Olgerd Dziechciarz – Wiernie służąc lokalnej społeczności
- 29 mar
- 8 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 31 mar
Zapadła noc, noc ciemna niczym myśli funkcjonariusza policji z dwudziestoletnim stażem pracy. Podinspektor Mrożek był już wolny, bo po szesnastogodzinnej służbie. Zatrzymał się przy osiedlowym sklepie, żeby kupić pieczywo. Małżonka prosiła, wyraźnie powiedziała przez telefon: –
Jak będziesz wracał, kup pieczywo. Zapomniałam – raz w życiu może się człowiekowi zdarzyć o
czymś zapomnieć…
Ale nie powiedziała, jakie pieczywo, więc podinspektor jest w kropce. Nie wie, czy ma kupić bułki, czy chleb; może krojony, żeby się małżonka nie trudziła, czy cały, żeby się nie zesechł. Kto to zresztą wymyślił, żeby chleb od razu był pokrojony? Kiedyś każdy sobie osobiście kroił, w domu, i była to nabożna czynność. Podinspektor miał w pamięci obraz matki podnoszącej ze stołu duży, okrągły bochen, robiącej na rzeczonym chlebie nożem znak krzyża, następnie krojącej grube pajdy, które posmarowane masłem smakowały jak nie wiadomo co! Właśnie, nie wiadomo co, bo choć miał ten smak w ustach, to przecież nigdy więcej już go nie poczuł. Obecny chleb mu nie smakował. Był właściwie bez smaku. Jadło się go, bo człowiek był głodny, ale żeby się nim zachwycać, wykluczone.
„Głupia pizda! Nie powiedziała, jakie pieczywo mam kupić. Co ja, kurwa, prorok jestem, żeby wiedzieć, co mam kupić?! Siedzi, kurwa, w domu, nic, kurwa, na głowie nie ma, a nie pamięta o chlebie. Jakbym ja zapomniał o jakimś mordercy, gwałcicielu czy złodzieju, to by mnie z roboty wypierdolili, a ona, ona może sobie zapomnieć o bułkach, chlebie, pieczywie, jakby miała na głowie dużo więcej niż zakupy”. Aż go ręka świerzbiła, żeby po powrocie do domu przesłuchać małżonkę na okoliczność braku pieczywa...
– Nie ma pieczywa – powiedziała ekspedientka z osiedlowego sklepu, szatynka, wzrostu średniego, z okrągłą twarzą, bez widocznych znaków szczególnych.
– Jak to nie ma pieczywa?! To gdzie jest? Żona do mnie zadzwoniła i poprosiła... – zaczął tłumaczyć zupełnie bez sensu, bo co to ekspedientkę interesowało, że żona do niego zadzwoniła tuż przed tym, jak kończył pracę, i powiadomiła: „Jaka ze mnie głupia cipa jest, zapomniałam kupić pieczywo”?
– Późno jest, o tej porze nigdy już nie ma chleba – wyjaśniła kobieta.
– A bułki? – spytał, by precyzyjnie określić, co jest, a czego nie ma.
– Bułek też nie ma, znaczy: są, ale suche, z wczoraj, więc nie proponuję, chyba, że się pan upiera, to mogę dać – mataczyła sklepowa.
Podinspektor wizualizował sobie właśnie moment, jak zaciska palce na szyi małżonki, jak wciska tchawicę zgiętymi kciukami, ale ta słodka wizja ani na chwilę nie ograniczyła jego poczytalności.
– Gdzie jeszcze mogę dostać pieczywo? – spytał z naciskiem w głosie.
Usta sprzedawczyni wydęły się. Można było odnieść błędne mniemanie, że to grymas ironiczny, spowodowany tym, że podinspektor zapytał ją o coś wstydliwego, kto wie, może nawet złożył propozycję seksualną, jej, takiej wrednej suce, która nie ma pieczywa na składzie, a on przecież tylko grzecznie, choć mógł niegrzecznie, o miejsce pobytu pieczywa był łaskaw zapytać.
– A bo ja wiem?! O tej godzinie to chyba tylko gdzieś w mieście!
Bardzo się wtedy wkurwił podinspektor Mrożek, bo co to w ogóle za odpowiedź była?! Ani precyzyjna, jakiej się spodziewał, a do tego kłamliwa. No bo jak to tak mówić „gdzieś w mieście”?,
teraz, za przeproszeniem, to oni gdzie, kurwa, byli?! To nie było miasto? A co to, kurwa mać, za
przeproszeniem, jakaś wiocha, jebany, pierdolony przysiółek jest?! To on, podinspektor wyłożył na
nowe mieszkanie tyle kasy, jeszcze jako krawężnik latami w łapę brał, żeby ta jebana jędza mówiła
mu teraz, bezczelnie mu pierdoliła, że jest jakimś burakiem ze wsi?! Niedoczekanie, pizdo jedna!
– Na naszym osiedlu nie ma innego sklepu z pieczywem? – i jak już to durne, imbecylowate
pytanie zadawał, to, matoł jeden, wiedział, co mu ta pizda odpowie, więc mu odpowiedziała to,
czego się spodziewał. Zaraz, zaraz, jak to się nazywa? Pytanie protetyczne, rejestracyjne, restrykcyjne... Jakoś tak.
– Nie ma innego. Coś jeszcze, poza pieczywem? Bo zaraz zamykam! – ona na to. Całym ciałem dała znać, że najchętniej kopnęła by go w dupę, a potem sięgnęła po mopa i przeleciała na mokro podłogę, którą takie jak on świnie dokumentnie zabłociły.
O, jak się wkurwił! Po pierwsze, co za „co jeszcze poza pieczywem”? Czy jakieś pieczywo miała, żeby mogła sobie pozwolić na „co jeszcze”?! Gówno mają w tej norze, a nie pieczywo, więc niech mi tu, kurwa mać, nie gada, jedna, „co jeszcze poza pieczywem”! A dwa, co za zamykanie?! Po pierwsze, czy też drugie, kurwa, jestem klient, a klient nasz pan, nawet za komuny tak było, to co dopiero teraz, jak mamy tę jebaną gospodarkę wolnorynkową?! Czy ja w komendzie mówię komuś, że zaraz zamykamy?! Jest człowiek, jest obowiązek obsłużenia! No nie, czasami rzeczywiście zamykamy, ale nie komendę, tylko delikwenta! Ja mi się znudzi jej zasrane pieprzenie i sobie pójdę w pizdu, wtedy, proszę bardzo, niech zamyka. I niech nie mówi „zamykamy”, bo sama jest, więc niech nie gada, jakby ich tu było więcej. „Gówno – myślał coraz bardziej wpieniony – zamiast chleba, będzie gówno!”.
–- A niech to... – jęknął.
Tak się zamyślił, że nieświadomy tego, co czyni, zasalutował dwoma palcami, i to do pustej głowy, bo czapkę zostawił w aucie. Sprzedawczyni rozszerzyła źrenice. Różnych miała klientów, ale jeszcze jej żaden nie zasalutował, więc nieco zdębiała. Nie miała przygotowanej opryskliwej odzywki na taką okazję i na tak upierdliwego klienta, który pyta o pieczywo, choć każdy głupi wie, że o tej porze ani chleba, ani bułek już się nie kupi.
Koniec końców nie wiedząc, jak się zachować i jak gościa przepłoszyć, też mu zasalutowała.
Wielkie było zdziwienie podinspektora Mrożka, bo nie zdawał sobie sprawy, że wcześniej sam zasalutował. Salutował przecież już tyle lat, że była to dla niego czynność równie nieświadoma
jak oddychanie i wciąganie brzucha, który mu się zupełnie nieoczekiwanie znacząco powiększył,
odkąd został podinspektorem.
„Pojebało ją? Dlaczego mi zasalutowała? Zasalutowała, a nawet czapki nie ma, tylko ten brudny, biały czepek! Czy do czepka można salutować? Regulamin nic na ten temat nie mówi, ale na prosty rozum do czepka nie powinno się salutować, bo czepek nie ma daszku. Powinna lekko pochylić głowę, zamiast mi salutować. Ale w ogóle co to za pomysł, żeby mi salutować? Ki chuj?! Przecież mnie nie zna, nigdy nie byłem w tym sklepie, bo moja stara nigdy jeszcze nie zapomniała, żeby kupić pieczywo, to jest chleb, bułki czy jakieś inne ciulstwo. Inna sprawa, podejrzana bardzo, że dziś zapomniała. Dotąd nie zapominała, a czasem miała rzeczywiście sporo spraw na głowie, ale
dziś nic nie miała, tylko pamiętać, że ma kupić to jebane pieczywo. A jednak zapomniała! Dziwne,
bardzo dziwne. Trzeba to będzie sprawdzić. Popytać sąsiadów, przetrząsnąć rzeczy... Może, wywłoka, jakiegoś gnoja ma na boku? Wiadomo to, co głupiej przyjdzie do głowy, gdy ja zapierdalam po godzinach na komendzie? Mało to małżeństw się rozpadło z racji dyżurów i specjalistycznych szkoleń, w których brali udział małżonkowie, a żony leżały w domu odłogiem, aż się komuś zachciało wziąć za te wyposzczone hektary?
– No, panie, bo zamykamy! – wbiły mu się w mózg słowa sklepowej.
Aż nim trzęsło. Przecież, jebana suka, niegrzeczna była wobec niego, absolutnie niefachowa jako sprzedawczyni, bo wypraszała go ze sklepu, jak jakiegoś łachudrę.
– To my, stróże prawa, nie szczędząc swojego wolnego czasu., wiernie służymy lokalnej
społeczności, między innymi chroniąc takie parszywe budy, jak ta tutaj, a pani, jak jakiegoś psa,
wygania mnie ze sklepu?! – warknął.
Na tego typu odzywki sklepowa była profesjonalnie przygotowana. Zaprawiona w bojach z
klientami kupującymi wino po 3 zł 70 groszy, odwarknęła:
– Co mi pan tu pierdzieli?! Na służbie pan jest, czy po pieczywko przylazł?!
Nie zdzierżył. Przybrał najbardziej odstręczający wyraz twarzy i wyszedł ze sklepu bez słowa. Chciał trzasnąć drzwiami, ale zamontowany w nich był system zamykający, który mu ten akt nieprzyjaznego pożegnania uniemożliwił. Usłyszał za sobą szczęk przekręcanego zamka.
Ściemniało się. Gdzieś niedaleko wył alarm samochodowy. Może jego wrażliwość na bodźce była
tego dnia większa, albo mu się zdawało, ale psy ujadały zdecydowanie głośniej niż zwykle. Z
nienawiścią pomyślał o tych wszystkich mieszkańcach bloków, którzy wypuszczają je wieczorami,
żeby się przed nocą wysrały na trawnikach. W cieniu sklepu stał jakiś pokurcz, który zbliżył się do
podinspektora.
– Szanowanie panu kierownikowi. Mamy taki piękny wieczór, aż się chce żyć. Ale by żyć, wiadomo, trzeba się należycie odżywiać i nie zapominać przy tym o bieżącym uzupełnianiu poziomu płynów w organizmie. Wdzięczność moja nie będzie więc znała granic, jeśli szanowny pan magister wesprze mnie kwotą 50 groszy, gdyż tyle właśnie brakuje mi, by zakupić wino truskawkowe wyprodukowane w zakładach przemysłu spożywczego w Ostrowie Wielkopolskim. Twarz pokurcza ginęła w cieniu daszku bejsbolówki. Podinspektor nie był jednak ciekawy tej fizjonomii. Wiedział, jak może wyglądać ta zapita morda, miał tych mord na co dzień ile bądź: wielodniowy zarost, głębokie bruzdy wokół ust, płaski, alkoholowy nos z siatką popękanych naczyń krwionośnych, żółtawy odcień cery. Najprawdopodobniej także liczne siniaki i zadrapania, z których, przy niewielkiej dozie wyobraźni, można odtworzyć tryb życia tego, który może się nimi pochwalić. Nie chciało mu się gadać z tym człowiekiem, no bo jaki wspólny temat mogli znaleźć?
„Spierdalaj brudasie” – chciał powiedzieć, ale jednak nie powiedział, bo mimo wszystko pokurcz wyjechał do niego z grzeczną gadką. Sięgnął do kieszeni. Wyjęła mu się złotówka. „A niech tam! Poznaj chamskie serce, kutasie, masz całą złotówkę!”.
Wręczył monetę z gracją monarchy, który popadł w szaleństwo i rozdał między swoich koniuszych podległe mu księstwa.
– Zbytek łaski, panie kierowniku. Potrzebuję tylko 50 groszy. Nie chciałbym wielmożnego
pana kierownika narażać na dodatkowe koszty – dodał, zapewne z drwiącym uśmiechem i wcisnął
w rękę podinspektora pieniążek.
Spojrzał na monetkę: była nieco mniejsza od złotówki, ale większa od dwudziestu groszy, z
cała więc pewnością trzymał na wewnętrznej stronie dłoni pięćdziesięciogroszówkę.
– Nisko się kłaniam – jak menel powiedział, tak uczynił.
Podinspektor zobaczył, że mężczyzna ruszył w kierunku sklepu.
– Już zamknięty – krzyknął za mężczyzną sam się sobie dziwiąc, że mu się chce odzywać. –
Sklepowa, ścierwo, zamknęła. Nawet pieczywa nie ma...
Nie skończył kwestii; menel tylko mu po przyjacielsku pomachał. Podinspektor powziął już zamiar zakręcenia się na pięcie i odejścia do swoich obowiązków, ale ciekawość go powstrzymała. „Zobaczę, jak tego menela potraktuje to sklepowe ścierwo!” Mężczyzna zapukał w szybę. Dość stanowczo, ale z wyczuciem. Musiał powtórzyć czynność. Po chwili pojawiła się sklepowa.
„No, teraz go zjebie jak burą sukę!” – ucieszył się policjant.
Wreszcie się pojawiła. Miała nienawistny wyraz twarzy, ale gdy dostrzegła, kto ją niepokoi, ku zdumieniu podinspektora jej rysy jakby złagodniały. To już nie była wrogość, to mogło być najwyżej zniechęcenie. Kobieta przekręciła zamek u góry, potem schyliła się i wykonała te same ruchy przy dolnym; uchyliła drzwi. Podinspektor mimo wszystko spodziewał się lawiny przekleństw, ale nic takiego się nie stało.
– Królowo – menel wręcz płaszczył się u stóp kobiety – Ty jesteś jedynym jasnym promieniem w ciemnościach tego okrutnego świata. Upadają ostatnie autorytety, w ogóle homo homini lupus est, a ty, jak ta opoka, skała, na której nasz Pan wzniósł ten sklep, trwasz i niesiesz pomoc potrzebującym. Ten mroczną noc przeżyję pod warunkiem, że ty będziesz dla mnie łaskawa. O pani, orędowniczko moja, pocieszycielko moja...
– Dobra, panie Kozietulski, późno już, na pysk padam. Podać to, co zawsze?
Nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową. Kobieta wyciągnęła rękę. Pijaczyna wysypał na tę wyciągniętą dłoń drobniaki.
– Odliczone, co do grosza – zapewnił.
Z kolei teraz ona nie odpowiedziała. Jeśli ludzie dobrze się znają, wiedzą, co jeden od drugiego chce, wtedy nie nadużywają słów. Tylko przez moment jej nie było. To był tak krótki interwał, że nie zdążyłoby się w tym czasie wypowiedzieć „spożywanie alkoholu na terenie sklepu surowo wzbronione”, czy nawet „alkohol szkodzi zdrowiu”. Podała mężczyźnie butelkę i jakiś drobiazg, który on wcisnął do kieszeni; podinspektor nie miał pojęcia, co to mogło być.
– Królowo, bez ciebie pomarlibyśmy, jak amen w pacierzu. Niech cię Bóg błogosławi. Dobranoc, nasza osiedlowa królowo.
– Dobranoc, dobranoc, panie Kozietulski. Niech nie zgubi karteczki, bo nie przyjmę do
zwrotu butelki.
Zamknęła drzwi. A menel stał jeszcze chwilę przed tymi zamkniętymi drzwiami, jak przed jakimś ołtarzem; brakowało, żeby padł na kolana i wzniósł ręce ku niebiosom. Wreszcie zgasły światła wewnątrz sklepu, poza jedną, energooszczędną żarówką. Wtedy menel zebrał się w sobie i poszedł alejką w stronę najbliższego bloku. Jakiś lekki się zdał teraz, jakby ciężar z niego zdjęto, a nie ciężarem go obarczono. Podinspektor Mrożek stał niczym rażony piorunem. Analizował fakty, które były dla niego niekorzystne. W końcu, wściekły jak diabli, udał się do samochodu. Postanowił ulżyć sobie w domu. „Ja ci dam, kurwa, pieczywo!” – mówił pod nosem otwierając drzwi.
Żaden z sąsiadów nie zadzwonił na policję, ponieważ zawczasu zostali pouczeni, że to będzie
źle widziane i w konsekwencji może im mocno zaszkodzić. Do rana nikt nie zasnął w tej klatce.

