top of page

Michał Nizgorski – Wilhelm

  • 2 dni temu
  • 10 minut(y) czytania


Był gwardzistą Hitlera, esesmanem. Po bitwie o Charków złożył wniosek o zmianę
przydziału wojskowego. Chciał brać udział w dalszym poszerzaniu przestrzeni życiowej na wschodzie, mimo zapowiadanej, wyrazistej zimy i zasłyszanych przez niego przeczuć sztabu generalnego. Zapadła jego decyzja.

Był w kotle szóstej armii pod Stalingradem. Przy ogniu było jeszcze zimniej. Niedobitki
wojska III Rzeszy jadły przy palenisku. Odszedł z obozowiska. Zaczął szukać w okolicy
amunicji po magazynkach poległych. Gdy wrócił, nikogo nie zastał. Wziął lornetkę.
Dostrzegł gwardzistów radzieckich. Zrobił samozwańczy zwiad w średnicy kilometra.
Poszukał swoich towarzyszy broni. Odnalazł same trupy. Żegnał ich wzrokiem. Komuniści
powoli, ale systematycznie odcinali dojścia do kotła w okolicach rzeki Wołgi.

Wilhelm trafił na w miarę niezmasakrowane ciała miejscowej ludności. Odszarpał z jednych zwłok cywilne łachy. Zmienił ubranie. Stępionym nożem wykroił ze swojego nazistowskiego munduru nieco materiału. Zachował też swoją opaskę leworamienną. Doraźnie schował wszystko w kalesonach. W resztę swojego uniformu ubrał zbezczeszczone ciało. Chciał położyć się obok tych zwłok. Zasnąć, choć na chwilę. Taki był początek jego drogi do domu – Prus Wschodnich.

Wiedział, że nastąpiło załamanie frontu. Uświadomiło mu to jednoznacznie, jak druga wojna
światowa się skończy. Uciekł z pola bitwy, zostając dezerterem. Był przekonany, że
wymknął się gorzej niż złodziej. Był w SS, a jego honorem była walka. Sam ,,odwrót” był
dla niego rzeczą łatwą. Między armiami gwardii pozostawały nadal luki wielkości pruskich
jezior. Obrał jedną z nich.

Uprzytomnił sobie na drugi dzień, że po drodze w ostępach leśnych będzie mógł spotkać
różne partyzantki. Strzelił więc w okolicznym zagajniku do Rysia. Ukrył w truchle
zwierzęcia, to co chował w kalesonach. Przed wojną z polecenia jego ojca, Johanna,
studiował weterynarię, więc takie palpitacje bywały jego codziennością.

Zarzucił martwego zwierza na barki. Poszedł z nim dalej. Co jakiś czas tłumaczył się, czy to Niemcom, czy ludności ruskiej, gdzie sobie idzie. Podawał jak z nut niezbyt dalekie i
fikcyjne cele podróży. Z jednej strony znał topografię tych terenów. Studiował ją w
tajemnicy już od 1939 roku. Z drugiej strony bywał też w tych stronach dużo wcześniej – za czasów paktu Ribbentrop-Mołotow. Zresztą cywil, czy niecywil… Kto byłby taki mądry, by zajrzeć Rysiowi tam, gdzie słońce nie dochodzi, by odkryć prawdę?

Po kilkunastu kilometrach udoskonalił swój modus operandi. Nocą zaczął kraść z
gospodarstw konie. Zajeżdżał je: klacz po klaczy, ogiera po ogierze. Uznał, że tak prędzej
dotrze w rodzinne strony. Psy miejscowej ludności nie miały szansy na większe protesty.
Miał ampułki z cyjankiem. Własną, ale też te zdobyte w kotle. Zanim uciekł, pogmerał w
specjalnych kieszonkach mundurów poległych oficerów.

Dotarł do swoich stron. Na miejscu umiejętnie wybił szybę w okolicznym sklepiku. Zabrał z jego witryny dwa kufry. Ujechał z nimi konno w przepastny las. W miejscu bardziej
niedostępnym odmierzył kroki, wyciągnął z nadgniłego truchła Rysia, co było trzeba…
Schował wszystko w jeden kufer. Zakopał obydwie skrzynie. Otrzepał ręce i odjechał w
przeciwnym kierunku. Od tego czasu zaczął działać tak, by osiąść spokojnie gdzie indziej.
Nie życzył sobie dalszych przeżyć związanych z zawieruchą wojenną. Szybko więc złapał
pracę jako kierowca karetki po drugiej stronie przepastnego lasu. Po pewnym czasie w
zastanej mieścince postawił inny dom. Sprowadził do niego jednego ze swoich synów i żonę. Ze łzami w oczach opowiadał w pracy, jak to był przekonany o ich śmierci… Wieczorami przy lampach naftowych odrobinę rozświetlających mrok piwnicy uczyli się innego języka.

Nastała Polska. Do Prus weszli Rosjanie. Front szedł już dwa miasteczka na wschód od nich. Nakazał synowi, by zaczął udawać niemowę. Pilnował i sprawdzał, czy to robi należycie. W celach szkoleniowych uderzał go parę razy. Jak słyszał ,,scheiße”, wyjaśniał, i bił go dalej. Helgę – jego żonę – odprawił daleko w las przy starorzeczu. Dał jej kilka książek po polsku, by mogła zabić ten czas. Miejsce kryjówki było niedostępne. Wiedział, że nawet jakby komuniści mieli psy, to by one im tam były na nic. Dookoła wręcz śmierdziało torfem, a po drodze były jeszcze mokradła z oparami metanu.

W miasteczku Niemcy wiedząc, co się święci, naprędce zorganizowali kryjówkę zbiorczą dla kobiet i dzieci. Wilhelm przeczuwał, jak to się skończy. Huk artylerii z godziny na godzinę był coraz bliżej. Pewnej nocy weszli. Śpiewali przy tym jak anioły. Wiele zabudowań poszło z dymem. Od zmierzchu do rana słychać było serie z karabinów. Jakieś takie idiotyczne krzyki i ewidentnie podpitym głosem wyrażane salwy radości. Rozwalano nimi tego, tą i tych, którzy wyłącznie szli po ciemku, a im się nawinęli. Tak zginął nawet pastor. Wilhelm w ten czas dostarczał Heldze jedzenie. Był przede wszystkim potrzebny jako medyk w miasteczku. Przy okazji palcem nie kiwnął w kogokolwiek sprawie. Był nowym władzom wygodny. Zaczął wtedy też mówić wyłącznie w języku polskim.

Późnymi popołudniami szedł z książką pod pachą do lasu. Żołnierze radzieccy dopytywali się
go parę razy o cel. Mówił, że idzie do matki w wiosce na skraju lasu. ,,Kobiecina jest chora”.
Raz poszli dyskretnie za nim. Wilhelm wiedział o szpicy za sobą, więc faktycznie poszedł do
wioski obok. Wszedł tam do losowego domu i tak w nim okręcił polskich gospodarzy, że
żegnała go bardzo wyraźnie seniorka rodu. Usłyszeli ją wojacy. Odpuścili mu. Napisali o tym
dla pewności w raporcie. Pewnego dnia w kryjówce nie zastał żony. Nie było jej tam.
Przeszukał teren. Nigdzie jej nie było. Nigdy do niego nie wróciła…

Mijały kolejne dekady. Kraj lat dziewięćdziesiątych po upadku PRL mógł być naprawdę inną
sprawą. Wilhelm widział w nim już swoje trzecie pokolenie. Przysłuchiwał się za każdym
razem, jak mówiło bez żadnych problemów mową jednego z państw zwycięskich. Na starość
bardziej go to cieszyło niż podskórnie denerwowało. Miał nawet wśród nich oczko w głowie.
Był nim prawnuk, Marcin. Uwielbiał bawić się w jego garażu. Przycinał tam drewienka,
szlifował je, obrabiał. One spadały mu z imadła tak tysiąc razy na dzień. On je jednak tysiąc
razy podnosił. Nie byłoby w nim nic dziwnego, miał do tego cierpliwość, ale też i zapał.
Czasem mówił dorosłym, że w przyszłości założy warsztat stolarski. Tego dnia materiał
brzęknął o ścianę garażu jakoś tak dziwnie głucho. Usłyszał to wyraźnie. Zadał sobie pytanie
– dlaczego tak. Pod pulpitem zobaczył wcięcie wielkości jego dłoni. Wyjął blaszkę z szafki.
Podważył ściankę skrytki. W środku znajdowała się zatęchła, czerwona, opaska ze swastyką.
Było lato. Pradziadek siedział przy winogronach na ławeczce wsparty laseczką. Był
dokładnie taki sam dzień jak każdego dnia.

Marcin wyszedł z garażu wręcz ze stoickim spokojem. Trochę go raziło słońce. Nie wiedział,
co znalazł. Pozostawał nawet ciekawy swojego odkrycia… Pradziadek był najbliżej. Marcin
ponadto lubił nabierać ludzi. Pradziadka jeszcze nie próbował powkręcać, bo rzadko kiedy
się widzieli. Pomyślał więc, że mógł go bardziej na coś nabrać. Po prostu lubił wyprowadzać
dorosłych z ich nieomylnej równowagi. Jako narzędzie swojego fortelu wybrał język obcy.
Chciał przy okazji też pochwalić się pradziadkowi (oczywiście w jego mniemaniu) świetną
znajomością innego języka. Miał je aż dwa w przedszkolu. Wybrał ten dla niego fajniejszy,
czyli niemiecki. Podszedł do ławeczki, śpiący pradziadek wyglądał na niej, jakby nie żył.
Prawnuczek szarpnął go za ramię i zapytał:

– Grosse Opa, was ist das? - dziadek nieoczekiwanie zerwał się w postawę Habt Acht.
Zastygł na prostych nogach. Po oszacowaniu sytuacji zaszkliły się mu oczy. To trwało
sekundy. Spojrzał już opanowany na Marcina. Uśmiechnął się z początku lekko. Patrzyli na siebie. Wiatr trącał latorośle. Ukląkł przed prawnuczkiem na jedno kolano. Objął jego dłonie swoimi rękoma i odpowiedział językiem serca.

– Mein großes Kind… Ich habe auf diese Frage ein halbes Leben lang gewartet.

Marcin zdębiał. Willhelm (oficjalnie pradziadek Mariusz) bez dalszego słowa wyjaśnienia
wziął szpadel z garażu, machnął na niego ręką i powiedział ,,komm mit mir”. Zamknął za
nimi furtkę. Prowadził go za drogę. Szli następnie przez las. Marcin wiedział, że on się chyba nigdy nie kończy. Wędrowali tak pół dnia. Nie wiadomo gdzie i po co, i to przez kompletną
głuszę. Przodek szedł ze szpadlem na ramieniu, co jakiś czas zatrzymywał się, jakby patrzył
na fragment kory danego drzewa. Od wejścia do lasu wyglądał na zamyślonego. Uśmiechnął
się jeszcze raz i odezwał niemczyzną. Mówił spokojnie, rytmicznie, z wyraźnymi pauzami.
Będąc najwyraźniej dumnym, z tego, co mówił. Ta atmosfera udzieliła się Marcinowi. On nic
z tego nie rozumiał, ale pradziadek mówił tak ładnie, że nie chciał mu przerywać. Wilhelm
skomentował, że zrobił to dla niego, by zapamiętał melodię języka.

Skończył mówić i właśnie wtedy się zatrzymali. Pośrodku niczego pradziadek zaczął
odgarniać szpadlem mrowisko. Policzył kroki. Nakreślił łopatą duży ,,x”. Wbił ją na sztorc w
ziemię i zaczął kopać. Chyliło się nad nimi słońce. Marcin po pewnym czasie usłyszał głośne
puknięcie. Przybiegł, spojrzał i dodał, że pradziadek chyba znalazł skarb. Wilhelm przytaknął
kwaśno w jego auch Erstsprache. Po odgarnięciu resztek ziemi ze skrzyni, prawnuczek z
miejsca wyczuł, że ona śmierdziała. Nieco się skrzywił. Dawny esesman to zignorował.
Rozpieczętował zawartość. W środku były dziwne ubrania pachnące dziecku jeszcze gorzej.
Wilhelm skomentował krótko to znalezisko swoją nienaganną polszczyzną. Zamknął kufer i
wyrzucił poza wykopany dół. Kopał jeszcze głębiej. Prawnuczek czekał nie wiadomo na co.
Zaczęło się ściemniać. Wilhelm nie oszczędzał się w tym momencie ani trochę, machał coraz szybciej, i bardziej energicznie, mając obecnie w nosie zalecenia swojego kardiologa. Przed
oczyma prawnuczka pojawił się nieco mniejszy i w dodatku ledwo widoczny drugi kufer.
Przodek otworzył go drżącymi rękoma. Przedszkolak natychmiast zwymiotował. Spojrzenie
Wilhelma nagle stężało. Zaczął krzyczeć w swoim języku tak długo, aż Marcin sam przestał
drżeć. Pokazał zielonemu prawnukowi jak na wyciągnięcie dłoni kołnierzyk z błyskawicami:

– Zapamiętaj to. To była moja walka, choć uciekłem z niej. Nie żałuję i nigdy nie
pożałowałem, a tobie prawnuczku życzę, byś wiódł życie bez tego rodzaju wojennych
zawieruch. Zakopię teraz szybko te kufry i pójdziemy zaraz stąd. Przyrzekam. Tu bywają
watahy wilcze, ale co najważniejsze. Masz nikomu o tym nawet jednego słowa, nawet twojej
kuzynce – nic i kiedykolwiek. Nie zasługują na tę wiedzę.

Marcin parę lat później, już po pogrzebie pradziadka Mariusza w przypływie: zaufania,
bliskości rodzinnej, ale też z kiełkującej przekory przyszłego młodzieńca… Pokazał tę
skrytkę starszej o trzy lata kuzynce, mieszkającej w tym domu. Ku jego zdumieniu była
zdecydowanie szersza. Inaczej ją zapamiętał. Zupełnie była nie taka, co go zawstydziło.
Opowiadał jej, że jest malutka. Wyglądała obecnie jak długi, ale niezbyt szeroki prostokąt.
Marcin próbował podważyć ją sam, ale ostatecznie dokonali tego wspólnymi siłami. W
środku był rapier z grawerem, kilka run, dwie książki i broszura. Dotknęli wszystkiego.
Rzuciła się im w oczy szczególnie wygnieciona, lekko zbrunatniała kartka. Ona nie pasowała
do zadbanego stanu pozostałych przedmiotów. Była pod nimi. Sprawdzili od razu w
internecie, co mogli znaleźć. Książki były literaturą wewnętrzną SS. To były poradniki
rozpoznawania ,,ras”. Broszura dotyczyła Werwolfu. Przepisali jej tekst tak na raty w
tłumacza internetowego. Trochę się tam dowiedzieli, a trochę się domyślili. Była to
instrukcja kreślenia run i sigili w leśnych ostępach. Potrzebnych do komunikacji
niebezpośredniej tych grup sabotażowych.

Najbardziej ich zaciekawiła wyrwana strona tekstu. Widzieli na niej ślady krwi. Nie dawała
im dłuższy czas spokoju. Zachodzili w głowę, co tam może być napisane. Już jako dorośli
pojechali w tym celu do Drezna. Oszacowali później, że nieco chaotycznie zaplanowali swój
wyjazd... W zasadzie chcieli się tylko poradzić u kogoś z niemieckiego uniwersytetu.
Refleksja przyszła do nich później. Zadali sobie poniewczasie pytanie, dlaczego akurat tam, a
nie do Berlina albo Frankfurtu takiego, czy innego? Na pewno chcieli o to zapytać kogoś, kto by mógł przełożyć ten tekst na język polski. Oni sami nie dali z tym fragmentem rady.
Znaleźli odpowiedniego człowieka już na miejscu. W gabinecie instytutu słowiańskiego
zaczęli opowiadać tę historię na dwa głosy. Dopytywał ich i notował. Nauczyciel akademicki
podsumował wątki, powiedział po chwili namysłu, żeby przyszli tutaj za pół dnia – tak na
osiemnastą. Gdy wrócili, był wyraźnie zdenerwowany. Milczał, nie przywitał się z nimi
nawet. Odrobinę zaciskał pięści. Odparł po dłuższej chwili, że fragment jest kompletnie
nieprzetłumaczalny na język polski bez uszczknięć jego kluczowych sensów.

Po wierzchu opowiedział, że on dotyczy: metamorfoz, likantropii i wilkołactwa. Wygląda na lata trzydzieste ubiegłego wieku. Zgadza się też to, że na stronie jest zbrunatniała krew. ,,Ten opis zjawisk jest bardzo realistyczny. Autor tylko trochę stylizował go na język mitologii nordyckiej”. Podszedł do swojego regału. Wyciągnął z niego brązową teczkę. Zebrał z biurka kilka stron odręcznej rozpiski. Ponumerował ją i ona zawierała: polskie znaczenia słów, wyrażeń, frazeologizmów rozmytych, tych trawestowanych z tamtych lat, kilka motywów wędrownych oraz inne tego typu wątki. Zazgrzytała w międzyczasie jego kserokopiarka. Powiedział im, że w przyszłości mogą sami to zobaczyć… W oryginale – czego im życzy, bo znajomości języków nigdy nikomu za dużo. Uśmiechnął się tajemniczo i wyglądał tak, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć. Zamiast tego napisał jednak na teczce swój numer telefonu ,,gdyby coś ponadto was z tym nadmiernie gnębiło” i pożegnał się z nimi.

Nigdy nie wspomniał o tym swojemu ojcu. Kuzynka raczej też ani słowem swoim rodzicom.
Było dokładnie tak jak zawsze. Kilka miesięcy później ojciec Marcina popił sam parę piw przed telewizorem. Byli w domu jego ojca. Zawołał sobie swojego syna, będąc już w lekkim zamroczeniu. Nie wiadomo do końca czemu, zaczął mu opowiadać historię z jego lat młodzieńczych. Mieszkał wtedy bursie jako uczeń technikum samochodowego. Był jednak pewnego razu sam w domu rodziców na sobotę. Popalił tego dnia ,,popularne” ze skrytki jego ojca, a Marcina dziadka, i wziął sobie dla śmiechu ,,Kapitał” Marksa z jego biblioteczki. Nie po to jednak, żeby go czytać. O nie, nie, on to zrobił zdecydowanie później… ,,I to wyłącznie na potrzeby kursu w szkole oficerskiej”, jak to synowi starał się wyraźnie wytłumaczyć. Włożył w tę sobotę do środka książki klucz od ich drzwi wejściowych. Powiedział tajemniczo ,,duchu przyjdź” i powtórzył tę formułę jeszcze dwa razy. Nic się nie stało. Zero zmian. Posiedział jeszcze trochę w pustym domu, a następnie poszedł spać... Tak na rok, może dwa lata zapomniał o tym.

Przyszły jednak wakacje. Jedne z ostatnich przed jego wyjazdem do szkoły wojskowej w Toruniu. Chciał się pożegnać z Irkiem i Darią. Poszedł z nimi do pobliskiego lasu, jak to tam młodzi na Mazurach robią, gdy chcą być poza czujnym okiem dorosłych. Do rana biwakowali pod namiotami. Popili też trochę piw z Peweksu. Ojciec Marcina poszedł na stronę. W środku nocy i trochę dalej udał się na tę stronę, bo taki był ich plan… Właśnie tak byli dogadani – on i jego kumpel. Była noc, było ciemno – jak to w lesie, gdy nie widać gwiazd. Był dalej. Coraz dalej i nieoczekiwanie zaczęły trzaskać w pobliżu gałązki. Przed nosem przebiegła mu postać wyższa niż nawet jego ojciec. Była bardzo wysoka. Warczała, a następnie zniknęła, tak szybko, jak się przed nim pojawiła – w dodatku znikąd. Kompletnie go zmroziło. Jak już mógł poruszyć koniuszkami stóp, wrócił powolnym krokiem do obozowiska: po cichu, bezszelestnie, bez hałasu. Zapytał na starcie Irka, czy to był on. Ten wyczytał z jego twarzy, że chwilę temu coś było nie tak. Zapytał go jednak wpierw, w zgodzie z ich wcześniejszym ustaleniem, czemu zniknął… Po chwili wspomniał kumplowi, że byli dłuższy czas bardzo zajęci, ale też, że na pewno nie słyszeli warknięcia, ani innego głośnego pęknięcia jakichś gałązek. ,,Ty popiłeś za dużo Zbychu”... Dziewczyna potwierdziła te słowa.

Ojciec Marcina tu nagle urwał synowi opowieść. Być może się zamyślił, być może procenty zaburzyły mu dalszy tok myślenia... Jego syn chciał coś tam mu powiedzieć, ale do pokoju niespodziewanie wtargnął dziadek piętnastolatka. Miał oczy jak pięć złotych, wręcz wbiegł, by wziąć swojego syna za kołnierz i zapytać. ,,Dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałeś, przecież mnie też to tak kiedyś spotkało”... Ojcu Marcina w sekundę wyostrzył się wzrok. Dziadek Marcina zauważając go, wypuścił jego ojca z rąk. Ojciec Marcina spojrzał na swojego syna. On już wiedział, co to znaczy – miał ich zostawić. Tak jak to wtedy robił… Tu także wyszedł bez słowa, bo wiedział, że ,,dorośli chcą porozmawiać”. Tak też się najpewniej stało, ale reszta pozostała milczeniem.








Michał Nizgorski (ur. 1994) – publikował w „Asahi Shimbun”, ,,Dzienniku Trybunie”, „Tlenie Literackim”, „Zakład Magazynie”, „Helikopterze”, „Papierowym Żurawiu”. Jest współautorem kilku antologii poetyckich: Peronu Literackiego Biblioteki Kraków, Od wschodu do zachodu – antologii wierszy Polaków z całego świata. Redaktor „Zeszytów Poetyckich”. W Fundacji Duży Format wydał książkę poetycką Wypchnięty z gniazda (2024).

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page