Piotr Ruciński – Pożegnanie
1 dzień temu
3 minut(y) czytania
Zabrano nas z biura we wtorek o godzinie 13. Kazika, Lidkę, Barańskiego i mnie. Ola być może się uratowała – wyszła wcześniej na jakieś spotkanie. Dzień był bardzo jasny. W gmachu przebywała wtedy moja żona. Przychodziła prawie codziennie z trojakami do naszej stołówki. Najczęściej zupa i okraszone ziemniaki, ale i to dobre, żeby jakoś prosperować. Niosła potem obiad do domu. Razem z mamą jadała go Krysia. Mała Madzia wciąż żywiła się mlekiem.
Wcześniej żona zachodziła zwykle do mnie. Siadywała na biurku i żartowała, beztrosko wymachując nogami. Często przekomarzała się z Barańskim, skończonym hipochondrykiem. Podchodziła do niego, chwytała za głowę, kazała otworzyć usta i zaglądając mu w gardziel z udaną rezygnacją kiwała głową.
– Panie Stefanie, to stanowczo gangrena krtani. Ja panu to mówię, prawie doktór medycyny. Niechże pan wraca natychmiast do domu!
– Co też pani mówi, pani Igo? – bąkał nie na żarty wystraszony mój towarzysz.
– To pewne jak „kyrie” w litanii. Niech pan biegnie do żony, i niech ją pan porządnie… ucałuje! Każda chwila droga!
Po tego rodzaju poradach, przekazywanych z powagą ściągniętymi brwiami, żona moja wybuchała zwykle perlistym śmiechem, uroczo unosząc przy tym głowę. Śmiałem się i ja, chichotała urzędująca w przedsionku pokoju Lidka. Tylko Barański patrzył na nas na przemian i zdezorientowany kiwał głową.
Tym razem śmiechu nie było. Gestapo z hukiem wtargnęło do pokoju i wymierzyło w nas lufy karabinów. Wstałem, odłożyłem na stół strugaczkę i uniosłem ręce. Barański rzeczywiście
wyglądał teraz, jakby gangrena zaatakowała mu szyję. Była purpurowa z wyraźnymi jasnymi
plamami. Spojrzałem na Igę. Wpatrywała się we mnie. Znacząco, zdecydowanie zbyt mocno.
Pomiędzy nami przeszedł oficer. Odepchnął mnie. Patrząc nieprzerwanie na nią zamknąłem
oczy i otwierając je skierowałem szybko wzrok na podłogę. Zrozumiała i spojrzała gdzie
indziej. Ślicznie jej w tej zielonej garsonce – pomyślałem ni z tego ni z owego.
Niemcy wiedzieli, po kogo tu przyszli. Po mnie. Szukali też Oli, która w podziemnej robocie tkwiła pewno równie głęboko jak ja. Chcieli wziąć cały nasz wydział. Wrzeszczeli jak opętani. Gdzieś w sąsiednim pokoju słychać było krzyki bitego człowieka. Stałem pod ścianą z rękami na karku. Obok ustawiono trójkę moich współpracowników. Pomyślałem, że zdecydowanie Niemców co do listy aresztowanych stwarza pewną szansę.
– Diese Frau ist hier zufällig. Sie ist keine unsere Angestellte – powiedziałem do oficera.
– Kümmere dich lieber um dich selbst – odpowiedział spokojnie, przerzucając niedbale urękawiczoną ręką papiery, które leżały na moim biurku.
Po chwili przyszedł Plater, który wygłosił rutynową formułkę o tym, że jesteśmy oficjalnie działającą instytucją. Grzecznie zapytał o powody najścia, na co oficer zareagował – znów bez większych emocji – radą, aby lepiej wrócił do obowiązków i nie przeszkadzał w ściganiu wrogów Rzeszy. Dyrektor postał jeszcze chwilę, spojrzał na nas współczująco i w końcu sobie poszedł.
W głębi zamykanej na kluczyk szuflady biurka trzymałem rewolwer. Gdzieś w pobliżu maszyny do pisania zostawiłem plik kartek – fragment mojego pamiętnika z Dachau. Zresztą, jeśli wymienili moje nazwisko, to coś o mnie wiedzą. I to coś wystarczy.
Zrozumiałem, że mam bardzo mało czasu.
Spojrzałem na Igę. Po przeszukaniu stała pod przeciwległą ścianą pokoju. Musiałem teraz zapamiętać każdy jej kawałeczek i w ten sposób zabrać ją całą tam, gdzie idę. Przypomniałem sobie, jak się poznaliśmy. W tańcu trzymała mnie za rękę, od której na całe moje ciało rozlewała się falą gorączka. Siadywaliśmy w kinie – blisko, tak rozkosznie blisko. Odbierałem ją z zajęć i w trakcie długich spacerów z błyskiem w oku opowiadała mi o tajemnicy ludzkiego ustroju. Przypomniałem sobie, jak wróciłem z Dachau, a ona ściskając moją wygoloną głowę w straszliwy gardłowy sposób pospołu śmiała się i płakała. Pomyślałem o Krysi i Madzi. I nie mogłem już więcej myśleć.
W pewny momencie oficer podszedł do Igi. Wyciągnęła z torebki jakiś dokument – zapewne legitymację pracownicy szpitala. Gestapowiec obejrzał papier, powiedział coś i wskazał na drzwi. W duchu gorąco podziękowałem Bogu. Chwilę następną pamiętam bardzo dokładnie. Iga ruszyła w stronę wyjścia, to znaczy trochę także w moją stronę. Przesunęła wzrokiem po stojących w pokoju szeregowych gestapowcach, którzy jednak nie patrzyli na nią. I spojrzała na mnie. Była w jej oczach siła, było ciepło i uparta wiara, że wszystko przetrwamy. Że wrócę i będziemy razem już zawsze.
Patrzyłem na nią i starałem się zagrać w tę grę. Chciałem też coś bezgłośnie powiedzieć. „Ucałuj dzieci”. W ostatniej chwili poczułem na sobie spojrzenie oficera.
Wyszła.
Potem przyszedł mrok i zabrał wszystko.
1) Ta pani jest tu przypadkiem. Nie jest naszą urzędniczką.
2) Martw się lepiej o siebie.

