Robert Walser – Piesza wędrówka
2 dni temu
12 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 13 godzin temu
Przechadzka
Jakimż to pięknem podczas tej wędrówki pysznił się księżyc, jakże błyszczały i wysyłały strzały Amora dobre, delikatne gwiazdy z wysokiego nieba w stronę porywczego, niecierpliwego piechura, który tak zwinnie maszerował wciąż dalej. Czy był poetą, który wędrował od jasnego dnia ku błogiemu, blademu wieczorowi? Może… Albo był włóczykijem? Albo jednym i drugim? Nieważne, nieważne: był szczęśliwy i ogarniała go niepokojąca tęsknota. Tęsknota i potrzeba poszukiwań, uczucie niezaspokojenia oraz pragnienie piękna popychały go naprzód, a za nim, daleko za nim, drzemały bogate w obrazy wspomnienia. To, co miał za sobą, zajmowało jego myśli, a nieznane, które było przed nim, niczym muzyka rozbrzmiewało w jego spragnionej duszy. Słońce prażyło, a niebo było błękitne, i to błękitne, rozległe, ogromne niebo zdawało się coraz bardziej rozszerzać, jakby to, co wielkie, stawało się coraz większe, z kolei to, co piękne, coraz piękniejsze, a to, co niewypowiadalne, coraz bardziej niezmierzone, nieskończone i bardziej niewypowiadalne. Z ciemnozłotych, demonicznie błyszczących otchłani unosił się zapach szlachetnej, dzikiej romantyczności, a po obu stronach szosy wydawały się rozciągać zaczarowane ogrody, kuszące dojrzałymi, słodkimi owocami o pięknych barwach, kuszące tajemniczymi, niedającymi się opisać rozkoszami, o których sama ulotna myśl sprawiała, że dusza topniała i pogrążała się w błogości. O, cóż to był za wesoły, taneczny pochód, a do tego śpiewały ptaki, których głos długo jeszcze rozbrzmiewał w uszach, nawet gdy nie było już słychać jego cudowności, a serce łomotało, jakby miało wyskoczyć z piersi i wzbić się ku niebu. Wioski ustępowały miejsca rozległym łąkom, łąki lasom, a wzgórza górom, a gdy zapadał wieczór, wszystko wokół stopniowo cichło. Piękne kobiety wyłaniały się z pomroki, szepczącej i ćmiącej, i witały wędrowca cichym gestem godnym królowych i cesarzowych. Tak właśnie było dawnymi czasy w tych cichych, zaczarowanych wioskach, skąpanych w godzinie południa promieniami gorącego słońca, gdzie przytulna plebania jawi się w zielonej, tajemniczej uliczce, a wokół tkwią ludzie, których spojrzenie jest czujne, badawcze i dociekliwe. Wspaniałe było zatrzymać się w gospodzie i przenocować w czystym łóżku, pachnącym świeżą pościelą. W pokoju unosił się cudowny zapach dojrzałych jabłek, a wczesnym rankiem wędrowiec stawał w otwartym oknie i – spoglądając na poranny krajobraz, niebieskawo-złoty, zielony i biały – wciągał do wzburzonej piersi słodkie poranne powietrze, obezwładniony całym tym pięknem, które ujrzał. Wędrował wciąż dalej i dalej, a myśli miał raz radosne, raz ponure, szedł pod niebem dnia i nocy, w świetle słońca i blasku księżyca, raz w posępnym nastroju, a raz zaśmiewając się ze szczęścia. Ach, jakże smakowały mu ser i chleb oraz ta pyszna, swojska kiełbasa z cebulką. Bo jeśli posiłek nie smakuje krzepkiemu wędrowcowi, to komu ma jeszcze smakować?
(1913)
Nocna wędrówka
Pewnego razu wybrałem się na nocną wędrówkę, była ciemna, pochmurna, ciepła majowa noc. Ziemia kwitła i pachniała. Z cichych nocnych ogrodów dochodziły mnie szepty i szelesty, jakby wszystko, co skrywane, stało się teraz widoczne, a to, co przemilczane, przemówiło. Moje lekkie, zwinne i wytrwałe stopy z łatwością niosły mnie po twardej, wiejskiej szosie. To, co było twarde, stało się miękkie jak puch, a to, co nużące, wywoływało u mnie tylko śmiech, jakby było w istocie przyjaznym gestem. Czerpałem osobliwą frajdę z tego, że sam radośnie maszerowałem wciąż dalej. We własnym tempie przemieszczałem się od wsi do wsi, a wsie drzemały, tak piękne, tak spokojne. Jedynie w gospodach słychać było jeszcze niekiedy późne hałasy i mijały mnie od czasu do czasu chwiejnym krokiem postacie wstawionych bywalców. Sadziłem susy, jakbym był podmuchem wiatru albo posłańcem, który z prędkością wiatru niesie tajną wiadomość do odległej krainy. A później załomotało mi serce, jakbym był zbiegłym przestępcą, który wykorzystuje noc, by uciec i schronić się w bezpiecznym miejscu. Byłem jak Indianin, który pokonuje w podskokach równinę; jednak w moim przypadku droga prowadziła pod górę, a później zapadała się w otchłań. Często słodkie gwiazdy spoglądały z ciekawością na piechura, mrugając spośród tajemniczych chmur, a księżyc – wierny przyjaciel wszystkich nocnych wędrowców – wyłaniał się z czarnej otoczki wielki, majestatyczny i łagodny, aby wkrótce znów zniknąć. Pojawiał się więc i znikał, po czym znów się wynurzał, a we wszystkim był ledwie słyszalny szelest; noc szeleściła, jakby była źródłem, i to prawda: jest ona źródłem całego piękna, miłości i dobra. I znów poczułem się jak kochanek, poszukujący swojej uwodzicielskiej, najmilszej lubej. Mieszkała gdzieś wśród tych wsi, których ciemność byłą tak piękna: być może jej okno było teraz otwarte, a wszystkie jej marzycielskie myśli wyleciały na zewnątrz niczym ptaki i zagubiły się w tej cudownej nocy. Leżała w łóżku, ale nie mogła spać i nie chciała zasnąć, ponieważ myślała o tym nieznajomym, śmiałym, umiłowanym młodzieńcu, którego kochała i o którym wiedziała, że on ją kocha. Tak umilałem sobie wędrówkę – mrocznymi, zagmatwanymi fantazjami – podczas gdy źródełka przy drodze cicho szemrały. W niektórych oknach wciąż paliły się światła i te samotne światła wyglądały jak myśli w głowie jakiegoś dziwnego człowieka. Tak oto szedłem naprzód, radosny, lecz pełen niepokoju, odważny, lecz pełen zwątpienia, zupełnie bezmyślny, to znów pełen przemyśleń.
(1913)
Wycieczka
Wyszedłem z domu na ulicę. Pogoda była zbyt piękna, nie mogłem przyglądać się tej pięknej pogodzie i jednocześnie siedzieć w domu. Świat wyglądał rozkosznie jak małe, grzeczne dziecko, tak cichy i jasny, przyjemnie zielony. Z powagą i dostojnością szedłem przed siebie, jak ktoś, kto ma do załatwienia ważną sprawę – dobroduszny, stateczny poborca podatkowy, a może nawet notariusz przemierzający wioski. Weszło mi w krew, żeby zawsze zachowywać się tak, jakbym zamierzał zrobić coś ważnego i pożytecznego. Wygląda się wtedy świetnie, a ludzie zwracają na nas uwagę. Przy przejeździe kolejowym musiałem się zatrzymać, ale chętnie postałem tam krótką, miłą chwilę. Dalej droga prowadziła przez wieś, która była skąpana w urokliwości, a później wiodła przez las, a z lasu wychodziła na otwartą przestrzeń, biegnąc przez pola do kolejnej wsi. W niektórych miejscach nawierzchnia była dość brejowata, grząska i błotnista. Wtedy udawałem, że byłem nie wiadomo jak oburzony tym błotem, niczym najbardziej wytworny dżentelmen na świecie. Wioska była duża i piękna, a na zielonym, łagodnym wzgórzu stała chłopska chałupa – istne cudeńko. Dzieci bawiły się na wiejskiej drodze, a wokół wszystko było tak ciche, intensywne, tak jasne i spokojne. Wydawało się, jakby cały świat oczekiwał czegoś czarującego i zachwycającego, i dlatego trwał pełen delikatności, pełen ciszy. Wioska wyglądała na tak przemyślaną i porządną, a karczma przy drodze była tak imponująca, że nabrałem do niej ogromnego szacunku i nie odważyłem się jej przypatrzyć. W pobliżu znajdował się także surowy posterunek miejscowej policji, na widok którego poczułem się dziwnie, jakby mnie oskarżono o włóczęgostwo. Ach, wejść w ten rozległy, czysty i spokojny świat to królewska rozkosz! Wkrótce później pojawiła się druga wioska. Następnie zacząłem iść pod górę. Na szczycie, na leśnej polanie, stała piękna, stara zagroda – jakże dostojna, cicha i samotna. Po chwili ruszyłem w dół przez zimowy, nagi las. Wieczorem byłem w domu na czas kolacji punktualnie jak w szwajcarskim zegarku. Po prostu jestem i zawsze będę wyjątkowym miłośnikiem punktualności.
(1914)
Jesienne popołudnie
Pamiętam, jak kiedyś miło spędziłem popołudnie. Szedłem przez wsie z przyjemną cygaretką w ustach. Słońce świeciło nad zieloną okolicą. Na polach pracowali mężczyźni, dzieci i kobiety, po lewej płynął złocisty kanał, a po prawej rozciągały się przed moimi oczami pola uprawne. Beztrosko szedłem dalej. Obok przemknął wóz piekarza. Dziwna rzecz, że tak zajmują mnie te szczegóły, jakby każdy był czymś drogocennym. Moja pamięć zapewne posiada ogromną siłę, co mnie cieszy. Wspomnienia to życie. Mijałem zatem wiele okazałych, pogodnych i dostojnych wiejskich zagród, gdzie gospodyni zapewne uspokajała psa, który miał zamiar obszczekać piechura, a do tego nieznajomego. Jakże ekscytująca jest spokojna i leniwa wędrówka przez wsie, podczas której otrzymujemy serdeczne pozdrowienia od pełnych powagi, krzepkich wiejskich bab. Takie pozdrowienia są jak esencja nieprzemijalności. Otwiera się niebo, gdy ludzie są dla siebie życzliwi. Popołudniowe, a wkrótce już wieczorne słońce rozpraszało płynne złoto miłości i fantazji, sprawiając, że ulica płonęła czerwonawo. Nad wszystkim unosiła się delikatna poświata fioletu, naprawdę niezwykle delikatna, ledwo zauważalna. Poświata nie jest czymś namacalnym, czego można dotknąć palcami, lecz jedynie unosi się nad widzialną i niewidzialną całością jak tajemniczy blask, jak pogłos, jak uczucie. Przeszedłem obok gospody, nie wchodząc do niej; zamierzałem to uczynić później. Szedłem dalej spokojnym krokiem, trochę jak dobrotliwy, łagodny ksiądz, nauczyciel, a może posłaniec. Czasem ludzkie oczy spoglądały na mnie z ciekawością, próbując odgadnąć, kim mogę być. W tej cudownej, dźwięczącej krainie robiło się coraz piękniej. Każdy krok prowadził do innego piękna. Czułem się, jakbym pisał wiersze, śnił, fantazjował. Blada, piękna, ciemnooka dziewczyna z gospodarstwa, której twarz muskały łagodne promienie słońca, spojrzała na mnie pytająco magią swych migoczących czernią oczu i życzyła mi dobrego wieczoru. Odwzajemniłem pozdrowienie i poszedłem dalej, w stronę drzew obwieszonych czerwonymi i złotymi owocami raju. Cudownie lśniły piękne jabłka w wieczornym słońcu, między ciemnozielonym listowiem, a nad wszystkimi zielonymi łąkami rozbrzmiewało ciepłe, radosne bicie dzwonów. Dorodne krowy o brązowym, białym i czarnym umaszczeniu leżały i stały, tworząc rozrzucone po soczystych łąkach, wdzięczne grupy, które było widać aż do srebrzystego kanału. Oczu mi nie starczało, żeby napatrzeć się na wszystko; miałem za mało uszu, żeby nasłuchać się wszystkiego. Patrzenie i słuchanie łączyły się w jedną rozkosz, cały ten rozległy, zielony i złoty krajobraz dźwięczał: dzwony, las jodłowy, zwierzęta i ludzie. Wyglądało to jak obraz wyczarowany przez Mistrza. Buczyna mieniła się brązem i żółcią; zieleń, żółć, czerwień i błękit współgrały ze sobą. Kolory przechodziły w dźwięki, a dźwięki bawiły się z bosko pięknymi kolorami, niczym chłopcy ze słodkimi dziewczynami, niczym bogowie z bogami. Gdy tak powoli szedłem pod błękitnym niebem, wśród zieleni i brązu, powoli zapadały ciemności. Podeszło do mnie kilku pastuszków, którzy chcieli spytać o godzinę. Później, już we wsi, minąłem starą, wielką i dostojną plebanię. Ktoś śpiewał i grał w budynku. Rozbrzmiewały boskie dźwięki, a przynajmniej tak sobie wmawiałem. Jak łatwo jest podczas spokojnego, wieczornego spaceru wmówić sobie coś pięknego. Godzinę później zapadła noc, a niebo lśniło czernią. Wzeszły księżyc i gwiazdy.
(1914)
Spacer
Wybrałem się na błogi, króciutki, apetyczny spacer, który rozwijał się lekko i przyjemnie. Przeszedłem przez wieś, potem przez coś w rodzaju jaru, następnie przez las, później przez pole, później znowu przez wieś, później przez żelazny most, pod którym płynął szeroki, słoneczny, zielony potok, później szedłem powoli wzdłuż potoku – i tak dalej – aż zrobił się wieczór. Jednak muszę jeszcze wrócić do tamtego lasu. Poza tym będę chyba miał coś jeszcze do powiedzenia na temat wspomnianego mostu. Jaka błoga cisza, jaka odświętność panowała w lesie, a gdy wyszedłem spośród wilgotnych, ciemnozielonych jodeł, dostrzegłem na skraju lasu dwoje dzieci, które zbierały chrust i miały tak jasne twarze i ręce. Zimowe słońce rzucało łagodny, złoty, cudowny blask na pagórki, zielone łąki i ciemnobrązowe pola. W słońcu stały nagie, czarne drzewa. Gdy tak szedłem, zobaczyłem tam kolejną dziecięcą twarz – słodką, posyłającą mi uśmiech. I wtedy dotarłem do mostu, o którym wspomniałem, a on cały lśnił i migotał, a to słonecznym złotem, a to srebrem. Woda płynęła pod mostem błogo i majestatycznie. Później, na polnej drodze, spotkałem kobietę, którą zapamiętałem, ponieważ tak serdecznie mnie pozdrowiła. Wtedy pomyślałem: „Cóż to za przyjemność móc przebywać wśród ludzi”. Domy po drugiej stronie rzeki stały tak piękne, tak swobodne na zielonym wzniesieniu, a ich okna były pełne żółtego blasku. Stado ptaków wleciało w płonącą łunę wieczoru. Śledziłem wzrokiem ich klucz, aż zniknął. Jedna strona świata była spokojna, ciepła i ciemna, a druga zimna, złocista i rozświetlona jasnością. Spokojnie, krok po kroku, szedłem dalej, aż skręciłem w stronę przysiółka. Wtedy dostrzegłem jakichś ludzi – kobietę i dziecko – pod drzewami przyciemnionymi wieczorem. Ich oczy patrzyły na mnie tak wypytująco. Potem minąłem dom, który stał zupełnie samotnie w szczerym polu, a przed nim, czy też obok niego, był elegancki, dziwaczny, stary, uroczy ogródek. Wokół ogródka był cudaczny, fantastyczny żywopłot. Nagle wszystko stało się dla mnie snem, miłością i fantazją. Wszystko, na co teraz patrzyłem, przybierało wielkie i wzniosłe formy. Okolica sama wydawała się tworzyć poezję, pogrążać w fantazjach. Wydawała się śnić o własnym pięknie. Cała kraina wydawała się pogrążona w głębokich, muzycznych rozmyślaniach. Zauroczony otaczającym mnie pięknem zatrzymałem się i uważnie rozejrzałem wokół. Zapadł wieczór i zieleń przemawiała wspaniałym językiem wieczornej godziny. Kolory są jak języki. W domu, przed którym stałem, dach zwisał nad oknami niczym nakrycie głowy przysłaniające oczy. Czy okna nie są oczami domów? Musiałem teraz podnieść wzrok na półksiężyc, który sunął wysoko nad zalesioną górą. Czułem się cudownie widząc, jak ciemna ziemia spoczywa tam – taka ciepła, przyjazna, pogrążona w błogim spokoju – a księżyc unosi się i jaśnieje nad nią w tej iskrzącej się blado, zimnej samotności nieba. Miał on intensywny kolor lodowato zimnej, srebrzystej zieleni. Niebiańsko piękny i niewypowiedzianie ciemny las z czarującymi wierzchołkami jodeł rozciągał się u stóp pełnego gracji władcy – wspaniałego księżyca. Przeszedłem obok innego domu, gdzie przy drzwiach stała kobieta, do której łasił się kotek. Wszedłem do środka ze swoimi myślami i zamieszkałem tam z nimi. „Jakże ludzie i domy są do siebie podobni” – mruknąłem pod nosem. Robiło się coraz ciemniej. Wieczory są jak bóstwa, a pora wieczoru jest jak słodka, strzelista, pełna melancholii świątynia. Na bladym niebie pojawiła się teraz ognista, słodka czerwień. Wyglądało to tak, jakby niebo było policzkiem rozpalonym szczęściem i błogością. Obok mnie przeszedł chłopak gospodarza, prowadząc brązową krowę. W zapadającym zmroku bajtle ze wsi z wielką uprzejmością mówiły wszystkim dobry wieczór. Wszystkie twarze były rozpalone do czerwoności przez żarzącą się różowo łunę zachodu. Wkrótce pojawiły się gwiazdy. Przy drodze stała już gospoda. Wszedłem do środka.
(1914)
Dworzec kolejowy
Jednym z najbardziej przemyślanych i funkcjonalnych udogodnień, jakie przyniosły współczesne czasy w sferze techniki, jest moim zdaniem dworzec kolejowy. Codziennie, co godzinę pociągi przyjeżdżają tam i stamtąd odjeżdżają z pasażerami w najróżniejszym wieku, reprezentującymi najróżniejsze charaktery i wszystkie zawody, którzy wybierają się gdzieś daleko lub wracają do domu. Jest to prawdziwy spektakl życia, który tu chętnie omówię, nie wdając się zbytnio w szczegóły, ponieważ nie jestem fachowcem. Patrzę na niego raczej z perspektywy, która jest zrozumiała dla ogółu, i mam nadzieję, że mam do tego prawo. Już sam obraz dworca kolejowego, z przyjeżdżającymi i odjeżdżającymi ludźmi, można uznać za niezwykle przyjemny, a do tego wszystkie te hałasy – okrzyki, rozmowy, turkot kół i echo pośpiesznych kroków – są żywe i radosne. Tutaj pewna pani sprzedaje gazety, a tam przy stanowisku bagażowym oddaje się paczki i walizki do przechowania na konkretny czas. Prosi się o bilety i wydaje się je, a pieniądze za przejazd brzęczą z gracją. Przed podróżą ktoś szybko zjada w bufecie talerz zupy lub kiełbasę, żeby nabrać sił. W przestronnych poczekalniach przesiadują mężczyźni i kobiety, którzy kochają podróże, zarówno ci, którzy wyruszają w drogę dla przyjemności, jak i ci, którzy mają poważne cele biznesowe, handlowe lub finansowe i pragną zapewnić sobie środki do egzystencji. Na wystawie kiosku leżą książki, które można obejrzeć i kupić, a wśród nich rozrywkowe i wciągające czytadła, ale też wartościowe lektury. Wystarczy tylko sięgnąć po jakąś edukującą publikację i za nią zapłacić. Gdzieś indziej znajdziemy owoce, takie jak jabłka, gruszki, wiśnie i banany. Plakaty z najróżniejszych krajów opowiadają nam o ciekawych i wartych zobaczenia miejscach, takich jak starówki miast, nabrzeża ze wspaniałymi hotelami, szczyty górskie, imponujące katedry czy upstrzone palmami krajobrazy pełne piramid. Obok przechodzą najróżniejsi znajomi i nieznajomi. Ja sam jestem raz znajomy, a raz obcy. Często całe grupy maszerują hucznie przez halę dworca, która jest przestrzenią symbolizującą epokę maszyn i ucieleśniającą ducha internacjonalizmu. Niemal romantyczna wydaje się myśl, że pociągi stale przemierzają wszystkie kraje tam i z powrotem, w słonecznym blasku dnia czy nocą. Jakże rozległa sieć edukacji i cywilizacji jest do tego potrzebna! Nie da się po prostu odrzucić struktur, które stworzyliśmy, instytucji, które powołaliśmy do życia. Rzeczy, które robimy i które osiągamy to nasze zobowiązanie. Nasza praca jest ważniejsza od nas samych.
Jak miło jest, gdy na dworcu ludzie się rozstają albo ponownie spotykają i życie toczy się dalej.
(1932/1933)
Wieczorny spacer
Jak dziwnie ciemna była ziemia, a domy stały jasne i ciche, z zielonymi, przytulnymi okiennicami, które wydawały ten radosny, miły i znany od zawsze dźwięk. Tu i ówdzie kręcili się ludzie w niedzielnych ubraniach. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Dzieci bawiły się w wiosenne gry na miękkich, czystych i podmokłych wiejskich drogach, a ciepłe, łagodne niebo przeszywał delikatny ruch, jakby szło na burzę. Wiecznie zielone rośliny przy wysokich murach oraz same mury i skały mówiły językiem pełnym młodzieńczej świeżości, jakby cały tętniący życiem świat miał nagle znów stać się młody. Wszystko było takie radosne, takie lekkie, takie czułe, takie czułostkowe. Szedłem tak z pewną czujną przezornością, przy czym zatrzymywałem się co chwilę i oglądałem za siebie, jakby ten czy inny piękny widok miał mi umknąć. Dotarłem do starego, przestronnego, przytulnego zaułka, gdzie pośród starych, szlachetnych ogrodów stały równie stare i równie szlachetne domy. Wszystkie domy pokrywała woalka tęsknoty i wiosny, jakby były pełne tajemnej radości i cierpiały z powodu czułej, cichej troski, bezchmurnego bólu, pogodnego smutku. Świat był w połowie jasny, a w połowie ciemny, w połowie radosny, a w połowie zadumany. Dwie lub trzy stare wieże wydawały się potajemnie uśmiechać swoimi dziwnymi kamieniami i w magiczny sposób machać czymś w rodzaju rąk. Drzewa i kamienie lśniły mokre i kolorowe, a wokół rozrzuconych przedmiotów płynęło słodkie, łagodne, wieczorne światło, a słońce rzucało czerwonawy urok i różową melancholię na ściany zwrócone ku zachodowi, tak że wyglądało to, jakby złota, łaskawa ręka boga pieściła zagubioną, biedną ziemię, podobną do dziecka, które nie wie, dokąd pójść. Kroki i głosy ludzi brzmiały dziwnie w czystym, przejrzystym powietrzu, a zwiewne, niewidzialne istoty, niewidzialne piękności, krążyły wokół ogrodów i domów, szepcząc między sobą, jakby wszędzie budził się tajemniczy i dziwny drugi świat, drugie życie. Było słychać widzialnie-niewidzialne duchy i myśli, obleczone w długie, czarujące szaty, zachwycające w swoich pięknych gestach.
Powietrze było pełne powściągliwej radości, przenikały je duchowość i niespokojne oczekiwanie, pulsowały w nim tęsknota, a jednocześnie jakieś zadowolenie. Przez nieruchome, oddalone okno spoglądała na mnie osobliwie pytającym wzrokiem kobieta o bladej, delikatnej twarzy, tak cicha, tak nieruchoma, jakby była jedynie obrazem, który stał za zamkniętą, witrażową szybą i spoglądał na alejkę, gdzie spacerowało ledwie kilka osób. To, co fizyczne i prawdziwe, zniknęło ustępując miejsca rzeczywistości ze snów i koszmarów. To, co wyobrażone, stało się wyraźnie widoczne i – wykonując szeroki, zamaszysty gest – parło przed siebie niczym jakieś monstrum, gdy z kolei wydawało się, że istniejące naprawdę przedmioty chcą się rozpłynąć. Z innego domu stojącego w pobliżu nieśmiałe dźwięki muzyki granej przez dziewczynę docierały do moich uszu, które rejestrowały wszystko, co się dzieje wokół, gdyż wytężyłem zmysły, jakbym był samą uważnością. Wydawało mi się, jakby ten piękny wieczór miał własne oczy, którymi mnie obserwował, i usta, którymi do mnie mówił. Z małego kościółka na wzgórzu wychodziło mnóstwo ludzi, głównie kobiet, z modlitewnikami w rękach, a w ich radosnych twarzach mogłem łatwo dostrzec duchowe pokrzepienie. Wracając do delikatnej, subtelnej wieczornej muzyki dziewczyny grającej w pokoju, brzmiała ona jak sen Śpiącej Królewny i tęsknota za żywym, radosnym przebudzeniem, tak jakby jakiś miły, odważny i silny rycerz miał się przedrzeć przez ciernie, zapory i przeszkody, by dotrzeć do niej i uwolnić ją od zaklęcia. Ostrożnie szedłem dalej. Na szczycie góry las był taki blady, taki subtelny. Słońce zachodziło do dźwięków pożegnalnej pieśni pełnej miłości i piękna. Jodły były tak ciche. Okrężną drogą przez las wróciłem do domu.
(1915)
przełożył z niemieckiego Paweł Marcinkiewicz

