top of page

Rafał  Kasprzyk – Przester (vol. 6)

1 dzień temu
20 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 5 godzin temu


Tam, gdzie kończy się mit. OWyjarzmionej Renaty Bożek


Najtrudniej jest wejść do świata, który nie zna jeszcze naszego sposobu patrzenia. Czytając powieści historyczne, zwykle zakładamy, że ludzie sprzed dwóch czy trzech stuleci przeżywali rzeczywistość podobnie jak my. Byli bardziej religijni, gorzej wykształceni, częściej głodowali, żyli krócej – ale generalnie ich wnętrze pozostawało zasadniczo takie samo. Kochali, bali się, cierpieli i marzyli w sposób, który potrafimy bez trudu rozpoznać. Historia zmienia dekoracje, człowiek pozostaje ten sam. Wyjarzmiona Renaty Bożek podważa to przekonanie już od pierwszych stron. Nie dlatego, że opisuje świat pańszczyźnianej wsi z bezwzględnym naturalizmem. Nie dlatego, że przywraca lubelską gwarę, zabobony czy ludową religijność. Jej największa odwaga polega na czymś innym. Autorka próbuje wyobrazić sobie człowieka, który nie zdążył jeszcze oddzielić siebie od świata. To właśnie dlatego tak trudno czytać tę powieść współczesnymi kategoriami.
Rozalka Balawender nie stoi naprzeciw rzeczywistości. Nie ogląda jej, nie analizuje, nie próbuje zrozumieć własnych reakcji. Żyje w świecie, który nie jest przedmiotem doświadczenia, lecz jego środowiskiem. Las nie stanowi krajobrazu. Jest obecnością. Bagno nie jest fragmentem przyrody. Jest miejscem, które przyjmuje albo odrzuca człowieka. Zmarli nie znikają wraz ze śmiercią. Nadal uczestniczą w codzienności żywych. Nawet słowa mają ciężar inny niż dzisiaj. Nie tylko opisują świat, ale potrafią na niego oddziaływać. Z tej perspektywy pytanie, czy Rozalka wierzy w strzygi, okazuje się pytaniem źle postawionym. Bo nie chodzi o wiarę, a o sposób istnienia.
Nowoczesność przyzwyczaiła nas do myślenia, że człowiek mieszka przede wszystkim we własnym wnętrzu. To tam rozgrywają się najważniejsze wydarzenia. Tam rodzi się pamięć, poczucie winy, pragnienie, lęk, a świat zewnętrzny jest jedynie sceną, na której ujawniają się procesy psychiczne. Kiedy czytamy powieść, odruchowo szukamy motywacji bohaterów. Pytamy o ich emocje. Próbujemy odtworzyć to, co dzieje się pod powierzchnią słów i gestów. Rozalka nie daje się czytać w ten sposób. Nie dlatego, że została psychologicznie uproszczona. Przeciwnie. Jej psychika nie kończy się na granicy ciała. Rozciąga się na ludzi, miejsca, zwierzęta, pamięć i język. To, co współczesny człowiek zamknąłby w swoim wnętrzu, dla niej nadal pozostaje częścią świata. Właśnie dlatego pierwsza scena powieści ma znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać.
Dziewięcioletnia dziewczynka patrzy, jak w bagnie tonie ranny powstaniec. Mogłaby go ocalić. Nie robi tego. Ta scena była już wielokrotnie interpretowana jako początek moralnego upadku bohaterki, zapowiedź jej bezwzględności albo symboliczny bunt przeciwko światu panów. Wszystkie te odczytania są możliwe, ale każde z nich zakłada coś, czego, według mnie, w tej scenie jeszcze nie ma – autonomiczny podmiot podejmujący moralną decyzję. A jeśli najważniejsze wydarza się gdzie indziej?
W moim osobistym przekonaniu, bagno nie jest tutaj jedynie miejscem próby charakteru, ale przede wszystkim granicą dwóch porządków. Z jednej strony znajduje się świat, w którym człowiek pozostaje częścią kosmosu zamieszkanego przez ludzi, zwierzęta, duchy i rzeczy. Z drugiej zaczyna się rzeczywistość nowoczesna, w której wszystko zostaje przeniesione do wnętrza jednostki. Sumienie zastępuje tabu. Psychologia wypiera mit. Wspomnienie zajmuje miejsce nawiedzenia. Rozalka stoi dokładnie na tej granicy. Jeszcze nie wie, że opuszcza świat, który przez stulecia porządkował ludzkie doświadczenie. Nie potrafi tego nazwać. Nie umiałaby nawet zrozumieć samego pytania. A jednak każdy kolejny krok oddala ją od rzeczywistości, w której znaczenia istniały wcześniej niż człowiek. To dlatego Wyjarzmiona wydaje mi się powieścią znacznie bardziej współczesną, niż sugeruje jej historyczny kostium. Ona nie opowiada o XIX wieku, a o chwili, w której człowiek przestaje mieszkać w świecie, a zaczyna mieszkać przede wszystkim w sobie.
Można więc powiedzieć, że Rozalka wychowuje się w świecie, który nie zna jeszcze pojęcia „natury”. Dla nas natura jest czymś zewnętrznym – środowiskiem, krajobrazem, obiektem badań albo miejscem wypoczynku. Dla niej taki podział nie istnieje. Las nie jest przyrodą, lecz częścią wspólnoty istnienia. Tak samo jak człowiek, zwierzę czy zmarły. Wszystko pozostaje ze sobą w nieustannych relacjach. Nic nie jest martwym tłem. Dlatego tak łatwo pomylić tę powieść z historią o ludowych wierzeniach. Współczesny czytelnik szybko porządkuje świat Rozalki. Strzyga trafia do kategorii folkloru. Duchy stają się metaforami. Zaklęcia – przejawem niewiedzy. Tymczasem Bożek z niezwykłą konsekwencją odmawia takiego uproszczenia. Nie próbuje nas przekonać, że świat nadprzyrodzony istnieje. Ale równie stanowczo nie zgadza się na jego redukcję do psychologii. Zawiesza czytelnika pomiędzy tymi porządkami i nie pozwala mu uciec ani w racjonalizm, ani w baśń. I to właśnie tutaj zaczyna się największa siła tej powieści.
Bożek nie rekonstruuje dziewiętnastowiecznej wyobraźni. Ona rekonstruuje dziewiętnastowieczne doświadczenie. To różnica zasadnicza. Wyobraźnię można opisać z bezpiecznego dystansu. Doświadczenie natomiast wymaga wejścia do środka. Dlatego gwara nie jest w Wyjarzmionej zabiegiem stylizacyjnym. Nie ma zachwycać swoją egzotyką ani budować historycznego kolorytu. Jest próbą odtworzenia sposobu, w jaki świat odsłaniał się swoim mieszkańcom. Język nigdy nie jest przezroczysty. On nie tylko opisuje rzeczywistość, ale jednocześnie  wyznacza granice tego, co można pomyśleć.
Kiedy Rozalka uczy się nowego języka, nie zdobywa jedynie kolejnej umiejętności. Przechodzi znacznie głębszą przemianę, ponieważ każde nowe słowo zdaje się przesuwać granice jej świata. Każde kolejne zdanie oddala ją od miejsca, z którego przyszła. Nauka czytania nie jest więc tylko aktem edukacji. Jest doświadczeniem ontologicznym. Zmienia nie tylko to, co bohaterka wie. Zmienia także to, czym rzeczywistość może się dla niej stać. Nieprzypadkowo właśnie zeszyt Cypriana staje się osią tej przemiany. To nie zwykły rekwizyt fabularny ani symbol wiedzy. Jest przedmiotem granicznym – należy jeszcze do starego świata, ale otwiera już drzwi do nowego. Leży pomiędzy błotem a literaturą, pomiędzy śmiercią a możliwością innego życia. Rozalka nie znajduje w nim jedynie informacji. Znajduje inny sposób patrzenia. I właśnie dlatego trudno zgodzić się z odczytaniami, które sprowadzają Wyjarzmioną do opowieści o awansie społecznym. Awans jest tu skutkiem, nie przyczyną. Prawdziwa przemiana dokonuje się wcześniej, znacznie głębiej. Dotyczy sposobu zamieszkiwania świata.
Można odnieść wrażenie, że przez całą powieść Rozalka żyje jednocześnie w dwóch rzeczywistościach. Jedna odchodzi, druga dopiero się rodzi. Pierwsza mówi językiem ziemi, obrzędu i pamięci wspólnoty. Druga uczy indywidualności, pisma i społecznej ruchliwości. Bohaterka nie wybiera między nimi z pełną świadomością. Jest raczej niesiona przez historię, która dokonuje się również poza nią. Dlatego jej los wydaje się tak przejmujący. Nie jest wyłącznie losem jednej dziewczyny. Jest losem całej kultury znajdującej się w chwili pęknięcia. Oczywiście to pęknięcie nie dokonuje się gwałtownie. Nie przypomina rewolucji. Bardziej przypomina osuwanie się brzegu rzeki. Przez długi czas wszystko wygląda tak samo. Te same pola, te same drzewa, ci sami ludzie. A jednak grunt powoli usuwa się spod nóg. Dawny porządek nie znika jednego dnia, ale staje się coraz mniej oczywisty, aż w końcu pozostaje po nim jedynie pamięć. I być może właśnie pamięć okaże się najcięższym jarzmem, jakie przyjdzie Rozalce dźwigać.

Każda epoka mówi własnym językiem. Nie chodzi jednak o słowa. One zmieniają się stosunkowo łatwo. Znacznie trudniej zmienia się to, co za ich pomocą można zobaczyć. Dlatego język nigdy nie jest wyłącznie narzędziem opisu, ale przede wszystkim sposobem zamieszkiwania świata. Dziecko nie uczy się przecież najpierw rzeczy, a dopiero później ich nazw. Dzieje się odwrotnie. To nazwy wycinają z bezkształtnej rzeczywistości pierwsze kształty. Uczą odróżniać drzewo od lasu, dom od świata, matkę od wszystkich innych kobiet. Każde nowe słowo nie tylko powiększa słownik. Powiększa również rzeczywistość. W Wyjarzmionej język nie jest więc ozdobą ani historycznym kostiumem. Nie służy temu, aby czytelnik usłyszał, jak mogła brzmieć dziewiętnastowieczna wieś. Bożek robi coś znacznie bardziej ryzykownego. Próbuje sprawić, abyśmy choć przez chwilę zobaczyli świat takim, jakim odsłaniał się ludziom mówiącym właśnie w ten sposób. Na początku lektury gwara stawia opór. Czytelnik potyka się o zdania, zwalnia, wraca do poprzednich akapitów. Chciałoby się ten język uprościć, wygładzić, przetłumaczyć na współczesną polszczyznę. Dopiero po pewnym czasie przychodzi zaskakujące odkrycie. To nie gwara okazuje się trudna. Trudny okazuje się świat, który za sobą niesie. Bo wraz z językiem zmienia się nie tylko brzmienie zdań. Zmienia się także ciężar rzeczy. Są słowa, których współczesna polszczyzna właściwie już nie potrafi unieść. Nie dlatego, że wyszły z użycia, ale dlatego, że zniknęło doświadczenie, które je podtrzymywało. Razem z nim rozpada się cały porządek znaczeń. Pozostają jedynie martwe wyrazy, przypominające muszle znalezione daleko od morza. W tym sensie gwara Rozalki nie jest dialektem. Jest pamięcią. Przechowuje sposób patrzenia na świat, który zaczął znikać na długo przed tym, zanim zniknęły same słowa. Najlepiej widać to w chwili, gdy bohaterka uczy się czytać. W większości powieści byłaby to scena emancypacji. Oto dziewczyna zdobywa wiedzę, otwierają się przed nią nowe możliwości, przekracza granice własnego pochodzenia. Wszystko to jest prawdą. A jednak mam wrażenie, że Bożek opowiada o czymś jeszcze. A mianowicie o tym, że każda nowa litera oddala Rozalkę od języka, w którym została wychowana. Nie dlatego, że musi zapomnieć gwarę, ale dlatego, że zaczyna inaczej porządkować świat.
Pismo zmienia człowieka w sposób niemal niedostrzegalny. Najpierw uczy go patrzeć z dystansu. Potem porządkować rzeczywistość. W końcu oddzielać znak od rzeczy, nazwę od obecności, opowieść od życia. To jedna z największych rewolucji w dziejach ludzkiego doświadczenia. Od chwili, gdy słowo można zapisać, przestaje ono należeć wyłącznie do głosu. Nabiera trwałości. Można do niego wrócić. Można je poprawić. Można się z nim spierać. Świat mówiony i świat zapisany nigdy nie są tym samym światem. Być może właśnie dlatego zeszyt Cypriana zajmuje w tej powieści miejsce tak szczególne. Nie jest wyłącznie zeszytem. Jest pęknięciem. Leży pomiędzy dwoma porządkami. Powstał w świecie pisma, ale trafia do dziewczynki, która wciąż należy do świata opowieści. Kiedy Rozalka bierze go do ręki, nie znajduje tylko nowych wiadomości. Znajduje inny sposób istnienia. Od tej chwili będzie już mówiła dwoma językami. Jednym odziedziczonym. Drugim zdobytym. I to właśnie między nimi rozegra się całe jej życie.
Nieprzypadkowo wraz z przemianą bohaterki zmienia się także język narracji. Gwara stopniowo ustępuje miejsca polszczyźnie bardziej literackiej. Łatwo odczytać to jako prosty zabieg stylistyczny, znak dojrzewania bohaterki. Tymczasem stawką tej przemiany jest coś znacznie większego. Każdy język niesie własną wizję świata. Nie istnieją dwa języki mówiące dokładnie o tej samej rzeczywistości. Zmieniając mowę, człowiek nie zmienia jedynie sposobu wypowiadania zdań. Zmienia miejsce, z którego patrzy. I być może właśnie tutaj kryje się najgłębszy dramat Rozalki. Nie w tym, że opuszcza wieś. Nie w tym, że porzuca własną klasę. Najboleśniejsze okazuje się to, że coraz trudniej wrócić do języka, który był kiedyś jej domem. Bo język można porzucić szybciej niż pamięć. Ale pamięć bardzo długo mówi jeszcze dawnym głosem. Dlatego w Wyjarzmionej awans społeczny nie przypomina wspinaczki. Przypomina raczej tłumaczenie. Tłumaczenie własnego życia na język, w którym pewnych rzeczy nie da się już wypowiedzieć. I wydaje mi się, że każda wielka zmiana zaczyna się właśnie od tego. Nie od nowego miejsca ani nowego nazwiska, ale od chwili, w której człowiek odkrywa, że świat, z którego przyszedł, mówi językiem, którego nikt wokół niego już nie rozumie.
3
Jest taki odruch, którego współczesny czytelnik niemal nie potrafi w sobie powstrzymać. Kiedy w powieści pojawia się duch, natychmiast pyta, co oznacza. Jeżeli wraca zmarła matka, szukamy poczucia winy. Jeżeli bohatera prześladują zjawy, mówimy o traumie. Jeżeli ktoś słyszy głosy, próbujemy odnaleźć ich źródło w psychice. Literatura ostatnich dwóch stuleci nauczyła nas podejrzliwości wobec wszystkiego, co przekracza porządek racjonalny. Duch przestał być obecnością. Stał się znakiem. Czytając Wyjarzmioną, łatwo ulec temu odruchowi. Strzyga wydaje się uosobieniem lęku. Powracający zmarli przypominają wyrzuty sumienia. Halucynacje można odczytać jako pęknięcia pamięci. Wszystko układa się w spójną, psychologiczną interpretację. Problem jednak polega na tym, że taka interpretacja więcej mówi o nas niż o Rozalce. Dla niej duch nie jest metaforą. Nie jest również problemem wymagającym wyjaśnienia. Jest częścią świata, bo rzeczywistość Rozalki zbudowana została według innego porządku. Nie istnieje w niej granica między światem żywych i umarłych w takim sensie, w jakim rozumiemy ją dzisiaj. Śmierć zmienia sposób obecności, ale nie kończy relacji. Dlatego duchy nie przychodzą z zewnątrz. One nigdy naprawdę nie odeszły. Ich obecność nie wymaga zawieszenia niewiary. Nie narusza logiki świata przedstawionego. Przeciwnie — potwierdza ją. Czytelnik zatem odczuwa niepokój nie dlatego, że dzieje się coś nadprzyrodzonego. Niepokoi go to, że jego własny sposób rozumienia rzeczywistości przestaje wystarczać. I właśnie tutaj Wyjarzmiona okazuje się najbardziej radykalna. Nie proponuje realizmu magicznego. Nie flirtuje z fantastyką. Nie próbuje zaczarować historii, ale robi coś znacznie trudniejszego. Na chwilę odbiera współczesnemu człowiekowi jego najgłębsze przyzwyczajenie: przekonanie, że świat kończy się tam, gdzie kończy się to, co można wyjaśnić. A wtedy okazuje się, że pytanie nie brzmi już: „Czy duch istnieje?”. Znacznie bardziej niepokojące staje się inne. Co musi wydarzyć się z człowiekiem, żeby przestał dostrzegać obecność tego, co dla jego przodków było oczywistą częścią świata?
4
Bardzo ważnym i istotnym bohaterem Wyjarzmionej stał się dla mnie niepozorny przedmiot. Mały, czerwony kajet wydobyty z torby tonącego Cypriana. W pierwszej chwili wydaje się zwyczajnym rekwizytem. Powieść historyczna potrzebuje przecież przedmiotu, który uruchomi przemianę bohatera. Raz będzie to list, innym razem fotografia, medalion albo stary pamiętnik. Literatura od dawna zna ten mechanizm. Przedmiot staje się furtką prowadzącą do nowego życia. Bożek wybiera jednak rzecz znacznie bardziej niepokojącą. Kajet nie zostaje podarowany. Nie zostaje odnaleziony. Nie zostaje odziedziczony. Zostaje wydobyty z bagna. To nie jest drobiazg fabularny. Bagno oddaje Rozalce tylko dwie rzeczy: złoto i zapisane słowa. Pierwsze pozwolą jej przeżyć. Drugie zmienią sposób, w jaki będzie patrzyła na świat. Nieprzypadkowo oba spoczywają obok ciała człowieka, którego nie uratowała. Od tej chwili wiedza i śmierć pozostaną już nierozdzielne. Może właśnie dlatego zeszyt nigdy nie staje się zwykłą książką. Jest mokry od miejsca, z którego został wydobyty. Nawet wtedy, gdy papier dawno wysechł. Każda lektura odbywa się przecież przeciwko tamtej scenie. Rozalka otwiera kajet, ale pomiędzy kolejnymi stronami wciąż znajduje się błoto. Nie widać go. A jednak pozostaje obecne. Tak jak obecny pozostaje Cyprian. Tak jak obecna pozostaje decyzja dziewięcioletniej dziewczynki. Czytanie nie zaczyna się więc od ciekawości. Zaczyna się od długu. To bardzo niezwykła intuicja Bożek.
Przywykliśmy myśleć o książkach jako o narzędziach wyzwolenia. Literatura ma poszerzać horyzonty, rozwijać wrażliwość, prowadzić ku wolności. W Wyjarzmionej dzieje się coś znacznie bardziej dwuznacznego. Książka nie przychodzi z biblioteki ani ze szkoły. Przychodzi od umarłego. Wiedza rodzi się ze śmierci. To motyw stary jak sama kultura. Orfeusz schodzi do podziemi, Odyseusz rozmawia z cieniami, Dante rozpoczyna swoją drogę w ciemnym lesie. Bożek nie powtarza tych opowieści świadomie, ale dotyka tej samej intuicji. Żeby nauczyć się nowego języka, Rozalka musi najpierw przejść przez doświadczenie śmierci. Nie tylko śmierci Cypriana. Także własnego świata, który od tej chwili zacznie się powoli rozpadać. Kajet jest więc czymś więcej niż zeszytem. Jest granicą. Z jednej strony zapisano w nim świat człowieka wykształconego, romantycznego, należącego do kultury pisma. Z drugiej znajduje się dziewczynka wychowana w świecie pamięci mówionej, gdzie wiedza krąży w opowieściach, pieśniach, zaklęciach i przysłowiach. Spotkanie tych dwóch porządków nie przypomina spokojnej lekcji. Bardziej przypomina zderzenie dwóch rzek. Jeszcze przez chwilę płyną obok siebie, ale ich wody już nigdy nie odzyskają dawnej przejrzystości.
Najpiękniejsze w tym przedmiocie jest jednak coś innego. Kajet niczego Rozalce nie nakazuje. Nie mówi jej, kim ma zostać. Nie wyznacza drogi. Jedynie otwiera możliwość. Reszta wydarzy się pomiędzy zapisanymi słowami a życiem, które będzie próbowało je pomieścić. Dlatego z każdym kolejnym rozdziałem powieści kajet staje się coraz lżejszy jako przedmiot i coraz cięższy jako pamięć. Przestaje być rzeczą noszoną w dłoniach. Zaczyna być rzeczą noszoną w człowieku. Może właśnie tak rodzi się każda kultura pisma. Nie wtedy, gdy człowiek uczy się liter. A dopiero wtedy, gdy odkrywa, że zapisane słowa zaczynają mówić również wtedy, gdy ich autora od dawna nie ma wśród żywych. W tym sensie Cyprian nie pozostawia Rozalce zeszytu. Pozostawia jej własny głos. A może coś jeszcze trudniejszego. Pozostawia jej cudzy sposób patrzenia. I od tej chwili Rozalka będzie już patrzyła na świat dwojgiem oczu. Jednymi, które odziedziczyła po swojej wsi. Drugimi, które wydobyła z bagna razem z czerwonym kajetem.
5
Kajet Cypriana jest cięższy, niż powinien być, ale nie dlatego, że nasiąkł wodą z bagna. Papier wysycha przecież dość szybko. Ciężar tego przedmiotu bierze się skądinąd. Z rzeczy, których nie da się zważyć. Każda kartka przechowuje cudzą pamięć. Książki, listy, fotografie, archiwa, dyski twarde, chmury danych – od wieków uczymy się oddawać pamięć przedmiotom. Coraz mniej rzeczy musimy nosić w sobie. Powierzamy je papierowi, ekranom, bibliotekom. Dzięki temu pamięć staje się trwalsza od człowieka. Świat Rozalki funkcjonuje inaczej. Tam pamięć nie mieszka w rzeczach. Mieszka w ludziach. Babka nie opowiada historii dlatego, że chce przekazać wiedzę. Ona sama jest pamięcią. Kiedy umiera, znika nie tylko człowiek. Znika cały sposób rozumienia świata, którego nie zapisano w żadnym kajecie. Zaklęcia, pieśni, przysłowia, sposoby leczenia, opowieści o zmarłych – wszystko istnieje tylko tak długo, jak długo ktoś potrafi je wypowiedzieć. Pamięć zatem ma ciało. Ma głos. Ma oddech. Dopiero zeszyt Cypriana przynosi doświadczenie zupełnie nowego rodzaju. Po raz pierwszy pamięć okazuje się czymś, co można wyjąć z torby, schować pod ubraniem, otworzyć po latach. Nie potrzebuje już ludzkiego głosu. Potrafi przetrwać własnego autora. To jedna z największych rewolucji, jakie wydarzyły się w historii człowieka. Pismo nie zmieniło jedynie sposobu przekazywania wiedzy. Zmieniło sposób istnienia pamięci. Od tej chwili człowiek nie musi już wszystkiego pamiętać. Wystarczy, że będzie wiedział, gdzie pamięć została zapisana. Oczywiście łatwo uznać to za wyłącznie cywilizacyjny postęp. A jednak Bożek podpowiada, że każda taka zmiana niesie również stratę. Pamięć żyjąca w człowieku nigdy nie jest wierna. Zmienia się z każdym opowiedzeniem. Zapomina szczegóły, dopowiada nowe obrazy, dostosowuje się do tych, którzy słuchają. Jest żywa właśnie dlatego, że nieustannie się porusza. Pismo działa odwrotnie. Zatrzymuje. Unieruchamia. Ocala. Ale za cenę ruchu. Może dlatego kajet Cypriana tak mocno kontrastuje z opowieściami babki. Babka nie zostawia po sobie żadnego przedmiotu. Pozostaje jedynie w pamięci tych, którzy jeszcze pamiętają jej głos. Cyprian znika, lecz jego słowa zostają. Jego obecność od początku ma inny charakter. Nie powraca dlatego, że ktoś go wspomina. Powraca dlatego, że został zapisany.
W tym sensie Wyjarzmiona opowiada nie tylko o spotkaniu dwóch ludzi. To spotkanie dwóch pamięci. Jedna oddycha. Druga została zamknięta pomiędzy kartkami papieru. Rozalka przez długi czas próbuje należeć do obu jednocześnie. To chyba najbardziej przejmujący wymiar jej przemiany. Nie zdradza przecież jedynie własnej klasy ani własnego języka. Powoli zmienia sposób pamiętania. Od tej chwili coraz mniej świata będzie nosiła w opowieściach, a coraz więcej w zapisanych słowach. Nie oznacza to jednak, że dawna pamięć znika. Przeciwnie. Im mocniej Rozalka zanurza się w świecie pisma, tym uporczywiej wraca pamięć starsza od liter. Powracają głosy. Powracają twarze. Powraca bagno. Powraca babka. Nie dlatego, że bohaterka nie potrafi zapomnieć, ale dlatego, że istnieją doświadczenia, których nie da się całkowicie przepisać do nowego języka. Właśnie dlatego duchy nie opuszczają tej powieści. Nie są strażnikami winy. Są strażnikami pamięci. Przypominają Rozalce, że istnieje część życia, której żaden kajet nie zdoła pomieścić. I może właśnie tutaj kryje się najgłębszy paradoks Wyjarzmionej. Książka opowiada o dziewczynie, która uczy się żyć dzięki pismu. A jednocześnie nieustannie przypomina, że to, co najważniejsze, wydarzyło się jeszcze zanim pojawiły się zapisane słowa. Rozalka uczy się czytać, ale nikt nie uczy jej zapominania. To być może najbardziej tragiczny wymiar całej tej przemiany. Literatura bardzo często opowiada o edukacji jako o wyzwoleniu. Kto zdobywa wiedzę, ten opuszcza ciasny świat dzieciństwa, przesądów, prowincji. W Wyjarzmionej nic nie jest tak proste. Każde nowe słowo otwiera kolejne drzwi, ale żadne nie zamyka tych, które pozostawiło za sobą. Dlatego pamięć nie układa się tutaj w prostą linię. Nie przypomina drogi prowadzącej od przeszłości ku przyszłości. Jest raczej warstwą ziemi. Każde nowe doświadczenie osiada na poprzednim, ale go nie przykrywa. Wystarczy niewielkie pęknięcie, aby spod cienkiej warstwy teraźniejszości wyłonił się świat, który pozornie już nie istnieje.

Współczesna kultura przyzwyczaiła nas do myślenia o pamięci jako o archiwum. Wyobrażamy ją sobie jak bibliotekę albo komputer. Wspomnienia można uporządkować, odszukać, utracić, odzyskać. Są informacjami zapisanymi w umyśle. Pamięć Rozalki nie przypomina archiwum. Przypomina ziemię, a ona niczego nie zapomina. Każda kolejna pora roku przykrywa poprzednią, ale nie usuwa jej śladów. Pod cienką warstwą trawy nadal leżą dawne korzenie, kości zwierząt, popiół po ogniskach, ziarna, które nigdy nie wykiełkowały. Wystarczy głębiej kopnąć szpadlem, aby przeszłość znów znalazła się na powierzchni. Tak działa pamięć w Wyjarzmionej. Nie jest czynnością umysłu. Jest właściwością świata. Dlatego bohaterka nie wspomina dzieciństwa. Ona na nie nieustannie natrafia. W zapachu mokrej ziemi. W brzmieniu dawno niesłyszanej gwary. W geście starszej kobiety. W cieniu lasu. Przeszłość nie wraca dlatego, że zostaje przywołana. Wraca, ponieważ nigdy nie została ostatecznie oddzielona od teraźniejszości. To właśnie dlatego tak trudno mówić o duchach wyłącznie jako o elementach ludowej wyobraźni. Duch nie jest tutaj kimś, kto przychodzi z innego świata. Jest śladem, którego świat nie potrafił zatrzeć. Tak samo jak wydeptana ścieżka pozostaje widoczna długo po tym, gdy przestali chodzić nią ludzie. Być może nowoczesność różni się od świata Rozalki przede wszystkim sposobem obchodzenia się z przeszłością. My wierzymy, że przeszłość mija. Ona wie, że przeszłość osiada. To różnica pozornie niewielka. A jednak od niej zależy wszystko. Jeżeli przeszłość mija, można się od niej uwolnić. Jeżeli osiada, pozostaje częścią każdego następnego kroku. Rozalka nie niesie więc swojej historii jak bagażu. Ona po niej chodzi. Każdy wybór, każda decyzja, każdy awans społeczny odbywa się na gruncie, który został uformowany znacznie wcześniej. Nie da się wejść w nowe życie tak, jak wchodzi się do nowego domu. Dawna ziemia przykleja się do butów. Dawny język pozostaje w ustach. Dawni zmarli nadal wiedzą, gdzie człowiek mieszka. Dlatego Wyjarzmiona nie jest opowieścią o ucieczce od przeszłości. Jest opowieścią o odkrywaniu, że przed przeszłością nie da się uciec. Można jedynie nauczyć się z nią mieszkać.
A jednak byłoby zbyt łatwo uznać, że Bożek przeciwstawia sobie dwa światy: dawny i nowoczesny. Taka opowieść szybko zamieniłaby się w elegię nad utraconą wsią albo w pochwałę emancypacji. Wyjarzmiona nie pozwala na żaden z tych gestów. Jest znacznie bardziej okrutna. Bo dawny świat nie był światem szczęśliwym. Był światem głodu. Przemocy. Upokorzenia. Ciał przedwcześnie zniszczonych pracą. Kobiet rodzących dzieci, których często nie miały szans wychować. Mężczyzn łamanych przez pańszczyznę, alkohol i bezsilność. Nie ma w tej rzeczywistości niczego, za czym należałoby tęsknić. A jednak jest w niej coś, co trudno odnaleźć po drugiej stronie przemiany. Sens. Nie sens rozumiany jako odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Raczej jako poczucie, że każda rzecz ma swoje miejsce. Narodziny i śmierć. Praca i odpoczynek. Pory roku. Święta. Żałoba. Modlitwa. Nawet cierpienie nie jest wydarzeniem pozbawionym kontekstu. Zostaje wpisane w porządek większy od pojedynczego człowieka. To dlatego bohaterowie Wyjarzmionej rzadko pytają o znaczenie własnego losu. Los nie wymaga wyjaśnienia. Wymaga udźwignięcia.
Dopiero świat, który stopniowo otwiera się przed Rozalką, stawia człowieka wobec zupełnie innego zadania. Nie wystarczy już żyć. Trzeba również uzasadnić własne życie. Wybrać drogę. Zbudować siebie. Odróżnić własne pragnienia od oczekiwań innych. Wszystko to, co dzisiaj wydaje się oczywiste, okazuje się historycznie nowe. Być może właśnie dlatego Rozalka tak długo pozostaje rozdarta. Nie między wsią i miastem. Nie między biedą i dostatkiem. Nawet nie między gwarą a językiem literackim. Rozdarta jest pomiędzy dwoma sposobami rozumienia samego istnienia. Z jednej strony świat, w którym człowiek rodzi się w gotowym porządku i próbuje znaleźć w nim swoje miejsce. Z drugiej świat, w którym najpierw trzeba miejsce dla siebie stworzyć. To nie jest tylko różnica społeczna. To różnica metafizyczna. Dlatego kolejne decyzje Rozalki nie przypominają zwykłych wyborów życiowych. Każda z nich oznacza przesunięcie granicy pomiędzy dwoma porządkami. Im bardziej bohaterka uczy się nowego świata, tym mniej rozumie stary. Ale stary świat również przestaje ją rozumieć. W pewnym momencie nie należy już w pełni do żadnego z nich. To doświadczenie wydaje się zaskakująco współczesne.
Żyjemy w epoce, która bardzo chętnie opowiada historie o przekraczaniu granic. Awans społeczny, migracja, zmiana klasy, zmiana języka, zmiana tożsamości – wszystkie te opowieści budowane są wokół obietnicy nowego początku. Rzadziej mówi się o cenie, którą płaci się za takie przejście. Bo każda granica działa w obie strony. Przekraczając ją, nie tylko wchodzimy do nowego świata. Równocześnie stajemy się obcy dla świata, z którego wyszliśmy. Rozalka odkrywa to bardzo wcześnie. Nie ma już powrotu do dawnego życia. Ale nowe życie również nigdy nie stanie się całkowicie jej własnym. Pozostanie pomiędzy. I być może właśnie owo „pomiędzy” jest prawdziwym miejscem Wyjarzmionej. Nie wieś. Nie dwór. Nie miasto. Lecz granica, na której człowiek przestaje być tym, kim był, zanim zdąży stać się kimś innym. Dlatego nie potrafię czytać tej powieści jako historii sukcesu. Ona jest dla mnie przede wszystkim opowieścią o cenie, jaką płaci się za przekroczenie własnego świata. O cenie, której nie sposób wyrazić ani w pieniądzach, ani w awansie społecznym. Bo ostatecznie płaci się nią własnym językiem. A język jest zawsze czymś więcej niż narzędziem mowy. Jest miejscem, w którym człowiek po raz pierwszy uczy się świata. Kiedy traci język, nie traci tylko słów. Traci sposób, w jaki rzeczy były kiedyś obecne.
6
Jest jeszcze jeden język, którego Wyjarzmiona nie pozwala przeoczyć. Język ciała. Czytając powieść Bożek, łatwo ulec pokusie filozoficznych uogólnień. Pisać o pamięci, języku, wspólnocie, nowoczesności. Tymczasem wszystko to nieustannie sprowadzane jest do czegoś znacznie bardziej konkretnego. Do skóry, mięśni, krwi, zmęczenia, głodu. Człowiek w tej powieści nie myśli najpierw. Najpierw dźwiga. To jedna z największych różnic między światem Rozalki a naszym. Dzisiaj ciało bardzo często traktujemy jako własność. Można o nie dbać, rozwijać je, ćwiczyć, leczyć, modelować, a nawet projektować. Jest czymś, co się posiada. Rozalka nie posiada ciała. Ona nim jest. Nie istnieje ani jedna chwila, w której mogłaby o nim zapomnieć. Głód przypomina o nim każdego dnia. Praca wpisuje się w mięśnie. Zimno nie jest dyskomfortem, lecz doświadczeniem granicznym. Nawet miłość, jeśli się pojawia, nigdy nie zostaje oddzielona od ciężaru fizycznego istnienia. Dlatego ta powieść pachnie. To może zabrzmieć dziwnie, ale niewiele współczesnych książek ma zapach. Większość rozgrywa się przede wszystkim w języku. Wyjarzmiona rozgrywa się również w materii. Pachnie mokrym lnem, gnijącym drewnem, dymem, potem, mlekiem, krwią i ziemią. Nie są to szczegóły realistyczne. To sposób przypomnienia czytelnikowi, że przez większą część historii człowiek poznawał świat całym ciałem, a nie tylko wzrokiem. Może dlatego głód jest w tej powieści tak ważny. Nie jako temat. Ale jako porządek istnienia.
Dzisiaj głód oznacza najczęściej chwilowy brak. Można go zaspokoić, odsunąć, zignorować. W świecie Rozalki głód jest jednym z podstawowych sposobów doświadczania rzeczywistości. Organizuje dzień, pracę, relacje między ludźmi, wybory moralne. Nieustannie przypomina, że człowiek pozostaje zależny od ziemi. To zależność, którą nowoczesność bardzo skutecznie ukryła.  Kupując chleb, nie myślimy o ziarnie. Otwierając kran, nie pamiętamy o źródle. Włączając światło, nie zastanawiamy się nad ogniem. Cywilizacja nie zniosła zależności. Uczyniła je niewidzialnymi. Bożek wykonuje gest odwrotny. Przywraca światu ciężar. Każe jeszcze raz poczuć, że każde życie zaczyna się od rzeczy najbardziej podstawowych: od jedzenia, pracy, narodzin i śmierci. Nie po to jednak, by przekonać nas o wyższości dawnego świata. Przeciwnie. Pokazuje, jak bardzo ciało może zostać podporządkowane przemocy. Pańszczyzna nie jest przecież przede wszystkim systemem ekonomicznym. Jest systemem zarządzania cudzym ciałem. Pan nie posiada duszy chłopa. Posiada jego czas. Jego siłę. Jego ręce. Jego plecy. Jego życie. Może właśnie dlatego wyzwolenie społeczne nie przynosi natychmiastowej wolności, bo ciało pamięta dłużej niż prawo. Nawet kiedy zmieniają się przepisy, pozostają gesty wyuczone przez pokolenia. Sposób pochylania głowy. Milczenie wobec silniejszych. Lęk przed przekroczeniem niewidzialnej granicy. Tego nie da się unieważnić jedną ustawą. W tym sensie historia zapisuje się nie tylko w archiwach. Historia zapisuje się w mięśniach. Każde pokolenie dziedziczy coś więcej niż nazwiska i majątek. Dziedziczy sposób stania, chodzenia, pracy, reagowania na zagrożenie. Dziedziczy pamięć, która nie potrzebuje słów. Być może dlatego Rozalka nigdy nie staje się kimś całkowicie nowym. Może zmienić język. Może nauczyć się czytać. Może wejść do świata, który wcześniej był dla niej zamknięty. Ale własnego ciała nie potrafi zacząć od początku. Ono pamięta błoto. Pamięta ciężar wiader. Pamięta zapach stajni. Pamięta głód. I właśnie dlatego Wyjarzmiona jest powieścią tak głęboko nieufną wobec łatwych opowieści o awansie społecznym. Człowiek może zmienić niemal wszystko. Nazwisko. Miejsce zamieszkania. Sposób mówienia. Wykształcenie. Ale znacznie trudniej zmienić ciało, które przez lata uczyło się świata w określony sposób.
Nieprzypadkowo więc Bożek tak często wraca do dłoni. To one wydają się najwierniejszym archiwum tej powieści. Dłonie pracują. Dłonie karmią. Dłonie biją. Dłonie grzebią zmarłych. Dłonie uczą się pisać. Cała droga Rozalki mogłaby zostać opowiedziana właśnie przez nie. Nie przez jej myśli. Przez dłonie. Bo zanim człowiek nauczył się opowiadać własną historię, najpierw zapisywał ją na swoim ciele.
7
Są słowa, które z biegiem czasu stają się zbyt oczywiste. Tak właśnie stało się z jarzmem. Dzisiaj niemal zawsze rozumiemy je jako synonim niewoli. Mówimy o jarzmie zaborów, jarzmie komunizmu, jarzmie przemocy. Słowo utraciło swój ciężar materialny i stało się pojęciem politycznym albo moralnym. Tymczasem zanim weszło do języka idei, było rzeczą. Drewnianą belką. Przedmiotem zakładanym na kark wołu. Częścią codziennego krajobrazu. Nie miało nic wspólnego z metaforą. Służyło pracy. To nie jest drobna różnica. Jarzmo nie zostało wymyślone po to, aby zadawać ból. Powstało po to, aby podporządkować siłę określonemu porządkowi. Ograniczało ruch zwierzęcia, ale równocześnie pozwalało zaorać pole, przewieźć drewno, przetrwać zimę. Było narzędziem przemocy i narzędziem życia jednocześnie. Tego paradoksu współczesny język niemal już nie pamięta.
Dlatego tytuł powieści Bożek jest znacznie bardziej dwuznaczny, niż mogłoby się wydawać. Wyjarzmiona. Nie „uwolniona”. Nie „wyzwolona”. Wyjęta spod jarzma. Ale czym właściwie było owo jarzmo? Najłatwiej odpowiedzieć: pańszczyzną. I byłaby to odpowiedź prawdziwa. Tylko że niepełna. Bo pańszczyzna nie była jedynie systemem ekonomicznym. Była sposobem organizacji całego świata. Określała rytm pracy, zależności między ludźmi, miejsce człowieka wobec ziemi, wobec Boga i wobec wspólnoty. Była okrutna, niesprawiedliwa i poniżająca. Nie ma najmniejszego powodu, by ją idealizować. A jednak trudno nie zauważyć, że wraz z jej końcem kończy się również pewien porządek istnienia. To właśnie tutaj Wyjarzmiona staje się powieścią znacznie bardziej skomplikowaną, niż sugerowałaby jej fabuła. Rozalka nie zdejmuje z siebie jednego jarzma. Zmienia je. Najpierw dźwiga ciężar przypisany jej przez urodzenie. Później ciężar pamięci. Jeszcze później ciężar awansu. W końcu ciężar samotności. Każde z nich jest inne. Żadne nie znika.
Literatura bardzo chętnie opowiada o wyzwoleniu. Bohater przekracza granicę, zrywa więzy, odzyskuje siebie. To jedna z ulubionych narracji nowoczesności. Im dłużej jednak myślę o powieści Bożek, tym bardziej wydaje mi się, że nie ufa ona podobnym opowieściom. Bo czy człowiek naprawdę może żyć bez żadnego jarzma? Każde życie zostaje przecież podporządkowane czemuś większemu od jednostki. Rodzinie. Pracy. Miłości. Ambicji. Wierze. Historii. Nawet wolność bardzo często okazuje się wymagająca. Narzuca obowiązek nieustannego wybierania, odpowiadania za siebie, budowania własnej tożsamości. To również ciężar, choć ma inną postać.
Rozalka odkrywa to stopniowo. Im bardziej oddala się od dawnego świata, tym mniej oczywiste staje się miejsce, do którego należy. Dawniej odpowiedź była brutalnie prosta. Rodziła się chłopką i umierała chłopką. Los został wyznaczony wcześniej niż ona sama. Nowoczesność odbiera tę pewność. W zamian daje możliwość. Ale możliwość nigdy nie jest darem bezwarunkowym. Domaga się wyboru. A każdy wybór oznacza również utratę.
Dlatego nie potrafię czytać Wyjarzmionej jako historii prostego wyzwolenia. Zbyt wiele pozostaje w niej bólu, który nie znajduje ukojenia. Zbyt wiele głosów nie daje się uciszyć. Zbyt wiele dawnych światów trwa jeszcze w nowych gestach bohaterki. Być może największą iluzją nowoczesności jest przekonanie, że człowiek może całkowicie zacząć od początku. Bożek zdaje się mówić coś dokładnie przeciwnego. Życie nigdy nie zaczyna się od zera. Każda nowa wolność rodzi się z wcześniejszej zależności. Każdy wybór wyrasta z historii, której nie wybieraliśmy. Każde wyzwolenie pozostawia po sobie ślad dawnego jarzma. I może właśnie dlatego Rozalka pozostaje bohaterką tak głęboko współczesną. Nie dlatego, że przypomina ludzi XXI wieku. Lecz dlatego, że jako jedna z pierwszych doświadcza paradoksu, który stał się udziałem nowoczesnego człowieka. Paradoksu wolności. Im więcej możliwości otrzymujemy, tym trudniej odpowiedzieć na pytanie, do czego naprawdę należymy. Być może właśnie to pytanie zostawia czytelnikowi Bożek. Nie pyta, czy warto było zdjąć jarzmo. Pyta o coś znacznie bardziej niewygodnego. Co człowiek zakłada na swoje barki wtedy, gdy dawne jarzmo wreszcie opadnie?

Renata Bożek: Wyjarzmiona, Marginesy, Warszawa 2025, str. 328


Rafał Kasprzyk – poeta i krytyk literacki, laureat konkursów poetyckich. Jest autorem wywiadów z pisarzami oraz jurorem konkursu im. Anny Kamieńskiej. Od września 2025 roku prowadzi cykl felietonów literackich Notabene. Na marginesie lektur na stronie www.kozirynek.online.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page