Marta Bocek – trzy wiersze
- 28 kwi
- 2 minut(y) czytania
Wielki Wóz
Nie znam większej nocy niż tam. Nie trzeba zamykać oczu, tak jest gęsto, smoliście.
Kto nieprzyzwyczajony, to strach, że nie widzi.
Noc rozciąga się po równo we wszystkie strony. Pachnie wilgoć i papierówki.
Psy zaczynają próbę chóru. Krowa wydojona, kury policzone, śpią, a może muszą,
bo akurat są ślepe. Mleko przecedzone, porozlewane do baniek.
Wszystko ustaje skąpane w czarnym syropie, to i dobrze, i źle.
Dobrze, jak do łóżka i spać zaraz, bo jak nie, to źle. Smutki wychodzą, rozpamiętywanie
jakieś, które w bólu pleców drzemało, tam w dole, w krzyżach, a teraz cicho i miękko,
to wyłazi. Nie ma na kogo ani na co winy zwalić, rąk zająć, choćby grabiami, pszenicą
dla kur czy kartoflami ze śrutem dla świniaka.
Ale ona spała i śniła o krowie zdrowej i mlecznej, o wozie pełnym siana, kąpaniu w Tanwi,
udkach z kurczaka, o kolorowych apaszkach, i o tym, jak wnuczka już będzie dorosła.
Przedrzeć się przez to czarne. Smoliste. Nie znam większej niż tam.
Zadrzeć głowę, bo tuż nad domem, którego zarys zawsze widoczny,
świeci Wielki Wóz.
Betelgeza
Konstelacje to dziecięce zabawy w łączenie kropek.
Lubiłam to, linia chwiała się,
ale znajdowała brata, siostrę.
Kapryśna pajęczyna. Byk, pies, trójkąt, ciało.
Gwiezdne punkty gubią się, widzę tylko jasną
geometrię lata: Deneb, Wega, Altair.
Głodne ślepię Syriusza. Klejnot, czyli Arktur.
Roześmiana Korona Północna. Zrozpaczona Kasjopeja.
Do znudzenia Wielki Wóz. Łabędź, Orzeł i Lutnia.
Zimą głaszczę ramię Oriona z Betelgezą, która podobno
wybuchła, ale potrzebuje czasu na wyrok.
Bellatrix, Rigel, Betelgeza. Jest czy jej nie ma?
Imiona znaczące, trudne i piękne.
Jak w niebie, tak i u nas, tu, na Ziemi.
Nazwami ściągnęliśmy je dla siebie.
Światło stało się jasne, bliskie.
Jest czy jej nie ma? Wyciągam dłoń,
ona jak Betelgeza śpi pod pachą, w lewo,
podtrzymuje ramię, bije, teraz i potem.
Łączę kropki. Wszystko staje się
jasne.
Nocny lot
Tłumy zasiewają ból głowy.
Czy to szary pies biegnie z pianą u pyska?
Potem już cisza. Wszyscy poukładani
w swoich fotelikach.
Za czarnym okiem szum silników
powinien uspokajać. Usypiać jak okrągła tabletka.
Ale nie.
Sen jak lot: opóźniony.
Włosy układają się w macki.
Przeżuwam i trawię twoje
dłonie, usta, powieki.
Nie chcą się wysłowić.
Czy to szary pies biegnie?
Podpełza na dzień dobry
czuły pas lądowiska.

