top of page

Marian Lech Bednarek – O zbiorze esejów „Odyseje” Stefana Rusina

  • 29 gru 2025
  • 15 minut(y) czytania

  


Wchodzę do galerii w muzeum wyobraźni Stefana Rusina, a tu pełno portretów na ścianach wisi. Podchodzę bliżej i widzę portret Konstandinosa Kawafisa. Dalej Bolesław Leśmian, Anna Achmatowa, Marina Cwietajewa, Krzysztof Kamil Baczyński, Józef Baran i Urszula Benka. Wszyscy wiszą i patrzą na mnie duchem rozkwitniętego informelu. A ja zdębiałem i wracam do początku obrazów. Zagłębiam się w szczegóły portretu Kawafisa. Szczupła twarz w okularach, przypominająca ptaka, który dopiero co nadziobał się robaczków egipskiej ziemi.

Zabłąkany w miłości spokoju rzucił realistyczne światło na ruchliwy pędzel Stefana Rusina. Artysta ujrzał w krawacie greckiego poety wzory rozbryzganych fal rzeki Potomak. Ale któż lubi zwykłą glinę, jeśli chodzi o piękno tryskające z wiersza „Apoloniusz z Tyany”. A nastrój kolorów wychwycił Rusin w zdaniu: „ i niekiedy jakieś niematerialne, zwinne, nieuchwytne widmo leci nad tymi wzgórzami”. „Kawafis był artystą słowa, a pomimo tego nie wiedział, jak wyrazić swoje wewnętrzne rozdarcie i smutek. Taki wyraz twarzy można właśnie znaleźć we wszystkich autorskich portretach Stefana Rusina, które nawiązują do tragicznego życia Odyseusza.

Wrzesień 1903

Chociażby iluzjami pragnę się oszukiwać,
by nie odczuwać jałowości mego życia
Wielokrotnie byłem tak blisko,
lecz obezwładniony, pełen lęku.
Ust nie mogłem otworzyć,
gdy wewnątrz mnie płakało moje życie
Tyle razy byłem blisko tych oczu,
tych ust gotowych do miłości,
tego ciała, o którym śniłem i które kochałem
Tyle razy byłem tak blisko.

Grudzień 1903

I chociaż o miłości mojej nie mogę nic powiedzieć,
ani o twych włosach, ustach, oczach –
jednak twarz twoja, którą przechowuję w duszy,
dźwięk twego głosu, który trwa w moim mózgu,
dni września, objawiające się w mych snach,
nadają kształt i ubarwienie moim słowom, zdaniom,
o czymkolwiek mówię, cokolwiek wypowiadam

Bohaterowie w jego wierszach młodzi i piękni. Szli na spotkanie z miłością dopiero po nocy, o zmroku, w okolice nadmorskich bulwarów i nadbrzeży, a nie do hoteli, gościnnych pokoi przy restauracjach i oberżach, gdzie się uprawia uznane rodzaje miłości, pisze autor S.R.

Następny portret w złotych ramach. Na środku długi, orli nos i niebieskie, przenikliwe oczy Bolesława Leśmiana.Czuprynka na głowie rudawa i mały wąsik pod nosem. Brwi ułożone z różnych małych, kochanych kobiet, jakby uplecione z nich. Semickie rysy twarzy; jakże o nich wiele wiemy, gdy spojrzymy w historię przodków, myśli autor esejów. Niemiecko-żydowscy przodkowie Leśmiana ukazują się w jego dużych uszach i nadal słuchają kto chce rządzić tym światem? Malutki człowieczek o dużych stopach i drobnych dłoniach, utopiony w pięknych kobietach jak w trawie, pisze wiersz „Prolog”, jako obraz całkowitego oderwania się od życia.

Prolog

Dwa zwierciadła, czujące swych głębin powietrzność,
Jedno przeciw drugiemu ustawiam z pośpiechem
I widzę szereg odbić, zasuniętych w wieczność,
Każde dalsze zakrzepłym bliższego jest echem
Dwie świece płoną przy mnie, mrużąc złote oczy
Zapatrzone w lustrzanych otchłań wirydarzy:
Tam aleja świec liśćmi złotymi się jarzy
I rzeka nurt stężały obojętnie toczy
Widzę tunel lustrzany, wyżłobiony, zda się,
W podziemiach moich marzeń, groźny i zaklęty
Samotny, stopą ludzką nigdy nie dotknięty,
Nie znający pór roku, zamarły w bezczasie
Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca,
Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa,
Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca…
Gdy umrę, bracia moi, ponieście mą trumnę
Przez tunel pogrążony w zgróz tajemnych krasie,
W jego oddal dziewiczą i głębie bezszumne,
Nie znające pór roku, zamarłe w bezczasie
Gdy umrę, siostry moje, zagaście blask słońca,
Idźcie za mną w baśń ową, gdzie chór gromnic czuwa,
W baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca!

Jednak urzędnicza zaradność i zdolności notariusza Leśmiana rzucają trochę światła na zawirowaną ciemność kolorów malarza esejów. Leśmian nadal zakochany w pięknych kobietach i w płonących myślach filozofa Henri Bergsona wpada z kobietą w krzaki malinowe i pisze wiersz:                

W Malinowym chruśniaku

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała
A szept nasz tylko wówczas zacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała
I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty
Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni,
Z trudem przez nas wykrytych Gniew nasz w słońcu pała!

Śpieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni,
Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała.

Ciągle to trwało u Leśmiana, kosmiczne  pożądanie, aż nagle pomyślałem w tym szkicu, że trzeba dać moją malinową, współczesną odpowiedź.

Maliny polskości 

W malinowym chruśniaku tysiące malin się skrzyknęło 
by ruszyć na wojnę z kim się da. 
Różne naczynia ustawiły się jak do wystrzału 
i dawaj sypało się to wszystko, sypało czerwone 
aż ślinka ciekła. 
Jasne pola dudniły od słońca, 
a tu góry malinowej amunicji rosną, 
przelatują nam przez palce różne szczyty 
ambicji, wymierzone jak snajperskie pocałunki. 
Komendy padają, losy wrogów na gałęziach 
się kołyszą opłakane ciszą. 
Wciąż wynurzają się z ciemności krzaków 
nowe bataliony, by czmychnąwszy do butli 
wystrzelić nalewką spirytusową 
w łeb emigrantów. 
Ach jakie słowa padają przy malinach, 
nawet Putin i Trump nie rozgryzą tych szyfrów 
wojennych, bo nie znasz dnia ani godziny 
kiedy dopadną cię maliny. 

                                 Marian Lech Bednarek

Maliny też dopadły Stefana Rusina, zwłaszcza jako malarza. W poświacie czerwonych mgieł unoszą się tu i tam na wystawie jego wyobraźni. Na przykład w obrazie „Nie ma fauny i flory.Jest odrobina wyobraźni”,pastel. Wyobraźnia ta namalowała jeszcze inne zacne portrety poezji światowej.

Spotykam kolejny portret. Tym razem w ciemnych, dramatycznych ramach ludzkiego żywota. To portret Anny Achmatowej. Jak pisze autor, poetka wzięła to nazwisko jako pseudonim po swojej prababce Tatarce Praskowii Achmatowej. Stało się to wtedy, gdy ojciec z matką ( o nazwisku Gorienko) nazwali pisanie wierszy  przez Annę zajęciem haniebnym .Z obrazu patrzą egzotyczne rysy twarzy, lekko wygięty nos, szare duże oczy i długie ciemne włosy. Po prostu kobieta do poderwania, tancerka. Ale właśnie taki Anna miała los: mnóstwo kochanków, mężów, ślubów. Ale i dużo zła i prześladowań ze strony Stalina i jego sługusów. Ale ludzie coraz bardziej uwielbiali jej poezję. Autor S.R. dobrze uchwycił w tym obrazie literackim olbrzymi dramat Anny, posługując się ciemnym kolorami ludzkiej biedy, która Annę pochwyciła w szpony gruźlicy, zawałów serca, braku pieniędzy i wielką samotność, którą powiększali otaczający ją rodzice i mężczyźni zdradzający ją. Anna nie kochana przez męża, napisała poniższy wiersz:

Lubił trzy rzeczy na świecie:
śpiew podczas nabożeństwa,
białe pawie i przetarte mapy Ameryki
Nie lubił, kiedy płaczą dzieci,
nie lubił herbaty z konfiturą z malin
i nie znosił kobiecej histerii
…A ja byłam jego żoną.

Ale Annę wielu mężczyzn kochało, bo była piękną kobietą, o pięknym glosie. Co wykorzystywała jako różne tajemnice miłości, tryskającej z jej wierszy. Jej późniejsze sukcesy literackie i sława świeci u Stefana Rusina jasnymi pastelami słów, które można podziwiać w kolorach na różnych wystawach autorskich. Widać portrety radosnych, trochę baśniowych ,pięknych młodych kobiet, namalawanych suchą pastelą. Kojarzy mi się to wszystko z ogólnym osobowym pięknem Anny Achmatowej, która czaruje do dziś swoją poezją, choć  jak wiemy, już dawno nie żyje.

Zwiedzanie wystawy Stefana Rusina ciągle trwa. Muszę powiedzieć, że po przeczytaniu eseju o Marinie Cwietajewej, jestem cały zdruzgotany, aż mi paleta z rąk wypadła, bo też jestem malarzem, co bardzo wpłynęło na uformowanie się portretu tej poetki we mnie. Zacznę, jak zwykle od ram.Tym razem ramę portretu dostrzegłem jako podwójną. Pierwsza jej część wygląda tak:   

Marina Cwietajewa  (fragment wiersza )

Po powrocie z emigracji
stałam się dla nich obca
Córka w łagrze Siostra na Syberii
Mąż w więzieniu
Syn nie mógł się pogodzić
z naszą biedą
Zakazano druku moich wierszy,
przecież mogły być komuś potrzebne,
może nawet jak chleb
Przekładałam tylko drugorzędnych poetów.

Drugą częścią ramy portretu jest ogień, rama z ognia miłości, której Marina pragnęła i która jej osobą promieniowała. Po środku portretu siedzi pogodna kobieta o ciemnych oczach, skrywających prawdę duszy, rudo-złote włosy. Lekko się uśmiecha. Kochała różnych mężczyzn, a oni ją, ale kochała też niektóre kobiety. 

Te dwie części ramy mieszają się ze sobą, aż ciężko postawić kropkę zakończenia tego mojego szkicu. Stefan Rusin pisze: „Dbała o to, by jej poezja była odważna i oddawała jej czasy pełne tragizmu i politycznych zawirowań. Zajmowała się w niej tym, co wielkie: życiem, miłością, śmiercią, sztuką, wyjątkowymi twórcami. Emigrację rosyjską drażniły jej odważne eksperymenty nad wierszem”. Gdy rozkwitła już poetycko i żyła ciągłym pragnieniem miłości, zaczął ją niszczyć Stalin i jego NKWD, nawet poza granicami ZSRR. Marina Cwietajewa opisuje to w  drugim fragmencie wiersza:

Straceńcza odwaga opuszczała mnie
Dłużej nie mogłam iść pod prąd
i przyjmować pogardy
Ojczyzna to złudzenie
Oficjalnie pracowałam
jako pomywaczka
Gdy syn z mieszkańcami Jełabugi
porządkował miejsce
pod przyszłe lotnisko, 
w sieni odebrałam sobie życie
Moim zwłokom nie odprawiono panichidy
Nikt nie wie, gdzie je pochowano
Ale nie zapomniano o haku,
by go pokazywać pątnikom.

A zatem, smutno pisząc to zdanie, Marina Cwietajewa odebrała sobie życie ( powiesiła się na linie), ale zostawiła po sobie piękne, przejmujące wiersze i smutek w duszy Czytelnika. I to musieliśmy jakoś razem wymalować ze Stefanem Rusinem, bo on  malarz-poeta i ja malarz-poeta. Zwiedzam więc dalej muzeum portretów jego wyobraźni i  i mojej.

Następny portret to Krzysztof Kamil Baczyński. Ten obraz też zaskakuje ramami, bo zbudowane są one z karabinów maszynowych, które mnie prowokowały, żebym sprawdził czy mają w magazynkach  jeszcze naboje. Wolałem jednak spojrzeć na postać poety namalowaną przez Stefana Rusina. Twarz raczej delikatna, ukryte mądre spojrzenie szaroniebieskich oczu i włosy ciemnoblond. Siedzi przy stole, na którym leżą ołówek, kartka, pióro i karabin maszynowy powstańca. „Ponieważ nie odnajdywał się w schematach ideologii”, jak pisze autor, ja myślę że umiejętnie łączył konspiracje, bojowe akcje z pisaniem wierszy i rysowaniem. O swoim pokoleniu napisał tak:

Nas nauczono. Nie ma litości.Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
Któremu kości kijem złamano,
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci.
Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.

fragment utworu K.K. Baczyńskiego "Pokolenie", 22 lipca 1943

Baczyński to poeta apokalipsy spełnionej, legenda. To miłość i wojna, baśniowy świat przyrody i brutalna rzeczywistość, teatr snu, symbolika poetyckich obrazów, kumulacja wrażeń zmysłowych (zapach lilii, biały wąż milczenia, szum morza, miękkość obłoków). Miłość jest sacrum, sensem życia, przynosi ukojenie.
Ponieważ patronami poezji Baczyńskiego byli Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Czesław Miłosz, Józef Czechowicz, autor eseju  S.R. zaczął robić dużo kleksów na płótnie kartki.Przeważały brązy, czernie, czerwienie i żółcienie. Zielenie pojawiły się wtedy, gdy Baczyński uczył się w różnych szkołach. Czerwienie i czernie  wtedy, gdy poeta strzelał z karabinu i ocierał się o śmierć. Błękit pojawiał się wtedy, gdy Krzysztof przytulał kobietę i pisał wiersze o miłości. Kiedy autor eseju pisze „Właśnie w tym liceum zdarzały się przypadki zachowań ksenofobicznych i antysemickich wśród uczniów”. Bo Krzysztof wśród wrogów się znalazł, rozpętała się krwawa bójka między Polakami a Żydami. Żydem był również profesor-wykładowca. Nad klasą unosiły się szepty Zyyyt, Zyyyt, nie Żyd, tylko Zyyyt, Zyyyt. I właśnie w tej klasie rozbluzgały się wszystkie kolory malarza, a właściwie wszystko zamieniło się w różne kleksy,  najbardziej te czerwono-czarne. Artysta Stefan Rusin przemówił  informelem kleksowym jak Pollock, a zarazem zdaniem-myślą.
Stanisław Piętak (1909-1964) napisał:

„Sylwetkę miał jeszcze chłopięcą, a wzrost mniej niż średni, twarz szczupła, oczy szare, trochę zmęczone, chory był ciężko na astmę, nie ukrywał tego (…) był dowcipny, wymowny, o żywiołowym poczuciu humoru. Przy tym zadziorny był po młodzieńczemu, najwięcej opowiadał o bojowych akcjach, sam co raz rwał się do nich, już wtedy zamierzał wstąpić do konspiracyjnej podchorążówki, na co patrzyłem bardzo sceptycznie”. Kleksów dużo w tym eseju malarza, aż Baczyńskiemu zatęskniło się za dzieciństwem, więc pisze:

 Matka

Sny dziecinne pachniały wanilią.
Jak oderwać to życie od trwogi?
Te dni jak małe bożki w oliwkowym lesie –
– wyrosły z nich dorosłe wilki i ogień
opaliły sosny strzelistych uniesień. […]
Matko,
jeszcze jednym uśmiechem sprzed lat dwudziestu
przywróć mi wzrok dla świata
dziecięcy.

[fragment utworu K.K. Baczyńskiego "*** (Sny dziecinne pachniały…)", 26 października 1940]

Po kolejnej akcji bojowej powstania warszawskiego, Krzysztof nie wrócił już do swoich wierszy, rysunków, grafik. I do życia. Został trafiony kulką w głowę przez niemieckiego snajpera.. Na płótnie kartki eseju znowu pojawiły się czerwone kleksy krwi. Ale przed jego zakończeniem malarz-poeta prysnął też niebieskimi plamkami (i widać było że z dużym rozmachem to zrobił). Prawdopodobnie to dusza Krzysztofa Baczyńskiego odlatywała do nieba.

A teraz podchodzę do portretu Józefa Barana. Jak zwykle, zaskakujące ramy obrazu. Zbudowane są z kosy, grabi, motyki i łopaty. A więc narzędzia rolnicze, poprzez które poeta zaczynał poznawać życie na wsi. Ale pisząc kolokwialnie, Józef Baran, to nie baran, jak na niego mówili koledzy w dzieciństwie. Józef Baran to kot o ciemnych oczach, który potrzebuje ciepła i wolności .Jest średniego wzrostu, okrągła twarz, duże uszy i ciemne oczy, krótki nos podparty siwym wąsem. Włosy krótkie, ciemne, pokryte siwizną. Oparty jest plecami o stodołę, patrząc w dal, która mu przyniesie dużo niespodzianek w życiu. Poeta-malarz tego eseju wyrzucił z siebie cały potencjał kolorów związany z kolorytem desek szopy. Gdzie nie gdzie widać było pęknięcia, sęki i ociekający smugami olej jak łzy życia Józefa Barana, które dopiero zaczynał przenikać jako poeta. Pewnego dobrego dnia napisał wiersz:

Śnił mi się Artur Sandauer

Śnił mi się Artur Sandauer
jak na nieżyjącego
wyjątkowo ciepły i ożywiony
– pan sobie nie wyobraża
powiada
– co to za rozkosz
dla prawdziwego krytyka
być Nicością
uzyskać wreszcie
dystans absolutny
do wszystkiego
nawet do Rilkego i Mallarmego
Goethego i Homera
czytać te ich pożal się boże
arcydzieła
bez ziemskiej taryfy ulgowej
z perspektywy Ostatecznej
– no cóż
zawsze chciał się pan zbliżyć
do tej boskiej perspektywy
– jakby pan zgadł
westchnął melancholijnie
z bardzo daleka i wysoka
– niech pan jednak nie zapomina
że do osiągnięcia tego
brakowało mi zawsze jednego
dystansu do siebie
samego
a teraz właśnie to mam
jeżeli śmierć jest mistrzynią życia
niebyt jak dotąd
najdoskonalszą formą
nieomylności
objawił mi
przez sen
swój najnowszy paradoks
nim
jak to on tryumfalnie 
rozpłynął
się na powrót
w nicości

Był wtedy młodym „dobrze zapowiadającym się” poetą z prowincji. Dlatego w dalszej części eseju Stefan Rusin przeorał Józefem Baranem  (jak pługiem) pola Australii, Ameryki  Południowej i Północnej, gdyż poeta napatrzony od dziecka na rolnictwo i całą przyrodę posiadał idiom swojego języka – jakby już wrodzony, bo gdy spojrzał na kosę, to ona podobno aż śpiewała. Wszędzie czuły na konkret i atmosferę wsi. Dlatego rodzi się wiersz:

Przed świat idące nawoływanie
zakochaj się we mnie
ja się odwzajemnię
wczepimy się w siebie
bez tchu i bezdennie
ja skryję się w tobie
ty się skryjesz we mnie
śmierć nas będzie szukać
po świecie daremnie  

Pod wrażeniem myśli buddyjskiego mnicha Shunryu Suzuki  (1904-1971) poeta pisze w swoim dzienniku:

"Są ludzie, którzy w którąkolwiek stronę się obrócą i cokolwiek powiedzą, natychmiast stwarzają wrażenie jałowej pustyni, a zarazem potem lejkowatej pustki, która wsysa do środka, tak wszyscy od nich uciekają. I są ludzie, którzy cokolwiek powiedzą czy uczynią, powodują, że rodzi się wokół żyzna słoneczna okolica, słychać śpiew ptaków, szmer źródełka i czuć pogodną aurę; dlatego chce się z nimi jak najdłużej obcować, rozmawiać, bo człowiek czuje się w ich obecności  bogatszy i ciekawszy." I tu Stefan Rusin idąc tropem buddyjskiego Zen, maluje aurę sielskości pejzażu, wszystko suchą pastelą, by uspokoiwszy Czytelnika, podsumować biedę Barana w cywilizacji Zachodu. Ukazuje to poniższy wiersz:

Wspomnienie pierwszego wyjazdu na Zachód
tyle zachodów
i wreszcie
Zachód!
sezamy
świateł i towarów
otwórzcie się!
Paryż 1978
słyszę przez okno
motelu Sous une Tulipe
miarowy stukot
obcasów
to kroczy ku mnie
wieczny emigrant Stanisław Mrożek
dostojnie jak bocian
z Borzęckich łąk
(gdyż jako satyryk
jest szczególnie uwrażliwiony
na własną powagę)
będzie uczył ziomka jeździć metrem
właśnie oderwał się od pisania Emigrantów
zagląda do otwartej szafy
w mojej mansardzie
z sublokatorami molami
i widzi puszki konserw
jest bardzo kontent
tak, tak! – potwierdza autorytatywnie
wszyscy Polacy
wyjeżdżają do Paryża z konserwami
zgadza mu się
jest jak w jego sztuce…

W końcu Stefan Rusin zniesmaczony złymi prognozami Ukrainy z Rosją, przechodzi do tematu wojny. Wystrzały wszystkich jego kolorów na palecie zamieniają się w strach ludu Ukrainy przed bombami i przybywają wiatrem pod pióro Józefa Barana:

Ukraino Ukraino

Ukraino Ukraino
czarnoziemna kraino
szkielety domów poburzonych
miliony
bezdomnych
wypędzonych
ciągną drogami ulicami
kobiety z dziećmi z psami
z tobołkami
ich żywe miasta obrócone
w kamień na kamieniu
w perzynę
Ukraina Ukraina
cierpienia kraino
Chrystus na krzyżu umiera
ty we mnie Ukraino śpiewasz
pieśń o dzielności
sen o potędze
czy zawsze musi się za to płacić
krwią ofiarną
(…)
Ukraino Ukraino
otwarta brocząca krwią rano
całaś nią już zalana
gdy wypuszczasz z siebie skrzydła
stale obcinane
mieczem najeźdźcy…

I pod koniec wiersza schodzimy do  naszej codzienności:  Ukraina, krew, Chrystus, cierpienie, ból emigracji przeszywający cały nasz świat (a szczególnie Europę). W tej sytuacji niejeden człowiek, niejeden poeta chciałby zostać tylko kotem, któremu wystarczy trochę ciepła i miłości. A przede wszystkim artystycznej wolności, która aż pachnie w jego wierszach.

Nie wiem, jak to mitologicznie wytłumaczyć, ale po przeczytaniu eseju Stefania Rusina o Urszuli Bence, przychodzi mi jedynie do głowy pragnienie, żeby ten szkic o poetce napisać jako ptak. Nie wiem czy dam radę? Określić ramę i samą poetkę. Ale stoję już przed obrazem. Ramy jakby nie było, wokół obrazu dużo mandarynek i pomarańczy (widać że Rusin tu narozrabiał). Patrzy na mnie łagodna, w dojrzałym wieku kobieta o niebieskich oczach i bujnych włosach. Ale sprawa się bardzo skomplikowała, gdyż ja też kiedyś namalowałem dwa portrety Urszuli. Jeden był prawie realistyczny, który już kilka lat wisi na ścianie w jej domu. Drugi portret w tym roku namalowałem (2025). To portret jakby surrealistyczno-dadaistyczny. I w formie i w kolorze. Poetka tańczy nad sobą smukłymi, drobnymi rękami. Na głowie siedzi jej bardzo kolorowy ptak. Otoczona jest chmarą niebieskich i czerwonych gwiazd. Nad Urszulą świeci duża niebieska  gwiazda .A  pod  Urszulą zaś czerwona, większa od niebieskiej. Siłą rzeczy nałożyły się na siebie dwa portrety. Ale jak to u Urszuli, ona to lubi, bo codziennie w mitach baraszkuje, że tych portretów Urszuli jest na świecie o wiele więcej. Jako królowa mitów, zakochana w Leśmianie, żartuje sobie wierszem:

Ballada o zakochanym wisielcu

no to cóż z tego, że cię kocham – wisząc?
i że nie pieszczę
tylko się wstrząsam –
spróbuj ty także obok mnie zawisnąć
ty najpierw w górę wzniósłszy włosy
potem ciałem do włosów nadążyć:
spróbuj od wewnątrz
tak spiąć się
potem przewiń się przez śmierć i przez miłość:
z miłości upleć dla szyi stryk
ze śmierci – dla bioder grzech
potem przewiń się przez śmiech
a to już wiatr
tak ciałem kołysze
a i duszą
tuż obok na strychu
wtedy diabli nam otchłanią poruszą
jak chorągwią
jak złością
a Bóg wierny i sprawiedliwy
na wywalone nasze języki
grosz położy
z litością

Po czym  Stefan Rusin po malarsku odkrywa, że nastroje grozy, milczenie, emocjonalne rozdarcie, stapianie się w nicości Urszula wywiodła ze swoich majaków sennych, a nie z rzeczywistości. Odczuwając ostatnie godziny życia swojego męża malarza, pisze wiersz:

Ostatnie spotkanie

za każdym razem gdy chwytasz mnie w ramiona wiem
że to spotkanie jest ostatnim w życiu i tylko powtarza się
przez kolejne noce
w ich czarnych wielogodzinnych lustrach
gdzie czeka na nas ten chłopczyk
z płonącym na piersi kwiatem
a my nie śmiemy podejść gdy dwoje naszych serc
to tylko wyraz oczu tego chłopca

                  á Paris, place Monge, le 13 janvier 84

Stefan Rusin dopowiada:  „Stanisław Barańczak w zaproszeniu Benki na Uniwersytet Harvarda zwrócił uwagę na pojawiający się nurt mistyczny w poezji Urszuli Benki”. Dużo wierszy u Benki powstaje ze zwidów nocnych, zjaw, jakby poetka szukała przyczyny istnienia, zamieniając to w poezję. Na przykład TY.

Cokolwiek z nad wód powstaje. Dopiero dziś
narodził się, pełen zranień.

+            +          +
Świętość skażona jest nicością, na drogach są ślady bestii.
Człowiek, gdy idzie jedną z tych dróg, myśli o zbawieniach,
o odrzuconej łasce, o pokucie.

Świat Urszuli Benki to jeden wielki informel odczytany przez Stefana Rusina. W tych wszystkich wierszach leją się setki litrów różnych kolorów, charakterystyczne smugi rzeki. Wszystkie tematy są płynącą farbą. Ale poetka przywykła do takiego świata u boku swego męża  malarza Urbanowicza, kiedy jeszcze żył. „Obrazy w wierszach są gęste od znaczeń”, potwierdza to autor eseju. A poetka w opowiadaniu „Triamat”, o stosunkach damsko-męskich pisze:  „Jedynym wyjściem-czułam coraz mocniej – jest w sposób naturalny skończyć romans”. Ulubionymi tematami rządzenia
Ludźmi i historią, wszechświatem kultury i piękna, jest dla poetki Jezus Chrystus, Orfeusz, Eurydyka. A zaskakująca scena pojawia się wtedy, gdy Orfeusz zjada Eurydykę. Ale i Orfeusza w końcu dopadają bestie (menady) i rozszarpują go na strzępy, które potem zbiera Chrystus i czyni tak, że robaki, zwierzęta, ptaki dalej słuchają śpiewu Orfeusza.
Ale jak znam Urszulę, ona na to z lekkością odpowie: „Księżyc się pokłócił z jajkiem”. I to jest cała odpowiedź, dlaczego Chrystus swoim  spokojnym milczeniem zwycięża Heroda, który Jezusa chce namówić do dokonania jakiegoś cudu. Ale Jezus jest nieugięty i swym milczeniem zachęca Urszulę, by dalej kontynuowała swoją opowieść o księżycu i jajku:  

Duszę ci moją dam jak wianek
Będziesz w wianku
Niebieski kochanku
Niech Trójca się z nas śmieje

I następna rozróba poetycka Urszuli:

Oj, kwoko moja biedna
Wysiadujesz jaja piekła
Twoje własne złote rozbite
Płyną przez ulicę
Może tymi piekielnymi zabawmy się i my
I niech teraz piekło łyka łzy
I niech kuka żałośnie kuku kuku gdy kot-Jezus się skrada
Dopaść ptaka

A potem padają święte słowa, napisane jakby samym światłem przez Stefana Rusina: „Jeśli dobrze rozumiem Benkę, człowiekowi dane jest doświadczenie pełni, a więc tego, co współtworzy jego duszę. Swoją drogę powinien przebyć od społecznego dna aż do tronu. Musi pozbyć się lęku, bo ma tylko siebie, jako klucz do tego skarbca. Choć napotyka przeszkody różnej postaci, otwiera się przed nim możliwość zachowania pełni tożsamości i zdobycia skarbu. Każda rana, jaką doznaje, jest święta. Rana inicjująco „daje mu nowy rodzaj widzenia”. Nagromadziło się tyle dobrych kolorów i dźwięków na palecie malarza-poety, że aż mu spadł pędzel ze stołu i zrobił kleksa w formie wiersza, który jest pochwalą wielkiej intuicji, jak pisze Urszula:

Wieprze stały wokół głowy jak wieniec
Wpatrzone w oczy i usta
Nie myliła ich intuicja
Język Orfeusza był słodki melodyjny
Jego oczy były smaczne lekko słone
Po rozgryzieniu czaszki świeży mózg
Zwierzęta zlizywały z tą godnością
Jaką daje usłuchanie Boga
Boga piękna Boga wiecznej sztuki

Uniesiony w glorii pochwał i zachwytów różnych znanych polskich i zagranicznych krytyków, którzy o poezji Benki aż śpiewają,  ja nie wiem jak tu podać Urszuli moją prawdziwą rękę. Bo jak szkicuję te eseje Stefana Rusina malarza-poety, to mi pismo kruszeje. Ot…, zdobywanie wielkiej twierdzy, która mi szepnęła grubymi murami: „ Już nie będziesz żył nigdy w nędzy, drogi Marianie. Postaw tylko kropkę z uśmiechem, a znajdziemy się w cudownym puentowym lesie”. Ale muszę powiedzieć, że dla mnie, jako też malarza-poety, to był wielki trudny zakręt ,to pisanie, z którego, mam nadzieję, wyszedłem cało, nie poobijany jak po wypadku, by dalej obserwować  ciekawy rozwój duchowy świata poetyckiego  mojej przyjaciółki Urszuli Benki, i jej świata codzienności, w którym na pierwszym miejscu żyją dom z ojcem-staruszkiem  i  jej ulubiony ogród.

Książkę „Odyseje” Stefan Rusin wydał za własne pieniądze.





Marian Lech Bednarek (ur. 1956) – poeta, prozaik, malarz, twórca teatru. Autor m.in. tomów Kawałek życiorysu, Granice–Graniczki, Kim jestem?, Widowisko i Prowincja – wybór wierszy, a także zbiorów prozatorskich Sianoskręt i Zapiski. Publikował w „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Toposie” i innych pismach literackich oraz w międzynarodowych antologiach. Zrealizował ponad 30 teatralnych przedsięwzięć – spektakli, performance’ów i happeningów – prezentowanych na najważniejszych festiwalach w kraju i za granicą. Były redaktor naczelny pisma „Plama”, założyciel Przewoźnego Klubu Literackiego w Rybniku, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Czernicy koło Rybnika.

     Redakcja:  Krzysztof Śliwka,  Mirosław Drabczyk
                        Ilustracje:  Paweł Król 

  • Facebook
  • Instagram
bottom of page