top of page

Władysław Edelman – Czarny deszcz

  • 5 dni temu
  • 4 minut(y) czytania

Wróciłem do pustego domu. Żona była na zebraniu czy naradzie w pracy, obiecała, że w drodze
powrotnej odbierze córkę z lekcji tajskiego. Wyjąłem z zamrażarki pierogi, wrzuciłem na wrzątek, kiedy były gotowe zjadłem i postanowiłem poczekać na moje dziewczyny gapiąc się w ekran. Przerzuciłem kilkanaście kanałów i w końcu zniechęcony wyłączyłem. Podszedłem do biblioteczki i wyjąłem książkę, o której zapomniałem. Może nie tyle zapomniałem, ile po prostu zapodziała się gdzieś podczas przenoszenia się na wyższy poziom. Trzymałem w dłoni stare wydanie Niezwyciężonego Stanisława Lema. Kiedy brałem je do ręki, coś spadło na podłogę i potoczyło się w nieznanym kierunku. Pewnie jakieś koraliki czy inne skarby jednej z moich dam, pomyślałem, znajdą się przy sprzątaniu.

Lubię być sam w domu, oglądam wtedy ulubione filmy, czytam, lub po prostu nic nie robię. Celebruję ciszę. Jak się ma dwie kochane kobiety, które odczuwają potrzebę podzielenia się wszystkim, dosłownie wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia, chwil dla siebie masz niewiele. Jak przyjemnie trzymać w dłoniach ten zapomniany już, staroświecki przedmiot z papieru. Usiadłem wygodnie w fotelu, na stoliku obok postawiłem filiżankę czarnej kawy i szklaneczkę whisky z lodem. Mimo późnej pory, za oknem wciąż jeszcze było jasno, zaczął bowiem padać pierwszy śnieg. >> "Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w... << – tu przerwałem, bo odniosłem wrażenie, że w pokoju coś się poruszyło. Przecież to niemożliwe, wszystkie roboty domowe i osobiste wyłączyłem zaraz po powrocie, a dziewczyny swoich asystentów mają ze sobą. Pewnie mi się zdawało. Wróciłem do lektury i straciłem poczucie czasu. Skończyłem rozdział pierwszy - na planetę spadł właśnie "czarny deszcz". Podniosłem się aby dolać złocistego płynu do pustej szklanki. Zrobiłem dwa kroki i na coś nadepnąłem, aż syknąłem z bólu. Schyliłem się ale niczego nie znalazłem.

Z pełną szklanką wróciłem do lektury. Swoją drogą ciekawe, że człowiek trzy wieki temu tak trafnie przewidział przyszłość. Nie wszystko się sprawdziło, musieliśmy nieco poprawić jego katastroficzną wizję ale i tak autor stał się naszym guru. W końcu to on zainspirował ludzi do poszukiwania lepszych, bezpieczniejszych planet. W naszym świecie mamy wszystko czego dusza zapragnie. "Czego dusza zapragnie.." - ciekawe, że to powiedzenie zachowało się w języku. Fakt jest faktem, mamy wszystko o czym pomyślimy, "dusza" nie ma z tym nic wspólnego. Lektura książki, którą czytałem w młodości wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie zauważyłem kiedy zrobiło się prawie ciemno. Dotknąłem włącznika światła lecz ono się nie zapaliło. Podszedłem do skrzynki z bezpiecznikami. Gdy ją otworzyłem, ze środka wypadły kolejne małe, twarde przedmioty, takie same jakie były w biblioteczce. Wypadły i błyskawicznie zniknęły. Odniosłem nawet wrażenie, że spadając musnęły mnie w policzek. Bez przesady, nie żyjemy w XXI wieku, żeby po domu gnieździły się jakieś myszy, muchy czy inne stworzenia latające. Czy dziewczyny poukrywały coś przede mną? Dotąd nic takiego się nie zdarzyło, ale kto wie? Lisa jest już w wieku, kiedy dziewczęta zaczynają używać do tych spraw, hm, pewnych pomocy naukowych, może to ten problem. A Nora? Może i ona tego potrzebuje. Trochę ją ostatnio zaniedbywałem...

Było coraz ciemniej. Włączyłem lampę stojącą, ale rezultat był przeciwny do zamierzonego, światło stawało się coraz ciemniejsze. Nie słabsze tylko ciemniejsze, aż stało się całkiem czarne. Nic z tego nie rozumiałem. W końcu ogarnął mnie całkowity mrok. Po omacku, dotykając ścian, przedostałem się
ponownie do strefy technicznej i w najniższej szufladzie, wśród starych, niepotrzebnych narzędzi
natrafiłem na świeczkę. To taki stary, prehistoryczny ziemski wynalazek, kiedy pomieszczenia oświetlano żywym płomieniem, doprawdy nie wiem skąd się to tutaj wzięło. Wiedziałem, że to
wielka nieostrożność ale nie miałem wyjścia. Były tam też zapałki, równie historyczne jak świeca. Udało się, zapałki i świeca były sprawne. Pojawił się maleńki, kołyszący się płomyczek, z którym bardzo powoli wróciłem do salonu. Kiedy tak posuwałem się jak ślepiec, nad głową słyszałem jakiś chrzęst czy chrobot. A może to było skwierczenie świecy? Cała ta sytuacja była absurdalna i irracjonalna. Od kilku stuleci jesteśmy panami naszego świata, ujarzmiliśmy źródła energii, światła, eliminację odpadów, mamy wszystko pod kontrolą. O braku zasilania czytamy tylko w starych kronikach.

Usiadłem i zamknąłem oczy. Rozmyślałem, wspominałem czasy, kiedy korzystaliśmy jeszcze z energii słońca. Ale to było dawno, jeszcze na Ziemi. Dziś, w naszej nowej ojczyźnie, na planecie Regis III mamy wszystko - podane lekko, łatwo, bez wysiłku. Chodzimy do pracy, uczymy się, ale jest to raczej forma rozrywki. Z sentymentu za starą planetą stworzyliśmy nawet cztery pory roku, dzień i noc.

Migający płomyczek świecy oświetlał nieśmiało książkę, która wciąż leżała otwarta na stoliku. Jej kartki były czarne! Wyjrzałem za okno - jak okiem sięgnąć pokrywał wszystko czarny pył, po czym ponownie zanurzyłem się w fotelu. Zbliżała się noc, a moich dziewcząt nie było. Wtem bezszelestnie rozsunęła się ściana wejściowa i obie moje panie, jak zwykle śmiejące się i rozgadane, pojawiły się w mieszkaniu. Wołały coś do mnie, ale nie miałem siły się odezwać. Słyszałem ich kroki i potrącane po ciemku przedmioty. Chyba mnie szukały bo w końcu usłyszałem nad sobą głos:
- Mamo, tu jest tata, zasnął w fotelu - zawołała Lisa i natychmiast zamilkła. Stała tak dłuższą chwilę nieruchomo i bezgłośnie, wpatrując się we mnie, a ja czułem jej palący wzrok. W końcu nachyliła się i dotknęła mojej twarzy, po czym odwróciła gwałtownie i przewracając stolik, przeraźliwym głosem zawołała:
- Mamo, mamo, choć szybko, tata jest cały czarny!
Świeczka spadając ze stolika, zgasła. Wyciągnąłem przed siebie dłoń ale jej nie widziałem. Nie widziałem nic, słyszałem tylko dobiegający zewsząd cichutki szelest. Zamknąłem oczy.











Władysław Edelman(ur. 1952) – autor opowiadań, humoresek i wierszy nagradzanych na wielu konkursach. W 2022 roku wydał Anomalie, w 2024 roku tom poezji Niepotrzebne skreślić. Mieszka w Zielonej Górze.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page