Znaleziono 719 wyników za pomocą pustego wyszukiwania
- Natalia Grudzień – Wiśniowy
* Wiśniowa poświata odbijała się w jej oczach. W końcu zstępowała na usta i powoli przenikała na piersi, uda, aż nastała ciemność. Był udawany krzyk. Po wszystkim. Pierwszy raz drugi raz no i trzeci (ostatni) * Nigdy nie zanotowała pierwszego momentu pożądania. Kiedy w ogóle człowiek przestaje spoglądać na ciało i widzieć w nim jedynie żyły, przeprosty i mięśnie? W którym momencie człowiek się budzi i dostrzega w tym chęć muśnięcia, styknięcia. Czasami był to zwykły dotyk. Innym razem nie. Zastanawiała się, z czego wynikał ten podział. Dlaczego to zwykłe pociągnięcie palcem po strukturze dłoni bywało niekiedy odrażające, innym razem pociągające a jeszcze innym razem przypadkowe. Pamiętała ulotny dotyk nieznajomych, którzy chwilę później przestali być nieznajomymi, bo czy można kogoś tknąć i jeszcze się nie znać. * Przypatrywała się sobie dosyć często. Nigdy jednak nie spoglądała w lustro. Za każdym razem obserwowała siebie w oczach innego. We wpatrujących się na nią ślepiach można było zauważyć znacznie więcej niż w jakimkolwiek innym zwierciadle. Pamiętała młodego bruneta, który prawdopodobnie robił to po raz pierwszy, być może po raz drugi w życiu. Wpatrywał się w jej ciało z nutą odrazy, być może zawodu. Jednocześnie wstydził się jej dotykać, a z drugiej strony gdy już ocierał się twarzą o jej uda, zaczynał ją gryźć aniżeli całować. Pozostawiał mocne ślady. Nawet na nie nie spoglądał. Po prostu schodził z góry na dół i na odwrót. W tamtym momencie zdawała sobie sprawę, że się starzeje. Inaczej było w przypadku starszych mężczyzn. Wpatrywali się w nią jak w obrazek. Była niczym rzeźba, od której nie sposób odwrócić wzroku, a nawet to nie przystoi. Za każdym razem umiała zobaczyć swoją nową fałdkę odbijającą się w ślepiach jednego, drugiego i także gdy ta fałdka już znikała w oczach trzeciego. Wiedziała i czuła, gdy sutki sterczały jej w odpowiedni sposób. Jeśli nie, były one natychmiast poprawiane. Znała swoje ciało od podszewki i nie musiała nawet spoglądać na siebie. Nie chciała też tego. Wyrzuciła ze swojego mieszkania wszelkie lustra. * Dłonie przebiegały po fakturze ścian. Były zimne i chropowate. Najczęściej ludzie mieli bardzo rozgrzane do czerwoności dłonie, lepkie, spocone. Były nieprzyjemne, często ciężkie. Po jednym dotyku dłoni była w stanie wyczuć, czy dzisiaj będzie się pieprzyć czy może jednak kochać. Bywali tacy, którzy już na samym początku zgniatali jej dłoń, próbując pokazać, że mają o wiele więcej siły. Byli też tacy, co czekali, aż zgniecie się im tę dłoń. Jedno i drugie było niekompatybilnie podobne. * Pachniesz kokosem. Nie Wanilią Pachniesz latem, takim młodzieńczym marzeniem. Pachniesz słońcem, rześkim powietrzem po deszczu Pachniesz maliną, truskawką, dojrzewającymi wiśniami A może perfumami, ciągle tymi samymi. Niekiedy to po prostu wyprana pościel. Innym razem pot wymieszany ze świecami. Pachniesz. Jak właściwie pachnie skóra po seksie? * Bywało tak, że niektórzy nie znajdowali wejścia, a gdy już je znaleźli, to byli dość powolni. Kobieta myślała wtedy o tym, ile kosztuje dotyk, jak cenny jest. Nie rozpatrywała tego na złotówki. Ten przelicznik dobrze znała. Myślała bardziej o tych wszystkich mężczyznach dookoła niej. Ile dla nich znaczy to jedno muśnięcie. Bała się pytać, czy mają dziewczyny, żony, dzieci. Niektórzy mówili. Inni nie Masz znacznie lepszy tyłek niż moja żona. Gdyby tylko ona potrafiła tak jak ty. Pewnie teraz spoglądały na siebie w lustrze i martwiły się, że ich piersi są za małe. Dziewczyna w domu i w łóżku to dwie różne rzeczy, tłumaczyli niekiedy. Gdybym tylko zauważył cię z mopem w ręce, nie mógłbym cię rżnąć, rozumiesz? Kiwała głową. Tak jej kazano. Dopiero gdy wtargnął między jej uda, był w stanie wycedzić, że jest piękna. Jest cudowna, zniewalająca. Nikt tak dobrze nie potrafi jak ty. Jesteś wyjątkowa, fascynująca. Rób tak dalej. Co dziwne, wcześniej milczał. Nie wiedział, co powiedzieć, gdy wchodził. Wychodząc, był równie bezgłośny. ** Dawali jej głos. Ściskali ją mocno za szyję i kazali patrzeć sobie głęboko w oczy. Spoglądała w ich puste ślepia. Zwykle odbijała się w nich wiśniowa poświata światła. Ściskali wtedy mocniej i dyszeli potem. Masz się mnie słuchać. Mów, gdy ci pozwolę. Jesteś moja. Była ich. ** kocham cię - powiedział jeden z Michałów czy Marcinów, gdy naciągała na siebie zakolanówki. Nie pamiętała słowa kocham cię. Nie pamiętała kochania. Było to raczej pieprzenie. Kocham się z tobą pieprzyć. Kocham twoje cycki. Kocham wchodzić w ciebie i przesuwać palcami w tobie tam na dole. Tam na dole. Nigdy nie ma na to odpowiedniej nazwy. Kocham pada może w takich wariantach. Zwykle jednak trwała cisza. Mężczyznom wystarczało uśmiechanie się. Nie potrzebowali oni głosu. Potrzebowali jęku, nie rozmowy ** Wiśniowa poświata odbijała się w jej oczach. W końcu zstępowała i zamieniała się w blask sztucznego światła. Widziała swoje odbicie i nie potrafiła na siebie spojrzeć. To nie była ona. Istniała tylko w jednej barwie. W końcu była ciemność. Było głuche milczenie i cisza. Żadnego raz, dwa ani nawet trzy. Natalia Grudzień – jestem studentką filologii polskiej w Poznaniu. Na co dzień można mnie zauważyć ze stosem książek. Dużo przebywam w radiu, gdzie prowadzę audycje o literaturze i jestem reporterką. W wolnej chwili gram na gitarze; słucham Pink Floyd i Fleetwood Mac. Gdybym mogła wskrzesić jednego poetę – bez wahania wybrałabym Wojaczka.
- Dorota Czerwińska – trzy wiersze
nerolandia powiedzmy że stworzymy miejską grę i będzie trzeba wejść na najwyższe piętro porachować światła rzucić kośćmi potem postawić makietę osiedla z zapałek i odmawiać modlitwę o samozapłon odlot konał kolejną dobę kobiety takt tracąc i pomyślunek w letargu śpiewnym do spoczywania wiecznego doszły mężczyźni rozleli flaszkę bo łez rozlewać nie godzi śmierć w każde życie wpisana i oby nie mnie i nie teraz i od powietrza i wojny nagłej głupiej bolesnej a ona cicha spokojna wolno rozeszła się w żyłach dając mu ukojenie dzisiaj na wieki wieków i zamulone amen lifting współczesna sztuka nie dociera do Joanny ona próbuje dojść do sedna sprawy może za szybko ale jak pogonić kiedy co krok potykasz się o sople kaleczącej metafory i odniesienia od niesienia garb wyrośnie a zgrabną gibką pragnie być Joanna współczesna sztuka choć naciera nie podchodzi Dorota Czerwińska (ur. 1968) – nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej oraz terapeutka pedagogiczna, trenerka umiejętności społecznych. Wiersze publikowała między innymi w „Helikopterze”, „Afroncie”, „eleWatorze”, „Migotaniach, „Post Scriptum”, „Akancie”, „Przekroju”. Autorka zbioru wierszy haiku nieboziemia (2024) oraz tomu poezji Ba!Lans (2024). Mieszka w Warszawie.
- Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (13)
2 maja 2022. Dzień flagi Kiedy kładę się spać ostatnią rzeczą jaką robię jest sprawdzenie co wydarzyło na froncie. I podobnie kiedy się budzę - sprawdzam co wydarzyło się przez noc. I tak trzeci miesiąc. Od momentu kiedy dostałem od Tomka Bohajedyna sms jadąc do pracy: "A więc wojna!" I zaraz głowa dopowiedziała resztę: "Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami. Musimy myśleć tylko o jednym: walka aż do zwycięstwa." Głowa huczy od parafraz. Chociaż dzień po dniu, tydzień po tygodniu zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to moja głowa ich potrzebuje, bo brakuje słów by wyrazić najwyższy rodzaj szacunku dla heroizmu. Bo po prostu brak słów. Nie przeczytałem, wybaczcie, żadnego zbioru wierszy, żadnej powieści, żadnej książki historycznej. Nie ma ważniejszej książki niż ta, która pisze się przed moimi oczami. Waszymi też. Jak napisałem wczoraj w dzienniku literackim, którego też od dwóch miesięcy nie prowadzę, że może gdzieś to czuwanie się jednak łączy w jakiejś wielkiej nastawni dziejów? Gdzieś się zbiegają wszystkie słowa, myśli, godziny, kiedy miałeś iść spać, ale nie, jeszcze sprawdzasz czy nie posypała się linia obrony. Może to jest ten gram więcej, to dziwne poczucie, o którym mówią żołnierze, żołnierki, że w największym zmęczeniu był jakiś okruch czuwania wokół, mówią anioł stróż, mówią żołnierskie szczęście, przeczucie, intuicja, instynkt, który kazał się uchylić, zostać, przywrzeć do muru? Nie mam pojęcia. Może tak jest, a może nie. Tymczasem szybki przegląd myśli w moim miejscu internowania. Dzisiaj rano koło Wyspy Węży ukraińskie siły obrony wybrzeża zatopiły dwa szybkie kutry desantowe typu "Raptor" rosyjskiej marynarki wojennej. Podobno to były "Bayraktary". Mimo tego, że podobno zostały już zniszczone w całości kilka razy. I nie chodzi o to że te "raptory" miały wysadzić jakiś desant. Nie. Podobnie jak zaległa na dnie "Moskwa". Tu chodzi o blokadę wywozu zboża z Ukrainy, czym można wywołać głód w wielu miejscach na świecie. A głód to kolejne fale uchodźcze zalewające Europę, no bo przecież nie Moskwę. Dla zboża nie bardzo jest alternatywa dla transportu morskiego. I blokada portów ukraińskich, w zasadzie przy braku własnej floty jest trudna do zniesienia. Bo takie "raptory" to wystarczający środek odstraszania cywilnych statków handlowych. Narasta fala piromańskich psot kota Behemota w całej Rosji. Po zakładach w Twerze, Korolowie, składach paliwa i amunicji w pobliżu Biełgorodu, Kurska i Briańska, po bazie lotniczej w Ussuryjsku, sfajczyła się elektrownia na Sachalinie a wczoraj zapaliła się baza floty w Niżniewartowsku na Dalekim Wschodzie. Jebły mosty pod Kurskiem, Biełgorodem i na zachód od Melitopolu. Oczywiście wszystkie przypadki są wynikiem spięcia w elektrycznym czajniku. Może nawet jednym i tym samym. Kot Behemot go przenosi raz po raz. Ostatecznie Kot Behemot istnieje dzięki Bułhakowowi. A ten urodził się w Kijowie, co warto nadmienić. Ale oczywiście władmir chujłowicz powie, że taki pożar można kupić w każdym sklepie. Trwają żniwa wśród oficerów rosyjskiej armii. Niedawno ukraińska artyleria zmiotła z powierzchni ziemi część sztabu 49 armii pod Chersoniem. Dwóch generałów martwych, jeden ciężko ranny. No to dwa dni temu - potwierdzone info - ześrodkowanie arty przypierdoliło w sztab 2 armii pod Izjum, jeden z centralnych punktów nowej ofensywy szmaciarzy o który tak się tłukli. Mówiłem wam, że jak się ma dorbą artę to nie trzeba czasem fizycznie zajmować terenu opanowanego przez przeciwnika? No to macie dowód. Izjum zdobyte, a sztabu 2 armii onuc nie ma. Zginęło 20 oficerów w tym generał Andriej Simonow, a zastepca sztabu rzeźnika Dwornikowa - Walerij Gierasimow został ranny w nogę. Nie wiemy jak bardzo ranny w tę nogę, ale nie potańczy jakiś czas. Pytacie się który to generał? Ja już nie wiem. Taki z potwierdzoną tożsamością - dziewiąty. Ale jakby doliczyć tych dwóch ze sztabu 49 Armii to jedenasty. I jakby policzyć tego co to w stanie krytycznym w szpitalu - to dwunasty. Gierasimow zatem, gdyby mu jakaś gangrena się wdała w te ranną nogę - byłby dwunasty albo trzynasty, zależy jak liczyć. Przypomnę - w deszczu żelaza i stali jesienią 1939 roku wojsko polskie tłuczone ze wszystkich stron i nie zawsze dobrze dowodzone straciło w walce czterech generałów. W tym dwóch - Józef Kustroń i Mikołaj Bołtuć po prostu poszło do ataku na bagnety ze swoimi żołnierzami. Grzmot-Skotnicki i Wład zmarli w wyniku ran po ostrzale artyleryjskim. Jeden - Wincenty Kowalski w zasadzie przeżył przez przypadek, bliska eksplozja pocisku artyleryjskiego go kontuzjowała, a mogła zabić. Kacapy straciły już, zależnie jak liczyć dziewięciu albo jedenastu. A z generałami giną inne szarże, a najliczniej szeregowcy. Łączna liczba strat rosyjskich podana dzisiaj przez ukraińskie źródła to 23800 zabitych. I pękł tysiąc zniszczonych czołgów. Tysiąc. Nadludzkim wysiłkiem armia ukraińska znowu połatała dziury w obronie, ukraińska arta znowu celnie, bo na marnowanie amunicji nie ma zasobów, posiekła po tyłach i wszystko zwolniło. Nie ma mowy o okrążeniu w Donbasie, chociaż powiedzieć, że jest tam dramatycznie, to nic nie powiedzieć. Mówi się na to "masakra". Ale jak pisze i mówi wielu mądrzejszych ode mnie idzie przesilenie w tej bitwie. Przesilenie czyli moment, kiedy funkcja matematyczna zbliża się do punktu przegięcia. Pójdzie albo w jedną albo w drugą. Mariupol nadal niezdobyty, niepokonany. Seria drobnych kontruderzeń ukraińskich wokół Charkowa doprowadziła do tego, że artyleria lufowa orków nie może już sięgać północnych dzielnic miasta. Specjaliści od białego wywiadu zliczają sztuki artylerii jakie państwa NATO wysyłają do Ukrainy. To są już liczby idące w setki. To ważne, bo wyczerpują się wojskom Ukrainy zapasy amunicji 152mm, tej do haubicoarmat dalekiego zasięgu. NATO takiej amunicji wiele nie ma, bo standardem jest 155mm. A zatem zdaje się że idzie na wymianę generacyjną większości sprzętu. Bo pocisków 155mm w NATO są milijony. Zatem posyła się nowe haubicoarmaty i nowe setki tysiące pocisków. I tak nie będąc w NATO formalnie Ukraina będzie w NATO. I to NATO powinno na tym bardzo, bardzo zależeć. Pojawiają się też, zapewne nie przypadkiem wizualizacje różnych samolotów w barwach Ukrainy. A to F-16 (podobno jeszcze tej jesieni), a to mój ulubiony A-10 Warthog, czyli guziec. Ten ostatni to jeden z moich ulubionych samolocików. Trochę dlatego, że rodzice przywieźli mi model Revella kiedy miałem 7 czy 8 lat i oczywiście wieczorami wiele godzin go sklejali i malowali, żebym miał się czym bawić a ja oczywiście w pół godziny owoc ich ciężkiej pracy zdemolowałem. No ale A-10 to coś więcej niż wspomnienie jednego z artefaktów dzieciństwa. To samolot latająca-armata, płatowiec praktycznie obudowany wokół działka GAU-8, 7 lufowego potwora, a każda lufa kalibru 30mm, a z każdej lufy pociski wolframowe, a z całej armaty w minutę można by wystrzelić 4000 sztuk. Można by, tylko żeby przenieść taki zapas, trzeba by mieć drugi samolot. Zatem A-10 ma zapas około 1350 pocisków i strzela krótkimi seriami. Oprócz tego ma zawieszenia pod skrzydłami na pierdylion strasznych zabawek i może wisieć wiele godzin nad linią frontu i czekać, aż coś sie nawinie. Bez osłony lotniczej sam sobie raczej nie da rady, ale tandem F-16 plus A-10 to już coś co mogłoby działać, szczególnie wsparte rozpoznaniem celów, łącznością i dobra obroną p.lot. F-16 wymiata niebo, a na to niebo wlatują A-10. I mamy efekty. Jakie? Na przykład takie jak to widać na zdjęciach z 1992 roku z "Autostrady śmierci" w Kuwejcie. Nie muszę dodawać w Dzień Flagi, że w tym roku flaga polska na ukraińskiej się wspiera a ukraińska na polskiej. Nie mam z tym problemu. 3 maja 2022. Miało być o konstytucji a wyszedł papież, który mógłby jednak mniej mówić i zaczął gadać Zawiedziony afekt to gorsza trucizna dla serca niż zwykła niechęć, nienawiść, gniew. Mówią, wróg to wróg, jak cię dopadnie pierwszy to ci wpierdoli, ty jego dopadniesz pierwszego, w rozpiętych spodniach w sytuacji defekacji pod drzewem - to masz szansę, że ty jemu wpierdolisz pierwszy. Normalna gra sił, póki się przestrzega jakichś reguł. Ale kiedy na kogoś liczyłeś, widziałeś w nim nadzieję dla siebie, dla innych i nagle ten ktoś odwraca się i mówi, kiedy osiłek napierdala twojego znajomego – wszyscy jesteśmy winni - to jednak czujesz się inaczej, niż gdyby sytuacja zakończyła się jedynie na tym, że osiłek napierdala twojego brata, przyjaciela, a reszta milczy. Czujesz, że ktoś cię zdradził, wsadził nóż w plecy. I afekt jest mocniejszy, zajadły. Z plus dziesięć sytuacja obraca się na minus dziesięć. Nie na zero. Zero to obojętność. Pojawia się zaciekłość, zajadłość i to wszystko ma tendencję do umacniania się w czasie a nie wygasania. Bo z czasem coraz wyraźniej widzisz co ten ktoś, na kogo chciałeś liczyć tak naprawdę ci zrobił. Tak, myślę cały dzień o kolejnym popisie pana papieża. Tak, już z małej litery. W końcu to funkcja administracyjna jak inspektor inspekcji weterynaryjnej, albo inkasent z gazowni, kasjerodysponent w banku, konduktor, kanar, rewizor, windykator, komornik, cieć. Dlaczego niby funkcja ciecia, dozorcy budynku, do którego obowiązków należy na przykład dbałość o czystość w częściach wspólnych miałaby budzić politowanie (a budzi),a funkcja papieża już nie? Przypomnę co się dzieje. The illegal and unprovoked invasion of Ukraine is continuing. Tysiące cywilów deportowuje się w głąb Rosji, ostrzeliwane są dzielnice mieszkalne, szpitale, domy seniorów, szkoły, dworce w ukraińskich miastach. Zabijane są dzieci, gwałcone są kobiety. Tylko jednej strony tego konfliktu. Nawet w języku objawia się starcie wartości. Pamiętacie? Jakiś czas temu - obrońcom Mariupola jakiś chan wykopany na jakimś mongolskim cmentarzysku, połatany ze zginłego mięsa i losowo dobranych kości zaproponował kapitulację, a wtedy będzie im darowane życie. Daruje im życie. Tak napisano. Nie ma zatem Konwencji Haskich, Konwencji Genewskiej, że o obyczaju wojennym nie wspomnę. Jest jakiś wytwór nekromanserów z Moskwy, jakieś mongolskie truchło, któremu się wydaje, że jest wszechwładne, więc jak obrońcy Mariupola się poddadzą to d a r u j e im życie. Nie można darować czegoś, do czego nie miało się nigdy prawa. Ale nawet w tych warunkach pan papież mówi, wszyscy jesteśmy winni, a potem pisze do patriarchy Moskwy Cyryla, herbu droga cebula, per "bracie". To zabawne, że to właśnie ten papież, sprawia, że czuję się już poza wspólnotą. Nie sądzę żebym ja się jakoś zmienił. Nadal mam swoje małe potrzeby wiary, modlitwy, wspólnoty. No ale, kurwa, nie za wszelką cenę. I ja jestem tam gdzie byłem, a pociąg, peron, tory - wszystko odjechało. Tak, Ukraina jak się okazało jest jedną z ostatnich moich stacji. Może nawet ostatnią. Sam się nie spodziewałem tego po sobie. Tym bardziej, że zaraz potem pan papież coś zabrąchał, że niemoralne jest sprzedawanie broni krwawiącej i broniącej się nadludzkim wysiłkiem Ukrainie. Czyli najlepiej by było jakby Ukraina była uprzejma i miła i nie broniła się za skutecznie dała się zgwałcić, zarżnąć, spalić w mobilnym krematorium i wysypać do rzeki. Ale ani razu papież z końca świata nie powiedział, że mamy do czynienia z agresją Rosji na niepodległe państwo w którym mieszkają wolni ludzie, którzy mają prawo zechcieć zdecydować o swoim kraju. I postanowić na przykład, że przystąpią do Unii Europejskiej, NATO albo Zrzeszenia Producentów Mango na Księżycu. Pan papież z końca świata czyli ze światłej jednak, oczytanej na tle innych państw kontynentu - Argentyny tego nie widzi, nie rozumie. Tak jak inny papież nic nie wiedział o pedofilii wśród najbliższych podwładnych. Acha. Potem pan papież z Argentyny ma pomysł, żeby na drodze krzyżowej krzyż niosły wspólnie Rosjanka i Ukrainka. Pomysł równie dobry jak ten, żeby w roku 1943 na drodze krzyżowej krzyż niosły Polka wyciągnięta z Pawiaka albo Żydówka z getta z dobrze odżywioną Niemką z Kӧnigsbergu albo Breslau. No i dzisiaj wywiad w którym mowa o tym, że pan papież nie pojedzie do Kijowa bo chciałby najpierw do Moskwy z pogadać ze zbrodniarzem. Opowieści zgwałconych ukraińskich kobiet z Buczy, Irpienia, Hostomela, Borodzianki jakoś go nie poruszyły. Martwi go pewnie czy aby donoszą płody do porodu - o ile są w ciąży. To dużo ważniejsze od wszystkiego innego. W końcu jak śpiewali Monty Pythoni - every sperm is sacred, every sperm is good. I dalej mówi pan papież: "Orbán, kiedy go spotkałem, powiedział mi, że Rosjanie mają plan, że 9 maja wszystko się skończy. Mam nadzieję, że tak właśnie jest." Serio. Głowa kościoła mówi, że jest spoko bo rosjanie mają plan zakończyć wojnę za kilka dni. Podmiotowość Ukrainy i Ukraińców, ich sprawczość nie jest przedmiotem troski pana papieża. Nie rozważa co o tym myślą ludzie na okupowanych nielegalnie i przemocą terytoriach wolnego państwa. Ważne, że już nie będzie brzydkiej wojny. Niech ona się skończy bo tak strasznie razi czułe serduszko pana papieża. Niech się skończy jakkolwiek. Byle się skończyła. Może być, że wyniszczeniem napadniętego. Ostatecznie mordy na cywilach w czasie pokoju to już nie brzydka wojna. I jeszcze potem to zdanie, że "szczekanie pod drzwiami Rosji przez NATO" sprowokowało zbrodniarza do zbrodni. "To złość; nie wiem, czy została sprowokowana, ale może tak ułatwiona" To też nic nowego w tej teologii zwalania winy na ofiary. Czego to już nie było w tej kulturze wartości krześcijańskich. Małe miki, że kobiety oczywiście prowokują facetów do gwałtu, na pokuszenie wodzą. To stały element gry. Ale pamiętacie cytat z nie jakiegoś proboszcza - ale samego arcybiskupa Michalika? "Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga." To było o ofiarach pedofilii w kościele. Pedofilia to jest wtedy, kiedy dorosły gwałci seksualnie dziecko. Widzicie wzór rozumowania? Ofiara ma nadstawiać policzek. Albo i coś więcej niż policzek. Wtedy będzie cacy i papież, arcybiskup pomodli się za ofiarę. I rozumiem wrażliwych moralistów, którzy wywodzą że papież nie może publicznie pochwalić handlu bronią, nie może publicznie wezwać do walki, czyli pochwalać zabijania jednych przez drugich. To znaczy teraz nie może, bo przez wieki było mniej lub więcej od tego wyjątków. Ostatecznie na wieść o uchwaleniu w Rzeczypospolitej Konstytucji 3 Maja papież Pius VI wysłał na ręce rosyjskiej carycy Katarzyny II list dziękczynny, w którym sławił jej dokonania, między innymi I rozbiór Rzeczypospolitej. Jego nuncjusz namawiał ostatniego króla Rzeczypospolitej do przystąpienia do konfederacji targowickiej, a biskupi - Sierakowski, Kossakowski, Skarszewski, Naruszewicz, Okęcki i Massalski aktywnie współdziałali z konfederacją na rzecz obalenia tej Konstytucji, koniec końców razem z obaleniem państwa. Znowu jakiś wzorzec się nam układa? Ojej, oni tak zawsze mieli słabość do silnych łap? Ale wracam do wątku - rozumiem, że zdaniem subtelnych teologów i moralistów rzymskich papież nie może tego i tamtego powiedzieć. Dlaczego jednak w takim razie nie skorzysta z szansy, żeby nic nie mówić? Kiedy na szczycie państw ibero-amerykańskich w Santiago de Chile, dokładnie 10 listopada 2007 roku, niejaki Hugo Chavez chamsko przerywał premierowi Hiszpanii, niejakiemu Zapatero, w końcu wychylił się ze swojego krzesła król Hiszpanii Juan Carlos, który chyba sympatii do Zapatero miał tyle ile ja pokładam nadziei we papieżu franku, czyli nic, i warknął na Chaveza: - ¿Por qué no te callas? W wolnym tłumaczeniu - a może byś się tak zamknął? W strefie hiszpańskojęzycznej ta fraza przez jakiś czas robiła taką karierę jak russkij wajennyj karabl' - idi nachuj. Bo wreszcie ktoś krótko i treściwie osadził kolesia. I był to król, który miał luz, bo był królem. I chociaż ja w ogóle monarchię słabo we współczesnym świecie rozumiem, to za ten gest Juan Carlos miał u mnie plusa (obok wielu minusów). I tak myślę, pan papież jest z kraju, gdzie mówi się po hiszpańsku, to by może zrozumiał dobitne i wyraźne, wyszeptane wprost do ucha: - ¿Por qué no te Callas? 5 maja 2022 Kot z Czernihowa Jestem prawnukiem zesłańców, uchodźców, ofiar wojny. Niepotrzebne skreślić. Prababcia ostatni raz widziała swojego męża pewnie jakoś wiosną 1940. Pierwsza wywózka z Kresów dotyczyła funkcjonariuszy państwa polskiego więc pradziadek Szopf został zwinięty do czegoś. Nie wiemy czy więzienie, czy od razu wagon czy samochód. Jaką drogę przeszedł. Wiem, że siedział, został skazany, był kilka miesięcy w łagrze, zwolniony trafił do Andersa, ale nie wyszedł z polską armią, zmarł w szpitalu w odległym Uzbekistanie, przy granicy z dzisiejszym Iranem. Wiele lat opowieść rodzinna głosiła, że tak tylko twierdził niewiarygodny ocaleniec po wojnie, mieszkaniec Solic-Zdroju koło Wałbrzycha. Ale gdy bliżej przyjrzałem się papierom, skonfrontowałem z tym co ma Ośrodek Karta- wychodzi, że tak, że przeżył aresztowanie, więzienie, łagier, dotrwał do zwolnienia i zmarł już po wyjściu Andersa, w jakiejś nie dającej się ogarnąć sercem i umysłem samotności na pograniczu ubzecko-perskim. Mój pradziadek, który był policjantem i miał taki charakter, że jak babcia kazała mu wymierzyć karę synowi pasem na dupę, to się z nim zamknął w pokoju i prał podobno tak, że babcia przerażona wpadła, że zaraz dziecko zabije, a to się okazało że dziadek Franek prał pasem krzesło, a stryj Staszek stał obok i darł się wniebogłosy. Do dzisiaj podobno raszyści wywieźli z Ukrainy milion ludzi na zsyłkę. Milion ludzi. W 71 dni. Na wywiezienie partiami ponad miliona Polaków w latach 1940-41 potrzebowali kilku zorganizowanych akcji w odstępach co kilkanaście tygodni. Pradziadek wpadł w pierwszej akcji, jego żona, moja święta prababcia Sabina z dziećmi została zawinięta w ostatniej, tuż przed wybuchem wojny z III Rzeszą. Mówiła, że pociąg z zesłańcami jechał i modlił się, żeby może jednak czołówki Wehrmachtu były szybsze. Tak to było wpaść między młot a kowadło. Minęło 71 dni tej wojny a oni wywieźli podobno milion osób. I nie dowiemy się nigdy ile zabili osób w Mariupolu bo od 15 kwietnia pracują tam mobilne krematoria. Wypływają nagrane rozmowy rzekomo bandytów jak się chwalą rodzinom że gwałcili Ukrainki, a żona mówi, żeby tylko na siebie uważał i niczym jej nie zaraził po powrocie, że odcinali ludziom palce, że ukraiński ogródek różany to jest wtedy jak facetowi odetnie się 20 palców i penisa i masz 21 róż, że na filtracji zabił jeden z nich dziesięć osób a potem przestał liczyć. Kiedy znajomy opisywał dwa miesiące temu jak jemu opowiadała znajoma, po którą miał jechać na granicę, że pogubiła drogę i wpadła na rosyjski bolkpost i tamci zabrali wszystkich do autobusu i ostrzelali autobus z kałachów, a ją zostawili, bo błagała o życie dla dzieci, to nie wierzyłem, szukałem błędu w relacji, że coś nie gra w jej opowieści, a potem urwał się z nią kontakt. A dzisiaj pewnie bym nie uwierzył że najemnikom chujła z kremla serce zmiękło do kobiety z dziećmi. Kiedy nie ma nowych doniesień spod Izjum, nie ma nowych informacji spod Hulajpola, Charkowa, nie ma heroicznych lub humorystycznych akcentów, które pomagałyby nie myśleć o gehennie narodu ukraińskiego niszczonego tylko za to że jest ukraiński, jak kolec wbity za paznokieć brzmi nazwa Mariupol. Jak drugie imię narodu, do którego orki doliczyły też psy, koty i wszystko co żyje w Ukrainie. Bo wiecie może, że Borodziance jak wpadli do schroniska dla zwierząt to rozstrzelali na miejscu ponad 300 kotów i psów. Bo były ukraińskie. I to nie był odosobniony przypadek. Kiedy zatem nie ma nowych filmów pokazujących wraki płonących kacapskich czołgów, transporterów, łodzi, armat - - zostaje tylko jak cierń wbity w okolicach serca Mariupol. Mariupol broni się nadal. Nachalne parafrazy. Kiedyś komunikaty zaczynały się od informacji, że Westerplatte broni się nadal. Jeżeli ciągle chodzą za mną te nachalne parafrazy to tylko dlatego, że tak bardzo uważam te wojnę za swoją. Ale zaraz się ganię. Bo nie ma porównania (na szczęście nie ma). Tylko popatrz na Azowstal i popatrz na Westerplatte. I pomyśl, że komunikat o Westerplatte pojawiał się przez siedem dni pod rząd. Komunikat, że Mariupol walczy wdziera się w ciszę przedpołudnia nad bezpiecznym Wrocławiem krzyczy nad spokojnym Paryżem płonie nad ruchliwym Londynem siedemdziesiąty pierwszy raz. Dziesięć razy dłużej niż Westerplatte, o miesiąc dłużej niż wymordowane warszawskie getto, o tydzień dłużej niż zmasakrowana Warszawa w 1944 roku. Mariupol, Mariupol. Dlaczego się nie poddadzą, pytają syci Hiszpanie, Francuzi, spokojni Niemcy, pogodni Włosi, pełni radości życia Argentyńczycy tańczący na ulicach, stateczni Chińczycy. Dlaczego się nie poddadzą, pyta odziany na biało pan papież, czekający pokornie aż wampir zaprosi go do stołu, pytają jego chłopcy na posyłki w śmiesznych kardynalskich czapeczkach, ze stłuszczonymi wątrobami, zawalonymi cholesterolem żyłami, obwisłymi brzuchami, nadużywający zaimka "my", co pewnie wynika z bezgranicznej samotności w której żadne małe "my" nie chce ich do siebie przytulić. Nie potrafią sobie odpowiedzieć. Dla czego się nie poddadzą pyta piękny prezydent Francji, którego główna zaletą intelektu i ducha jest to, że nie nazywa się Marine Le Pen. To takie nieprzyzwoite, że Ukraina nie chce się poddać, że Mariupol, wolny Mariupol zepchnięty do katakumb pod Azowstalem nie chce się poddać. A ja mówię - jak nie wiecie dlaczego, to popatrzcie na zdjęcie ukraińskiego kota wydobytego spod gruzów budynku gdzieś w Irpieniu albo Czernihowie albo Charkowie. Popatrzcie jak siedzi na swoich gruzach. Ma to wszystko wypisane w postawie. Ktoś rozjebał mu świat. Nie da się powiedzieć - zniszczył, zburzył - bo nie oddaje furii tego aktu. Rozjebano mu świat. Ale on siedzi dumnie na gruzach, bo to są kurwa jego gruzy. Przeżył i nie podda się, bo tak postanowił. Kiedy widzę to zdjęcie, myślę jak okrutnym,ale też głupim zasrańcem musi być władimir pizdowicz chujło. Popatrz na tego kota kretynie. Popatrzcie putlerwoskie popychła od Lizbony przez Paryż, Berlin po Budapeszt i Warszawę. To jest ukraiński kot. A was tak naprawdę już, kurwa, nie ma. Radosław Wiśniewski (ur. 1974) – animator i promotor literatury piszący wiersze i prozę. Wyżywa się publicystycznie, pracuje w hurtowni urządzeń niskoprądowych.
- Maciej Woźniak – Na cześć i na przekór
Tren dla Sutherlanda Z Donaldów tego i poprzedniego wieku okazuje się najważniejszy. Nawet niekoniecznie blady Casanova, świr w hełmofonie, szpieg z odciętą przez ukochaną kobietę dłonią, wystarczy pięć minut: tato w ponurym aucie, bo wzniecił moralny niepokój służb, greps jego uśmiechu, który wrósł we mnie, ojca też wątpliwego, i krople deszczu na cześć i na przekór. Wuj Zbyszek Czy talerz z rosołem może pęknąć? Raz mógł, na oczach chłopca, który szurał nogami pod stołem, a nerwy dorosłych – Fijałkowskich, Zaleskich, Wróblów, kilka pokoleń wstecz i w przód zszargane przez premierów, od Cyrankiewicza do Tuska, przez częsty w rodzinie alkohol, dzikie kolejki w przychodni, kołchoźnik w domu, który się zmieni w TVN 24, mróz, że kostniały palce podczas strajku komunikacji, likwidację cukrowni, bo spółka ma zarabiać więcej, przez rozwody, w tym najsłynniejszy ciotki Iry i wuja Heńka, hochsztaplerskie oferty przedstawicieli, nowotwory, pierdoły powtarzane po „Radiu Maryja”, przez śmierć dwojga maleńkich dzieci u Janki i u Eli, gazety w ubikacji, kiedy skończył się papier – skupiły się w soczewce pięści i jej grzmotnięcia w blat. Rubinstein w Liszynie Siedzi w telewizorze Ametyst, śmieje się i tłumaczy, jak grać, choć stary, nadal jest kwiatem. Niewiele młodszy niż on wtedy, idę przez trawy sięgające do płatków uszu, z głową w wietrze. W telefonie pani z banku pyta o lokatę, odpowiadam, że mam od dziecka. Czerwcu, dziergaj swoje piksele. Krystyna na brukowanej drodze dla Gośki i Kaśki Czy była rzeczywistość tak silna jak tamta fotografia, o to spierają się głosy bardziej donośne niż ten tutaj. Krystyna idzie drogą, jeszcze z drzewami i brukiem, jest szczupła, tą chudością Woźniaków wbitą w krajobraz, w zapach ulęgałek, fosforanów na polu pod Bielinem, niechcianego psa z worka wrzuconego do Wisły. Kiedy będę z nią siedział, już w pokoju na Piastowskiej, i trzymał za rękę jakby była moją dziewczyną, choć jutro jej pogrzeb, głosy w przestrzeni metafizycznej, Wojtyły z Urbanem, Michnika z Kaczyńskim, zrobią się martwe jak u tego niemieckiego filozofa. Żywy to będzie głos dziadka Mirka z clickbaitem, że rozkwitały pąki białych róż. Na razie Krystyna pracuje na poczcie, dzięki niej w domu jest aparat z tarczą, gminny przyczółek awangardy. Dlatego z łatwością mogłaby dać znać, co tam u niej i jaki to skądinąd ma sens. I tak właśnie robi, idąc po bruku wzdłuż topól. Szymon Parulski gra Pendereckiego W Bazylei nie ma dnia ani godziny, ani nic o tym, że los Europy właśnie waży się w urnach, klarnet mówi o lusławickich azaliach i rododendronach, lecz on jest źdźbłem z łąki schodzącej do Słupianki, jego ojciec sonorystycznie ścinał tam olszyny, żeby woda mogła lśnić w porze notturno, w Polsce, czyli gdzieś. Tangerine Dream dla Beaty i Darka Na żadnym koncie nie mam tyle, co nam tym z pinem WIH 2867, mityczną rejestracją malucha, którym szwagierek od kielonka i domowy tyran powoził jak rydwanem odwołanego już ognia. Ostatni, w świetle historii prywatnej, mazowiecki Janusz przed inkorporacją do świata korporacji, drobny miasteczkowy cwaniaczek, jego pospawany trzepak na podwórku pożarł Breżniewa, a łyknie i Putina. Miał taką ulubioną akcję: w niedzielę zbudzić wszystkich o świcie, z grymasem Karajana dyrygować śniadaniem, szczypior na jajecznicy smakując jak kawior, po czym wrócić do łóżka i zasnąć na dobre. Umierając, nic więcej nam zrobił, i nic więcej, ani draśnięcia na pomarańczowym lakierze z FSM, nie zrobiła mu śmierć. Tren dla Delona Mówi się, zgoda buduje, on wolał tą drugą robić dionizje z twarzą zanurzoną w kamieniu Antonioniego. Tamte zimne manieryczne nerwice podszyte winą to teraz codzienność leczona u terapeutów, na czerwono kręgi wokół błędów kreślą pedagodzy, a on na to umierał. Zabijali go najlepsi: Gabin, Bourvil, Bronson, najlepiej jak potrafi kino. Maciej Woźniak – poeta i bibliotekarz, autor kilku książek z wierszami (wkrótce ukaże się U otwarte ) oraz kilkuset felietonów i esejów o sztukach wszelakich (muzyce, literaturze, kinie, teatrze), redaktor i sprawca wydarzeń poetyckich, mieszka w Płocku i okolicach.
- Miłka O. Malzahn – Dziennik Zmian (12)
Ożywiona impresja o decyzyjności Przede wszystkim: zawsze są przed nami jakieś drogi, rozdroża, skrzyżowania, różne ścieżki, trasy na przełaj i na skróty. Więc w którą stronę? - to takie codzienne pytanie, na które każdego dnia można odpowiadać inaczej. Lub tak samo. Załóż proszę, że wybór nie jest po prostu wykluczeniem innej opcji, na zawsze, na konieczność. Jest po prostu ustaleniem kierunku. Czymś łagodnym i naturalnym. To tak, jak z podziwianiem krajobrazu: automatycznie zwracamy się twarzą w stronę pięknego widoku, patrzymy w otwarciu, w zachwycie. Piękno jest harmonijne i łagodne. Tak dokonuje się wyboru. Podejmuj decyzje, kierując się pięknem. Tym szeroko pojętym, głęboko odczutym. Miłka O. Malzahn – zajmuje się filozofią oraz dźwiękiem. Jest dziennikarką, pisze książki z pogranicza gatunków, tworzy i publikuje piosenki, wykłada na uczelniach, prowadzi warsztaty. Łączy nieoczywiste nauki o myśli ludzkiej z oczywistymi ścieżkami dedukcyjnymi. Tworzy kanał podkastowy „Dziennik Zmian”, moderuje spotkania z artystami, podróżnikami, pisarzami, a najbardziej regularnie – prowadzi muzyczne programy w Radiu Białystok.
- Natalia Grudzień – wiersze
*** Ciało M. nie nosiło śladów użytkowania. Było puste. Bez skrawków i innych strzępów. Można było je oddać na reklamację. Nikt jednak nie przyjmował zwrotów. Czas coś z tym zrobić. Szanowny Panie zwracam się z uprzejmą prośbą o ponowne rozpatrzenie mojej prośby. Niech no pan tylko spojrzy, pomarszczone serce, skruszała wątroba. Brak. Nadmiarowy brak. Nikt nie odbiera. Nie odczytuje. Odczytał, nie odpisał. No tak, umył ręce w gorącej wodzie. Odszedł. *** Trzymaj rękę na pulsie – powtarza siostrę. Muszę ci zmierzyć ciśnienie. Coś blada jesteś. Jadłaś coś dzisiaj? Siadaj. Ale spokojnie, nie denerwuj się tak. Ostatnio nikniesz w oczach. Ściany się kurczą. Siostra odchodzi. Chodź na obiad, no już, bo będziesz jadła zimny. Ale przestrzeni już nie ma. M. utknęła. Ma oczy szeroko otwarte. Zamyka je. Otwiera. Zamydla. *** M. przyszywa sobie oczy. Siostra podaje igłę i nitkę. Zdarłaś sobie tęczówkę. Wysuszyłaś powiekę. Daj, ja to zrobię. Pewnie boli. Nie bój się, do śmierci się zagoi. Zawiązuje pętlę. I voilà, już gotowe. Ściany nadal się kurczą. Nikną. Maleją. Chyba łamią się ich kości. Ktoś puka do drzwi. *** Szanowna Pani M. niestety nie przyjmujemy ciał do reklamacji. W razie kontaktu prosimy o... M. nie kończy. Po chwili zdziera z siebie skórę. Wychodzi z niej. Pozostawia na wieszaku. Skóra jest szorstka. Chropowata. Jej ciało zaś lepi się kurzem. tłuszczem. Dookoła brzęczą muchy. Siadają na kobiecie. M. nie przejmuje się tym. Na języku niesie śmierć. *** Pacjentka M. straciła przytomność w mieszkaniu. Siostra wezwała pomoc. Odwodniona. Niski poziom hemoglobiny. Należy zszyć jej dziurawe ramiona. Mam nadzieję, że nikt z was nie cierpi na trypofobię. No już do roboty. Pani ma piękne organy. No może jedynie biodra obdrapane. Ciągnijcie ją za język. Mocno. Podobno poparzyła sobie głos. Musicie to sprawdzić. Potem Wpiszcie dane w komputer. Podana fraza nie istnieje. Proszę pani co zrobić. Nie znaleziono. Czyli umrze. Lekko przyszła, lekko odejdzie. Pacjentka przerośnięta śmiercią. Odsypia właśnie rozkład. Przykłada ucho do ciała i wlecze za sobą żałobę. Aż po grób bo umrzeć to znaczy. Nic nie znaczy. Pacjentka M. wstała. Straciła przytomność po raz kolejny. Przepraszam, ale tej pani zsiwiały jelita. Na sznurze zawisła jej skóra. Przeszyło ją ciało. Podobno zdarła z siebie życie. Umarła M. niech umrze N. Natalia Grudzień – studentka filologii polskiej w Poznaniu. Prowadzi radiowe audycje o literaturze. Jest też reporterką. Gra na gitarze, słucham Pink Floyd i Fleetwood Mac. Gdyby mogła wskrzesić jednego poetę – bez wahania wybrałaby Wojaczka.
- Oliwia Stępień – trzy wiersze
Amatorka cudzej własności Bardzo się boję, że z moich piersi zacznie kipieć mleko dla matki. A ja nie umiem karmić, więc za karę mnie nie pogryzie. Jak mi wstyd, że cię okradłam. Masz takie biedne dziąsła, a ja zamiast zostawić pieniążek pod poduszką, obsikałam całe łóżko, jak pies albo tata. Bardzo się boję, że rozetnie mi piersi, wleje w nie mleko i zacznie płakać, żeby go nakarmić. A ja tak bardzo się boję, więc wypadną mi włosy. Naturalna cywilizacja Chodzi tylko o to, że wszystko będzie. I dobrze, bo na sprawdzianach z matematyki były punkty za rozumowanie, nawet jeśli potem od wyniku odwiódł błąd w rachunku. Dobre odpowiedzi mogły zostać w kluczu, dlatego wszystko będzie i dobrze. Dzisiaj znowu ułożą się w niego ptaki, spowodują bliżej nieokreślone wzruszenie. Pomyśl: jeśli nie powinien schodzić na psy globus kupiony w worku, to w jakim miałby innym kierunku? Ziemia jest nadal okrągła i nie ma końców świata. Wahania wagi Siedemdziesiąt procent człowieka, woda odkłada się w Internecie, a potem Internet puchnie. Ojej, taki jest gruby i nadal ma wyświetlenia. Otyły i się nie rusza, dlatego się go odwiedza. A potem przyszła sztuczna inteligencja. Kiedy w organizmie odkłada się woda, należy pić. Ze zdjęć z siłowni wiemy, że w naszych bicepsach jest dużo wody, która napędza, napędza, napędza i potem zrobi taką talię osy i osa nas użądli w, haha, głowy, które zaczną uciskać nasze, haha, mózgi, a potem się budzisz. I myślisz sobie w ilu miejscach jesteś, nawet jeśli twój profil jest pusty. Koszmar. A jeśli puchnie, to pęknie? A jeśli pęknie, to powstanie nowy? A kogo to obchodzi, ten ma życie przed sobą. Oliwia Stępień (ur. 2002) – laureatka Nagrody Specjalnej w Konkursie im. Jacka Bierezina (2022). Debiutowała tomem Nie chciałam coli (2023). Mieszka w Katowicach.
- Magdalena Łubkowska – trzy wiersze
nie wchodź do lasu mówili nie wchodź do lasu drzewa zamkną cię w swoich ramionach opuszkami gałęzi dotkną każdego miejsca na twojej skórze szeptem rozleją cierpkie słowa między tkankami czerwienią snów zostaną ci w głowie nie wchodź do lasu mówili noc nie zostawia śladów po tamtej stronie lasu niezagojone rany wypełzają spod kamieni jak węże sny pocięte na kawałki rozpuszczają się na języku wiatr łamie ciszę i skrzydła białych ptaków (czarne zawsze były silniejsze) noc nie zostawia śladów las milczy kiedy patrzy pod światło nigdy nie widzi końca Linie papilarne Mówili, że nie jest stąd (tylko z miasta), że płacze nocami i ciągle drżą jej ręce. Często siedzi przed domem z ciszą zawiązaną wokół szyi i ustami zasznurowanymi przed tym, co nieznane. Resztki strachu przechowuje pod paznokciami. Zagubiony uśmiech wpada w oczy jak piach i szybko spływa na ziemię. Kiedy wyprowadzi się na dobre, zostaną po niej filiżanka z różą, dwie wsuwki do włosów, książka z zagniecionym rogiem i zielony koc na poręczy ulubionego fotela. Zostaną linie papilarne na starych fotografiach. I pamięć zdarta do krwi. Magdalena Łubkowska – autorka czterech tomów wierszy: Cienie moich tęsknot (2022), Dziewczyna w papierowej sukience (2023), Ostatni koniec świata (2023) i Układam się w całość (2024). Publikowała m. in.: w „Toposie”, „Akancie”, „Wydawnictwie J”. Pracuje w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej w Żywcu.
- Marcin Mielcarek – Na krechę
Czułem się cholera podle. Chodzi mi o to, że od dawien dawna czułem się podle, ale ten ostatni tydzień dał mi mocno w kość. Sprawy nie wyglądały zbyt dobrze, w ogóle i w szczególe, jakoś się cholera nie układało. Starczy powiedzieć, że mój szef orżnął mnie na sezonowej premii, auto wymagało remontu silnika, sąsiad zalał mi mieszkanie i nie chciał i nie miał z czego zapłacić, jakiś koleś z którym biłem się na ulicy przed barem zgłosił sprawę na policję, a na dodatek wszystkiego nie chcieli drukować moich opowiadań w “Odrze” czy “Twórczości”. Naprawdę nie wyglądało to najlepiej. Znajoma poetka, której nie miałem okazji jeszcze przelecieć, napisała mi, że siedzi na Krecie, w cieple i słonku, kiedy ja tkwiłem u mojego innego znajomego poety, a za oknem na ulicy była tylko szarość i deszcz i niespełnione marzenia, leżące na mokrym, śmierdzącym asfalcie niczym zgniłe liście. Ten mój znajomy poeta był pedałem, przepraszam to znaczy homoseksualistą, chociaż on sam mówił o sobie, że jest pedałem, więc sam już nie wiem czy kajać się czy nie. W każdym razie zaprosił mnie do siebie, zorganizował posiadówkę. Miało przyjść kilka osób, głównie słabo rokujących poetów i pisarzy, ludzi, którzy w pewnym momencie wymyślili sobie, że pisanie stanie się ich hobby, kiedy tak naprawdę pisanie było nadzieją i męką i bólem tkwiącym głęboko w tobie, czymś każącym ci zwariować albo się powiesić albo jedno i drugie. Na miejscu okazało się, że wszyscy są homoseksualistami, a jedyna babka na kwadracie identyfikowała się jako lesba. Jakiś czas próbowałem poddać próbie jej deklarację, ale dałem sobie spokój, bo wcale mi się nie podobała. W każdym razie w ciasnym korytarzu i tak wsadziła mi jęzor w usta. Miała mały, śliski język i smakowała czymś nieciekawym, chyba szarym mydłem. Przyglądał nam się z odrazą Autoportret Vincenta van Gogha wiszący na ścianie. – Cholera, ale jestem napalona – wyrwała, prawie mnie opluwając. Była rzecz jasna naćpana. Wszyscy tu byli naćpani albo nagrzani - ja też piłem. W końcu ona sobie poszła - do dziewczyny czy coś w tym stylu - i zostali sami faceci, to znaczy chłopaki. Tak, zostały same chłopaki o miękkich dłoniach, sercach i zadkach. Siedzieliśmy w salonie i gadaliśmy, a raczej ja głównie słuchałem, właściwie myślałem o tym całym kurewskim życiu. Dlaczego to mnie spotyka? Dlaczego nie mogłem urodzić się jako ksiądz, agent ubezpieczeniowy albo chociażby hydraulik? Czy Głowacki też miał tak ciężko? Siedząc sobie w Ameryce, popijając drinki na Manhattanie za wielką wodą? A Hłasko? Czy on miał ciężko? Do czasu, znaczy krótko. Himilsbach? Może. Może tak, ale pociągnął całkiem długo jak na etatowego pijaka. Uniłowski zdechł zanim na dobre się rozkręcił. W pewnym momencie któryś z tych gładkich gogusiów powiedział: – Pissing podczas analu. To jest moje marzenie. Pissing podczas analu. To był jakiś niski grubas, którego imienia nie kojarzyłem. Miał pryszczaty ryj, to znaczy pryszcze pokrywały mu połowę twarzy. Drugą połowę zasłaniała czarna broda. Chłopaki włączyli jakąś muzę, to znaczy słuchali Lany Del Rey i zaczęli w jej rytm podrygiwać, popijali winko i kręcili swoimi pedalskimi zadkami. Któryś z nich w końcu wsadził jednemu ozor do gardła. Zaczęli się całować, jeden przez drugiego. Jedna wielka komuna. – Całowanie jest bardziej intymne od seksu – rzucił któryś z nich. – Tak, całowanie ma w sobie coś głębokiego – odparł inny. – Ja wolę się całować niż bzykać – dodał trzeci. Nagle stanął nade mną jeden z tych pedków. Chudy drągal o niebieskich oczach, jasnych włosach i nieciekawej twarzy. Pracował na stacji benzynowej czy coś takiego. Jego nos był zaczerwieniony od kataru albo koki. – Chcesz się całować? – zapytał mnie. – Nie jestem w nastroju – odparłem. – No dawaj, będzie fajnie. – Zaraz stracisz resztkę zębów koleś. – Jak sobie chcesz. Odwrócił się i dobrał do kogoś innego. Chłopaki migdalili się kilka minut, masując po tyłkach i fiutach. Kiedy mój przyjaciel poeta wyciągnął swojego drągala, a drugi uklęknął, aby zacząć mu obciągać, powiedziałem: – O, kurwa! Jak dla mnie to za dużo! Podniosłem się z kanapy, poszedłem do korytarza i wzułem buty. Na nogach zacząłem wracać do swojego mieszkania. W międzyczasie spotkałem na ulicy białego kota, który nie miał przedniej, lewej łapy. To znaczy miał białe umaszczenie, bo cały był szary od brudu. Poruszał się jak kulawy. – Kici, kici – zachęciłem go, udając, że mam coś w dłoni. – Kici, kici. Spojrzał na mnie z niechęcią, potem zasyczał i wskoczył w krzaki. Najwyraźniej pomimo tego kurewskiego braku kończyny potrafił sobie radzić samemu – w przeciwieństwie do mnie. Naprawdę mi zaimponował, dlaczego o takich jak on nie robi się bajek dla dzieci? Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Izy. Odebrała za czwartym razem. – Dasz mi na krechę? – zapytałem bez pardonu. – Jezu to ty. Wiesz, która jest godzina? Dawno już śpię, miałam cholernie ciężki dzień. Po co mnie budzisz o tej porze, co? Coś się stało? – Pytam czy dasz mi na krechę. – Nie dam ci na krechę. – A zrobisz mi herbaty? Przez moment się nie odzywała, ale w końcu oznajmiła, że zrobi mi herbaty. Iza mieszkała niecały kilometr od mojego kumpla poety, więc znalazłem się tam po kilku minutach. Znałem ją jeszcze z liceum, potem gdzieś mijaliśmy się w życiu, pracowaliśmy nawet razem krótko w hurtowni części do maszyn rolniczych. W końcu ona została prostytutką i cholera miała do tego rękę, naprawdę znała się na rzeczy. Poza tym nie dawała sobie w kaszę dmuchać i niejeden napalony małpolud został ustawiony do pionu. Brała dużo, ode mnie mniej, ale jeszcze nigdy nie prosiłem jej o seksualną przysługę. Potrzebowałem tego jak nigdy. Kiedy stanąłem przed jej drzwiami otworzyła mi w białym szlafroku. Farbowane na jasny blond włosy miała związane, twarz bez makijażu. Nie była śliczna jak księżniczka, ale miała w sobie coś interesującego, jej buzia przykuwała wzrok, samo spoglądanie na nią sprawiało przyjemność. Jej brązowe oczy nie wyglądały jak zwykle, czyli nie wyglądały na wkurwione. Raczej ciekawiło ją dlaczego do niej przyszedłem. Wpuściła mnie do środka. Usiadłem w kuchni i rzuciłem: – Cholera Iza, przecież nie musisz paradować w tym czymś! – Oglądanie też kosztuje. A poza tym pracuję do jedenastej. – Czyli nie dasz mi na krechę? – Absolutnie. Wstawiła wodę na herbatę, a potem zaczęła coś przekładać w szafkach. Patrzyłem jak się krząta, przypominając sobie jej nagie ciało, które teraz niestety zostało przede mną ukryte. Iza była całkiem wysoka, miała ładne, duże piersi, do tego długie nogi i fajny, duży tyłek. Nic dziwnego, że brała pół tysiaka za godzinę. Na jej miejscu też bym tyle brał. – Iza, kochanie, jesteś moją jedyną przyjaciółką – powiedziałem, kiedy w końcu postawiła przede mną kubek z gorącą herbatą. – Czytałam dzisiaj ciekawy artykuł – odparła. – Gdzie? – W Wirtualnej Polsce. – Nie czytam portali internetowych. – Ty niczego przecież nie czytasz. – Fakt. – W każdym razie był o rosnącym poparciu dla terroryzmu. Wiesz chodzi o to, że znaczna część niemieckiego społeczeństwa sympatyzuje z tym co robi Hezbollah i Hamas. Oczywiście mowa o muzułmanach mieszkających w Niemczech. To okropne, co? Ta cała postępująca radykalizacja społeczeństw. Dokąd ten świat zmierza? – Wisi mi to i powiewa. Powiedziałem jej, żeby usiadła obok mnie. Blisko mnie. Na tyle blisko, żebym mógł pomacać ją po nogach. Naprawdę miała świetne nogi. Gładkie i opalone, to znaczy lekko muśnięte słońcem, a nie spalone na solarze. Położyłem dłoń na jej kolanie. Nie zabrała mojej ręki, więc pozwoliłem sobie na więcej. – Daj spokój – sprzeciwiła się, ale był to sympatyczny sprzeciw. Zbliżyłem się do niej i pocałowałem ją. To był dopiero pocałunek. – Nie całuję się z klientami – powiedziała po wszystkim. – Poza tym piłeś, tak? – Nie jestem klientem – odparłem. – I ja zawsze piję kochanie. – Nadal liczysz, że dam ci za darmo, mam rację? – Po co mówić w ten sposób, co? – Jak mówić? – Jak dziwka. – Jestem przecież dziwką. – Ale jesteś też moją przyjaciółką. – Powtarzasz się. Znowu ją pocałowałem. W końcu powiedziała, że mam iść się umyć, bo śmierdzę. Poszedłem do łazienki, ale zamiast wziąć prysznic, władowałem się do wanny. Nalałem sobie gorącej wody, wrzuciłem nawet sole do kąpieli. Na powierzchni zrobiła się pachnąca, gęsta piana. Brałem kąpiel od kilku minut, kiedy w końcu postanowiła do mnie zajrzeć. – Ostatnio płacę strasznie wysokie rachunki – oznajmiła. – Dlatego ja nie mam wanny. – Nie mówię tylko o wodzie. Prąd, gaz. – Wszystko poszło w górę. Na szczęście dobrze zarabiasz. – Na szczęście. Podeszła do mnie i zamoczyła dłoń w wodzie. – Wskakuj – rzuciłem. Zaśmiała się i powiedziała, żebym nie robił sobie żartów tylko wyłaził. Zrobiłem to, to znaczy podniosłem się, ukazując jej się w całej okazałości. – Miałam dzisiaj takiego jednego klienta – oświadczyła. – Chciał mi włożyć w tyłek, ale miał takiego jak koń. Ostatecznie skończyło się tylko na pettingu. – Pissing podczas analu – oświadczyłem. – Że co? – Nic. Jeden gej dzisiaj powiedział, że ma takie marzenie. Pokiwała głową i udała się powolnym krokiem w kierunku sypialni. Ja natomiast wytarłem się w jakiś ręcznik leżący na koszu do prania – potem pomyślałem, że pewnie wytarłem się jakimś facetem – i pognałem za nią. Była już bez szlafroka, w pełnej krasie. Leżała na plecach. Kiedy wszedłem do sypialni szeroko rozłożyła nogi. Miała cudowną, różową cipkę, jej cipka była tak śliczna, że pewnie zajęłaby podium w jakimś konkursie, może nawet pierwsze miejsce. Powiedziała mi, żebym założył gumkę i na nią wszedł. Chyba chciała mieć to z głowy. – Trochę więcej romantyzmu, kochanie – powiedziałem, kładąc się na niej. Zacząłem pieścić jej szyję, całowałem ją, a ona zaczęła się śmiać. – Łaskoczesz – wysyczała. – Daj spokój. Nie przestawałem, jej śmiech zaczął mnie rajcować. Potem polizałem prawy sutek, następnie lewy. Ssałem i gryzłem jej brodawki, ściskałem delikatnie jej piersi. Moja lewa dłoń powędrowała między jej uda. Odnalazłem łechtaczkę i łechtałem ją jak Bóg przykazał. W końcu oznajmiła, że mogę w nią wejść. Oczywiście dwa razy upewniła się czy założyłem gumę. Kiedy już w nią wszedłem nie trwało to długo. Brałem ją na misjonarza, było mi dobrze, za dobrze nawet, bo omal nie doszedłem w minutę. Przestałem ją posuwać i znowu pobawiłem się jej pięknym upiersieniem. – Kończmy to i chodźmy spać – szepnęła. – To był naprawdę ciężki dzień. Położyła się na brzuchu. Wlazłem na nią jak lew na lwicę i zacząłem posuwać. Całowałem jej skórę na karku i powtarzałem w kółko, że ją kocham – tak mnie coś wzięło. Szybko było po wszystkim. – Gdyby to potrwało trochę dłużej mógłbyś sprawić mi orgazm – oznajmiła, kiedy już leżałem obok niej. – Naprawdę? – Tak. Tak z kwadrans dłużej. Zaśmiałem się. Ona poszła do łazienki, a ja leżałem przez chwilę, rozkoszując szumem płynącej w rurach wody. Jednak dostałem na krechę, czyli życie nie było aż takie złe. Pozostało jeszcze zapytać ją czy mogę zostać na noc. Miała miękki, fajny materac. Naprawdę milusią, ciepłą kołdrę. Kto wie, może załapię się jeszcze na jakiś numer? Rzecz jasna nadal czułem się podle. To znaczy jakby trochę mniej. Ale wciąż. Marcin Mielcarek (ur. 1996) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Zielonogórskim. Pełnoprawny debiut opowiadaniem Wszystkie nasze Boginie-Matki w numerze 05/2020 "Twórczości". Od tamtego czasu publikowany w wielu ogólnopolskich czasopismach. Autor zbioru opowiadań Parada myśli nocnych . W 2022 roku wydał powieściowy debiut Sztuka latania . Mieszka w Zielonej Górze.
- Małgorzata Domurat – Misja: Benefity pozapłacowe
Ewa otworzyła oczy. Proces teleportacji musiał dobiec już końca. Znów zaczęła czuć swoje ciało i słyszeć myśli. Jak zwykle w takiej sytuacji, zanim zdążyła się zastanowić, jak się czuje po wyjściu z komory teleportacji, wgrana instrukcja misji już nasuwała Ewie natrętną sugestię, aby otworzyła pakiet startowy. Tym razem miał formę średniego rozmiaru podniszczonej czarnej torebki ze sztucznej skóry. Znalazła w niej szczotkę do włosów, szczoteczkę do zębów, dezodorant, szminkę, podpaski, gumę do żucia, jakieś tabletki i dwie plastikowe karty. Jedna miała rysunek pojazdu, a druga napis: Ewa Nowak Junior Account Manager. Ta druga była zawieszona na kolorowej wstążce, która nie wiadomo czemu zadziałała na Ewę kojąco. Chciała od razu założyć wstążkę na szyję i prezentować dumnie na piersi plakietkę Junior Account Manager. Podświadomie wiedziała już, że Ewa Nowak to ona, a ta karta będzie dla niej gwarancją dostępu do miejsca wykonywania misji. Wiedziała już również, że pełen dostęp do tubylczych zasobów będzie miała dopiero dziesiątego dnia drugiego miesiąca misji. Do tego czasu będzie musiała sobie poradzić, żyjąc w foliowym namiocie tu w parku w centrum metropolii, w którym Korporacja umieściła komorę teleportacji. Co ciekawe, byli tu też inni w takiej samej sytuacji. Zgodnie z II. Kosmiczną Konwencją o Nieagresji pomiędzy Korporacjami przy Podboju Kosmosu, nie zamierzała sabotować ich misji, ani im przeszkadzać. Ot, taki pakt o korporacyjnej nieagresji. Zdarzyło się jej już kończyć teleportację w obozie pośród innych agentów. Wszyscy byli najemnikami, każdy myślał tylko o swoim zadaniu i planowanym powrocie do bazy. Nikt nie przeszkadzał innym, była tu więc bezpieczna. Od innych kloszardów dowiedziała się zatem, skąd zdobyć ubrania na pierwsze dni swojej pracy Junior Account Managera. Trzeba było wystać swoje pod kontenerem, gdzie tubylcy oddawali niepotrzebne ubrania, wypatrzeć kobietę podobną do niej samej wiekiem i figurą, a następnie poprosić, aby nie wrzucała ubrań do kontenera, tylko oddała je prosto w ręce potrzebującej, a nie tej firmie, która przemieli jej piękne garsonki i wykorzysta je w recyklingu. Patenty na zdobycie jedzenia również podpowiedzieli koledzy z konkurencji. W supermarkecie wystarczyło wsadzić palec do jogurtu i zaalarmować personel, a po piętnastu minutach odebrać jogurt ze śmietnika na zapleczu. Wiadomo było, że to był jej jogurt, po jej paluchu. Na koniec dnia trzeba było jeszcze zrobić obchód warzywniaków i barów, zebrać wystawiane zwiędnięte, nadgniłe jabłka, marchewki i ziemniaki. Zatem, miała się już w co przebrać ze skafandra do teleportacji i miała już co zjeść. Pora zacząć pierwszy tydzień pracy. Co dokładnie miała robić w biurze, nie wiedziała. Nikt z Korporacji nie był w stanie przygotować dla Ewy sensownej instrukcji wyjaśniającej, czym zajmuje się Junior Account Manager. Dlatego misja wymagała agenta, który będzie się w stanie płynnie dostosować do zmiennych warunków i nieznanych oczekiwać inwigilowanej firmy. Ewa została wytypowana do misji jako agentka średniego szczebla. Jej profil psychologiczny idealnie pasował do powierzonego zadania. Była cierpliwa, wytrzymała na stres, presję, nudę i była zaradna w przestrzeni miejskiej. Oficer prowadzący Ewę uspokajał ją, opowiadając, że nawet inni pracownicy biura, z którymi przyjdzie jej pracować, nie wiedzą właściwie, czym zajmuje się Junior Account Manager. Ustalili między sobą jedynie listę ogólnych wytycznych, na której znalazły się m.in .: być miłą, zachowywać się spokojnie, nie zwracać na siebie uwagi, być responsywną, otwartą na nowe wyzwania, komunikatywną, być dobrym graczem zespołowym, umieć pracować pod presją czasu i być odporną na stres. Ustalili, że Ewa będzie się starała odpowiadać na wszystkie wiadomości ze średnim czasem reakcji i w umiarkowanym tonie. Jeśli czegoś nie będzie wiedziała albo rozumiała, powinna raczej się zgadzać niż protestować. Będzie tam miesiąc i dziesięć dni, więc wszelkie terminy realizacji zadań najlepiej umawiać po upływie tego okresu. Nie wiedząc zatem wiele, stanęła rano przed godziną 9:00 w przeszklonym holu i włączyła się w rzekę ludzi, pracowników inwigilowanej firmy, kopiując ich ruchy. I tak udało się Ewie przejść przez bramki wejściowe, wjechać windą na właściwe piętro i znaleźć swoje miejsce w bezkresnym open space . Jej stanowisko pracy to był mały box, miała do dyspozycji biurko, krzesło, komputer, telefon i słuchawki. Bitlocker, hasło i login do komputera znalazła napisane na żółtej karteczce przyklejonej pod klawiaturą. Korporacja się spisała. Misja umieszczenia agenta w inwigilowanej firmie była przygotowywana przez Korporację od lat. Celem było zdobycie przez agentkę Ewę najcenniejszego benefitu pozapłacowego w całej galaktyce – bonów Sodexo Lunch Pass. Towar ten był na wagę złota w rozliczeniach między korporacjami handlującymi odległymi kosmicznymi terytoriami i metalami ziem rzadkich. Czemu był to środek płatniczy tak wyjątkowy? Aby go otrzymać, trzeba było przepracować miesiąc w inwigilowanej firmie bez ani jednego dnia spóźnienia, bez narażenia się managerowi, bez skonfliktowania się z zespołem i bez załamania nerwowego i depresji. Odbiór bonów odbywał się dziesiątego dnia kolejnego miesiąca, pod warunkiem pełnej frekwencji, osiągnięcia wszystkich miesięcznych key performance indicatorów i pomyślnego przejścia testów psychologicznych w postaci pozytywnej oceny przez zespół i menedżera na comiesięcznym podsumowującym spotkaniu zespołu. I tak właśnie zaczęła. Szło jej nieźle. Mijał trzeci tydzień pracy Ewy, gdy siedziała w open space zabijając czas. Poprawiła szal otulający jej tułów pod bluzką. Zakładała go, żeby nadać swojej sylwetce przymioty bułowatości i obłości. Zyskiwała tym niewidoczność u kolegów i koleżanek z biura. Makijaż też trzeba było zrobić taki średni, bez podkreślania oczu i żadnego wyraźnego koloru ust, a naturalny rąbek czerwieni dobrze pobledzić sypkim pudrem. Nie dopilnowała tego kiedyś i od razu pojawiły się kłopoty – zagadywanie w socjalnym, lustrowanie od góry do dołu. Każdy przejaw zwiększonego zainteresowania rodził ryzyko wyczucia zapachu osiedla kloszardów, starego potu z niepranych ubrań albo rozszyfrowania optymalnego systemu rotacji kilku sztuk garderoby, którymi dysponowała. Dlatego też nauczyła się na pamięć rytmu korzystania z biurowej kuchni i toalet. Znała minutowe sloty, kiedy można było spokojnie przejrzeć prowiant współpracowników. Zdążała wtedy przełożyć do swojego pustego pojemnika ze ściankami wyklejonymi niby prześwitującym spaghetti bolognese po trochu z kilku zestawów lunczowych. Po trochu – akurat tyle, że nikt nie zauważył, a dzięki temu koleżanki i koledzy z biura wyglądali szczuplej. Z kolei dobrze wykorzystany wolny slot w firmowej toalecie pozwalał umyć się pod pachami i podmyć się przy biurowej umywalce. Z myciem włosów musiała poczekać aż wszyscy wyjdą. W myślach cały czas odliczała do terminu zakończenia misji. Nie identyfikowała znaczących zagrożeń na horyzoncie, ale koszty misji ponosiła ogromne – codzienny ból głowy, ból pleców, opuchnięte nogi, dodatkowe kilogramy, niekończące się zapalenie gardła i zatok od klimatyzacji oraz pogorszenie wzroku od braku światła słonecznego. Do tego popadnięcie w marazm i szereg lżejszych oraz cięższych objawów otępiennych. Czuła się jak bezradny szczur wrzucony do dziury, z której nie jest w stanie się wydostać, gdyż ciągle ześlizguje się w dół po gładkich ściankach. To była jedna z trudniejszych misji, które pamiętała. Kilkukrotnie była już bliska zrezygnowania, gdy ukrywała się wieczorami w swoim foliowym namiocie w miejskim parku i myślała o kolejnym poranku i dniu spędzonym w inwigilowanej firmie. Było jej bardzo ciężko. Samotna, cały wolny czas musiała poświęcać na zdobycie pożywienia i zorganizowanie stroju na kolejny dzień pracy, który nie będzie się wyróżniał od strojów pozostałych Junior Account Managerów. W dni, kiedy menadżer kazał im zostawać dłużej, nie miała wystarczającej ilości czasu na obchód po sklepach i barach. Ewie pozostawało wtedy jedynie podkradanie jedzenia kolegom z biura. Jednak myśl o zdobyciu Sodexo Lunch Pass rozbudzała w Ewie taką żądzę, że gotowa była poświęcić całe zdrowie i przynajmniej część mózgu. Było z nią coraz gorzej. Dni mijały podobne do siebie jak maile, które otrzymywała. Aż nagle przyszedł TEN mail od kadr informujący o zmianie systemu benefitów pozapłacowych. Drodzy, mamy dla Was wspaniałą wiadomość. Od tego miesiąca likwidujemy dodatek do Waszych pensji w postaci bonów żywieniowych Sodexo Lunch Pass. W zamian za to wprowadzamy owocowe czwartki i możliwość korzystania w biurze z wody bez ograniczeń. Liczymy, że spotka się to z Waszym uznaniem, pozwoli Wam cieszyć się lepszym zdrowiem i nie będziecie obżerać się jak świnie w firmowej kantynie, którą tym samym likwidujemy. Serce Ewy waliło jak oszalałe. Z trudem powstrzymała przyspieszony oddech. Podniosła oczy, spodziewając się rebelii pozostałych pracowników, która oczywiście zakończyłaby jej misję. Mail jednak nie wywołał większego poruszenia w open space, widać objawy otępienne dotykały współpracowników mocniej. Ewie natomiast zrobiło się gorąco, poruszyła obrzękniętymi nogami i wysłała sygnał alertu do oficera prowadzącego z Korporacji. Nie minęło 5 minut, gdy na ekranie komputera Ewy pojawiła się wiadomość: Uciekaj szybko! Ratuj się! Aktywacja wrót teleportu za półgodziny w namiocie. Uwaga! Rozkaz natychmiastowego powrotu do bazy! Wiele można było mówić o Korporacji, ale dbała o swoich i nie pozwalała na narażanie zdrowia fizycznego i psychicznego swoich agentów… bez benefitów. * Opowiadanie powstało w ramach koleżeńskiego Projektu Ewa i zostało wcześniej opublikowane w formie audiobooka na kanale na YT Wytwory Wyobraźni. https://www.youtube.com/watch?v=uOsqzjKEWq4 Małgorzata Domurat – czytam od zawsze, piszę od kiedyś. Wciąż szukam, gdzie jest krawędź zasłony rzeczywistości, żeby unieść jej brzeg i przyjrzeć się temu, co znajdę pod spodem. Balansuję na granicy wolności i niewoli, by w wolnym czasie móc zajmować się ruchem, chodzeniem po krzakach i nudzeniem się. Publikowałam w „zakład.magazyn”, „Ypsilon”, „Siła-Paka Runga”, prowadzę profil literacki Zza krawędzi, byłam uczestniczką Pracowni przed debiutem prozą 2024 na festiwalu TransPort Literacki 29.









