Weronika Romańska – dwa opowiadania
- 2 dni temu
- 5 minut(y) czytania
Zwiastun
– Ludzie w ogóle nie wiedzą, jak trzeba żyć.
– Ale jak trzeba, babciu?
Nigdy nie odpowiedziała na to pytanie, nigdy już nie odpowie. Wprawnym ruchem zbierała kożuch z podgrzanego w metalowym kubku mleka, spod niego wydobywał się zapach miodu i kakao.
Słowa jak asfalt położony na wiejskiej drodze pod stopami sierpniowego popołudnia.
Słowa zatrzymane na podobieństwo jaskółki podrywającej się do lotu i złapanej przez kota. Śmierć zawsze jest szara w pręgach. Jej barwy nabierają mocy chwilą ciszy podczas rozmowy i słabną rozproszone światłem codzienności. Czasem gubi się, niby buty zostawione w drzwiach.
Słowa jak zimą klamka furtki, do której przymarza dziecięcy język. Wyrazy w zdaniach rozsypanych po ziemi jak znoszone korale i ani je wszystkie pozbierać, ani zupełnie pogubić. Rozerwane na jakiejś długości na podobieństwo linii życia oplatającej szyję.
Czasem delikatne i podszeptem złożone na brzegu stygnącego łóżka. Zapisane kartki nigdy nie wysłanych listów. Zieleniejące liście wyschniętych u korzeni drzew. Zaczyna się od słów, snów, albo sów. Każda opowieść o śmierci musi się zacząć od snu, przeczucia albo sowy. Bywa, że bez żadnego powodu ze ściany spada zegar albo pęka lustro. Czasem umierający sami ostrzegają nas, że umrą, ale kto by ich słuchał?
Skąd wiedzą? Coś za nimi chodzi, i to jest obojętne jakiej śmierci miałoby dotyczyć.
Mówią nam wprost o tym, albo znajdziemy po czasie jakiś mały drobiazg. Może to być serduszko w twojej ulubionej książce, wszystkie dokumenty – przezornie ułożone w idealnym porządku.
Mój sen przyszedł po fakcie, będąc wytłumaczeniem tego, czego nie mogłam zrozumieć. Widziałam w nim szpital. Wielki betonowy budynek otoczony różnymi krzewami i ławkę, na której siedziała kuzynka. Podeszłam i nie witając się zapytałam:
– Dlaczego ona umarła?
– Gdy więcej rzeczy człowieka trzyma po tamtej stronie niż tu, to wtedy człowiek odchodzi.
Czy tłumaczy to każdą śmierć? W ogóle jej nie tłumaczy. Ale może prościej pogodzić się z tym, że człowiek musiał odejść, że któregoś dnia, coś zawoła go z tamtej strony i to coś będzie silniejsze niż sprawy tutejsze.
– Czeka tam na mnie już mój aniołek – powiedziała to ze spokojem, w oczach odbijały się chmury, a skórę miała cienką, delikatną i ciepłą jak majowe powietrze, bo to był jej ulubiony miesiąc. Nie było strachu, który często pobrzmiewał w jej głosie, tylko ciepła aura. Zdanie wypowiedziane tak, jak prosi się o cukier do herbaty.
Dwie łyżki, zamieszaj w lewo.
Lamperia na wysokości wzroku i dźwięk ciężkiego oddechu. Potrafił nadymać i kurczyć całe pomieszczenie. Próbuję kontynuować rozmowę.
– To jak wyjdziesz ze szpitala to...
– Przecież ja umrę.
Herbata pali w gardle. Choć to zaledwie kilka liści zalanych wrzątkiem. Kawiarniany stolik. Pory roku nie sposób było zapamiętać. Pozornie zwyczajna rozmowa ale w sieć anegdot wplata się coś ważniejszego. Pożegnanie.
– Nie wyglądasz jakbyś miała umrzeć.
– Tak? A to dobrze.
– Podobno śmierć widać w spojrzeniu, a twoje jest zdrowe.
Mówiąc to zdanie właśnie nauczyłam się ją odróżniać. Wiedziałam, kiedy nadchodzi, albo gdy właściwie siedzi już przy stole, spokojna jak znudzony biesiadnik. Oboje kłamaliśmy.
Kolejny łyk. Nie jest już tak gorąca.
– Niedługo do ciebie przyjadę i zobaczymy.
Kiwnęła głową. Zwyczajny buziak na pożegnanie i przytulenie. Półszeptem wypowiedziane kocham. Później zobaczyłam ją w trumnie w chwili wyrwanej snom o życiu. W niczym nie podobna do siebie. Słowo dobranoc rozlało się ołowiem po marmurowej posadzce kaplicy.
Teraz jest w sam raz, już nie parzy warg. Wyjmuję łyżeczkę ze szklanki.
Siedzimy z ojcem na drewnianym progu.
– Musisz tak złożyć ręce i dmuchać.
Po czym składał je jak muszle i dmuchał w dźwięk, jaki wydawał był identyczny z tym, który zapowiada bliskość puszczyka. Złożyłam ręce w ten sam sposób, palec po palcu, dmuchnęłam z całej siły, starając się naśladować jego wielkość i nic. Śmieję się głośno i ze złożonymi wciąż dłońmi szturcham go w bok, żeby zobaczył ile powietrza uciekło mi przez palce.
– Nie możesz śmiać się, bo nie przyleci.
Powtórzył czynność. Odgłos uniósł się nad domem podróżując w stronę lasu. Mozolnie ponawiałam próby, ale w mojej wersji rozgrzany świst powietrza ślizgał się po opuszkach palców i nie więcej.
Za to jemu za każdym razem odpowiadało coś z lasu i to coś od tamtego wieczoru umiem już rozpoznawać. Słyszałam wyraźnie jak podrywa się do lotu, a potem przysiada na innej gałęzi. Odpowiadała mu i znów podrywała się do lotu. Była coraz bliżej. Przestałam śmiać się i podążałam za jej głosem unoszącym się nad nami, a on jedynie powtarzał jej dźwięki.
Wylądowała – tuż przed nami na ziemi w otwartej furtce na odległość może czterech metrów. Jej oczy okrągłe, czarne i szkliste były ważniejsze niż sama jej obecność. Było w nich coś czego nie da się zrozumieć ani oswoić. Patrzyła na mnie i była wielka. Ogromna, powiększona później dziecięcym wspomnieniem. Miała skrzydła w kolorze popiołu. Cała była w kolorze popiołu. Wiadomo, co zwiastowała. Czasem umierający sami ostrzegają nas, że umrą, ale kto by ich słuchał?
Kurtka
Noc jest głębsza i zimniejsza. Nocą widać rozmazany kontur, nie czytamy z ruchu warg, uczymy się wyraźnie wsłuchać w słowo, a ono bywa ostre i wilgotne. Noc wyciera wszystkie ciepłe kłamstwa otulone miękkim światłem dnia. Ma, to do siebie, że o wiele łatwiej mówi się, o tym kim się nie jest, a się bywa. Noc jest placem zabaw wszystkich wnucząt Prometeusza.
Wiatr omiata moje nogi, jakbym nie miała butów, a przecież mam. Może zawsze wieje z taką siłą żeby dotrzeć. Do skóry, do tkanek, do szpiku. Ukierunkować czyjeś kroki. Iść z wiatrem, iść pod wiatr. To jak wiara przeznaczeniu, a przeznaczeniu jest się bynajmniej obojętnym. Bynajmniej, bo nigdy go nie było. Jesteśmy samotną i smutną sumą przypadków.
– Obudź się. Dlaczego śpisz pod sklepem? Lubisz, kiedy na ciebie patrzą?
– Nie o to chodzi. Nie miałem siły wstać. – czuję, że mówi prawdę, zwyczajnie zaskoczyło go moje pytanie, moja głupia interpretacja.
O, to ludzie lubią najbardziej. Patrzeć, gdy się nie ma siły wstać. Widziałam już dużo takiego patrzenia. Ono ma jedną wspólną cechę: patrzą zawsze z góry. Litość ma swoje granice, ale brak litości już nie. Ludzie czują, że żyją patrząc na krew płynącą z gęstych żył rozszczelnionego miasta i musi to być krew rzadka. Żyjemy w świecie, w którym wypada być uczciwym, tylko przed sobą i Bogiem.
– Chcesz papierosa? - pytam i oboje siadamy. On z pozycji półleżącej, ja stojącej, tak równa się przestrzeń, choć jeszcze drży dysonans miejsc, z których tu dotarliśmy. We mnie pulsuje przejaskrawiona rzeczywistość, a w nim bezimienny wid. Za chwilę wszystko się wyrówna.
– Zjebałem sprawę. Znajomy chciał mi pomóc i prosił żebym mu przyciął drzewka w sadzie. W ogóle tam nie poszedłem.
– On nie chciał ci pomóc. Chciał cię wykorzystać.
Nie patrzę na niego, ale wiem, że oboje gapimy się w ten sam martwy punkt. Zastanawiamy się czym jest pomoc. Ja nie wiem, bo nigdy nikomu nie pomogłam, on nie wie, bo choć o nią prosił, to nigdy jej nie dostał. Różnimy się, nawet siedząc w tej samej pozycji i patrząc na wspólny księżycowy sierp. Jest nów i będzie przybierał, a my choć jesteśmy ludźmi - różnimy się w pewnej kwestii, bo wszędzie indziej jesteśmy identyczni. Gdy któreś z nas usłyszało, że jest nikim, nic nie wartym pyłem, zostało wyrzucone na pokłady wspomnień, o których chce się zapomnieć, to jedno uwierzyło, a drugie nie, albo postanowiło, że nie jeszcze.
Nie wiem, czy istnieją jeszcze jacyś ludzie, czy ktoś patrzy w to samo niebo i widzi, jak światło księżyca zamienia się w oderwany od papierosa żar. Tańczy na wysokości mojej twarzy i osiada na kurtce. Strzepuje go ruchem ręki, a w miejscu czerwonego ognia zostaje siwy ślad.
– To jest dobra kurtka. Nie przypala się – mówię.
– O tak, naprawdę dobra kurtka – odpowiada.

