Rafał Gawin – Nie idź w stronę światła. Wierność w mono
- 29 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 30 gru 2025
Pan Rafał. Ostatni zjazd w Polsce
– Czy literatura może mnie zbawić?
– Tak, gdy przestaniesz w nią wierzyć.
Chór wujów, którzy zginęli w bitwie pod Wąsem
z deszczu pod rynnę do tej samej rzeki
zawracanej kijem powtarzam się płynąc
przetapiając najczystsze złoto w opad
atomowy metafor nie z tej ziemi powietrza
ognia i perwersji zgaszony niewyżyty odkryty
niczym kontynent stopniowo połykany
przez ocean jakich możliwości jeśli brzeg
ma opływowy kształt w pełni bioder
wylewam się i łaknę albowiem nieoczekiwana
zmiana miejsc pogody klimatu zaskoczyła
mnie w długim cieniu który ciągnął się niczym
złowrogi brak obietnicy czarny pasek na oczach
tuż przed egzekucją ten styl nie należał
do mnie ale pewnie wylądowałem w błocie
podparty acz niewypierdolony tak rzekłby
klasyk gdyby nie porwał go strumień w balii
dzieciństwa baal bez trzymanki inne demony
przeszłości świeżej i wciąż konsumowanej
trzymają się mocno w świetle tunelu na końcu
którego nawet początek tęczy bierze mnie
od tyłu i znika znika we mgle po spisku
katastrof naturalnych do bólu i lęku przestrzeni
lecisz w niej kropla po kropli kiedy ja wypijam
cały zbiornik i jeszcze mi mało brzegu emko
ojczyzno moja ty jesteś jak choroba popromienna
na ciebie chcę umierać w każdej żywej cząstce
radioaktywny jakbym nadawał wszechświatowi
jedyny rytm który go przestanie rozpychać
rozpylając słodki nektar prosto z twojego sedna
krzywo z tekstu co próbował stanąć na wysokości
zdania a cyklicznie spadał nie dając ci zasnąć
Podróż służbowa. Targi wewnętrzne
Chwali się tylko ten,
który nie umie powiedzieć: stop.
Przysłowie miłosne
Nie śpię i zamiast liczyć dupy,
piszę. 161 to szczęśliwa siódemka
liczb pierwszych – przypadek? Raczej przylądek
dobrej nadziei, że się nie odklei
jak siatkówka ojca. Taka relacja
to rywalizacja przez całe życie.
Nie nagrałem się, a ty pamiętasz
wszystkie słowa, jak więc mam
zacząć od nowa albo chociaż
w środku? Zanim powiem sobie:
zdążysz dodać i wyjść, już siedzę
w tym po czubek mózgu dzień
po. 161 jak numer nocnego,
który nigdy nie wyjechał z pętli.
Wersy mi się wiją:
Miłość w parze z siłą
Przestało się liczyć,
dlatego liczy się bardziej.
Nie jesteś liczbą, tylko literą,
na której każdy alfabet pęknie.
Przed tobą pewne okrągłe zero,
po tobie cmentarz skażony pięknem.
Myślisz: „Pierdoli; ale się wściekłam!”.
Plus nieskończoność w podpisie piekła.
Jedna koleżanka. Studium przedmiotu, upodmiotowione
Mówiły mu: bierz mnie,
a on czekał.
Rycząca Lubelszczyzna: kobieta i jeden mężczyzna
Otoczenie istniejące już tylko umownie.
Monokultura bakterii i jeden wiodący motyw,
na życie? Dodatkowe dźwięki jako tani zgiełk tła
dla ubogich w ciele, poza sednem.
Powrót liczby podwójnej jako ostateczny
upadek sumy dla tłumów.
*
Jesteś melodią, która, zapętlona w soundtracku,
wystarczy za wiele notowań listy przebojów:
przeszywającą i przeszywaną, wybijającą
z rytmu i podbitą ponad wszelkie pojęcie,
skromną, a ozłoconą
w łabędzim śpiewie polifonii.
Odrzuciłem cię po pierwszej lekturze
i długo nie mogłem zasnąć
Wkracza w bieg rzeczy bezczelnie
jak cisza po uderzeniu
sędziowskiego młotka.
Luljeta Lleshanaku, przeł. Dorota Horodyska
A przecież trzeba się w ciebie wczytać.
Z każdym znaczeniem pasja rośnie
i Jezus nie ma z tym nic wspólnego,
choć oboje lubicie cierpieć.
A przecież trwałość buduje się,
drobiąc. Wyścig wygrają wolni;
dłużej biegną i cel jawi im się
wyraźnie: pewny i pełny.
Mówiłem już o tym? Tylko
sobie na ucho, by jak najszybciej
zapomnieć. A przecież impuls
czekał na uwolnienie do dziś,
by cię dopisać, przekroczyć
Excel w Wordzie i nikogo więcej
nie liczyć.
Zamiast wskazówek
Mógłbym cię przewinąć
i wziąć od początku,
by zobaczyć gwiazdy.
Pokojowy żółw
Nigdzie się nie spieszę.
Chętnie podzielę z tobą skorupę,
mój czuły i głośny zegarze.
Głodny tego, co w parze,
cały zamieniam się w lot
i czekam jak kot
na kłębek, w którym nasze
galaktyki zderzą się i nie
wybuchną.

