top of page

Przemysław Znojek – Krampus

  • 1 dzień temu
  • 6 minut(y) czytania

Grudzień jest naznaczony kolorem czerwonym. Drzwi zamknęły się za nim z chrzęstem, już na klatce schodowej usłyszał, wracające niczym echo słowa: „Nie trzaskać drzwiami!”
Niespecjalnie przejmował się zdaniem innych, pozostawał w hełmie astronauty, przez który przebijały się tylko poniektóre słowa, tworząc przezroczyste dziury w misternej konstrukcji psychiki dziecka. Krople potu kryły się pod zwichrzoną grzywką, szalik szczelnie przylegał do kurtki puchowej, nawiązującej krojem do tych, które nosili amerykańscy żołnierze stacjonujący w Arktyce. W oczekiwaniu na przyjazd windy, kręcił się w miejscu, aż do momentu osłabnięcia błędnika, powodującego, że szpitalna zieleń ścian wirowała, gdzieniegdzie tylko skrupulatnie uszyta pajęczyna zakłócała ten jednostajny obraz. Gdy dźwig wreszcie przyjechał, wszedł do środka, nacisnął chropowaty, metalowy guzik z cyfrą O po czym poślinił palec, czując na ustach posmak żelaza, przypominający nieco krew. Na myśl o tym, co zrobi zaczerwienił się, wyglądał teraz jak typowe dziecko z typowego Miasteczka, jednego z szesnastu, tworzącego twór zwany górnolotnie państwem. Wybiegł z klatki schodowej, przypominającej prostokąt zbudowany z szarych, betonowych klocków, ruszył przed siebie z misją, czując dumę mieszającą się z podnieceniem.

Świat pomalowany został na podobieństwo zimy - kolorami białymi i czarnymi, wszystko dookoła
wydawało się smutnie monochromatyczne. Krajobraz stracił na wyrazistości. I tylko chłopiec zyskiwał na tym zjawisku, gdy świat tracił swą ostrość, nabierał ją za pośrednictwem rumianych policzków smaganych przez mroźny, ostry wiatr, kolor jego włosów zmieniał się w jednej chwili z blond anielskich w ciemnobrązowe, tęczówki pomniejszały się i płonęły blaskiem ciemnej barwy, jak gdyby w tej jednej chwili, ktoś wstrzyknął mu w oczy mililitr atramentu. Szedł szybkim krokiem podnieconego dziecka, pokonywał strome schody zwinnie, czując na sobie wzrok mężczyzny siedzącego na różowej poduszce, wypełnionej piórami, które wysypywały się na czarno-biały chodnik, przez sekundy jeszcze wirowały w powietrzu, prezentując swoje wyćwiczone akrobacje, pragnąc poklasku i zainteresowania, jednak nikt ich nie dostrzegał, choć znakomicie widać je stąd, z góry. Siedzący obrócił głowę w drugą stronę, kiedy chłopiec go mijał, jego ostre rysy twarzy i zbyt długi, spiczasty nos nie budziły nadmiernej sympatii.Przechodząc obok niego poczuł zaniepokojenie. Dziecko mocno chwyciło za klamkę sklepowych drzwi, przy tym uwieszając się na niej, te otworzyły się delikatnie, uchylając przestrzeń ciepłą, pełną zapachów owoców, warzyw oraz śledzi moczonych w octowej zalewie, sprzedawanych na wagę w foliowych woreczkach. Lada sklepowa, kiedyś biała, dziś jak cały świat szara, miejscami czarna, a na niej znajdowały się przesuszone, zaniedbane kobiece dłonie, wypełnione tandetnymi pierścionkami z butelkowozielonym i burgundowym oczkiem. Postać kobiety z perspektywy lady wydawała się dla chłopca niewyraźna, rozmazana, na dłoniach skupił całą swoją uwagę, to one powitały go przyjaznym gestem, zapraszając do zakupów. Nie odrywając wzroku od dłoni sprzedawczyni wycedził swoją formułkę wcześniej nauczoną na pamięć:
„Papierosy proszę, dla dziadka”.
Palce kobiety najpierw zamknęły się tworząc pięść, po chwili otworzyły się w porozumiewawczym znaku. Rozmazana postać oddaliła się na chwilę, tylko po to, żeby położyć na brudnej ladzie paczkę papierosów w kolorze białym i czerwonym. Dłoń na ladzie uchyliła się w ten sposób, żeby można było położyć na niej jeden banknot i kilka cięższych monet. Wychodząc spostrzegł, że przy witrynie sklepu leży pusta różowa poduszka, a obok niej wirują w rytm podmuchów wiatru białe piórka. Ruszył w stronę dziesięciopiętrowego bloku i przechodził obok strzeżonego parkingu, kiedy ktoś jego imię wypowiedział na głos.
Za budką parkingu dostrzegł cień postaci. Zbliżył się do budki, okienko otworzyło się delikatnie, usłyszał trzask podniesionego szkła, a w nim ukazały się wyraźnie męskie dłonie, spracowane i zaniedbane z czarnym brudem pod paznokciami. Głos wypowiedział jego imię w sposób entuzjastyczny, zawierając pewną prośbę:
„Zapytaj (tutaj pada kolejne imię) czy nie ma pożyczyć 100 zł, do końca miesiąca, wiem tamtego nie
oddałem, nie było okazji, miałem pecha, wiesz kiepski miesiąc, ale teraz będzie inaczej, widzisz odegram się, znam jego patent, proszę ja ciebie”.
Rumieniąc się odpowiedział, że nie wie, że musi zapytać, ale na pewno przekaże. Wyrazu twarzy mężczyzny nie mógł dojrzeć, albowiem szyba zaparowała, wyraźnie widział tylko, że zielonkawe żyły na chudych przedramionach zaczęły się poruszać, nawet tatuaż rysowany tym samym żylastym kolorem drgnął kilkakrotnie, unosząc ku górze znak przypominający kotwicę przechodzący w literę P. Odwrócił wzrok od niego, kierując się w stronę wybranej klatki schodowej z wejściem zabezpieczonym domofonem, w którym plastikowe przyciski nadpalone zostały papierosami. Dotknięcie tych guzików sprawiało ból, przeszywający dreszczem elektrycznym całe ciało, powodujące spalenie się nerwów i ścięgien. Tym samym przekroczenie progu klatki schodowej zdawało się niemożliwe. Chłopiec wyraźnie zbladł, wśród padającego obficie śniegu jego policzki utożsamiały się z grudniowym opadem. Nie mógł wrócić do domu, z góry widziałem, jak pierwsze łzy pociekły z jego ciemnych oczu, w chwili spadania na biało-czarną powierzchnię asfaltu stawały się soplami lodu, tak przejrzystymi, że prawie niewidocznymi dla niewprawionego obserwatora. Gdy rozbijały się o brudny bruk słychać było dźwięk przypominający pękającą skorupkę jajka. Stał tak chwilę, wyobcowany i nieobecny, niczym nie poruszająca się marionetka, a płatki śniegu rozpoczęły kolejną część swoich swawoli w podmuchach lekkiego wiatru, aż nastała zmiana, słońce pożegnało się z szeroką widownią, odchodząc za horyzont i ustępując miejsca rogalowi księżyca, wtedy nastąpił przełom. Stan wszechogarniającego marazmu zmienił przypuszczalnie mężczyzna, postać rozmazana w wichurze śnieżnej, kontrastująca głęboka czerń odróżniała go w zimowym krajobrazie. Stanął nieoczekiwanie obok chłopca, z góry wyglądał niczym olbrzym przy dziecku – przypominał swą sylwetką Podstrychonia.

Poczuł na wątłym ramieniu silną, niczym niedźwiedzia łapa rękę, obrócił się, jednak jego wzrok
pozostawał rozmazany przez łzy i silny wiatr dotykający rzęs jego oczu. Widział przed sobą postać
ciemną, wysoką, a zarazem na tyle rozmazaną, że nie potrafił dostrzec szczegółów. Prawdopodobny
mężczyzna odezwał się głosem cienkim, nieco syczącym, jak gdyby zmagał się z wadą wymowy:
„Czemu tu stoisz?”
Chłopiec poślinił zastygłe od mrozu wargi, po czym odpowiedział:
„Nie mogę wejść do domu”.
„Tu mieszkasz? O widzisz, to wejdziemy razem, w końcu jesteśmy sąsiadami”. Nie mógł skojarzyć, z którego piętra pochodzi ten człowiek, jednak po tym jak w dziecinny sposób sforsował domofon, szybkimi ruchami przyciskając wydawałoby się niedziałające guziki, ogarnął go tak nadzwyczajny podziw, że zapomniał o swoich początkowych wątpliwościach. Bez wahania przekroczył próg klatki schodowej, oddychając zwycięsko, ponieważ znajdował się w miejscu, które tak dobrze znał. Chłopiec szybkim tempem przebiegł po kamiennych schodach, zatrzymał się tuż przy windzie, wychylił się nieco, żeby zobaczyć, co w tym czasie robi mężczyzna. Nieznajomy otworzył drzwi piwnicy i zniknął, nie zamykając ich za sobą. Szpitalna zieleń kolejny raz zamknęła go w sobie, teraz rozpływał się w niej. W tym czasie dzień zmienił się z nocą, kartka z kalendarza, wiszącego na korkowej tablicy, z zaznaczoną na czarno cyfrą pięć, oderwała się samoistnie, a pod nią ukazała się rzucająca się w
oczy czerwona szóstka. Odzyskał przytomność i znów otworzył oczy, żółtawe światło z
niedoczyszczonego klosza padało wprost na niego. Przywołał windę metalowym przyciskiem, a zimny
chłód metalu przeszył go na wylot. Zrobiło mu się zimno, a podmuch ostrego wiatru odbił się od ściany budynku, podzielił na kilka mniejszych, które przez niedocieplone szpary w oknach dotarły na klatkę schodową. Gdzieś w kącie zawirowała jeszcze pomięta kartka papieru z cyfrą pięć, kurz osiadający na obdartych skrzynkach pocztowych uniósł się ku sufitowi. Jasne światło kabiny dźwigu wreszcie dotarło na parter dziesięciopiętrowego bloku, poczekał jeszcze moment na charakterystyczne zgrzytnięcie po czym nieśmiało uchylił ciężkie drzwi, wszedł do środka i znów zamknął na jakiś czas oczy. Palcem wskazującym lewej dłoni odnalazł pulpit z przyciskami, jednak ku jego zdumieniu wszystkie plastikowe guziki zostały nadpalone, nie nadawały się do użytku. Mimo to winda ruszyła, początkowo wznosząc się ku górze, by nagle stanąć, w okolicach któregoś półpiętra, wracając z powrotem na parter. Gdy gotów był opuścić kabinę i udać się schodami do mieszkania, dźwig nagle zjechał niżej, zaczął zastanawiać się, co się dzieje, przecież parter stanowił najniższy punkt windy, pod nim ulokowane były już tylko piwnicę, ale do nich winda nie docierała.
Kto i kiedy uruchomił to połączenie, dlaczego nic o tym nie wiedział?
Zdarzało mu się schodzić do piwnicy w towarzystwie dorosłych, nigdy samemu. Dźwig zjechał poniżej
parteru i zatrzymał się gwałtownie, przyparł plecami do ściany windy, popchnięty ostrym procesem
hamowania. Chwilę stał nieruchomo, niczym marionetka bez lalkarza, po czym postanowił uchylić drzwi windy i zobaczyć, co dzieje się w piwnicy. Otoczyła go ciemność, gdzieniegdzie przebijana przez wpadający w czerwony kolor pobłysk. Przypominał on dziecięcą zabawę w teatr cieni, gdzie z dłoni formowało się postacie mające przedstawiać zwierzęta. Poszedł za uciekającym kształtem
przypominającym płomień, mijał kręte korytarze złożone z drzwi zabitych deskami, zapach zbutwiałego drewna przepełniał je, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tu był, pamiętał tylko, że zanosił wraz z Dziadkiem sanki. Podłoga po której stąpał zaczęła robić się grząska, trzymał się ściany, żeby nie osunąć się w ciemną otchłań, przyciskał się do niej dziecinnym, wątłym ciałem z całych sił, kroczył za kształtem płomienia na suficie. Zbliżał się do celu swej piwnicznej wyprawy, zapach zbutwiałego drewna przechodził w tym miejscu w mieszaninę ostrej woni piżma połączonego ze spalającą się gwałtownie zapałką. Zauważył ją w ciemności. Postać przypominająca sylwetką mężczyznę, stała tyłem do sporych rozmiarów wiklinowego, zamykanego kosza, upychając kolorową poduszkę, w blasku stojącego w kącie, kaflowego pieca, mogło się zdawać, że różową. W powietrzu zawirowały cztery pióra, które przylgnęły do brudnych kafli. Postać obróciła się do dziecka, nie pokazując twarzy, schowanej pod czarnym kapturem.
„Czekałem na ciebie”, zabrzmiał syczący, nieprzyjemny głos. Chłopiec nie odpowiedział.
„Robię dla ciebie miejsce”, wskazała na wiklinowy kosz.

Wypowiadając te słowa, postać ściągnęła kaptur, a oczom dziecka ukazała się twarz zdeformowana,
pokrytą bruzdami, ze spiczastym, długim nosem, głową zakończoną kępką końskiego włosia, z pod której wystawały dwa minimalistyczne rogi, jeden z nich ewidentnie ułamany przy końcu. „Właź”, syknął przerażająco czarci pomiot, wskazując na wiklinowy kosz. Chłopiec w somnambulicznym nastroju, powolnym krokiem zbliżył się do stworzenia, mocniej zamykając drgające powieki. Posłusznie wykonał polecenie, wszedł do kosza, po czym zwinął się w kłębek, a ciemna postać zamknęła wieko dopychając ciało drewnianą pokrywką.








Przemysław Znojek – literaturoznawca, bohemista, historyk kultury. Zajmuje się problematyką mniejszości narodowo-etnicznych w obrębie literatury. Zarówno w działalności badawczej, jak i próbach prozatorskich, poszukuje odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek–inny, wyobcowany, żyjący na peryferiach społeczeństwa. Publikował w „Projektorze”, „Składce” oraz w „Gazecie, która musi się ukazać”.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page