Rafał Kasprzyk – Przeciw przezroczystości, czyli o błędach widzenia
- 1 dzień temu
- 9 minut(y) czytania
Polemika z recenzją Przemysława Kulińskiego poświęconą tomowi Dziesięć tysięcy kroków Wojciecha Brzoski, opublikowaną na łamach internetowego pisma literackiego Dziennik Literacki pod tytułem Dziesięć tysięcy kroków (ale dokąd?), nie jest wyłącznie sporem o jedną książkę poetycką ani nawet o jednego autora. Jest sporem znacznie głębszym i bardziej zasadniczym, o model lektury współczesnej poezji, o zakres kompetencji krytyki oraz o to, czy krytyk występuje jeszcze jako partner tekstu, czy już wyłącznie jako jego audytor. Stawką tej polemiki jest pytanie, czy krytyka potrafi myśleć razem z wierszem – podążając za jego logiką, rytmem i ontologicznym ciężarem – czy też ogranicza się do sprawdzania, na ile tekst spełnia uprzednio przyjęty zestaw estetycznych norm i oczekiwań.
Recenzja Kulińskiego ujawnia bowiem charakterystyczny dla części współczesnej krytyki gest. Zamiast wejścia w przestrzeń problemów, które poezja otwiera, następuje próba jej rozliczenia z domniemanych braków. Poezja więc staje się przedmiotem kontroli jakości, a nie wydarzeniem językowym czy egzystencjalnym. W tym sensie spór o Dziesięć tysięcy kroków jest sporem o to, czy literatura ma jeszcze prawo do form słabych, powtórzeniowych, rozwleczonych, a więc takich, które nie oferują czytelnikowi natychmiastowej gratyfikacji interpretacyjnej.
Tekst recenzji sprawia wrażenie bezkompromisowego, jednak jego ostrość, w moim przekonaniu, ma charakter czysto retoryczny. W istocie mamy do czynienia z recenzją głęboko zachowawczą, osadzoną w stabilnym i nieproblematyzowanym zestawie założeń estetycznych. Poezja – w tej perspektywie – powinna „pracować znaczeniowo”, to znaczy, generować nowe sensy w sposób widoczny, kontrolowalny i dający się zrekonstruować na poziomie analizy. Przerzutnia musi być „uzasadniona”, czyli albo wzmacniać sens, albo produkować semantyczny efekt, który da się jasno opisać. Powtórzenie natomiast tolerowane jest wyłącznie jako środek intensyfikacji, nigdy jako gest wyczerpania, stagnacji czy bezradności języka.
Tego rodzaju postulaty nie są neutralne, wpisują się bowiem w określoną tradycję krytyczną, która zakłada, że wiersz powinien być sprawnym mechanizmem znaczenia, a poeta dostawcą semantycznych napięć. Wszystko, co wymyka się tej ekonomii sensu, zostaje natychmiast zdegradowane. Nazwane „przezroczystym”, „nijakim”, „manierycznym” albo – w ostatecznym rozrachunku – „nudnym”. Są to jednak kategorie wartościujące, które nie wynikają z analizy wewnętrznej logiki tomu, lecz z jego nieprzystawalności do przyjętego wcześniej ideału poezji.
W tym miejscu – w mojej opinii – ujawnia się zasadniczy problem recenzji Kulińskiego, a mianowicie zastosowane przez niego pojęcia nie opisują realnych mechanizmów poetyckich tomu Brzoski, ale raczej własne doświadczenie lekturowej frustracji. „Przezroczystość” nie jest tu kategorią opisową, lecz sądem wartościującym – oznacza brak tego rodzaju oporu, którego krytyk oczekuje od tekstu. „Nijakość” nie wynika z analizy struktury wierszy, ale z poczucia, że nie oferują one wystarczająco spektakularnych sensów. „Nuda” zaś staje się argumentem ostatecznym, zamykającym możliwość dalszej rozmowy.
Tymczasem Dziesięć tysięcy kroków zdaje się operować zupełnie inną logiką. Jest to tom konsekwentnie zbudowany na doświadczeniu wyczerpania sensu, obrazu, ruchu i języka. Powtórzenia zatem nie są tu błędem ani tym bardziej zaniedbaniem, ale zapisem egzystencjalnego impasu, a więc sytuacji, w której podmiot trwa w ruchu, choć ruch ten nie prowadzi do żadnej obietnicy. Przerzutnia nie służy produkcji znaczenia, ale jego zawieszeniu. Jest śladem pęknięcia mowy, która nie potrafi już domknąć frazy. Widzenie nie prowadzi do objawienia, ale do uświadomienia, że patrzenie stało się gestem pustym.
Jeśli te strategie wydają się krytykowi „nieefektywne”, to dlatego, że zdaje się on przyjmować model poezji jako narzędzia sensotwórczego. Brzoska natomiast proponuje poezję jako zapis trwania w świecie, w którym sens przestał być gwarantowany. Odrzucenie tej propozycji w imię „nudy” nie jest więc krytycznym rozpoznaniem, ale odmową przyjęcia innej ontologii wiersza. Ontologii słabości, powtórzenia i nieproduktywności.
W tym sensie recenzja mówi więcej o granicach współczesnej krytyki niż o samym tomie Dziesięć tysięcy kroków. Krytyki, która wciąż chce, by poezja coś „dawała”, podczas gdy Brzoska – konsekwentnie i uczciwie – pokazuje, że być może jedyne co dziś można jeszcze zrobić, to iść dalej, krok po kroku, bez obietnicy celu i bez złudzenia, że język nas tam doprowadzi.
Jednym z centralnych zarzutów Przemysława Kulińskiego wobec Dziesięciu tysięcy kroków jest – rzekomo obsesyjna – obecność czasowników widzenia, która ma prowadzić do semantycznej jałowości i „przaśności postrzegania”. Zarzut ten według mnie. opiera się jednak na głębokim nieporozumieniu, który być może wynikać z fałszywego utożsamienia widzenia z poznaniem. Ów krytyk zdaje się zakładać, że każdorazowy akt patrzenia powinien owocować odkryciem sensu, nową perspektywą lub choćby symbolicznym przesunięciem. Tymczasem Brzoska konsekwentnie rozmontowuje to właśnie przekonanie. (I chwała mu za to!!!)
W jego najnowszym tomie widzenie nie pełni funkcji poznawczej ani estetycznej w tradycyjnym sensie. Nie jest narzędziem eksploracji świata ani medium objawienia. Jest raczej egzystencjalnym przymusem, odruchem podmiotu, który nie potrafi przestać patrzeć, choć patrzenie nie przynosi już żadnego poznawczego zysku. Podmiot Brzoski widzi, ponieważ trwa w świecie, a nie dlatego, że świat coś mu odsłania. Patrzenie zatem staje się tu czynnością mechaniczną, nawykową, niemal fizjologiczną, jak oddychanie czy chodzenie. To bardzo istotne przesunięcie. Widzenie nie jest już przywilejem świadomości, lecz ciężarem istnienia.
Ta różnica ma zasadnicze znaczenie interpretacyjne. U Brzoski widzenie nie prowadzi do sensu, lecz ujawnia jego brak. Jest to widzenie jałowe, zużyte, wyczerpane – dokładnie takie, jakie opisuje nowoczesna refleksja filozoficzna po kryzysie metafizyki. Od Husserla przez Merleau-Ponty’ego aż po późnego Heideggera pojawia się świadomość, że akt percepcji jako takiej nie gwarantuje już dostępu do „rzeczy samych w sobie”, ale raczej ujawnia pęknięcie między podmiotem a światem. Po kilkukrotnym moim czytaniu, myślę, że Brzoska sytuowałby się w tej właśnie tradycji, ponieważ jego poezja nie celebruje widzenia sensu stricto, ale dokumentuje jego bezsilność.
Jeśli więc tekst recenzencki uznaje to uporczywe patrzenie za „przezroczystość”, to dlatego, że wciąż zdaje się oczekiwać od poezji funkcji iluminacyjnej, momentu olśnienia, który usprawiedliwia lekturę. Tymczasem Dziesięć tysięcy kroków rezygnuje z takiej obietnicy. Jest to poezja diagnozy, nie objawienia. Brzoska nie próbuje nadać światu sensu tam, gdzie sens się wyczerpał; przeciwnie – konsekwentnie pokazuje rzeczywistość, w której patrzenie nie prowadzi już do rozumienia, a ruch nie implikuje już żadnego celu.
Nadmiar czasowników widzenia nie jest więc żadnym błędem stylistycznym ani dowodem warsztatowej nieporadności. Jest strategią ontologiczną. Powtarzalność gestu patrzenia unaocznia jego bezskuteczność, a przez to obnaża fundamentalne doświadczenie współczesnego podmiotu. Podmiotu skazanego na percepcję w świecie, który przestał odpowiadać. Jego poezja nie oferuje pocieszenia ani interpretacyjnego komfortu. Oferuje coś znacznie trudniejszego – uczciwy zapis egzystencji, w której widzenie nie odsłania, ale jedynie trwa, jak krok stawiany bez pewności, dokąd właściwie prowadzi.
Długo zastanawiałem się nad zarzutem manieryczności przerzutni, który Przemysław Kuliński formułuje pod adresem Dziesięciu tysięcy kroków i doszedłem do wniosku, że może on wynikać z głęboko instrumentalnego rozumienia wersyfikacji. Krytyk zdaje się traktować układ wersów jako narzędzie porządkowania sensu, to znaczy, że przerzutnia ma „coś robić”, produkować znaczenie, generować napięcie, ewentualnie prowadzić do efektownej puenty. W tej perspektywie każdy wers powinien stać się elementem sprawnego mechanizmu semantycznego, a każde jego rozbicie musi dać się obronić na gruncie funkcjonalnym. Tymczasem u Brzoski wersyfikacja działa według logiki radykalnie odmiennej.
Przerzutnia w jego tomie nie jest środkiem ekspresji, ale symptomem. Nie służy ani budowaniu suspensu, ani semantycznej grywalności, ani też rytmicznemu uatrakcyjnieniu wypowiedzi. Przede wszystkim jest zapisem pęknięcia, a więc doświadczenia mowy, która nie potrafi już utrzymać ciągłości, ponieważ sama rzeczywistość tej ciągłości nie gwarantuje. Rozbicie wersów zatem nie wynika tu z potrzeby estetycznej, ale z konieczności ontologicznej. Język pęka, bo świat, który miałby opisywać, przestał układać się w spójną narrację.
Brzoska więc nie „nadużywa” przerzutni, on konsekwentnie eksponuje jej bezradność. W jego wierszach wers nie domyka znaczenia, ponieważ samo znaczenie nie daje się już domknąć. Przerzutnia nie prowadzi do punktu kulminacyjnego, ale odsłania brak takiego punktu. Wiersz nie zmierza ku puencie i właśnie dlatego rozciąga się, rozprasza, urywa. Jest to więc poezja, która nie oferuje satysfakcji interpretacyjnej, ponieważ jej stawką nie jest sens, ale doświadczenie jego nieobecności.
W tym sensie Dziesięć tysięcy kroków wpisuje się w tradycję nowoczesnej poezji, która – od późnego Celana po Becketta – rejestruje rozpad komunikacji, zamiast próbować go estetycznie maskować. Przerzutnia staje się tu odpowiednikiem egzystencjalnego potknięcia. Momentem, w którym mowa traci grunt pod nogami, a czytelnik zostaje zmuszony do konfrontacji z pustką między wersami. To nie jest żaden „manieryzm”, ale świadoma decyzja formalna polegająca na odmowie harmonizacji świata w języku.
Krytyk domaga się uzasadnienia tam, gdzie stawką jest właśnie brak uzasadnienia. Oczekuje, że każde rozbicie będzie miało swoją funkcję, że każda pauza da się objaśnić. Tymczasem Brzoska proponuje poezję, w której brak sensu nie jest defektem, ale treścią. Przerzutnia nie ma tu legitymizacji, ponieważ sama rzeczywistość jej nie posiada. To zasadnicze nieporozumienie między poetą a recenzentem. Jeden opisuje świat, w którym nie ma już powodów, drugi wciąż domaga się, by wiersz je dostarczał.
Kulminacyjnym momentem recenzji jest jednoznaczne rozstrzygnięcie, że tom Dziesięć tysięcy kroków jest „nudny”. To rozpoznanie podane jest w tonie oczywistości, niemal zdroworozsądkowym głosem, który zdaje się zamykać dyskusję i pozbawiać tom jakiejkolwiek literackiej wartości. Tymczasem kategoria „nudy” wcale nie jest neutralna ani powierzchowna. Wręcz przeciwnie, stanowi jedno z fundamentalnych doświadczeń współczesnej egzystencji i głęboki temat filozoficzny.
Od Kierkegaarda, przez Heideggera, aż po współczesną filozofię doświadczenia i estetyki, nuda jest rozpoznawana jako jedno z kluczowych doświadczeń nowoczesności. To nie tylko brak zajęcia czy rozrywki, ale przede wszystkim symptom egzystencjalnej pustki, zanikającej narracji i utraty sensu teleologii. Nuda jawi się jako znak czasu, a mianowicie jako czas trwania bez celu, ruch bez kierunku, egzystencja pozbawiona obietnicy. W tej perspektywie nuda więc nie jest czymś negatywnym co należy eliminować, ale zjawiskiem o ogromnej sile krytycznej i interpretacyjnej. Bo to właśnie nuda odsłania kruchość i nietrwałość wielkich narracji o sensie, postępie i spełnieniu.
Dziesięć tysięcy kroków jest zapisem trwania w sytuacji, w której „dokądś” przestało istnieć. To książka o chodzeniu bez celu. O spacerze, który nie ma początku ani końca, jak trafnie wskazał Jakub Pszoniak w blurbie towarzyszącym tomowi. Brzoska nie proponuje czytelnikowi wędrówki, która zmierza do punktu, ale raczej celebruje sam ruch jako doświadczenie egzystencjalne – ruch niekończący się, zawieszony, pozbawiony ostatecznej destynacji.
Ironiczne pytanie Kulińskiego – „ale dokąd?” – nie jest więc krytycznym pytaniem o kierunek tekstu, lecz ujawnia przede wszystkim jego własne przywiązanie do teleologicznego modelu lektury i egzystencji. Krytyk, zakładając, że każdy tekst powinien mieć swój punkt dojścia, a każdy gest literacki sensowną funkcję, przeocza to, co w poezji Brzoski fundamentalne: porażkę narracji, erozję celu i zanik drogi. W tej poezji „dokąd?” jest pytaniem bez odpowiedzi, a jednocześnie pytaniem, które odsłania kondycję współczesnego podmiotu. Podmiotu zawieszonego między chęcią sensu a świadomością jego nieosiągalności.
Dlatego - pozorna tylko - „nuda” w tym tomie nie jest wadą. Jest po porostu manifestem. Manifestem czasu, w którym jedynym możliwym ruchem jest trwanie. W tym świetle tom Brzoski staje się poezją oporu wobec narracji sukcesu i narracji spełnienia, poezją trwania w świecie bez ostateczności, poezją, która, paradoksalnie, poprzez swoją „nudę” odsłania głębię egzystencjalnego kryzysu nowoczesności.
Wielokrotne odwołania Przemysława Kulińskiego do „braku redaktorskiej czujności” w Dziesięciu tysiącach kroków brzmią niczym apel o zdyscyplinowanie tekstu. Redakcja zostaje tu sprowadzona do roli strażnika sensu, estetycznej sprawności oraz komunikacyjnej efektywności , krótko mówiąc, gwaranta wartości artystycznej. To podejście wyraża głęboką wiarę w możliwość uporządkowania, oszlifowania i ujednolicenia poetyckiego przekazu tak, aby ostatecznie spełniał on oczekiwania zarówno autora, jak i czytelnika.
Tymczasem książka Brzoski może być świadomą rezygnacją z tego rodzaju gwarancji, czego autor tekstu krytycznego zdaje się nie brać pod uwagę. Jednak w moim osobistym lekturowym odczuciu Dziesięć tysięcy kroków to tom, który pozwala sobie na nadmiar, na powtórzenia, na rozwleczenia i pozornie nieefektywne fragmenty, nie dlatego, że autor „nie potrafi” albo nie panuje nad swoim warsztatem, ale dlatego, że opisuje doświadczenie, które z natury nie da się skondensować, zredukować ani „uciąć” bez fałszu. Mowa tu o doświadczeniu rozproszenia, trwania w rozpadzie i braku ostatecznego porządku rzeczywistości, którą próba uporządkowania uczyniłaby nieautentyczną i kłamliwą.
Żądanie zatem redakcyjnych „cięć” w tym kontekście brzmi jak wezwanie do estetycznej kosmetyki świata, który sam w sobie jest w totalnym rozpadzie. To jakby domagać się od obrazu impresjonistycznego, by stał się realistycznym portretem. Redakcja, rozumiana wyłącznie jako narzędzie wygładzania i normowania, staje się więc narzędziem cenzury autentycznego doświadczenia. Próbą narzucenia porządku tam, gdzie porządku nie ma.
Warto przypomnieć, że od czasów awangardy i eksperymentów poetyckich XX wieku poezja często buntowała się przeciwko redakcyjnemu „szlifowi” jako formie ograniczania twórczej wolności. U Brzoski ten bunt przybiera postać konsekwentnego, wręcz strategicznego przekroczenia norm estetycznych i rezygnacji z precyzyjnego dopracowania na rzecz oddania nieładu świata oraz rozbitej świadomości.
Zamiast patrzeć na brak „redaktorskiej czujności” jak na defekt, należałoby uznać go za element estetycznej koncepcji, w której forma staje się nośnikiem nieporządku i niepewności egzystencji. Redakcja nie może być przecież dla tekstu protezą sensu, ale powinna być raczej wyzwaniem. Pytaniem o to, jak w świecie rozpadu i rozproszenia można mówić w sposób prawdziwy i odpowiedzialny.
Konkludując, recenzja Przemysława Kulińskiego nie jest aktem bezkompromisowej krytyki, ale wyrazem rozczarowania tym, że Wojciech Brzoska nie powtórzył dawnych gestów w formie, którą krytyk uznaje za produktywną i wartościową. Oczekiwał on od Dziesięciu tysięcy kroków potwierdzenia sprawdzonych strategii poetyckich, ciągłości idiomu, rytuału semantycznej gry, która angażuje, uwodzi, prowadzi. Tymczasem tom jest książką o wyczerpaniu właśnie takich gestów, o poezji, która przyszła po sensie, po puencie, po złudzeniu, że ruch i patrzenie wiodą ku jakimś ostatecznym celom. Brzoska nie oferuje mapy ani przewodnika. On rejestruje błądzenie w przestrzeni, której ścieżki uległy zatarciu.
Jeśli ktoś uznaje ten tom za „przezroczysty”, to dlatego, że jest to poezja, która opisuje świat sam w sobie przezroczysty. Świat pozbawiony głębi, obietnicy i metafizycznego ciężaru. Ta przezroczystość nie jest defektem językowym czy warsztatowym, ale przede wszystkim manifestacją współczesnej kondycji egzystencjalnej. Świat, który Brzoska odsłania, jest miejscem, gdzie metaforyczne „ciemne prześwity” nie zwiastują już tajemnicy, ale pustkę; gdzie ruch jest jedynie ruchem bez kierunku; gdzie widzenie nie zapowiada poznania, ale powtarzający się akt samotności. Odmowa przyjęcia takiego doświadczenia w imię „nudy” nie jest więc aktem krytycznej odwagi czy precyzyjnego sądu literackiego, jest po prostu ucieczką przed wyzwaniem, jakim jest konfrontacja z prawdą o współczesności, którą Brzoska w poetycki sposób konsekwentnie i uczciwie artykułuje.
Być może więc problem nie polega na tym, że Brzoska „nie wie, dokąd idzie”. Może prawdziwy problem leży po stronie krytyki, która wciąż chce, by literatura prowadziła dokądkolwiek, by potwierdzała spójne narracje, oferowała sensy i spełnienie oczekiwań estetycznych. W epoce, w której rozpad metafizycznych fundamentów i kryzys narracji stały się normą, takie wymagania okazują się anachroniczne i niemożliwe do spełnienia. Brzoska nie idzie ku żadnemu celowi. On idzie wzdłuż krawędzi rozkładu, rejestrując niemożność dojścia, niepewność trwania i samotność patrzenia.
Krytyka nie potrafiąca przyjąć takiej perspektywy staje się nie tyle sędzią tekstu, ile więźniem własnych oczekiwań. Tymczasem poezja Brzoski, z jej przezroczystością, powtórzeniem, rozproszeniem, mówi o tym, jak wygląda świat po tym, gdy wszystkie drogi do sensu zostały wyczerpane. Odmowa podjęcia tego wyzwania oznacza zamknięcie się na jedną z najbardziej aktualnych i autentycznych form literackiej refleksji nad współczesnością.

