Radosław Wiśniewski – Bany Ukraińskie (31)
2 dni temu
13 minut(y) czytania
Noc 197. Dlaczego wciąż piszę po nocach?
Wiem, że wiecie, że ja wiem, że wiecie co się dzieje. Od wczoraj do powolnych postępów pod
Chersoniem, głównie na północy przedmościa doszło to co się wydarzyło na północnym froncie. Mój
Boże. Ukraińcy przebili się przez pierwszą linię i poszli - wygląda na to, że w dwie doby 50
kilometrów i są pod Kupiańskiem. Musieli prawdopodobnie mieć dobrze rozpoznane słabe miejsce
przeciwnika, musieli mieć rozpoznane zaplecze, bo po wybiciu dziury w froncie nie poszli na
Bałakliję, ale zostawili ją z boku i poszli zagonem na północ i dalej, dalej. Musieli prawdopodobnie
wiedzieć, że w miejscu i czasie kiedy strona atakowana zazwyczaj wyprowadza kontrę, a tym razem
rosjanie nie będą mieli jak wyprowadzić kontry. Nie będą mieli czym. Pościągali wszystko na
Bachmut, do korytarza rostowskiego, nad Dniepr. Skąd wiedzieli to, czego zazwyczaj nikt na wojnie
nie wie tak do końca? I czy wiedzieli, czy ryzykowali, grali va banque, że puściło w jednym miejscu -
to idźmy tam, kto by myślał o skrzydłach?
Kiedy rosjanie zwinęli ofensywę na Kijów, Sumy, Czernihów i wszyscy mówili teraz będzie Donbas i
oni zaczęli się toczyć, powoli, kilometr po kilometrze, zajęli Izjum, potem wielotygodniowe walki o
Siewierodnieck, Popasną, Lisiczańsk. I pamiętam jak wówczas niejeden patrzył na mapę, na ten
cholerny Kupjańsk gdzie krzyżują się drogi, gdzie pewnie są stacje rozładowcze zaopatrujące całe
zgrupowanie pod Izjum. Wydawało się, że tak blisko i daleko wtedy było. Ale walec wówczas toczył
się, rzekłbyś, niepowstrzymany. No i teraz Kupiańsk wygląda na to, że jest w zasięgu arty ukraińskiej.
Jak go zajmą - to zrobi się ciekawie. Skończy się zaopatrzenie dla wszystkiego co na południe od
Kupiańska. Nawet w rusnecie przyznają, że to może spowodować, że się północ frontu wiszącego nad
Słowiańskiem, Kramatorskiem - poskłada jak domino.
I pewnie odnajdzie się wiele zbiorowych mogił.
A no bo oprócz wszystkiego przecież Ukraińcy wrócili za Doniec Siewierski, odbili dwie lub trzy miejscowości i się umacniają. I jeszcze złapali do niewoli generała Siczewoja. Początkowo poszedł nius, że to pułkownik. Okazało się że jednakże generał, który udawał pułkownika. Który to wyższy oficer federacji wyeliminowany z walki? To mniej ważne który, ważne jaki - to dowódca całej Grupy Operacyjnej "Zachód".
I tak sobie myślę, że ciekawe jak się czuje patrząc na to wszystko redaktor Wyrwał? Jak się czuje kanclerz Olaf, który ustami swojej ministry obrony narodowej powiedział, że Niemcy oddały Ukrainie już mnóstwo broni i doszły do ściany. No sorry, nie mamy, a jak mamy to już nie damy bo musimy się bronić, a nuż Czesi wpadną na browara do Monachium. I nawet rozumiem, że Niemce nie chcą dać, bo uważają, że są zagrożeni strasznie i dla nich siedem czy siedemnaście haubic to jest tragedia, więcej naprawdę nie może z siebie wykrzesać największa gospodarka Europy i państwo z pretensjami
do przewodnictwa. Wysiłek na miarę Norwegii. Naprawdę jednak nie rozumiem tego niemieckiego afektu sztokholmskiego do Rosji, tego podszytego ukrytym podziwem, odruchu ustępowania zawczasu, zanim ktokolwiek wyrazi takie życzenie. I tego przymusu, żeby głośno powtarzać odmowę, tak żeby inni słyszeli i widzieli. Czy FSB ma coś na tego całego Scholza, że on się tam wije jak piskorz?
Po tygodniach mielenia, oporu, trwania - nasi nabrali rozpędu. Nasi, bo tam gdzieś są w użyciu rzeczy, które kołowaliśmy jeszcze z końcem maja i początkiem czerwca wspólnie z Tomkiem Ssakiem Sikorą, z Marcinem Czyżykiem. I są tam ludzie, którzy potrafią tego używać. Dlatego piszę "nasi". Dotykaliśmy tych samych rzeczy. Zdjęcie chłopaków z termowizorem TE19 od nas jest tutaj ilustracją. Ten termowizor to takie coś przyczepione nad lufą jednego z karabinków. To pomaga widzieć w nocy i złych warunkach. Ty widzisz, ciebie nie widzą. I robisz użytek z tego co pod termowizorem.
Spadają na ziemię rosyjskie samoloty, helikoptery, wypływają zdjęcia jeńców, zdobytych pojazdów, artylerii, czołgów. Ktoś napisał komentarz do zdjęcia zdobytych haubic samobieżnych Msta – Niemcy nie dali, to sobie Ukraińcy sami od ruskich wzięli.
To już nie jest kwestia inicjatywy, tę Rosjanie stracili gdzieś z tydzień temu. Wymsknęła im się w ramach powolnego pełzania pod Chersoniem. Tutaj, na północym-wschodzie pojawia się pytanie co tam się w ogóle dzieje. To wygląda tak, jakby rosjanie naprawdę stracili nie tylko inicjatywę, ale nie dysponowali na niektórych odcinkach frontu żadnymi rezerwami, jakby ich linia obrony była w wielu miejscach, na pewno nie wszędzie, zaledwie jedną linią, bez głębokości, bez rygli, bez odwodów. Tak musiało być koło Bałakliji, bo inaczej nie da się wytłumaczyć wejścia ukraińskich sił w tak krótkim
czasie tak głęboko. Chociaż spokojnie, to jeszcze nie blitzkrieg.
Pewne jest za to, że dezinformacja, wojna w sieci, wojna informacyjna będzie się nasilać, bo w miarę
zbierania w ryj przez okupantów na polu wojskowym – będzie się nasilała wojna psychologiczna,
informacyjna, społeczna. Dlatego ciągle piszę, dlatego ciągle czuwam i daję znak, że jestem i nie
oddam tego, co wolne, samorządne i niezależne.
Noc 199. Po prostu #Roswpierdol
Rano napisałem - spokojnie, to jeszcze nie Blitzkrieg. U mnie teraz wieczorem na wsi psy szczekają, a
ja rozważam czy nie odszczekać wśród tego chóru porannych słów. Cały dzień Ukraińcy na
północnym krańcu frontu parli tak, że co godzina coś się zmieniało i to nie mało istotnego, ale bardzo
istotnego. Nad ranem było pytanie czy aby Kupiańsk nie znajdzie się w zasięgu artylerii ukraińskiej.
W południe okazało się, że chyba jest w zasięgu, ale strzału z kałacha. Doszli do rzeki Oskił, poszli na
południe do Izjum i podobno są już w bliskości tamtego rejonu. W rosyjskim militarynecie na raz jak
na komendę pojawiły się wpisy, że bronimy Izjum, gott mit uns i takie tam.
Chwila, chwila pomyślałem pakując tunery do serwisu firmowego - jak to gott mit uns, przecież tamci
wariaci ledwo doszli do Oskiłu, a już są pod Izjum? Ale to nie koniec tego poematu o radosnym
roswpierdolu jesienną porą. Bo kolejne strofy zaczęto pisać na południe od Izjum, gdzie Ukraińcy
ruszyli na Łymań stracony późną wiosną, podobnie jak Izjum w krwawych wielodniowych walkach.
Zajęli Rajhorodek, Bursiwkę i Stary Karawan. Wiem, te nazwy nic albo niewiele dla was znaczą. Ale
są ważne. Dla tych co nie chcą ślęczeć nad mapą powiem o co chodzi. Nie tylko o zajęte
miejscowości, drogi, przecięte linie kolejowe. Chodzi o to, że przeciwnikowi brakuje tchu. Normalnie
- ofensywa się rozkręca, osiąga swoje maksimum, przeciwnik wyprowadza kontrę (zazwyczaj) i
uderzenie osiada. Albo bywa, że od kontry strona, która wyglądała na zwycięską, staje się nagle
przegraną.
Dwa tygodnie temu ruszyła ofensywa na przedmościu chersońskim, tam nad Dnieprem gdzie od
tygodni Ukraińcu młócili w mosty, składy, centra dowodzenia, magazyny. Szło i idzie nadal naprzód.
Bez szału, bez nerwowych ruchów. Pamiętacie - pisałem co donosili koledzy kolegów - idziemy
powoli, starzy z młodymi, rotują nas, krok za krokiem. Szło powoli bo wielkim wysiłkiem mocno
zużyta rosyjska armia uruchomiła rezerwy i to spore. Nie wszystkie rzuciła na prawy brzeg Dniepru,
część z różnych powodów została na lewym. Ale sporo poświęcono, żeby to parcie ukraińskie na
przedmoście osłabić.
Cały czas trwa napór na ukraińskie pozycje wokół Bachmutu, pod Donieckiem. Jeszcze dwa tygodnie
temu trwały spory czy cała wieś Piski znalazła się w rękach rosjan czy tylko pół. Analitycy
podkreślali, że stan wyczerpania rosyjskich jednostek w linii jest taki, że bez poważnego uzupełnienia
strat i zasobów armia agresorów jest w stanie działać na jednym kierunku i to jak widać - raczej
posuwać się na zasadzie - walec artylerii, młócka kawałka frontu, piechota wchodzi, zajmuje, odpiera
kontrataki i znowu i znowu. Powolne mielenie terenu. Ktoś policzył - pisałem o tym - że w tym tempie
rosjanie będą zajmować Ukrainę ... 200 lat. Serio, ktoś zrobił matematykę. No i w to wchodzi nagle atak pod Bałakliją. To takie miasto, około 30 tysięcy mieszkańców, taki mój Brzeg. Teraz po trzech dniach walk jest już daleko za linią frontu. I okazuje się, że wchodzą w to kozacy jak w masło. To oznacza trzeci operacyjny kierunek, który wymagałby skierowania tam rezerw, bo uderzenie przynosi powodzenie, bo okazuje się, że trafia w jakieś jednostki pospolitego ruszenia Ługandy i Donbabwe. Ale ta obrona to się składa - jak to mówią - jak domek z kart. Jedna wypada, druga, trzecia.
Na szlakach odwrotu pod Kupiańsk ilości porzuconego sprzętu jakich nie widziały moje oczy od
wiosny. No bo jak jedna strona traci teren, to bardzo często musi porzucać sprzęt z błahych z pozoru
powodów. Doświadczyli tego polscy żołnierze w 1939 roku, kiedy trzeba było przelewać paliwo z
trzech czołgów do jednego, a pozostałe palić. Doświadczyli tego Niemcy kilka lat później, kiedy
okazało się że większość ciężkich czołgów tracili nie na skutek ognia przeciwpancernego aliantów,
tylko z powodu strat marszowych, usterek układu napędowego, braku paliwa w coraz bardziej
kurczącej się przestrzeni operacyjnej.
Kiedy Ukraińcy cofali się z Siewierodniecka i Lisiczańska nie zobaczyliśmy tłumów jeńców, masy
przejętego, rozbitego sprzętu. Cofali się w porządku i powoli. Waciaki - tak to wygląda - nie cofają się
ale wieją. I gubią onuce w biegu. A na to wszystko jeszcze generał Załużny mówi po 48 godzinach:
- e, potrzymajcie mi to piwo. I do trzech dodaje czwarty kierunek ataku - na Łymań właśnie.
Wiecie jak się ma dwie pięści, a w ryj dostaje się od gracza co ma tych pięści cztery i nie jest się
zwinnym jak Neo a Matrixie, to nie ma siły. Zbierzesz wpierdol, osłonisz się tu, a z dwóch kierunków
wyłapiesz ciosy. I to przy dobrej koordynacji. A ta – jeżeli prawdą jest, że Ukraińcy przechwycili
generała Syczewoja – będzie słaba, bo jeżeli to prawda to padło jedno z głównych centrów
dowodzenia. Nie ma decyzji, nie ma rozkazów. Bokser ma tylko dwie pięści, przeciwko czterem i do
tego mózg mu wysiadł.
Dlatego warto mieć inicjatywę, czyli decydować o tym gdzie, kiedy i jak się uderzy, a jak się jej nie
ma, to można tyko reagować. A jak przeciwnikowi wyrosły dodatkowe pięści, a ty tylko reagujesz, no
to zbierasz w papę. A każda papa ma swoją odporność.
Nie chodzi tylko o rosnące lawinowo straty sprzętu i w ludziach. Wojsko może być mało liczne, może
mieć mało uzbrojenia a mieć dobre dowództwo, wysokie morale i może zadziwić przeciwnika. A. No
tak morale. Morale i waciaki. Sorry, pomyliłem przedmiot opisu.
Naprawdę nie wiadomo jak to się potoczy. Jeszcze rano byłem skłonny powiedzieć, że to byłoby ładne
- przed jesienią, błotem, legendarną rasputicą - odbić kawałek swojej ziemi, zdobyć trochę sprzętu,
podbudować morale i pokazać, że się umie nacierać a nie tylko bronić.
Teraz jeszcze tylko brakuje, żeby Załużny powiedział:
- piwo było dobre, potrzymaj mi to drugie, portera sobie zamówiłem
I żeby sieknął tam, gdzie tego się spodziewali niektórzy (w tym i ja) - w ten słynny korytarz lądowy
między Krymem a Rostowem, gdzieś na Melitopol i Bierdańsk a potem - czemu nie, jakby kartu z
domku nadal się spały, czemu nie na Mariupol?
Nie wiem w jakiej sytuacji obudzę się za parę godzin.
Dzień 200. #Roswpierdol trwa, ale każda ofensywa ma swoje granice
Nie chce się spać, żeby nie stracić broń Boże newsa o oswobodzeniu kolejnych miast, miasteczek, wsi.
I to czekanie na tweety, ploty, zgrywki z telegrama czy ruskiego military-blognetu, że znowu coś się
rozsypało i że kamandir bliadź, a putin chujło. I niektórzy oraz niektóre z was też tak mają, prawda?
Skala #Roswpierdolu na północy Ukrainy jest oczywiście imponująca, wydaje się, że rozpad całego
skrzydła frontu mógł zaskoczyć nawet sztab ukraiński, który jednak wykazał się elastycznością i był
na to przygotowany wstępnie jak ten zespół co to gra koncert i całkiem przypadkiem ma
przygotowanych na bis jeszcze z dziesięć kawałków. Załużny, jak ten Eddie Vedder usłyszał, że
muzyczka żre, to proszę - mam w zapasie kilka batalionowych grup taktycznych – grajcie dalej.
Najpierw o tych zdjęciach, potwierdzeniach, zajęciach, przejęciach. Zdjęcie zrobione nawet na
rogatkach miasta przez grupę zwiadowców, nie stanowi o tym, że ktoś ma nad tym miastem kontrolę.
To znaczy, że jakiś oddział tam się pojawił i było na tyle bezpiecznie, że trzasnęli fotę. Na pewno
Ukraińcy oparli się mocno o rzekę Oskił, na pewno wypuścili za nią rozpoznanie, Marcin Jop
wskazuje, że zajęli może nawet i Swatowe (wrzućcie sobie dowolną mapę tej wojny i poszukajcie - to
60 kilometrów na południowy wschód od Kupjańska). Na pewno zajęli Wołczańsk, podeszli pod wiele
miejsc, na pewno przejęli masę sprzętu, logistyki, wzięli trochę jeńców, rozbili sztaby - 18 Dywizji
zmechanizowanej i być może sztab Grupy "Zachód" – nawet jeżeli nie wzięli do niewoli jej dowódcy
sporo o to kto w zasadzie dostał się do niewoli trwają. Ale pewne jest jedno sztab grupy "Zachód"
stracił możliwość efektywnego zarządzania podległym mu wojskiem, bo nawet jak jenerał uszedł, to
sztabu nie ma.
Zdumiewające jest, że nadal brak solidnego rosyjskiego kontrataku z głębi operacyjnej. Tłumaczyłem
to Małgosi, w czym rzecz. Jak idziesz z kimś na noże, powiedzmy kłótnia dotyczy czegoś ważnego -
to też szykujesz warianty, jak on/ona powie to, to ja powiem to, a jak to i to nie przekona to zawsze
jeszcze mogę np. powiedzieć to albo zagrozić czymś. Nie rzucasz w trudnych negocjacjach wszystkich argumentów od razu na stół, stopniujesz, jak masz rozsądek, bo nie wiesz co zrobi druga strona. No i mówię - w walce to samo. Nie wystawiasz na pierwszy strzał wszystkiego co masz, bo to Ty chcesz mieć ostatnie słowo.
No i to co jest zdumiewające w tym co się dzieje na północnym wschodzie Ukrainy to, że tam
wygląda tak, jakby nie było żadnej drugiej linii, nie było założonych rygli, czyli takich pozycji
ostatniej szansy, za liniami obronnymi w jakichś czułych punktach, za które przeciwnik na pewno nie
może się przerwać. Nic. Wszystko posypało się, armia ucieka jak może, razem z nią administracja,
policja polityczna, kolaboranci.
To imponujące, ale każda ofensywa ma swoje granice. Te granice wyznacza nie tylko opór
przeciwnika, ale stan sił własnych i zaopatrzenie. Jeżeli masz za mało sił zgromadzonych do ataku i
osłony skrzydeł to pójście za daleko będzie oznaczało że albo zostawisz w swoim ugrupowaniu duże
luki, żeby zachować jakąś gęstość pięści uderzeniowej, ale będziesz starał się chronić skrzydła i
będziesz rozrzedzał te swoje siły, rozpraszał coraz bardziej i w końcu balonik urośnie, że aż strach. No
znacie dalszy ciąg. To można trochę oszukać manewrowością, elastycznością reagowania,
rozpoznaniem i łącznością. Jak ktoś nie wie o co chodzi to polecam przejrzeć mapy kampanii Afrika
Korps Erwina Rommla w latach 1941-42. Tam niemieckie czołgi tego samego dnia potrafiły walczyć
w kilku różnych miejscach. Czyli było ich powiedzmy 50, ale że biły się sprawnie i manewrowały,
ponosiły relatywnie małe starty bezpowrotne to efekt był taki jakby ich było dużo więcej.
No ale nawet dryblingi Rommla miały swoje granice. I ta ofensywa też ma swoje granice. Wszystko
co jeździ, strzela, je, pije wymaga ton różnych rzeczy. Jak się przewiduje ofensywę na 100 kilometrów
w głąb to się zawczasu przygotowuje inne zapasy, a jak na 200 czy 300 to inne. Jak się planuje walki
od lata do jesieni to się wydaje inne mundury niż jak planuje się walki zimowe i tak dalej. Nie zawsze
jest możliwość przedłużania w nieskończoność natarcia – o czym z kolei przekonali się Niemcy w
1941 pod Moskwą, im wtedy linie zaopatrzenia się wydłużyły a sowietom skróciły. Samo to nie
wystarczyło do sukcesu, ale było znaczącym czynnikiem.
Nie wiadomo gdzie i kiedy skończy się paliwo tej ofensywy, ale kiedyś się skończy. Oczywiście
pomagać może uruchamianie kolejnych realnych lub pozorowanych jej kierunków. Ja nie bardzo
wierzę, że wszystkie te kierunki – Łymań, wznowienie walk o lotnisko w Doniecku, wyjście znowu na
Lisiczańsk, na Rubiżne – to są kierunki równorzędne. Za wiele tego moim zdaniem. Możliwe, że to
mydlenie oczu, sianie paniki, żeby przeciwnik jeszcze ściągnął na północ jakieś siły, albo zaczął je
ściągać – po to żeby uderzyć z kolei w jeszcze jakimś innym miejscu. Wiecie, jak się dowództwo za
bardzo w panice miota to wychodzi z tego takie Ligny i Quatre Bras. Już pisałem o tym kiedyś. W
czerwcu 1815 roku, tuż przed Waterloo Napoleon i Marszałek Ney toczyli dwie osobne bitwy, blisko
siebie. Napoleon tłukł się z armią pruską pod Ligny, a Ney z armią Welligtona pod Quatre Bras, żaden
zdecydowanie nie wygrał. Za plecami mieli francuski korpus D’Erlona, który gdyby pojawił się na
którymkolwiek z pół bitew mógłby przeważyć szalę na stronę armii francuskiej, ale najpierw wezwał
go Ney, a kiedy D'Erlon zaczął marsz w stronę Neya – dostał rozkaz od Napoleona, więc zawrócił pod
Ligny. Efekt był taki, że D'Erlon nie wziął udziału ani w bitwie pod Ligny ani pod Quatre Bras i –
skracając wątek do minimum – w efekcie Napoleon pod Waterloo starł się z obiema niepokonanymi
do końca armiami – Welligtona i Bluchera i przegrał. Także myślę, że te różne ataki, natarcia nie
muszą być obliczone na realne otwarcie nowych kierunków, ale takie zamieszanie niezbyt
rozgarniętym sztabom rosyjskim w łbach, żeby wyszło jak pod Ligny. Albo Quatre Bras, jeden pies.
Dzień 202. Zamglenie, przejaśnienia, walka trwa
Naprawdę nie wiem skąd się biorą te wszystkie tweety i posty ludzi, którzy od trzech dni widzą
ukraińską armię na przedmieściach Lisiczańska i Siewierodniecka, widzą ją forsującą Doniec pod
Biłohirowką, widzą ją maszerującą dalej za Oskił i tak dalej. W pierwszej chwili to i ja się dałem
nabrać na doniesienia o tych dalszych fantastycznych postępach, ale już raczej w nie słabo wierzę.
Podobnie jak w te opowieści, że rosyjskie wojska na prawym brzegu Dniepru negocjują warunki
kapitulacji.
Zapytacie skąd te doniesienia o dalszych wstrząsających postępach? No, po pierwsze to walki trwają,
aczkolwiek nie mają tak piorunującego charakteru. Na przykład walki o Łymań, który wydawało się,
że już Ukraińcy mają, że już są za nim, że idą dalej, ale okazuje się jednak, że chyba nie. Co więcej -
wiele wskazuje na to, że był tez jakiś atak na południe od Doniecka i Gorłowki, i to dosyć głęboki.
Pokazuje go kilka źródełek, ale nie ma żadnych szczegółów.
Po drugie - plotka jest potęgą. Pamiętam jak kiedyś, kiedy pracowałem w administracji publicznej
obsługiwaliśmy sporą delegację zagraniczną. W zasadzie tych delegacji było kilka. I koleżanka
obsługiwała jedną, ja drugą, ktoś tam trzecią, ktoś zajmował sie kontaktami z MSZ, ktoś organizował
transport, ktoś noclegi. I koleżanka miała jakiś kłopot z kwestiami bezpieczeństwa, powiedzmy, że
nazywała się Ola. I ja mówię Ola idź do Borowika, uśmiechnij się, powiedz, że masz problem,
zobaczysz co będzie dalej. Borowik, to był funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu. BOR. No i Ola
poszła, zagadała, miło się im gadało, poszli na papierosa na zewnątrz budynku. Przychodzi ktoś, pyta
gdzie jest Ola, mówię, że poszła zagadała do Borowika i wyszli na fajkę. Po godzinie usłyszałem od
znajomego, że podobno Ola kręci z Borowikami. Po dwóch, że podobno miała randkę, pod koniec
dnia - nie kłamię! - przyszła znajoma i zapytała czy to prawda, że Ola zna sie z jednym Borowikiem i
jest z nim w ciąży.
A tam Ola, Borowik, co z wojną? - zapytacie. A ja wam odpowiem jak Żyd w jednym takim starym dowcipie o Rosji.
- No a z wojną tak samo!
Plotka, dezinformacja, od słowa do słowa. Powiedzmy, że pod Chersoniem doszło do kontaktu jakieś grupy dezerterów z jednego z pułków Ługandy czy Donbabwe i ci, żeby sobie dodać powagi przez
telefon powiedzieli, że są tutaj ludzie z dwóch oddziałów, którzy by chcieli się poddać, ale mają
warunki. Informacja leci dalej, nikt jej nie potwierdza, bo leci tylko z ust do ust. W kompanii
gospodarczej na zapleczu frontu "ludzie z dwóch oddziałów" zamieniają się w "dwa oddziały". Po trzech godzinach do mediów wycieka tweet o "wybranych oddziałach", które pięć tweetów i dwa
posty dalej zamieniają się w "oddziały na prawym brzegu Dniepru". Nie mówię, że tak było, bo nie
wiem, ale możliwe? Pewnie. I to jeszcze jak!
Do tego to jeszcze idzie tak, że miejscowości na przykład wokół przedmościa chersońskiego, o
których wiadomo było, że są zajęte przez wojsko ukraińskie jako oficjalnie wyzwolone są ogłaszane
jakiś czas później, stąd powstaje wrażenie, że tam dalej się dzieje, a wiele wskazuje, że owszem,
dzieje się ale nie tyle i nie w tym tempie.
No, a żeby dopełnić obrazu wczoraj zapytałem na jakimś bardziej znanym profilu, który podawał
kolejne zajęte rzekomo przez ukraińską armię miejscowości na lewym brzegu Oskołu i na północ od
Dońca – skąd ta wiedza, jakie są jej źródła. No i zostałem prawie że nazwany onucą, no bo jakże jak
śmiem pytać. Profil obserwuje pięćdziesiąt tysięcy ludzi, więc co ja tutaj będę.
Te doniesienia się powtarzają, jakoby Ukraińcy mieli ze Swiatohorska, Biłohirowki i spod Kupiańska
ruszyć na północ obwodu Ługańskiego, najpierw koncentrycznie na Swatowe, ale nie ma żadnego
potwierdzenia w obrazach, filmach. To raczej – obym się mylił – takie echo, jakie przetacza się po
niebie raz i drugi, mimo że grzmot, blitz, był już jakiś czas temu. Ale echo wciąż grało.

