top of page

Już jesteśmy w domu

  • Miroslaw Drabczyk
  • 27 wrz
  • 13 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 28 wrz



Wywiad z liderem zespołu Už jsme doma Miroslavem Wanekiem przeprowadzony w Instytucie Nauk o Literaturze w dniu 31 maja 2025 przez Aleksandrę Pająk-Głogiewicz. Legendarny czeski zespół wystąpił na zakończenie 22. Opolskiego Festiwalu Nauki. 


Aleksandra Pająk-Głogiewicz: Na stronie internetowej zespołu możemy przeczytać, iż kapela powstała w roku 1985, co oznacza, że w tym roku obchodzą Państwo okrągły jubileusz.

Miroslav Wanek: Wszystko się zgadza, cały rok właściwie świętujemy (śmiech).

AP-G: Częścią tych obchodów, jest także dzisiejszy koncert w Opolu w ramach 22. Opolskiego Festiwalu Nauki.

MW: Dokładnie!

AP-G: Zacznijmy zatem od pytania, jak wspomina Pan właśnie te początki, które przypadły na trudny czas reżimu komunistycznego? Wraca Pan czasem jeszcze do tych wspomnień?

MW: Może od razu bym uzupełnił, iż jeszcze przed powstaniem Už jsme doma miałem kapelę, która nazywała się FPB i była to jedna z pierwszych czeskich kapel punkowych. Powstała w roku 1980, więc to już przed 45 laty. 

AP-G: Zatem to jest jeszcze starsza historia?

MW: Ta pierwsza kapela powstała w Teplicach, stamtąd jest kawałeczek do Drezna. Mimo tych wszystkich zakazów i problemów z policją, jakie były na porządku dziennym,  zespół zagrał nawet jeden koncert zagraniczny, a było to tutaj, w Polsce, na festiwalu w Jarocinie.

AP-G: Niesamowite, czyli na kultowym polskim festiwalu...

MW: Byłem w Polsce również w czasie, kiedy powstała Solidarność, mocno to przeżywałem wówczas, byłem w Gdańsku, Gdyni, a także w Poznaniu, tam, gdzie są te dwa krzyże. Właściwie to był ten moment, kiedy do tych ważnych lat 1956, następnie 1968, dołączał ten kolejny ważny rok, 1981. Mój zespół FPB grał koncerty, oczywiście wszystko musiało się odbywać zgodnie z prawem Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, ale byliśmy już trochę rozpoznawalni. Z kolei kapela Už jsme doma powstała z czegoś, co nazywamy właściwie podziemiem. Była tam, w Teplicach grupa ludzi, którzy przychodzili na próby FPB czy też byli fanami FPB i właśnie z tych korzeni wyrosła kapela Už jsme doma. A więc mocno nawiązywała do poprzedniczki. Ja nie byłem założycielem zespołu, po prostu po dwóch miesiącach istnienia inni muzycy przyszli do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym z nimi śpiewać i czy nie pisałbym dla nich tekstów. Zgodziłem się występować gościnnie, ale później – to już tutaj mocno skrócę – były różne perypetie, ostatecznie skończyło się to tak, że odszedłem z FPB, znalazłem się w Už jsme doma po dwóch czy trzech miesiącach funkcjonowania tej kapeli. Zespół zaczynał w roku 1985, kiedy u nas panował jeszcze komunizm. Jednak już coś się ruszyło, był Gorbaczow, zaczęła się pierestrojka, więc nie było to już tak straszne, jak to było w 1980 roku, kiedy zaczynał FPB. Właściwie przeżyłem obie fazy tego ucisku. Už jsme doma nie grało nigdzie za granicą, nie mieliśmy paszportów, nie mogliśmy nigdzie podróżować ani tym bardziej nagrywać. Były może trzy, cztery koncerty rocznie, czyli naprawdę bardzo mało. Ale jak się zbliżał rok 1989, stopniowo atmosfera się rozluźniała, aż w końcu nadeszła rewolucja [chodzi o tzw. aksamitną rewolucję, jak nazywa się przełom antykomunistyczny, który kulminował w listopadzie 1989 roku; AP-G].  

AP-G: A zatem kolejne pytanie…, jestem polonistką i bohemistką, naukowo zajmuje się przede wszystkim czeską literaturą. Jako filolożki nie mogły mnie nie interesować okoliczności powstania nazwy kapeli. Dlaczego akurat taki wybór? Przecież jest to zdanie, a zdania nie występują jako nazwy zespołów zbyt często…

MW: Nie jestem pewien, jak to jest w języku polskim, ale w czeskim fraza Už jsme doma ma dwa znaczenia, a może nawet więcej, ale te dwa są kluczowe. Jedno znaczenie, prymarne, to kiedy ktoś przychodzi do miejsca, gdzie mieszka i mówi: już jesteśmy w domu. Ale nie nazwaliśmy naszej kapeli w tym sensie. Raczej chodziło o to drugie znaczenie, że kiedy ktoś się nad czymś zastanawia, nie może sobie czegoś przypomnieć, nie może zrekonstruować w pamięci jakiegoś wydarzenia – nagle wpada na rozwiązanie, może wtedy posłużyć się tą frazą – już jestem w domu, wreszcie to zrozumiałem. Nazwa kapeli zatem powstała właśnie tak, trochę ironicznie: w knajpie siedziała sobie grupka facetów, krzyczeli na siebie, a koło nich przechodził ktoś i zaczął się pytać, dlaczego tak wrzeszczycie; odpowiedzieli nieco obrażeni, że zakładają kapelę; on wtedy ironicznie stwierdził, no tak, już jestem w domu – wiem, o co tu chodzi. On myślał raczej z ironią, może nawet szyderczo, ale tej paczce się to spodobało, no i tak to już zostało. W ten sposób powstała nasza nazwa.

AP-G: Piękna historia! O ile mam dokładne informacje, do Opola przyjechali Panowie z Japonii?

MW: Konkretniej z Azji, bo graliśmy jeszcze w Singapurze i na Tajwanie.

AP-G: Doczytałam się, że w Japonii Wasza muzyka jest bardzo popularna i wydaje mi się, że to nie jest zbyt częsta sytuacja na czeskiej scenie muzycznej, czy może się mylę ?

MW: Faktycznie, nie zdarza się to często. Ale musimy się też zastanowić nad znaczeniem słowa „popularny”. My jednak działamy w ramach tzw. sceny alternatywnej czy też awangardowej i mogę obiektywnie stwierdzić, że w ciągu tych czterdziestu lat stopniowo stawaliśmy się istotnym elementem tej światowej sceny awangardowej. Nie chodzi więc o konkretny taki czy inny kraj. Np. w Anglii istnieje stowarzyszenie „Rock in Opposition” [Rock w opozycji] już od lat siedemdziesiątych, która to organizacja łączy różnych muzyków, różne zespoły utożsamiające się ze stylem awangardy czy alternatywy, czy jak jeszcze dałoby się to nazwać. Myśmy się z czasem stali częścią „Rock in Opposition”. To znaczy: jeśli w Japonii są entuzjaści tego gatunku, są oni naturalnie naszymi fanami. W Japonii byliśmy już osiem razy, wydaliśmy tam nawet płyty, nawet DVD, czyli można powiedzieć, że mamy tam swoją bazę fanów, która teraz nieustannie się rozrasta, oczywiście także dzięki internetowi. Ktoś, kto lubi taką muzykę, zna nas i to jest właśnie znaczenie słowa „popularny” w Japonii. Czyli nie jest tak, że leci to w telewizji, że jesteśmy elementem popkultury, ale Už jsme doma jest częścią sceny awangardowej. 

AP-G: A jeśli chodzi o publiczność europejską? Zmienia się np. wiekowa reprezentacja słuchaczy? Dorastają z kapelą czy wręcz starzeją się? 

MW: Mam wrażenie, że stale się ta grupa docelowa poszerza, raczej o te młodsze roczniki, starsi są nam raczej wierni, choć oczywiście zdarza się, że odchodzą. Często żartuję, że ci młodzi stoją na przodzie, tworząc cztery – pięć pierwszych rzędów, a ci starsi stoją raczej z tyłu i kołyszą się do rytmu, ale pamiętam, że niektóre te twarze kiedyś stały z przodu, a teraz są już raczej z tyłu. 

AP-G: Czyli taka sztafeta pokoleń…

MW: W ciągu tych ponad dwudziestu pięciu lat tak wiele się pozmieniało, ale muszę powiedzieć, że na szczęście chodzą na nasze koncerty wszyscy – od najmłodszych po tych najstarszych. Ciągle wiedzie się nam dobrze, mamy całkiem sporo koncertów w ciągu roku, około setki. Teraz też udało się nam wejść na kolejne rynki, dodaliśmy Singapur i Tajwan. Właściwie do tej pory odwiedziliśmy już czterdzieści sześć krajów.
 
AP-G: Czyli o sześć więcej niż mówi info na stronie zespołu…

MW: Tak, tak. Doszły kolejne kraje. W Europie najczęściej jeździmy do Francji i właśnie do Polski. Można powiedzieć, że to są nam najbliższe kraje, najbliższe naszemu sercu. Od czasu do czasu też gramy w Niemczech,  Szwajcarii, Holandii, Belgii, także we Włoszech, Słowenii, choć tam rzadziej. Np. do Szwajcarii jeździmy tak raz na pięć lat, ale za to do Polski z reguły raz w roku, choć czasem zdarza się  też, że co drugi rok. W sumie życzylibyśmy sobie grać tutaj częściej, bo mamy przecież blisko, to nie jest wielkie wyzwanie tu przyjechać. Co roku nad tym pracuję, mamy tu sieć ludzi, do których mogę się zwrócić.  Nawet stało się tak, że mamy tutaj w Polsce wydawcę, który nam wydaje płyty – firma Nikt nic nie wie z Zakopanego. Chcieliśmy zatem, że skoro wydajemy w Polsce, aby na okładkach, oprócz tekstów po czesku i angielsku (tak jest zawsze), były także teksty po polsku. Wszystkie teksty zostały więc przetłumaczone na polski – zrobił to dla nas Roman Joura, który przez pewien czas pracował w Czeskim Centrum, tłumacz z czeskiego na polski i z polskiego na czeski. Czyli mamy przetłumaczone wszystkie teksty na polski. Niedawno wydaliśmy też album dla dzieci, w związku z serialem telewizyjnym dla dzieci pt. Krysáci. Niedawno odkryłem, że był też puszczany w polskiej telewizji publicznej. Nie pamiętam już dokładnie pod jakim tytułem, jako dobranocka. [chodzi o serial Cyrila Podolskiego z roku 2005, który w polskiej dystrybucji miał tytuł Hubert i Hipolit – AP-G]. Kukiełkowy serial dla dzieci ma dwadzieścia sześć odcinków i są w nim nasze piosenki. Zrobiliśmy na tej podstawie śpiewnik, a teksty w nim są po czesku, angielsku, polsku oczywiście, francusku i norwesku, a wkrótce dojdzie też język portugalski. Jeśli chodzi o wersję polską, to nie tylko jest świetnie przetłumaczona, ale da się ją śpiewać, współbrzmi z melodią, teksty są rymowane; jest to po prostu świetnie zrobiony przekład. Odkryłem, że był też zrobiony polski dubbing i w sumie to chcielibyśmy w przyszłości przyjechać do Polski i poprosić o współpracę jakiego polskiego piosenkarza, żeby wykonał te piosenki po polsku.

AP-G: Jaką rolę odgrywają podczas Waszych koncertów wizualne aspekty waszej sztuki? 

MW: Może nie tyle podczas samych koncertów, czasami zdarza się nam występować w kostiumach, zwłaszcza kiedy mamy koncerty jubileuszowe (dwudziesta, trzydziesta rocznica powstania); wtedy też mamy nawet scenę, kulisy, coś jest wyświetlane, itp. Ale sztuka plastyczna odgrywa w kapeli ogromną rolę, na okładkach płyt, plakatach, koszulkach itd. To jest dla nas interesująca kwestia, że na scenie jest nas muzyków czterech, ale kapelę tworzy pięć osób. Ten piąty odpowiada za pędzle. To malarz, Martin Velíšek, znany w Czechach. Od samego początku istnienia kapeli jesteśmy z nim nierozłącznie związani; właściwie nie da się tego oddzielić; jeśli ktoś widzi jego obrazki, to od razu mu przychodzi do głowy Už jsme doma i na odwrót – jeśli ktoś słyszy Už jsme doma, tak od razu powie sobie Velíšek. Powiedziałbym, że to jest system naczyń połączonych. 

AP-G: Muszę się spytać, co Pan chętnie czyta? Czy te wybory lekturowe znajdują odzwierciedlenie w Pańskiej muzyce, czy raczej w tekstach? 

MW: Oczywiście znajdują silne odzwierciedlenie. Myślę, że tak mniej więcej w wieku piętnastu lat zacząłem systematycznie czytać. Czytam przede wszystkim poezję i powiedziałbym, że z reguły jest to poezja czeska. Zatem z czeskich autorów najbliższy jest dla mnie Karel Šiktanc, to jest na pewno mój pierwszy wybór. Nie jestem pewien, czy było coś przetłumaczone na język polski. Jego język jest naprawdę niezwykły, ale też bardzo skomplikowany i wymagający. Teraz z grubsza zarysuję pewną kwestię.  W czasie drugiej wojny światowej Niemcy zabili Vladislava Vančurę, pisarza. Wtedy tuż po 1945 roku pewna czeska prozaiczka napisała, że język czeski owdowiał. A potem, kiedy pojawił się Karel Šiktanc, to napisałem do niego list (wcześniej też spotkaliśmy się), że czeska mowa ponownie wyszła za mąż. Jego język jest po prostu wspaniały. Potem to byłby Vladimír Holan, František Halas. Ta właśnie gałąź literatury czeskiej jest mi bardzo bliska. Z prozaików na pierwszym miejscu wymieniłbym Franza Kafkę, trudno powiedzieć, że był Czechem, ale... To był właściwie Czech, Niemiec i Żyd w jednym… Jego opowiadania są mi coraz bliższe, ciągle znajduję coś dla siebie w jego twórczości. Ale raczej nie to, o czym mówią krytycy. Często interpretuje się jego prozę jako pesymistyczną lub mówi się, że jest skierowana przeciw totalitaryzmom, i oczywiście coś w tym jest. Ale ja sam wyczuwam tam jeszcze inne warstwy, bardziej intymne, i właśnie one do mnie przemawiają. Potem byłby to przeze mnie wspomniany Vladislav Vančura i szereg kolejnych autorów. Z literatury polskiej bardzo lubię i cenię np. Przybyszewskiego i innych. Ja po prostu czytam bardzo dużo i w mojej muzyce na pewno odbija się to zarówno w warstwie tematycznej, ale także – tak bym to chyba nazwał w sposobie myślenia. Oczywiście widać to także w tekstach. Tematy wybieram i teksty piszę sam, ale staram się, by zawsze był tam ten szerszy kontekst. Nasza ostatnia płyta nosi tytuł Kry. Pierwotnie to miała być droga kry, która oderwała się z jakiegoś masywu, jak wtedy gdy odłupie się jakiś wielki głaz lodu, wpadnie do morza i powolutku zaczyna się topić. Coś może się zacząć dziać albo i nie, być może podniesie o te pół milimetra poziom wody, rozpuści się w tej wodzie, sama kra jest zresztą wodą, ale w innym stanie skupienia. Potem znów zacznie zmieniać się w parę wodną, spadnie w postaci deszczu. Taki zamknięty obieg, oczywiście można go interpretować symbolicznie – życie ludzkie, dzieje ludzkości, historia itp. Jednak kiedy o tym myślałem, miał miejsce kryzys związany z uchodźcami i nagle pojawili się migranci. I zobaczyłem zdjęcie, na którym była łódka płynąca po pełnym morzu, biała łódeczka, naprawdę bardzo malutka, na której tłoczyło się jakiś 50-60 ludzi, byli ściśnięci jak sardynki. Wtłoczyli ich tam jacyś nikczemnicy, którzy za to wzięli kasę. Ci bezbronni biedacy czekali, dokąd ich ta łódeczka dowiezie. I z pewnością w miejscu, gdzie dotrą, też nie czeka ich nic dobrego, np. greccy rybacy, którzy kijami starają się ich zepchnąć do wody, by się utopili, są zupełnie pozbawieni uczuć. Życie ludzkie nie jest dla nich nic warte. Nie rozumieją, że to jest istnienie ludzkie, że to nie jest tylko jakaś statystyka czy jakieś tylko dane liczbowe. Zatem napisałem tam utwór, który ma tytuł Smeti (Śmieci), bo dla wielu ludzi ten problem to były po prostu śmieci, które należało zamieść pod dywan tak, aby go przede wszystkim nie było widać. I to zdjęcie łódeczki nagle zaczęło mi przypominać właśnie krę, krę, na której są ludzie. I ta kra w ten sam sposób zaczęła topnieć, aż w końcu zniknęła. I nikomu to nie przeszkadzało, było to wszystkim obojętne. Nie było o tym żadnej informacji. Albo w wiadomościach podano, że gdzieś w Austrii na autostradzie znaleziono porzuconą autochłodnię, w której było około siedemdziesięciu ludzi, nie pamiętam dokładnie, także dwuletnie dzieci, które tam zginęły z powodu upału, pozostawione same sobie przez przemytników ludzi. Wspomniano o tym w wiadomościach, podano przebieg zdarzenia, ale tak jakby nic się nie stało. Po prostu kolejna informacja i tyle. Nikt nie wiedział, jak się nazywali, skąd pochodzili, nie było żadnej informacji na ich temat. Dwa tygodnie wcześniej we Francji otworzono ogień do dziennikarzy „Charlie Hebdo”, to także oczywiście było straszne, bezdyskusyjnie, ale królowie, prezydenci, właściwie cały świat nagle zaczął twierdzić „Je suis Charlie”. Ponieważ to było piętnastu białych dziennikarzy, a tutaj umarło siedemdziesięciu czarnoskórych uchodźców w dużo gorszych, wręcz niewyobrażalnych warunkach. Oczywiście strzelanina to też zbrodnia, ale kiedy ktoś umiera z powodu upału, pragnienia, trwa to dwa, trzy dni, z malutkim dzieckiem w ręku – tego człowiek nie może sobie nawet wyobrazić. Ja wówczas akurat miałem dwuletnie dziecko, wiec strasznie to przeżywałem. Taka obojętność. Tutaj w Polsce był Oświęcim i tam też pracowali ludzie, którzy po pracy szli do domu, mieli żony, dzieci. Pytali się ich po powrocie: jak upłynął wam dzień?, co tam w szkole? Potem znów rano szli do pracy, żona dawała im drugie śniadanie, a w pracy zabijali ludzi. Więc ta obojętność w głowie, takie myślenie, że jedno życie ma wartość, a inne nie – to wszystko tłukło się mi po głowie i nagle spostrzegłem, że to jakoś mieści się w tym temacie kry. Takie rozpuszczanie się wartości, życia, wyciekania życia tak, że nikt nawet tego nie zauważa, ani nawet o tym nie wspomina. W tej tematyce, nad którą pracowałem – kry, która topnieje, czy bardziej ogólnie – życia ludzkiego, dziejów, pojawili się i ci uchodźcy, i kwestia ludzkiej obojętności. Z pewnością to wszystko jest związane z moimi lekturami, a wręcz powiedziałbym, że nasza kapela należy do tych, które są mocno inspirowane przez literaturę. My właściwie z literatury wyrastamy. Kiedyś rozmawiałem z pewnym krytykiem muzycznym, Janem Lukešem, który spytał mnie, dlaczego ciągle wspominam o literaturze. Odparłem, że kiedy ukaże się płyta, to jest tak samo, jak kiedy wyjdzie książka, ukaże się tomik poetycki, czy kiedy ktoś ma swoją wystawę obrazów, czy ktoś napisze symfonię, która ma premierę gdzieś w Teatrze Narodowym. Dla mnie jest to takie samo wydarzenie po prostu i uważam to za tak samo istotną kwestię. Czyli chyba jednak nie jestem takim typowym muzykiem punkowym, ponieważ to dla mnie nie jest tylko rock-and-roll. To bardziej uniwersalny sposób wyrazu. Wydając płytę, chcę powiedzieć coś ważnego…

AP-G: Dzisiejszy koncert jest pomyślany jako próba przywrócenia zainteresowania studiami bohemistycznymi. Jak Pan myśli, co mogłoby przyciągnąć młodych Polaków do nauki języka czeskiego i zgłębiania literatury czeskiej? Oczywiście poza muzyką kapeli Už jsme doma (śmiech).

MW: Oczywiście, muzyka to jedna z dróg. Dziękuję za ten komplement, że nasza muzyka ściśle związana jest z literaturą, bo to oczywiście jest prawda. Oprócz nas istnieją na pewno trzy-cztery (a może więcej) zespoły muzyczne w Czechach, które wciągają literaturę w obręb swoich działań artystycznych. Natomiast muszę też powiedzieć, iż większość tekstów piosenek (pewnie podobnie jest w Polsce) z trudem by się dało uznać za literaturę. Żeby przyciągnąć studentów, pewnie podkreślałbym istotność literatury. Jeśli ktoś zgłębia historię literatury, a w pakiecie dostaje również język czeski, żeby mógł sobie tę literaturę przeczytać w oryginale, to ja (możliwe jako laik) stawiałbym akcent właśnie na literaturę, ale także może i na film. Mam wrażenie, że czeski film jest tutaj w Polsce bardzo popularny, chociaż jest też jeden idom, który znaczy coś innego (śmiech).

AP-G: Ten idiom (czeski film) zabrzmi dzisiaj przed Państwa koncertem, bo będę chwilę na scenie krótko coś na ten temat mówić. Więc i czeski film tam zabrzmi. 

MW: To taki żart oczywiście, ale sądzę, że czeskie kino jest w Polsce popularne. Podobnie zresztą jak czeska literatura. Myślę, że oba te rodzaje działalności artystycznej mogłyby być atrakcyjne dla studentów. Polska i Czechy są blisko siebie, także pobyty w ramach wymiany studenckiej dałoby się łatwo zorganizować, rozwijać kontakty itp., to wszystko jest bardzo korzystne. Jednocześnie rozumiem, bo zdaje się, że podobny problem mają też Słowacy, a nawet Słoweńcy, że te nasze języki są sobie bardzo bliskie. Już o tym wspomniałem, że mam z tym ogromny problem. Kiedy w latach osiemdziesiątych jeździłem do Polski, nikomu nie wpadło do głowy rozmawiać po angielsku, a po rosyjsku oczywiście nikt nie chciał. Ja praktycznie wszystko rozumiem, rozmawiało się – jeden mówił po polsku, drugi po czesku, a kiedy pojawił się jakiś problem, to omawialiśmy go dokładniej. Młodzi ludzie, myślę tutaj o tej najmłodszej generacji, czują się niekomfortowo w sytuacjach, w których nie mają pełnych kompetencji językowych… Myśmy na przykład czytali polskie książki… Najgorszy reżim komunistyczny był u nas i we wschodnich Niemczech. 

AP-G: Wielu Czechów wspomina, że słuchało polskiej Trójki czy oglądało polskie kino nocne.

MW: No właśnie, myśmy też chodzili do Centrum Polskiego w Pradze. Kupowaliśmy tam płyty, czyli  słuchaliśmy polskiej muzyki, na przykład Czesława Niemena.

AP-G: Niemen ma tutaj na naszym Wzgórzu Uniwersyteckim pomnik. 

MW: Niemen? Ja go jeszcze widziałem na scenie, na żywo. Oprócz niego na przykład jeszcze Józefa Skrzeka i innych. Kupowaliśmy ich płyty w Centrum Polskim, ale nie tylko to. Tam byli Zappa, Dylan, The Beatles, a u nas tego nie było. A zatem Polska była dla nas, jakkolwiek to zabrzmi teraz paradoksalnie, taką wysepką wolności, podobnie zresztą jak Węgry. Proszę pamiętać, że u nas nie było nawet prywatnych sklepów. Rozumiem słowacki, rozumiem polski, ale moje dzieci już nie.

AP-G: Dokładnie takie doświadczenie miałam, kiedy na początku lat dwutysięcznych pracowałam na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Karola. Młodzi Czesi mieli problem ze zrozumieniem języka słowackiego!

MW: Nawet moja żona, która jest ode mnie młodsza, ma ten problem. W Kłodzku jest w twierdzy knajpa. I jest tam napis: „Wejście na twierdzę”. Kiedy żona to zobaczyła, przetłumaczyła to sobie jako „vejce na trvdo / jajka na twardo” (śmiech).

AP-G: W przyszłym tygodniu w ramach Festiwalu Książki będzie w Opolu Jaroslav Rudiš. 

MW: Świetnie, to mój kolega, znamy się! 

AP-G: Czytam teraz jego tekst Koniec punku w Helsinkach. I jest tam wzmianka o kapeli z Teplic! Chodzi o Was?

MW: Tak, to o nas chodzi. 

AP-G: Tak myślałam. Najlepszy dowód na to, jak literatura łączy.

MW: Dokładnie, my nawet nie planując tego, staliśmy się częścią współczesnej literatury światowej. Amerykański pisarz i rysownik Joe Sacco stworzył genialny komiks o jugosłowiańskiej czy raczej bośniackiej miejscowości Goražde -- Safe Area Goražde: The War in Eastern Bosnia, 1992-1995. Miejscowość była przez pięć lat otoczona przez Serbów, więc ci ludzie nie mogli się z niej nawet wydostać, wielu ludzi tam zginęło. Po prostu mocna, wojenna historia z czasów wojny bałkańskiej. W roku 1996 – wraz z czołgami IFOR z jednostek międzynarodowych – jako kapela dostaliśmy się do tej miejscowości i zagraliśmy tam koncert. A w tym czasie tam jeszcze wybuchały pociski. Dla tych ludzi to było niesamowite wsparcie duchowe i było im właściwie wszystko jedno, jaki gatunek muzyczny to jest. No i Joe Sacco, nie jestem pewny, czy całe cztery lata był tam z nimi uwięziony, więc to wszystko sobie zgromadził i stworzył na tej podstawie komiks, który potem nawet dostał Nagrodę Pulitzera. A więc historia stała się znana na świecie. I cała ta książka zaczyna się od sceny, właściwie od obrazka, że do miasta przyjeżdża czeska kapela. On co prawda nie podał naszej nazwy, ale jego opowieść o tych strasznych czterech latach, zaczyna się od przyjazdu czeskiej kapeli, gdy to szaleństwo się kończy. Ten czas okrucieństwa, zła kończy się. To takie symboliczne, że do tego miasta wkracza kultura. To był naprawdę dla nich wielki symbol. Jak tylko komiks się ukazał, pisali do mnie ludzie z Ameryki, że staliśmy się znani na całym świecie… 

AP-G: A więc znów jesteśmy przy literaturze! (śmiech). Bardzo serdecznie Panu dziękuję za ten dzisiejszy wywiad i nie mogę się już doczekać dzisiejszego koncertu. 

MW: Również dziękuję za rozmowę i zaproszenie. 




Miroslav Wanek
Miroslav Wanek

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page