Marcin Wróblewski – pięć wierszy
- 2 dni temu
- 1 minut(y) czytania
cios
będę się golił i zrogowacieją mi pięty.
w przedpokoju zawiśnie szara kurtka,
nie usłyszę wołania zupy,
która skończyła odgrzewać żonę.
usnę na niby pod tropikiem
drukarskiej farby z kiszonych ogórków
i czegoś czarnego.
ale teraz odplątuję nerwowo
związany, jutowy sznurek,
który z jednej strony oplata pień,
a drugiej popielaty, ufny łeb.
teraz o tym nie myślę.
popiół
spoglądać na miłość boską nie patrzeć
łokciem pępkiem małym palcem
tak wypala się oczy
nie myśląc o śmierci
przemrok
moja przypadłość nie jest dziwna.
muszę po prostu unikać cieni
rzucanych przez domy, drzewa i chmury.
na początku wydaję się sobie podobny,
potem stopniowo tracę kontury,
a to, co w środku – rozlewa się po ziemi
i wsiąka.
w
jestem wśród żołędzi.
musi być wcześnie,
bo czuję rosę.
staram się wybierać najlepsze
i młode.
ale mój wzrok pada
na matową zeszłoroczność łupin,
niewykorzystane czapeczki
nieodkrytych zębów.
uciekam wtedy w mięso liści,
na których gołym okiem
widać nerwy.
za domem
muskam chropawą powierzchnię pnia
jestem opuszkiem
wypełniło się
na chwilę

