Rafał Mielczarek – Post-nietzscheańskie kaczki
1 dzień temu
4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 6 godzin temu
Początek i koniec. Generalna całość i szeregowy szczegół – perfekcyjnie niewspółmierne
względem siebie. Następstwo bez przyczyny. Wniosek pozbawiony związków logicznych z
przesłankami. Prawdziwa wolność. Wszyscy uciśnieni cywilizacyjnie jej łakną, a tak naprawdę
nikt nie jest na nią gotowy. Baronowie Münchhausenowie metafizyki wyciągają się za peruki,
które zostają im w palcach, więc wpadają z powrotem do bagna odczarowanych oczywistości,
tym razem jeszcze głębiej. Zostają po nich już tylko bąbelki na budyniopodobnej powierzchni
– bul, bul, bul! – pękającej niedostrzegalnie i wydającej z siebie ciche pierdnięcia.
Stopniowalność komplikacji układu myśli spędza sen z powiek przemądrzałych mentalnych
masturbatorów Zachodu. „Szkoda na nią zachodu” – oto ich najnowsza idea. Pobawmy się,
póki trwa jeszcze epoka ostatnich gwizdków. Wszyscy kraczą o końcu. Wszyscy mają
zakończeniowy nastrój. A co, jeśli po dwustu latach nietzscheańskiego krakania, cywilizacja
ponurych kruków będzie w stanie wychrypieć jedynie wiecznie powracające i niezbywalne
„Nevermore!”? Przejdźcie do porządku dziennego nad ośmioma pokoleniami konsekwentnie
niejasnego, pogmatwanego upadku, to wtedy pogadamy, dlaczego taka sytuacja na pewno
nie ma prawa zaistnieć!
Oto jakiej myśli „wycieraczką” jest ten ponury dwuakapitowy wstęp: ludzie przyzwyczajeni są
do wiary, że wszystko co robią, w jakiś tajemniczy, prawie magiczny sposób koresponduje z
pewną abstrakcyjną gwarancją osadzenia owej czynności w fundamencie nazywanym
historycznie „wartość”, na który jednak patrzy się wyłącznie w wąskim zakresie możliwościowym. Weźmy szał na tworzywa sztuczne w latach 50/60 poprzedniego stulecia. Wszyscy przyklaskiwali chemii stosowanej, przed jak i za którą stały olbrzymie pieniądze. Dwa doskonałe przykłady, co prawda z Hollywood, ale po co sięgać do rzeczywistości nieekranowej, skoro już na celuloidzie – o ironio, protoplaście polimerowych pomiotów – jak byk wszystko jest widoczne: Humphrey Bogart i jego plastikowy biznes rodzinny w Sabrinie oraz plastikowa dorada dla Dustina Hoffmana w Absolwencie. Polioksymetylen, spandex, gumowe kaczki – przykładowe produkty kapitalistycznego klakierstwa środkowych dekad dwudziestego wieku. A sześćdziesiąt lat później co? Rychło w czas dostrzeżono zignorowany segment spektrum wartości tworzyw sztucznych, który nie wpisywał się w
ówcześnie określony, powszechnie obowiązujący paradygmat pozytywnego rozpatrywania zjawiska jego produkcji. Obecnie plastik już nie taki cacy, co, ludziki wy moje wąskowzroczne?...
Teraz robicie minki à la Alex z Mechanicznej Pomarańczy po wypraniu mózgu, kiedy przydarza mu się coś niedobrego. Bu-hu-hu! Wytykacie paluchami korpo-rozpleniaczy plastiku po całej planecie. Bu-hu-hu! Obmyślacie strategie zaradzenia plastikowej zarazie. Bu-hu-hu! A tymczasem gumowe kaczki płyną dalej... Oby przyszłe implementacje waszych nowych teorii nie spłynęły ich śladem do oceanu niezadania sobie dostatecznej ilości istotnych pytań! Bu-hu-hu!
Ale, ale, wybaczcie mi moją generalną uszczypliwość oraz paskudną szczegółowość!
Partykularne przykłady dobre są na jałową niedzielną pogawędkę z wujkiem Zdziśkiem albo
kumpelą Marcelą, których i tak do niczego nie można już przekonać, ponieważ indywidualizm
naszych czasów sprawił, że wszyscy wiedzą wszystko najlepiej i każda merytoryczno-
retoryczna wycieczka w stronę czyjegokolwiek światopoglądu odbierana jest jako zamach
stanu na prawa obywatelskie. Szerszy, ogólny obraz, o który mi chodzi i do którego
zmierzam, brzmi następująco: pomiędzy ludźmi istnieć może porozumienie wyłącznie na
zasadzie: „O, ale mieliśmy szczęście, że akurat wyznajemy takie same wartości”.
Zgodna intersubiektywna aksjologia jest najwyższą formą loterii. A przepolityczniony XXI-wieczny
przedstawiciel zachodniego społeczeństwa obywatelskiego nadal wierzy, że ma jakąkolwiek
zdolność przekonywania swoich współtowarzyszy „po nazwie” z innych kręgów wartościowań.
Pewnie, pod względem psucia krwi na Reddicie, trollowania na Facebooku i dissowania na
Instagramie – ma, i to jeszcze jaką! Tylko że to nic innego jak faszyzm jednego zdania
przeciwko drugiemu, jednej zamkniętej wartości przeciwko drugiej, równie albo jeszcze
bardziej niedostępnej co pierwsza. Tam nie ma ani grama fenomenu przekonywania, co
najwyżej wsobne i jak najbardziej mylne przekonanie o nieomylności własnych sądów i
wartości, które i tak nic nie znaczą, ponieważ 35 tysięcy lat temu, polując na mamuta,
człowiek człowiekowi nie przekazywał informacji za pomocą liter wyświetlanych na
elektronicznych urządzeniach, tylko twarzą w twarz, gestem i proto-językiem, być może
wprost do ucha, szeptem, żeby nie spłoszyć zwierza, albo nie zdradzić swego ukrycia za
krzakami.
Paradoksalnie, w czasach coraz mniej „mamucich”, tęsknota za epoką Włochatych Trąbalskich coraz częściej lubi wypływać na wierzch. Wystarczy odpalić YouTube’a. Absolutna prostota prehistorii, z całym swym repertuarem instynktownego znoju, bólu i cierpienia, zaczyna manifestować swą obecność po latach traktowania po macoszemu przez zawoalowane, zaawansowane formy nieprzewidzianych i niecnych efektów ubocznych cywilizacji technicznej oraz wynikających zeń innych socjo-psychicznych fanaberii i miraży. Komunikacja wirtualna – proteza słów składana w ersatz zdań mających rzekomo spełniać rolę dialogotwórczą. Jednym z moich pomniejszych marzeń jest doczekanie dnia, w którym ludzie wreszcie zapomną o pewnych całkowicie nieziszczalnych ewentualnościach. I nie chodzi mi tu o iluzoryczność social mediów, tylko o anachroniczną wiarę we wspólnotę wartości w rzeczywistości ontycznie rozbudowanej w stopniu uniemożliwiającym jej
kontynuowanie. Ludzie muszą zaczarować świat na modłę autentycznej samotności, którą
ten funduje im de facto od narodzin aż po śmierć, a w którą oni ciągle nie potrafią uwierzyć.
Może wtedy część z nich, wyposzczona i stęskniona za drugim człowiekiem, przekona się do
niego na nowo? Może wyćwiczy oko, naostrzy dzidę i zacznie polować na Nowe razem z
przedstawicielami częściowo kompatybilnych intersubiektywności? Może życie stanie się
wówczas choć odrobinę znośniejsze? Oby tylko „nowi myśliwi” nie obrośli w piórka przeoczeń
świeżego, jeszcze niezidentyfikowanego rodzaju? Albo, żeby nie porwał ich zdradliwy prąd,
czyniący zeń nową inkarnację gumowych kaczek, kwaczących kwaśne „Nevermore!”
zduszonym, zgnuśniałym głosem Kaczora Donalda lub zaplutym seplenieniem jego Warner
Bros’owego odpowiednika.

