top of page

Paweł Obarzanek – Uciekaj stamtąd

2 dni temu
9 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 9 godzin temu

Weszliśmy do budynku dworca w Choszcznie. W środku było cicho i pusto jak w kościele. W niewielkiej poczekalni siedział drobny mężczyzna z książką w ręce. Twarz miał udręczoną, a wzrok utkwiony w górę, w kierunku zegara na ścianie, jakby czekał aż nadejdzie czas, kiedy to wszystko się już skończy.
— Napisał, że będzie za dziesięć minut.
— Może poczekamy na zewnątrz? — zapytałem szeptem.
— Widzieliście tego typa? On musi mieć grubo, jak już wskazówki zegara są dla niego interesujące — powiedział Wojtas po tym jak wyszliśmy przed budynek.
— Ciekawe co czyta.
— Pierdolę, Arczi. Weź już się ogarnij.
Artur całą drogę gadał o książkach. Właściwie już od wejścia do pociągu się zaczęło, czytaliście tego, czytaliście tamtego. Starałem się go wysłuchać, chociaż równie dobrze mógłby podawać nazwiska czeskich hokeistów, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Poznał dziewczynę z lepszego liceum i coś się w nim przestawiło. Zaczął mówić, że czuje się jak neofita. Czasami bywało to śmieszne, na przykład jak ubrani w kombinezony robocze siedzieliśmy na warsztatach przytłoczeni piątą godziną zajęć, a Artur zamiast podziwiać sufit albo ścianę przed sobą, wyjmował książkę i co chwila czytał nam na głos fragment, który zaraz podkreślał ołówkiem. Po zaznaczeniu czytał jeszcze raz i mówił: niesamowite. Podeszliśmy bliżej drogi i pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: proszę, nie dzisiaj.
Minęło może dziesięć sekund i Wojtas ich zauważył.
— Ty, jehowi! A nie przepraszam, Świadkowie Jehowy. Nie pójdziesz się przywitać? — powiedział z najbardziej obrzydliwym uśmiechem na ustach jaki widziałem.
Nie miałem wyjścia. Z Wojtasem było tak, że jak już na coś się uparł to nie odpuścił i pewnie gdybym nie poszedł to on by to zrobił, a wtedy mogłoby się wydarzyć dosłownie wszystko.
Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Przy wózku, na którym widniała plansza z napisem: Bezpłatny kurs biblijny, stało dwóch mężczyzn - starszy, przygarbiony o lasce i wysoki, chudy z rozbieganymi oczami. Wyglądali trochę jak postaci z horroru klasy B.
— Dzień dobry, jestem głosicielem ze zboru w Szczecinie — powiedziałem cokolwiek, byleby tylko mieć to już za sobą.
Przyjrzeli mi się dokładnie jak gdyby nie wierzyli. Zerknęli za mnie, na Wojtasa i Artura. Starszy chyba nie zrozumiał. Zapytał czy chcę coś do poczytania i pokazał ręką w kierunku wyeksponowanych Strażnic i Przebudźcie się!
— Tak, a z jakiego zboru jesteś? — spytał ten z rozbieganymi oczami.
— Szczecin Niebuszewo.
Po mojej odpowiedzi zaczęli intensywnie myśleć. Na pewno przeszukiwali w pamięci wszystkich znajomych ze Szczecina i zastanawiali się czy któryś z nich przypadkiem nie jest z mojego zboru.
— A co cię sprowadza do nas, do Choszczna? — dopytał po chwili.
— Przyjechałem w odwiedziny do kolegi.
— Kolegi? Do jakichś naszych braci? Może ich znamy. — Uaktywnił się starszy.
— Wątpię... znaczy to jest kolega ze szkoły. — Widziałem po ich wzroku, że nie zrozumieli. — Ze szkoły w Szczecinie, on mieszka tutaj, pod Choszcznem. Zaprosił nas na ognisko. — wyjaśniłem najprościej jak potrafiłem.
— A jak się nazywa? — dopytywał.
Wiedziałem, że tak będzie, zamiast porozmawiać o czymś normalnym, albo powiedzieć: O, miło cię poznać, jak ci na imię? albo fajnie, że się przywitałeś, miłego pobytu w Choszcznie, zaczęli mnie sprawdzać, jakby chcieli się upewnić, czy na pewno jestem tym, za kogo się podaję. Nagle, za plecami poczułem pęd powietrze i dudnienie jakby ciężarówka właśnie po mnie przejechała. Obejrzałem się za siebie. Na parking podjechał ogromny RAM.

Artur i Wojtas wsiedli do środku, po chwili zatrąbili na mnie. Odetchnąłem z ulgą i powiedziałem, że muszę iść. Z przodu siedział Krzychu, a od strony kierowcy jego ojciec, Bogdan. Był łysy i miał długą brodę jak jakiś wiking. Bicepsy opinały mu się na wąskim rękawie ciasnej koszulki, a spod spodu widać było tatuaż - jak się później okazało - Peruna z gromem w dłoni. Na sobie miał bojówki z motywem moro, a do tego czarne japonki. W uchwycie na kubek było naczynie z yerba mate. Przywitałem się i nastała cisza. Wojtas i Artur patrzyli w moją stronę, a oczy im się śmiały.
— Co ci wcisnęli? — zapytał Bogdan.
Jego głos był głęboki jakby grzmiał, momentalnie przeszły mnie dreszcze i w pierwszej chwili nie odpowiedziałem, udałem, że nie słyszę. Spojrzał w lusterko wsteczne i złapał ze mną kontakt wzrokowy.
— Coś ci wcisnęli? — spytał łagodniej.
— Nic, znaczy tylko się przywitałem.
— Po co?
Nie odpowiedziałem. Na szczęście Krzychu mnie wsparł.
— On jest Świadkiem Jehowy.
Właściwie to byłem tylko głosicielem, jeszcze przed chrztem, ale nie miało to dla nich większego znaczenia. Widziałem jak z ust Bogdana wychodzi nieme: ja pierdolę. Pokręcił głową, po czym jeszcze raz spojrzał na mnie w lusterku.
— Uciekaj stamtąd — powiedział powoli z powagą w głosie.
— Daj mu spokój, tato — warknął Krzychu.
Bogdan spojrzał na niego jakby chciał go naprostować uderzeniem w tył głowy, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Jego ręka powędrowała w kierunku yerba mate. Siorbnął, po czym podgłośnił muzykę Na ekranie przede mną wyświetlał się tytuł: Acid Drinkers - The Trick. Perkusja zaczęła walić z głośników. Przyśpieszył. Pędziliśmy środkiem wiejskiej drogi, wzdłuż szpaleru drzew. Pomiędzy niewielkimi wioskami nie było nic poza połaciami pól, które wyglądały jak różnobarwne dywany.
— Tylko nie najebcie się za mocno podczas ogniska. Dzisiaj jest Noc Kupały. O północy pojedziemy nad Jezioro.
— My kulturalnie, proszę pana — powiedział Wojtas.
— A ty — odezwał się do mnie Bogdan. — Możesz takie rzeczy robić?
Pogańskie święto, więc nie mogłem. Na szczęście nie oczekiwał ode mnie odpowiedzi. Ale w jeziorze mogę pływać, pomyślałem.
— No i jesteśmy. Bernstein, jak to Niemcy kiedyś nazywali. Nasze centrum wszechświata - jeziora, pola, lasy. Wszystko co nam bogowie dali najpiękniejszego — powiedział Bogdan po tym jak dojechaliśmy do niewielkiego miasteczka.
Na pierwszym skrzyżowaniu skręciliśmy w boczną odnogę i dalej szutrową drogą jechaliśmy w stronę ostatniego domu tuż przed linią lasu. Kiedy zajechaliśmy na podjazd, z niedowierzaniem spojrzeliśmy po sobie. Dom miał chyba z pięćset metrów kwadratowych, a do środka wchodziliśmy jak do pałacu; po szerokich schodach rozchodzących się na dwie strony. Po wejściu, po prawej była przestronna kuchnia, na blacie leżały przygotowane kiełbasy na ognisko, sałatka w ogromnej misce, a w drugiej bułki.
— Macie dwa pokoje — powiedział Krzychu.
Zagraliśmy w papier kamień nożyce o to, kto śpi sam. Wygrałem. Artur i Wojtas spali u góry. Ja dostałem pokój na parterze. W środku pachniało stęchlizną, jak w mieszkaniu starych ludzi. Podszedłem do pojedynczego niewielkiego łóżka w rogu pokoju. Na stoliku nocnym leżał różaniec i Biblia. Pomyślałem, że to jakiś nieśmieszny żart. Odsunąłem się i usiadłem na drugim końcu łóżka. Po czym dostrzegłem, że na niewielkim dywanie przede mną leżą góralskie kapcie, w środku poczerniałe od potu. Wstałem i w jednej chwili zawyłem zduszonym krzykiem. Przede mną, przy surowym stole z jasnego drewna, siedziała pomarszczona staruszka, a nad nią wisiał ogromny krzyż.
— Dzień dobry — powiedziałem niepewnie.
Zamiast odpowiedzieć, wpatrywała się we mnie bez słowa.
— Co ty tu robisz? — powiedział Krzysiek i wszedł do środka — to jest pokój
mojej babci.
— Przepraszam panią — powiedziałem i natychmiast wyszedłem.
— Ten jest twój — pokazał na kolejne drzwi.

Zostawiłem plecak w środku i przed wyjściem zauważyłem, że nad drzwiami też wisi krzyż, przyspieszyłem kroku jakby to był ogromny pająk, który planował skoczyć mi na głowę.

Palenisko znajdowało się tuż za sadem. Po prawej w oddali widać było wieżę kościoła i dachy domów. Przed nami rozciągał się widok na pagórkowate pola za którymi znikał horyzont. Widok jak z pocztówki z podpisem Bernstein. Kiedy we trójkę skończyliśmy znosić prowiant i sprzęty, usiedliśmy przy stole ogrodowym. W tym czasie ojciec Krzycha podszedł do sterty drewna na skraju sadu i zaczął wybierać polana najbardziej odpowiednie na ognisko.
— Owocowe, z zeszłego roku. Głównie czereśnia, o te tutaj. Też jest trochę jabłonek. W życiu nie jedliście takich kiełbasek.
Byliśmy zauroczeni tym jak ubrany w te swoje taktyczne ubrania, poruszał się szybkimi i pewnymi ruchami. Do tego małym podręcznym toporkiem docinał, łamał i układał drewno co chwila coś dopowiadając. Nikt z nas nawet nie myślał o tym, żeby wstać i mu pomóc, chyba w duchu, czuliśmy, że on chce żebyśmy tak na niego patrzyli. Że jesteśmy turystami w jego świecie.
— Panowie, nie ma co czekać — powiedział Wojtas kiedy już zapłonął ogień.
Chwycił ze stołu oszronioną butelkę Wyborowej. Rozlał każdemu mniej więcej po połowie do plastikowego kubeczka i wzniósł toast. — Za Krzysiulka, naszego gospodarza!
I zrobił wtedy coś, czym kupił moje serce. Bez żadnego zbędnego gestu, uderzył swoim kubeczkiem w mój. To samo zrobiła reszta. I wychyliliśmy zawartość jednym haustem. Nie musiałem się tłumaczyć jak idiota: nie stukam się bo to zwyczaj, który miał chronić przed złymi duchami. I jako chrześcijanie bla... bla... bla... Zawsze kiedy recytowałem tę formułkę, czułem się jakby to mówił ktoś inny.
Wojtas co chwila dolewał wódki i z każdą chwilą stawaliśmy się co raz głośniejsi. W którymś momencie Artur zaczął śpiewać Dziewczyno z klubu disco, dziewczyno nieznajoma. Po kilkukrotnym zaśpiewaniu tego samego fragmentu, uznał że jednak nie zna tekstu i puścił ją z telefonu. Przewracaliśmy oczami, ale on to całkowicie ignorował i śpiewał nosowym głosem razem z Zenkiem. Do tego ruszał rękoma jakby płynął i jednocześnie tupał przy tym w rytm. Wojtas dopił wódkę i dołączył do niego. Tańczyli dopóki się nie potknęli i nie upadli na ziemię.
— Naprawdę, mówię wam, cały czas czuję się jak bym leciał gdzieś wysoko – powiedział Artur i pokazał ręką w kierunku nieba
— Będzie boleć jak spadniesz — zaśmiał się Wojtas.
— Jest aniołem, tak piękna i delikatna, że czasami jak się na nią zapatrzę, to nie potrafię przestać...
— Dobra, Artur, wiemy, ożenisz się z nią i będziecie cały dzień na kanapie czytać książki. A ty — Krzychu spojrzał na mnie poważnym wzrokiem jak Bogdan w samochodzie. — Ty tak na serio z tym byciem Świadkiem?
Nie wiedziałem co mam mu odpowiedzieć. To pytanie stało się niezauważalnym ruchem kuli ziemskiej, który wywołał we mnie ciąg lęków, których nie potrafiłem opisać. Ilekroć szukałem właściwych słów, to przychodziło mi do głowy, to samo: nie wiem. W jednej chwili poczułem pustkę i zacząłem płakać.
— Czasami czuję się jakby ten zbór i ci wszyscy ludzie tam... ale nie ma innej drogi. Przecież to jest religia prawdziwa!
Spojrzałem w ich stronę, nikt nic nie powiedział. Wojtas wstał, podszedł do mnie i przytulił mnie mocno i szczerze jak nikt nigdy wcześniej. Z oddali doszedł do nas przenikliwy gwizd. Zobaczyliśmy jak Bogdan od strony domu na przemian gasi i zapala latarkę.
— Zaczęło się — powiedział Wojtas i puścił uścisk — masz dopij, dobrze ci zrobi. — Podał mi swój kubek z wódką. Zaczęliśmy zbierać wszystko do worka na śmieci. A potem każdy chwycił co miał pod ręką i ruszyliśmy w stronę domu. Artur próbował świecić latarką pod nogi, ale oświetlał jedynie swoje buty i co chwila ktoś z nas potykał się o nierówny teren sadu.
Wojtas zasalutował do Bogdana i powiedział:
— Melduję drużynę gotową do Nocy Kupały! Żeby nam bogowie błogosławili, proszę Pana!
Bogdan ryknął śmiechem.
— Ja pierdolę. Dobrze, że matki nie ma w domu — powiedział do Krzycha.

Położył z tyłu na pakę kilka ręczników. My w tym czasie usadowiliśmy się w samochodzie i grzecznie czekaliśmy aż wejdzie do środka. Artur powiedział do nas, że chyba się trochę upił. Zaczęliśmy się zwijać ze śmiechu, do momentu aż Bogdan nie wszedł do środka i nie zaczął z poważną miną lustrować każdego z nas. Miałem wrażenie, że zatrzymał wzrok na mnie na całą wieczność i zaraz powie, że nie mogę jechać, bo jestem zbyt pijany. Ostatecznie obrócił się i ruszył bez słowa. Artur otworzył okno. Wychylił głowę i haustami zaczął chwytać powietrze. Zapachniało lasem. Czułem na twarzy powiew świeżego powietrza i zaschnięte łzy. Było mi błogo, przymknąłem oczy i zasłuchałem się w pomruku silnika. W jednej chwili cała moja rzeczywistość rozwiała się jak dym z ogniska. Nie pamiętam żebym wychodził z samochodu. Ale pod stopami czułem trawę. Podniosłem ciężką głowę, nad sobą widziałem rozgwieżdżone niebo. Rozejrzałem się. Byliśmy na niewielkiej plaży w środku lasu wokół której drzewa pochylały się tuż nad wodą. Bogdan się rozebrał i nagi z Perunem na bicepsie zmierzał w kierunku wody. Za nim pędził Krzychu z Wojtasem. Artur spojrzał na mnie i podniósł ramiona, jakby mówił, że chyba musimy wejść. Usłyszałem głośny plusk, chwilę później
Bogdan wypłynął spod wody.
— Świadek, ty tylko do pasa — krzyknął do mnie.
Zaczęli się śmiać, a ja razem z nimi. Kurwa. Najebałem się, ale dam radę, pomyślałem. I prawie przewróciwszy się, też rozebrałem się do naga. Poczułem się naprawdę wolny. Zacząłem iść w stronę jeziora, ale stawiałem kroki jak bym miał na stopach betonowe buty, które nie pozwalają mi ruszyć dalej i przeważają mnie to na prawo, to na lewo.
Zatrzymałem się i zobaczyłem, że wszyscy leżą na wodzie. Zachwiałem się ale po chwili biegiem ruszyłem w kierunku jeziora jak bym się przedzierał przez gęsty las. Tylko, że gdy woda sięgnęła mi kolan, nie dłużej utrzymać równowagi i zapadłem się pod powierzchnie. Poczułem jak jezioro mnie studzi i w ułamku sekundy przed oczami pojawiła mi się ilustracja ze Strażnicy, na której Jan Chrzciciel zanurza w wodzie umięśnionego mężczyznę. Poczułem jak ktoś mnie podnosi i jak z oddali usłyszałem głos Bogdana:
— Kurwa, młody. Nic ci nie jest?

Kolejną rzeczą jaką pamiętam to jak przebudziłem się przed piątą. Na zewnątrz już świtało. Poszedłem do kuchni i nałożyłem sobie na talerz wczorajszą kiełbasę i bułkę. Wróciłem do pokoju i zanim wszedłem do łózka, poczułem że ktoś mnie obserwuje, obróciłem się niepewnie. Przede mną pojawiła się babcia Krzycha. Patrzyłem w jej oczy tak jasne, że wydawały się być skryte za mgłą. Musiałem być jeszcze mocno pijany, bo trwaliśmy tak zapatrzeni w siebie przez kilka dobrych
minut i żadne z nas nie drgnęło.
— Jak ci na imię? — zapytała w końcu.
Nie czekała na odpowiedź. Kiwnęła głową, powiedziała coś pod nosem, co brzmiało jak zaklęcia i poszła do pokoju obok. Położyłem się, ale zakręciło mi się w głowie, a w ustach poczułem ohydny smak wódki. Zacisnąłem oczy. W głowie wirował mi obraz Bogdana, który mnie chrzci w jeziorze i powtarza wkoło: uciekaj stamtąd. Jak najszybciej! Masz jeszcze czas, jesteś młody. I rozmył się w tym śnie. W jego miejsce pojawił się ten z dworca. Wciąż tam siedział, tyle że tym razem czytał książkę Czego naprawdę uczy Biblia? I tak jak Artur na warsztatach po przeczytaniu fragmentu mówił: niesamowite. Co chwila wybuchał śmiechem i kręcił przy tym głową. Kiedy mnie dostrzegł obrócił się w moją stronę i szeroko się uśmiechając zapytał :
— Ty naprawdę w to wierzysz?








Paweł Obarzanek - pisarz związany ze Szczecinem. Uczestnik pracowni „Przed Debiutem” Biura Literackiego. Publikował m.in. w „Gazeta Musi Się Ukazać”. Pracuje nad debiutancką książką Jonasz.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page