top of page

Tomasz Dalasiński – dwa opowiadania 

  • 1 dzień temu
  • 11 minut(y) czytania

Szalony


Antka Procherę wołali różnie.
Jedni mówili po prostu Antek, inni po nazwisku, a jeszcze inni – jak chcieli go trochę
podrażnić albo jak już mieli w czubie – Szalony. Nie dlatego, żeby od razu coś wielkiego
zrobił, tylko tak mu się świat układał bokiem, jakby nie patrzył tam, gdzie wszyscy, tylko
gdzieś obok, pod spód rzeczy. A jak ktoś patrzy pod spód, to wiadomo – zawsze coś zobaczy,
czego inni nie chcą albo nie potrafią.
Raz, jak tak patrzył, zobaczył ducha.
To było w lipcu, takim, co się człowiekowi lepi do skóry jak miód rozlany na stole.
Noc była ciepła, cała w cykaniu świerszczy, ciężka od zapachów mięty, rozgniecionego zboża
i kurzu z drogi. Księżyc wisiał w jej środku jak nadgryzione jabłko, które ktoś zostawił i
zapomniał dokończyć.
Antek, wypełniony tańczącym w nim alkoholem, wracał do domu z remizy, z tej samej
co zawsze, gdzie w soboty muzyka grała tak głośno, że aż w klatce piersiowej dudniło, a
ludzie śmiali się, jakby jutra miało nie być – i właśnie wtedy ni z tego, ni z owego zobaczył
ducha.
Było już dobrze po północy. Antek, w którym kilka osuszonych butelek piwa
wywołało wymagające natychmiastowej interwencji parcie na pęcherz, zszedł z drogi pod
wierzbę, taką, co pamięta więcej niż niejeden we wsi. Oparł się o nią, jakby to była jakaś
znajoma kobieta, co go podtrzyma, kiedy trzeba, i zaczął robić, co musiał.
Patrzył najpierw w dół, jak to człowiek zwykle robi w takich sytuacjach, potem w
górę, potem przed siebie, a wreszcie wstecz, w stronę, z której przybył – i wtedy to zobaczył.
Nie od razu pomyślał, że to coś niezwykłego. Najpierw to było tylko światło. Takie,
jakby ktoś kawałek nocy wyprał i powiesił do wyschnięcia na powietrzu. W tym świetle coś
stało. Postać. Niby człowiek, ale jakby zrobiony z samego patrzenia.
Antek zmrużył oczy, bo myślał, że mu się obraz rozjechał. Ale nie – to wciąż stało. I
patrzyło.
Było jasne, świetliste, otoczone czymś na kształt halo albo aureoli, wewnątrz którego
czy wewnątrz której rysowały się wyraźnie ludzkie kontury.
„Czy to światło księżyca tak się od ziemi odbija?” – zastanowił się.
Mimo dobrego wzroku, którym wciąż się szczycił, nie był w stanie zorientować się,
czy postać jest kobietą czy mężczyzną ani czy jest stara czy młoda. Szybko jednak nad jej
pojawieniem się przeszedł do porządku dziennego, a właściwie nocnego, uznając, że to
dziwne coś w otoczeniu promienistej jasności jest po prostu jednym z jego wódczanych
kolegów, który, opuściwszy remizę tuż po nim, na utrudzonych nogach wlecze zmęczone
cielsko na zasłużony odpoczynek.
Dokończył, co miał do zrobienia, choć ręce mu się zrobiły jakieś obce, jak nie jego.
Zapiął spodnie, co mu chwilę zajęło, bo guziki jakby uciekły przed palcami, i ruszył dalej. Co
jakiś czas oglądał się za siebie, z czystej ciekawości sprawdzając, czy postać nadal tam jest – i
za każdym razem okazywało się, że wciąż znajduje się w tej samej odległości, wciąż tak samo
jasna i świetlista; że kiedy Antek idzie, ona też przesuwa się do przodu, a kiedy Antek
zatrzymuje się, i ona zastyga w bezruchu. Zmrużył oczy, próbując rozpoznać jej twarz, ale im
bardziej się w nią wpatrywał, tym bardziej stawała się mętna i zamazana.
W którymś momencie księżyc przesłoniły chmury. Jego światło wyraźnie przygasło,
ale, jak wyjątkowo trzeźwo zauważył Prochera, mimo tego tajemnicza postać nie pociemniała
ani o jotę. „Ki czort? Duch jaki, czy co?” – przebiegło mu przez myśl. Antek należał do grona
ludzi, którzy wierzyli w różne niestworzone rzeczy i łapczywie pożerali historie o błąkających
się po tym łez padole czyśćcowych duszach, rozmaitej maści demonach, topielcach,

strzygoniach i wszystkich innych bytach z pogranicza światów. Mieszkańcy wsi gadali, że
młody Prochera jest nawiedzony, a takich, jak wiadomo, Pan Bóg bardzo lubi; nie byłoby
więc niczego niezwykłego w tym, gdyby okazało się, że Pan Bóg uznał Antka za wybrańca i
postanowił doświadczyć go swoją obecnością, posyłając mu cząstkę siebie w postaci jakiejś
zagubionej w międzybyciu duszyczki. A może było jeszcze gorzej? Może postać faktycznie
była duchem, ale wcale niepochodzącym od Boga, tylko nasłanym przez samego diabła jako
kara za poważne grzechy lub jako rodzaj ostrzeżenia? Antek pogrzebał w przepastnej
pamięci, nie znalazł tam jednak niczego, co mogłoby wywołać pragnienie szatańskiej zemsty
na jego, było nie było, skromnej osobie. Znał prawie wszystkich we wsi i wiedział, że są tacy,
którzy grzeszą na potęgę, i jeśliby Bóg postanowił dopuścić do kogoś diabła, to na pewno
łatwo znalazłby kogoś, kto na taki dopust zasługuje zdecydowanie bardziej niż on. Bo Antek
niczego specjalnie złego nigdy nikomu nie zrobił, nigdy nikogo nie zabił, nie pobił, nie
okradł, starał się nie mówić fałszywego świadectwa i nie bluźnić przeciw bliźnim ani przeciw
Najwyższemu. „Jestem dobrym człowiekiem – powiedział do siebie – więc nie mam się
czego bać”.
Nabrał odwagi. Zawrócił i zrobił krok w stronę zjawy, chcąc zbadać jej reakcję na
możliwość spotkania się z nim oko w oko.
– Kto tam?! – rzucił przy tym donośnie.
Odpowiedzi jednak nie było, nawet świerszcze już nie grały, jakby ktoś im zapłacił za
milczenie.
Postać, co wywołało u Prochery zaskoczenie, cofnęła się, cały czas zachowując do
niego niezmienny dystans. Antek przeżegnał się, po trzykroć splunął przez lewe ramię i znów
skierował się ku domowi. Szedł i szedł, co rusz zerkając za siebie i kątem oka obserwując
podążającą za nim zjawę, która, był już o tym przekonany, śledziła go.
Śledziła, ale nie goniła – i to było najgorsze. Bo jak coś goni, to można uciekać. A jak
coś tylko jest, to nie wiadomo, co robić.
Wtedy zaczął się bać.
Zaczął się bać, bo wcale nie był pewien, czy Bóg nie wystawia go właśnie na jakąś
straszną próbę, z której może, ale nie musi, wyjść zwycięsko. Wiedział przecież ze świętych
Ewangelii, że Bóg czasami testuje swoich wiernych; w kościele słyszał czytanie o Hiobie,
pamiętał też, że szatan jest na tyle bezczelny, że raz na pustyni kusił samego Chrystusa. A
skoro Bóg pozwolił diabłu nawiedzić swojego umiłowanego syna, to dlaczego nie mógłby
napuścić nieczystego na Antka Procherę?
Antek przyspieszył.
Droga ciągnęła mu się dłużej niż zwykle. Każda dziura w asfalcie była głębsza, każdy
krok cięższy. W którymś miejscu potknął się, upadł, rozciął kolano, ale nawet nie poczuł bólu
od razu – dopiero jak wstał, to coś go zakłuło, jakby ciało sobie przypomniało, że istnieje.
Ukradkiem popatrzył za siebie, chyba w nadziei, że postać zniknęła, ale nic z tych rzeczy.
Przełknął ślinę i, lekko utykając, poszedł dalej.
Po chwili znów przyspieszył.
Dom już widział, furtkę, krzywy płot, okno od kuchni, w którym czasem światło
zostawało na noc.
Wpadł na podwórko, jakby ktoś go pchnął, wyszukał w kieszeni spodni klucz do
zamka, drzwi otworzył, zamknął, zasunął, jakby chciał na dobre odgrodzić się od całego
świata.
Wziął z kuchni krzesło, postawił je w pokoju pod wychodzącym na drogę oknem.
Usiadł. Delikatnie odsunął zasłonkę i czekał, aż zjawa znajdzie się na wysokości domu.
Siedział z sercem tłukącym się w piersi jak przerażony motyl złowiony w siatkę.
Zasłonka drżała w jego spoconych palcach. Świat za oknem zdawał się żyć swoim własnym,
normalnym życiem – księżyc wciąż wisiał nad horyzontem, a z drogi dobiegało delikatne
buczenie przewodów elektrycznych i śpiew pierwszych porannych ptaków.
Czekał tak minutę, dwie, kwadrans, pół godziny, godzinę.
Noc się kończyła powoli, jakby ktoś ją odwijał z człowieka.
W końcu przysnął. Kiedy się ocknął, na dworze było już jasno. Wstał z krzesła,
wyszedł przed dom i rozejrzał się dookoła, ale niczego, a właściwie nikogo, tam nie
zauważył.
Później Antek wielokrotnie tą samą drogą wracał z sobotnich zabaw w tej samej
remizie, lecz nigdy więcej nie ujrzał już żadnej świetlistej postaci.
Aż przyszedł ten dzień.
Mówili potem, że kierowca był pijany. Że nie wyrobił na zakręcie. Że Antek szedł jak
zwykle, może trochę środkiem drogi, może się zamyślił.
Ale jeden chłopak, co widział z daleka, mówił, że Antek tuż przed uderzeniem jakby
się zatrzymał. Jakby na coś czekał.
I że powiedział coś.
Nie głośno, ale tak, jak się mówi do kogoś znajomego.
Że już jesteś.
Że długo szłaś.
Że teraz będą iść razem.
A potem już tylko cisza była. Taka, co omijają ją nawet świerszcze.


Ostatnia noc

Ta noc nie wiedziała, czy powinna się skończyć.
Ciemność wkleszczyła się w zakamarki, do których nie potrafiło już zajrzeć światło – do ogrodu, pod werandę, pod deski podłogi, w szczeliny zmurszałych drzwi od stodoły, które skrzypią nawet wtedy, gdy nikt ich nie otwiera. Psy przestały szczekać, jakby coś kazało im słuchać tchnienia wiatru, a wiatr jak jedyny świadek wydarzeń przemykał cicho między drzewami, szepcząc do gałęzi coś, co rozumiały tylko one. Noc trwała, zawieszona w bezczasie, jakby na chwilę przestała pamiętać, że kiedyś i tak poranek zedrze ją ze świata.
Pod wieczór śnieg, bez pytania, czy się to komuś podoba, rozsypał się po wsi jak mąka z pękniętego worka. Rozpłynął się w zmierzchu leżącym na drogach i polach z ciężarem futrzanego kożucha po pradziadku, który nie pachniał nigdy inaczej niż dymem i zwietrzałym spirytusem. Na dachy chat ktoś nałożył grube białe czapki, a płoty, ledwie widoczne w półmroku, pooblepiał przemoczoną watą. I w tym śniegu zniknęły ślady – psie, ludzkie, wronie. Wszystko, co szło, wracało albo stało w miejscu, zostało zakryte. Jakby ktoś chciał zapomnieć o tym, co było wcześniej, co powiedział, co zrobił, co myślał.
W powietrzu czuć było coś dziwnego, jakiś niepokój, a może tylko zapowiedź świtu, który wcale nie śpieszył się, aby nadejść. Z wszystkich okien we wsi wylewało się ciemno, tylko w jednym migotało delikatne światło. To tam, o czym wiedziałem od dziadków, u których spędzałem ten dzień, pozwoliwszy rodzicom świętować wstydliwe zwinięcie się starego i tryumfalny pochód nowego roku, mieszkał człowiek, niby od nas, ale obcy. Na imię mu było Tomasz, jak mnie. Widziałem go w życiu może ze trzy razy. Dziwny był. Latem lubił siedzieć na ławce przed domem, palić papierosy i zastanawiać się nad istnieniem oraz nieistnieniem siebie i świata. Podobno zachorował na raka i coś mu się wtedy zrobiło z głową. Zaczął chodzić po wsi wte i wewte, zupełnie bez celu, aż na przystanku autobusowym spotkał młodego chłopaka, którego nigdy tam nie było. Mówili, że ten chłopak to był duch, a może zjawa, wytwór umysłu, obraz Tomasza z przeszłości, z dnia, kiedy zjechał tu na wieś, żeby zostać w niej aż do końca. Mówili, że ten chłopak pojawił się po to, żeby Tomasza zaprowadzić za podszewkę świata. I rzeczywiście, tego dnia, kiedy się spotkali, Tomasz umarł. Pochowali go potem na cmentarzu w alejce koło studni abisynki, ale, jak gadano po cichu, nadal mieszkał w tym domu.
Tego człowieka zawsze się trochę bałem. Nie dlatego, że zrobił komuś coś złego – wręcz przeciwnie, większość dnia przesypiał, a resztę spędzał na siedzeniu na tej ławce, patrzeniu przez szybę albo dłubaniu w kawałku drewna. Ale miał w sobie coś, co przypominało mi zabytkowy zegar wahadłowy stojący w kącie pokoju prababci: wielki, nieruchomy, ale wciąż tykający, jakby wbrew zdrowemu rozsądkowi jednocześnie poruszał się i nie. Ludzie we wsi twierdzili, że znał takie historie, których pozostali nie chcieli pamiętać. Że widział rzeczy, które dla innych były tylko cieniem albo złudzeniem. Jakby to on miał być ostatnią szufladą w komodzie czasu, gdzie trzyma się te przedmioty, które już dawno powinny zostać wyrzucone, ale szkoda ich, bo może kiedyś jeszcze na coś się przydadzą.
O tym, co znał i widział, mówił jednak rzadko, a kiedy już mówił, to zawsze półgłosem, bojąc się, że ktoś – albo coś – go podsłucha. O wojnie opowiadał jak o zimie, o zimie jak o dziecku, a o dziecku – jakby to była prześwietlona fotografia portretowa, na której ktoś przypadkiem uciął modelowi głowę. Słowa, które wypowiadał, zdawały się nie należeć do niego. Jakby on je tylko przechowywał, trzymał w zanadrzu, a potem oddawał komuś innemu – ciężkie, omszałe od czasu, jak klucze do zamków, których nikt już nie umie otworzyć. Słuchało się go z uczuciem podobnym do tego, jakie towarzyszy człowiekowi wchodzącemu do pokoju, w którym zapomniano zamknąć szafę z cudzymi wspomnieniami.
Pamiętam, że kiedyś mówił o śniegu, który spadł wcześniej niż zwykle, i w którym ludzie znaleźli ślady – nie zwierzęce, nie ludzkie, coś pomiędzy. Mówił o tym, patrząc na swoje ręce, jakby próbował sobie przypomnieć, czy to naprawdę było, czy tylko mu się przyśniło. „Wszystko, co jest w śniegu, nosi w sobie echo czegoś innego” – powiedział wtedy, a jego głos brzmiał tak, jakby nie mówił tego po raz pierwszy. A ja nie byłem pewien, czy to ostrzeżenie, czy jakaś obietnica.
Od tamtej pory bałem się jego słów bardziej niż jego samego. Bo gdy coś opowiadał, wydawało mi się, że wypełnia świat czymś więcej niż tylko głoskami, sylabami, dźwiękiem. Jakby od jego mówienia każdy cień stawał się trochę dłuższy, a każda noc głębsza i czarniejsza.
Bałem się jego słów, ale jeszcze bardziej bałem się jego milczenia. Któregoś dnia, kiedy byliśmy pod jego domem z dziadkiem, nagle kucnął na ziemi, narysował coś palcem w piasku, popatrzył na ten rysunek, pokręcił głową i zamazał go butem. Nie powiedział przy tym nawet pół zdania. Gadano, że gdy noc jest naprawdę ciemna, a śnieg sypie tak mocno jak dziś, on potrafi wyczytać przyszłość z popiołu w piecu albo z układu nitek szronu na szybie. Nikt jednak nigdy nie miał odwagi zapytać go wprost, co widzi. „Bo jeszcze powie” – tłumaczono sobie półżartem, półserio.
Bałem się więc go od zawsze i bałem się go również tamtej nocy, siedząc bezpiecznie w kuchni u dziadków, grzejąc się w cieple pieca, na którym parował garnek z pomidorową z obiadu. Bałem się, bo w migotaniu światła w jego oknie była jakaś tajemnica, coś, co sprawiało, że świat wydawał się jeszcze cięższy, jakby pokryty nie tylko śniegiem, ale i czymś więcej – cieniem, który nie pochodził ani od księżyca, ani od nocnych zwierząt, ani od drzew w sadzie. Może pochodził od niego samego?
Tamtej nocy, choć dziadkowie opowiadali coś o dawnych czasach, o tym, że rok się wymyka i nie wiadomo, co przyniesie następny, jeśli w ogóle cokolwiek przyniesie, ja myślałem tylko o tym świetle w oknie. Zdawało się, że migocze nie przez żyrandol czy lampę, ale przez coś, co samo sobą zapalało mrok. Myślałem, żeby podejść bliżej, zobaczyć, co tam jest – ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Może mróz, a może ten niepokój w powietrzu, który wydawał się zagęszczać tym mocniej, im dłużej patrzyłem w to okno.
Zanim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić, światło zgasło. Zniknęło tak nagle, jakby ktoś przeciął sznur, którym było przywiązane do krawędzi rzeczywistości. Psy we wsi zamilkły, a cisza zrobiła się tak głęboka, że wydawało się, jakby cały świat na chwilę przestał oddychać.
Wtedy dziadek powiedział coś, co pamiętam do dzisiaj. „Są takie noce, że lepiej nie wiedzieć, co dzieje się za oknami. Bo czasem świat jest większy niż nam się wydaje, ale nie zawsze jest w nim miejsce dla nas”. Nie zapytałem, co miał na myśli. Nie trzeba było. W tej kuchni, gdzie pomidorowa zaczęła już pachnieć przypalonym dnem garnka, a babcia dołożyła do pieca kolejną szczapę, zrozumiałem, że są rzeczy, które można sobie wyobrazić dopiero wtedy, kiedy się pojmie, że istnieją tylko poza słowami, w jakiejś przestrzeni pomiędzy nimi, a gdy próbuje się je ubrać w wyrazy i zdania, znikają nagle jak to światło w oknie.
Tamtej nocy spałem niespokojnie. Śniło mi się, że idę przez wieś, a śnieg pod stopami nie skrzypi, tylko szepcze – cicho, jakby w języku, którego nie znam, ale który jednocześnie wydaje się dziwnie swojski. Czułem na sobie wzrok starych chat, których okna były zamglone, a kominy z trudem wydobywały ostatnie tchnienie dymu. Czas stanął, a ja szedłem, mając wrażenie, że śnieg powoli mnie wchłania, jakby chciał mnie całkowicie wessać, a potem leżeć na drogach i polach jak gdyby nic się nie stało, jakby nigdy mnie tam nie było.
Zwolniłem przed jednym z domów, przed tym, w którego oknie migotało delikatne światło. Kiedy mijałem to okno, zdawało mi się, że światło poruszyło się, jakby ktoś stał za firanką. Serce zabiło mi szybciej. Spojrzałem w szybę i zobaczyłem w niej twarz. Znałem ją. Znałem ją tak dobrze, jakby należała do mnie, jakby była moja, tylko trochę starsza, bardziej zmęczona, bardziej zniechęcona do tego, żeby wychodzić do świata.
Postanowiłem stamtąd uciec.
Uciekałem, ale nogi wciąż niosły mnie w tamtą stronę, jakby coś ciągnęło mnie z powrotem, jakby ta twarz, która odbiła się w szybie, nie chciała mnie puścić. Zatrzymałem się dopiero obok domu dziadków, przy studni, której drewnianą pokrywę porósł mech miękki jak cisza przed pierwszym oddechem. Ta cisza spłynęła ze studni i rozlała się na całą Ziemię. Była wszędzie. Przelazła przez kurtkę, sweter, skórę i osiadła w kościach. Żadne zwierzę nie zawyło w oddali, żadna gałąź nie zaskrzypiała na wietrze. Nawet śnieg zupełnie przestał szeptać. I wtedy usłyszałem za sobą kroki.
Wiedziałem, że dogoniła mnie twarz z okna.
Nie odwróciłem się do niej.
Wbiegłem do domu, prędkimi susami pokonałem sień i kuchnię, wskoczyłem do łóżka, przykryłem się pierzyną i porządnie zasnąłem.
Kiedy się obudziłem, piec był już wygaszony i szyba w pokoju zdążyła pokryć się szronem. Wśród jego przypadkowo ułożonych rys zobaczyłem coś, co przypominało wpatrzoną we mnie ludzką twarz. A może tylko tak mi się wydawało?
Po śniadaniu powiedziałem o tym babci, zagłuszając kolorowy telewizor Helios, w którym ładna prezenterka komentowała zabawę sylwestrową na rynku jakiegoś miasta.
„Ostatnia noc roku”, odpowiedziała spokojnie, nie patrząc na mnie, tylko na swoje ręce dziergające na drutach szalik. „Ostatnia noc”, powtórzyła od razu, jakby to miało wszystko wytłumaczyć – twarz na szybie, mój sen, śnieg, który przyszedł nagle jak nieproszony gość. Jej palce poruszały się szybko, jakby wplatała w ten szalik coś większego niż włóczka, coś, czego ja w żadnym wypadku nie powinienem był zobaczyć.
Spojrzałem jej w oczy.
Widziałem, że chciała powiedzieć coś jeszcze – ale nie powiedziała nic więcej.








Tomasz Dalasiński (ur. 1986) – poeta, prozaik, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Autor książek z wierszami, m.in. Sztuka zbierania mgły (2022), Wiersze dla żywych (2023) i Alte Liebe (2024) oraz książek prozatorskich.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page