Marcin Wróblewski – sześć wierszy
- 29 gru 2025
- 2 minut(y) czytania
spoiwo
do życia niemrawo sięgam, jak – rwąc jabłko
myślę – że już dojrzało i nie będzie jego
czupurność mnie onieśmielać.
chwytam i czuję chłód skóry żałującej
mi miąższu, strużek soku na brodzie
i widoku nagich bezbronnych pestek.
a jednak chwila grozy, w której jesteśmy jedno:
drzewo, owoc i ja – sprawia, że rozumiem.
skowyt
dróg, którymi chadzałem, nie ma już na mapach.
zarosły osiedlami i galeriami handlowymi,
zasklepiły się zazdrosną niebu żywicą
o migdałowym smaku.
dróg, którymi uwodziłem, nie ma już na mapach.
przerosły prostatą krocze przyszłych pokoleń,
na pokuszenie tym, co gardzą skromnością
o zielonych oczach.
dróg, które znaczyłem krwią z kolan,
nie ma już na mapach.
są tylko w zrostach przygłuchej pamięci.
szukanie
dzielił nas wąski, półokrągły krawężnik.
skwer musiał być zaniedbany, bo pamiętam
za wysoką trawę, mlecze i tabliczkę: szanuj zieleńce.
krawężnik był szary i betonowy, a później już nie,
tracił gęstość, barwę i charakter, z dnia na rok.
pozostała tylko ta bujna, mleczna trawa
pomiędzy traumą, pszczołą
i zjawą matki, której dłoń przenikała moją.
zwrot
Boże mój, któryś mnie nie zbawił
z powodu, że nabożeństwo się przedłużyło
i rozdawali łańcuszki aluminiowe, liche,
gówniane, rozchodzące się, jak świeże pączki
w dłoniach naiwnych okadzonych
obietnicą dobrej pogody we żniwa.
Boże mój, któryś objawił się w gorejącym krzaku,
co go chłopcy gasili i zgasić nie mogli,
a nogi im się plątały obok przecież stodoły
marnej, wiekowej bo już, ale ważnej,
gdyż liczy się wnętrze.
Boże mój, któryś ukochał mnie
miłością tak wielką, że czuję
się bardziej związany z jabłkiem,
niż z Tobą.
Boże mój, co żeś mnie wywiódł z ziemi -skiej,
skąd wszelkie robactwo, ale też trawy,
drzewa i kwiaty nadobne, jak zastępy
aniołów w godzinach mroku,
gdy siedząc o świeczce patrzymy na siebie
w milczeniu.
łuna
jeżeli daliby mi wybór,
chciałbym być światłem –
tworzeniem w rozproszeniu,
świadomością skupienia.
gasłbym jedynie po to, by odpoczęli
od życia, które przeoczyli biorąc do rąk
lampę zamiast świecy.
przypomniałbym im o ogniskach,
wokół których tańczyli i śpiewali swoje światy
z dłońmi oddalonymi od kieszeni śmierci.
lecz boję się tego ostrego blasku,
jakim jaśnieją ich mokre twarze,
gdy palą się ich domy.
miraż
to był młody drozd.
zostawił na szybie ślad –
odbicie małego anioła.
podnosząc ciało z ziemi, myślałem
o jego smutnej pomyłce, która kazała mu
w śmierci widzieć niebo.

