Paweł Zaremba – dwa wiersze
- 29 mar
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 31 mar
przedmieścia
tylko na szkle wylegiwać się będzie mogła noc
w stalowe tęczówki patrzą teraz nasze dzieci
oddychaj płytko między drzewami
niedaleko stąd na żwirowych ścieżkach
słychać jedynie strach i znikanie
są one jak pacierz
nie można ich zapomnieć
w oddali świeci wielka płyta
trzeba do niej pielgrzymować
nucić pieśni o tramwajowym zgrzytaniu
o łąkach za miastem
blaszanych rurach
krukach i jaskółkach
kiedyś spod chodnikowej mozaiki
wypełzały wieczory pełne papierosowego dymu
szły do kościołów i miały oczy koloru mchu
pies cieszył się na każdy spacer
szaleństwo siadało na balkonie
przepuszczało przez palce zakola rzek
zobacz ile natłukłem szkła
twoja noc inaczej nie zlegnie
na jej szepty można tylko kłaść naparstki łez
ostrożnie dotykam wierzchołków drzew
dłońmi lepkimi od żywicznych soków
rozdzieram niebo
w oddali majaczy dom
podnoszą się mgły
kłębuszek czerni pośród traw
ma władzę nad czasem
znikają gwiazdy
drży ziemia
niedaleko stąd na żwirowych ścieżkach
znowu słychać świerszcze
zwierzyniec
zwierzyniec wstępował na sawanny przy karniszach
zawsze podpalany przypadkowymi reflektorami aut
tłoczył się niezgrabnie przez krótkie sezony
odmierzane pomrukami kocich łbów
na krawędziach mojej rogówki kwitły dla niego wodopoje
a z miękkości pierzyn wyrastał zbawczy cień akacji
widziałem jak migrowały jego stada
jak znikały tuż za piekarnią i spożywczakiem
jak ranione ostrymi konturami tornistra
pokornie rozpływały się w drżeniu mlecznych wozów
ich nieobecność podkreślały radiowe pokrętła
jazgoty i piski osadzały mnie w brzasku
okno wychodziło na plac zabaw
wszystkie drzewa pochylały się nad nim
patrzyły mi na ręce
kiedy siadało na nich niebo
strząsały je
a ja kopałem doły i studnie
pytałem gdzie jest teraz zwierzyniec
gdzie osadza się pył wzniecany kopytami
gdzie znajduje ukojenie swego popłochu
pytałem pustych huśtawek i drabinek
odciśniętych w cemencie dłoni
kurczowych uchwytów na balustradach
szukałem miękkości grzyw
ciepła wymion
śladów niezmordowanych racic
ulga przychodziła z granatowym horyzontem
przepasana zapachem potu oraz sierści
oddawałem jej moje skronie
długo piłem ten dotyk
aż kiedyś zmieniły się szlaki wędrówek
i zbudziły mnie deszcze urywanego śmiechu
pyski hien zaciekawione liczyły moje oddechy

