Michał Kamil Zawadzki – sześć wierszy
- 29 gru 2025
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 2 sty
Krawat
Na kolejną mało znaczącą uroczystość
zakładam krawat od ciebie
Matka mówi że dobrze gdy
wyraźnie kontrastuje z koszulą
Przypominają mi się nasze kłótnie
zawiązujące się o wiele łatwiej
niż ten krawat
A tak niewiele brakowało żebym zapomniał
o jego pochodzeniu w mojej szafie
tak jak zapomina się po latach flagi odległych państw
tracąc o nich jedyną wiedzę
Matka jednak nie daje za wygraną
„Może założysz ten?” – wskazuje palcem –
a jej spojrzenie nadaje zupełnie nowe znaczenie
wyrażeniu „rozumieć się bez słów”
aż mogłaby dawać korepetycje dla par
Twoje imię na szczęście nie pada, choć
krople liter już zaczynają bić o szybę mózgu
przypadkowo sklejają się w słowa
z których dawno powinienem wyrosnąć
Kilkoma niedbałymi ruchami
próbuję więc sczyścić z gładkiego materiału
nitki przeszłości i twój piaskowy włos
co znów przywidział mi się
niczym woda na pustyni
Bądź spokojna
twój krawat nie prowadzi rozwiązłego trybu życia
nie wisi rozmemłany pod szyją, gdy piję z kolegami
nie tłoczy się żałośnie porzucony na dnie szafy
albo zaplamiony gdzieś w koszu z bielizną
Traktuję go z szacunkiem należnym wszystkim krawatom
Nikomu go nie pożyczam
nigdy nie jest moim jedynym ubraniem
nikt oprócz mnie go nie zakłada ani nie zdejmuje
gorąca dłoń żelazka pieści go z estymą
Wiążę go zawsze osobiście
zgodnie ze starą recepturą
wyciętą z nieznanej gazety
z czasów matczynej młodości
Blues niewolniczy
Lepiłem ciebie z masy solnej
hodowałem na ligninie jak rzeżuchę
zbijałem utopijny karmnik
byś przetrzymała kolejne zimy
Ziemia już dawno wchłonęła
tamte kasztany i zapałki
z których nieświadomie składałem
nasze karykatury
Wymyśliłem ciebie ani dzisiaj, ani nagle
i chyba tylko do tęsknienia
Teraz już straciłem pewność czy w ogóle mogłaś istnieć
Boję się czasu minionego bardziej niż tego przede mną
nagle lata stały się dojmująco pojemne
gdy przeliczyłem je na miesiące, tygodnie, dni
Tobie, zdaje się, ktoś już podarował pierścionek dla dorosłych
moje korale z makaronu malowane plakatówką
nie mogłyby z nim wygrać
Jadę rowerem na bulwar, dogrzewany resztkami promieni
na kolację jajko sadzone rozlane na niebieskiej patelni
twarz rozcina na dwie kotary zastygłe powietrze
ptaki z gracją anonsują rychłe nadejście wieczoru
Zazieleniony parkan, wystające dachy altanek
chwasty zawłaszczają nieopielone myśli
zebrane owoce krwawią i gniją
rdzewieje zamek w furtce
Pozostają krzyżówki w wytartym zagłębieniu fotela
długie przebieranie towarów podczas drobnych zakupów
wizyty w przychodni po kolejne recepty na lepsze przeżycie
msze dla niedowierzających i cmentarze
na których najlepiej grzebie się w przeszłości
Tyle szkół za mną i ciągle mam niepełne wykształcenie
Nie pracuję już trzeci rok, więc głupio wykpić się brakiem czasu
Trzeba powołać do życia nowe powody
i znów zadedykować je wszystkim nieprzeczytanym książkom
Wciąż brak odwagi
by zdiagnozować postępującą obojętność
Rentgen
Byłam na wyjeździe integracyjnym
w piątek imprezka, dużo tańczyłam
w sobotę obudziłam się
Bolało, ale nie spuchło, nie było czerwone, nic
Myślałam, że przejdzie
ale nie przechodzi
Tańczyłam wtedy z takim Krzyśkiem
miał trochę dziwną, flanelową koszulę
(wyglądała nieźle, ale tylko z daleka)
i dziwną diastemę
jak się uśmiechnął, był jednocześnie
przystojny i brzydki
A był jeszcze Robert, co przyniósł pigwówkę
niby swojej roboty, spróbuj, mówił,
sam robiłem. Trochę wypiłam, niezła nawet,
ale powiem panu
że chyba coś kupił w markecie i pomieszał
Jeden mnie zaczął ostro zarywać
w takiej niby stodole czy coś
Było tam trochę siana, leżymy,
on się zaczął do mnie dobierać, ale wie pan co
ja mu mówię ty się nie spodziewaj tutaj nic,
bo mam alergię, trawy teraz pylą,
w Panoramie mówili wczoraj.
I on wtedy powiedział, że Marlena to nie ma
takich problemów, wstał i poszedł
A ja rano się obudziłam
cała napuchnięta, nos zawalony
ledwo się podniosłam
No i tak
ani się porządnie nie przytuliłam, ani nie popiłam w sumie
i jeszcze stopa mnie boli
Muzyka to powiem szczerze, była taka sobie
te nowe piosenki wszystkie podobne do siebie
Średnio udany był ten wyjazd, się nie zintegrowałam
Czyli co
wynik tam w okienku i do pana doktora znów?
No, trochę utykam
najwyżej kogoś poproszę
Włosy
Włosy to potrafią wyrastać
w dziwnych miejscach
Zupełnie jak ludzie
On się tam wychował
albo bardziej przechował
Matka go chowała
przed ojcem
ojciec przed światem
Potem on pochował ich
W końcu go zabrali
teraz mieszka gdzie indziej
przerasta oczekiwania
wyrasta z przeszłości
Ale do fryzjera
ciągle boi się chodzić
Odrosty pamięci
wciąż bolą najbardziej
* * *
Czekam aż przejdziesz
zawsze mi przechodzisz
Po palcach, po oczach
w bezczasie, bezsensie
Czy biegniesz, czy drepczesz
zawsze mnie podepczesz
coś nadepniesz
Potem muszę z tym chodzić
muszę w tym brodzić
znów sobie szkodzić
odgrodzić
odsapnąć
odwrócić napięcie
w oczy nie patrząc
Powoli gasnąć
dorosnąć, zamrozić
przecisnąć przez miasto
Zaraz znów dzień
by stanąć w znanym rzędzie
Teraz tylko nie tonąć
na wprost płynąć
Przydeptać i odesłać
przyklasnąć
Próbować zasnąć
bo zaraz jasno
Zbyt jasno
by zbłądzić
Morze
A może
gdybym miał pewniejszy chód
silniejsze dłonie
I brał ją w ramiona jak dziecko
chwytając wzrokiem tę zwiewną
oczu iskrę
Może gdyby ojciec
nie był tylko moim sąsiadem
Nauczył mnie polować
zbierać grzyby i jagody
rozliczać podatki
Nazywać drzewa i chmury
parkować tyłem
pływać kajakiem
i zawsze z prądem
Może gdybym
nie pchał serca w gips
nie notował wierszy
na końcowych przystankach
Miał jakieś mięśnie
jakiś plan
i lepszy wzrok
Mieszkała kiedyś na osiedlu
z metalowym pegazem skrytym w zieleni
Patrzę na mapę
szukając którym traktem
mogła latać nim do szkoły
Nasze źródła wyschły
słowa na powrót stały się
wyrazami
Może
takie płytkie słowo
tak łatwo się w nim utopić

