablecie grzebie pośród zdjęć rodzinnych. Na oczach wszystkich. Komora celna, rzeka, jemioła podoba się Euterpe. A w sobotę chciałoby się na zakupy do Polski. Wiedziałaś, że ma w domu skórzane obicia? Jesteśmy tacy sami. Ale kto ma szczęście, ten jest bogaty. ________________ *Kraina na północ od rzek Opawa i Odra, między miastami Opawa i Ostrawa; wielokrotnie doświadczana przesuwaniem granic. W pasażu Lucerna Znowu ożywa napis BIO. Wyobraź sobie, że ludzie nie mówią: tylko ruszają ustami a ty słyszysz dubbing i pogryzasz łuskane migdałki. Wigilia Samobójcy z Trzebowej mówi się, że jest w stanie przetrwać bez dolnych kończyn. Niezadowolonym pasażerom częściowo zwróci się za bilety proporcjonalnie do czasu usunięcia krwawej miazgi. Pokój ludziom dobrej woli a tamtego – dobić. przełożył Karol Maliszewski Jonáš Hájek (ur. 1984) – czeski poeta, przetłumaczony na kilka języków. Studiował muzykologię w Pradze. Autor tomów:  Suť (Gruz), Vlastivěda (Nauka o kraju ojczystym), Básně 3 (Wiersze 3), Výlet do Schengenu , (Wycieczka do Schengen), Můj jediný čtenář (Mój jedyny czytelnik). Laureat nagrody J. Ortena (2007). Jego wiersze były publikowane w „Poboczach” (w przekładzie Franciszka Nastulczyka), w „8. arkuszu Odry” (w przekładzie Zofii Bałdygi) oraz w magazynie „Suburbia” (w przekładzie Karola Maliszewskiego).  Mieszka w Kolinie. Jest mężem poetki Natálii Paterovej.

  • Juan Carlos Mestre – dwa wiersze

    Ważka Miałem ważkę w sercu, jak inni mają ojczyznę której schlebiają ziarnkami oczu. Zaprawdę gatunki prawdy są rzeczami trudnymi do uwierzenia, dziwne istoty skamieniałe w czułości jak łagodne guzki w doskonałości kości. W owym czasie miałem sen o ważce pośród trzcin serca. Umęczone niczym zamknięte parasole zbierałem drewniane dźwięki nieistniejącego morza i z nich budowałem coś na kształt domu. W owych dniach czymś na kształt domu były rozmowy, słowa związane z proroczą rzęsą, koty na drzewach wiśni. Nie znałem więzów a każdy mrok był dla mnie darem, szumem wieczności, która niczym nagie ciało oddaje się mej dłoni. To nie usta miłości oddychały tą rdzą, lecz wyobrażenie miłości jako krawca w zielonych spodniach w dniu szczęścia. Zaprawdę gatunki prawdy są rzeczami trudnymi do uwierzenia, iluzja człowieka jest światłem pochodzącym z nieznanego lecz to nie on jest właścicielem tego wynalazku, lecz hałasu zapożyczonego szumu komnaty tego, kto trzyma w niej swą przyjemność. Miałem w sercu szew ważki ale przez mózgowe liście me ręce urosły do wewnątrz w poszukiwaniu dźwigni, dzięki której mógłbym pozbyć się kamienia strachu. Bez wysiłku zacząłem płakać na opak, by oszukać zmysły prowadzące gramatyczną kroplę w kierunku obcego języka. Zanim wzięli mnie za obcego, ponieważ nie byłem właścicielem tego wynalazku odsunąłem od siebie optymizm bycia rozumianym przez więcej niż dwie osoby i zacząłem słyszeć własne słowa jak uderzenia młotka w pustej przestrzeni. To było tak, jak gdyby czas przestał trwać, jak gdyby wszystkie dzieła wyobrażone przez ślepca rozpływały się w dotyku, jakby szarańcza zstąpiła na pola ducha. Miałem tylko ważkę w sercu jak inni są braćmi zawrotów głowy i noszą w skroniach aortę konstelacji. No dobrze, gatunki prawdy są rzeczami trudnymi do uwierzenia, możliwe, że niewidzialność i wszystkie te fakty mają związek tylko z ważką. Zebranie Drodzy towarzysze cieśle i stolarze, przynoszę wam solidarnościowe pozdrowienie od metafizyków. Dla nas również sytuacja stała się nie do wytrzymania, członkowie odmawiają dalszego płacenia składek. Od tej chwili liryka nie istnieje, za waszą zgodą poezja postanowiła zakończyć swoją działalność tej zimy. Nie miejcie nam tego za złe, ale mamy jeszcze jedną prośbę, moi starzy towarzysze przyjaciele drzew pamiętajcie o nas gdy będziecie śpiewać Międzynarodówkę . z hiszpańskiego przełożył Adrian Krysiak Juan Carlos Mestre  (ur. 1957) – hiszpański poeta, eseista, autor grafik, miedziorytów i rze źb.

  • Isabel Sabogal Dunin-Borkowski – trzy wiersze

    *** Urodziłam się w miejscu, które leży na krańcu świata, w porcie róż, gdzie cumują statki, a zapach morza, mew i wiatru rozchodzi się w powietrzu. Odurzone ślimaki, morskie koniki, zielone i białe mchy, nieskończone morze liści. Za moim portem tylko wysokie szczyty, gdzie kamienni biesiadnicy wylewają swe żale, gdzie jęczą i ryczą ogniste byki. A zapach ślimaków unoszący się na wietrze, to zaledwie westchnienie w harmonii wiersza. Próżne zaloty Pod nami czai się mgła, W której roją się smoki, W której rodzą się i odradzają gwiazdy. A ja, poza tą głębią, jestem niczym, Tylko automatem, bez rzek, bez cieni, Automatem, bez snów i bez nadziei. Gdyby nie mrok nocy I twoje ciało, jak kotka przyczajone, Naprawdę wierzyłabym, że tym właśnie jestem. Uwierzyłabym w każde słowo, które mówię, Uwierzyłabym we wszystko, co myślę — Próżne zaloty, próżne sny, By dosięgnąć tego, co za gwiazdami, By uchwycić to, co poza codziennością. Ale nie ma już nic, co można osiągnąć, wszystko próżne, Poza pieśnią, która wykracza poza myśl, Poza twoim ciałem, jak kotka przyczajonym, w mroku nocy i snów. *** – Chciałabym być — mówiła bezimienna dziewczynka – Jak każda inna, po południu przysiąść  i cerować skarpetę, czekając na babcię.  Zegar powoli wybija godziny, kot mruczy, a ja piekę babkę,  chmury na niebie zapowiadają jedynie deszcz,  który nawodni sad i ogród wokół domu. Ale ja jestem bezimienną dziewczynką,  I choćby nawet by mi je nadali, żadne imię nie jest prawdziwe,  moje słabe ręce nie nadają się do babek ani skarpet, a mój umysł błąka się w cieniach i nie znosi mijających godzin. Wiem, że w tej chmurze sunącej po niebie,  Anioły toczą walkę z drapieżnymi demonami. Jakże chciałabym, Boże mój, być dziewczynką z imieniem!  Przysiąść po południu i cerować skarpetę...  Przynajmniej miałabym wtedy o czym rozmawiać z przyjaciółkami, i nie czułabym się tak samotna wśród tłumu ludzi… przełożyła Paulina Eryka Masa Isabel Sabogal Dunin-Borkowski  (ur. 1958) – poetka, prozatorka, tłumaczka, astrolożka. Jej językami literackimi są hiszpański i polski. Wybrane publikacje: Requiebros vanos  (Lima, 1988), Todo está hecho a la medida de ti misma  (Lima, 2022) – książki poetyckie; Un universo dividido  (1989, 1993, 2016) – powieść. Odpowiedzialna za wybór, wstęp i przekład zbioru Poesía escogida  Czesława Miłosza (Lima, 2012). Jej twórczość w języku polskim ukazała się m. in. w „Fantastyce” i „Lekturze”.

  • Aleksander Wierny – pięć wierszy

    *** plama na plamie palimpsest bez  tekstu pierwszego zostały konteksty odnoszące się do siebie i tylko do siebie kompost pełen pustych nasion *** wygląda z wnętrza do wewnątrz  cudzego mieszkania w którym znika codziennie je jest uparcie unika siebie sublokatora płacącego cały czynsz *** żyje w nim zwierzę które się żywi karmą przetworzoną z ciał niegdyś niebieskich a dziś niewystępujących w naturze danej przez producenta *** przemierza ale nie zmierza zresztą nie zamierzał bo zmierzył siły i nie doliczył do dwóch echo nie wróciło nie odbiło się choć wydzierał się jak obdzierany *** metabolizm boli coraz mniej mocy z obiecanej przemiany życia w życie zbliża się czarny tankowiec który obierze kurs na niemożliwe morze Aleksander Wierny  – poeta, prozaik. Urodził się, mieszka i pracuje w Częstochowie. Autor pięciu książek prozatorskich i czterech tomów poezji.

  • Marcin Mielcarek – Kilka dni nad morzem

    Poznałem ją, bo podobno moje rzeczy budzą w niej jednocześnie podniecenie i odrazę. Uważa mnie trochę za mizogina, twierdzi, że moje teksty nie nadają się, aby oglądać światło dzienne. Kwestionuje w ogóle to czy potrafię pisać. Twierdzi, że brak mi charyzmy i osobowości. Według niej mało która kobieta spojrzałaby na mnie na ulicy. – A mimo to mnie znalazłaś – stwierdzam. – Nie myślałam, że się odezwiesz. To był żart. – Czyli ciągnie się już trochę. – Sama nie wiem czy to dalej zabawa. Pisałem z nią jakiś czas, parę razy się widzieliśmy. Teraz zabiera mnie nad morze. Na kilka dni. Mam zapewnić jej towarzystwo, być jednocześnie psem przewodnikiem, klaunem i kochankiem. – W zamian będziesz miał co wspominać – oznajmia. Barbara jest pod pięćdziesiątkę. Nie wygląda najgorzej, to znaczy nie grzeszy urodą, ale pieniądze pozwalają jej wyglądać na atrakcyjniejszą niż jest. Droga dieta zapewnia wagę w normie, chociaż jej figura wskazuje na tendencję do tycia. Nosi złotą biżuterię, długie sukienki i ładnie pachnie. W jej ciemnych włosach trafiają się pojedyncze siwe, które bezlitośnie wyrywa. Oczywiście już od dawna używa farby. Gorzka czekolada. – Gdybym nie wyglądała jak wyglądam, to nie wyjechałbyś ze mną, co? – pyta. – Nawet byś się nie odezwał? – Odezwałbym. I wyjechał. Kłamię na zawołanie, bo tego właśnie oczekuje. W gruncie rzeczy wcale nie jest tak seksowna jak jej się wydaje. Wiele kobiet w jej wieku, na tej chociażby plaży, trzyma się lepiej. Ona jednak ma przerost ego. Może to lepiej. Szare myszy nigdy nie kończą dobrze. – Kiedy wrócimy do pokoju hotelowego możesz zrobić mi to co wczoraj? – Mogę. Jak wielu ludzi ma problem, aby otwarcie mówić o swoich potrzebach w łóżku. Siedzimy na plaży od rana – ja czytam Hemingwaya, ona opala się na ręczniku. Sączymy drinki z plastikowych kubków, w których sprzedaje się lód. Do dwóch wchodzi równo pół litra wódki, a to już trzeci taki drink, chociaż nie ma jeszcze dwunastej. Oczywiście, że co jakiś czas muszę smarować ją kremem z filtrem. Łączę to z masażem całego jej ciała. Bardzo jej to odpowiada. – Tu nie ma internetu – odzywa się, patrząc w swój telefon. – Tu nigdy nie ma internetu. Unosi głowę i spogląda na mnie. Ciemne okulary zakrywają jej połowę twarzy. – Widzę po twojej minie, że ci się tutaj nie podoba – stwierdza. – Podoba. – To skąd taka mina? – Zawsze taką mam. – Uśmiechnij się, tak ci wtedy ładnie. – Zupełnie jakbym słyszał moją matkę. Odwraca się i przestaje na jakiś czas odzywać. Jestem cyniczny. Jestem zgorzkniały. Jestem wciąż młody. Pielęgnuję w sobie wady. Wzdycham i dopijam drinka. Pytam Barbarę czy chce kolejnego. – Mi na razie wystarczy – mówi. – Po alkoholu robię się śpiąca. – Tylko nie zaśnij, kiedy mnie nie będzie. – Dobrze. Będę czekać aż wrócisz. Idę przez plażę, czując pod stopami przyjemnie chłodny piasek. Kiedy wychodzę na gorący beton zakładam klapki i udaję się do najbliższego sklepu. Wszędzie łażą ludzie. Staram się na nich nie patrzeć. Ich śmiech i krzyki wprawiają mnie w podły nastrój. Przygnębienie. O to w co wpędza mnie tłum. Kiedy wracam Barbara smacznie śpi. Sięgam po jej kapelusz i nakładam go jej na głowę. Sam usadawiam się na składanym krześle. Przyrządzam sobie drinka, wlewając cytrynową wódkę do kubka z lodem. Piję i zaczynam się rozglądać. Młody, silny murzyn ze szpetną Niemrą na oko z dziesięć lat starszą. Dorobili się nawet dwójki mulatów – dziewczyna, która kiedyś może być sto razy ładniejsza niż mamuśka i chłopiec w koszulce reprezentacji Ghany. Siedzący i leżący faceci z nabrzmiałymi, bladymi od piwska brzuszyskami. Czy mnie też to kiedyś czeka? Niespełnione gwiazdy Instagrama, robiące sobie foty na tle zielono brudnego morza i srających mew. Starzy Niemcy noszący się jakby w Polsce wciąż panował komunizm. Kobiety w strojach kąpielowych o przekwitłych ciałach, na które nie chcą patrzeć już nawet ich mężowie, a może zwłaszcza oni. Opaleni na czerwono faceci, łażący z torbą na plecach i wykrzykujący tubalnym głosem jakieś bzdety o popcornie. Kilka ciekawych młodych dziewczyn, ale z rzadka tylko nieskażonych chirurgią plastyczną czy ręką tatuażysty. Ratownicy wcale nie podobni do tych ze Słonecznego Patrolu. Jedna kobieta leżąca na brzuchu, takie uda i biodra, że mogłaby wydać na świat drużynę piłkarską. Szum morza i dźwięk rozbijających się o brzeg fal i flaga Polski na maszcie powiewająca na narowistym wietrze. Czasami krzyk mew, ale głównie dzieciaków. – Moja siostra to wypoczywa w Gołębiewskim – Słyszę gdzieś z prawej. – Wiesz oni nie lubią chodzić, zwiedzać. Ma być wygoda i koniec. Basen, drinki, muzyka. Jej mąż jest kierownikiem w IKEI, to bardzo odpowiedzialne stanowisko. Jakaś seksowna blondynka opala się kilka metrów ode mnie, czytając książkę. Leży na brzuchu, jej pośladki są wyjątkowo wypukłe i krągłe. Obok niej chłopak, który jak głupia małpa łapami przesiewa piach, tłucze go, zagarnia. Jest tłusty, widać, że miękki, blady brzuch i blade piersi wiszą mu jak tucznikowi. Niemal brak owłosienia. Zastanawiam się dlaczego są razem? Wiem, że na pewno istnieje na to odpowiedź. Na wszystko przecież istnieje. Trzeba tylko dobrze zadać pytanie. – Chyba zgłodniałam – oznajmia spod kapelusza Barbara. – Tylko dokończę drinka i możemy iść. Zajmuje mi to kilka minut, ale Barbara trochę musi mi pomóc. Zabieramy swoje graty i idziemy z nimi do pokoju hotelowego. Nie mamy jakoś daleko, Barbarę stać na nocleg tuż przy plaży. Wychodzimy na miasto, do jednej z restauracji. – Gdzie zjemy? – pyta, chwytając mnie za rękę, a ja na to pozwalam. – Wszystko jedno. Przecież wszędzie serwują mdłe żarcie, bo wiedzą, że ludzie tak czy siak do nich przyjdą. – Tutaj jest ładnie, chodź, wejdziemy. Wybieramy stolik na zewnątrz, pod parasolem. Stolik jest okrągły, z drewna. Krzesła całkiem wygodne. Robię się śpiący. Zamawiamy coś do picia i dwie smażone ryby z frytkami i sałatką. Czekamy kwadrans, może chwilę dłużej. Przez cały ten czas Barbara coś do mnie mówi, a ja tylko odpowiadam zdawkowo. Słucham, ale nie słyszę. Właściwie to nawet nie imają mnie się myśli. Po prostu jestem, zawieszony w dziwnej próżni. Mój mózg jest zmęczony. Ja chyba też. – Zobacz jak się opaliłeś – rzuca, chwytając moją dłoń. – Ty też się opaliłaś. – Naprawdę? – Tak. Taki zdrowy, brązowy kolor. – Pasuje mi opalenizna? – Jak najbardziej. Opalona wyglądasz jak Greczynka. – Jak Greczynka czy Włoszka? – Jak Greczynka. Wiem, że wolałaby Włoszkę, ale na Włoszkę jest trochę za brzydka. Jemy w umiarkowanej ciszy, słuchając mimo woli niemieckiego, który atakuje niezrozumiałym bełkotem moje uszy. Nigdy nie miałem w planach uczyć się niemieckiego. Uważam to za bezcelowe. Poza tym pewnie i tak nie dałbym rady. Trzeba znać swoje ograniczenia i pogodzić się z nimi. Prościej wtedy żyć. Kiedy kończymy jeść, Barbara nachyla się do mnie niby konspiracyjnie. Mówi szeptem. – Mam ochotę zrobić coś szalonego. – Co takiego? – Wyjść bez płacenia. Co ty na to? – Barbara… – No co? Zróbmy to. Potrzebuję żeby coś się działo, potrzebuję adrenaliny. Miałeś mi przecież zapewniać rozrywkę. – To kradzież dla sportu. – I co z tego? Od kiedy niby jesteś moralnym miernikiem? Kiwam głową na nie, ale widzę po niej, że już podjęła decyzję. Rozgląda się nerwowo, w oczy błyszczą jej dziko. Nagle podnosi się, łapie mnie za rękę i wychodzimy, po chwili zamieniając chód w bieg. Po kilkudziesięciu metrach stwierdza, że jest czysto. Jest lekko zdyszana, a na jej twarzy maluje się szczery uśmiech. – Udało się – mówi. – To było super, co? Ale mi serce bije, zobacz. Tobie też tak? – Nie. – Chodź, schowamy się w hotelu. Recepcjonista spogląda na nas znudzony, kiedy po raz któryś dziś Barbara mówi mu dzień dobry. – Może się chwilkę zdrzemniemy, co? – pyta. – Pewnie. Idziemy do łazienki. Biorę szybki prysznic, kiedy ona siedzi obok na toalecie i robi siku. W ogóle się nie krępuje. Ja też nie. Nie takie rzeczy robiły przy mnie kobiety. – Ten kelner pewnie się zdziwił, co? – mówi wciąż podnieconym głosem. – Pewnie tak. Pewnie nawet zgłosił to na policję. – Nie znajdą nas. – Raczej nie będzie im się chciało szukać. Wychodzę i kieruję się prosto do łóżka. Pościel jest chłodna i miękka. To wszystko takie proste, myślę sobie. Wystarczy się odpowiednio ustawić do wiatru i dać się nieść. Powoli zasypiam, wsłuchując się w dochodzący z łazienki szum wody. Budzi mnie Barbara, a właściwie jej ciepłe, mokre usta. Mój penis powoli rośnie pod wpływem jej pieszczot. Otwieram najpierw jedno, potem drugie oko. – Możesz to zrobić? – pyta niepewnie. – Mogę. Zostawia mnie i kładzie się na plecach, a ja pochylam się nad nią i chwilę bawię odętymi wargami, a potem lewą i prawą piersią. Całuję fałdkę na jej brzuchu i śmiesznie głęboki pępek i stwierdzam na głos, że jej skóra naprawdę zrobiła się niemal brązowa. W końcu trafiam do ud i dalej, między jej nogi. Rozchyla je szeroko, wie co za chwilę się wydarzy. Przeciągam ten moment, drażnię się z nią w ten sposób, a jej wyraźnie się to podoba. Potem po prostu wprawiam język w ruch i wodzę chwilę po śliskich wargach, w końcu zatrzymuje się na łechtaczce i w ten sposób doprowadzam ją do orgazmu. Nie ma mi chyba nic ciekawego do powiedzenia więc mruczy coś, że było jej dobrze. Znów zabiera się za mojego penisa, ssie go dosyć długo. Potrzebuje mnie przecież, aby sobie ulżyć. Kiedy jestem gotowy siada na mnie okrakiem i zaczyna mnie ujeżdżać. Zaczyna z pełnej rury, żaden tam delikatny wstęp, bo w pewnym sensie jestem jej zabawką. Patrzę na falujące przed moją twarzą piersi. Piersi ma ładne, to nie jest żaden kłam. – Lubię twoje piersi – mówię. Nie odpowiada. Oczy ma zamknięte, chyba nie słyszy. Być może przeniosła się daleko w krainę fantazji i teraz nie ujeżdża mnie, a na przykład byłego faceta, gwiazdę filmową albo prawdziwego ogiera. W ludzkich głowach siedzą w końcu różne rzeczy. Dochodzi na mnie raz i chyba za pięć minut drugi, nie jestem pewien, bo brzmi to podobnie jak wcześniej. Grymas na jej twarzy nie jest wtedy zbyt ciekawy. Wiem, że mój również, więc kiedy przychodzi moja kolej, biorę ją na stojaka, od tyłu. Nie chcemy na siebie patrzeć. – Wyjdziesz ze mnie, prawda? – pyta. Lubi czuć się chyba jak nastolatka, która może wpaść, a przecież jest dawno po menopauzie. Dymam ją dosyć długo, chyba nawet sprawiam jej ekstra orgazm, ale sam zaczynam się zastanawiać czy uda mi się skończyć, naprawdę mnie to nurtuje. Trwa to i trwa, aż w końcu mnie bierze, na amen i nieodwołalnie. Kończę na jej plecach. Biała sperma na jej brązowej skórze wygląda niemal abstrakcyjnie. – Wskoczę pod prysznic i pójdziemy na plażę, co ty na to? Wieczorem ma być jakiś koncert – mówi, kierując się do łazienki. – Jaki koncert? – Nie wiem. Jakieś stare hity. Można też potańczyć. – Chcesz tańczyć? – A ty nie? Kładę się na łóżku, na wznak. Za oknem słychać mewy, wpada też przyjemny, chłodny wiatr. Myślę sobie, że to dopiero drugi dzień. Zostały trzy. Jeszcze trzy dni. Główkuję cholera jak ja to wytrzymam. Marcin Mielcarek (ur. 1996) - absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki  w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych . W 2022 roku powieściowy debiut Sztuka latania . Mieszka w Zielonej Górze.

  • Marcin Balcerzak – Wadim

    Wadim odważnie oglądał każdy film wojenny dopiero będąc w Polsce, nie dzieląc żadnego na film produkcji amerykańskiej i produkcji obojętnej, a bywało, że trafiał na filmy produkcji koreańskiej i też jemu to nie przeszkadzało.  Co prawda, raz złapał się na tym, że włączył przypadkowo tylko, stary film wojenny produkcji radzieckiej, który wydał się Wadimowi za bardzo subtelny i że w te hełmy sowieckie w Afganistanie strzelali mudżahedini za mało przekonująco.  W snach za to widział, jak hełmy razem z głowami ruskich żołnierzy, rozpadają się przy byle podmuchu wiatru od strony gór Hindukusz, albo po omacku, w czasie mgły przylazłej od strony Karakorum. Ostatnio Wadim nawet przestał brać we śnie jeńców, tylko od razu strzelał kacapom po nogach, żeby leżąc na zimnej skale, wykrwawiali się jak najdłużej. We snach tylko Wadimowi okrucieństwo przychodziło od tak.  Zresztą, zadzwonić mógłby Wadim do dyspozytora snów i poprosić o zmianę pakietu na platynowy, ale jak?, gdyż drony na niebie, pocięły fale łączące ziemię z dyspozytornią. Czy będzie musiał już zawsze zabijać kacapów we snach? Może, zresztą kiedyś, dodzwoni się do dyspozytorni prosząc, żeby wreszcie wyłączyli mu te przykre sny. Postanowił za to, że nie będzie już nigdy bił brawo żadnej reprezentacji piłkarskiej. Bez względu na kolor koszulek.    Świat, jak kiedyś się wydawało  Wadimowi jest skończony, wystarczyło wyjść przed dom i stał płot, a za płotem płynął Dniepr. Ale  nie ciągnęło go nigdy, żeby wyjeżdżać nawet blisko do Polski, bo po co. A może i by ciągnęło, ale nie pamiętał kiedy. Bo właściwie skąd miałby pamiętać, każdy oddech przy ich niezliczonej  ilości. Z  landszaftami które malował było inaczej. Każdego pamiętał. I nawet jak nie oddzwaniały do niego same z mini telefonów, które im kupił, tak jak obiecywały przy sprzedaży. Pamiętał, jakie kolory nakładał na płótna i w jakiej starannej kolejności. Jakie były tematy zleceń, z którymi przychodzili do niego klienci. Najpierw szkicował ołówkiem na płótnie kształty, żeby ostatecznie wypełnić je kolorami, niebieskim albo żonkilowym jak artysta niepośledni. Jednak muza żadna nie pukała wtedy do jego mieszkania z natchnieniem, gdy malował na przykład - grzyby rosnące u stóp mrowiska. Wystarczyłoby przecież, żeby zrobić takie unikalne zdjęcie, ale jak się wyraził zamawiający obraz pod tytułem: „Grzyb z mrowiskiem w tle” - ile musiałby się nałazić po lasach, żeby znaleźć taki kadr.  Innym razem, obraz pod tytułem: „Dzień jednocześnie i noc” ,tak Wadim musiał literami podpisać , żeby ten kupujący, miał pewność, że przeniknięcie jednego w drugie Wadim mu namalował, a nie co inne.  Nie miał też Wadim w zwyczaju z kogokolwiek się śmiać. Nawet, jak do twarz pokurczów, zamawiających płótna , domalowywał atletyczne ciała, zamiast; tak jak stali przed nim, malując ich wielkie brzuchy i byle jakie twarze. Raczej te piękne męskie mięśnie na brzuchu woleliby, to samo na rękach i nogach, więc Wadim malował. Bez przeszkód, takie malowanie mu wychodziło. Taki miał bezmiar, w magazynie pięknych męskich ciał  Wadim w głowie. Skąd ich tyle brał? A na przykład z kobiecymi ciałami magazyn stał pusty. Życie za każdym razem, mogłoby mu się ułożyć inaczej, gdyby miał wiele żyć. Przy tym tylko jednym, trzeba by uważać na wszystko dookoła. A to możliwość pozostaje do zawiśnięcia na nie tej lotni w powietrzu, gdy nagle przestanie ją wznosić ciepły wiatr znad oceanu pod skrzydła. Albo, biorąc pod uwagę miliony strzał, wystrzelonych  w czasie wieków średnich w powietrze przez królów, trzeba było mieć nieskończenie wiele szczęścia, żeby nie podejść pod jedną. Tak samo teraz, patrzeć ma Wadim w niebo wciąż, i patrzeć, co z tego nieba spadnie poza deszczem?  Wydawać się Wadimowi zaczęło, że jeden z tysięcy dronów, wcześniej przelatujących nad jego głową, właśnie uwziął się i poleciał zwyrodniały za Wadimem za granicę do Polski. Zamierzał akurat na jego łbie naładować swój akumulator, wyciągając z mózgu Wadima neurony; i komu trzeba tłumaczyć, że są to drobne impulsy elektryczne w czasie wojny na wagę złota jak proch.  Czekać by pozostawało Wadimowi tylko, jak po chwili dron odrzuci Wadima puste szczątki, jak robią też pająki z wessanymi muchami. Wadim. Martwił się Wadim codziennie, że nie mógłby cały dzień i całą noc chodzić, patrząc tylko w niebo. Lepiej od razu byłoby podejść pod drona kamikadze i zaprosić go do siebie na głowę. Zdejmując czapkę i by doprawdy wszystko, co złe się już skończyło.  Że malować to trzeba umieć. Nie raz tak myślał Wadim o sobie, nawet gdy sprzedawał najdroższy swój landszaft za 1000 Hrywien, na którym widać Putina, jak diabły ciągną go za nogi do piekła na dole, a u góry anioł pokazuje Putinowi gołą, nieopierzoną tym razem dupę. Też trudno by było, takie zdjęcie gdzieśkolwiek zrobić na świecie, tak samo jak tego grzyba z mrowiskiem w tle. Ale też, co do pomysłu takiego na obraz, Wadim się wzdrygał i gdyby mógł, odkupiłby dzisiaj ten obraz niedobry,   i kto wie, a może i by wyrzucił z Putinem  ten obraz i z diabłami ot, tak w niepamięć. Albo właśnie na przekór raczej, cykl komiksów takich mógłby Wadim narysować z Putinem ołówkiem w różnych pozach, a i pewnie  ubrałby i te rysunki w słowa po angielsku. Póki co, zaniechał jednak pomysł z komiksem do odwołania na później. Dobra już dobra. Może jedynie potrzebowałby wyjechać Wadim gdzieś, żeby same tematy na wybitne obrazy jego by odnalazły. Może za długo już siedzi nad rzeką Dniepr i głupio wpatruje się w nieruchome spławiki.  W Krakowie zaś na Kazimierzu, jakby wynajął sobie stary strych i ukradłby, któryś z pędzli Matejki z muzeum, a z głowy wtedy same popłyną pomysły na arcydzieła. Ktoś by pomyślał, ale wówczas, nie namalowałby pięknie jak Ołeksandr Bohomazow, ale dwieście razy lepiej.  Wybiegł gdyby tylko z domu, to do Lwowa by dobiegł w tydzień, po to, żeby na murach Akademii Narodowej Sztuk Pięknych farbą i pędzlem napisałby: „ już żałujcie że muszę stąd wyjechać szubrawcy” . A w przyszłej biografii o Wadimie, pewnie napiszą mniej więcej, że jako członek cyganerii lwowskiej, mazał farbą po murach dostojnej akademii farbami, po których ślad został po stu latach do dzisiaj, pomimo sikania psów na ściany i innych politycznych zamalowywań. Później już tylko granica w Medyce, a gdy wlazł Wadim na dach autobusu, widział  już przez lornetkę smog nad Krakowem.   A weźmie i właśnie narysuje już ten smog u siebie w kołonotatniku poślinionym ołówkiem, siedząc na tym autobusie.  Ale skąd ma wziąć spokój  na rysowanie i nietrzęsącą się rękę? Jak buja tu na dachu autobusu i wieje? A jak już leci za nim rakieta wystrzelona celowo by go dosięgła i rozdarła? A gdyby zaraz za granicą polsko – ukraińską, wykopał sobie w ziemi jamę i już z niej nigdy by nie wychodził do skończenia świata? Nikt teraz nie powie, że to głupi byłby pomysł, ale pracochłonny. Zamiast sztalugi, powinien targać za sobą Wadim do Polski łopatę do kopania jam. Albo, żeby wcale nie zatrzymywał się na noc w przypadkowym domu, tylko by spał w wykopanej dziurze w szczerym polu przez siebie. I też dlatego, pierwsze co zobaczył w Polsce, to psy przestraszone z Ukrainy, biegające z kośćmi w pyskach, które chciały je gdzieś  koniecznie zakopać, tyle, że powypadały  kości im ze zdrętwiałych psich pysków ze strachu, i leżą przypadkowo gdzie bądź, bieląc się tylko teraz w polu jak w piosence. Wziął też ze sobą Wadim, niewystrzelone patrony na wypadek, gdyby zapomniał co i jak. Wyjmie z plecaka dopiero jak bezpiecznie stanie za  sztalugą w Krakowie na strychu z Matejki pędzlem w ręku.  Adresy jakieś ma poprzesyłane na telefonie w Polsce.  A jak nie znajdzie czasu na odwiedzenie wszystkich? I naprawdę jakby miało się okazać, że w Kołobrzegu na przykład, miałby namalować swój najważniejszy obraz, a traf zrządzi, że nie trafi nigdy do Kołobrzegu? Co innego, gdyby w telefonie czekał na niego jeden adres, do jednej osoby z zaproszeniem na całe życie. A jak zacznie pod Barbakanem w Krakowie sprzedawać landszafty z karykaturami polskich królów. Same łokcie malowane bez rąk i krzywe usta bez twarz?   Albo jeszcze może się przydarzyć, że folie reklamowe w różne wzory będzie przyklejał do szyb w salonach piękności ze strzykawkami i z kwasem hialuronowym, zarobkowo. Zamiast wiarygodnie odmalowywać swój strach na strychu, farbami pomieszanymi z prochem z patronów i pajęczynami zapomnienia. Strugać też jak mu każą z drewna fujarki i na jarmarkach z rękodziełem, każą grać na nich ludowe ukraińskie melodie ze stepu? A nie nauczy się grać ani strugać w drewnie przez rok. Co z tego, że koleżanka Darya od SMS-ów, uczyłaby z nim tańców ludowych w Domu Kultury w Rzeszowie, jakby tylko nie zniechęciłaby się, ucząc najpierw tańczyć Wadima o drewnianych nogach.   Ale nawet nikomu, ani jednego nikogo, wokół Wadima teraz nie ma, komu chciałby o tym opowiedzieć tę historię, nie ma koło niego. Nawet, gdyby komuś szczególnie zależało na tym, żeby teraz być z Wadimem i ostrzegać szturchańcami go przed zabłąkaną ruską rakietą jak stoi na dachu autobusu, to nikt mu i tak nie przychodzi na myśl. Zresztą, jeśli już nikt w Ukrainie nie jest żywy? A jak została już na zawsze wydarta strona z mapą Ukrainy z atlasów świata?  Pod wodą może zamieszka Wadim w Polsce, chyba że jak bóbr albo ryba, skoro nie wziął ze sobą łopaty. Jak jednak miałby zamieszkać na stałe pod wodą; a o cenie, jaką musiałby zapłacić za przeszczepienie sobie oskrzeli zamiast płuc wolał nie myśleć. Nie będzie jednak więc jak płoć, jedząca kukurydzianą zanętę.  Ile razy jeszcze miałby do siebie mówić, że będąc tylko w Polsce, już jest obiecującym artystą, a landszafty które malował do tej pory, przekaże do swojego kiedyś tam muzeum we wiosce, z której uciekł.   W Krakowie jednak przy kostce brukowej żeby poszedł robić, prosiła go pani z agencji pracy, bo nikomu już w Polsce nie chce się ciężko pracować. Dlatego jak Wadim nie przyjmie takiej pracy, będzie musiała sama zamknąć agencję i sama wrócić na Ukrainę. W zamian, spał będzie w siedmioosobowym pokoju, jednak z cotygodniową pewną wypłatą. Ona może go jeszcze zapewnić, że wyśle Wadima do jednej z tych firm, która co tydzień uczciwie zapłaci.  Artystów, mu jeszcze powie pani, jest w brygadzie od układania kostki paru. I nauczyciele są muzyki. Także niebanalni są designerzy  sztuki użytkowej z Akademii we Lwowie, z kierunków sztuk dekoracyjnych i wzornictwa. Na niedzielę wykupi też dla całej brygady bonus, czyli bilety do MOCAK-u, żeby może sobie w środku porobili zdjęcia, dla być może inspiracji na przyszłość, a nie tylko przetrzymując obrazy w niepewnej i krótkiej pamięci głowy. Sama wozić ich będzie i przywozić osobiście z Nowej Huty, gdzie będą rewitalizować centrum, kładąc kostkę brukową  w miejsce betonowych płyt chodnikowych. Jakby bardzo chcieli, jeszcze uprosi wykonawcę, żeby mogli poodciskać swoje dłonie na betonowych donicach jeszcze nie stwardniałego na zawsze betonu. Niech ją poprawi jeśli się myli, ale, że upamiętnieni będą na sto lat, aż do być może następnej rewitalizacji. Jakiś czas owszem dawało się radę, dopóki dawało się radę klęczeć  przez osiem godzin na betonie. Potem Kołobrzeg. Bo jak, jakby miało by się okazać, że czeka na Wadima morze zleceń na wielkie marynistyczne malowanie na płótnie okrętów , a on by nie pojechał do Kołobrzegu. Nie teraz, może jeszcze nie teraz, bo się nie było co łudzić, że farby sobie kupi i zacznie malować społeczne murale na blokowiskach w Kołobrzegu za pieniądze z Urzędu Miasta. Ale przecież kwiaty lubi Wadim sadzić. A przycinać drzewom gałęzie nie jest przecież sztuką, mając elektryczne nożyce do cięcia żywopłotu. Podeschłym roślinom będzie Wadim zakładał nawodnienie kropelkowe, rozciągając plastikowe rury i zakładając zraszacze. Kosić trawę kosiarką spalinową przecież że nie zapomniał. A wcześniej nauczy się zakładania trawnika z rolki. A jak już na Wałach Chrobrego się nauczy ogrodniczego rzemiosła, będzie projektował zieleń ludziom w przydomowych ogrodach w Ukrainie. Usypywać się nauczy klomby, wodospady się nauczy murować i formy przeróżne zacznie nadawać żywopłotom i krzewom. Ile zobaczy znajdzie radości w przesadzaniu starych drzew.  A kamienne gabiony będzie ustawiał jak Fidiasz na Akropolu kolumny. Niech tylko Wadim pomyśli, że za niedługo, nikt nie będzie kupował obrazów, bo tyle już ich będzie namalowanych. A gdzie będzie Wadimowi bliżej do sztuk pięknych jak nie pracując w ogrodzie?  Może też później urządzać ogrody pod Kijowem oligarchom. Prawdziwe parki ze stuletnimi dębami, z podziemnymi spływami łódką wśród jaskiń, i zielone scenografie w salach koncertowych w pozamykanych kopalniach na tysiąc osób. Koparki sobie pokupuje Wadim używane w Polsce, traktorki, glebogryzarki, wertykulatory i  karczownice. Z Kazachstanu mu naprzyjeżdża pracowników, którzy spać będą w jurtach, a jeść będą upolowane przez ich sokoły króliki, które im powypuszczasz Wadim nocą w krzaki. Za jedno Euro na godzinę Kazachowie, ci ogród jaki będziesz chciał Wadim wyszykują. Wysłałbyś lepiej te blejtramy niepomalowane do domu kurierem, a nie nosisz je ze sobą i stawiasz na piasku z widokiem na polskie morze bezużytecznie.  Teraz to Wadim ma wracać, kiedy jego najgorsze sny się sprawdzają? Jak drony kamikadze latają po całej Ukrainie szukając nie patrzących do góry głów. A jak widzi zdjęcia z pustymi ciałami wyssanymi przez drony w telewizji, marzy mu się jedno, żeby na płycie wielkiego lotniska w Kołobrzegu, namalować milion kwiatów, do których by się zleciały drony z całej Ukrainy i rój  taki wtedy, zlałby wtedy, żrącymi pestycydami ze sikawek  straży pożarnej na lotnisku by zdechły.  Koniec naprawdę Wadim powiedział i więcej nie poszedł sadzić trawy. Zostawia też za sobą bez żalu rabaty i klomby, a także też zimowe ogrody, chociaż rosnące tylko w krajach, gdzie nie jest już ciężko żyć. Przyrzekł sobie, że więcej nie zabije żadnego kreta w ogrodzie łopatą, ani nie będzie bezdusznie robił oprysków ,  zabijając nie tylko mszyce, ale i też żaby, żuki i bogu ducha winne ważki.  Edward Munch napisał wtedy list do Wadima z Norwegii. Chodził z nim listem Wadim przeszczęśliwy po całym Kołobrzegu. Żeby dłużej nie czekał , było napisane, tylko żeby przylatywał do Norwegii, było napisane po ukraińsku. Koniecznie, bo Wadim ma talent równy talentowi  Muncha i żeby dał sobie spokój z Malczewskim i przestał, żeby oglądać jego krakowskie bohomazy. Odstąpi mu swoją pracownie nieodpłatnie. Co innego materiały do malowania, które będzie musiał sobie kupić sam. Ale to szczegół, bo ze socjalu w Norwegii odłoży sobie na nienajgorsze farby. Pokaże  Wadimowi te miejsce, gdzie zobaczył „Krzyk”. I wiele różnych miejsc, o których nie będzie się rozpisywał.  Jakby był Wadim za bardzo jego osobą skrępowany, sam Wadima rękę poprowadzi z pędzlem i jest duża szansa, że powstanie wówczas obraz Wadima „Szept”, sławny jak onegdaj „Krzyk” na cały świat. A co do dobrego lekarza psychiatry, o którego się pytał Wadim na wszelki wypadek, odpowiada, że dostanie adres prawnuka lekarza, który leczył Muncha przy jego czterech obrazach „Krzyku”, po namalowaniu których, zaraz zrobiło się Edwardowi gorzej. Jemu się  leczyło nieźle u niego, ale dzisiaj lekarstw jest przecież nieskończenie więcej i nie musi się wcale stać, że Wadim do końca życia będzie pierdolnięty. Za dużo rzeczy, żeby też nie brał ze sobą, tylko bagaż podręczny, a mniej zapłaci za przelot. Będzie Munch czekał na Wadima  na lotnisku „Gardermoen” w Oslo w środę. Tylko jak miałby nie przylecieć, żeby się Munchowi nie pokazywał na oczy. Wszyscy odradzali Wadimowi wylot.  Odpowiadał tylko: meni bayduzhne. Tyle. I tylko tyle. Marcin Balcerzak  (ur. 1967) – publikował opowiadania w „Helikopterze”, „Trytytce”, „Zakładzie”, „Kontencie” i „Tlenie Literackim”. Mieszka i pracuje w Sieradzu.

  • Nina Gardolińska – siedem wierszy

    *** człowiek sieje co chce nawet zatrute ziarno plon wkłada do naszych ust słowa lub je z nich wyjmuje wiedza która tłumaczy ten świat równocześnie do świata nie należy nie z niego pochodzi *** myśl słuszna jak i niesłuszna nie zmienia niczego tak jak sen sen we śnie kakofonia zrodzona z kakofonii pieklące się pieklisko słowa pęcznieją czyny się mnożą konflikty wzbierają nie przynosząc skutku ani rozwiązania *** słowo wytrzeszcza z ekranu przekrwione oko potrzeba nazywania zapełniania stron i zamilknięcia jakby nie było nic do dodania coś wisi w powietrzu niewypowiedziane przeraża anarchia języka *** szklane słowa smugi ciemnego światła nie mogą sprostać powadze rzeczy powaga słowa nie może sprostać rzeczom ze szkła smugom jasnej ciemności *** coś co się nazywa chorobą albo urojeniem kolejnym wmówieniem spod nieistniejącego sztandaru z którym można się zgadzać bądź nie zgadzać to co określone niepotrzebnym słowem ciągnącym za sobą ułomną definicję jest błogosławioną męką widzenia która znalazła sobie we mnie mieszkanie *** litanii tego co istnieje przeciwstawiam litanię tego co istnieć nie może porządek zostaje wyparty przez chaos porażony bólem zbytku wiersz sam staje się zbyteczny co znaczy pestka obracana na językach kobiet napięta cięciwa i strzała zatrzymana w locie nad głowami mężczyzn *** nie wiesz co masz robić ktoś musi ci powiedzieć lepiej one niż oni choć same nie wiedzą niewłaściwość w zastoju i przyzwyczajeniu taki sam błąd w nieodpowiedniej zmianie wywróceniu na drugą stronę nie lepszą od pierwszej jak trudno być spoza widzieć w pomieszaniu poruszać się wśród ociemniałych Nina Gardolińska (ur. 2003) – poetka. Ocenia i jest oceniana w konkursach poetyckich, mieszka w Kutnie. Jej wiersze opublikowano na stronie Wydawnictwa J.

  • Wojciech Józef Rogowski – pięć wierszy

    Twórczość  Redukując wszystkie pomniejsze  funkcje i czynności,  stał się wysokowydajną maszyną  do tworzenia.  Lecz sztuka jego była martwa.  Metafora i forma nie odpowiadały,  pytania były zawieszone.  Żeby tworzyć, trzeba przede wszystkim  żyć.  Czerpać zewsząd,  być czułym i uważnym.  Sztuka żywych jest żywa. Książę Nie pozwól umrzeć samotnie na pustkowiu ulicy w niedzielne przedpołudnie, gdy nie ma nikogo i tylko samochody przelatują na wylotowej trasie. Tam chodzi zakręcony, zaniepokojony, pełen wariactw i fantasmagorii. Chciał, aby odłączyć od miasta dzielnicę Chojny i utworzyć tam Republikę Przyjaciół, która będzie zarządzana za pomocą oddania   i dalekosiężnych snów. Chciał tam wygrać wybory i otrzymać mandat. Niestabilny wieczór  Niechlujnie ubrany, budził niepokój  i niechęć.  Mówił do siebie półgłosem  i niezrozumiale.  Autobus jechał ulicami osiedla  Chojny.  Nadchodził chłodny i gęsty mrok zimowy.  Zdawało mu się, że jest niewidzialny  i niesłyszalny,  i że za chwilę pogrąży się w ciemnościach  jeszcze większych.  I było nas już przynajmniej dwóch.  Wyglądało, że to był wariat,  dla którego wszystko, co najgorsze  i ledwo skrywana pogarda.  A swoją drogą coraz więcej dziwnych ludzi  na niestabilnym świecie. Władztwo  Są tacy, którzy władają ludźmi,  losami i systemami.  Ja nie panuję nawet nad swoimi  snami.  Nie panuję też nad swoimi zmysłami  i myślami.  Jedyna władza, jaką mam, to władza  nad słowami –  innej nie chcę i nie oczekuję.  Dobre i złe energie wracają,  lecz skąd są. Zmierzch ideologii Pod wieczór cichną głosy, szepty i myślenie. Daleko od dobra i niedaleko od zła, nad głowami naszymi rozgrywały się bitwy nieudanych ideologii. Wszystkie duże i znane ideologie skompromitowały się i ulegną zniweczeniu i zapomnieniu. Po zmierzchu wygładzą się krawędzie i przestaniemy uczestniczyć w głośnych jeremiadach – wejdziemy w prawdziwy, pozbawiony obciążeń sen – głęboki, jak przenikliwa i zimowa noc. Wojciech Józef Rogowski  – poeta, wydał cztery książki w Bibliotece KL: Apteka23456  (2019), Przymierze  (2020), Cynobrowe Wzgórza  (2021), Muza i sny  (2022). Mieszka w Łodzi.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page